E-BOOK
7.38
PLN
Słowo wśród nas Nr 9 (289) 2017 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 9 (289) 2017 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 7,38 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO WRZEŚNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Wrześniowy numer „Słowa wśród nas”, nosi tytuł „Poślij mnie, Panie!”, odwołujący się do słów z Księgi Izajasza. W głównych artykułach mówimy o tym, że każdy z nas może, podobnie jak Izajasz, powiedzieć Bogu: „Oto ja, poślij mnie!” (Iz 6,8), ponieważ na mocy sakramentu chrztu wszyscy jesteśmy posłani, aby głosić światu dobrą nowinę o Bożej miłości do nas, grzeszników, aby umacniać słabych, okazywać miłosierdzie i towarzyszyć innym w drodze wiary.
W Magazynie zamieściliśmy artykuł o pierwszym kapelanie, który został kandydatem na ołtarze, Słudze Bożym ks. Vincencie Capodano: „Misjonarzem jest się do końca”. Zginął on w Wietnamie, ratując pod ogniem rannego sanitariusza, a wcześniej ofiarnie służył jako duszpasterz żołnierzom marines. Ponadto przejmujące świadectwo radykalnego nawrócenia z przestępczej drogi „Posłał mnie, bym głosił dobrą nowinę”, napisane przez Kubę z warszawskiej wspólnoty Przymierze Miłosierdzia. W ramach Naszych lektur polecamy książkę „Dawkins kontra Bóg” autorstwa Scotta Hahna i Benjamina Wikera. Odpierają oni po kolei argumenty, jakie przeciw Bogu wytoczył znany biolog, Dawkins i pokazują, do jakich konsekwencji prowadzą przyjęte przez Dawkinsa założenia.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę, a także informację dla prenumeratorów – wśród osób, które opłacą prenumeratę na przyszły rok do końca grudnia 2017 roku, zostaną rozlosowane atrakcyjne wycieczki.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY


Zwyczajni ludzie, nadzwyczajna miłość
Bóg posyła pokornych................................................ 4


Idź i odbuduj mój dom
Oddać się Bogu do dyspozycji.................................. 10


Mniej mów, więcej słuchaj
Towarzyszyć innym w drodze do Boga..................... 16


MEDYTACJE
NA KAŻDY D ZIEŃ


od 1 do 31 września.................... 21


MAGAZYN


Misjonarzem jest się do końca
Ksiądz, który na polu bitwy promieniował Chrystusem
– ks. Daniel Mode.................... 48


Posłał mnie, bym głosił dobrą nowinę.................... 54


Nasze lektury............................................................. 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Wszyscy mamy swoje ulubione fragmenty Pisma Świętego. Mnie poruszają najbardziej te, które mówią o miłości Bożej oraz o naszym powołaniu do miłowania Boga i siebie nawzajem. Lubię też fragmenty opisujące majestat i świętość Boga, a także te, w których Bóg posyła nas, byśmy służyli Jego królestwu i budowali Kościół. To właśnie na tych ostatnich fragmentach pragniemy skupić się w tym miesiącu.
W jednym z nich czytamy, że Bóg każe prorokowi Aggeuszowi napomnieć Izraelitów, by zamiast kierować całą swoją energię na upiększanie własnych domów, zajęli się odbudową świątyni, „domu Pańskiego” (Ag 1,2). W innym poznajemy historię proroka Izajasza, który przeżył fascynującą wizję Boga. Był nią tak wstrząśnięty, że zawołał: „Biada mi! Jestem zgubiony!”. Bóg jednak oczyścił go z grzechów, a kiedy zapytał: „Kogo mam posłać?”, Izajasz natychmiast odpowiedział: „Oto ja, poślij mnie!” (Iz 6,1-8). Nie możemy wreszcie zapomnieć o słowach samego Jezusa, który mówił uczniom: „Wy dajcie im jeść!” (Łk 9,13) czy „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19).
Bez wątpienia Jezus oczekuje naszej współpracy. Pragnie, byśmy byli „światłem dla świata”, byśmy „umywali sobie nawzajem nogi”. Przy podejmowaniu tego zadania kluczową rolę odgrywa nasze nastawienie, zarówno do Boga, jak i do ludzi. Piotr, Maria Magdalena, Paweł i wielu innych zmieniło swoje nastawienie po spotkaniu z Jezusem. Cieszyli się uzdrowieniem czy błogosławieństwem, jakie od Niego otrzymali, ale nie poprzestali tylko na tym. Zapragnęli podziękować Panu, włączając się w Jego misję. Z wdzięczności za wszystko, co dla nich uczynił, postanowili oddać Mu się do dyspozycji.
Podobnie jest z nami. W miarę jak coraz głębiej uświadamiamy sobie, co Jezus uczynił dla nas na krzyżu i jak wielu darów nam udzielił, wzrasta nasza gotowość do służenia Mu. Na stronie 8 proponujemy trzypunktowy plan, który może nam pomóc nabrać takiej gotowości i dyspozycyjności. Praktykując te trzy kroki, będziemy rozjaśniać ciemności, jawiąc się „jako źródła światła w świecie” (Flp 2,15).
Módlmy się więc wspólnie: „Jezu, daj mi serce chętne do pomocy innym. Zostawiam Ci całkowitą swobodę posługiwania się mną dla budowania Twego Kościoła. Rozbudź we mnie pragnienie wczuwania się w potrzeby innych – i to nie tylko duchowe, ale również materialne i emocjonalne. Chcę uczynić wszystko, o cokolwiek mnie poprosisz. Chcę być dziś Twoimi dłońmi i stopami na świecie”.
Oby Bóg błogosławił nam wszystkim i posługiwał się nami dla budowania swojego Kościoła.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


ARTYKUŁY:

Zwyczajni ludzie, nadzwyczajna miłość
Bóg posyła pokornychpokornych

Dowiadując się o swoim awansie do wymarzonego działu, Łucja była niezwykle przejęta. Wiązało się to nie tylko z podwyżką, ale także z możliwością pracy pod kierownictwem jednego z najbardziej podziwianych dyrektorów w firmie. O Jerzym mówiono, że jest wyjątkowo pracowity oraz opanowany w trudnych sytuacjach, cieszył się również opinią sprawiedliwego i troskliwego szefa. Łucja szybko przyzwyczaiła się do nowych zadań, zaczęła też doceniać pozytywną, sprzyjającą pracy atmosferę w swoim dziale. Jerzego widywała rzadko, ale zawsze sprawiał wrażenie człowieka szczęśliwego i pełnego pokoju.
Po kilku miesiącach, w pewne piątkowe popołudnie, kiedy wszyscy szykowali się już do wyjścia, Łucja nieoczekiwanie wdała się w rozmowę z Jerzym. Była zaskoczona tym, jak łatwo nawiązywał kontakt. Bardzo szybko w rozmowie pojawił się temat religii i Jerzy zaczął otwarcie dzielić się swoją wiarą. Powiedział, że regularnie uczestniczy w cotygodniowych spotkaniach modlitewnych w swojej parafii i że właśnie podczas takiego spotkania kilka lat temu przeżył głębokie doświadczenie bliskości Boga – doświadczenie, które całkowicie zmieniło jego sposób przeżywania wiary. Łucję, która także była katoliczką, ale zarzuciła praktykowanie wiary, historia Jerzego zaintrygowała do tego stopnia, że sama kilka razy wybrała się na spotkanie modlitewne.
Słuchając na tych spotkaniach świadectw innych osób, zaczęła modlić się codziennie i już wkrótce zaobserwowała w sobie pewne zmiany. Dostrzegli je także jej mąż i dzieci. Częściej się uśmiechała. Miała więcej cierpliwości do dzieci i z większym dystansem podchodziła do spraw domowych. Zaczęła chodzić na niedzielne Msze święte, a nawet przekonała do tego swojego męża. Z czasem cała rodzina wróciła do Kościoła.
Gdzie byłaby dziś Łucja i jej bliscy, gdyby nie tamta rozmowa z Jerzym? Może odzyskałaby wiarę w inny sposób, a może nie. W każdym razie jest oczywiste, że świadectwo Jerzego wywarło na nią trwały wpływ.

▌„POŚLIJ MNIE, PANIE!”
Codziennie spotykamy się z różnymi ludźmi. Codziennie mamy okazję, by prowadzić ludzi do Jezusa, ale i by odwodzić ich od Niego. Możemy też nie zwracać na nich uwagi i nie wywierać żadnego wpływu. Problem polega przede wszystkim na tym, czy jesteśmy świadomi, że możemy mieć wpływ na innych. Każde nasze słowo i gest to kolejna szansa świadczenia o Jezusie. Jeśli zadbasz o to, by dawać świadectwo swojej wiary poprzez czyny, słowa, cierpliwość i opanowanie, będziesz miał pozytywny wpływ na innych. Otworzą się przed tobą liczne drzwi i nowe możliwości. Wystarczy gorliwe serce i prosta modlitwa: „Panie, poślij mnie!”.

▌BÓG POSYŁA
NIEDOSKONAŁYCH
Często zbyt łatwo usprawiedliwiamy się, myśląc, że Bóg nie posyła takich ludzi jak my. Patrzymy na Najświętszą Maryję Pannę, św. Józefa, św. Piotra czy św. Jana i dochodzimy do wniosku, że nie mamy wystarczającej wiary. Patrzymy na ich heroiczne, pełne cnót życie i porównując je ze swoim, widzimy, jak wiele nam jeszcze brakuje.
Pismo Święte mówi nam jednak, że wybory Boże padają na bardzo różnych ludzi – godnych i niegodnych, zwyczajnych i nadzwyczajnych. Na przykład Abraham miał pełne prawo uważać, że jest zbyt stary, Jeremiasz z kolei protestował, że jest za młody. Jakub był kombinatorem, Mojżesz miał wadę wymowy, Gedeon był słaby i lękliwy. Mateusz był celnikiem, a Piotr i Jan prostymi rybakami. Nawet Paweł, Apostoł Narodów, swojego czasu gorliwie oddawał się prześladowaniu założonego przez Jezusa Kościoła. Wszyscy oni mieli swoje braki, ale to nie przeszkodziło Bogu w posługiwaniu się nimi.
Ani to, skąd pochodzili, ani to, co wcześniej robili, nie miało znaczenia. Doskonałość nie była wymagana – podobnie jak wyjątkowe zdolności, koneksje czy bogactwo. Św. Paweł podaje nam jedyne kryterium, jakie spełniają ci, którzy chcą służyć Bogu: „Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Według oceny ludzkiej niewielu tam mędrców, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata (…) wybrał, co niemocne (…) i to, co nieszlachetnie urodzone według świata oraz wzgardzone” (1 Kor 1,26-28).

▌BÓG POSYŁA POKORNYCH
Czy nie jest to paradoks? Paweł, człowiek wykształcony, inteligentny, zaradny i wpływowy, mówi nam, że w oczach Boga nie to jest ważne. W Liście do Filipian powiada: „To wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. (…) Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną dzięki wierze w Chrystusa” (Flp 3,7.8-9).
Podczas swej apostolskiej posługi Paweł wykorzystywał to, co było jego „zyskiem” – wykształcenie, talent pisarski i krasomówczy. Zarazem jednak wszystko to uważał za śmieci – jeśli tylko prowadziło go do koncentracji na sobie lub do uważania się za lepszego i mądrzejszego od innych.
Paweł zdawał sobie sprawę, że pomiędzy chlubieniem się w Chrystusie a chlubieniem się z samego siebie istnieje cienka granica, która nazywa się pokorą. Pokora nie polega na wypieraniu się swoich zdolności i talentów, ale na uznaniu, że są one darem od Boga, który powierzył je nam po to, byśmy wykorzystywali je dla Jego chwały i dobra Jego ludu.

▌TRZYPUNKTOWY PLAN
Jezus szuka zwyczajnych ludzi, którzy pragną czynić dla Niego rzeczy nadzwyczajne. Nasze słabości i niedociągnięcia nie są przeszkodą, o ile tylko mamy otwarte serca. On wie, że kluczem do przezwyciężenia grzechu jest pokora, która pozwala Duchowi Świętemu kształtować nasze wnętrza, a przez to umacniać nas do walki z pokusami i grzechem. Wie, że wzrastając w pokorze, będziemy się stopniowo przemieniać. Nasze zewnętrzne postępowanie powoli stanie się odbiciem wewnętrznego pragnienia oddania się Panu i służenia Jego królestwu.
Jak więc mamy stać się Kościołem, który patrzy w niebo i woła: „Panie, poślij mnie”? Św. Paweł proponuje nam plan obejmujący trzy punkty.
Po pierwsze, Paweł prosi nas, abyśmy idąc za przykładem Jezusa, „ogołocili” samych siebie (Flp 2,7). Choć brzmi to bardzo wzniośle, Paweł sprowadza to do prostej zasady – nie chciejmy „na równi być z Bogiem” (Flp 2,6). Przypominajmy sobie, że należymy do Niego, a nie do siebie. Wyznawajmy, że chcemy wypełniać Jego przykazania,
a nie realizować nasze własne pragnienia. Ogołocenie siebie oznacza powiedzenie Panu: „Wszystko, co mam, otrzymałem od Ciebie. Dziękuję Ci za dary, których mi udzieliłeś. Chcę wykorzystywać je dla dobra moich bliskich i całego Kościoła. Chcę ogołocić się ze wszelkiej pychy i wszystkiego, co prowadzi mnie do chlubienia się z samego siebie”.
Po drugie, Paweł prosi, abyśmy wyznali, że „Jezus Chrystus jest PANEM” (Flp 2,11), byśmy pamiętali, że to Jezus jest Bogiem, a nie my. Codzienne powtarzanie tego wyznania pomoże nam pamiętać o tym, jak bardzo wciąż potrzebujemy Jezusa, naszego Zbawcy i Odkupiciela. To On ma słowa życia, których słuchanie jest naszym pokarmem. Takie wyznanie wiary na pozór może wydawać się drobnostką, ale pozwoli nam na co dzień pamiętać o Jezusie i trwać w postawie pokory.
Po trzecie, Paweł każe nam „zabiegać” o własne zbawienie (Flp 2,12). Oznacza to wierność codziennej modlitwie, która wprowadza nas w doświadczenie zbawczej miłości Boga. Oznacza trwanie w tej miłości przez cały dzień, abyśmy nie dawali do siebie dostępu pysze ani innym grzechom. Oznacza przychodzenie do Pana ze skruchą po każdym upadku, aby On w swoim miłosierdziu mógł „zbawić” nas na nowo.
Praktykując te trzy kroki, będziemy stopniowo wzrastać w pokorze. Zaczniemy troszczyć się nie tylko o swoje sprawy, ale też i drugich. Będziemy, jak pisał św. Paweł, „źródłami światła w świecie” (por. Flp 2,15).

▌STWORZENI, ABY KOCHAĆ
Pismo Święte mówi nam, że jesteśmy Bożym „dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2,10). Wszyscy zostaliśmy wybrani przez Boga do szczególnych zadań. Każdy z nas został stworzony po to, by budować innych, a nie niszczyć ich, by okazywać innym miłość i miłosierdzie, a nie tylko tego oczekiwać.
Boży zamysł został wpisany w nasze duchowe DNA. Bóg stworzył nas do miłości, do służby, do wypełniania danych nam przez Niego zadań. Oznacza to, że nie zaznamy pokoju, zanim nie odkryjemy swojego powołania. Nie czekajmy, aż staniemy się doskonali. Módlmy się: „Panie, jestem słaby i niedoskonały, ale chcę iść za Tobą. Chcę, abyś się mną posługiwał. Chcę uczestniczyć w misji Twojego Kościoła”. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

▌Piątek, 1 września
1 Tes 4,1-8
Bóg (…) daje wam swego Ducha Świętego. (1 Tes 4,7.8)
Dla wielu z nas Duch Święty jest najbardziej tajemniczą Osobą Trójcy Świętej. Wprawdzie Ojca i Syna także nie jesteśmy w stanie zrozumieć do końca, najtrudniej jednak przychodzi nam znaleźć jakieś osobiste odniesienie do Ducha Świętego. Z czego to wynika?
Przede wszystkim Ojciec i Syn kojarzą nam się z życiem rodzinnym, podczas gdy już sama nazwa „Duch Święty” brzmi dosyć abstrakcyjnie i tajemniczo! Skoro jednak Kościół naucza, że Duch Święty jest Osobą, to z pewnością pragnie On nawiązać z nami osobowy kontakt. Czyni to na wiele sposobów.
Po pierwsze, Duch Święty nas naucza. Uczy nas, jak się modlić, objawia nam i pomaga zachować w pamięci to, co Jezus mówił i co dla nas uczynił. Towarzyszy nam jak oddany nauczyciel i prowadzi nas przez życie.
Ponadto Duch Święty przychodzi nam z pomocą w naszych słabościach. Wstawia się za nami jak dobry przyjaciel, a także modli się wraz z nami. Pomaga nam pojąć prawdy Ewangelii i wspiera nas łaską, abyśmy potrafili nimi żyć, zwłaszcza wtedy, gdy czujemy się słabi i niekompetentni.
I wreszcie Duch Święty nas kocha. Wiemy z Pisma Świętego, że Bóg jest miłością i to właśnie Duch Święty pomaga nam odczuć tę miłość w naszych sercach. Niesie nam pociechę, przypominając, że jesteśmy przybranymi dziećmi Boga, który tak bardzo nas kocha, że włączył nas do swojej rodziny. Napełnia nas miłością, abyśmy mogli miłować się nawzajem.
To prawda, że Duch Święty jest tajemniczą Osobą. Zawsze będzie nas intrygował. Nie jest On jednak odległy. Żyje w nas. Nieskończony Bóg przychodzi zamieszkać w ograniczoności ludzkiego serca! Jest zawsze z tobą, wciąż gotów obdarzać cię swoją miłością i mądrością. I podobnie jak Ojciec i Syn, jest szczęśliwy mogąc z tobą przebywać.
„Przyjdź, Duchu Święty. Ucz mnie, wspieraj i napełniaj Twoją miłością”.
Ps 97,1.2.5-6.10-12
Mt 25,1-13

▌Sobota, 2 września
1 Tes 4,9-11
Zachęcam was jedynie, bracia, abyście coraz bardziej się doskonalili.
(1 Tes 4,11)
Robotnik wznoszący katedrę wykonuje wciąż te same proste czynności. Mozolne układanie kamieni jeden na drugim czy napełnianie kolejnych taczek szybko zaczyna być monotonne. Łatwo mu zapomnieć o celu swojej pracy, jeśli od czasu do czasu nie zrobi kroku w tył i nie popatrzy z dystansu na wznoszoną budowlę. Podobnie i my, zagonieni, zajęci codziennymi sprawami, często zapominamy o tym, że każdy nasz nawet najdrobniejszy czyn ma znaczenie w oczach Boga i swoje miejsce w Jego wspaniałym dziele stworzenia.
Takie właśnie jest przesłanie dzisiejszego pierwszego czytania, w którym św. Paweł zachęca Tesaloniczan, by „coraz bardziej się doskonalili” (1 Tes 4,11). Znaczy to mniej więcej tyle, co: „Spójrz z dystansu na wszystko to, co zrobiłeś do tej pory. Pomyśl, co jeszcze pozostało do zrobienia, i niech zainspiruje cię to do dalszej pracy”. Następnie proponuje kilka praktycznych sugestii, między innymi radzi, by żyć z pracy własnych rąk.
Jakie znaczenie dla budowania królestwa Bożego ma praca naszych rąk? Czy nie liczy się przede wszystkim nasza modlitwa i ofiary duchowe?
W pewnym sensie tak. Jednak przez naszą pracę łączymy się z Bogiem w budowaniu tu, na ziemi, społeczeństwa opartego na sprawiedliwości i pokoju. Jak naucza Katechizm Kościoła Katolickiego, przez swoją pracę „człowiek uczestniczy w dziele stworzenia” (KKK, 2460). Nawet w najprostszych pracach kryje się wielka godność, gdyż dzięki nim stajemy się pomocnikami Boga w dziele stworzenia. Kto by pomyślał, że nasze codzienne czynności mają tak wielkie znaczenie?
Czasami jednak mamy wrażenie, że nasza praca w żaden sposób nas nie wynosi, wręcz przeciwnie, jest dla nas uciemiężeniem. To właśnie w takich momentach przypominajmy sobie, że Jezus jest z nami. On wziął w ręce zwyczajny chleb i przemienił go w swoje Ciało. Wziął zwyczajne wino – „owoc winnego krzewu i pracy rąk ludzkich” – i przemienił je w swoją zbawczą Krew. Z pewnością może także „wziąć w ręce” i przemienić naszą codzienną pracę, kształtując w nas serce sługi! Wtedy nawet zwyczajne rozwieszanie prania może stać wyrazem miłości do rodziny, a praca zawodowa wyznaczoną przez Boga drogą rozwoju naszych talentów.
Dążenie do doskonałej wiary niekoniecznie musi polegać na mnożeniu praktyk duchowych. Często oznacza robienie dokładnie tego, co robiliśmy do tej pory – zajmowania się zwykłymi codziennymi sprawami – z ciągłą pamięcią o miłości Chrystusa.
„Ojcze, oddaję Ci mój dzień. Oby moja dzisiejsza praca przyniosła Ci chwałę!”
Ps 98,1.7-9
Mt 25,14-30

▌Piątek, 8 września
Narodzenie Najświętszej Maryi Panny
Mt 1,1-16.18-23
A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie. (Mt 1,22)
Oglądając ten sam film po raz drugi, zauważamy zwykle wiele szczegółów, które umknęły nam za pierwszym razem. Tracimy jednak to napięcie, z jakim śledziliśmy akcję – wiemy przecież z góry, jak to wszystko się skończy. To samo może nam się przydarzyć w trakcie czytania dzisiejszej Ewangelii. Świętując Narodzenie Najświętszej Maryi Panny, słyszymy dobrze znany nam tekst. Spotykamy Józefa zmagającego się z nowiną o niespodziewanej ciąży Maryi oraz widzimy, jak wiara i odwaga pomaga im obojgu stawić czoło zdumiewającemu wydarzeniu Wcielenia i jego konsekwencjom w ich życiu.
Zastanówmy się, co mogli przeżywać Maryja i Józef w tym niezwykłym czasie. Ich zachowanie nie świadczy bynajmniej o wyjątkowej pewności siebie. Maryja „zmieszała się” (Łk 1,29) i wypytywała anioła, jak się to stanie. Józef na wieść o Jej stanie był gotów Ją od siebie oddalić. W tym momencie nie mieli możliwości wspólnego przedyskutowania anielskich odwiedzin. Czymś realnym była natomiast perspektywa skandalu, jakim groziła zaistniała sytuacja. Józef ryzykował utratę reputacji, poślubiając kobietę noszącą cudze dziecko, Maryi groziło nie tylko zaprzepaszczenie szansy na dobre małżeństwo, ale nawet utrata życia.
Oboje jednak powiedzieli „tak” i każde z nich zrobiło to oddzielnie, nie znając historii drugiej strony. Jak bardzo musieli być zakłopotani i przestraszeni, a jednocześnie otwarci na Boga!
Gdyby Józef i Maryja wiedzieli, w jaki sposób ich decyzje wpłyną na losy świata, jak wielkim zostaną otoczeni przez nas szacunkiem, czy byłoby im łatwiej przyjąć Boży plan? Prawdopodobnie tak. Jednak na tym także polega ich wielkość, że podjęli swoje decyzje, nie wiedząc, w jaki sposób potoczy się dalej ich życie.
My także podejmujemy ważne wybory, nie zdając sobie w pełni sprawy z ich skutków. Przypomnij sobie sytuacje ze swojego życia, w których powiedziałeś Bogu „tak”. Poszedłeś za Nim z wiarą, może w niepewności, bólu czy osamotnieniu. Podobnie jak Maryja i Józef, nie wiesz do końca, co Bóg uczyni z twoim „tak”. Nie wiesz, dokąd cię zaprowadzi. On jednak wie wszystko.
Wsłuchaj się w Jego głos – jakiego „tak” On dziś od ciebie oczekuje?
„Panie, pomóż mi odpowiadać na Twoje wezwania z taką samą ufnością, jaką mieli Józef i Maryja”.
Mi 5,1-4a lub Rz 8,28-30
Ps 96,1-2.11-13

▌Czwartek, 14 września
Podwyższenie Krzyża Świętego
J 3,13-17
Tak bowiem Bóg umiłował świat… (J 3,16)
Pomyśl, jak wielkie zniszczenia następują po wybuchu wulkanu. Ogromna chmura dymu i popiołu rozciąga się na całe kilometry. Roztopiona lawa spływa po zboczu góry, obalając potężne lasy, zagrażając osadom ludzkim i żłobiąc coraz to nowe ścieżki.
Jednak siła wulkanu jest nie tylko destrukcyjna, ale także twórcza. Spływając do morza, lawa stygnie i twardnieje, tworząc nowe wyspy. Spadający z nieba popiół użyźnia ziemię, zapewniając błyskawiczny rozwój roślinności. Cały krajobraz przeobraża się, gdy Bóg po raz kolejny wyprowadza nowe życie ze zniszczenia i śmierci.
Obraz ten jest bardzo adekwatny do dzisiejszego święta. Początkowo 14 września wspominano dzień, w którym św. Helena, matka cesarza rzymskiego Konstantyna, podczas pielgrzymki do Jerozolimy odkryła prawdziwe relikwie krzyża świętego. Z czasem jednak zaczęto świętować nie tylko odnalezienie krzyża, ale także zwycięstwo, jakie odniósł Jezus, gdy został na nim podniesiony, czy inaczej, podwyższony. Święto to otrzymało wówczas nazwę Podwyższenia Krzyża Świętego.
Nie bez powodu jest to dzień wspominania i świętowania. Świętuj więc. Niech będzie to dla ciebie czas odpoczynku i radości. Nie skupiaj się na tym, co powinieneś zrobić, aby Bóg był z ciebie zadowolony. Nie martw się tym, że zbyt powoli postępujesz na drodze życia duchowego. Pozostaw to na inne dni – a dziś po prostu się raduj!
Raduj się, że śmierć została pokonana mocą krzyża na Kalwarii.
Raduj się, że krew spływająca z krzyża niszczy fortece grzechu i żłobi nowe ścieżki nadziei, którymi możesz kroczyć.
Raduj się nową ziemią – królestwem Bożym – która staje się środowiskiem nowego, obfitego życia.
Przede wszystkim zaś raduj tym, że Bóg kocha cię tak bardzo, że zamiast cię potępić, posłał swego Syna, aby cię zbawił.
Nasze życie wygląda czasem jak krajobraz po wybuchu wulkanu. Bóg dopuszcza takie sytuacje, ale zawsze wyprowadza życie ze śmierci. Czy można się tym nie radować?
„Jezu, cieszę się triumfem Twojego krzyża!”
Lb 21,4b-9 lub Flp 2,6-11
Ps 78,1-2.34-38

▌Sobota, 23 września
1 Tm 6,13-16
Ażebyś zachował przykazanie nieskalane, bez zarzutu. (1 Tm 6,14)
Ojciec Pio, którego wspomnienie dzisiaj obchodzimy, zawsze starał się podnosić na duchu ludzi, których spotykał. „Módl się, ufaj i nie martw się” – było jego stałym mottem, wezwaniem kierowanym do wszystkich, którzy przychodzili prosić go o radę. I rzeczywiście jego rozmówcy odchodzili z odnowioną nadzieją i ufnością w Panu.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu Paweł umacnia na duchu Tymoteusza, swego umiłowanego syna w wierze. Jest przekonany, że Tymoteusz ma wszystkie potrzebne dary, by stawiać czoło czekającym go wyzwaniom. Dlatego pisze: „Nakazuję (…), ażebyś zachował przykazanie (…) aż do objawienia się naszego Pana, Jezusa Chrystusa” (1 Tm 6,14). Innymi słowy, gdy wszystko idzie dobrze, polecenie Pawła brzmi: „Rób swoje, Tymoteuszu!”. A gdy idzie źle? Dokładnie tak samo: „Rób swoje – aż do powtórnego przyjścia Jezusa!”.
My także starajmy się być ludźmi, którzy podtrzymują innych na duchu. Czasami proste słowo aprobaty może sprawić bardzo wiele dobra. Zdanie: „Ten obiad jest naprawdę przepyszny!”, brzmi jak muzyka w uszach kucharki, która przez dwie godziny harowała przy nagrzanej płycie. „Jestem dumny z tego, jak poradziłeś sobie
z tą trudną sytuacją w szkole” – potrafi rozświetlić twarz twojego dziecka. „Wiem, że naprawdę zaangażowałeś się w ten projekt – to przede wszystkim twoja zasługa” – to słowa, które wypowiedziane przez przełożonego uskrzydlą pracownika.
Chociaż zasadniczo rozumiemy wartość dobrego słowa, w naszych wypowiedziach jest często o wiele więcej krytyki niż pochwał. Na co dzień słyszymy przecież tak wiele negatywnych komentarzy. Wystarczy zajrzeć do codziennych gazet lub obejrzeć wiadomości telewizyjne, aby przekonać się, jak surowi i bezwzględni potrafimy być jedni dla drugich. Tak jednak nie musi być.
Możemy odwrócić ten trend jednym życzliwym słowem. Każdy dzień jest dla nas kolejną okazją ku temu, by stawać się solą i światłem, tak jak polecił nam Jezus. Komu przydałaby się dziś odrobina twojej życzliwości – dziecku, mężowi czy żonie, koledze czy koleżance z pracy? Przypomnij sobie Ojca Pio i jego krzepiące słowa. Przypomnij sobie Pawła umacniającego Tymoteusza. I ty możesz podnieść na duchu kogoś, kogo dzisiaj spotkasz.
„Jezu, pokaż mi, kto oczekuje dziś na moje dobre słowo”.
Ps 100,2-5
Łk 8,4-15

▌Piątek, 29 września
Świętych Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała
J 1,47-51
Widziałem cię pod figowcem. (J 1,50)
O czym myślał Natanael, siedząc pod drzewem figowym? Znając dobrze Pisma, mógł przypominać sobie słowa proroka Micheasza, który obiecuje, że „na końcu czasów (…) każdy będzie siadywał pod swą winoroślą i pod swoim figowcem” (Mi 4,1.4). Być może Natanael modlił się: „Panie, przyspiesz ten dzień!”.
Z tych czy innych rozważań Natanael został wyrwany przez Filipa, który zaprowadził Go na spotkanie z Jezusem. Jezus przeniknął serce Natanaela. Widząc go, obiecał mu, że zobaczy niebo otwarte i jeszcze „więcej niż to” – łącznie z wizjami aniołów (J 1,50)!
Jezus widzi każdego z nas zupełnie tak samo, jak widział Natanaela pod figowcem. Czyta w naszych myślach, tak jak czytał w sercu Natanaela. Widzi nas, kiedy się modlimy i kiedy modlitwa jest ostatnią ze spraw, jakie mamy na myśli. Zna najgłębsze tęsknoty naszych serc i pragnie je zaspokoić. Obiecuje nam, jak Natanaelowi, otworzyć przed nami niebo, abyśmy mogli ujrzeć „więcej niż to”, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.
Obchodząc więc dziś święto Archaniołów, pamiętaj, że Bóg cię widzi. On wie, kiedy siadasz i kiedy wstajesz, przenika z daleka twoje myśli (Ps 139,2). Zna twoje najskrytsze nadzieje i najgłębsze lęki. Dziś proponuje ci swą łaskę i pomoc. Umocni cię w twoim powołaniu, tak jak umocnił Maryję, kiedy posłał do Niej archanioła Gabriela z zapowiedzią, że zostanie Matką Pana (Łk 1,28). Otworzy ci oczy, byś mógł Go widzieć jaśniej, podobnie jak przywrócił wzrok niewidomemu Tobiaszowi, posyłając do niego archanioła Rafała (Tb 11). Będzie też wspierał cię w walce z grzechem, jak to zapowiedział, że obroni lud Boży przed złym duchem, posyłając do walki z nim archanioła Michała (Ap 12,7; Dn 12,1). Czy jesteś pod figowcem, w kuchni czy w samochodzie, wiedz, że Jezus jest blisko ciebie.
„Jezu, dziękuję Ci za to, że mnie znasz, kochasz i codziennie towarzyszysz mi na mojej drodze”.
Dn 7,9-10.13-14 lub Ap 12,7-12a
Ps 138,1-5


MAGAZYN:
ART. 1.
Misjonarzem
jest się
do końca

Ksiądz, który na polu bitwy
promieniował Chrystusem

Ks. Vincent Capodanno był pedantem, od młodości niezwykle przywiązanym do porządku i estetyki. Podporządkowanie tych nawyków pełnieniu Bożej woli zajęło mu wiele lat. Gdy w końcu zdecydował się oddać wszystko Bogu, Bóg wyznaczył mu wyjątkowo brudną i nieestetyczną robotę. Jego życie – oraz śmierć na polu bitwy w Wietnamie – ukazuje, że ziarno pszeniczne musi obumrzeć w ziemi, żeby mogło wydać owoc (J 12,24).

▌PRAGNIENIE POŚWIĘCENIA
Vincent Capodanno urodził się w 1929 roku, kilka miesięcy przed wielką depresją – ogromnym kryzysem ekonomicznym w Stanach Zjednoczonych. Był najmłodszym z dziewięciorga dzieci zżytej ze sobą włosko-amerykańskiej rodziny, mieszkającej na Staten Island w Nowym Jorku. Wychowany w duchu patriotyzmu, z dumą patrzył na swych trzech starszych braci opuszczających dom, aby zaciągnąć się do wojska podczas II wojny światowej.
Jako młody chłopak Vincent chciał być lekarzem. Choć nie miał nadzwyczajnych stopni, był bardzo skrupulatny
i dbały o wygląd – jego klasa uznała go za „najlepiej ubranego” i „najprzystojniejszego” chłopca. Ta dbałość o detale cechowała również jego życie duchowe. W dniach, kiedy przed rozpoczęciem zajęć szkolnych szedł na Mszę świętą, aby móc zachować post komunijny, nie jadł śniadania, za to zabierał do kieszeni gotowane jajko. Po ukończeniu szkoły średniej Vincent nadal chodził na Mszę świętą w dni powszednie, studiując na Uniwersytecie w Fordham. Wiosną 1949 roku, podczas rekolekcji w parafii na Manhattanie, zwierzył się przyjacielowi, że czuje się powołany do kapłaństwa.
Od początku Vincenta pociągało życie misyjne. Czytywał popularne pismo katolickie, publikujące historie misjonarzy głoszących Chrystusa w odległych krajach. Zgłaszając się jako kandydat na kapłana do Towarzystwa Misji Zagranicznych, wiedział, że taki wybór będzie oznaczać ciężką fizyczną pracę oraz długie oddzielenie od rodziny i przyjaciół. Jednak, jak mówił: „Wszelkie osobiste poświęcenie (…) będzie zrekompensowane faktem, że służę Bogu”. Po wyświęceniu na kapłana w 1958 roku miał wreszcie szansę wcielić te słowa w czyn. Jego pierwszą placówką misyjną były górzyste tereny Tajwanu.

▌ZDERZENIE Z MISJAMI
Ks. Capodanno został posłany do chińskiej społeczności Hakka, żyjącej w wiosce Tunglo na Tajwanie. Było to dla niego ogromne wyzwanie, ponieważ nie miał talentu do nauki języków, nie był też przyzwyczajony do surowego, wiejskiego życia. Będąc z natury pedantem, przykładającym ogromną wagę na przykład do czystości swoich butów, z trudem przystosowywał się do prymitywnych warunków. Co więcej, w przeciwieństwie do czasu nauki w seminarium, jego życie codzienne w Tunglo nie było w żaden sposób uregulowane. Prowadzenie pracy katechetycznej i duszpasterskiej wymagało od misjonarzy elastycznego i twórczego podejścia. Jednak Bóg przyjął jego gotowość do służby i wspierał go w budowaniu więzi z mieszkańcami Tunglo i okolicznych wiosek.
Capodanno przede wszystkim uczył się uważnie słuchać swoich parafian – także dlatego, że miał duże trudności, żeby w ogóle ich rozumieć. Szukał wskazówek w książce Promieniowanie Chrystusem, ofiarowanej mu z okazji świeceń kapłańskich. „Dusze zdobywa się słowem, przykładem, ale nade wszystko zdobywa się je ofiarą” – czytał. Pracował więc wytrwale na swojej tajwańskiej placówce przez sześć lat, spodziewając się, że pozostanie tam jeszcze o wiele dłużej.
Dlatego z zaskoczeniem i głębokim rozczarowaniem przyjął decyzję przełożonych, którzy postanowili przenieść go do prywatnej szkoły dla chłopców w Hongkongu. Kiedy ks. Vincent czuł, że jego praca wśród Chińczyków Hakka zaczyna wreszcie przynosić owoce, przełożeni doszli do wniosku, że trzeba zapewnić mu lżejsze warunki. Już po przeprowadzce do Hongkongu ks. Capodanno wysłał do przełożonych kilka listów z prośbą o pozwolenie na powrót do Tunglo, argumentując, że lata spędzone na poznawaniu języka i kultury Hakka nie powinny zostać zmarnowane.
Gdy jego prośby zostały odrzucone, odczuł to jako osobistą porażkę. Wierzył, że Bóg chce, by dalej uczył się przekraczać siebie, żyjąc w trudnych warunkach. Szukając na modlitwie natchnienia Ducha Świętego, pytał, gdzie jest jego następne miejsce służby. Wkrótce wysłał do biskupa kolejną prośbę. Przyjmując do wiadomości, że nie może powrócić na Tajwan, poprosił o posłanie go jako kapelana marynarki wojennej na wojnę w Wietnamie. Miał wewnętrzne przekonanie, że walczący żołnierze potrzebują obecności kapłana.

▌„PO PROSTU JESTEM Z NIMI”
W opinii przyjaciół była to najmniej odpowiednia dla niego misja – jeszcze bardziej wymagająca niż Tajwan. Także według przełożonych towarzystwo amerykańskich marines – szorstkich, zahartowanych w bojach twardzieli, zwanych czasem „gburami” – było ostatnim, do którego nadawałby się ten pedant w białych rękawiczkach.
Jednak gorliwość ks. Capodanno przekonała w końcu przełożonych i wiosną 1966 roku zameldował się w Siódmym Regimencie Marynarki Wojennej w Wietnamie. Wkrótce zdobył sobie sympatię powierzonych mu żołnierzy. Widzieli oni, że autentycznie pragnie być jednym z nich. „Po prostu jestem z nimi – pisał. – Chodzę z nimi i siedzę; jem i śpię z nimi w okopach, a także z nimi rozmawiam”. Nie było to jednak wszystko. Towarzyszył marines także w niebezpiecznych misjach.
Wyruszając w drogę z oddziałami bojowymi, krążył wokół maszerujących mężczyzn, dodając im odwagi i modląc się z nimi. Kiedy któryś został ranny, pochylał się nad nim mówiąc: „Sanitariusze już idą – trzymaj się. Niech Bóg Ojciec czuwa nad tobą, bracie”. Kiedy ktoś ginął w akcji, szeptał mu do ucha akt skruchy. „Bóg go usłyszy – mówił do swoich pomocników – i przebaczy mu wszystkie grzechy”. Pośród okropieństw wojny jego perfekcjonizm przerodził się w proste niesienie obecności Chrystusa.

▌PROMIENIOWANIE
CHRYSTUSEM 
Chociaż podczas zmagań wojennych liczyła się przede wszystkim odwaga, ks. Capodanno nie zatracił wrażliwości na ludzkie potrzeby żołnierzy. Pewnego dnia ujrzał jednego z marines przechadzającego się w sandałach po obozie, podczas gdy jego oddział brał udział w walkach. Zapytał go, co się stało. Sfrustrowany żołnierz wyznał mu, że jego wielkie stopy nie mieszczą się w przydziałowe buty. W wyniku osobistej interwencji ks. Capodanno żołnierza wysłano do Hongkongu, gdzie zamówiono dla niego buty na miarę.
Dzięki zaangażowaniu w wielkie i małe sprawy żołnierzy kapelan zdobył sobie przydomek „księdza gburów”. Im bardziej zbliżał się do swoich „gburów”, tym bardziej przybliżał się do Chrystusa. Odnalazł się w posłudze kapelana do tego stopnia, że po zakończeniu standardowych dwunastu miesięcy w strefie bojowej poprosił o przedłużenie tego przydziału. Jego prośba musiała być przekonująca, gdyż nieoczekiwanie otrzymał przedłużenie na kolejnych siedemnaście miesięcy, co było decyzją bez precedensu.
W ciągu długich miesięcy spędzonych w ciężkich, wojennych warunkach ks. Capodanno przeszedł zauważalną zmianę. Coraz bardziej promieniował Jezusem. Jego własne potrzeby i upodobania odeszły w cień, a jedynym celem stało się posługiwanie marines z coraz większą dobrocią i oddaniem. Jeden z kapelanów pamięta, jak ks. Capodanno posługiwał ciężko rannym: „Pacjent leżał otoczony przez lekarzy i sanitariuszy; widziałem, jak ręka kapelana szybko przesuwa się przez tłum, aby go namaścić”.

▌OSTATECZNE ŚWIADECTWO
4 września 1967 roku ks. Capodanno złożył swoim marines ostatnią ofiarę. Oddziały amerykańskie toczyły walkę
w dolinie Que Son z pięciokrotnie większymi siłami. Capodanno udał się helikopterem na miejsce bitwy, by służyć rannym i umierającym. Lądując pod gradem kul, natychmiast przystąpił do działania, udzielając pierwszej pomocy oraz sakramentu namaszczenia chorych rannym na polu bitwy. Zaniósł operatora radiowego w bezpieczne miejsce na stanowisko dowodzenia i oddał własną maskę przeciwgazową żołnierzowi, który zgubił swoją.
Gdy walki przybierały na sile, Capodanno pobiegł na pomoc rannemu sanitariuszowi. Po drodze dosięgła go seria z karabinu maszynowego. Przeszyty kulami padł na ziemię i zmarł na miejscu. Żołnierz, który znalazł jego ciało, mówił, że ks. Capodanno trzymał Biblię i uśmiechał się z zamkniętymi oczami, jakby się modlił.

▌DZIEŁO, KTÓRE TRWA DO DZIŚ
Choć od tych wydarzeń minęło już pół wieku, pamięć o ks. Capodanno jest wciąż żywa. Jego imię noszą kaplice, statki, ulice. W maju 2006 roku Kościół nadał mu tytuł Sługi Bożego. Odtąd odnotowywane są świadectwa nawróceń, uzdrowień fizycznych i powołań do kapłaństwa otrzymanych za jego wstawiennictwem.
Jednym z najbardziej spektakularnych wydarzeń było uzdrowienie piłkarza, ucznia szkoły średniej, który modlił się za wstawiennictwem ks. Capodanno o uzdrowienie z raka. Chłopiec miał już za sobą jedną operację i zalecono mu chemioterapię. Po pięciu tygodniach kontrolne badanie tomograficzne wykazało, że guzy zniknęły. Nie miał odtąd nawrotów i wszystko wskazuje na to, że został całkowicie uzdrowiony. Jeśli cud ten zostanie potwierdzony przez dochodzenie kościelne, może on otworzyć ks. Capodanno drogę do beatyfikacji.
To wszystko wydarzyło się dzięki temu, że pewien pedantyczny perfekcjonista całkowicie powierzył się Panu
i poszedł za Jego głosem. Obyśmy za jego przykładem i dzięki jego wstawiennictwu wszyscy pokonywali swoje słabości i coraz bardziej promieniowali Chrystusem. ▐

Ks. Daniel Mode jest kapelanem Marynarki Wojennej i postulatorem procesu kanonizacyjnego ks. Vincenta Capodanno.
ART.2 – ŚWIADECTWO:
Posłał mnie, bym głosił dobrą
nowinę

Mam 26 lat. Jestem z Warszawy. Pochodzę z katolickiej rodziny – mam wspaniałą mamę i ojca alkoholika. Jako dziecko trenowałem, chciałem być sportowcem, pojechać na igrzyska olimpijskie. Ale potem coś się zaczęło we mnie buntować. Autorytetem stali się koledzy. Pojawił się alkohol, papierosy, imprezy, pierwsze kradzieże. Po gimnazjum rzuciłem szkołę. Zacząłem brać narkotyki i handlować nimi. W wieku 18 lat trafiłem na pół roku do więzienia. Po wyjściu na wolność wróciłem do dawnych znajomych. Handlowaliśmy narkotykami, ćpaliśmy, jeździliśmy do Niemiec, bawiliśmy się. 
Zacząłem jednak odczuwać pustkę w sercu. To wszystko, co robiłem i co mi imponowało, przestawało mieć sens. Pewnego razu pojechałem z moim przyjacielem i jego dziewczyną nad morze. Gdy stamtąd wracaliśmy, przyszła mi do głowy myśl, że poszedłbym na pielgrzymkę. Powiedziałem to na głos mojemu przyjacielowi, a on mnie wyśmiał. Powiedział, że ja to mogę najwyżej po flaszkę do sklepu polecieć. Pamiętam te słowa do dzisiaj i sposób, w jaki on to powiedział. A jestem osobą przekorną: jak ktoś mi mówi, że coś jest białe, to ja mu udowodnię, że jest czarne. Jak ktoś mi mówi, że czegoś nie zrobię, to ja właśnie to zrobię.
Postanowiłem więc pójść na pielgrzymkę do Częstochowy. Wstydziłem się iść z Pielgrzymką Warszawską, bo myślałem, że ktoś mnie zobaczy, wyśmieje i będzie obciach, dlatego poszedłem z góralami. Podczas tej pielgrzymki doświadczyłem pierwszy raz bezinteresownej miłości ludzi, którzy mnie przyjęli, nic ode mnie nie chcąc. Poprzez tych ludzi doświadczyłem miłości Pana Boga. Czułem, że Bóg jest. Bo niemożliwe, żeby ludzie sami z siebie byli tacy dobrzy. Podczas tej pielgrzymki poszedłem po raz pierwszy do szczerej spowiedzi. To było w Czernej. Wstydziłem się, bałem się też, że jak powiem księdzu wszystkie moje grzechy, to pójdzie na policję albo zgłosi to do prokuratury i trafię z powrotem do więzienia. Bałem się tego. Ale podczas Mszy w Czernej bp Ryś mówił kazanie, które bardzo mnie poruszyło, i postanowiłem, że jednak pójdę do spowiedzi. Półtorej godziny opowiadałem kapłanowi w konfesjonale o swoim życiu. To było niesamowite uczucie. Czułem się po spowiedzi taki lekki. Poczułem po raz pierwszy, że Pan Bóg przebacza, że jest miłosierny, i wtedy zapragnąłem zmienić swoje życie. Nie bardzo wiedziałem jak, ale bardzo chciałem. 
Po powrocie z pielgrzymki wytrzymałem dwa tygodnie. Potem powrót do kolegów i robiłem dalej to samo. Przyszedł taki czas, że zacząłem się rozglądać po moich znajomych. Patrzyłem, jak wygląda ich życie. Uświadomiłem sobie wtedy, że moje życie będzie wyglądać tak: albo ja kogoś zabiję i trafię na resztę życia do więzienia, albo ktoś mnie zabije i nie będzie mnie, albo będę tzw. „wieczniakiem”, czyli po prostu od wyroku do wyroku. Stwierdziłem, że takie życie nie ma sensu, że to nie jest to, czego pragnąłem. Przecież miałem być sportowcem. Kiedyś śmiałem się z ludzi, którzy całymi dniami stali pod blokiem. Uważałem, że sport mnie od tego ratuje, a stałem się taki sam jak ci, z których się śmiałem. 
Zacząłem szukać. Poszedłem znów na pielgrzymkę i znów po tej pielgrzymce postanowiłem, że zmieniam swoje życie, ale wytrzymałem tym razem tydzień. Byłem załamany, nie chciałem żyć. Chciałem, żeby mnie zamknęli do więzienia. Podczas jakiejś imprezy zażywałem narkotyki wprost na ulicy…. Naprawdę chciałem, żeby mnie zamknęli. Zdesperowany pojechałem w góry – bo tam jest bliżej Pana Boga. Podczas Mszy z muzyką góralską siedziałem w ostatniej ławce i strasznie płakałem. Modliłem się: „Panie Boże, jeżeli naprawdę jesteś, to Ty zmień moje życie, bo ja już naprawdę nie daję rady. Jeżeli mnie kochasz, jeżeli jesteś, to Ty coś zrób, bo ja nie mam żadnego pomysłu”. Po raz pierwszy wtedy poprosiłem Pana Boga, żeby to On coś zrobił w moim życiu, a nie ja sam.
Długo nie musiałem czekać. Zadzwonił do mnie chłopak, którego kiedyś poznałem. Powiedziałem mu, że coś chciałbym zmienić w moim życiu, a on zaprosił mnie na warsztaty Talitha Kum do wspólnoty Przymierze Miłosierdzia. Poszedłem. Zobaczyłem ludzi, którzy wydawali mi się chorzy psychicznie, ludzi z innego świata. Byli uśmiechnięci, tańczyli, skakali, wariowali, a ja przyszedłem na te warsztaty z bagażem przegranego życia, życia które nie ma sensu, z uczuciem, że najchętniej bym się urodził jeszcze raz. Nie zobaczyłem tam Pana Jezusa, nie miałem objawień, nic się takiego nie zadziało prócz tego, że byłem wkurzony, że ci ludzi są tacy uśmiechnięci. Ale cały czas coś mi mówiło, żebym tam został, żebym został do końca. I faktycznie, Duch Święty działał z mocą. Nie miałem spoczynków, nie mówiłem językami, nie prorokowałem, ale Duch Święty przemieniał moje serce, moje myślenie, mój rozum. 
W niedzielę po tych rekolekcjach miałem jechać do Niemiec, żeby kraść. I znakiem działania Ducha Świętego było to, że postanowiłem nie jechać. Powiedziałem koledze, z którym byłem umówiony, że nie chcę jechać, nie wnikając w szczegóły. Powiedział, że OK, nie ma problemu. Bardzo się obawiałem tego, że będzie mi robił wyrzuty, bo dotąd zawsze jeździliśmy razem. Wstałem w poniedziałek rano i czułem coś niesamowitego. Miałem w sobie radość. Chciało mi się żyć. Pojechałem do kościoła, w którym – jak wiedziałem – w każdą środę spotyka się wspólnota Przymierze Miłosierdzia. Chciałem chociaż zobaczyć, dokąd mam przyjechać w środę, żeby znów doświadczyć bliskości Pana Boga, żeby znów spotkać się z tymi ludźmi i być z nimi. We wtorek ktoś zadzwonił do mnie z informacją, że zatrzymali tego mojego kolegę, z którym nie pojechałem do Niemiec. Pomyślałem, że to Pan Bóg mnie uratował. Gdybyśmy tam byli we dwóch, na pewno ja też trafiłbym do więzienia. Uświadomiłem sobie, że Pan Bóg naprawdę jest, że zawalczył o mnie, że chce mi pomóc, chce, żebym zmienił swoje życie. Że to On chce je zmienić. Postanowiłem wtedy ostatecznie zerwać ze starym życiem. Ale to nie ja z nim zerwałem, zrobił to za mnie Pan Bóg. Ja nie byłem w stanie.
Zadzwonił do mnie chłopak, od którego brałem narkotyki, który był moim szefem. Byłem przestraszony. „Kurcze, czego on znów chce ode mnie? Ja chcę z tym skończyć, a on do mnie dzwoni i chce się spotkać”. Umówiłem się z nim na to spotkanie, przyjechałem, a on mi mówi: „Słuchaj, Kuba, jesteśmy kolegami, jeżeli ty chcesz zmienić swoje życie, to nic nas nie dzieli. Rozlicz się z tego, co jest, i nic cię przy mnie nie trzyma, ty możesz przestać to robić”. Byłem w takim szoku, że nie wiedziałem, co mam powiedzieć. On nie wiedział, że ja byłem na tych warsztatach, nie wiedział, co się we mnie działo. Sam wyszedł z taką inicjatywą. Wtedy po raz drugi przekonałem się, że Pan Bóg naprawdę jest. Postanowiłem zaufać Mu. Zacząłem się modlić, chodzić na spotkania wspólnoty. To był piękny czas odczuwania bliskości Pana Boga. Dostawałem coś, czego wcześniej nigdy nie miałem. 
Jak już mówiłem, jestem człowiekiem, który robi wszystko na przekór. Do tej pory jeździłem samochodem bez prawa jazdy. Ale teraz byłem we wspólnocie i chciałem mieć prawo jazdy. Mówię: „Panie Boże, ja chcę żyć w zgodzie z Tobą. Na pewno ten egzamin na prawo jazdy zdam”. Pojechałem – i nie zdałem, a od czterech lat przecież jeździłem... Byłem wściekły: „No jak to, Panie Boże, jak Ty to w ogóle rozumiesz, przecież ja chcę dobrze, zgodnie z przepisami, zgodnie z Twoją wolą, a Ty mi nie pozwalasz”. Przejeżdżałem wtedy przez Bródno i przypomniałem sobie, jak na spotkaniu wspólnoty mówili, że są tam takie siostry, które zajmują się bezdomnymi i można do nich przyjść, żeby im pomagać i modlić się z nimi. Byłem niedaleko, więc pojechałem tam – i przez rok chodziłem codziennie.
Od tych bezdomnych ludzi uczyłem się wszystkiego. Zapisałem się do szkoły, a oni mnie przygotowali do matury z angielskiego. Poznałem tam ludzi, dla których nieważne było to, że nie mieli nic, dla nich wartością był drugi człowiek. Czegoś takiego wcześniej nie znałem. Dla mnie liczyły się tylko rzeczy materialne. Pan Bóg mnie przemieniał przez tę posługę u nich. Chodząc tam, nie czułem, że ja im pomagam, tylko że oni pomagają mnie. Wydawało mi się wcześniej, że bezdomni to alkoholicy, którzy sami wybrali takie życie. Nie do końca tak jest. Często za tymi ludźmi stoją ciężkie historie. Patrzenie na nich i rozmowy z nimi zaczęły przemieniać moje myślenie.
Wspólnota Przymierze Miłosierdzia jest wspólnotą ewangelizacyjną. Poproszono mnie, żebym poszedł z nimi do więzienia. Powiedziałem, że nigdy w życiu tego nie zrobię, bo nie chcę spotkać tam moich znajomych. Koledzy z osiedla i tak już mówili, że jestem nawiedzony, że przyćpałem, wołali na mnie „wielebny” albo „pastor”. Do tej pory zresztą tak na mnie mówią. Naśmiewali się ze mnie, ale to czego doświadczyłem podczas warsztatów, dawało mi siły do wytrwania przy Panu Bogu. Tak więc nie chciałem iść ewangelizować do więzienia, ale kolega ze wspólnoty nie ustępował: „Chodź, Kuba, to chociaż pod bramą się pomodlisz”. Spisał ode mnie numer dowodu, żeby mnie zgłosić i dostać zgodę na wejście do więzienia, gdybym zmienił zdanie. Powiedziałem: „Nie wchodzę”. Ale jednocześnie miałem poczucie, że to Pan Bóg daje mi okazję, żeby opowiedzieć się po Jego stronie, pokazać, że chcę, żeby On dalej prowadził moje życie. Pamiętam, jak siedziałem wtedy w samochodzie i jeszcze 15 minut przed wejściem do więzienia mówiłem, że nie pójdę. Ale pomyślałem: „Panie Boże, Ty wszystko możesz, jeżeli mam tam kogoś spotkać, to trudno” – i poszedłem. Nie spotkałem tam żadnego znajomego, ale to wydarzenie mnie odmieniło. To był kolejny kluczowy moment w moim życiu, kiedy powiedziałem Bogu „tak”, a On dał mi jeszcze znacznie więcej. 
Byłem wtedy neofitą, który doświadczył miłości i chciał ją dawać każdemu. Chodziliśmy ewangelizować na dworce do bezdomnych, do poprawczaków, do więzień. Pragnąłem tym ludziom, takim samym jak ja, mówić, że Pan Bóg jest, że można żyć inaczej. Chodziłem codziennie. W tym czasie skończyłem liceum, zdałem maturę. Pan Bóg zrobił po prostu coś niesamowitego. Nigdy w życiu nie przypuszczałem, że będę miał maturę!
Przyszedł czas, kiedy trzeba było stanąć twardo na nogach, przestać bujać w obłokach i iść do pracy. Zacząłem szukać pracy, ale nic nie mogłem znaleźć. Poszedłem, pamiętam, na Mszę do św. Anny i mówię: „Panie Boże, potrzebuję pracy, nie mam już pieniędzy”. Gdy wyszedłem z kościoła, zadzwonił telefon. Chłopak ze wspólnoty pytał, czy nie znam kogoś, kto szuka pracy. Mówię: „No właśnie ja szukam”. Zacząłem więc pracować w firmie u kolegi ze wspólnoty. To był wspaniały czas. Jeździliśmy często za granicę po części samochodowe, modliliśmy się razem – rano przed pracą, także w czasie jazdy samochodem. Pan Bóg był obecny podczas tej pracy. 
Ponieważ miałem maturę, zacząłem się zastanawiać nad studiami. Myślałem, żeby iść na misjologię albo na teologię, no bo przecież chciałem być „świętszy od papieża”. Ktoś mnie zapytał: „No dobra, ale z czego będziesz żył?”. Zacząłem się wtedy rozglądać po moich znajomych i okazało się, że dwie koleżanki pracują w telewizji. Zachęcony przez nie, postanowiłem zdawać do szkoły filmowej. Z ich pomocą przygotowałem teczkę z moimi zdjęciami. Ku mojemu zdumieniu zostałem przyjęty na wydział reżyseria, montaż filmowy. Nigdy w życiu nie miałem kamery w ręku, nie miałem pojęcia, jak to się robi.
Postawiłem sobie za cel, żeby skończyć tę szkołę. Prosiłem Pana Boga, aby mi w tym pomógł, jeżeli to jest Jego wolą. A Pan Bóg przez tę szkołę pokazywał mi moje pasje, moje talenty, to, czego ja nigdy w sobie nie dostrzegałem. Zacząłem poznawać nowych ludzi, robić fajne rzeczy. Okazało się, że potrafię tworzyć, robić coś z niczego, wymyślać jakieś rzeczy. Że ta moja wybujała fantazja, która kiedyś prowadziła mnie na manowce, teraz bardzo się przydaje.
Podczas studiów przeżyłem wiele kryzysów. Kiedy nie miałem się z czego utrzymać, wyjechałem do Anglii, żeby trochę zarobić. Przez miesiąc nie mogłem znaleźć pracy, a kiedy w końcu ją znalazłem, skończyły mi się pieniądze. Zostały tylko 3 funty. Zacząłem się modlić: „Panie Boże, co mam robić? Przyjechałem do Anglii, wydawało mi się, że to jest zgodne z Twoją wolą. Znalazłem pracę, ale nie mam na bilet. Nie dam rady przejść na piechotę trzech stref metra, zdążyć na piątą rano i pracować cały dzień”. I tak modliłem się, uwielbiałem Boga w tym wszystkim. Potem wyszedłem do ogrodu, żeby zapalić. Zobaczyła mnie sąsiadka i poprosiła, żebym skosił jej trawę. A trawnik był rozmiarów metr na dwa. Zrobiłem to w 20 minut. Sąsiadka dała mi 20 funtów, dokładnie tyle, ile potrzebowałem na tygodniowy bilet w Londynie. Przez takie małe cuda, które Pan Bóg robił w moim życiu, upewniałem się, że On jest i że troszczy się o mnie.
Po powrocie do Polski wróciłem do starej pracy u kolegi i bardzo się frustrowałem tym, że nie pracuję w zawodzie, nie zarabiam za dużo. Chociaż praca była fajna i bardzo ją lubiłem, jednak czułem, że to nie jest to. Zrezygnowałem więc z niej i postanowiłem wybrać się na pielgrzymkę do Częstochowy, znów z góralami, żeby modlić się o nową pracę. W pociągu spotkałem znajomych z Przymierza Miłosierdzia, którzy jechali na pielgrzymkę do Medjugorie. Zapytałem organizatorkę, moją koleżankę, czy jest jakieś wolne miejsce. Ona zadzwoniła do księdza i dowiedziała się, że właśnie jedno się zwolniło, ponieważ jakiś ksiądz zrezygnował. Zaliczka jest wpłacona, więc jeśli chcę, mogę bardzo mało dopłacić i jechać z nimi. To było coś, o czym nawet nie marzyłem, choć oczywiście bardzo chciałem tam pojechać. Wyjazd do Medjugorie był najgorszym wyjazdem w moim życiu. Wtedy Pan Bóg rozwalił mi wszystko. Rozstałem się z dziewczyną, nie miałem pracy. Było tam strasznie gorąco, rozchorowałem się, zresztą nie ja jeden, wszyscy mieliśmy problemy z żołądkiem – to był po prostu dramat. A jednak teraz, gdy na to patrzę z perspektywy, widzę, że był to najwspanialszy wyjazd w moim życiu. Pan Bóg uczył mnie zaufania, pytał, czy chcę iść za Nim, tak jak On będzie mnie prowadził.
Po powrocie z Medjugorie mówiłem sobie: „Dobra, tyle wycierpiałem w tym Medjugorie, to pewnie zaraz dostanę pracę”. Wysłałem chyba z milion CV, a przez dwa miesiące odebrałem zaledwie dwa telefony. Nie zostałem zaproszony na żadną rozmowę o pracę, po prostu nic się nie działo. Byłem rozgoryczony, miałem żal do Pana Boga. Wtedy zadzwonił telefon. Nie wierzyłem. Dzwonił naczelny pewnego portalu internetowego i zaprosił mnie na rozmowę. Podczas tej rozmowy byłem dla niego strasznie niemiły, bo w ogóle nie wierzyłem, że on chce mnie zatrudnić. Tymczasem zatrudnił mnie i okazało się, że nie mogłem znaleźć lepszego miejsca na rozwój swoich umiejętności, nauczenie się, jak funkcjonuje świat medialny. Zrozumiałem, że to miejsce Pan Bóg dla mnie przygotował. Specjalnie chciał, żebym poczekał na tę pracę. Po roku skończyłem studia i dostałem pracę w telewizji. 
Pan Bóg mnie dalej prowadzi. Pracuję jako montażysta. Ta praca jest moją pasją. Jak mam wolne, to brakuje mi czegoś. Po prostu bardzo lubię to robić, ta praca sprawia mi niesamowitą frajdę.
Cały czas jestem we wspólnocie Przymierze Miłosierdzia, posługuję, głoszę. Gdzie mnie poślą, tam idę.
Kuba
[nazwisko i adres znane redakcji]

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 9 (289) 2017 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO WRZEŚNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Wrześniowy numer „Słowa wśród nas”, nosi tytuł „Poślij mnie, Panie!”, odwołujący się do słów z Księgi Izajasza. W głównych artykułach mówimy o tym, że każdy z nas może, podobnie jak Izajasz, powiedzieć Bogu: „Oto ja, poślij mnie!” (Iz 6,8), ponieważ na mocy sakramentu chrztu wszyscy jesteśmy posłani, aby głosić światu dobrą nowinę o Bożej miłości do nas, grzeszników, aby umacniać słabych, okazywać miłosierdzie i towarzyszyć innym w drodze wiary.
W Magazynie zamieściliśmy artykuł o pierwszym kapelanie, który został kandydatem na ołtarze, Słudze Bożym ks. Vincencie Capodano: „Misjonarzem jest się do końca”. Zginął on w Wietnamie, ratując pod ogniem rannego sanitariusza, a wcześniej ofiarnie służył jako duszpasterz żołnierzom marines. Ponadto przejmujące świadectwo radykalnego nawrócenia z przestępczej drogi „Posłał mnie, bym głosił dobrą nowinę”, napisane przez Kubę z warszawskiej wspólnoty Przymierze Miłosierdzia. W ramach Naszych lektur polecamy książkę „Dawkins kontra Bóg” autorstwa Scotta Hahna i Benjamina Wikera. Odpierają oni po kolei argumenty, jakie przeciw Bogu wytoczył znany biolog, Dawkins i pokazują, do jakich konsekwencji prowadzą przyjęte przez Dawkinsa założenia.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę, a także informację dla prenumeratorów – wśród osób, które opłacą prenumeratę na przyszły rok do końca grudnia 2017 roku, zostaną rozlosowane atrakcyjne wycieczki.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY


Zwyczajni ludzie, nadzwyczajna miłość
Bóg posyła pokornych................................................ 4


Idź i odbuduj mój dom
Oddać się Bogu do dyspozycji.................................. 10


Mniej mów, więcej słuchaj
Towarzyszyć innym w drodze do Boga..................... 16


MEDYTACJE
NA KAŻDY D ZIEŃ


od 1 do 31 września.................... 21


MAGAZYN


Misjonarzem jest się do końca
Ksiądz, który na polu bitwy promieniował Chrystusem
– ks. Daniel Mode.................... 48


Posłał mnie, bym głosił dobrą nowinę.................... 54


Nasze lektury............................................................. 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Wszyscy mamy swoje ulubione fragmenty Pisma Świętego. Mnie poruszają najbardziej te, które mówią o miłości Bożej oraz o naszym powołaniu do miłowania Boga i siebie nawzajem. Lubię też fragmenty opisujące majestat i świętość Boga, a także te, w których Bóg posyła nas, byśmy służyli Jego królestwu i budowali Kościół. To właśnie na tych ostatnich fragmentach pragniemy skupić się w tym miesiącu.
W jednym z nich czytamy, że Bóg każe prorokowi Aggeuszowi napomnieć Izraelitów, by zamiast kierować całą swoją energię na upiększanie własnych domów, zajęli się odbudową świątyni, „domu Pańskiego” (Ag 1,2). W innym poznajemy historię proroka Izajasza, który przeżył fascynującą wizję Boga. Był nią tak wstrząśnięty, że zawołał: „Biada mi! Jestem zgubiony!”. Bóg jednak oczyścił go z grzechów, a kiedy zapytał: „Kogo mam posłać?”, Izajasz natychmiast odpowiedział: „Oto ja, poślij mnie!” (Iz 6,1-8). Nie możemy wreszcie zapomnieć o słowach samego Jezusa, który mówił uczniom: „Wy dajcie im jeść!” (Łk 9,13) czy „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19).
Bez wątpienia Jezus oczekuje naszej współpracy. Pragnie, byśmy byli „światłem dla świata”, byśmy „umywali sobie nawzajem nogi”. Przy podejmowaniu tego zadania kluczową rolę odgrywa nasze nastawienie, zarówno do Boga, jak i do ludzi. Piotr, Maria Magdalena, Paweł i wielu innych zmieniło swoje nastawienie po spotkaniu z Jezusem. Cieszyli się uzdrowieniem czy błogosławieństwem, jakie od Niego otrzymali, ale nie poprzestali tylko na tym. Zapragnęli podziękować Panu, włączając się w Jego misję. Z wdzięczności za wszystko, co dla nich uczynił, postanowili oddać Mu się do dyspozycji.
Podobnie jest z nami. W miarę jak coraz głębiej uświadamiamy sobie, co Jezus uczynił dla nas na krzyżu i jak wielu darów nam udzielił, wzrasta nasza gotowość do służenia Mu. Na stronie 8 proponujemy trzypunktowy plan, który może nam pomóc nabrać takiej gotowości i dyspozycyjności. Praktykując te trzy kroki, będziemy rozjaśniać ciemności, jawiąc się „jako źródła światła w świecie” (Flp 2,15).
Módlmy się więc wspólnie: „Jezu, daj mi serce chętne do pomocy innym. Zostawiam Ci całkowitą swobodę posługiwania się mną dla budowania Twego Kościoła. Rozbudź we mnie pragnienie wczuwania się w potrzeby innych – i to nie tylko duchowe, ale również materialne i emocjonalne. Chcę uczynić wszystko, o cokolwiek mnie poprosisz. Chcę być dziś Twoimi dłońmi i stopami na świecie”.
Oby Bóg błogosławił nam wszystkim i posługiwał się nami dla budowania swojego Kościoła.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


ARTYKUŁY:

Zwyczajni ludzie, nadzwyczajna miłość
Bóg posyła pokornychpokornych

Dowiadując się o swoim awansie do wymarzonego działu, Łucja była niezwykle przejęta. Wiązało się to nie tylko z podwyżką, ale także z możliwością pracy pod kierownictwem jednego z najbardziej podziwianych dyrektorów w firmie. O Jerzym mówiono, że jest wyjątkowo pracowity oraz opanowany w trudnych sytuacjach, cieszył się również opinią sprawiedliwego i troskliwego szefa. Łucja szybko przyzwyczaiła się do nowych zadań, zaczęła też doceniać pozytywną, sprzyjającą pracy atmosferę w swoim dziale. Jerzego widywała rzadko, ale zawsze sprawiał wrażenie człowieka szczęśliwego i pełnego pokoju.
Po kilku miesiącach, w pewne piątkowe popołudnie, kiedy wszyscy szykowali się już do wyjścia, Łucja nieoczekiwanie wdała się w rozmowę z Jerzym. Była zaskoczona tym, jak łatwo nawiązywał kontakt. Bardzo szybko w rozmowie pojawił się temat religii i Jerzy zaczął otwarcie dzielić się swoją wiarą. Powiedział, że regularnie uczestniczy w cotygodniowych spotkaniach modlitewnych w swojej parafii i że właśnie podczas takiego spotkania kilka lat temu przeżył głębokie doświadczenie bliskości Boga – doświadczenie, które całkowicie zmieniło jego sposób przeżywania wiary. Łucję, która także była katoliczką, ale zarzuciła praktykowanie wiary, historia Jerzego zaintrygowała do tego stopnia, że sama kilka razy wybrała się na spotkanie modlitewne.
Słuchając na tych spotkaniach świadectw innych osób, zaczęła modlić się codziennie i już wkrótce zaobserwowała w sobie pewne zmiany. Dostrzegli je także jej mąż i dzieci. Częściej się uśmiechała. Miała więcej cierpliwości do dzieci i z większym dystansem podchodziła do spraw domowych. Zaczęła chodzić na niedzielne Msze święte, a nawet przekonała do tego swojego męża. Z czasem cała rodzina wróciła do Kościoła.
Gdzie byłaby dziś Łucja i jej bliscy, gdyby nie tamta rozmowa z Jerzym? Może odzyskałaby wiarę w inny sposób, a może nie. W każdym razie jest oczywiste, że świadectwo Jerzego wywarło na nią trwały wpływ.

▌„POŚLIJ MNIE, PANIE!”
Codziennie spotykamy się z różnymi ludźmi. Codziennie mamy okazję, by prowadzić ludzi do Jezusa, ale i by odwodzić ich od Niego. Możemy też nie zwracać na nich uwagi i nie wywierać żadnego wpływu. Problem polega przede wszystkim na tym, czy jesteśmy świadomi, że możemy mieć wpływ na innych. Każde nasze słowo i gest to kolejna szansa świadczenia o Jezusie. Jeśli zadbasz o to, by dawać świadectwo swojej wiary poprzez czyny, słowa, cierpliwość i opanowanie, będziesz miał pozytywny wpływ na innych. Otworzą się przed tobą liczne drzwi i nowe możliwości. Wystarczy gorliwe serce i prosta modlitwa: „Panie, poślij mnie!”.

▌BÓG POSYŁA
NIEDOSKONAŁYCH
Często zbyt łatwo usprawiedliwiamy się, myśląc, że Bóg nie posyła takich ludzi jak my. Patrzymy na Najświętszą Maryję Pannę, św. Józefa, św. Piotra czy św. Jana i dochodzimy do wniosku, że nie mamy wystarczającej wiary. Patrzymy na ich heroiczne, pełne cnót życie i porównując je ze swoim, widzimy, jak wiele nam jeszcze brakuje.
Pismo Święte mówi nam jednak, że wybory Boże padają na bardzo różnych ludzi – godnych i niegodnych, zwyczajnych i nadzwyczajnych. Na przykład Abraham miał pełne prawo uważać, że jest zbyt stary, Jeremiasz z kolei protestował, że jest za młody. Jakub był kombinatorem, Mojżesz miał wadę wymowy, Gedeon był słaby i lękliwy. Mateusz był celnikiem, a Piotr i Jan prostymi rybakami. Nawet Paweł, Apostoł Narodów, swojego czasu gorliwie oddawał się prześladowaniu założonego przez Jezusa Kościoła. Wszyscy oni mieli swoje braki, ale to nie przeszkodziło Bogu w posługiwaniu się nimi.
Ani to, skąd pochodzili, ani to, co wcześniej robili, nie miało znaczenia. Doskonałość nie była wymagana – podobnie jak wyjątkowe zdolności, koneksje czy bogactwo. Św. Paweł podaje nam jedyne kryterium, jakie spełniają ci, którzy chcą służyć Bogu: „Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Według oceny ludzkiej niewielu tam mędrców, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata (…) wybrał, co niemocne (…) i to, co nieszlachetnie urodzone według świata oraz wzgardzone” (1 Kor 1,26-28).

▌BÓG POSYŁA POKORNYCH
Czy nie jest to paradoks? Paweł, człowiek wykształcony, inteligentny, zaradny i wpływowy, mówi nam, że w oczach Boga nie to jest ważne. W Liście do Filipian powiada: „To wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. (…) Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną dzięki wierze w Chrystusa” (Flp 3,7.8-9).
Podczas swej apostolskiej posługi Paweł wykorzystywał to, co było jego „zyskiem” – wykształcenie, talent pisarski i krasomówczy. Zarazem jednak wszystko to uważał za śmieci – jeśli tylko prowadziło go do koncentracji na sobie lub do uważania się za lepszego i mądrzejszego od innych.
Paweł zdawał sobie sprawę, że pomiędzy chlubieniem się w Chrystusie a chlubieniem się z samego siebie istnieje cienka granica, która nazywa się pokorą. Pokora nie polega na wypieraniu się swoich zdolności i talentów, ale na uznaniu, że są one darem od Boga, który powierzył je nam po to, byśmy wykorzystywali je dla Jego chwały i dobra Jego ludu.

▌TRZYPUNKTOWY PLAN
Jezus szuka zwyczajnych ludzi, którzy pragną czynić dla Niego rzeczy nadzwyczajne. Nasze słabości i niedociągnięcia nie są przeszkodą, o ile tylko mamy otwarte serca. On wie, że kluczem do przezwyciężenia grzechu jest pokora, która pozwala Duchowi Świętemu kształtować nasze wnętrza, a przez to umacniać nas do walki z pokusami i grzechem. Wie, że wzrastając w pokorze, będziemy się stopniowo przemieniać. Nasze zewnętrzne postępowanie powoli stanie się odbiciem wewnętrznego pragnienia oddania się Panu i służenia Jego królestwu.
Jak więc mamy stać się Kościołem, który patrzy w niebo i woła: „Panie, poślij mnie”? Św. Paweł proponuje nam plan obejmujący trzy punkty.
Po pierwsze, Paweł prosi nas, abyśmy idąc za przykładem Jezusa, „ogołocili” samych siebie (Flp 2,7). Choć brzmi to bardzo wzniośle, Paweł sprowadza to do prostej zasady – nie chciejmy „na równi być z Bogiem” (Flp 2,6). Przypominajmy sobie, że należymy do Niego, a nie do siebie. Wyznawajmy, że chcemy wypełniać Jego przykazania,
a nie realizować nasze własne pragnienia. Ogołocenie siebie oznacza powiedzenie Panu: „Wszystko, co mam, otrzymałem od Ciebie. Dziękuję Ci za dary, których mi udzieliłeś. Chcę wykorzystywać je dla dobra moich bliskich i całego Kościoła. Chcę ogołocić się ze wszelkiej pychy i wszystkiego, co prowadzi mnie do chlubienia się z samego siebie”.
Po drugie, Paweł prosi, abyśmy wyznali, że „Jezus Chrystus jest PANEM” (Flp 2,11), byśmy pamiętali, że to Jezus jest Bogiem, a nie my. Codzienne powtarzanie tego wyznania pomoże nam pamiętać o tym, jak bardzo wciąż potrzebujemy Jezusa, naszego Zbawcy i Odkupiciela. To On ma słowa życia, których słuchanie jest naszym pokarmem. Takie wyznanie wiary na pozór może wydawać się drobnostką, ale pozwoli nam na co dzień pamiętać o Jezusie i trwać w postawie pokory.
Po trzecie, Paweł każe nam „zabiegać” o własne zbawienie (Flp 2,12). Oznacza to wierność codziennej modlitwie, która wprowadza nas w doświadczenie zbawczej miłości Boga. Oznacza trwanie w tej miłości przez cały dzień, abyśmy nie dawali do siebie dostępu pysze ani innym grzechom. Oznacza przychodzenie do Pana ze skruchą po każdym upadku, aby On w swoim miłosierdziu mógł „zbawić” nas na nowo.
Praktykując te trzy kroki, będziemy stopniowo wzrastać w pokorze. Zaczniemy troszczyć się nie tylko o swoje sprawy, ale też i drugich. Będziemy, jak pisał św. Paweł, „źródłami światła w świecie” (por. Flp 2,15).

▌STWORZENI, ABY KOCHAĆ
Pismo Święte mówi nam, że jesteśmy Bożym „dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2,10). Wszyscy zostaliśmy wybrani przez Boga do szczególnych zadań. Każdy z nas został stworzony po to, by budować innych, a nie niszczyć ich, by okazywać innym miłość i miłosierdzie, a nie tylko tego oczekiwać.
Boży zamysł został wpisany w nasze duchowe DNA. Bóg stworzył nas do miłości, do służby, do wypełniania danych nam przez Niego zadań. Oznacza to, że nie zaznamy pokoju, zanim nie odkryjemy swojego powołania. Nie czekajmy, aż staniemy się doskonali. Módlmy się: „Panie, jestem słaby i niedoskonały, ale chcę iść za Tobą. Chcę, abyś się mną posługiwał. Chcę uczestniczyć w misji Twojego Kościoła”. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

▌Piątek, 1 września
1 Tes 4,1-8
Bóg (…) daje wam swego Ducha Świętego. (1 Tes 4,7.8)
Dla wielu z nas Duch Święty jest najbardziej tajemniczą Osobą Trójcy Świętej. Wprawdzie Ojca i Syna także nie jesteśmy w stanie zrozumieć do końca, najtrudniej jednak przychodzi nam znaleźć jakieś osobiste odniesienie do Ducha Świętego. Z czego to wynika?
Przede wszystkim Ojciec i Syn kojarzą nam się z życiem rodzinnym, podczas gdy już sama nazwa „Duch Święty” brzmi dosyć abstrakcyjnie i tajemniczo! Skoro jednak Kościół naucza, że Duch Święty jest Osobą, to z pewnością pragnie On nawiązać z nami osobowy kontakt. Czyni to na wiele sposobów.
Po pierwsze, Duch Święty nas naucza. Uczy nas, jak się modlić, objawia nam i pomaga zachować w pamięci to, co Jezus mówił i co dla nas uczynił. Towarzyszy nam jak oddany nauczyciel i prowadzi nas przez życie.
Ponadto Duch Święty przychodzi nam z pomocą w naszych słabościach. Wstawia się za nami jak dobry przyjaciel, a także modli się wraz z nami. Pomaga nam pojąć prawdy Ewangelii i wspiera nas łaską, abyśmy potrafili nimi żyć, zwłaszcza wtedy, gdy czujemy się słabi i niekompetentni.
I wreszcie Duch Święty nas kocha. Wiemy z Pisma Świętego, że Bóg jest miłością i to właśnie Duch Święty pomaga nam odczuć tę miłość w naszych sercach. Niesie nam pociechę, przypominając, że jesteśmy przybranymi dziećmi Boga, który tak bardzo nas kocha, że włączył nas do swojej rodziny. Napełnia nas miłością, abyśmy mogli miłować się nawzajem.
To prawda, że Duch Święty jest tajemniczą Osobą. Zawsze będzie nas intrygował. Nie jest On jednak odległy. Żyje w nas. Nieskończony Bóg przychodzi zamieszkać w ograniczoności ludzkiego serca! Jest zawsze z tobą, wciąż gotów obdarzać cię swoją miłością i mądrością. I podobnie jak Ojciec i Syn, jest szczęśliwy mogąc z tobą przebywać.
„Przyjdź, Duchu Święty. Ucz mnie, wspieraj i napełniaj Twoją miłością”.
Ps 97,1.2.5-6.10-12
Mt 25,1-13

▌Sobota, 2 września
1 Tes 4,9-11
Zachęcam was jedynie, bracia, abyście coraz bardziej się doskonalili.
(1 Tes 4,11)
Robotnik wznoszący katedrę wykonuje wciąż te same proste czynności. Mozolne układanie kamieni jeden na drugim czy napełnianie kolejnych taczek szybko zaczyna być monotonne. Łatwo mu zapomnieć o celu swojej pracy, jeśli od czasu do czasu nie zrobi kroku w tył i nie popatrzy z dystansu na wznoszoną budowlę. Podobnie i my, zagonieni, zajęci codziennymi sprawami, często zapominamy o tym, że każdy nasz nawet najdrobniejszy czyn ma znaczenie w oczach Boga i swoje miejsce w Jego wspaniałym dziele stworzenia.
Takie właśnie jest przesłanie dzisiejszego pierwszego czytania, w którym św. Paweł zachęca Tesaloniczan, by „coraz bardziej się doskonalili” (1 Tes 4,11). Znaczy to mniej więcej tyle, co: „Spójrz z dystansu na wszystko to, co zrobiłeś do tej pory. Pomyśl, co jeszcze pozostało do zrobienia, i niech zainspiruje cię to do dalszej pracy”. Następnie proponuje kilka praktycznych sugestii, między innymi radzi, by żyć z pracy własnych rąk.
Jakie znaczenie dla budowania królestwa Bożego ma praca naszych rąk? Czy nie liczy się przede wszystkim nasza modlitwa i ofiary duchowe?
W pewnym sensie tak. Jednak przez naszą pracę łączymy się z Bogiem w budowaniu tu, na ziemi, społeczeństwa opartego na sprawiedliwości i pokoju. Jak naucza Katechizm Kościoła Katolickiego, przez swoją pracę „człowiek uczestniczy w dziele stworzenia” (KKK, 2460). Nawet w najprostszych pracach kryje się wielka godność, gdyż dzięki nim stajemy się pomocnikami Boga w dziele stworzenia. Kto by pomyślał, że nasze codzienne czynności mają tak wielkie znaczenie?
Czasami jednak mamy wrażenie, że nasza praca w żaden sposób nas nie wynosi, wręcz przeciwnie, jest dla nas uciemiężeniem. To właśnie w takich momentach przypominajmy sobie, że Jezus jest z nami. On wziął w ręce zwyczajny chleb i przemienił go w swoje Ciało. Wziął zwyczajne wino – „owoc winnego krzewu i pracy rąk ludzkich” – i przemienił je w swoją zbawczą Krew. Z pewnością może także „wziąć w ręce” i przemienić naszą codzienną pracę, kształtując w nas serce sługi! Wtedy nawet zwyczajne rozwieszanie prania może stać wyrazem miłości do rodziny, a praca zawodowa wyznaczoną przez Boga drogą rozwoju naszych talentów.
Dążenie do doskonałej wiary niekoniecznie musi polegać na mnożeniu praktyk duchowych. Często oznacza robienie dokładnie tego, co robiliśmy do tej pory – zajmowania się zwykłymi codziennymi sprawami – z ciągłą pamięcią o miłości Chrystusa.
„Ojcze, oddaję Ci mój dzień. Oby moja dzisiejsza praca przyniosła Ci chwałę!”
Ps 98,1.7-9
Mt 25,14-30

▌Piątek, 8 września
Narodzenie Najświętszej Maryi Panny
Mt 1,1-16.18-23
A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie. (Mt 1,22)
Oglądając ten sam film po raz drugi, zauważamy zwykle wiele szczegółów, które umknęły nam za pierwszym razem. Tracimy jednak to napięcie, z jakim śledziliśmy akcję – wiemy przecież z góry, jak to wszystko się skończy. To samo może nam się przydarzyć w trakcie czytania dzisiejszej Ewangelii. Świętując Narodzenie Najświętszej Maryi Panny, słyszymy dobrze znany nam tekst. Spotykamy Józefa zmagającego się z nowiną o niespodziewanej ciąży Maryi oraz widzimy, jak wiara i odwaga pomaga im obojgu stawić czoło zdumiewającemu wydarzeniu Wcielenia i jego konsekwencjom w ich życiu.
Zastanówmy się, co mogli przeżywać Maryja i Józef w tym niezwykłym czasie. Ich zachowanie nie świadczy bynajmniej o wyjątkowej pewności siebie. Maryja „zmieszała się” (Łk 1,29) i wypytywała anioła, jak się to stanie. Józef na wieść o Jej stanie był gotów Ją od siebie oddalić. W tym momencie nie mieli możliwości wspólnego przedyskutowania anielskich odwiedzin. Czymś realnym była natomiast perspektywa skandalu, jakim groziła zaistniała sytuacja. Józef ryzykował utratę reputacji, poślubiając kobietę noszącą cudze dziecko, Maryi groziło nie tylko zaprzepaszczenie szansy na dobre małżeństwo, ale nawet utrata życia.
Oboje jednak powiedzieli „tak” i każde z nich zrobiło to oddzielnie, nie znając historii drugiej strony. Jak bardzo musieli być zakłopotani i przestraszeni, a jednocześnie otwarci na Boga!
Gdyby Józef i Maryja wiedzieli, w jaki sposób ich decyzje wpłyną na losy świata, jak wielkim zostaną otoczeni przez nas szacunkiem, czy byłoby im łatwiej przyjąć Boży plan? Prawdopodobnie tak. Jednak na tym także polega ich wielkość, że podjęli swoje decyzje, nie wiedząc, w jaki sposób potoczy się dalej ich życie.
My także podejmujemy ważne wybory, nie zdając sobie w pełni sprawy z ich skutków. Przypomnij sobie sytuacje ze swojego życia, w których powiedziałeś Bogu „tak”. Poszedłeś za Nim z wiarą, może w niepewności, bólu czy osamotnieniu. Podobnie jak Maryja i Józef, nie wiesz do końca, co Bóg uczyni z twoim „tak”. Nie wiesz, dokąd cię zaprowadzi. On jednak wie wszystko.
Wsłuchaj się w Jego głos – jakiego „tak” On dziś od ciebie oczekuje?
„Panie, pomóż mi odpowiadać na Twoje wezwania z taką samą ufnością, jaką mieli Józef i Maryja”.
Mi 5,1-4a lub Rz 8,28-30
Ps 96,1-2.11-13

▌Czwartek, 14 września
Podwyższenie Krzyża Świętego
J 3,13-17
Tak bowiem Bóg umiłował świat… (J 3,16)
Pomyśl, jak wielkie zniszczenia następują po wybuchu wulkanu. Ogromna chmura dymu i popiołu rozciąga się na całe kilometry. Roztopiona lawa spływa po zboczu góry, obalając potężne lasy, zagrażając osadom ludzkim i żłobiąc coraz to nowe ścieżki.
Jednak siła wulkanu jest nie tylko destrukcyjna, ale także twórcza. Spływając do morza, lawa stygnie i twardnieje, tworząc nowe wyspy. Spadający z nieba popiół użyźnia ziemię, zapewniając błyskawiczny rozwój roślinności. Cały krajobraz przeobraża się, gdy Bóg po raz kolejny wyprowadza nowe życie ze zniszczenia i śmierci.
Obraz ten jest bardzo adekwatny do dzisiejszego święta. Początkowo 14 września wspominano dzień, w którym św. Helena, matka cesarza rzymskiego Konstantyna, podczas pielgrzymki do Jerozolimy odkryła prawdziwe relikwie krzyża świętego. Z czasem jednak zaczęto świętować nie tylko odnalezienie krzyża, ale także zwycięstwo, jakie odniósł Jezus, gdy został na nim podniesiony, czy inaczej, podwyższony. Święto to otrzymało wówczas nazwę Podwyższenia Krzyża Świętego.
Nie bez powodu jest to dzień wspominania i świętowania. Świętuj więc. Niech będzie to dla ciebie czas odpoczynku i radości. Nie skupiaj się na tym, co powinieneś zrobić, aby Bóg był z ciebie zadowolony. Nie martw się tym, że zbyt powoli postępujesz na drodze życia duchowego. Pozostaw to na inne dni – a dziś po prostu się raduj!
Raduj się, że śmierć została pokonana mocą krzyża na Kalwarii.
Raduj się, że krew spływająca z krzyża niszczy fortece grzechu i żłobi nowe ścieżki nadziei, którymi możesz kroczyć.
Raduj się nową ziemią – królestwem Bożym – która staje się środowiskiem nowego, obfitego życia.
Przede wszystkim zaś raduj tym, że Bóg kocha cię tak bardzo, że zamiast cię potępić, posłał swego Syna, aby cię zbawił.
Nasze życie wygląda czasem jak krajobraz po wybuchu wulkanu. Bóg dopuszcza takie sytuacje, ale zawsze wyprowadza życie ze śmierci. Czy można się tym nie radować?
„Jezu, cieszę się triumfem Twojego krzyża!”
Lb 21,4b-9 lub Flp 2,6-11
Ps 78,1-2.34-38

▌Sobota, 23 września
1 Tm 6,13-16
Ażebyś zachował przykazanie nieskalane, bez zarzutu. (1 Tm 6,14)
Ojciec Pio, którego wspomnienie dzisiaj obchodzimy, zawsze starał się podnosić na duchu ludzi, których spotykał. „Módl się, ufaj i nie martw się” – było jego stałym mottem, wezwaniem kierowanym do wszystkich, którzy przychodzili prosić go o radę. I rzeczywiście jego rozmówcy odchodzili z odnowioną nadzieją i ufnością w Panu.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu Paweł umacnia na duchu Tymoteusza, swego umiłowanego syna w wierze. Jest przekonany, że Tymoteusz ma wszystkie potrzebne dary, by stawiać czoło czekającym go wyzwaniom. Dlatego pisze: „Nakazuję (…), ażebyś zachował przykazanie (…) aż do objawienia się naszego Pana, Jezusa Chrystusa” (1 Tm 6,14). Innymi słowy, gdy wszystko idzie dobrze, polecenie Pawła brzmi: „Rób swoje, Tymoteuszu!”. A gdy idzie źle? Dokładnie tak samo: „Rób swoje – aż do powtórnego przyjścia Jezusa!”.
My także starajmy się być ludźmi, którzy podtrzymują innych na duchu. Czasami proste słowo aprobaty może sprawić bardzo wiele dobra. Zdanie: „Ten obiad jest naprawdę przepyszny!”, brzmi jak muzyka w uszach kucharki, która przez dwie godziny harowała przy nagrzanej płycie. „Jestem dumny z tego, jak poradziłeś sobie
z tą trudną sytuacją w szkole” – potrafi rozświetlić twarz twojego dziecka. „Wiem, że naprawdę zaangażowałeś się w ten projekt – to przede wszystkim twoja zasługa” – to słowa, które wypowiedziane przez przełożonego uskrzydlą pracownika.
Chociaż zasadniczo rozumiemy wartość dobrego słowa, w naszych wypowiedziach jest często o wiele więcej krytyki niż pochwał. Na co dzień słyszymy przecież tak wiele negatywnych komentarzy. Wystarczy zajrzeć do codziennych gazet lub obejrzeć wiadomości telewizyjne, aby przekonać się, jak surowi i bezwzględni potrafimy być jedni dla drugich. Tak jednak nie musi być.
Możemy odwrócić ten trend jednym życzliwym słowem. Każdy dzień jest dla nas kolejną okazją ku temu, by stawać się solą i światłem, tak jak polecił nam Jezus. Komu przydałaby się dziś odrobina twojej życzliwości – dziecku, mężowi czy żonie, koledze czy koleżance z pracy? Przypomnij sobie Ojca Pio i jego krzepiące słowa. Przypomnij sobie Pawła umacniającego Tymoteusza. I ty możesz podnieść na duchu kogoś, kogo dzisiaj spotkasz.
„Jezu, pokaż mi, kto oczekuje dziś na moje dobre słowo”.
Ps 100,2-5
Łk 8,4-15

▌Piątek, 29 września
Świętych Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała
J 1,47-51
Widziałem cię pod figowcem. (J 1,50)
O czym myślał Natanael, siedząc pod drzewem figowym? Znając dobrze Pisma, mógł przypominać sobie słowa proroka Micheasza, który obiecuje, że „na końcu czasów (…) każdy będzie siadywał pod swą winoroślą i pod swoim figowcem” (Mi 4,1.4). Być może Natanael modlił się: „Panie, przyspiesz ten dzień!”.
Z tych czy innych rozważań Natanael został wyrwany przez Filipa, który zaprowadził Go na spotkanie z Jezusem. Jezus przeniknął serce Natanaela. Widząc go, obiecał mu, że zobaczy niebo otwarte i jeszcze „więcej niż to” – łącznie z wizjami aniołów (J 1,50)!
Jezus widzi każdego z nas zupełnie tak samo, jak widział Natanaela pod figowcem. Czyta w naszych myślach, tak jak czytał w sercu Natanaela. Widzi nas, kiedy się modlimy i kiedy modlitwa jest ostatnią ze spraw, jakie mamy na myśli. Zna najgłębsze tęsknoty naszych serc i pragnie je zaspokoić. Obiecuje nam, jak Natanaelowi, otworzyć przed nami niebo, abyśmy mogli ujrzeć „więcej niż to”, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.
Obchodząc więc dziś święto Archaniołów, pamiętaj, że Bóg cię widzi. On wie, kiedy siadasz i kiedy wstajesz, przenika z daleka twoje myśli (Ps 139,2). Zna twoje najskrytsze nadzieje i najgłębsze lęki. Dziś proponuje ci swą łaskę i pomoc. Umocni cię w twoim powołaniu, tak jak umocnił Maryję, kiedy posłał do Niej archanioła Gabriela z zapowiedzią, że zostanie Matką Pana (Łk 1,28). Otworzy ci oczy, byś mógł Go widzieć jaśniej, podobnie jak przywrócił wzrok niewidomemu Tobiaszowi, posyłając do niego archanioła Rafała (Tb 11). Będzie też wspierał cię w walce z grzechem, jak to zapowiedział, że obroni lud Boży przed złym duchem, posyłając do walki z nim archanioła Michała (Ap 12,7; Dn 12,1). Czy jesteś pod figowcem, w kuchni czy w samochodzie, wiedz, że Jezus jest blisko ciebie.
„Jezu, dziękuję Ci za to, że mnie znasz, kochasz i codziennie towarzyszysz mi na mojej drodze”.
Dn 7,9-10.13-14 lub Ap 12,7-12a
Ps 138,1-5


MAGAZYN:
ART. 1.
Misjonarzem
jest się
do końca

Ksiądz, który na polu bitwy
promieniował Chrystusem

Ks. Vincent Capodanno był pedantem, od młodości niezwykle przywiązanym do porządku i estetyki. Podporządkowanie tych nawyków pełnieniu Bożej woli zajęło mu wiele lat. Gdy w końcu zdecydował się oddać wszystko Bogu, Bóg wyznaczył mu wyjątkowo brudną i nieestetyczną robotę. Jego życie – oraz śmierć na polu bitwy w Wietnamie – ukazuje, że ziarno pszeniczne musi obumrzeć w ziemi, żeby mogło wydać owoc (J 12,24).

▌PRAGNIENIE POŚWIĘCENIA
Vincent Capodanno urodził się w 1929 roku, kilka miesięcy przed wielką depresją – ogromnym kryzysem ekonomicznym w Stanach Zjednoczonych. Był najmłodszym z dziewięciorga dzieci zżytej ze sobą włosko-amerykańskiej rodziny, mieszkającej na Staten Island w Nowym Jorku. Wychowany w duchu patriotyzmu, z dumą patrzył na swych trzech starszych braci opuszczających dom, aby zaciągnąć się do wojska podczas II wojny światowej.
Jako młody chłopak Vincent chciał być lekarzem. Choć nie miał nadzwyczajnych stopni, był bardzo skrupulatny
i dbały o wygląd – jego klasa uznała go za „najlepiej ubranego” i „najprzystojniejszego” chłopca. Ta dbałość o detale cechowała również jego życie duchowe. W dniach, kiedy przed rozpoczęciem zajęć szkolnych szedł na Mszę świętą, aby móc zachować post komunijny, nie jadł śniadania, za to zabierał do kieszeni gotowane jajko. Po ukończeniu szkoły średniej Vincent nadal chodził na Mszę świętą w dni powszednie, studiując na Uniwersytecie w Fordham. Wiosną 1949 roku, podczas rekolekcji w parafii na Manhattanie, zwierzył się przyjacielowi, że czuje się powołany do kapłaństwa.
Od początku Vincenta pociągało życie misyjne. Czytywał popularne pismo katolickie, publikujące historie misjonarzy głoszących Chrystusa w odległych krajach. Zgłaszając się jako kandydat na kapłana do Towarzystwa Misji Zagranicznych, wiedział, że taki wybór będzie oznaczać ciężką fizyczną pracę oraz długie oddzielenie od rodziny i przyjaciół. Jednak, jak mówił: „Wszelkie osobiste poświęcenie (…) będzie zrekompensowane faktem, że służę Bogu”. Po wyświęceniu na kapłana w 1958 roku miał wreszcie szansę wcielić te słowa w czyn. Jego pierwszą placówką misyjną były górzyste tereny Tajwanu.

▌ZDERZENIE Z MISJAMI
Ks. Capodanno został posłany do chińskiej społeczności Hakka, żyjącej w wiosce Tunglo na Tajwanie. Było to dla niego ogromne wyzwanie, ponieważ nie miał talentu do nauki języków, nie był też przyzwyczajony do surowego, wiejskiego życia. Będąc z natury pedantem, przykładającym ogromną wagę na przykład do czystości swoich butów, z trudem przystosowywał się do prymitywnych warunków. Co więcej, w przeciwieństwie do czasu nauki w seminarium, jego życie codzienne w Tunglo nie było w żaden sposób uregulowane. Prowadzenie pracy katechetycznej i duszpasterskiej wymagało od misjonarzy elastycznego i twórczego podejścia. Jednak Bóg przyjął jego gotowość do służby i wspierał go w budowaniu więzi z mieszkańcami Tunglo i okolicznych wiosek.
Capodanno przede wszystkim uczył się uważnie słuchać swoich parafian – także dlatego, że miał duże trudności, żeby w ogóle ich rozumieć. Szukał wskazówek w książce Promieniowanie Chrystusem, ofiarowanej mu z okazji świeceń kapłańskich. „Dusze zdobywa się słowem, przykładem, ale nade wszystko zdobywa się je ofiarą” – czytał. Pracował więc wytrwale na swojej tajwańskiej placówce przez sześć lat, spodziewając się, że pozostanie tam jeszcze o wiele dłużej.
Dlatego z zaskoczeniem i głębokim rozczarowaniem przyjął decyzję przełożonych, którzy postanowili przenieść go do prywatnej szkoły dla chłopców w Hongkongu. Kiedy ks. Vincent czuł, że jego praca wśród Chińczyków Hakka zaczyna wreszcie przynosić owoce, przełożeni doszli do wniosku, że trzeba zapewnić mu lżejsze warunki. Już po przeprowadzce do Hongkongu ks. Capodanno wysłał do przełożonych kilka listów z prośbą o pozwolenie na powrót do Tunglo, argumentując, że lata spędzone na poznawaniu języka i kultury Hakka nie powinny zostać zmarnowane.
Gdy jego prośby zostały odrzucone, odczuł to jako osobistą porażkę. Wierzył, że Bóg chce, by dalej uczył się przekraczać siebie, żyjąc w trudnych warunkach. Szukając na modlitwie natchnienia Ducha Świętego, pytał, gdzie jest jego następne miejsce służby. Wkrótce wysłał do biskupa kolejną prośbę. Przyjmując do wiadomości, że nie może powrócić na Tajwan, poprosił o posłanie go jako kapelana marynarki wojennej na wojnę w Wietnamie. Miał wewnętrzne przekonanie, że walczący żołnierze potrzebują obecności kapłana.

▌„PO PROSTU JESTEM Z NIMI”
W opinii przyjaciół była to najmniej odpowiednia dla niego misja – jeszcze bardziej wymagająca niż Tajwan. Także według przełożonych towarzystwo amerykańskich marines – szorstkich, zahartowanych w bojach twardzieli, zwanych czasem „gburami” – było ostatnim, do którego nadawałby się ten pedant w białych rękawiczkach.
Jednak gorliwość ks. Capodanno przekonała w końcu przełożonych i wiosną 1966 roku zameldował się w Siódmym Regimencie Marynarki Wojennej w Wietnamie. Wkrótce zdobył sobie sympatię powierzonych mu żołnierzy. Widzieli oni, że autentycznie pragnie być jednym z nich. „Po prostu jestem z nimi – pisał. – Chodzę z nimi i siedzę; jem i śpię z nimi w okopach, a także z nimi rozmawiam”. Nie było to jednak wszystko. Towarzyszył marines także w niebezpiecznych misjach.
Wyruszając w drogę z oddziałami bojowymi, krążył wokół maszerujących mężczyzn, dodając im odwagi i modląc się z nimi. Kiedy któryś został ranny, pochylał się nad nim mówiąc: „Sanitariusze już idą – trzymaj się. Niech Bóg Ojciec czuwa nad tobą, bracie”. Kiedy ktoś ginął w akcji, szeptał mu do ucha akt skruchy. „Bóg go usłyszy – mówił do swoich pomocników – i przebaczy mu wszystkie grzechy”. Pośród okropieństw wojny jego perfekcjonizm przerodził się w proste niesienie obecności Chrystusa.

▌PROMIENIOWANIE
CHRYSTUSEM 
Chociaż podczas zmagań wojennych liczyła się przede wszystkim odwaga, ks. Capodanno nie zatracił wrażliwości na ludzkie potrzeby żołnierzy. Pewnego dnia ujrzał jednego z marines przechadzającego się w sandałach po obozie, podczas gdy jego oddział brał udział w walkach. Zapytał go, co się stało. Sfrustrowany żołnierz wyznał mu, że jego wielkie stopy nie mieszczą się w przydziałowe buty. W wyniku osobistej interwencji ks. Capodanno żołnierza wysłano do Hongkongu, gdzie zamówiono dla niego buty na miarę.
Dzięki zaangażowaniu w wielkie i małe sprawy żołnierzy kapelan zdobył sobie przydomek „księdza gburów”. Im bardziej zbliżał się do swoich „gburów”, tym bardziej przybliżał się do Chrystusa. Odnalazł się w posłudze kapelana do tego stopnia, że po zakończeniu standardowych dwunastu miesięcy w strefie bojowej poprosił o przedłużenie tego przydziału. Jego prośba musiała być przekonująca, gdyż nieoczekiwanie otrzymał przedłużenie na kolejnych siedemnaście miesięcy, co było decyzją bez precedensu.
W ciągu długich miesięcy spędzonych w ciężkich, wojennych warunkach ks. Capodanno przeszedł zauważalną zmianę. Coraz bardziej promieniował Jezusem. Jego własne potrzeby i upodobania odeszły w cień, a jedynym celem stało się posługiwanie marines z coraz większą dobrocią i oddaniem. Jeden z kapelanów pamięta, jak ks. Capodanno posługiwał ciężko rannym: „Pacjent leżał otoczony przez lekarzy i sanitariuszy; widziałem, jak ręka kapelana szybko przesuwa się przez tłum, aby go namaścić”.

▌OSTATECZNE ŚWIADECTWO
4 września 1967 roku ks. Capodanno złożył swoim marines ostatnią ofiarę. Oddziały amerykańskie toczyły walkę
w dolinie Que Son z pięciokrotnie większymi siłami. Capodanno udał się helikopterem na miejsce bitwy, by służyć rannym i umierającym. Lądując pod gradem kul, natychmiast przystąpił do działania, udzielając pierwszej pomocy oraz sakramentu namaszczenia chorych rannym na polu bitwy. Zaniósł operatora radiowego w bezpieczne miejsce na stanowisko dowodzenia i oddał własną maskę przeciwgazową żołnierzowi, który zgubił swoją.
Gdy walki przybierały na sile, Capodanno pobiegł na pomoc rannemu sanitariuszowi. Po drodze dosięgła go seria z karabinu maszynowego. Przeszyty kulami padł na ziemię i zmarł na miejscu. Żołnierz, który znalazł jego ciało, mówił, że ks. Capodanno trzymał Biblię i uśmiechał się z zamkniętymi oczami, jakby się modlił.

▌DZIEŁO, KTÓRE TRWA DO DZIŚ
Choć od tych wydarzeń minęło już pół wieku, pamięć o ks. Capodanno jest wciąż żywa. Jego imię noszą kaplice, statki, ulice. W maju 2006 roku Kościół nadał mu tytuł Sługi Bożego. Odtąd odnotowywane są świadectwa nawróceń, uzdrowień fizycznych i powołań do kapłaństwa otrzymanych za jego wstawiennictwem.
Jednym z najbardziej spektakularnych wydarzeń było uzdrowienie piłkarza, ucznia szkoły średniej, który modlił się za wstawiennictwem ks. Capodanno o uzdrowienie z raka. Chłopiec miał już za sobą jedną operację i zalecono mu chemioterapię. Po pięciu tygodniach kontrolne badanie tomograficzne wykazało, że guzy zniknęły. Nie miał odtąd nawrotów i wszystko wskazuje na to, że został całkowicie uzdrowiony. Jeśli cud ten zostanie potwierdzony przez dochodzenie kościelne, może on otworzyć ks. Capodanno drogę do beatyfikacji.
To wszystko wydarzyło się dzięki temu, że pewien pedantyczny perfekcjonista całkowicie powierzył się Panu
i poszedł za Jego głosem. Obyśmy za jego przykładem i dzięki jego wstawiennictwu wszyscy pokonywali swoje słabości i coraz bardziej promieniowali Chrystusem. ▐

Ks. Daniel Mode jest kapelanem Marynarki Wojennej i postulatorem procesu kanonizacyjnego ks. Vincenta Capodanno.
ART.2 – ŚWIADECTWO:
Posłał mnie, bym głosił dobrą
nowinę

Mam 26 lat. Jestem z Warszawy. Pochodzę z katolickiej rodziny – mam wspaniałą mamę i ojca alkoholika. Jako dziecko trenowałem, chciałem być sportowcem, pojechać na igrzyska olimpijskie. Ale potem coś się zaczęło we mnie buntować. Autorytetem stali się koledzy. Pojawił się alkohol, papierosy, imprezy, pierwsze kradzieże. Po gimnazjum rzuciłem szkołę. Zacząłem brać narkotyki i handlować nimi. W wieku 18 lat trafiłem na pół roku do więzienia. Po wyjściu na wolność wróciłem do dawnych znajomych. Handlowaliśmy narkotykami, ćpaliśmy, jeździliśmy do Niemiec, bawiliśmy się. 
Zacząłem jednak odczuwać pustkę w sercu. To wszystko, co robiłem i co mi imponowało, przestawało mieć sens. Pewnego razu pojechałem z moim przyjacielem i jego dziewczyną nad morze. Gdy stamtąd wracaliśmy, przyszła mi do głowy myśl, że poszedłbym na pielgrzymkę. Powiedziałem to na głos mojemu przyjacielowi, a on mnie wyśmiał. Powiedział, że ja to mogę najwyżej po flaszkę do sklepu polecieć. Pamiętam te słowa do dzisiaj i sposób, w jaki on to powiedział. A jestem osobą przekorną: jak ktoś mi mówi, że coś jest białe, to ja mu udowodnię, że jest czarne. Jak ktoś mi mówi, że czegoś nie zrobię, to ja właśnie to zrobię.
Postanowiłem więc pójść na pielgrzymkę do Częstochowy. Wstydziłem się iść z Pielgrzymką Warszawską, bo myślałem, że ktoś mnie zobaczy, wyśmieje i będzie obciach, dlatego poszedłem z góralami. Podczas tej pielgrzymki doświadczyłem pierwszy raz bezinteresownej miłości ludzi, którzy mnie przyjęli, nic ode mnie nie chcąc. Poprzez tych ludzi doświadczyłem miłości Pana Boga. Czułem, że Bóg jest. Bo niemożliwe, żeby ludzie sami z siebie byli tacy dobrzy. Podczas tej pielgrzymki poszedłem po raz pierwszy do szczerej spowiedzi. To było w Czernej. Wstydziłem się, bałem się też, że jak powiem księdzu wszystkie moje grzechy, to pójdzie na policję albo zgłosi to do prokuratury i trafię z powrotem do więzienia. Bałem się tego. Ale podczas Mszy w Czernej bp Ryś mówił kazanie, które bardzo mnie poruszyło, i postanowiłem, że jednak pójdę do spowiedzi. Półtorej godziny opowiadałem kapłanowi w konfesjonale o swoim życiu. To było niesamowite uczucie. Czułem się po spowiedzi taki lekki. Poczułem po raz pierwszy, że Pan Bóg przebacza, że jest miłosierny, i wtedy zapragnąłem zmienić swoje życie. Nie bardzo wiedziałem jak, ale bardzo chciałem. 
Po powrocie z pielgrzymki wytrzymałem dwa tygodnie. Potem powrót do kolegów i robiłem dalej to samo. Przyszedł taki czas, że zacząłem się rozglądać po moich znajomych. Patrzyłem, jak wygląda ich życie. Uświadomiłem sobie wtedy, że moje życie będzie wyglądać tak: albo ja kogoś zabiję i trafię na resztę życia do więzienia, albo ktoś mnie zabije i nie będzie mnie, albo będę tzw. „wieczniakiem”, czyli po prostu od wyroku do wyroku. Stwierdziłem, że takie życie nie ma sensu, że to nie jest to, czego pragnąłem. Przecież miałem być sportowcem. Kiedyś śmiałem się z ludzi, którzy całymi dniami stali pod blokiem. Uważałem, że sport mnie od tego ratuje, a stałem się taki sam jak ci, z których się śmiałem. 
Zacząłem szukać. Poszedłem znów na pielgrzymkę i znów po tej pielgrzymce postanowiłem, że zmieniam swoje życie, ale wytrzymałem tym razem tydzień. Byłem załamany, nie chciałem żyć. Chciałem, żeby mnie zamknęli do więzienia. Podczas jakiejś imprezy zażywałem narkotyki wprost na ulicy…. Naprawdę chciałem, żeby mnie zamknęli. Zdesperowany pojechałem w góry – bo tam jest bliżej Pana Boga. Podczas Mszy z muzyką góralską siedziałem w ostatniej ławce i strasznie płakałem. Modliłem się: „Panie Boże, jeżeli naprawdę jesteś, to Ty zmień moje życie, bo ja już naprawdę nie daję rady. Jeżeli mnie kochasz, jeżeli jesteś, to Ty coś zrób, bo ja nie mam żadnego pomysłu”. Po raz pierwszy wtedy poprosiłem Pana Boga, żeby to On coś zrobił w moim życiu, a nie ja sam.
Długo nie musiałem czekać. Zadzwonił do mnie chłopak, którego kiedyś poznałem. Powiedziałem mu, że coś chciałbym zmienić w moim życiu, a on zaprosił mnie na warsztaty Talitha Kum do wspólnoty Przymierze Miłosierdzia. Poszedłem. Zobaczyłem ludzi, którzy wydawali mi się chorzy psychicznie, ludzi z innego świata. Byli uśmiechnięci, tańczyli, skakali, wariowali, a ja przyszedłem na te warsztaty z bagażem przegranego życia, życia które nie ma sensu, z uczuciem, że najchętniej bym się urodził jeszcze raz. Nie zobaczyłem tam Pana Jezusa, nie miałem objawień, nic się takiego nie zadziało prócz tego, że byłem wkurzony, że ci ludzi są tacy uśmiechnięci. Ale cały czas coś mi mówiło, żebym tam został, żebym został do końca. I faktycznie, Duch Święty działał z mocą. Nie miałem spoczynków, nie mówiłem językami, nie prorokowałem, ale Duch Święty przemieniał moje serce, moje myślenie, mój rozum. 
W niedzielę po tych rekolekcjach miałem jechać do Niemiec, żeby kraść. I znakiem działania Ducha Świętego było to, że postanowiłem nie jechać. Powiedziałem koledze, z którym byłem umówiony, że nie chcę jechać, nie wnikając w szczegóły. Powiedział, że OK, nie ma problemu. Bardzo się obawiałem tego, że będzie mi robił wyrzuty, bo dotąd zawsze jeździliśmy razem. Wstałem w poniedziałek rano i czułem coś niesamowitego. Miałem w sobie radość. Chciało mi się żyć. Pojechałem do kościoła, w którym – jak wiedziałem – w każdą środę spotyka się wspólnota Przymierze Miłosierdzia. Chciałem chociaż zobaczyć, dokąd mam przyjechać w środę, żeby znów doświadczyć bliskości Pana Boga, żeby znów spotkać się z tymi ludźmi i być z nimi. We wtorek ktoś zadzwonił do mnie z informacją, że zatrzymali tego mojego kolegę, z którym nie pojechałem do Niemiec. Pomyślałem, że to Pan Bóg mnie uratował. Gdybyśmy tam byli we dwóch, na pewno ja też trafiłbym do więzienia. Uświadomiłem sobie, że Pan Bóg naprawdę jest, że zawalczył o mnie, że chce mi pomóc, chce, żebym zmienił swoje życie. Że to On chce je zmienić. Postanowiłem wtedy ostatecznie zerwać ze starym życiem. Ale to nie ja z nim zerwałem, zrobił to za mnie Pan Bóg. Ja nie byłem w stanie.
Zadzwonił do mnie chłopak, od którego brałem narkotyki, który był moim szefem. Byłem przestraszony. „Kurcze, czego on znów chce ode mnie? Ja chcę z tym skończyć, a on do mnie dzwoni i chce się spotkać”. Umówiłem się z nim na to spotkanie, przyjechałem, a on mi mówi: „Słuchaj, Kuba, jesteśmy kolegami, jeżeli ty chcesz zmienić swoje życie, to nic nas nie dzieli. Rozlicz się z tego, co jest, i nic cię przy mnie nie trzyma, ty możesz przestać to robić”. Byłem w takim szoku, że nie wiedziałem, co mam powiedzieć. On nie wiedział, że ja byłem na tych warsztatach, nie wiedział, co się we mnie działo. Sam wyszedł z taką inicjatywą. Wtedy po raz drugi przekonałem się, że Pan Bóg naprawdę jest. Postanowiłem zaufać Mu. Zacząłem się modlić, chodzić na spotkania wspólnoty. To był piękny czas odczuwania bliskości Pana Boga. Dostawałem coś, czego wcześniej nigdy nie miałem. 
Jak już mówiłem, jestem człowiekiem, który robi wszystko na przekór. Do tej pory jeździłem samochodem bez prawa jazdy. Ale teraz byłem we wspólnocie i chciałem mieć prawo jazdy. Mówię: „Panie Boże, ja chcę żyć w zgodzie z Tobą. Na pewno ten egzamin na prawo jazdy zdam”. Pojechałem – i nie zdałem, a od czterech lat przecież jeździłem... Byłem wściekły: „No jak to, Panie Boże, jak Ty to w ogóle rozumiesz, przecież ja chcę dobrze, zgodnie z przepisami, zgodnie z Twoją wolą, a Ty mi nie pozwalasz”. Przejeżdżałem wtedy przez Bródno i przypomniałem sobie, jak na spotkaniu wspólnoty mówili, że są tam takie siostry, które zajmują się bezdomnymi i można do nich przyjść, żeby im pomagać i modlić się z nimi. Byłem niedaleko, więc pojechałem tam – i przez rok chodziłem codziennie.
Od tych bezdomnych ludzi uczyłem się wszystkiego. Zapisałem się do szkoły, a oni mnie przygotowali do matury z angielskiego. Poznałem tam ludzi, dla których nieważne było to, że nie mieli nic, dla nich wartością był drugi człowiek. Czegoś takiego wcześniej nie znałem. Dla mnie liczyły się tylko rzeczy materialne. Pan Bóg mnie przemieniał przez tę posługę u nich. Chodząc tam, nie czułem, że ja im pomagam, tylko że oni pomagają mnie. Wydawało mi się wcześniej, że bezdomni to alkoholicy, którzy sami wybrali takie życie. Nie do końca tak jest. Często za tymi ludźmi stoją ciężkie historie. Patrzenie na nich i rozmowy z nimi zaczęły przemieniać moje myślenie.
Wspólnota Przymierze Miłosierdzia jest wspólnotą ewangelizacyjną. Poproszono mnie, żebym poszedł z nimi do więzienia. Powiedziałem, że nigdy w życiu tego nie zrobię, bo nie chcę spotkać tam moich znajomych. Koledzy z osiedla i tak już mówili, że jestem nawiedzony, że przyćpałem, wołali na mnie „wielebny” albo „pastor”. Do tej pory zresztą tak na mnie mówią. Naśmiewali się ze mnie, ale to czego doświadczyłem podczas warsztatów, dawało mi siły do wytrwania przy Panu Bogu. Tak więc nie chciałem iść ewangelizować do więzienia, ale kolega ze wspólnoty nie ustępował: „Chodź, Kuba, to chociaż pod bramą się pomodlisz”. Spisał ode mnie numer dowodu, żeby mnie zgłosić i dostać zgodę na wejście do więzienia, gdybym zmienił zdanie. Powiedziałem: „Nie wchodzę”. Ale jednocześnie miałem poczucie, że to Pan Bóg daje mi okazję, żeby opowiedzieć się po Jego stronie, pokazać, że chcę, żeby On dalej prowadził moje życie. Pamiętam, jak siedziałem wtedy w samochodzie i jeszcze 15 minut przed wejściem do więzienia mówiłem, że nie pójdę. Ale pomyślałem: „Panie Boże, Ty wszystko możesz, jeżeli mam tam kogoś spotkać, to trudno” – i poszedłem. Nie spotkałem tam żadnego znajomego, ale to wydarzenie mnie odmieniło. To był kolejny kluczowy moment w moim życiu, kiedy powiedziałem Bogu „tak”, a On dał mi jeszcze znacznie więcej. 
Byłem wtedy neofitą, który doświadczył miłości i chciał ją dawać każdemu. Chodziliśmy ewangelizować na dworce do bezdomnych, do poprawczaków, do więzień. Pragnąłem tym ludziom, takim samym jak ja, mówić, że Pan Bóg jest, że można żyć inaczej. Chodziłem codziennie. W tym czasie skończyłem liceum, zdałem maturę. Pan Bóg zrobił po prostu coś niesamowitego. Nigdy w życiu nie przypuszczałem, że będę miał maturę!
Przyszedł czas, kiedy trzeba było stanąć twardo na nogach, przestać bujać w obłokach i iść do pracy. Zacząłem szukać pracy, ale nic nie mogłem znaleźć. Poszedłem, pamiętam, na Mszę do św. Anny i mówię: „Panie Boże, potrzebuję pracy, nie mam już pieniędzy”. Gdy wyszedłem z kościoła, zadzwonił telefon. Chłopak ze wspólnoty pytał, czy nie znam kogoś, kto szuka pracy. Mówię: „No właśnie ja szukam”. Zacząłem więc pracować w firmie u kolegi ze wspólnoty. To był wspaniały czas. Jeździliśmy często za granicę po części samochodowe, modliliśmy się razem – rano przed pracą, także w czasie jazdy samochodem. Pan Bóg był obecny podczas tej pracy. 
Ponieważ miałem maturę, zacząłem się zastanawiać nad studiami. Myślałem, żeby iść na misjologię albo na teologię, no bo przecież chciałem być „świętszy od papieża”. Ktoś mnie zapytał: „No dobra, ale z czego będziesz żył?”. Zacząłem się wtedy rozglądać po moich znajomych i okazało się, że dwie koleżanki pracują w telewizji. Zachęcony przez nie, postanowiłem zdawać do szkoły filmowej. Z ich pomocą przygotowałem teczkę z moimi zdjęciami. Ku mojemu zdumieniu zostałem przyjęty na wydział reżyseria, montaż filmowy. Nigdy w życiu nie miałem kamery w ręku, nie miałem pojęcia, jak to się robi.
Postawiłem sobie za cel, żeby skończyć tę szkołę. Prosiłem Pana Boga, aby mi w tym pomógł, jeżeli to jest Jego wolą. A Pan Bóg przez tę szkołę pokazywał mi moje pasje, moje talenty, to, czego ja nigdy w sobie nie dostrzegałem. Zacząłem poznawać nowych ludzi, robić fajne rzeczy. Okazało się, że potrafię tworzyć, robić coś z niczego, wymyślać jakieś rzeczy. Że ta moja wybujała fantazja, która kiedyś prowadziła mnie na manowce, teraz bardzo się przydaje.
Podczas studiów przeżyłem wiele kryzysów. Kiedy nie miałem się z czego utrzymać, wyjechałem do Anglii, żeby trochę zarobić. Przez miesiąc nie mogłem znaleźć pracy, a kiedy w końcu ją znalazłem, skończyły mi się pieniądze. Zostały tylko 3 funty. Zacząłem się modlić: „Panie Boże, co mam robić? Przyjechałem do Anglii, wydawało mi się, że to jest zgodne z Twoją wolą. Znalazłem pracę, ale nie mam na bilet. Nie dam rady przejść na piechotę trzech stref metra, zdążyć na piątą rano i pracować cały dzień”. I tak modliłem się, uwielbiałem Boga w tym wszystkim. Potem wyszedłem do ogrodu, żeby zapalić. Zobaczyła mnie sąsiadka i poprosiła, żebym skosił jej trawę. A trawnik był rozmiarów metr na dwa. Zrobiłem to w 20 minut. Sąsiadka dała mi 20 funtów, dokładnie tyle, ile potrzebowałem na tygodniowy bilet w Londynie. Przez takie małe cuda, które Pan Bóg robił w moim życiu, upewniałem się, że On jest i że troszczy się o mnie.
Po powrocie do Polski wróciłem do starej pracy u kolegi i bardzo się frustrowałem tym, że nie pracuję w zawodzie, nie zarabiam za dużo. Chociaż praca była fajna i bardzo ją lubiłem, jednak czułem, że to nie jest to. Zrezygnowałem więc z niej i postanowiłem wybrać się na pielgrzymkę do Częstochowy, znów z góralami, żeby modlić się o nową pracę. W pociągu spotkałem znajomych z Przymierza Miłosierdzia, którzy jechali na pielgrzymkę do Medjugorie. Zapytałem organizatorkę, moją koleżankę, czy jest jakieś wolne miejsce. Ona zadzwoniła do księdza i dowiedziała się, że właśnie jedno się zwolniło, ponieważ jakiś ksiądz zrezygnował. Zaliczka jest wpłacona, więc jeśli chcę, mogę bardzo mało dopłacić i jechać z nimi. To było coś, o czym nawet nie marzyłem, choć oczywiście bardzo chciałem tam pojechać. Wyjazd do Medjugorie był najgorszym wyjazdem w moim życiu. Wtedy Pan Bóg rozwalił mi wszystko. Rozstałem się z dziewczyną, nie miałem pracy. Było tam strasznie gorąco, rozchorowałem się, zresztą nie ja jeden, wszyscy mieliśmy problemy z żołądkiem – to był po prostu dramat. A jednak teraz, gdy na to patrzę z perspektywy, widzę, że był to najwspanialszy wyjazd w moim życiu. Pan Bóg uczył mnie zaufania, pytał, czy chcę iść za Nim, tak jak On będzie mnie prowadził.
Po powrocie z Medjugorie mówiłem sobie: „Dobra, tyle wycierpiałem w tym Medjugorie, to pewnie zaraz dostanę pracę”. Wysłałem chyba z milion CV, a przez dwa miesiące odebrałem zaledwie dwa telefony. Nie zostałem zaproszony na żadną rozmowę o pracę, po prostu nic się nie działo. Byłem rozgoryczony, miałem żal do Pana Boga. Wtedy zadzwonił telefon. Nie wierzyłem. Dzwonił naczelny pewnego portalu internetowego i zaprosił mnie na rozmowę. Podczas tej rozmowy byłem dla niego strasznie niemiły, bo w ogóle nie wierzyłem, że on chce mnie zatrudnić. Tymczasem zatrudnił mnie i okazało się, że nie mogłem znaleźć lepszego miejsca na rozwój swoich umiejętności, nauczenie się, jak funkcjonuje świat medialny. Zrozumiałem, że to miejsce Pan Bóg dla mnie przygotował. Specjalnie chciał, żebym poczekał na tę pracę. Po roku skończyłem studia i dostałem pracę w telewizji. 
Pan Bóg mnie dalej prowadzi. Pracuję jako montażysta. Ta praca jest moją pasją. Jak mam wolne, to brakuje mi czegoś. Po prostu bardzo lubię to robić, ta praca sprawia mi niesamowitą frajdę.
Cały czas jestem we wspólnocie Przymierze Miłosierdzia, posługuję, głoszę. Gdzie mnie poślą, tam idę.
Kuba
[nazwisko i adres znane redakcji]

Sklep internetowy Shoper.pl