Ten produkt jest niedostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Requiem dla młodego żołnierza. Monte Cassino

Renée Bonneau

OPIS

Najtrudniej jest przebaczyć… Dużo trudniej niż zobaczyć człowieka w śmiertelnym wrogu… Także wtedy, gdy przychodzi mu żegnać się z tym światem w mękach i mimo niespełna dwudziestu lat. Już nawet tyle wystarczy, by zasłużyć jedynie na nienawiść.

Ta historia zdarzyła się w klasztorze Casamari, w roku 1944, nieopodal opactwa Monte Cassino. Oto młody Austriak i włoski mnich, dzień po dniu, aby uciec od grozy, która ich otacza, od cierpienia i strachu przed śmiercią, wymieniają wspomnienia. Akademia muzyczna w Wiedniu, wiolonczela, muzyka Schuberta, piękno wsi i miast Toskanii łączą się, by przysłonić, na tak długo, jak tylko możliwe, przerażającą drogę, którą będzie trzeba kiedyś przejść: od nienawiści do współczucia i przebaczenia…

 

Renée Bonneau jest autorką powieści historycznych. Wydała m.in. Danse macabre au Moulin Rouge (2007) oraz Sanguine sur la butte (2010).



SPIS TREŚCI
FRAGMENT KSIĄŻKI

Wojnie, która szalała wokół nas, mogliśmy przeciwstawić tylko modlitwę i troskę o rannych oraz umierających. W ciągu dnia, między nabożeństwami, nie pozostawało nam wiele czasu na medytację, a jeszcze mniej na odpoczynek. Pranie pościeli, gotowanie bulionu i robienie szarpi ze starej bielizny służących jako opatrunki – oto nowa forma labor manuum zapisana w naszej regule między opus Dei a lectio divina. Zgodnie z regułą św. Benedykta, która nakazuje braciom opiekę nad chorymi, w naszym opactwie znajdowała się niegdyś infirmeria, gdzie przyjmowano pacjentów. Niestety już dawno ją zamknięto. Mieliśmy także aptekę, gdzie były sporządzane, według tradycyjnych receptur, lekarstwa z ziół uprawianych w „ogrodzie nowicjuszy”, zwanym tak dlatego, że dawniej zajmowali się nim młodzi kandydaci na mnichów. Ale czy nasze zioła i lekarstwa mogły pomóc na ciężkie rany?
Brat Giovanni, chociaż nie miał doświadczenia w leczeniu wojennych ran, bardzo pomagał niemieckiemu pielęgniarzowi wojskowemu. Wszyscy musieliśmy się nauczyć czyszczenia ran, bandażowania, podawania lekarstw i sulfamidów oraz robienia zastrzyków z morfiny. Słysząc słabnące jęki lub widząc, jak umierający w ostatnim zrywie unosi się na łóżku i zaczyna mówić lub czasem śpiewać, jakby był pijany, umieliśmy bezbłędnie rozpoznawać nadchodzący koniec. Musieliśmy też uodpornić się na widok cierpienia. Jakże ciężko było odmówić morfiny – od pewnego czasu starannie wydzielanej – ludziom, którzy o nią błagali, chwytając nas za habit! Wszak od zakonników wymagali litości i zrozumienia. Reszta była dla nas chlebem powszednim. Modlitwy za zmarłych i rytuał poświęcenia ciała odprawialiśmy zawsze, kiedy jeden z naszych braci odchodził do wieczności. Z tą tylko różnicą, że wtedy odprowadzaliśmy do Boga duszę pogodzoną ze śmiercią i nie musieliśmy mierzyć się z buntem młodych ludzi przerażonych umieraniem.
Tej wiosny panował dokuczliwy upał, który mimo grubych murów docierał do sali chorych. Nocą otwieraliśmy okna, by wpuścić trochę świeżego powietrza i usunąć nieznośny zapach potu, krwi i śmierci. W dzień cały czas napełnialiśmy wiadro wodą ze studni i moczyliśmy w niej płótna, następnie układaliśmy je na twarzach i torsach rannych dla ochłody. Wciąż trzeba było też odganiać muchy, które krążyły wokół łóżek.
Cierpienie rannych potęgował brak porozumienia z braćmi z opactwa, mogli rozmawiać tylko z niemieckim pielęgniarzem. Znałem niemiecki, sporządziłem więc dla braci listę podstawowych słów używanych przez żołnierzy: sucho, pić, boli, ciepło, zimno, usiąść, wstać, sikać, basen... Bracia, zwykle zajęci przepisywaniem świętych tekstów, pochyleni w skryptorium nad cennymi manuskryptami, skarbami naszej biblioteki, nauczyli się ich pilnie jak uczniowie w szkole. Jako jedyny władający językiem niemieckim otrzymałem od opata misję przygotowania na śmierć tych, których stan był beznadziejny. To zadanie było najtrudniejsze. Niewielu z nich przyjmowało sakrament ostatniego namaszczenia, większość odrzucała nawet myśl o rychłej śmierci. Jeśli więc nie byli gotowi na śmierć, która nieuchronnie się zbliżała, musiałem wykazać się delikatnością, by ich nie przestraszyć. Zawsze nosiłem w kieszeni jedną lub dwie książki po niemiecku, które zdobyłem w bibliotece pobliskiej szkoły, ewakuowanej na początku zimy. Udawałem, że przychodzę o nich porozmawiać. Uspokojeni, prosili mnie, bym przy nich usiadł i poczytał lub posłuchał o ich kraju, rodzinie, żonie lub narzeczonej, z którą się zobaczą, kiedy wrócą do domu.
Wielu umierających otrzymywało łaskę wiary w to, że przeżyją. Musiałem nauczyć się kłamać. Mówiłem umierającemu, że wyzdrowieje, ukrywałem planowaną amputację (która zresztą mogła okazać się bezskuteczna) przed tym, który za wszelką cenę chciał uratować nogę, nie wspominałem o przegranej potyczce tym, którzy pytali o los kolegów z batalionu. Większość żołnierzy była protestantami, niektórzy twierdzili, że są ateistami, ale w tamtych okolicznościach każda modlitwa miała sens. Ostatniego namaszczenia udzielaliśmy tylko tym, którzy się na to zgadzali. Nasz pielęgniarz, brat Giovanni, zapytał mnie któregoś dnia, jak powiedzieć po niemiecku jednemu z umierających, którego uważał za wierzącego, by „ofiarował swoje cierpienia Bogu”. „Ofiarować swoje cierpienia!”. Z trudem mu wytłumaczyłem, że te słowa nie zdołają ulżyć biednemu, udręczonemu chłopcu, przerażonemu myślą o bliskiej śmierci, mogą tylko odebrać resztkę wiary, która mu pozostała.


14 maja, trzy dni przed decydującym natarciem, przywieziono do Casamari młodego żołnierza. Widząc jego woskową cerę, zamknięte oczy i brak oznak życia, kiedy wnoszono go po wąskich schodach do dormitorium, myśleliśmy, że jest martwy. Lewą stronę jego munduru pokrywała wielka, ciemna plama. Miał szczupłą twarz i, jak większość, jasne włosy. Ale wydawał się młodszy od pozostałych. Gdyby nie zaschnięte błoto, które pokrywało mu część twarzy, wyglądałby jak anioł z renesansowych obrazów. Później dowiedziałem się, że to młody podporucznik z dywizji wiedeńskiej, która przybyła z ostatnim rzutem oddziałów posiłkowych.
Pomogłem przełożyć chorego z noszy na łóżko. Chłopiec był nieprzytomny, bezwładny, nie wydał z siebie nawet najsłabszego jęku.
– Umierający? – zapytałem noszowych.
– Nie. Ale stan bardzo ciężki. Morfina.
Chociaż widzieli, że mówię po niemiecku, byli oszczędni w słowach. Natychmiast poszli po następnego rannego. Pielęgniarz skrzywił się, gdy uchylił mundur i zobaczył ranę. Dał mi znak, bym przyniósł miskę z wodą i nożyczki, którymi przeciął czarną i twardą od zaschniętej krwi kurtkę oraz koszulę. Zobaczyłem ogromną ranę, którą pielęgniarz delikatnie oczyścił.
– Kula?
– Granat.
Pochylił się nad rannym, zdjął z jego szyi nieśmiertelnik i podał mi go. Przeczytałem nazwisko: Franz Neimann, potem powiesiłem tabliczkę na haku obok spodni. Choć słyszałem to wiele razy, to wzdrygałem się, gdy dochodził do mnie metaliczny odgłos odłamków, które pielęgniarz wyjmował z ciała i wrzucał do miski. Modliłem się, by ból nie obudził rannego. Pielęgniarz założył olbrzymi opatrunek, który natychmiast przesiąkł krwią.
Kiedy zakładał bandaż, poszedłem pomóc bratu Giovanniemu, który zajmował się innym rannym w drugim końcu sali. Odsunąłem zasłonkę i zobaczyłem biedaka. Brzuch rozerwała mu seria z broni maszynowej. Lekarz na polu walki włożył mu wnętrzności do środka i z grubsza pozszywał. Mężczyzna cierpiał niewyobrażalnie, paliła go gorączka. Błagał o wodę, której nie podaje się rannym w brzuch, jednak przysparzanie mu niepotrzebnego cierpienia nie miało żadnego sensu. Brat Giovanni świetnie to rozumiał, na jego znak poszedłem po wodę z naszej klasztornej studni i wsunąłem mu kubek miedzy zaciśnięte zęby.
– Morfiny! – jęczał.
Za mało jej zostało, by dawać ją umierającym. Trzeba było podjąć okrutną decyzję.
– Musisz trochę poczekać, dostaniemy ją dzisiaj wieczorem.
Wieczorem! Wieczorem nie będzie już cierpiał. Można było tylko odwrócić jego uwagę od bólu, mówić mu, że wróci do rodzinnej wsi, że czekamy na ambulans, że wkrótce przyleci samolot, by zabrać rannych do kraju, że jego pułk zostanie odznaczony Krzyżem Żelaznym... Jednym słowem, kłamstwa na pocieszenie zamiast modlitw, na które nie był gotowy. Modlitwy zanosiłem do Boga po cichu, prosząc, by przyspieszył jego koniec. Żołnierz uspokoił się, zamknął oczy, myślałem, że śpi, ale nagle zaczął krzyczeć. Jego twarz zamieniła się w maskę pełną przerażenia, ręce kurczowo zaciskały się na brzuchu, jakby chciał wyrwać z siebie wnętrzności. O mały włos nie zatkałem mu ust ręką, by stłumić to wycie, które rozstrajało innych rannych. Co zresztą znaczyło przykazanie „Nie zabijaj” w tej jatce? Może zrobiłbym to, może Bóg by mi wybaczył... Żołnierz naprężył mięśnie, oczy mu znieruchomiały i wydał ostatnie chrapliwe tchnienie.



Przeczytaj dłuższy fragment „Requiem dla młodego żołnierza” »

Sklep internetowy Shoper.pl