E-BOOK
6.7
PLN
Słowo wśród nas Nr 9 (313) 2019 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 9 (313) 2019 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 6,70 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO WRZEŚNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ.  

Wrześniowy numer „Słowa wśród nas” zatytułowany „Błogosławieni ubodzy w duchu…” poświęcony jest trzem spośród Ośmiu błogosławieństw, wygłoszonych przez Jezusa w Kazaniu na Górze. Są one dla nas, chrześcijan, niezawodnym drogowskazem prowadzącym do szczęśliwego życia, które już tu, na ziemi, może być przedsmakiem nieba. W trzech otwierających numer artykułach omówione są po kolei błogosławieństwa dotyczące ubogich w duchu, miłosiernych oraz czyniących pokój.
W Magazynie proponujemy artykuł o zaskakująco aktualnym, choć żyjącym w XVI wieku, świętym Alojzym Gonzadze. Ponadto zamieściliśmy trzy świadectwa: „Jak w rodzinie” – o praktycznym sposobie, który pozwolił połączyć pokolenia w niewielkiej kanadyjskiej parafii , „Łaska chwili” – o odnalezieniu Boga w czasie żałoby po śmierci syna, oraz „Moja wdzięczność nie ma granic” – bardzo inspirującą odpowiedź na Naszą ankietę „Błogosławieństwo starości”.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy „Listy” św. Ludwika Marii Grignion de Montforta. Ten zbiór ponad trzydziestu zachowanych listów Świętego, skierowanych do różnych osób i w różnych okolicznościach, stanowi znakomitą pomoc do zrozumienia najważniejszych jego tekstów, takich jak „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”. 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Błogosławieni ubodzy w duchu
Opróżnij swoje serce, aby Jezus mógł je napełnić..... 4

Błogosławieni miłosierni
Bądź miłosierny, jak Bóg jest miłosierny.................... 9

Błogosławieni czyniący pokój
Stań się człowiekiem pokoju.......................................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 września.......................................19

MAGAZYN

Wybór drogi Bożej
Św. Alojzy Gonzaga i jego radykalizm w dążeniu
do świętości – Hallie Riedel.................................... 46

Jak w rodzinie
Kościół, który łączy pokolenia – Patty Whelpley...... 51

Łaska chwili
Jak odnalazłam Boga w czasie żałoby
– Kathy Maslow......................................................... 55

Moja wdzięczność nie ma granic – odpowiedź
na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 59

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST
Drodzy Bracia i Siostry!

Podobnie jak wielu z was, jestem ojcem i dziadkiem. Także większość moich przyjaciół jest rodzicami i dziadkami, a z ich ust często słyszę słowa: „Moim największym pragnieniem jest to, żeby moje dzieci były szczęśliwe”. Oczywiście jeśli zapytamy dwudziestu rodziców, jak ma wyglądać to szczęście, otrzymamy prawdopodobnie tyle samo różnych odpowiedzi! Jednak najogólniej rzecz biorąc, chodzi nam o to, żeby nasze dzieci nie cierpiały i były zadowolone z życia.
Czy wiesz, że Jezus dał nam przepis na szczęście? Jest to osiem błogosławieństw (Mt 5,3-12). Otóż greckie słowo „błogosławieni” – na przykład w zdaniu: „Błogosławieni ubodzy w duchu” – można także przetłumaczyć jako „szczęśliwi”. Jezus mówi nam, jak powinniśmy żyć, jeśli naprawdę chcemy być szczęśliwi. W tym miesiącu pragniemy skupić się na trzech błogosławieństwach: „błogosławieni ubodzy w duchu”, „błogosławieni miłosierni” i „błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”. Wybraliśmy je, ponieważ uczą one właściwej postawy wobec Boga (ubodzy w duchu) oraz wobec naszych bliźnich (miłosierni, wprowadzający pokój).
W zetknięciu ze świętością Boga prorok Izajasz zawołał: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach” (Iz 6,5). Elżbieta, gdy odwiedziła ją Maryja, zapytała: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” (Łk 1,43). Podobne stwierdzenia wygłaszał Piotr (Łk 5,8) i wielu innych.
Każda z tych osób, stając w obecności Boga, uświadamiała sobie, jak niewiele ma Mu do zaoferowania. Każda z nich zbliżała się do Boga z pustymi rękami, w poczuciu własnego ubóstwa, prosząc Go, by wypełnił jej pustkę i podtrzymał siły. Ja sam codziennie proszę Jezusa, aby pomógł mi być ubogim w duchu, jak byli wielcy święci!
Ale szczęście nie jest wyłącznie sprawą stanu ducha. Prawdziwe szczęście możemy znaleźć tylko wtedy, gdy traktujemy swoich najbliższych, a także wszystkich ludzi, których mamy wokół siebie, z takim samym miłosierdziem, jakie sami darmo otrzymaliśmy. W dniu, w którym spotkam Jezusa twarzą w twarz, chciałbym doświadczyć Jego miłosierdzia. Dlatego dziś chcę okazywać miłosierdzie i przebaczenie nawet tym, którzy o nie nie proszą. Chciałbym być tak miłosierny wobec innych, jak Ojciec niebieski jest miłosierny wobec mnie (Łk 6,36).
Pragnę też zaznać szczęścia, jakie płynie z wprowadzania pokoju we wszystkie sytuacje. Swoimi słowami nieść pokój i pokrzepienie moim bliskim i wszystkim, z którymi się spotykam. Powstrzymywać się od słów, które niszczą innych, i mówić do nich z taką miłością, jaką darzy ich Jezus.
W tym miesiącu prośmy Pana, aby wskazał nam drogę do prawdziwego szczęścia. Przychodźmy do Niego z pustymi rękami. Bądźmy nieskorzy do osądzania i zawsze gotowi do przebaczania. Stańmy się też ambasadorami Jego pokoju wobec wszystkich, których spotykamy.
Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith


ARTYKUŁY:

Błogosławieni ubodzy w duchu

Opróżnij swoje serce, aby Jezus mógł je napełnić

Jakie obrazy kojarzą ci się ze słowem „królestwo”? Rycerze w lśniących zbrojach, damy w jedwabnych sukniach, zamek obronny otoczony fosą? A może nasuwa ci się coś bardziej współczesnego – na przykład dwór królowej Elżbiety? Jednak czy myślimy o średniowiecznych rycerzach, czy o dzisiejszych monarchach, zwykle nasze wyobrażenia o królestwie zawierają w sobie splendory, bogactwa, przepych, intrygi.
Spróbuj teraz wyobrazić sobie zupełnie inne królestwo, zaludnione przez zwyczajnych ludzi, którzy gromadzą się wokół swego Króla, zwyczajnego cieśli, aby słuchać Jego opowieści o siewcach i ziarnach, o synach i ojcach, o chwastach, bukłakach czy o robotnikach w winnicy.
Jest to królestwo, które zapoczątkował Jezus. Różni się ono niemal pod każdym względem od wszystkich ziemskich królestw. W nim każdy będzie traktowany w taki sposób, w jaki sam chciałby być traktowany. Zasady życia w tym królestwie ogłosił Jezus w Kazaniu na Górze. Nieprzypadkowo zaczął je od ośmiu błogosławieństw, które możemy otrzymać żyjąc zgodnie z wartościami Jego królestwa. W pewnym sensie błogosławieństwa są kwintesencją całego Kazania na Górze, gdyż pokazują nam, jak mamy żyć jako obywatele królestwa niebieskiego. Ale są one również obietnicą nagrody – szczęśliwego życia. Ponieważ greckie słowo „błogosławieni”, makarios, można przetłumaczyć także jako „szczęśliwi”, warto się zastanowić, jak praktykować te błogosławieństwa, abyśmy coraz głębiej mogli doświadczać szczęścia – na tym świecie i w królestwie Bożym.
Rozpocznijmy więc od pierwszego z nich: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3).

OGOŁOCIĆ SAMEGO SIEBIE
Chcąc zrozumieć, co to znaczy być ubogim w duchu, najlepiej zrobimy przyglądając się samemu Jezusowi. On żył tym błogosławieństwem najpełniej i najdoskonalej. Istotą duchowego ubóstwa jest bowiem uniżenie się przed Bogiem
i gotowość uczynienia wszystkiego, czego oczekuje od nas Ojciec niebieski.
Pomyśl o Jezusie, odwiecznym Synu Bożym, zasiadającym na niebieskim tronie w otoczeniu niezliczonych aniołów oddających Mu cześć. Dlaczego zdecydował się pozostawić to wszystko i przyjść na ten grzeszny i smutny świat? Właśnie dlatego, że był ubogi w duchu! Jak mówi o Nim św. Paweł: „On to, istniejąc w postaci Bożej (…) ogołocił samego siebie” (Flp 2,6.7).Przyszedł, by żyć pośród nas jako człowiek. Wszedł w swoje własne stworzenie jako bezradne dziecko i przyjął na siebie wszystkie ograniczenia ludzkiego ciała.
Jednak przyjście na świat było dopiero początkiem duchowego ubóstwa Jezusa. Przez każdy kolejny dzień życia czynił On jedynie to, co było wolą Ojca. Nie działał na własną rękę, ale mówił to, co Ojciec polecał Mu mówić. Nie szukał uznania ani splendorów, ale oddawał siebie chorym, dręczonym przez złe duchy, ubogim i zagubionym. Zamiast wymagać dla siebie szacunku należnego Synowi Bożemu, głosił ludziom miłosierdzie Ojca i ukazywał je swoim postępowaniem. W każdej chwili życia wypełniał swoje własne słowa: „Syn Człowieczy (…) nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu” (Mt 20,28).
Nawet kiedy Jego działalność spotykała się z podejrzliwością i groźbami przywódców Izraela, Jezus nie przestawał pełnić woli Ojca: „Ja nic sam z siebie nie czynię, ale (…) mówię to, czego Mnie Ojciec nauczył” (J 8,28). I wreszcie, gdy nadeszła godzina, ogołocenie Jezusa doszło do szczytu – stał się „posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,8). Ogołocił się ze wszystkiego, by ostatecznie wyznać Ojcu: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego” (Łk 23,46).

DO NIEGO NALEŻY
KRÓLESTWO NIEBIESKIE
Ojciec wskrzesił Jezusa z martwych i „nad wszystko wywyższył” (Flp 2,9). Dał swemu Synowi „imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano (…) I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM” (Flp 2,9-11). Greckie słowo Kyrios, oznaczające „PAN”, to odpowiednik hebrajskiego Adonai używanego w Starym Testamencie w odniesieniu do Boga Ojca.
Jezus, mówiąc: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30), dał świadectwo swojej wielkiej bliskości z Ojcem. Każdy, kto stara się być ubogim w duchu, może mieć bliską, osobistą relację z Bogiem. Nawet jeśli w danym momencie tego nie czujemy, On zawsze wylewa na nas swoją miłość. Kiedy przychodzimy do Niego ogołoceni i ubodzy w duchu, tworzymy w sobie przestrzeń, którą Bóg może napełnić. Tak działo się w życiu Apostołów czy wielu świętych, którzy wyrzekając się własnej woli, wszystko zawierzyli Bogu.
Choć może nie jesteśmy wezwani, by – jak Jezus – żyć w ubóstwie i ponieść haniebną śmierć, wszyscy możemy naśladować Go w postawie oddania Ojcu. Pamiętajmy, że Jezus ogołocił się nie tylko na krzyżu, ale przeżywał w tej postawie każdy dzień swego życia na ziemi. Nieraz całe noce spędzał na modlitwie. Przychodził do Ojca po siłę i światło, szukając Jego woli w wielkich i małych sprawach. Bóg pragnie, abyśmy i my podobnie zdawali się na Niego we wszystkim, powierzając Mu całe swoje życie.

„ODEJDŹ ODE MNIE, PANIE!”
Pismo Święte daje nam niezliczone przykłady ludzi, którzy podobnie jak Jezus przyjęli łaskę duchowego ubóstwa. Jednym z nich był św. Piotr.
Piotr od samego początku ukazany jest jako człowiek pracowity, którego zapalczywość i poleganie na sobie często obraca się przeciw niemu i daje rezultaty przeciwne do zamierzonych. Kiedy Piotr po całonocnym połowie powraca z pustymi sieciami, Jezus, którego doświadczenie w łowieniu ryb jest nikłe w porównaniu z profesjonalizmem Piotra, posyła go z powrotem na jezioro – i to w najgorszej porze dnia na połów. Mimo to Piotr łapie tyle ryb, że sieci niemal się rwą (Łk 5,1-8). Uświadamiając sobie, że jest świadkiem cudu, przeżywa głęboki wstrząs. Wobec mocy i świętości Jezusa uznaje swoją grzeszność i niegodność. Padając na kolana, błaga Jezusa, aby od niego odszedł (Łk 5,8). Ale Jezus nie odchodzi. Postępuje wręcz przeciwnie. Zaprasza rybaka do grona swoich uczniów – i obiecuje, że jeśli Piotr pójdzie za Nim, będzie „łowił” ludzi.
Była to jedna z licznych sytuacji, w których Piotr dotknął swoich własnych ograniczeń. Jeszcze wiele razy usiłował wypełniać wolę Boga tylko w oparciu o swoje słabe siły – próbując chodzić po wodzie, przekonywać Jezusa, żeby nie szedł na krzyż, czy obiecywać, że nigdy się Go nie zaprze, aby zaledwie kilka godzin później przysięgać, że nie ma z Nim nic wspólnego.
Jednak z każdą taką próbą Piotr stopniowo tracił pewność siebie. Jego zmagania (przy wszystkich dobrych intencjach) pokazują mu, że nie jest w stanie dochować wierności Panu, polegając wyłącznie na sobie. Powoli uczy się, że jedynie przychodząc do Jezusa w ubóstwie i ogołoceniu, może zostać napełniony Jego mocą. Tylko ubodzy w duchu mogą otrzymać królestwo Boże, a także „łowić” ludzi – dzieląc się z nimi radością i nadzieją tego królestwa.

PRZYJDŹ, A PAN CIĘ NAPEŁNI
Być ubogim w duchu oznacza tyle, co przychodzić do Boga z pustymi rękami. Oznacza oddanie siebie Bogu w przekonaniu, że przed Nim nie musimy się wykazywać, że możemy stanąć w prawdzie – tacy, jacy jesteśmy. Oznacza to też otwarcie na wspaniałe dary, jakich Bóg pragnie nam udzielać. Nie musimy wypełniać wewnętrznej pustki rzeczami tego świata. Wyznając, że nasze sieci są puste, pomimo iż „całą noc pracowaliśmy” (Łk 5,5), przyjmujemy postawę, która pozwala nam przyjmować wszystko w darze od Pana.
Może i ty, jak Piotr, wciąż na nowo zderzasz się ze swoimi ograniczeniami i odkrywasz, że polegasz tylko na własnych siłach. Może czujesz się sfrustrowany niedawnymi porażkami. Może obawiasz się, że pomimo największych starań i tak nie uda ci się wiele osiągnąć. A może twoje wysiłki, by czynić dobro ze względu na Pana, nie przynoszą owocu, jakiego się spodziewałeś.
Niezależnie od tego, co czujesz, Bóg pragnie napełnić cię swoją łaską. Tak więc przyjdź do Niego na modlitwie i poproś: „Panie, pomóż mi być ubogim w duchu. Pokaż mi, co powinienem oddać, abyś Ty mógł mnie napełnić?”. Kiedy tak staniesz przed Bogiem z pustymi rękami, zaczniesz dostrzegać w swoim życiu błogosławieństwa obiecane przez Jezusa – Jego królestwo stanie się dla ciebie konkretem zauważalnym w codzienności. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

▌Niedziela, 1 września
Łk 14,1.7-14
Odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych. (Łk 14,14)
Pierwsza część dzisiejszej Ewangelii wydaje się łatwa do przyjęcia. Biesiadnik, który skromnie zajmuje ostatnie miejsce, zostaje zauważony przez gospodarza i spotyka go wyróżnienie na oczach wszystkich. Czujemy, że tak właśnie powinno być. Ludzie, którzy rozpychają się łokciami, bezwzględnie egzekwując swoje prawa, budzą naszą instynktowną niechęć. Jest rzeczą słuszną, żeby pycha została ukarana, a pokora nagrodzona – i to najlepiej natychmiast.
Jednak w dalszej części swojej nauki Jezus podnosi poprzeczkę. Człowiek, który bezinteresownie czyni dobro ubogim, zapraszając ich na ucztę, nie otrzymuje nagrody od razu. Mówiąc najprościej, nic z tego nie ma. Nikt mu się nie zrewanżuje, nikt nie zaprosi, a może nawet spotka się z niezrozumieniem otoczenia. Jednak Jezus mówi, że ten człowiek jest szczęśliwy właśnie dlatego, że uczynione przez niego dobro nie zostało nagrodzone na ziemi – otrzyma bowiem odpłatę przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych.
Obchodząc dziś osiemdziesiątą rocznicę wybuchu II wojny światowej, nie sposób nie wspomnieć tych wszystkich, którzy swój opór wobec szalejącego zła okupili życiem, zdrowiem, zniszczoną psychiką, utratą najbliższych. Prośmy Boga, aby udzielił im tego, o czym mówi dzisiejsza Ewangelia – „odpłaty przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”. Wierzymy, że dobro, jakie uczynili, i ofiara, jaką złożyli, doczeka się nagrody nie tylko od potomnych – w postaci naszej wdzięcznej pamięci czy pomników – ale przede wszystkim od Boga.
Chociaż – w znacznej części dzięki ofierze naszych przodków – żyjemy dziś w czasach niewymagających aż takiego heroizmu, każdy z nas, jak mówił św. Jan Paweł II, „znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować”. Podejmując te powinności, zwykle nie odniesiemy korzyści od razu. Może nawet po ludzku poniesiemy stratę. Jednak ostatnie słowo – jak mówi dzisiejsze drugie czytanie – będzie należało „do Boga, który sądzi wszystkich” (Hbr 12,23).
„Panie, bądź nagrodą dla wszystkich, którym zawdzięczamy niepodległość naszej Ojczyzny, a nam pozwól tak żyć, abyśmy mogli kiedyś dołączyć do «duchów ludzi sprawiedliwych, którzy już doszli do celu» (Hbr 12,23)”.
Syr 3,17-18.20.28-29
Ps 68,4-7.10-11
Hbr 12,18-19.22-24a

▌Niedziela, 8 września
Łk 14,25-33
Nie może być moim uczniem. (Łk 14,26)
Mieć w nienawiści rodziców? I własne życie? Dźwigać swój krzyż? Brzmi to zdecydowanie odstraszająco! Łukasz mówi nam, że Jezus wypowiedział te słowa do idących z Nim „wielkich tłumów” (Łk 14,25). Zauważmy, że ludzie ci nie szli „za Nim” jako Jego uczniowie, ale „z Nim” – towarzyszyli Mu w drodze, chcąc zobaczyć, co takiego jeszcze uczyni. Jezus zdawał sobie sprawę, że ich motywacje mogły być bardzo różne, dlatego w pewnym momencie odwrócił się i skierował do nich te trudne słowa: „Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26-27).
Jezus wiedział dobrze, jakie granice stawia w swoim sercu każda z towarzyszących Mu osób. Być może ktoś nie był w stanie zdobyć się na opuszczenie bezpiecznego schronienia rodzinnego domu. Ktoś inny bał się, że idąc za Jezusem, zostanie odrzucony przez bliskich. Jeszcze ktoś inny był gotów wyruszyć z entuzjazmem, ale nie miał siły wytrwać w przeciwnościach. A byli może i tacy, którzy szli za Nim z czystej ciekawości.
Jezus zatrzymał się i przemówił do nich. Chciał nimi wstrząsnąć i pomóc im przezwyciężyć przeszkody, które powstrzymywały ich przed pójściem za Nim. Chciał, by zrozumieli, że przyjęcie Jego nauki to poważna decyzja, której nikt za nich nie podejmie. Każdy musi sam zdecydować w swoim sercu, czy chce pójść za Jezusem.
Każdy z nas może odnaleźć się w tłumie idących za Jezusem. Wszyscy nosimy w sercach jakieś zadry, jak grzech czy uraza, których wcale nie mamy ochoty się pozbyć. Ale Jezus wzywa nas do postawienia kolejnych kroków na drodze uczniostwa.
Słuchając dzisiejszych czytań mszalnych, zastanów się, co porusza cię w sposób szczególny. Może Jezus zaprasza cię do większej bliskości z Nim? A może pokazuje ci, co cię od Niego oddala? Jeśli tak, weź to sobie do serca. A kiedy przyjmiesz Komunię świętą, proś Jezusa, by to słowo zakorzeniło się w twoim sercu. Zaufaj, że będzie ono wydawało owoce przez cały najbliższy tydzień.
„Jezu, chcę iść wiernie za Tobą”.
Mdr 9,13-18
Ps 90,3-6.12-14.17
Flm 9b-10.12-17


▌Sobota, 14 września
Podwyższenie Krzyża Świętego
J 3,13-17
Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego. (J 3,14)
Kiedy chłopak wręcza dziewczynie czerwone róże, domyślamy się, że jest to wyznanie miłości. Wyznaniem miłości Boga do nas, ludzi, był krzyż Jezusa Chrystusa. To najbardziej wstrząsające wyznanie miłości, jakie oglądał ten świat. Bóg, który stał się człowiekiem, umarł na krzyżu haniebną śmiercią, aby nas odkupić i byśmy mogli żyć z Nim teraz i na wieki.
Pamiętajmy jednak, że Jezus nie umarł za ludzkość w sensie ogólnym, ale konkretnie za każdego z nas, za ciebie i za mnie. Przyjąłby mękę krzyża, nawet gdybyś był jedynym człowiekiem na całym świecie.
Jak odpowiedzieć na tak wielką miłość? Słysząc to pytanie, w pierwszym odruchu zaczynamy często myśleć o tym, co możemy zrobić, aby za nią odpłacić. Ale w odpowiedzi na miłość Boga nie chodzi o to, aby coś dla Niego zrobić, ale by przyjąć to, co Jezus zdobył dla nas przez swoją śmierć. To dzięki Jego krzyżowi mamy dostęp do łaski i miłosierdzia Boga. Są one nam dane darmo i nie musimy w żaden sposób na nie zapracowywać. Jezus zapłacił za nie wielką cenę, gdy stał się „posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,8). Oto jak nas miłuje! Oto jak umiłował ciebie!
Kiedy otwieramy nasze serca dla Jezusa, zaczyna przepływać przez nie Jego miłość, uzdalniając nas do kochania innych, tak jak On umiłował nas. Bez potępiania. Bez osądzania. Z gotowością poświęcenia siebie dla innych. Z gotowością wysłuchania, cierpliwego znoszenia cudzych wad, a przede wszystkim przebaczania.
Krzyż jest najwyższym symbolem miłości Boga do każdego z nas. Ale jest też czymś więcej niż symbolem – jest rzeczywistością, jaką możemy żyć na co dzień. W to szczególne święto Podwyższenia Krzyża Świętego spędź jakiś czas u stóp krzyża, otwierając się na miłość Jezusa. A potem bądź żywym znakiem miłosiernej miłości Boga dla wszystkich, których spotkasz.
„Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył”.
Lb 21,4b-9 albo Flp 2,6-11
Ps 78,1-2.34-38

▌Niedziela, 15 września
Łk 15,1-32
Wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. (Łk 15,20)
Tę ulubioną przez wielu z nas historię nazywa się zwykle „przypowieścią o synu marnotrawnym”. A gdybyśmy tak dziś spróbowali spojrzeć na nią jako na przypowieść o marnotrawnym ojcu?
Nazwanie ojca „marnotrawnym” może budzić opór. Słowo to oznacza przecież tyle, co rozrzutny, lekkomyślny, szastający pieniędzmi na prawo i lewo. Tak właśnie postąpił młodszy syn i wcale nam się to nie podoba.
A jednak ojciec jest marnotrawny. Najpierw dobrowolnie wypłaca młodszemu synowi należną mu część spadku, zanim ona mu się prawnie należy. Następnie – co jeszcze dziwniejsze – po powrocie syna wykazuje się wyjątkowym marnotrawstwem, dając mu najlepszą szatę, pierścień, nowe sandały, a do tego wyprawiając wspaniałą ucztę. Nic dziwnego, że zdenerwowało to starszego syna! Jak ojciec mógł tak hojnie obdarować tego hultaja? Dlaczego z taką radością przyjął do domu nieodpowiedzialnego marnotrawcę?
Postawa marnotrawnego ojca także i nam może wydać się dziwna. Trudno zrozumieć, dlaczego natychmiast przywrócił swemu krnąbrnemu synowi pełne prawa dziecka i dziedzica. Wydaje nam się, że byłoby sprawiedliwie, gdyby ojciec kazał młodzieńcowi spłacić to, co roztrwonił, lub ponieść jakieś inne konsekwencje, zanim otrzyma przebaczenie. Ale byłoby to niezrozumieniem Bożego miłosierdzia.
Ojciec z przypowieści jest symbolem Ojca niebieskiego. Posłał On swego Jedynego Syna, aby oddał za nas własne życie, ponieważ chciał przyjąć nas z powrotem do domu. Przez wszystkie swoje słowa i czyny Jezus objawiał nieprawdopodobnie hojne miłosierdzie Boga, które jest dostępne dla każdego z nas. Bóg, pełen miłosierdzia, cierpliwie wyczekuje naszego powrotu i z radością wita nas w niebieskim domu.
Tak właśnie „rozrzutny” w swoim miłosierdziu jest nasz Bóg!
„Dziękuję Ci, Ojcze, za Twoje hojne miłosierdzie. Dziękuję Ci za to, że wybiegasz na spotkanie każdego, kto do Ciebie powraca”.
Wj 32,7-11.13-14
Ps 51,3-4.12-13.17.19
1 Tm 1,12-17
albo Łk 15,1-10

▌Niedziela, 22 września
Łk 16,1-13
Synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z podobnymi sobie ludźmi niż synowie światłości. (Łk 16,8)
Dzisiejsza przypowieść może wprawić nas w zakłopotanie. Dlaczego Jezus uczynił jej głównym bohaterem nieuczciwego rządcę?
Pomoże nam to zrozumieć kontekst, w którym padły te słowa. Jezus właśnie opowiedział przypowieść o synu marnotrawnym – historię ojca, który przebaczył bezwarunkowo swojemu synowi i wyprawił wspaniałą ucztę dla uczczenia jego powrotu do domu (Łk 15,11-32). Ojciec okazał się wobec swego dziecka tak hojny, że aż rozrzutny. Trudno znaleźć w prawdziwym życiu kogoś, kto byłby zdolny postąpić podobnie.
Ale o to właśnie chodzi. Przypowieść o synu marnotrawnym jest przypowieścią o niepojętym miłosierdziu Boga wobec nas. A teraz, na zasadzie kontrastu, Jezus opowiada historię o „miłosierdziu” ograniczonym, wypływającym z egoistycznych pobudek. Mówi o nieuczciwym rządcy, który w sposób budzący wątpliwości umarza część długu ludzi, których życzliwość chce sobie pozyskać.
Zauważmy tu kolosalną różnicę pomiędzy postawą tego rządcy a postawą ojca syna marnotrawnego. Jezus doskonale wie, że przebaczenie i miłosierdzie na tym świecie są rzadkim dobrem i o tym właśnie mówi w swojej przypowieści. Następnie jednak, celnie ją puentując, stwierdza, że Jego uczniowie nie są zdolni dorównać nie tylko miłosierdziu ojca, ale nawet roztropności nieuczciwego rządcy. „Synowie tego świata roztropniejsi są – mówi – niż synowie światłości” (Łk 16,8). Umarzając wierzytelności dłużników swego pana, rządca rzeczywiście wykazał się roztropnością i sprytem, żeby zadbać o swoją przyszłość. Jednak Jezus oczekuje od nas czego innego. Oczekuje prawdziwego miłosierdzia – miłosierdzia „rozrzutnego”, które wybacza bez stawiania warunków. Taki jest właściwy „sposób” zadbania o swoją przyszłość – w perspektywie życia wiecznego.
Czy podejmiesz wyzwanie Jezusa? Czy zechcesz przebaczyć także wtedy, gdy ktoś nie zasługuje na miłosierdzie? Oczywiście jest to trudne, czasem nawet bardzo trudne, ale z pomocą łaski Bożej możliwe.
Dziś podczas Mszy świętej otrzymasz największy dar nieskończonego miłosierdzia Boga – Ciało i Krew Chrystusa wydane za ciebie. Kiedy go przyjmiesz, staraj się świadomie otworzyć na działanie Bożej miłości. Niech ona przenika twoje serce i czyni cię tak miłosiernym jak On.
„Panie, naucz mnie przebaczać, tak jak Ty przebaczasz – wielkodusznie
i bezwarunkowo”.
Am 8,4-7
Ps 113,1-2.4-8
1 Tm 2,1-8

▌Niedziela, 29 września
Łk 16,19-31
U bramy jego pałacu leżał żebrak pokryty wrzodami, imieniem Łazarz. (Łk 16,20)
Jak myślisz, ile razy w ciągu dnia bogacz przechodził obok Łazarza? A mimo to nigdy naprawdę go nie zobaczył. Był on dla niego jedynie jakąś częścią krajobrazu, czymś zwyczajnym, nad czym nie ma sensu się zastanawiać.
Bogacz z przypowieści Jezusa umiera i cierpi męki w zaświatach. Nie dlatego, że był bogaty, ale dlatego, że nie zatroszczył się o drugiego człowieka, który został postawiony na jego drodze.
Wiemy wszyscy, że bycie chrześcijaninem oznacza także troskę o innych, a zwłaszcza o tych, którym się nie powiodło. Ale jest tak wielu potrzebujących, że możemy poczuć się przytłoczeni. Poza tym większość z nas nie jest politykami ani pracownikami społecznymi i nie ma odpowiednich kompetencji, aby pomagać ludziom wyjść z ubóstwa. Nawet gdybyśmy rozdali wszystko, co posiadamy, nie odniosłoby to większych skutków.
Warto więc przypomnieć sobie, że Jezus nie przedstawił jakiejś rozwiniętej strategii zwalczania ubóstwa. Po prostu troszczył się o ludzi, których spotykał, o każdego z nich indywidualnie. Gdyby bogacz z dzisiejszej przypowieści uczynił to samo, interesując się biedakiem leżącym u jego bram, jego przyszłość mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.
My także zacznijmy od troski o pojedyncze osoby, zwłaszcza te, które spotykamy w naszej codzienności. Gdyby postępował tak każdy z nas, pomyślmy, jak wiele osób mogłoby otrzymać pomoc!
Pamiętajmy też, że Bóg chce, abyśmy wspierali także tych, którzy nie mają problemów materialnych, ale pomimo to są „biedni”. Jak mawiała Matka Teresa z Kalkuty: „Na świecie jest wielu ludzi umierających z braku kawałka chleba, ale o wiele więcej umierających z braku miłości”. Twoja troska i obecność jest dla nich równie ważna, jak pomoc materialna dla ubogich.
Dziś podczas Mszy świętej proś Pana, aby pomógł ci dostrzec kogoś, kto być może leży na twoim „progu”, a ty go nawet nie zauważasz. Twoja troska może mieć ogromne znaczenie!
„Jezu, pokaż mi potrzebujących mojej pomocy «Łazarzy», których mam wokół siebie”.
Am 6,1a.4-7
Ps 146,6-10
1 Tm 6,11-16

MAGAZYN:

Łaska chwili


Jak odnalazłam Boga w czasie żałoby


Od naszej reakcji na stratę zależy bardzo wiele. Czy choćby resztkami sił przylgniemy do nadziei, czy ulegniemy pokusie rozpaczy? Nasz wybór może otworzyć drzwi łasce Bożej lub je przed nią zamknąć.
Mój mąż Mike i ja przeżyliśmy najboleśniejszą stratę w 2010 roku, kiedy nasz szesnastoletni syn, Alex, zginął w wypadku samochodowym. Gdy zawiadomiono nas o tym telefonicznie, natychmiast pośpieszyliśmy do szpitala. Dowiedzieliśmy się, że ekipa ratownicza ledwo odratowała Alexa na miejscu wypadku. Dokonując heroicznych wysiłków, zdołali na tyle ustabilizować jego stan, by można było przewieźć go helikopterem do szpitala. Podłączono go do aparatury podtrzymującej życie i powiedziano nam, że jego urazy są zbyt rozległe, aby mógł przeżyć. Szóstka naszych pozostałych dzieci zdążyła jeszcze odwiedzić go w szpitalu, zanim odłączono aparaturę. Było to dla nich traumatyczne doświadczenie, ale przynajmniej mogły się z nim pożegnać.

ŻAŁOBA W RODZINIE
Następne kilka lat upłynęło jak we mgle. Przez długi czas wraz z mężem byliśmy w szoku. Próbowaliśmy zrozumieć, co to dla nas znaczy być rodziną bez Alexa. Nasze pozostałe dzieci miały od siedmiu do dwudziestu lat i każde z nas odczuwało tę stratę po swojemu. Mike i ja pomagaliśmy dzieciom przeżyć żałobę, sami się z nią zmagając. Bywały dni, kiedy próbowałam po prostu jakoś przebrnąć przez następne pięć minut.
W ciągu tych lat nauczyłam się, co to znaczy żyć chwilą obecną. To właśnie w niej możemy odnaleźć łaskę Bożą. Nie w przeszłości ani w przyszłości, ale teraz.
Wiele razy po prostu miałam ochotę się poddać. Nie mogłam już dłużej wytrzymać. Moje przygnębione dzieci bardzo mnie potrzebowały, a ja miałam im tak niewiele do zaoferowania. Nie znałam odpowiedzi na ich pytania ani na swoje własne. Czasami wysłuchując bolesnych zwierzeń któregoś z dzieci, modliłam się: Panie, nie mam pojęcia, co powiedzieć. Nie wiem, co powinien usłyszeć. I zwykle, kiedy przestawały mówić czy płakać, znajdowałam właściwe słowa. Wiedziałam, że nie pochodzą one ode mnie, ale od Ducha Świętego.

WYBÓR WIARY
W dniach kiedy czułam pustkę, smutek i byłam na skraju załamania, myślałam o Apostole Szymonie Piotrze, który powiedział do Jezusa: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli” (J 6,68-69). Kiedy wielu zwolenników odeszło, Jezus zapytał swoich uczniów, czy i oni chcą Go opuścić. Słowa Piotra stały się moimi słowami. Powtarzałam je wciąż na nowo.
Ciągle przeżywałam pokusę rozpaczy, ale wiedziałam, że nie wolno mi popaść w użalanie się nad sobą i dać się pochłonąć cierpieniu. Wiedziałam, że nie chcę wybrać tej drogi. Tak więc jak niegdyś Piotr, wybierałam Pana. Czasami ten wybór był podejmowany bardzo niechętnie. Ale jednak go podejmowałam. I kiedy czułam, że nie stać mnie już na nic, a przecież muszę dawać z siebie, muszę być dla dzieci, Bóg napełniał mnie siłą.

NIE MA JEDNEJ
„SŁUSZNEJ” DROGI
Nikt nie zastąpi Alexa. Był on niepowtarzalną, wyjątkową osobą. Mój świat został umniejszony, gdyż jego już w nim nie ma. I tak ma być. Jak napisał Nicholas Wolterstoff w Lamencie nad synem po stracie własnego dziecka: „Jeśli był wart kochania, jest wart żałoby. Żałoba jest egzystencjalnym świadectwem wartości umiłowanej osoby. Ta wartość trwa”.
Najważniejsze, czego nauczyłam się o żałobie, to fakt, że każdy przeżywa ją inaczej i że jest ona inna w wypadku każdej straty. Ta świadomość pozwala w wolności przeżywać ją po swojemu. Wielką łaską było dla mnie to, że ci, którzy wspierali mnie w moich zmaganiach, pozwalali mi opłakiwać stratę mojego syna, nie osądzając mnie ani nie wtłaczając w żadne ramki. Płakali i śmiali się razem ze mną, nigdy nie dając mi odczuć, że powinnam zachowywać się inaczej. Mogłam swobodnie wyrażać wszystkie emocje, które się odczuwa będąc w żałobie. Miałam prawo pytać i nie rozumieć. A jeśli kiedykolwiek zaczynałam wątpić, że Bóg towarzyszy mi swoją łaską, wystarczało, że pomyślałam o swoich braciach i siostrach, którzy towarzyszyli mi
w przeżywaniu żałoby. Byli oni dla mnie naprawdę Ciałem Chrystusa na ziemi.

ŻAŁOBA I NADZIEJA
Żałoba jest sposobnością, choć bolesną, do pełniejszego otwarcia się na łaskę i miłosierdzie Boga. Opłakiwanie straty syna przemieniło moje serce. Odkryłam, że złamane serce także może wzrastać. Moja zdolność do miłości jest dziś większa, potrafię też lepiej towarzyszyć innym w ich zmaganiach.
Smutek straty jest częścią życia – częścią miłości. Ośmielając się kochać, narażamy się na smutek. Zadawałam sobie pytanie: „Jak smuci się chrześcijanin?” – i znalazłam na nie odpowiedź: „Smucimy się z nadzieją”.
Mniej więcej rok po śmierci Alexa byliśmy na pogrzebie piętnastoletniego syna przyjaciół. Moje serce cierpiało razem
z nimi, gdyż rozumiałam, co czują. Wciąż jasno pamiętam fragment homilii. Ksiądz powiedział, że gdy umiera ukochana osoba, część nas umiera razem z nią i przebywa już w niebie. Gdy idąc dalej przez życie tracimy kolejnych bliskich, mamy w niebie coraz solidniejszy punkt oparcia. Ten przepiękny obraz wydał mi się bardzo prawdziwy. Im mocniej opłakujemy kogoś z nadzieją zmartwychwstania, tym cieńsza staje się zasłona pomiędzy niebem a ziemią. A kiedy wreszcie wejdziemy do nieba, złączymy się sami ze sobą oraz ze wszystkimi, którzy znaleźli się tam przed nami.
Dziś za każdym razem, gdy śpiewamy na Mszy Święty, Święty, Święty, łącząc nasze głosy ze świętymi i aniołami w niebie, czuję się blisko mojego syna. Wiem, że jeszcze niejeden raz będę przeżywać żałobę. Odejdą inni moi ukochani. Ale każda strata jest okazją do większego otwarcia serca na przemieniającą miłość Boga. A ona naprawdę przemienia. Staję się bardziej ludzka, pełniej żyjąca w Chrystusie. ▐

Odpowiedź na ankietę „Błogosławieństwo starości”:

Moja wdzięczność nie ma granic

Mam na imię Lucyna. Jestem bardzo wdzięczna Panu Bogu za to, że pozwolił mi dożyć starości. Myślę, że nie zmarnowałam tego czasu. Był to czas na dojrzewanie i zdrowy ogląd przeżytych lat. Moje życie było usłane różami – wbrew powiedzeniu, że życie takie nie jest. Dziś rozumiem, że róża jest piękna, ale ma też kolce. Tak wygląda życie – jest piękne, ale kłujące, pełne marzeń i oczekiwań, ale także rozczarowań, buntu, niezgody na innych, na siebie i na to, co nas spotyka. Długie lata, trzy czwarte mojego życia, przeżyłam na użalaniu się, że powinno ono wyglądać inaczej. Nie umiałam przyjąć rzeczywistości. Za wszystkie niepowodzenia winiłam innych. A jeśli coś się udawało – to była moja zasługa; nie przypisywałam tego Panu Bogu, Jego łasce.
Byłam i jestem osobą wierzącą i praktykującą, ale zawsze niezadowoloną, ponurą i smutną, nieumiejącą cieszyć się życiem tu i teraz. Lęk nie pozwalał mi marzyć i działać. Nie cieszyłam się, kiedy było dobrze, żeby nie zapeszyć, a kiedy było źle, brakowało mi odwagi i wiary, że można coś zrobić. Nie wyrażałam swoich uczuć i oczekiwań, bojąc się zranień, odrzucenia i rozczarowań.
Myślę, że Pan Bóg przedłużył mi życie, abym mogła wszystko przemyśleć, zrozumieć, przebaczyć sobie i innym, żebym miała czas na refleksję i spojrzenie w prawdzie na to, co w moim życiu było dobre a co złe, na zobaczenie swoich wad, ale i zalet. Dzięki Jego łasce zostałam wprowadzona na drogę rozwoju osobistego i duchowego. Pan Bóg wytyczył mi tę drogę i postawił ludzi, abym uczyła się prawdy o sobie. Pomocą w moim rozwoju był przede wszystkim udział w rekolekcjach i konferencjach w Ośrodku Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu i wspólnoty Al-Anon – samopomocowej wspólnoty rodzin i przyjaciół osób z problemem alkoholowym. Dziś pragnę dzielić się z innymi doświadczeniem swojego życia i tym, co odkryłam.
Mam 82 lata, jestem dzieckiem wojny. Strach i niepokój, jaki krążył w domu, udzielał się także mnie. Nie było radości i zadowolenia, dominował smutek. Nie chcąc sprawiać kłopotu rodzicom, nie wyrażałam swoich uczuć i potrzeb. Byłam cichym, pokornym dzieckiem, ale w głębi serca zbuntowanym. Dorastałam w trudzie i niedostatku. Mając 21 lat, wyszłam za mąż, aby ulżyć rodzicom, ponieważ miałam jeszcze pięciu braci. Małżeństwo nieudane – tak myślałam, bo nic nie czułam do swojego męża. Dziś znam powód – zamrożone uczucia, życie w zgorzknieniu, rozżaleniu i smutku. Pan Bóg mnie pocieszył obdarzając dziećmi, które przywróciły radość i zadowolenie. Troska i uczciwe wykonywanie obowiązków wobec męża i dzieci – to była miłość. Miłość, trochę o niej: co o niej wiedziałam? Nic i nie wierzyłam, że ona istnieje. Uważałam, że szczęście powinien mi dać ktoś, to znaczy – mąż. A właśnie mąż mi tego szczęścia dać nie umiał, a ja nie umiałam go wziąć.
Dopiero w terapii, którą podjęłam po latach, dowiedziałam się, że szczęścia nikt ci nie może dać, ale też nikt nie może go zabrać. Szczęście jest w tobie, spróbuj go poszukać, nie zmieniaj innych, zmieniaj siebie, swoje myślenie. Wystarczy zgoda na rzeczywistość. Bóg jest z tobą. Zaczęłam się tego uczyć, więcej mówić, ale przede wszystkim więcej słuchać, słyszeć i rozumieć. Dzisiaj głowa stara, ale myślenie jaśniejsze. Widzę ludzi i świat inaczej. Świat jest piękny, ludzie mądrzy i przyjaźni. Uczestnicząc we Mszach świętych, rozumiem, co mówi Ewangelia. Czasem aż się dziwię, jakich mam mądrych księży, jak się zmienili – a to ja się zmieniłam, to mój umysł jest bardziej otwarty.
Dziś rozumiem, że oboje z mężem kochaliśmy się, tylko nie umieliśmy okazywać sobie miłości. Każde z nas czegoś oczekiwało od drugiego, nie wyrażając tego głośno, stawiając warunki i granice. Dziś dojrzałam do tego, żeby przeprosić Boga, męża i dzieci – za brak spokoju, za nieporozumienia i kłótnie, które nie dawały dzieciom poczucia bezpieczeństwa. Czasu cofnąć się nie da. Pozostała modlitwa o wybaczenie sobie, mężowi, dzieciom i innym. Taka prośba do dobrego Boga dała mi spokój ducha, radość i zadowolenie z życia. Bunt zamieniłam na wdzięczność. Mimo trudu, jakiego doznałam, jestem wdzięczna Bogu, że dał mi siłę wytrwać w tym związku do końca, w chorobie być opiekunką i pomocą dla męża.
Dziś wiem, że mój wybór nie był pomyłką. To było przeznaczenie – ten mąż i te dzieci, którymi Bóg mnie obdarował, a za które moja wdzięczność nie ma granic. Dzięki łasce Boga moje życie nabrało sensu. Zamiast narzekać na starość, cieszę się i dziękuję dobremu Bogu za każdy dzień życia, dziękuję za mojego męża. Wiem, że go kocham. To nie przypadek, że Bóg nas połączył. Dziękuję za moje dzieci i wnuki, które są w mojej starości wsparciem i powodem do radości i zadowolenia z życia. Moja wdzięczność nie ma granic.
W moim przypadku błogosławieństwo starości jest wielką łaską. Dzięki Matce Bożej i dzięki Jej Synowi, który posyłał mi Ducha wiary, prawdy, mądrości i miłości, przeżyłam trudne chwile i dziś umiem się cieszyć dniem dzisiejszym, nie narzekając na wczoraj. A jutro należy do Pana.
Lucyna

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 9 (313) 2019 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO WRZEŚNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ.  

Wrześniowy numer „Słowa wśród nas” zatytułowany „Błogosławieni ubodzy w duchu…” poświęcony jest trzem spośród Ośmiu błogosławieństw, wygłoszonych przez Jezusa w Kazaniu na Górze. Są one dla nas, chrześcijan, niezawodnym drogowskazem prowadzącym do szczęśliwego życia, które już tu, na ziemi, może być przedsmakiem nieba. W trzech otwierających numer artykułach omówione są po kolei błogosławieństwa dotyczące ubogich w duchu, miłosiernych oraz czyniących pokój.
W Magazynie proponujemy artykuł o zaskakująco aktualnym, choć żyjącym w XVI wieku, świętym Alojzym Gonzadze. Ponadto zamieściliśmy trzy świadectwa: „Jak w rodzinie” – o praktycznym sposobie, który pozwolił połączyć pokolenia w niewielkiej kanadyjskiej parafii , „Łaska chwili” – o odnalezieniu Boga w czasie żałoby po śmierci syna, oraz „Moja wdzięczność nie ma granic” – bardzo inspirującą odpowiedź na Naszą ankietę „Błogosławieństwo starości”.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy „Listy” św. Ludwika Marii Grignion de Montforta. Ten zbiór ponad trzydziestu zachowanych listów Świętego, skierowanych do różnych osób i w różnych okolicznościach, stanowi znakomitą pomoc do zrozumienia najważniejszych jego tekstów, takich jak „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”. 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Błogosławieni ubodzy w duchu
Opróżnij swoje serce, aby Jezus mógł je napełnić..... 4

Błogosławieni miłosierni
Bądź miłosierny, jak Bóg jest miłosierny.................... 9

Błogosławieni czyniący pokój
Stań się człowiekiem pokoju.......................................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 września.......................................19

MAGAZYN

Wybór drogi Bożej
Św. Alojzy Gonzaga i jego radykalizm w dążeniu
do świętości – Hallie Riedel.................................... 46

Jak w rodzinie
Kościół, który łączy pokolenia – Patty Whelpley...... 51

Łaska chwili
Jak odnalazłam Boga w czasie żałoby
– Kathy Maslow......................................................... 55

Moja wdzięczność nie ma granic – odpowiedź
na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 59

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST
Drodzy Bracia i Siostry!

Podobnie jak wielu z was, jestem ojcem i dziadkiem. Także większość moich przyjaciół jest rodzicami i dziadkami, a z ich ust często słyszę słowa: „Moim największym pragnieniem jest to, żeby moje dzieci były szczęśliwe”. Oczywiście jeśli zapytamy dwudziestu rodziców, jak ma wyglądać to szczęście, otrzymamy prawdopodobnie tyle samo różnych odpowiedzi! Jednak najogólniej rzecz biorąc, chodzi nam o to, żeby nasze dzieci nie cierpiały i były zadowolone z życia.
Czy wiesz, że Jezus dał nam przepis na szczęście? Jest to osiem błogosławieństw (Mt 5,3-12). Otóż greckie słowo „błogosławieni” – na przykład w zdaniu: „Błogosławieni ubodzy w duchu” – można także przetłumaczyć jako „szczęśliwi”. Jezus mówi nam, jak powinniśmy żyć, jeśli naprawdę chcemy być szczęśliwi. W tym miesiącu pragniemy skupić się na trzech błogosławieństwach: „błogosławieni ubodzy w duchu”, „błogosławieni miłosierni” i „błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”. Wybraliśmy je, ponieważ uczą one właściwej postawy wobec Boga (ubodzy w duchu) oraz wobec naszych bliźnich (miłosierni, wprowadzający pokój).
W zetknięciu ze świętością Boga prorok Izajasz zawołał: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach” (Iz 6,5). Elżbieta, gdy odwiedziła ją Maryja, zapytała: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” (Łk 1,43). Podobne stwierdzenia wygłaszał Piotr (Łk 5,8) i wielu innych.
Każda z tych osób, stając w obecności Boga, uświadamiała sobie, jak niewiele ma Mu do zaoferowania. Każda z nich zbliżała się do Boga z pustymi rękami, w poczuciu własnego ubóstwa, prosząc Go, by wypełnił jej pustkę i podtrzymał siły. Ja sam codziennie proszę Jezusa, aby pomógł mi być ubogim w duchu, jak byli wielcy święci!
Ale szczęście nie jest wyłącznie sprawą stanu ducha. Prawdziwe szczęście możemy znaleźć tylko wtedy, gdy traktujemy swoich najbliższych, a także wszystkich ludzi, których mamy wokół siebie, z takim samym miłosierdziem, jakie sami darmo otrzymaliśmy. W dniu, w którym spotkam Jezusa twarzą w twarz, chciałbym doświadczyć Jego miłosierdzia. Dlatego dziś chcę okazywać miłosierdzie i przebaczenie nawet tym, którzy o nie nie proszą. Chciałbym być tak miłosierny wobec innych, jak Ojciec niebieski jest miłosierny wobec mnie (Łk 6,36).
Pragnę też zaznać szczęścia, jakie płynie z wprowadzania pokoju we wszystkie sytuacje. Swoimi słowami nieść pokój i pokrzepienie moim bliskim i wszystkim, z którymi się spotykam. Powstrzymywać się od słów, które niszczą innych, i mówić do nich z taką miłością, jaką darzy ich Jezus.
W tym miesiącu prośmy Pana, aby wskazał nam drogę do prawdziwego szczęścia. Przychodźmy do Niego z pustymi rękami. Bądźmy nieskorzy do osądzania i zawsze gotowi do przebaczania. Stańmy się też ambasadorami Jego pokoju wobec wszystkich, których spotykamy.
Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith


ARTYKUŁY:

Błogosławieni ubodzy w duchu

Opróżnij swoje serce, aby Jezus mógł je napełnić

Jakie obrazy kojarzą ci się ze słowem „królestwo”? Rycerze w lśniących zbrojach, damy w jedwabnych sukniach, zamek obronny otoczony fosą? A może nasuwa ci się coś bardziej współczesnego – na przykład dwór królowej Elżbiety? Jednak czy myślimy o średniowiecznych rycerzach, czy o dzisiejszych monarchach, zwykle nasze wyobrażenia o królestwie zawierają w sobie splendory, bogactwa, przepych, intrygi.
Spróbuj teraz wyobrazić sobie zupełnie inne królestwo, zaludnione przez zwyczajnych ludzi, którzy gromadzą się wokół swego Króla, zwyczajnego cieśli, aby słuchać Jego opowieści o siewcach i ziarnach, o synach i ojcach, o chwastach, bukłakach czy o robotnikach w winnicy.
Jest to królestwo, które zapoczątkował Jezus. Różni się ono niemal pod każdym względem od wszystkich ziemskich królestw. W nim każdy będzie traktowany w taki sposób, w jaki sam chciałby być traktowany. Zasady życia w tym królestwie ogłosił Jezus w Kazaniu na Górze. Nieprzypadkowo zaczął je od ośmiu błogosławieństw, które możemy otrzymać żyjąc zgodnie z wartościami Jego królestwa. W pewnym sensie błogosławieństwa są kwintesencją całego Kazania na Górze, gdyż pokazują nam, jak mamy żyć jako obywatele królestwa niebieskiego. Ale są one również obietnicą nagrody – szczęśliwego życia. Ponieważ greckie słowo „błogosławieni”, makarios, można przetłumaczyć także jako „szczęśliwi”, warto się zastanowić, jak praktykować te błogosławieństwa, abyśmy coraz głębiej mogli doświadczać szczęścia – na tym świecie i w królestwie Bożym.
Rozpocznijmy więc od pierwszego z nich: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3).

OGOŁOCIĆ SAMEGO SIEBIE
Chcąc zrozumieć, co to znaczy być ubogim w duchu, najlepiej zrobimy przyglądając się samemu Jezusowi. On żył tym błogosławieństwem najpełniej i najdoskonalej. Istotą duchowego ubóstwa jest bowiem uniżenie się przed Bogiem
i gotowość uczynienia wszystkiego, czego oczekuje od nas Ojciec niebieski.
Pomyśl o Jezusie, odwiecznym Synu Bożym, zasiadającym na niebieskim tronie w otoczeniu niezliczonych aniołów oddających Mu cześć. Dlaczego zdecydował się pozostawić to wszystko i przyjść na ten grzeszny i smutny świat? Właśnie dlatego, że był ubogi w duchu! Jak mówi o Nim św. Paweł: „On to, istniejąc w postaci Bożej (…) ogołocił samego siebie” (Flp 2,6.7).Przyszedł, by żyć pośród nas jako człowiek. Wszedł w swoje własne stworzenie jako bezradne dziecko i przyjął na siebie wszystkie ograniczenia ludzkiego ciała.
Jednak przyjście na świat było dopiero początkiem duchowego ubóstwa Jezusa. Przez każdy kolejny dzień życia czynił On jedynie to, co było wolą Ojca. Nie działał na własną rękę, ale mówił to, co Ojciec polecał Mu mówić. Nie szukał uznania ani splendorów, ale oddawał siebie chorym, dręczonym przez złe duchy, ubogim i zagubionym. Zamiast wymagać dla siebie szacunku należnego Synowi Bożemu, głosił ludziom miłosierdzie Ojca i ukazywał je swoim postępowaniem. W każdej chwili życia wypełniał swoje własne słowa: „Syn Człowieczy (…) nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu” (Mt 20,28).
Nawet kiedy Jego działalność spotykała się z podejrzliwością i groźbami przywódców Izraela, Jezus nie przestawał pełnić woli Ojca: „Ja nic sam z siebie nie czynię, ale (…) mówię to, czego Mnie Ojciec nauczył” (J 8,28). I wreszcie, gdy nadeszła godzina, ogołocenie Jezusa doszło do szczytu – stał się „posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,8). Ogołocił się ze wszystkiego, by ostatecznie wyznać Ojcu: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego” (Łk 23,46).

DO NIEGO NALEŻY
KRÓLESTWO NIEBIESKIE
Ojciec wskrzesił Jezusa z martwych i „nad wszystko wywyższył” (Flp 2,9). Dał swemu Synowi „imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano (…) I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM” (Flp 2,9-11). Greckie słowo Kyrios, oznaczające „PAN”, to odpowiednik hebrajskiego Adonai używanego w Starym Testamencie w odniesieniu do Boga Ojca.
Jezus, mówiąc: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30), dał świadectwo swojej wielkiej bliskości z Ojcem. Każdy, kto stara się być ubogim w duchu, może mieć bliską, osobistą relację z Bogiem. Nawet jeśli w danym momencie tego nie czujemy, On zawsze wylewa na nas swoją miłość. Kiedy przychodzimy do Niego ogołoceni i ubodzy w duchu, tworzymy w sobie przestrzeń, którą Bóg może napełnić. Tak działo się w życiu Apostołów czy wielu świętych, którzy wyrzekając się własnej woli, wszystko zawierzyli Bogu.
Choć może nie jesteśmy wezwani, by – jak Jezus – żyć w ubóstwie i ponieść haniebną śmierć, wszyscy możemy naśladować Go w postawie oddania Ojcu. Pamiętajmy, że Jezus ogołocił się nie tylko na krzyżu, ale przeżywał w tej postawie każdy dzień swego życia na ziemi. Nieraz całe noce spędzał na modlitwie. Przychodził do Ojca po siłę i światło, szukając Jego woli w wielkich i małych sprawach. Bóg pragnie, abyśmy i my podobnie zdawali się na Niego we wszystkim, powierzając Mu całe swoje życie.

„ODEJDŹ ODE MNIE, PANIE!”
Pismo Święte daje nam niezliczone przykłady ludzi, którzy podobnie jak Jezus przyjęli łaskę duchowego ubóstwa. Jednym z nich był św. Piotr.
Piotr od samego początku ukazany jest jako człowiek pracowity, którego zapalczywość i poleganie na sobie często obraca się przeciw niemu i daje rezultaty przeciwne do zamierzonych. Kiedy Piotr po całonocnym połowie powraca z pustymi sieciami, Jezus, którego doświadczenie w łowieniu ryb jest nikłe w porównaniu z profesjonalizmem Piotra, posyła go z powrotem na jezioro – i to w najgorszej porze dnia na połów. Mimo to Piotr łapie tyle ryb, że sieci niemal się rwą (Łk 5,1-8). Uświadamiając sobie, że jest świadkiem cudu, przeżywa głęboki wstrząs. Wobec mocy i świętości Jezusa uznaje swoją grzeszność i niegodność. Padając na kolana, błaga Jezusa, aby od niego odszedł (Łk 5,8). Ale Jezus nie odchodzi. Postępuje wręcz przeciwnie. Zaprasza rybaka do grona swoich uczniów – i obiecuje, że jeśli Piotr pójdzie za Nim, będzie „łowił” ludzi.
Była to jedna z licznych sytuacji, w których Piotr dotknął swoich własnych ograniczeń. Jeszcze wiele razy usiłował wypełniać wolę Boga tylko w oparciu o swoje słabe siły – próbując chodzić po wodzie, przekonywać Jezusa, żeby nie szedł na krzyż, czy obiecywać, że nigdy się Go nie zaprze, aby zaledwie kilka godzin później przysięgać, że nie ma z Nim nic wspólnego.
Jednak z każdą taką próbą Piotr stopniowo tracił pewność siebie. Jego zmagania (przy wszystkich dobrych intencjach) pokazują mu, że nie jest w stanie dochować wierności Panu, polegając wyłącznie na sobie. Powoli uczy się, że jedynie przychodząc do Jezusa w ubóstwie i ogołoceniu, może zostać napełniony Jego mocą. Tylko ubodzy w duchu mogą otrzymać królestwo Boże, a także „łowić” ludzi – dzieląc się z nimi radością i nadzieją tego królestwa.

PRZYJDŹ, A PAN CIĘ NAPEŁNI
Być ubogim w duchu oznacza tyle, co przychodzić do Boga z pustymi rękami. Oznacza oddanie siebie Bogu w przekonaniu, że przed Nim nie musimy się wykazywać, że możemy stanąć w prawdzie – tacy, jacy jesteśmy. Oznacza to też otwarcie na wspaniałe dary, jakich Bóg pragnie nam udzielać. Nie musimy wypełniać wewnętrznej pustki rzeczami tego świata. Wyznając, że nasze sieci są puste, pomimo iż „całą noc pracowaliśmy” (Łk 5,5), przyjmujemy postawę, która pozwala nam przyjmować wszystko w darze od Pana.
Może i ty, jak Piotr, wciąż na nowo zderzasz się ze swoimi ograniczeniami i odkrywasz, że polegasz tylko na własnych siłach. Może czujesz się sfrustrowany niedawnymi porażkami. Może obawiasz się, że pomimo największych starań i tak nie uda ci się wiele osiągnąć. A może twoje wysiłki, by czynić dobro ze względu na Pana, nie przynoszą owocu, jakiego się spodziewałeś.
Niezależnie od tego, co czujesz, Bóg pragnie napełnić cię swoją łaską. Tak więc przyjdź do Niego na modlitwie i poproś: „Panie, pomóż mi być ubogim w duchu. Pokaż mi, co powinienem oddać, abyś Ty mógł mnie napełnić?”. Kiedy tak staniesz przed Bogiem z pustymi rękami, zaczniesz dostrzegać w swoim życiu błogosławieństwa obiecane przez Jezusa – Jego królestwo stanie się dla ciebie konkretem zauważalnym w codzienności. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

▌Niedziela, 1 września
Łk 14,1.7-14
Odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych. (Łk 14,14)
Pierwsza część dzisiejszej Ewangelii wydaje się łatwa do przyjęcia. Biesiadnik, który skromnie zajmuje ostatnie miejsce, zostaje zauważony przez gospodarza i spotyka go wyróżnienie na oczach wszystkich. Czujemy, że tak właśnie powinno być. Ludzie, którzy rozpychają się łokciami, bezwzględnie egzekwując swoje prawa, budzą naszą instynktowną niechęć. Jest rzeczą słuszną, żeby pycha została ukarana, a pokora nagrodzona – i to najlepiej natychmiast.
Jednak w dalszej części swojej nauki Jezus podnosi poprzeczkę. Człowiek, który bezinteresownie czyni dobro ubogim, zapraszając ich na ucztę, nie otrzymuje nagrody od razu. Mówiąc najprościej, nic z tego nie ma. Nikt mu się nie zrewanżuje, nikt nie zaprosi, a może nawet spotka się z niezrozumieniem otoczenia. Jednak Jezus mówi, że ten człowiek jest szczęśliwy właśnie dlatego, że uczynione przez niego dobro nie zostało nagrodzone na ziemi – otrzyma bowiem odpłatę przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych.
Obchodząc dziś osiemdziesiątą rocznicę wybuchu II wojny światowej, nie sposób nie wspomnieć tych wszystkich, którzy swój opór wobec szalejącego zła okupili życiem, zdrowiem, zniszczoną psychiką, utratą najbliższych. Prośmy Boga, aby udzielił im tego, o czym mówi dzisiejsza Ewangelia – „odpłaty przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”. Wierzymy, że dobro, jakie uczynili, i ofiara, jaką złożyli, doczeka się nagrody nie tylko od potomnych – w postaci naszej wdzięcznej pamięci czy pomników – ale przede wszystkim od Boga.
Chociaż – w znacznej części dzięki ofierze naszych przodków – żyjemy dziś w czasach niewymagających aż takiego heroizmu, każdy z nas, jak mówił św. Jan Paweł II, „znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować”. Podejmując te powinności, zwykle nie odniesiemy korzyści od razu. Może nawet po ludzku poniesiemy stratę. Jednak ostatnie słowo – jak mówi dzisiejsze drugie czytanie – będzie należało „do Boga, który sądzi wszystkich” (Hbr 12,23).
„Panie, bądź nagrodą dla wszystkich, którym zawdzięczamy niepodległość naszej Ojczyzny, a nam pozwól tak żyć, abyśmy mogli kiedyś dołączyć do «duchów ludzi sprawiedliwych, którzy już doszli do celu» (Hbr 12,23)”.
Syr 3,17-18.20.28-29
Ps 68,4-7.10-11
Hbr 12,18-19.22-24a

▌Niedziela, 8 września
Łk 14,25-33
Nie może być moim uczniem. (Łk 14,26)
Mieć w nienawiści rodziców? I własne życie? Dźwigać swój krzyż? Brzmi to zdecydowanie odstraszająco! Łukasz mówi nam, że Jezus wypowiedział te słowa do idących z Nim „wielkich tłumów” (Łk 14,25). Zauważmy, że ludzie ci nie szli „za Nim” jako Jego uczniowie, ale „z Nim” – towarzyszyli Mu w drodze, chcąc zobaczyć, co takiego jeszcze uczyni. Jezus zdawał sobie sprawę, że ich motywacje mogły być bardzo różne, dlatego w pewnym momencie odwrócił się i skierował do nich te trudne słowa: „Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26-27).
Jezus wiedział dobrze, jakie granice stawia w swoim sercu każda z towarzyszących Mu osób. Być może ktoś nie był w stanie zdobyć się na opuszczenie bezpiecznego schronienia rodzinnego domu. Ktoś inny bał się, że idąc za Jezusem, zostanie odrzucony przez bliskich. Jeszcze ktoś inny był gotów wyruszyć z entuzjazmem, ale nie miał siły wytrwać w przeciwnościach. A byli może i tacy, którzy szli za Nim z czystej ciekawości.
Jezus zatrzymał się i przemówił do nich. Chciał nimi wstrząsnąć i pomóc im przezwyciężyć przeszkody, które powstrzymywały ich przed pójściem za Nim. Chciał, by zrozumieli, że przyjęcie Jego nauki to poważna decyzja, której nikt za nich nie podejmie. Każdy musi sam zdecydować w swoim sercu, czy chce pójść za Jezusem.
Każdy z nas może odnaleźć się w tłumie idących za Jezusem. Wszyscy nosimy w sercach jakieś zadry, jak grzech czy uraza, których wcale nie mamy ochoty się pozbyć. Ale Jezus wzywa nas do postawienia kolejnych kroków na drodze uczniostwa.
Słuchając dzisiejszych czytań mszalnych, zastanów się, co porusza cię w sposób szczególny. Może Jezus zaprasza cię do większej bliskości z Nim? A może pokazuje ci, co cię od Niego oddala? Jeśli tak, weź to sobie do serca. A kiedy przyjmiesz Komunię świętą, proś Jezusa, by to słowo zakorzeniło się w twoim sercu. Zaufaj, że będzie ono wydawało owoce przez cały najbliższy tydzień.
„Jezu, chcę iść wiernie za Tobą”.
Mdr 9,13-18
Ps 90,3-6.12-14.17
Flm 9b-10.12-17


▌Sobota, 14 września
Podwyższenie Krzyża Świętego
J 3,13-17
Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego. (J 3,14)
Kiedy chłopak wręcza dziewczynie czerwone róże, domyślamy się, że jest to wyznanie miłości. Wyznaniem miłości Boga do nas, ludzi, był krzyż Jezusa Chrystusa. To najbardziej wstrząsające wyznanie miłości, jakie oglądał ten świat. Bóg, który stał się człowiekiem, umarł na krzyżu haniebną śmiercią, aby nas odkupić i byśmy mogli żyć z Nim teraz i na wieki.
Pamiętajmy jednak, że Jezus nie umarł za ludzkość w sensie ogólnym, ale konkretnie za każdego z nas, za ciebie i za mnie. Przyjąłby mękę krzyża, nawet gdybyś był jedynym człowiekiem na całym świecie.
Jak odpowiedzieć na tak wielką miłość? Słysząc to pytanie, w pierwszym odruchu zaczynamy często myśleć o tym, co możemy zrobić, aby za nią odpłacić. Ale w odpowiedzi na miłość Boga nie chodzi o to, aby coś dla Niego zrobić, ale by przyjąć to, co Jezus zdobył dla nas przez swoją śmierć. To dzięki Jego krzyżowi mamy dostęp do łaski i miłosierdzia Boga. Są one nam dane darmo i nie musimy w żaden sposób na nie zapracowywać. Jezus zapłacił za nie wielką cenę, gdy stał się „posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,8). Oto jak nas miłuje! Oto jak umiłował ciebie!
Kiedy otwieramy nasze serca dla Jezusa, zaczyna przepływać przez nie Jego miłość, uzdalniając nas do kochania innych, tak jak On umiłował nas. Bez potępiania. Bez osądzania. Z gotowością poświęcenia siebie dla innych. Z gotowością wysłuchania, cierpliwego znoszenia cudzych wad, a przede wszystkim przebaczania.
Krzyż jest najwyższym symbolem miłości Boga do każdego z nas. Ale jest też czymś więcej niż symbolem – jest rzeczywistością, jaką możemy żyć na co dzień. W to szczególne święto Podwyższenia Krzyża Świętego spędź jakiś czas u stóp krzyża, otwierając się na miłość Jezusa. A potem bądź żywym znakiem miłosiernej miłości Boga dla wszystkich, których spotkasz.
„Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył”.
Lb 21,4b-9 albo Flp 2,6-11
Ps 78,1-2.34-38

▌Niedziela, 15 września
Łk 15,1-32
Wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. (Łk 15,20)
Tę ulubioną przez wielu z nas historię nazywa się zwykle „przypowieścią o synu marnotrawnym”. A gdybyśmy tak dziś spróbowali spojrzeć na nią jako na przypowieść o marnotrawnym ojcu?
Nazwanie ojca „marnotrawnym” może budzić opór. Słowo to oznacza przecież tyle, co rozrzutny, lekkomyślny, szastający pieniędzmi na prawo i lewo. Tak właśnie postąpił młodszy syn i wcale nam się to nie podoba.
A jednak ojciec jest marnotrawny. Najpierw dobrowolnie wypłaca młodszemu synowi należną mu część spadku, zanim ona mu się prawnie należy. Następnie – co jeszcze dziwniejsze – po powrocie syna wykazuje się wyjątkowym marnotrawstwem, dając mu najlepszą szatę, pierścień, nowe sandały, a do tego wyprawiając wspaniałą ucztę. Nic dziwnego, że zdenerwowało to starszego syna! Jak ojciec mógł tak hojnie obdarować tego hultaja? Dlaczego z taką radością przyjął do domu nieodpowiedzialnego marnotrawcę?
Postawa marnotrawnego ojca także i nam może wydać się dziwna. Trudno zrozumieć, dlaczego natychmiast przywrócił swemu krnąbrnemu synowi pełne prawa dziecka i dziedzica. Wydaje nam się, że byłoby sprawiedliwie, gdyby ojciec kazał młodzieńcowi spłacić to, co roztrwonił, lub ponieść jakieś inne konsekwencje, zanim otrzyma przebaczenie. Ale byłoby to niezrozumieniem Bożego miłosierdzia.
Ojciec z przypowieści jest symbolem Ojca niebieskiego. Posłał On swego Jedynego Syna, aby oddał za nas własne życie, ponieważ chciał przyjąć nas z powrotem do domu. Przez wszystkie swoje słowa i czyny Jezus objawiał nieprawdopodobnie hojne miłosierdzie Boga, które jest dostępne dla każdego z nas. Bóg, pełen miłosierdzia, cierpliwie wyczekuje naszego powrotu i z radością wita nas w niebieskim domu.
Tak właśnie „rozrzutny” w swoim miłosierdziu jest nasz Bóg!
„Dziękuję Ci, Ojcze, za Twoje hojne miłosierdzie. Dziękuję Ci za to, że wybiegasz na spotkanie każdego, kto do Ciebie powraca”.
Wj 32,7-11.13-14
Ps 51,3-4.12-13.17.19
1 Tm 1,12-17
albo Łk 15,1-10

▌Niedziela, 22 września
Łk 16,1-13
Synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z podobnymi sobie ludźmi niż synowie światłości. (Łk 16,8)
Dzisiejsza przypowieść może wprawić nas w zakłopotanie. Dlaczego Jezus uczynił jej głównym bohaterem nieuczciwego rządcę?
Pomoże nam to zrozumieć kontekst, w którym padły te słowa. Jezus właśnie opowiedział przypowieść o synu marnotrawnym – historię ojca, który przebaczył bezwarunkowo swojemu synowi i wyprawił wspaniałą ucztę dla uczczenia jego powrotu do domu (Łk 15,11-32). Ojciec okazał się wobec swego dziecka tak hojny, że aż rozrzutny. Trudno znaleźć w prawdziwym życiu kogoś, kto byłby zdolny postąpić podobnie.
Ale o to właśnie chodzi. Przypowieść o synu marnotrawnym jest przypowieścią o niepojętym miłosierdziu Boga wobec nas. A teraz, na zasadzie kontrastu, Jezus opowiada historię o „miłosierdziu” ograniczonym, wypływającym z egoistycznych pobudek. Mówi o nieuczciwym rządcy, który w sposób budzący wątpliwości umarza część długu ludzi, których życzliwość chce sobie pozyskać.
Zauważmy tu kolosalną różnicę pomiędzy postawą tego rządcy a postawą ojca syna marnotrawnego. Jezus doskonale wie, że przebaczenie i miłosierdzie na tym świecie są rzadkim dobrem i o tym właśnie mówi w swojej przypowieści. Następnie jednak, celnie ją puentując, stwierdza, że Jego uczniowie nie są zdolni dorównać nie tylko miłosierdziu ojca, ale nawet roztropności nieuczciwego rządcy. „Synowie tego świata roztropniejsi są – mówi – niż synowie światłości” (Łk 16,8). Umarzając wierzytelności dłużników swego pana, rządca rzeczywiście wykazał się roztropnością i sprytem, żeby zadbać o swoją przyszłość. Jednak Jezus oczekuje od nas czego innego. Oczekuje prawdziwego miłosierdzia – miłosierdzia „rozrzutnego”, które wybacza bez stawiania warunków. Taki jest właściwy „sposób” zadbania o swoją przyszłość – w perspektywie życia wiecznego.
Czy podejmiesz wyzwanie Jezusa? Czy zechcesz przebaczyć także wtedy, gdy ktoś nie zasługuje na miłosierdzie? Oczywiście jest to trudne, czasem nawet bardzo trudne, ale z pomocą łaski Bożej możliwe.
Dziś podczas Mszy świętej otrzymasz największy dar nieskończonego miłosierdzia Boga – Ciało i Krew Chrystusa wydane za ciebie. Kiedy go przyjmiesz, staraj się świadomie otworzyć na działanie Bożej miłości. Niech ona przenika twoje serce i czyni cię tak miłosiernym jak On.
„Panie, naucz mnie przebaczać, tak jak Ty przebaczasz – wielkodusznie
i bezwarunkowo”.
Am 8,4-7
Ps 113,1-2.4-8
1 Tm 2,1-8

▌Niedziela, 29 września
Łk 16,19-31
U bramy jego pałacu leżał żebrak pokryty wrzodami, imieniem Łazarz. (Łk 16,20)
Jak myślisz, ile razy w ciągu dnia bogacz przechodził obok Łazarza? A mimo to nigdy naprawdę go nie zobaczył. Był on dla niego jedynie jakąś częścią krajobrazu, czymś zwyczajnym, nad czym nie ma sensu się zastanawiać.
Bogacz z przypowieści Jezusa umiera i cierpi męki w zaświatach. Nie dlatego, że był bogaty, ale dlatego, że nie zatroszczył się o drugiego człowieka, który został postawiony na jego drodze.
Wiemy wszyscy, że bycie chrześcijaninem oznacza także troskę o innych, a zwłaszcza o tych, którym się nie powiodło. Ale jest tak wielu potrzebujących, że możemy poczuć się przytłoczeni. Poza tym większość z nas nie jest politykami ani pracownikami społecznymi i nie ma odpowiednich kompetencji, aby pomagać ludziom wyjść z ubóstwa. Nawet gdybyśmy rozdali wszystko, co posiadamy, nie odniosłoby to większych skutków.
Warto więc przypomnieć sobie, że Jezus nie przedstawił jakiejś rozwiniętej strategii zwalczania ubóstwa. Po prostu troszczył się o ludzi, których spotykał, o każdego z nich indywidualnie. Gdyby bogacz z dzisiejszej przypowieści uczynił to samo, interesując się biedakiem leżącym u jego bram, jego przyszłość mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.
My także zacznijmy od troski o pojedyncze osoby, zwłaszcza te, które spotykamy w naszej codzienności. Gdyby postępował tak każdy z nas, pomyślmy, jak wiele osób mogłoby otrzymać pomoc!
Pamiętajmy też, że Bóg chce, abyśmy wspierali także tych, którzy nie mają problemów materialnych, ale pomimo to są „biedni”. Jak mawiała Matka Teresa z Kalkuty: „Na świecie jest wielu ludzi umierających z braku kawałka chleba, ale o wiele więcej umierających z braku miłości”. Twoja troska i obecność jest dla nich równie ważna, jak pomoc materialna dla ubogich.
Dziś podczas Mszy świętej proś Pana, aby pomógł ci dostrzec kogoś, kto być może leży na twoim „progu”, a ty go nawet nie zauważasz. Twoja troska może mieć ogromne znaczenie!
„Jezu, pokaż mi potrzebujących mojej pomocy «Łazarzy», których mam wokół siebie”.
Am 6,1a.4-7
Ps 146,6-10
1 Tm 6,11-16

MAGAZYN:

Łaska chwili


Jak odnalazłam Boga w czasie żałoby


Od naszej reakcji na stratę zależy bardzo wiele. Czy choćby resztkami sił przylgniemy do nadziei, czy ulegniemy pokusie rozpaczy? Nasz wybór może otworzyć drzwi łasce Bożej lub je przed nią zamknąć.
Mój mąż Mike i ja przeżyliśmy najboleśniejszą stratę w 2010 roku, kiedy nasz szesnastoletni syn, Alex, zginął w wypadku samochodowym. Gdy zawiadomiono nas o tym telefonicznie, natychmiast pośpieszyliśmy do szpitala. Dowiedzieliśmy się, że ekipa ratownicza ledwo odratowała Alexa na miejscu wypadku. Dokonując heroicznych wysiłków, zdołali na tyle ustabilizować jego stan, by można było przewieźć go helikopterem do szpitala. Podłączono go do aparatury podtrzymującej życie i powiedziano nam, że jego urazy są zbyt rozległe, aby mógł przeżyć. Szóstka naszych pozostałych dzieci zdążyła jeszcze odwiedzić go w szpitalu, zanim odłączono aparaturę. Było to dla nich traumatyczne doświadczenie, ale przynajmniej mogły się z nim pożegnać.

ŻAŁOBA W RODZINIE
Następne kilka lat upłynęło jak we mgle. Przez długi czas wraz z mężem byliśmy w szoku. Próbowaliśmy zrozumieć, co to dla nas znaczy być rodziną bez Alexa. Nasze pozostałe dzieci miały od siedmiu do dwudziestu lat i każde z nas odczuwało tę stratę po swojemu. Mike i ja pomagaliśmy dzieciom przeżyć żałobę, sami się z nią zmagając. Bywały dni, kiedy próbowałam po prostu jakoś przebrnąć przez następne pięć minut.
W ciągu tych lat nauczyłam się, co to znaczy żyć chwilą obecną. To właśnie w niej możemy odnaleźć łaskę Bożą. Nie w przeszłości ani w przyszłości, ale teraz.
Wiele razy po prostu miałam ochotę się poddać. Nie mogłam już dłużej wytrzymać. Moje przygnębione dzieci bardzo mnie potrzebowały, a ja miałam im tak niewiele do zaoferowania. Nie znałam odpowiedzi na ich pytania ani na swoje własne. Czasami wysłuchując bolesnych zwierzeń któregoś z dzieci, modliłam się: Panie, nie mam pojęcia, co powiedzieć. Nie wiem, co powinien usłyszeć. I zwykle, kiedy przestawały mówić czy płakać, znajdowałam właściwe słowa. Wiedziałam, że nie pochodzą one ode mnie, ale od Ducha Świętego.

WYBÓR WIARY
W dniach kiedy czułam pustkę, smutek i byłam na skraju załamania, myślałam o Apostole Szymonie Piotrze, który powiedział do Jezusa: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli” (J 6,68-69). Kiedy wielu zwolenników odeszło, Jezus zapytał swoich uczniów, czy i oni chcą Go opuścić. Słowa Piotra stały się moimi słowami. Powtarzałam je wciąż na nowo.
Ciągle przeżywałam pokusę rozpaczy, ale wiedziałam, że nie wolno mi popaść w użalanie się nad sobą i dać się pochłonąć cierpieniu. Wiedziałam, że nie chcę wybrać tej drogi. Tak więc jak niegdyś Piotr, wybierałam Pana. Czasami ten wybór był podejmowany bardzo niechętnie. Ale jednak go podejmowałam. I kiedy czułam, że nie stać mnie już na nic, a przecież muszę dawać z siebie, muszę być dla dzieci, Bóg napełniał mnie siłą.

NIE MA JEDNEJ
„SŁUSZNEJ” DROGI
Nikt nie zastąpi Alexa. Był on niepowtarzalną, wyjątkową osobą. Mój świat został umniejszony, gdyż jego już w nim nie ma. I tak ma być. Jak napisał Nicholas Wolterstoff w Lamencie nad synem po stracie własnego dziecka: „Jeśli był wart kochania, jest wart żałoby. Żałoba jest egzystencjalnym świadectwem wartości umiłowanej osoby. Ta wartość trwa”.
Najważniejsze, czego nauczyłam się o żałobie, to fakt, że każdy przeżywa ją inaczej i że jest ona inna w wypadku każdej straty. Ta świadomość pozwala w wolności przeżywać ją po swojemu. Wielką łaską było dla mnie to, że ci, którzy wspierali mnie w moich zmaganiach, pozwalali mi opłakiwać stratę mojego syna, nie osądzając mnie ani nie wtłaczając w żadne ramki. Płakali i śmiali się razem ze mną, nigdy nie dając mi odczuć, że powinnam zachowywać się inaczej. Mogłam swobodnie wyrażać wszystkie emocje, które się odczuwa będąc w żałobie. Miałam prawo pytać i nie rozumieć. A jeśli kiedykolwiek zaczynałam wątpić, że Bóg towarzyszy mi swoją łaską, wystarczało, że pomyślałam o swoich braciach i siostrach, którzy towarzyszyli mi
w przeżywaniu żałoby. Byli oni dla mnie naprawdę Ciałem Chrystusa na ziemi.

ŻAŁOBA I NADZIEJA
Żałoba jest sposobnością, choć bolesną, do pełniejszego otwarcia się na łaskę i miłosierdzie Boga. Opłakiwanie straty syna przemieniło moje serce. Odkryłam, że złamane serce także może wzrastać. Moja zdolność do miłości jest dziś większa, potrafię też lepiej towarzyszyć innym w ich zmaganiach.
Smutek straty jest częścią życia – częścią miłości. Ośmielając się kochać, narażamy się na smutek. Zadawałam sobie pytanie: „Jak smuci się chrześcijanin?” – i znalazłam na nie odpowiedź: „Smucimy się z nadzieją”.
Mniej więcej rok po śmierci Alexa byliśmy na pogrzebie piętnastoletniego syna przyjaciół. Moje serce cierpiało razem
z nimi, gdyż rozumiałam, co czują. Wciąż jasno pamiętam fragment homilii. Ksiądz powiedział, że gdy umiera ukochana osoba, część nas umiera razem z nią i przebywa już w niebie. Gdy idąc dalej przez życie tracimy kolejnych bliskich, mamy w niebie coraz solidniejszy punkt oparcia. Ten przepiękny obraz wydał mi się bardzo prawdziwy. Im mocniej opłakujemy kogoś z nadzieją zmartwychwstania, tym cieńsza staje się zasłona pomiędzy niebem a ziemią. A kiedy wreszcie wejdziemy do nieba, złączymy się sami ze sobą oraz ze wszystkimi, którzy znaleźli się tam przed nami.
Dziś za każdym razem, gdy śpiewamy na Mszy Święty, Święty, Święty, łącząc nasze głosy ze świętymi i aniołami w niebie, czuję się blisko mojego syna. Wiem, że jeszcze niejeden raz będę przeżywać żałobę. Odejdą inni moi ukochani. Ale każda strata jest okazją do większego otwarcia serca na przemieniającą miłość Boga. A ona naprawdę przemienia. Staję się bardziej ludzka, pełniej żyjąca w Chrystusie. ▐

Odpowiedź na ankietę „Błogosławieństwo starości”:

Moja wdzięczność nie ma granic

Mam na imię Lucyna. Jestem bardzo wdzięczna Panu Bogu za to, że pozwolił mi dożyć starości. Myślę, że nie zmarnowałam tego czasu. Był to czas na dojrzewanie i zdrowy ogląd przeżytych lat. Moje życie było usłane różami – wbrew powiedzeniu, że życie takie nie jest. Dziś rozumiem, że róża jest piękna, ale ma też kolce. Tak wygląda życie – jest piękne, ale kłujące, pełne marzeń i oczekiwań, ale także rozczarowań, buntu, niezgody na innych, na siebie i na to, co nas spotyka. Długie lata, trzy czwarte mojego życia, przeżyłam na użalaniu się, że powinno ono wyglądać inaczej. Nie umiałam przyjąć rzeczywistości. Za wszystkie niepowodzenia winiłam innych. A jeśli coś się udawało – to była moja zasługa; nie przypisywałam tego Panu Bogu, Jego łasce.
Byłam i jestem osobą wierzącą i praktykującą, ale zawsze niezadowoloną, ponurą i smutną, nieumiejącą cieszyć się życiem tu i teraz. Lęk nie pozwalał mi marzyć i działać. Nie cieszyłam się, kiedy było dobrze, żeby nie zapeszyć, a kiedy było źle, brakowało mi odwagi i wiary, że można coś zrobić. Nie wyrażałam swoich uczuć i oczekiwań, bojąc się zranień, odrzucenia i rozczarowań.
Myślę, że Pan Bóg przedłużył mi życie, abym mogła wszystko przemyśleć, zrozumieć, przebaczyć sobie i innym, żebym miała czas na refleksję i spojrzenie w prawdzie na to, co w moim życiu było dobre a co złe, na zobaczenie swoich wad, ale i zalet. Dzięki Jego łasce zostałam wprowadzona na drogę rozwoju osobistego i duchowego. Pan Bóg wytyczył mi tę drogę i postawił ludzi, abym uczyła się prawdy o sobie. Pomocą w moim rozwoju był przede wszystkim udział w rekolekcjach i konferencjach w Ośrodku Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu i wspólnoty Al-Anon – samopomocowej wspólnoty rodzin i przyjaciół osób z problemem alkoholowym. Dziś pragnę dzielić się z innymi doświadczeniem swojego życia i tym, co odkryłam.
Mam 82 lata, jestem dzieckiem wojny. Strach i niepokój, jaki krążył w domu, udzielał się także mnie. Nie było radości i zadowolenia, dominował smutek. Nie chcąc sprawiać kłopotu rodzicom, nie wyrażałam swoich uczuć i potrzeb. Byłam cichym, pokornym dzieckiem, ale w głębi serca zbuntowanym. Dorastałam w trudzie i niedostatku. Mając 21 lat, wyszłam za mąż, aby ulżyć rodzicom, ponieważ miałam jeszcze pięciu braci. Małżeństwo nieudane – tak myślałam, bo nic nie czułam do swojego męża. Dziś znam powód – zamrożone uczucia, życie w zgorzknieniu, rozżaleniu i smutku. Pan Bóg mnie pocieszył obdarzając dziećmi, które przywróciły radość i zadowolenie. Troska i uczciwe wykonywanie obowiązków wobec męża i dzieci – to była miłość. Miłość, trochę o niej: co o niej wiedziałam? Nic i nie wierzyłam, że ona istnieje. Uważałam, że szczęście powinien mi dać ktoś, to znaczy – mąż. A właśnie mąż mi tego szczęścia dać nie umiał, a ja nie umiałam go wziąć.
Dopiero w terapii, którą podjęłam po latach, dowiedziałam się, że szczęścia nikt ci nie może dać, ale też nikt nie może go zabrać. Szczęście jest w tobie, spróbuj go poszukać, nie zmieniaj innych, zmieniaj siebie, swoje myślenie. Wystarczy zgoda na rzeczywistość. Bóg jest z tobą. Zaczęłam się tego uczyć, więcej mówić, ale przede wszystkim więcej słuchać, słyszeć i rozumieć. Dzisiaj głowa stara, ale myślenie jaśniejsze. Widzę ludzi i świat inaczej. Świat jest piękny, ludzie mądrzy i przyjaźni. Uczestnicząc we Mszach świętych, rozumiem, co mówi Ewangelia. Czasem aż się dziwię, jakich mam mądrych księży, jak się zmienili – a to ja się zmieniłam, to mój umysł jest bardziej otwarty.
Dziś rozumiem, że oboje z mężem kochaliśmy się, tylko nie umieliśmy okazywać sobie miłości. Każde z nas czegoś oczekiwało od drugiego, nie wyrażając tego głośno, stawiając warunki i granice. Dziś dojrzałam do tego, żeby przeprosić Boga, męża i dzieci – za brak spokoju, za nieporozumienia i kłótnie, które nie dawały dzieciom poczucia bezpieczeństwa. Czasu cofnąć się nie da. Pozostała modlitwa o wybaczenie sobie, mężowi, dzieciom i innym. Taka prośba do dobrego Boga dała mi spokój ducha, radość i zadowolenie z życia. Bunt zamieniłam na wdzięczność. Mimo trudu, jakiego doznałam, jestem wdzięczna Bogu, że dał mi siłę wytrwać w tym związku do końca, w chorobie być opiekunką i pomocą dla męża.
Dziś wiem, że mój wybór nie był pomyłką. To było przeznaczenie – ten mąż i te dzieci, którymi Bóg mnie obdarował, a za które moja wdzięczność nie ma granic. Dzięki łasce Boga moje życie nabrało sensu. Zamiast narzekać na starość, cieszę się i dziękuję dobremu Bogu za każdy dzień życia, dziękuję za mojego męża. Wiem, że go kocham. To nie przypadek, że Bóg nas połączył. Dziękuję za moje dzieci i wnuki, które są w mojej starości wsparciem i powodem do radości i zadowolenia z życia. Moja wdzięczność nie ma granic.
W moim przypadku błogosławieństwo starości jest wielką łaską. Dzięki Matce Bożej i dzięki Jej Synowi, który posyłał mi Ducha wiary, prawdy, mądrości i miłości, przeżyłam trudne chwile i dziś umiem się cieszyć dniem dzisiejszym, nie narzekając na wczoraj. A jutro należy do Pana.
Lucyna

Sklep internetowy Shoper.pl