Słowo wśród nas - nr archiwalne
5.9
PLN
Słowo wśród nas Nr 8 (300) 2018
Słowo wśród nas Nr 8 (300) 2018
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 5,90 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO SIERPNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Sierpniowy numer „Słowa wśród nas”, nosi tytuł „Nasza Matka i Orędowniczka” i jest poświęcony Maryi i Jej drodze zawierzenia Bogu i posłuszeństwa woli Bożej. Artykuły główne numeru napisał ks. Eugeniusz Zarzeczny, marianin.
Magazyn otwiera artykuł: „Błogosławieni czystego serca” o świadectwie życia bł. Karoliny Kózkówy. Po nim znajduje się tekst poświęcony „Bogurodzicy” – średniowiecznej pieśni, która w pewnym sensie pełniła rolę pierwszego polskiego hymnu. Następnie zamieściliśmy artykuł ks. Stanisława Klimaszewskiego „Nasze modlitwy do Matki Bożej” oraz opis ikony przedstawiającej opiekę Matki Bożej (Pokrow).
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy książkę znanego mistrza życia duchowego, Tomasza à Kempis pt. „O naśladowaniu Maryi”. 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Bóg wkracza w życie…
Zwiastowanie Maryi
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC................................... 4

Noc cierpienia
Maryja pod krzyżem
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC................................ 10

Nowa droga
Maryja po zmartwychwstaniu Jezusa
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC...................................16

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 sierpnia...................................21

MAGAZYN

Błogosławieni czystego serca
Życie bł. Karoliny Kózkówny
Mariusz Czałpiński...................................48

„Bogurodzica”
Jak nasi ojcowie oddawali cześć Maryi
Anna Kamińska....................................................... 53

Nasze modlitwy do Matki Bożej
ks. Stanisław Klimaszewski..................................... 57

Pokrow
Opieka Najświętszej Bogurodzicy
Halina Świrska....................................................... 60

Nasze lektury............................................................ 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

ARTYKUŁY:

ZAPROSZENIE DO DROGI

Maryja, Matka Jezusa, naszego Zbawiciela, jest Matką każdego z nas w porządku wiary. Jest też figurą, obrazem naszej drogi wiary, wzorem życia chrześcijańskiego. Ale jak możemy Ją naśladować? Pewnie wielu z nas pomyśli: przecież Maryja była niepokalanie poczęta, miała specjalne dary, których my nie mamy, więc było Jej łatwiej. Otóż Bóg daje człowiekowi stosowne wyposażenie do drogi, którą ma przejść, do powołania, które ma zrealizować w swoim życiu, do misji, którą ma wypełnić. Jednak zawsze jest to zaproszenie, na które człowiek może odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Maryja również została zaproszona do drogi, do rozeznawania, do dokonywania wyborów. Stąd Jej droga jest dla nas wzorem i przykładem, jak wybierać Boga, jak przyjmować Jego wolę w sposób wolny, z miłości i pragnienia podobania się tylko Jemu.
Pierwsi rodzice w raju, stworzeni bez grzechu, mieli wszelkie dane, predyspozycje i warunki, żeby być blisko Boga. Według Ojców Kościoła (np. św. Ireneusza z Lyonu) byli oni zaproszeni, by wzrastać, rozwijać się, powiększać bogactwo, którym zostali obdarowani. Jednak ulegli pokusie węża i uwierzyli, że mogą „być jak Bóg”, sami decydować o dobru i złu, i żyć według własnego pomysłu. Ta sama pokusa zagraża każdemu z nas.
W trzech artykułach spróbujemy, pewnie po raz kolejny, uświadomić sobie, że Maryja naprawdę może nam służyć za model i wsparcie w naszej drodze wiary, również w podejmowaniu codziennych decyzji, w słuchaniu słowa Bożego, w odkrywaniu woli Bożej i natchnień Ducha Świętego. Spróbujemy przejść wraz z Maryją Jej drogę od zwiastowania aż do ukoronowania Jej na Królową nieba i ziemi.

Bóg wkracza w życie…

Zwiastowanie Maryi

W Piśmie Świętym, w Nowym Testamencie, spotykamy po raz pierwszy Maryję w chwili zwiastowania (Łk 1,26-38). W Nazarecie, małej miejscowości, niemającej żadnego znaczenia, położonej w lekceważonej Galilei, mieszka skromna, prosta dziewczyna. Wierna zasadom życia kobiety żydowskiej, właśnie została zaślubiona cieśli Józefowi. Pierwsza część ceremonii jest już za Nią. Choć jeszcze nie zamieszkała z mężem, to prawnie należy już do niego. Ceremonia przenosin do domu męża była przed Nią. Dopiero po tym dopełnieniu zaślubin mógł On w pełni korzystać z praw małżeńskich, by w niedalekiej przyszłości mogła stać się matką jego dzieci.

ZGODA NA BOŻY PLAN
W tym właśnie momencie – wydawać by się mogło najmniej stosownym – Bóg posyła swojego anioła, by oznajmił Maryi, że będzie Matką Syna Bożego, że to nie Józef, lecz sam Bóg będzie Jego Ojcem, i że stanie się to za sprawą Ducha Świętego! Pewnie przyzwyczailiśmy się do tego tekstu; słyszeliśmy go tyle razy, tyle komentarzy wysłuchaliśmy… Może już nie odczuwamy dramaturgii tej sytuacji, może bronimy się w ten sposób przed czymś, co kompletnie przerasta naszą wyobraźnię, nasz umysł, nawet naszą wiarę. Niestety, bywa, że czytamy Ewangelię jak zbiór bajek, historię, która i tak dobrze się kończy. Jest w niej pewna dramaturgia, jakaś akcja, trochę znaków zapytania, a potem szczęśliwy koniec. W sumie wszystko już wiemy… Wtedy jednak słowo Boże nie jest dla nas światłem. Nijak nie możemy dostrzec odniesienia czytanego słowa do naszego życia, jego znaczenia dla nas.
A przecież Ewangelia została spisana po to, abyśmy wzrastali w wierze.
Wróćmy jednak do zwiastowania. Maryja, choć głęboko poruszona, zmieszana i z pewnością zaskoczona pozdrowieniem anioła i treścią jego przesłania, zachowuje spokój, który płynie z głębi Jej serca. Zadaje tylko jedno pytanie: „Jak się to stanie?”. Odpowiedź anioła sugeruje, że Bóg zajmie się wszystkim, że Ją ochroni przed oskarżeniem o zdradę, że to jest Jego dzieło. Kluczem do tego, by Boży plan się zrealizował, jest Jej zgoda, Jej „tak”. W owym „tak” (fiat – „niech mi się stanie”) jest wszystko: wiara, że Bóg może dokonać rzeczy przekraczających ludzki rozum i ludzkie możliwości; gotowość na poniesienie konsekwencji owej zgody, wierność w słuchaniu Bożych natchnień, a przede wszystkim miłość do Stwórcy i pełne zaufanie, że cokolwiek On postanowi, będzie dobre.
W Liście do Galatów czytamy, że gdy „nadeszła pełnia czasów, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty” (Ga 4,4). Ta „pełnia czasów” może oznaczać, że świat, przygotowany przez proroków, aż do Jana Chrzciciela, dojrzał do tego, by Słowo mogło się objawić. Dojrzała również Maryja, którą Bóg przygotował swoją łaską. I choć świat, zapatrzony w siebie, nie rozpoznał czasu swego nawiedzenia, wystarczyło słowo jednej osoby – „tak” Maryi – by Mesjasz zstąpił na ziemię. Wiara uczyniła Ją Bramą, przez którą Bóg w swoim Synu przyszedł między ludzi, stając się jednym z nas.

ODPOWIEDŹ NA ŁASKĘ
Pozdrawiając Maryję, anioł Gabriel użył sformułowania „pełna łaski”. Kościół związał te słowa z wiarą w to, że Maryja została poczęta bez zmazy pierworodnej, że jest niepokalanie poczęta. Ów przywilej został Jej udzielony ze względu na Jezusa Chrystusa, który miał się z Niej narodzić. W ten sposób Bóg przygotował mieszkanie dla swojego Syna. Mimo tej łaski, udzielonej „z góry”, trudno jednak sobie wyobrazić Jej gotowość na przyjęcie Słowa bez modlitwy, wewnętrznego dialogu z Bogiem, czułej miłości do Stwórcy, całkowitego oddania Mu swego serca. Maryja, mimo onieśmielenia słowami anioła, nie boi się. Jest pełna bojaźni Pańskiej – lecz nie lęku, panicznego strachu, skupienia na własnej niemocy. Bóg nie jest dla Niej zagrożeniem. Rezygnuje z planów, jakie miała na swoje życie, wyrażając zgodę na plan Boga. Miłość do Niego, pragnienie, by się przede wszystkim Jemu podobać, było najważniejszym celem Jej życia.
Ta miłość nie stała w sprzeczności z miłością do innych. Jest w Ewangelii kilka scen, które są dowodem tej postawy. Maryja pozwalała, by Bóg Ją prowadził, nie była jednak bierna. Świadomy wybór takiej drogi całkowitego zawierzenia Bogu nie pozbawił Jej potrzeby rozeznawania, stawiania pytań, przeżywania w pełni swojego człowieczeństwa, kobiecości i macierzyństwa. Każde słowo, każde wydarzenie „chowała w swym sercu”, starając się wsłuchiwać i rozpoznawać ich znaczenie.

ZWIASTOWANIE I MY
„Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli ktoś posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20). Te słowa z Apokalipsy nie odnoszą się do jakiejś nieokreślonej, odległej lub symbolicznej perspektywy. Uczta w języku biblijnym oznacza spotkanie przyjaciół przy stole, by się weselić, by świętować i dzielić tym, co najlepsze. Jezus stojący u drzwi, pukający – to obraz uniżenia się, pokory, ale też troski. Syn Boży czeka, by Go wpuścić do serca, do życia, by być z Nim. Pukaniem przypomina o swojej obecności. Nie wchodzi na siłę, bo chce być wpuszczony, wybrany i kochany.
Jaki to ma związek z Maryją, ze zwiastowaniem? Miłość Maryi, Jej przywiązanie do Boga nie każą Mu czekać. Między Nią a Bogiem nie ma dystansu, który mógłby Ich dzielić. Ta bliskość sprawia, że Maryja ma serce czułe na każde drgnienie Jego miłości, potrafi nie tylko zauważyć, ale wręcz wyczuć Jego obecność. Kiedy Bóg mówi, Ona wie, że to On, a nie kto inny. Maryja wybrała Boga, mimo że to On Ją wcześniej wybrał. Swoją wolą, rozumem, uczuciami, ciałem świadomie wybrała Boga. Ten wybór nie ograniczał Jej, nie pozbawił miłości do Józefa, któremu również zaufała, wierząc, że Bóg dotknie i jego serca. Nie tłumaczy się przed nim, z ufnością zdaje się na jego decyzję, pamiętając, że anioł obiecał Jej, że Bóg Ją osłoni i obroni. Dary złożone w Jej sercu rozkwitają i wydają owoce. Można powiedzieć, że Jezus narodził się z połączenia Bożego wybrania i miłości Maryi. Bóg wybrał Maryję, ale i Ona wybrała Jego. Jej ciało stało się namiotem spotkania Bóstwa z człowieczeństwem, bez zmieszania, w doskonałej jedności.
„Wejście” Boga w życie Maryi całkowicie odmieniło Jej życie. Moment zwiastowania wskazał Jej misję i drogę, na której miała ową misję zrealizować. Bóg nie przedstawił Maryi „całościowego” programu. Przypomniał Jej tożsamość, dary, w które została wyposażona, oraz to, że zawsze będzie z Nią.
Choć może niejednego to zdziwić, podobnie jest w naszym życiu. Wobec każdego z nas Bóg ma jakiś plan, propozycję, zadanie czy misję. Nie chce pozbawiać nas czegokolwiek, lecz nadaje naszemu życiu smak, cel i głęboki sens. Pragnie, byśmy byli ludźmi szczęśliwymi i spełnionymi. Chce nas chronić i prowadzić – co nie oznacza braku trudności. Obiecuje swoją obecność wszędzie tam, gdzie rzeczywistość zdaje się nas przerastać. Jest wierny i dotrzymuje słowa. Zgodnie z tym, co napisane jest u proroka Izajasza: „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś mój! Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się, i nie strawi cię płomień. Albowiem Ja jestem Pan, twój Bóg, Święty Izraela, twój Zbawca.” (Iz 43,1-3)

WEJŚĆ W DIALOG Z BOGIEM
Owszem, nie jesteśmy niepokalani, ale też nie naszym zadaniem jest zrodzenie w ciele Mesjasza. Mamy jednak potrzebne wyposażenie nadprzyrodzone w postaci łaski chrztu świętego, sakramentów pojednania i Eucharystii, które czynią nas zdolnymi do przekraczania naszych ograniczeń. Mamy Pismo Święte, słowo, przez które Bóg do nas mówi. Mamy wspólnotę Kościoła, który modli się za nas każdego dnia. Bóg mówi do nas przez konkretne wydarzenia i osoby, które spotykamy. Mówi również wewnątrz nas, prosto do serca, poprzez natchnienia do czynienia dobra, przez głos sumienia pozwalający wybierać to, co dobre, i odrzucać to, co złe.
Bóg udziela nam darów Ducha Świętego, bo jesteśmy Jego dziećmi. Ma moc uwolnić nas od naszych lęków, wydobyć z grobów zwątpienia, uleczyć przez przebaczenie. Są tylko dwa warunki, które trzeba spełnić, aby móc to wszystko dostrzec. Pierwszym jest modlitwa – spotkanie, rozmowa, dialog z kimś komu ufamy, kogo wybierzemy, dla kogo jesteśmy gotowi zrezygnować z koncentracji na sobie. Drugim warunkiem jest powiedzenie Bogu „tak” na naszą historię i na Jego zaproszenie. Wiąże się z tym otwarcie serca i zaufanie. Lęk i ucieczka przed Bogiem są śladem grzechu pierworodnego, śladem swoistej katechezy Złego, który za wszelką cenę chce nas oddzielić od Boga – Źródła życia.
Może trzeba zacząć od pytania, jaki obraz Boga noszę w sobie? Unikanie Boga, ucieczka przed Nim, lęk, że jest jakimś agresorem, płynie właśnie z fałszywego obrazu Boga, iluzji, którą zatruł nas zły duch. Człowiek wpatrzony w siebie nie chce słuchać. Pierwsze przykazanie, które otrzymał naród wybrany po wyjściu z Egiptu, brzmiało: „Słuchaj, Izraelu…” (Pwt 6,4). Modlitwa, czytanie słowa Bożego musi opierać się na słuchaniu, na byciu uważnym. Maryja umiała słuchać. A my? Zabiegani wśród codziennych trosk, zapomnieliśmy, co oznacza słuchać Boga. W hałasie świata nie znajdujemy często ani chwili, by się wyciszyć. Tłumaczymy to brakiem czasu. „Wycinamy” z naszego życia modlitwę, by mieć czas na inne rzeczy, i ciągle nie nadążamy za pędzącym światem. Ciche pukanie Jezusa niknie w zgiełku wielu zajęć.
Coraz bardziej jesteśmy zmęczeni. Szukamy więc chwil odpoczynku, nie zdając sobie sprawy, że najbardziej jesteśmy zmęczeni sobą, a od siebie nie da się uciec, odpocząć. Jest to możliwe jedynie w obecności Boga. Oddając Mu wszystko, pozwalając Mu wejść do środka naszej rzeczywistości, możemy odnaleźć wewnętrzny pokój, harmonię, zrozumieć sens naszej historii. Na zewnątrz może się nic nie zmienić. Jednak pokój serca, radość płynąca z bycia z Bogiem, którego się wybrało, zmienia wszystko. ▐


Noc
cierpienia

Maryja
pod krzyżem

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku. Boże mój, wołam w ciągu dnia, a nie odpowiadasz, i nocą, a nie zaznaję pokoju” (Ps 22, 2). Doświadczenie cierpienia nikomu z nas nie jest obce. Możemy je przeżywać na poziomie fizycznym, psychicznym i duchowym naszego człowieczeństwa. Ponieważ stanowimy nierozdzielną całość, cierpienia boleśnie doznaje zazwyczaj cała nasza osoba. Często ono nas przekracza, osłabia i czyni bezradnymi, sprawia, że nie panujemy nad sobą ani nad rzeczywistością. Owszem, próbujemy sobie jakoś radzić, lecz mimo to rzeczywiste cierpienie, prawdziwy krzyż zdaje się nas miażdżyć, ogołacać, przygniatając nieznośnym ciężarem. Jednym z najtrudniejszych doznań jest poczucie samotności, świadomość, że nikt nas nie rozumie, a nawet jeśli rozumie, to i tak nie może nam skutecznie pomóc. Wydaje się, że nikt nie jest w stanie nas od niego uwolnić.
Obok cierpienia przeżywanego przez daną osobę istnieje również współcierpienie, rodzaj współodczuwania. Jego intensywność zależy od stopnia bliskości i zażyłości z osobą cierpiącą. Im bardziej kogoś się kocha, tym mocniej w jakiś tajemniczy sposób odczuwa się jego ból, jego cierpienie. W naturze najsilniejszą więzią jest ta, która łączy matkę z dzieckiem. Oczywiście należy brać pod uwagę sytuację normalną, nie zaburzoną, chorą czy patologiczną. Kiedy cierpi dziecko, matkę również przeszywa jakiś nieopisany ból. Kiedy dziecko umiera, serce matki jakby umierało razem z nim.

NIE PRZYJĘTY BÓG…
Chyba najtrudniejsze w cierpieniu jest poczucie samotności, opuszczenia i pustki. Coś, a może ktoś, szepcze do ucha: „Jesteś sam, nikogo twoje cierpienie nie interesuje, nikt cię nie kocha wystarczająco, aby cię zrozumieć, nikogo tak naprawdę nie obchodzisz”. Z perspektywy wiary można stwierdzić, że nie jest to dobry duch ani anioł, ani obiektywna prawda.
Osobą, która zawsze towarzyszy cierpiącemu, jest Jezus. Bóg wcielony, Syn Ojca niebieskiego nie zawahał się uniżyć tak bardzo, jak nisko może zejść, upaść czy zostać zepchnięty człowiek. Przyjął ciało z pokornej, ubogiej i prostej dziewczyny, której jedyną siłą była wiara i miłość do Boga. Miriam – Maryja – w prostocie przyjęła Boga w swoim łonie, by wydać Go na świat. Zbawiciel świata narodził się w skrajnym ubóstwie, jeszcze przed narodzeniem wzgardzony, nie przyjęty, biorący na siebie całą nędzę tego świata.
Z miłości do człowieka wybrał życie wędrowca, który nie ma gdzie oprzeć głowy, biedniejszego niż ptaki, które mają gniazda, niż lisy, które mają swoje nory (Łk 9,57). Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli (J 1,11), odrzucając tym samym Słowo samego Boga. Na poziomie duszy i ducha doświadczył największego cierpienia. Bo cóż boli bardziej niż niesprawiedliwość i fałszywe oskarżenia, niż odrzucona miłość, czysta i bezinteresowna? A przecież była to miłość samego Boga… Jakby mało było tego odrzucenia, również Jego ciało zostało zmiażdżone, poniżone i wyśmiane, wystawione na pokaz dla większego udręczenia (Iz 53,1-12).
Nawet uczniom, którzy mieli własny, nieprawdziwy obraz Mesjasza, nie wystarczyło sił, żeby czuwać, gdy ich Mistrz przeżywał trwogę w Getsemani. Judasz wydał Go za cenę niewolnika, Piotr trzykrotnie zaparł się Go ze strachu, inni pouciekali… Może to wszystko bolało Jezusa równie mocno, co fizyczne udręki. To była cena, za którą wykupił nas spod władzy śmierci. Wszystkim, którzy są miażdżeni przez cierpienie, Jezus mówi: „Nie jesteś sam, choćby najbliżsi o tobie zapomnieli, Ja nie zapomnę nigdy” (por. Iz 49,14-16).
WSPÓŁCIERPIĄCA MATKA
W tych wydarzeniach, w bardziej lub mniej widoczny sposób, uczestniczyła Maryja. Od chwili powiedzenia Bogu „tak” podczas zwiastowania, cała historia Jej życia toczyła się wokół Syna.
Ktoś mógłby stwierdzić, że cierpienie Maryi przyszło „przez” Jezusa. Przecież gdyby nie przyjście Jezusa, gdyby nie misja, którą Bóg powierzył Maryi, mogłaby Ona wieść życie spokojne, bez tak bolesnych wydarzeń. Jednak cóż znaczyłoby takie życie? W oderwaniu od Boga, żyjąc wyłącznie dla siebie, powoli się umiera, pogrąża w smutku i coraz większej samotności. Dla Maryi Bóg był największym sensem Jej istnienia. Nie było niczego, co mogłoby zastąpić Jego obecność, Jego wierną miłość. Gdyby Maryja nie powiedziała Bogu „tak”, nie mogłaby wyśpiewać „Magnificat”, uwielbiając Go.
Maryja musiała zdawać sobie sprawę, że obojętność mieszkańców Betlejem, trudne warunki, w jakich przyszło Jej rodzić, wreszcie konieczność ucieczki do Egiptu – wszystko to miało ścisły związek z Jej Synem. A przecież był to dopiero początek. Dopiero miały się spełnić słowa wypowiedziane podczas ofiarowania Jezusa w świątyni, prorokujące Maryi: „Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2,35).
Maryja świadomie weszła w cierpienie, zanim jeszcze Jezus jako człowiek – dziecko mógł pojąć jego ciężar.
W swoim cierpieniu Maryja chroniła swego Syna, otaczając Go troską i miłością. Nigdy nie straciła wiary w to, że nie ma nic cenniejszego nad Jego obecność, że to On wybawi swój lud. Cierpienie było dla Niej swoistą próbą wiary, która z każdym dniem stawała się coraz większa, dojrzalsza, gotowa na najcięższe doświadczenia.
Maryja jako Matka – można chyba tak powiedzieć – niosła cierpienia matek, które przeżywają trud macierzyństwa, które chronią swoje dzieci przed złem tego świata. Jest z tymi, które muszą bronić dzieci niechcianych przez świat, pogardzanych. Ile matek dzisiaj musi zmagać się, by przyjąć dzieci chore czy też te, które zagrażają ich zdrowiu i życiu. Jest tak blisko tych matek, którym różni ludzie mówią: „Takie dziecko jest niepotrzebne, niepełnosprawne, nie pasuje do naszego społeczeństwa”. Jest blisko tych, które muszą zmagać się z przyjęciem poczętego życia z powodu złych warunków materialnych albo dlatego, że dzieci „nieplanowane” zagrażają karierze, są „nadliczbowe” lub po prostu zakłócają „święty spokój”. Od początku, od narodzenia Jezusa, Maryja słyszała: Nie chcemy Cię w takim stanie, nie chcemy Cię z Nim.
Uciekając do Egiptu, być może nie rozumiała, dlaczego to Dziecię było zagrożeniem dla władzy okrutnego Heroda, tak jak trudno pojąć komuś, kto ma serce czyste i proste, okrucieństwo i bezmyślność tego świata. Później, kiedy w pielgrzymim zamieszaniu straciła z oczu dwunastoletniego Jezusa, z pewnością szukała Go z lękiem i bólem serca. W swoim cierpieniu jest więc bliska wszystkim tym, którzy zapędzeni w codzienności, przytłoczeni licznymi troskami, tracą Jezusa z oczu i przez to spostrzegają z czasem, że ich życie straciło sens. Idąc dalej, jakże bardzo rozumie tych, którzy przyjmując Jezusa, zmagają się, by dochować Mu wierności, nie otrzymując nadzwyczajnych znaków czy objawień, w prostocie wierząc w spełnienie się Bożych obietnic. Prawie trzydzieści lat Maryja żyła w obecności Syna, który dorastał, uczył się czytać i pisać, dojrzewał, pracował; Syna, który śmiał się, płakał, doznawał różnych emocji – nie tracąc wiary, że patrzy na Tego, który miał być spełnieniem oczekiwań Izraela, który miał obwieścić królestwo niebieskie.

NAJWIĘKSZA PRÓBA
Maryja nazywana jest pierwszą uczennicą Jezusa. Słowa, które głosił, prawdy, które objawiał, znajdowały
w Jej sercu żyzną glebę. Podążając za Synem, doszła w końcu do Jerozolimy, do Golgoty… To miejsce jest symbolem tych wszystkich miejsc, do których w drodze wiary dochodzi w taki czy inny sposób każdy wierzący. To znak naszej największej słabości, cierpienia, nad którym nie mamy władzy, które pozbawia nas jakichkolwiek zabezpieczeń.
Golgota jest znakiem tego wszystkiego, co nas przeraża, całkowicie obezwładnia, miażdży… To ostatnie miejsce, które chcielibyśmy „odwiedzić”; to miejsce, w którym szatan próbuje nam wmówić, że Bóg nas nie kocha, że nas opuścił, i że wszystko to, co już przeszliśmy, nie miało sensu. To ostatnie, najgorsze kuszenie, w którym nieprzyjaciel Boga i człowieka próbuje nas przekonać, że śmierć jest największa, że jest ostatecznym końcem wszystkiego, że jesteśmy skazani na unicestwienie. Tylko jedna siła może sprawić, że nie opuścimy Jezusa w tej najciemniejszej chwili. Jest nią miłość: czysta, bezinteresowna, gotowa na wszystko, nie wstydząca się niczego, za nic mająca drwiny innych, obelgi, złorzeczenia i lekceważenie.
Tylko cztery osoby pozostały do końca pod krzyżem Jezusa. Na pierwszym miejscu wymieniana jest Maryja, Matka Jezusa. Jest tam też Jan, najmłodszy i umiłowany uczeń, jest Maria, żona Kleofasa, niewiasta dzielniejsza niż jej mąż, który – gdy tylko mógł – postanowił uciec z Jerozolimy do Emaus (Łk 24,18). Jest też Maria Magdalena, która Jezusowi zawdzięczała uwolnienie, przebaczenie i doświadczenie darmowej miłości Bożej. Która z tych osób mogła cierpieć najbardziej? Matka. Cierpienie ogarniało Ją całą. Na poziomie naturalnym był to ból Matki, która ogląda umęczonego, zdruzgotanego cierpieniem Syna. W porządku nadnaturalnym widziała zło, które dotknęło nieskończone dobro, Syna Bożego, który dobrowolnie tak się uniżył, że nawet w śmierci był podobny do największych przestępców, niewolników. Cierpiała, widząc wzgardzoną i niechcianą miłość, która jest mocniejsza niż śmierć, i dlatego pozwoliła się ukrzyżować. Nikt, kto nie był świadkiem umierania swojego dziecka, nie jest nawet w stanie wyobrazić sobie Jej bólu.
Miłość czyni człowieka bardziej wrażliwym, wyczulonym, „wydelikaca” serce. Miłość Maryi była jak Jej serce: czysta i nieskalana. Dlatego widząc najniewinniejszego z niewinnych, wiszącego i umierającego na krzyżu, cierpiała niewypowiedzianie. Miecz bólu rozerwał Jej serce, czyniąc Ją bliską Synowi, któremu serce przebito włócznią. To dlatego nazywa się Maryję Współcierpiącą Matką, bo nikt nie był tak blisko Jezusa w Jego cierpieniu jak Ona. Męka Jezusa skupiła w sobie wszystkie bóle świata, wszystkie grzechy, jakie popełniamy, całą złość, której jest w nas tyle, niewiarę i niewdzięczność wobec Boga. Przez krzyż Jezus zniweczył moc śmierci. Odtąd, choć nas ona dotyka, nie jest końcem naszej historii. Nie jest naszym ostatecznym unicestwieniem, bo została zwyciężona. Przez cierpienie Jezusa Maryja miała szczególny udział w tym odczuwaniu ogromu zła i bólu miłości, która jest tak często odrzucana. Znając nasze udręki i bóle, powierza je swojemu Synowi.
Maryja nie uciekła spod krzyża, nie złorzeczyła, nie buntowała się. Jej wiara została poddana największej próbie. Miłość i zaufanie do Boga i Jego Syna pozwoliły Jej przejść tę najciemniejszą z nocy. Maryja całą sobą mówi nam: „Ty też możesz przez to przejść. Nie jesteś sam. Mój Syn ma moc cię przeprowadzić przez takie doświadczenia. Ja również będę z tobą, bo cię kocham, bo w osobie Jana Ewangelisty zostałeś mi dany jako dziecko”. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:


Środa, 1 sierpnia
Ps 59,2-5.10-11.17
W swej łaskawości Bóg wychodzi mi naprzeciw. (Ps 59,11)
Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem zatłoczoną ulicą, używając wyłącznie lusterek. Pomysł jest niedorzeczny, a nawet niebezpieczny – nie da się jechać naprzód, cały czas patrząc wstecz. Prowadząc samochód, musimy przede wszystkim patrzeć do przodu.
Podobnie w życiu duchowym musimy patrzeć przed siebie, nie za siebie. Oczywiście od czasu do czasu trzeba spojrzeć do tyłu, żeby ocenić swój postęp – zastanowić się nad minionym dniem czy wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów. Na ogół jednak, chcąc posuwać się do przodu, należy patrzeć przed siebie. A dzisiejszy psalm responsoryjny mówi, że Bóg w swoim miłosierdziu wychodzi nam naprzeciw.
Może sądzisz, że Boże miłosierdzie dotyczy twojej przeszłości. To prawda. Przykrywa ono twoje dawne grzechy. Jednak hebrajskie słowo hesed, przetłumaczone tu jako „łaskawość”, oznacza nie tylko „miłosierdzie”, ale także Bożą łaskę, przychylność oraz miłującą dobroć, która nigdy nie zawodzi. Ta szeroka, bardziej wyczerpująca definicja miłosierdzia każe nam widzieć w nim coś więcej niż tylko przebaczenie naszych dawnych grzechów i upadków. Zachęca do powierzenia Bożej opiece całej naszej przyszłości.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu Jeremiasz skupia się na przeszłości.
Lamentuje nad dniem swoich narodzin i przypomina sobie, jak siedział „samotny” pod ciężarem Bożej ręki (Jr 15,17). Rola proroka nie była łatwa i Jeremiasz musiał zmagać się ze sobą, by przekazywać ludowi słowa Bożego ostrzeżenia. Gdy jednak otworzył przed Bogiem swe serce, Bóg dał mu wgląd w przyszłość: „Wybawię cię z rąk złoczyńców” (Jr 15,21). Czerpiąc pociechę ze świadomości, że jego przyszłość jest w ręku miłosiernego Boga, Jeremiasz był gotów wiernie pełnić swoją posługę.
Bóg pragnie uczynić dla nas o wiele więcej, niż tylko przebaczyć nam grzechy. Chce nas prowadzić, pocieszać i otaczać swoją opieką. Idźmy więc naprzód, ufni, że Bóg wyjdzie nam naprzeciw z łaską i miłosierdziem. A wtedy będziemy poruszać się naprzód, patrząc przez wielką czystą szybę, zamiast wpatrywać się w lusterka.
„Panie, zawierzam Ci całą moją przyszłość”.
Jr 15,10.16-21
Mt 13,44-46
▌Czwartek, 2 sierpnia
Mt 13,47-53
Podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze. (Mt 13,47)
Sieci rybackie zagarniają wszystko, co w nie wpada. Kiedy więc sieć zostaje wyciągnięta na brzeg, jej zawartość jest bardzo różnorodna – są tam ryby jadalne i niejadalne, skorupiaki, jeżowce, a także rozmaitego rodzaju śmieci. Sieć nie rozróżnia pomiędzy tym, co dobre, a tym, co złe, tym, co pożyteczne, i tym, co bezużyteczne. To rybak decyduje, co zatrzyma, a co wyrzuci.
W Piśmie Świętym znajdujemy wiele historii o Jezusie, który „łowi ludzi”: kiedy obronił kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, kiedy przyszedł do domu znienawidzonego celnika Zacheusza, kiedy cierpliwie nauczał faryzeusza Nikodema, a także wiele innych. Jezus zarzucał sieci, gdziekolwiek się udawał, gromadząc ludzi dla swego królestwa. Także swoim uczniom polecił, by stali się rybakami ludzi i zarzucali sieci wszędzie tam, gdzie zostaną posłani.
Bóg dzisiaj powierza nam to samo zadanie. Wzywa nas, byśmy głosili Dobrą Nowinę wszystkim, niezależnie od tego, kim oni są, i tak często, jak to tylko możliwe – podobnie jak czynił to Jezus i pierwsi chrześcijanie. Pamiętaj, że twoje świadectwo nie jest bez znaczenia. Możesz przekazywać innym miłość Boga wszędzie, gdzie jesteś, choćby przez uśmiech czy życzliwe pozdrowienie. Możesz umacniać wiarę swojej rodziny, inicjując zwyczaj codziennej wspólnej modlitwy lub czytania Pisma Świętego. Możesz podnieść na duchu sąsiadkę, wysłuchując tego, co ma do powiedzenia. A kiedy nadarzy się odpowiedni moment, możesz powiedzieć każdej z tych osób: „Bóg cię kocha”.
W świecie tak bardzo brakuje dziś życzliwości, zrozumienia i dobroci.
Tak wielu ludzi jest całkowicie pochłoniętych własnymi problemami. Dlatego nasza miłość i dobroć są tak bardzo potrzebne. Przyciągną uwagę i będą udzielać się innym. Zarzucajmy więc sieci!
„Duchu Święty, wzbudź we mnie pragnienie dzielenia się Ewangelią. Posługuj się mną, by nieść miłość wszystkim, których spotykam”.
Jr 18,1-6
Ps 146,1-6

▌Niedziela, 5 sierpnia
Ef 4,17.20-24
Trzeba (…) odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec się w człowieka nowego. (Ef 4,22.23-24)
W listach św. Pawła można zwykle wyróżnić dwie części. Pierwsza z nich skupia się na nauczaniu teologicznym, druga na praktyce życia. Dzisiejsze drugie czytanie ma taki właśnie schemat.
Św. Paweł rozumiał, że kolejnym krokiem po nawróceniu i przyjęciu chrztu jest uświęcenie. Zdawał sobie sprawę, że wszyscy mamy różne cenne dary i cnoty – jak dobroć, cierpliwość, pokój czy odwaga. Wiedział jednak, że jest w nas także wiele postaw i wad, które wydają walkę tym darom i cnotom – jak gniew, zazdrość, pożądliwość czy egoizm.
Paweł przypisał te szlachetne skłonności „nowemu”, a te grzeszne – „dawnemu człowiekowi”. Wzrastanie w świętości, mówiąc najprościej, polega na tym, by „porzucić dawnego człowieka”, a „przyoblec się w człowieka nowego” (Ef 4,22.24).
Ten proces „porzucania” i „przyoblekania się” jest według Pawła prawdziwą bitwą toczącą się w naszych sercach i umysłach. Był on przekonany, że odnosząc codziennie drobne zwycięstwa, będziemy stopniowo przemieniać się na podobieństwo Chrystusa.
To przekonanie może prowadzić do wniosku, że w tej walce wszystko zależy od nas. Tak jednak nie jest. Nawet Paweł, przy całej swej pewności siebie, wierzył, że zwycięstwo jest możliwe tylko przy Bożej pomocy. Dlatego tak bardzo podkreślał obecność Ducha Świętego w naszych sercach (Rz 8,9; 1 Kor 3,17; Ga 4,6).
Bądź więc czujny dziś i każdego dnia. Zwracaj uwagę na bitwę toczącą się w twoim wnętrzu. Proś Ducha Świętego, aby pozwolił ci zrozumieć, dlaczego w jednej sytuacji zareagowałeś z dobrocią i miłością, a w innej obraziłeś się lub dałeś się zmanipulować. Codziennie proś Ducha Świętego o siłę do walki. Z czasem twój „nowy człowiek” będzie stawał się coraz bardziej widoczny.
„Panie, pomóż mi zwyciężać w walce duchowej”.
Wj 16,2-4.12-15
Ps 78,3-4.23-25.54
J 6,24-35

▌Niedziela, 12 sierpnia
1 Krl 19,4-8
Wstań, jedz! (1 Krl 19,5)
Eliasz był przygnębiony, Królowa Izebel właśnie kazała go zgładzić. A jeszcze kilka dni temu prorok przeżywał euforię, odnosząc spektakularny sukces w „pojedynku” z czterystu pięćdziesięcioma prorokami fałszywego boga Baala. Wystarczyło kilka dni, aby prorok od euforii przeszedł do głębokiej depresji. Od nieustraszonej ufności w Bogu do lęku o swoje życie. Od przekonania, że jest wybranym posłańcem Boga, do poczucia, że jest bezowocny i bezużyteczny. Poczucie to było tak mocne, że Eliasz zaczął prosić Boga, aby odebrał mu życie. W tej tragicznej chwili Bóg posłał Eliaszowi na pomoc pokarm i anioła. Anioł powiedział do niego: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga” (1 Krl 19,7).
My wszyscy, podobnie jak Eliasz, przeżywamy momenty euforii i okresy zniechęcenia. Wielu z nas zmaga się z problemami w domu czy w pracy, niektórzy przebywają w więzieniach, inni tracą pewność siebie i żyją w poczuciu totalnej klęski. Te trudne sytuacje odbierają nam energię i chęć do życia.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi, że jest „Chlebem żywym, który zstąpił z nieba” (J 6,51). Ofiarowuje nam Pokarm jeszcze wspanialszy niż ten, który Bóg dał Eliaszowi – Chleb żywy, swoje własne Ciało. W Eucharystii daje nam swoje własne życie, abyśmy nigdy nie tracili nadziei. Gdy odpowiadamy na wezwanie: „Bierzcie i jedzcie”, On uzdrawia nasze zalęknione i złamane serca. Często już sam prosty akt spożycia tego Chleba sprawia, że czujemy się lepiej.
Eucharystia pomaga nam trwać w wierze, nawet gdy jesteśmy przygnębieni. Przypomina nam, że Jezus był prawdziwym człowiekiem, podobnym do nas we wszystkim oprócz grzechu. Podobnie jak my cierpiał i przeżywał pokusy. Wie z własnego doświadczenia, czym jest udręka.
Tak więc dzisiaj „bierz i jedz”, wiedząc, że Jezus jest z tobą zawsze, także w najtrudniejszych chwilach. On dodaje ci sił do dalszej drogi.
„Panie, Ty jesteś Chlebem życia”.
Ps 34,2-9
Ef 4,30--5,2
J 6,41-51

▌Niedziela, 19 sierpnia
J 6,51-58
Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. (J 6,51)
Te słowa Jezusa wypowiedziane w synagodze w Kafarnaum dają nam nadzieję na osiągnięcie życia wiecznego dzięki karmieniu się Jego Ciałem. Czy jednak wystarczy spożywać Chleb eucharystyczny, aby otrzymać życie wieczne?
W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszymy zaproszenie: „Chodźcie, nasyćcie się moim chlebem, pijcie wino” (Prz 9,5), ale jednocześnie przestrogę: „Odrzućcie naiwność, a żyć będziecie, chodźcie prosto drogą rozsądku” (Prz 9,6). W podobnym duchu mówi dzisiaj św. Paweł: „Baczcie więc pilnie, jak postępujecie: nie jak niemądrzy, ale jak mądrzy. Wyzyskujcie chwilę sposobną, bo dni są złe. Nie bądźcie przeto nierozsądni, lecz usiłujcie zrozumieć, co jest wolą Pana” (Ef 5, 15-17).
Eucharystia zapewnia nam życie wieczne, kiedy to, co spożywamy, znajduje odbicie w tym, jak żyjemy. Jako umiłowane dzieci Boże, wyzyskujmy „chwilę sposobną”, tak by nasze dni były pełne uwielbienia Pana i nieustannego otwierania się na działanie Ducha Świętego. Szukajmy mądrości Bożej, która pokieruje naszą przyszłością, i uzdrowienia, które uleczy naszą przeszłość.
Kiedy przyjmujemy Jezusa w Eucharystii i żyjemy według Jego nauki, stajemy się z Nim jedno: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” (J 6,56). Jezus obiecał, że upodobnimy się do Niego – że będziemy patrzeć na innych Jego oczami, mówić Jego słowami, modlić się Jego modlitwą.
Spróbujmy dziś – podczas Mszy świętej i w ciągu całego dnia – „wyzyskiwać chwilę sposobną”. Posłuchajmy zachęty św. Pawła i umacniajmy się wzajemnie „psalmami i hymnami, i pieśniami pełnymi ducha, śpiewając i wysławiając Pana w naszych sercach” (Ef 5,19). A wreszcie dziękujmy za wszystko Bogu Ojcu w imię Jezusa Chrystusa.
„Panie Jezu, pokaż mi, jak wielkim skarbem jest Chleb, którym mnie karmisz na życie wieczne.”
Prz 9,1-6
Ps 34,2-3.10-15
Ef 5,15-20

▌Niedziela, 26 sierpnia
Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej
Ga 4,4-7
Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg posłał do serc waszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze!”. (Ga 4,6)
Dzieląc się wrażeniami z pielgrzymki do Ziemi Świętej, Antoni opowiedział o tym, jak w dzielnicy ortodoksyjnych Żydów zobaczył chłopczyka w świątecznym stroju i jarmułce, który wyciągał ręce do ojca, wołając: „Abba! Abba!”. „Bardzo mnie to poruszyło – wyznał Antoni. – Zrozumiałem, jaki powinien być mój stosunek do Boga”.
Wielu ludzi nosi dziś w sercach zupełnie inny obraz Boga – bezdusznego tyrana, który czyha na każdy nasz upadek, odbiera radość życia, nie pozwala na żadne przyjemności i jest odpowiedzialny za wszelkie zło na świecie. Trudno wejść w relację z takim Bogiem. Można być Jego niewolnikiem, ale nie synem. Lepiej trzymać się od Niego z daleka.
Dzisiejsze czytanie ukazuje nam inny, prawdziwy obraz Boga – Boga, który posyła swego Syna, abyśmy dzięki Niemu mogli otrzymać przybrane synostwo. Tego właśnie Syna, „zrodzonego z niewiasty”, ukazuje nam jasnogórska ikona. Na niej Matka Jezusa, która od momentu Jego ofiary stała się również naszą Matką, wskazuje na Niego – Boga, który stał się człowiekiem. Ten Bóg nie przeraża, jest znakiem miłości Ojca, który nam Go daje, abyśmy zobaczyli, jaki jest naprawdę, i zapragnęli być nie niewolnikami, lecz synami.
Nie wystarczy jednak zobaczyć, dowiedzieć się, poznać intelektem czy poczuć dreszcz emocji podczas odsłonięcia jasnogórskiego obrazu. Aby rzeczywiście poznać Boga jako Ojca, przekonać się, jaki On jest, przezwyciężyć kołaczący się gdzieś w naszych sercach obraz Boga tyrana, potrzebujemy mocy Ducha Świętego. To On daje naszym sercom pewność, że jesteśmy dziećmi Boga, braćmi i siostrami Jezusa Chrystusa, z którym możemy wołać do Boga: „Abba! Ojcze!”.
Przyzywajmy dziś Ducha Świętego. Prośmy Maryję, która jak nikt poznała Jezusa i towarzyszyła Apostołom w Wieczerniku przy zesłaniu Ducha Świętego, aby pomogła nam przyjąć Jego moc i zrozumieć, co to znaczy, że jesteśmy dziećmi Boga.
„Przyjdź, Duchu Święty, i oświeć moje serce, aby poznało, że jestem dzieckiem Boga i bratem Jezusa Chrystusa”.
Prz 8,22-35 albo Iz 2,2-5
Ps 48,2-3.9-11.13-15a
J 2,1-11

MAGAZYN:


Błogosławieni
czystego serca

Życie bł. Karoliny Kózkówny

Młoda, szesnastoletnia dziewczyna, która oddała życie w obronie swojego dziewictwa 18 listopada 1914 roku, została beatyfikowana w 1987 roku przez Jana Pawła II w Tarnowie. Także dzisiaj ta patronka młodzieżowego Ruchu Czystych Serc, choć żyła ponad 100 lat temu, ma wiele do przekazania nie tylko młodym ludziom, zainteresowanym na poważnie życiem duchowym. Jej śmierć w obronie czystości poprzedziło bowiem życie bez reszty oddane Bogu i drugiemu człowiekowi, życie człowieka czystego serca.

DOM RODZINNY
Chłopska drewniana chata kryta strzechą, otoczona podobnymi wiejskimi domostwami, w tle pola i łąki, poprzecinane drogami i dróżkami, oraz figury Matki Bożej i św. Mikołaja – taki krajobraz witał przybysza w Wał-Rudzie, podtarnowskiej wsi, gdzie 2 sierpnia 1898 roku przyszła na świat Karolina Kózka. Była czwartym z jedenaściorga dzieci Jana i Marii Kózków, gospodarujących w trudzie na kilku hektarach ziemi. Życie rodziny Kózków było skromne. Nadawały mu rytm modlitwa i praca. Dzieci i rodzice wstawali wcześnie rano, aby rozpocząć dzień wspólnym pacierzem odmawianym przed pójściem do pracy lub szkoły. Także każdy posiłek był poprzedzony modlitwą, a chleb – dar Boży i owoc własnego potu i znoju, którego nigdy nie było za dużo – spożywano ze czcią. Każda para rak, nawet tych dziecięcych, była przydatna do wspólnej pracy w polu. Niewyszukane posiłki, spożywane o stałej porze, mogły wydawać się monotonne, lecz dla pracujących ciężko ludzi były wyczekiwaną nagrodą za wysiłek i okazją do podziękowania Bogu za opiekę. Rodzice wpajali dzieciom szacunek wobec Boga, Kościoła i starszych oraz konieczność bycia użytecznym dla bliźniego. Pracowitość, karność, przywiązanie do ziemi oraz cześć dla rodziców stanowiły podstawę wychowania.
Jan, tata Karoliny, stracił ojca, mając siedem lat, i przez lat osiemnaście pracował za wyżywienie u swego wuja. Jego uczciwość, sumienność i pobożność musiały być wysoko oceniane przez otoczenie, skoro mimo swojej biedy zdobył rękę Marii, córki najbogatszej rodziny w wiosce. Tworzyli dobraną parę, a ich wzajemna miłość, zgoda i pracowitość pozwoliły im dorobić się domu i powiększyć gospodarstwo. Jan, człowiek łagodny i miłosierny, potrafił bezpłatnie pomagać uboższym niż on sam. Maria, energiczna, obowiązkowa oraz obdarzona pięknym i silnym głosem, nauczyła Karolinę modlitw i pieśni religijnych. Dom Kózków promieniał na całą wieś głęboką i żywą wiarą; nazywano go nawet „Betlejemką”.

BÓG MÓJ I WSZYSTKO MOJE
Największym skarbem dziecka wychowanego w takim domu było umiłowanie Boga i wierność Jego przykazaniom. Nauka katechizmu, lekcje religii, czytanie żywotów świętych, modlitwa miały Karolinę do tego przybliżać. Modliła się w drodze do kościoła i podczas pracy w polu, odmawiając Różaniec, akty strzeliste lub śpiewając pieśni religijne. Pracę poprzedzała znakiem krzyża. Bywało, że mówiła do matki: „Mamusiu, daj mi trochę czasu, to się pomodlę albo coś poczytam, a potem tak będę się uwijać, że ci wszystko odrobię”. Pewnego razu zwierzyła się matce, że odmawiając Zdrowaś Maryjo, odczuwa „wielką radość w sercu”. A kiedy ojciec, widząc wieczorem klęczącą córkę, prosił, by się położyła do łóżka – odpowiadała, że zdąży się jeszcze wyspać.
Nie zaniedbywała udziału we Mszy świętej (choć do kościoła było daleko), z ochotą biegła na nabożeństwa majowe i październikowe. Jak zauważyła jedna ze znajomych: „W całym jej postępowaniu widać było, że patrzy na wszystko po Bożemu”. Jej ciągle ponawiane zatopienie w Bogu sprawiało, że na twarzy Karoliny koleżanki zauważały stany zachwytu, przeniesienia w inny wymiar, z czego nigdy nie chciała się tłumaczyć. Kiedyś tylko na pytanie o to jednej z nich, odpowiedziała: „Coraz bardziej kochaj Pana Jezusa i dobrze się módl, to i ty zrozumiesz”.
Z powodu rudawego odcienia włosów zdarzało jej się usłyszeć przykre uwagi niektórych osób, jakoby nie powinna nosić podczas procesji feretronu z Matką Bożą Niepokalanie Poczętą. Nie zrażała się tym jednak, dbając tylko o to, by był on zawsze czysty (miała ściereczkę tylko do tego przeznaczoną) oraz przystrojony, sama zaś przystępowała wtedy do spowiedzi i odświętnie się ubierała. Miała nawet ubranie przeznaczone tylko na tę okazję. Jej ulubionymi świętymi byli Stanisław Kostka i Franciszek z Asyżu, wybrani przez nią z powodu umiłowania dziewictwa, ubóstwa i heroicznej miłości, oraz Barbara, patronka dobrej śmierci.
ŻYCIE W PRAWDZIE
Tym, co uderza w postaci Karoliny, jest prawość. Świadkowie życia dziewczyny podkreślają jej wewnętrzną dyscyplinę, energię i niezłomną wolę: „Usposobienie miała łagodne, charakter mocny, w postanowieniach była stała”. Skąd się to u niej wzięło? Z poddania Bożej woli i wierności obranej drodze, rozumianej jako służba Bogu i bliźniemu. Pozwalało jej to na zbudowanie wewnątrz siebie ładu, promieniującego na innych i ujawniającego się na liczne sposoby.
„Robota paliła jej się w rękach”, ponieważ nie uważała jej za dopust Boży, ale za uczciwy sposób egzystencji. Pod koniec swego krótkiego życia pracowała po kilkanaście godzin na dobę, zastępując czasem matkę w roli gospodyni. Wszystko, co robiła, wykonywała starannie i bezwzględnie uczciwie. Świadkowie opowiadali, że kiedy Karolina pracowała we dworze i z powodu złej pogody nie mogła wykonać w całości powierzonej pracy, wzbraniała się przed przyjęciem pełnej umówionej zapłaty, uważając, że na nią nie zasłużyła.
We wszystkich starała się widzieć dobro: „Nigdy nie słyszałam u niej obmowy, nie lubiła plotek. Inne nie plotkowały, bo nie pozwalała, zaraz mówiła: «Myślcie o pracy, a jak macie chwilę wolną, westchnijcie do Boga o pomoc»”. Tworzyła wokół siebie przestrzeń pokoju i zgody, w której słabości drugiego człowieka nie były wykorzystywane przeciw niemu podczas jego nieobecności. Sama, jeśli musiała coś komuś wytknąć, mówiła o tym wprost, „bez ogródek” i „szemrania”. Pod tym względem była zasadnicza. Pewnego razu szła z koleżanką polną drogą i zauważywszy, że ta podnosi leżącą gruszkę, powiedziała: „A wolno to tak? To cudze”. Upomnienie musiało ją trochę kosztować. Świadkowie jej życia zeznawali później, że nie robiła różnic w traktowaniu ludzi, starając się nie uchybić w szacunku dla nikogo. Jedynie koleżanki wybierała takie, które podzielały jej wartości.
Jej charakter cechowała prostota i stateczność: „U Karolci nie było tego roztrzepania, które spotyka się u dzieci czy u dziewcząt w jej wieku, nie było też u niej chytrości, przebiegłości ani wyrachowania. Na wszystko patrzyła po Bożemu”. To bardzo duży komplement ze strony dawnej koleżanki, która spostrzegła, że u Karoliny słowo i czyn, intencja i działanie były pozbawione drugiego dna i chęci uzyskania korzyści przez manipulację, choćby subtelną. Nie dziwi, że właśnie jej, choć nie była najstarsza, rodzice powierzali opiekę nad domem i dziećmi podczas swojej nieobecności. Podobnie koleżanki przychodziły po radę do Karolki, kiedy miały wątpliwości, jak wypada się zachować, wiedząc, że „ona zawsze ta sama”. Ta sama, czyli taka, która nie zmienia się zależnie od kaprysu czy nastroju, i nie udaje innej niż jest. Jak mawiała: „Wolę być taką, jaka jestem”.
„Nadzwyczaj skromna i wstydliwa”, Karolina nie była uważana za dziwaczkę, ciesząc się ogólnym uznaniem i szacunkiem właśnie za „niewinną postawę i prawy charakter”. Nie chciała wychodzić za mąż, ale żyć samotnie w „stancyjce” dobudowanej do rodzinnego domu, pomagając rodzinie i potrzebującym. Z tego powodu unikała spotkań z chłopcami, nie chcąc dawać im żadnej nadziei. Nie znosiła też w swojej obecności ich dwuznacznych żartów i nieprzyzwoitych słów.

DZIELENIE SIĘ DOBREM
– APOSTOLSTWO
Zawsze „zadowolona, z tego, co było”, nie zamykała się na potrzeby innych. Oprócz pracy w polu, we dworze, wyręczała swą mamę w domu, przy karmieniu inwentarza, praniu, opiece nad młodszym rodzeństwem. Potrafiła dzielić się z biednymi tym, co miała – „jajkiem, kawałkiem chleba, paroma groszami”. Poratowała biednego Żyda, który przyszedł z prośbą o pomoc w podwiezieniu na targ,. Uprosiła ojca o spełnienie tej przysługi za darmo i dodała jeszcze chleb z serem dla dzieci biedaka. Wrażliwa na potrzeby bliźnich, chętnie zajmowała się chorymi i starszymi.
W wolnych chwilach Karolina modliła się i czytała. Potrafiła jednak wyrzec się przyjemności lektury czy rozważań, by poświęcić swój czas innym. Przez objaśnianie katechizmu i wspólne czytanie książek religijnych uczyła prawd wiary zarówno rodzeństwo, koleżanki, jak i dorosłych sąsiadów. „Gdy Karolcia mówiła o Bogu, słuchałoby się godzinami”. Powszechnie uważano ją za świątobliwą. I dlatego liczono się z jej zdaniem. Nie wypadało odmówić ani sprawić przykrości Karolinie, toteż nawet gdy zdarzyło się jej upomnieć kogoś, przyjmowano jej uwagi bez niechęci. Jak wspominała później jej dawna koleżanka: „Nieraz mówiłyśmy o tym między sobą, a za to, że nas tak prowadziła do dobrego, kochałyśmy ją ponad życie, jak anioła”. Czy chodziło o przygotowanie do przyjęcia sakramentów świętych (spowiedzi, Pierwszej Komunii, a nawet bierzmowania), czy po prostu o rozmowę na tematy religijne, wyjaśnienie wątpliwości – zawsze można było na nią liczyć.
Pomagała proboszczowi w organizowaniu życia religijnego w parafii. Była zelatorką Koła Żywego Różańca, należała też do Apostolstwa Modlitwy. Zachęcała koleżanki do chodzenia do kościoła, udziału w nabożeństwach, a także spotkaniach u wuja lub w jej domu w niedzielne popołudnia i zimowe wieczory, podczas których głośno czytano książki, wspólnie się modlono i śpiewano pieśni religijne czy patriotyczne. Karolina miała piękny, mocny głos, który cieszył ludzi. Kiedy wraz z koleżankami wracały utrudzone ze szkoły lub pracy „na pańskim”, jej śpiew wlewał w serca radość i sprawiał, że droga powrotna upływała milej.
Jej krótkie, oddane Bogu i ludziom życie zakończyło się tragicznie, kiedy do rodzicielskiej chaty wtargnął carski żołnierz., żądając przewodnika. Zaciągnął Karolinę do lasu, chcąc ją zgwałcić. Kiedy stawiła mu zdecydowany opór, zadał jej kilka ciosów szablą. Jej ciało znaleziono po kilkunastu dniach – 4 grudnia 1914 roku, we wspomnienie św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Pogrzeb Karoliny zgromadził tłumy przekonane o świętości młodziutkiej męczennicy. Nie można oprzeć się wrażeniu, o którym mówi siostra Karoliny: „Pan Bóg ją sobie przygotował od maleńkiego dziecka do takiej śmierci, bo zawsze była jak anioł”. Na pomniku Karoliny rodzice umieścili napis: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądają”.
Podczas uroczystości beatyfikacji Karoliny Jan Paweł II powiedział: „Ta młodziutka córka Kościoła tarnowskiego (…) mówi o wielkiej godności kobiety, o godności ludzkiej osoby. O godności ciała, które wprawdzie na tym świecie podlega śmierci, jak i jej młode ciało uległo śmierci, ale to ludzkie ciało nosi w sobie zapis nieśmiertelności, jaką człowiek ma osiągnąć w Bogu”. ▐

POKROW
Opieka Najświętszej Bogurodzicy

W tradycji wschodniej obchodzi się specjalne święto ku czci Opieki Najświętszej Bogurodzicy, nazywane Pokrow. Święto to upamiętnia objawienie Maryi, które miało miejsce w 910 roku w Konstantynopolu, w świątyni w dzielnicy Blacherne, gdzie – według tradycji – przechowywana była szata i pasek Maryi. Otóż w czasie oblężenia przez Saracenów, kiedy byt miasta był poważnie zagrożony, przerażeni mieszkańcy zgromadzili na całonocnym czuwaniu w tej właśnie świątyni, błagając Maryję o ratunek. O świcie słowiański niewolnik Andrzej i jego uczeń, Epifaniusz (późniejsi święci), mieli widzenie – ujrzeli otwartą kopułę kościoła i Matkę Bożą rozpościerającą nad ludźmi swoją chustę na znak opieki nad nimi. Wkrótce Saraceni odstąpili i miasto zostało uratowane.
Samo słowo „pokrow” oznacza okrycie, płaszcz, ale także opiekę i ochronę. Taką sama nazwę nosi ikona Matki Bożej Orędowniczki i Wspomożycielki, na której Maryja swoim płaszczem lub trzymanym w rękach welonem okrywa zgromadzonych przy Niej ludzi. Podobne przedstawienia występują także w ikonografii zachodniej pod nazwą Matki Miłosierdzia. Na jednym z najstarszych typów wizerunku Matki Bożej Różańcowej jest Ona okryta płaszczem opiekuńczym, rozciągającym się na wiernych.
Symbolika płaszcza jest zakorzeniona w tekstach biblijnych. Otoczenie płaszczem oznaczało wybranie i przekazanie posłannictwa i mocy (1 Krl 19,19; 2 Krl 2,8.13) oraz wzięcie pod opiekę (Rt 3,9). Takim gestem posługiwano się również w średniowieczu – biskup Asyżu otoczył swoim płaszczem św. Franciszka, gdy ten odrzucił swe szaty na znak wyrzeczenia się ojcowskich dóbr. Od pierwszych wieków chrześcijaństwa gest otoczenia płaszczem jako znak wzięcia w opiekę związany jest z Matką Bożą. Z III wieku pochodzi antyfona „Pod Twoją obronę”, uważana za jedną z najstarszych modlitw Maryjnych. W swojej pierwotnej wersji zaczynała się ona od słów: „Pod płaszcz Twego miłosierdzia uciekamy się…”.
Halina Świrska

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 8 (300) 2018



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO SIERPNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Sierpniowy numer „Słowa wśród nas”, nosi tytuł „Nasza Matka i Orędowniczka” i jest poświęcony Maryi i Jej drodze zawierzenia Bogu i posłuszeństwa woli Bożej. Artykuły główne numeru napisał ks. Eugeniusz Zarzeczny, marianin.
Magazyn otwiera artykuł: „Błogosławieni czystego serca” o świadectwie życia bł. Karoliny Kózkówy. Po nim znajduje się tekst poświęcony „Bogurodzicy” – średniowiecznej pieśni, która w pewnym sensie pełniła rolę pierwszego polskiego hymnu. Następnie zamieściliśmy artykuł ks. Stanisława Klimaszewskiego „Nasze modlitwy do Matki Bożej” oraz opis ikony przedstawiającej opiekę Matki Bożej (Pokrow).
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy książkę znanego mistrza życia duchowego, Tomasza à Kempis pt. „O naśladowaniu Maryi”. 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Bóg wkracza w życie…
Zwiastowanie Maryi
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC................................... 4

Noc cierpienia
Maryja pod krzyżem
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC................................ 10

Nowa droga
Maryja po zmartwychwstaniu Jezusa
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC...................................16

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 sierpnia...................................21

MAGAZYN

Błogosławieni czystego serca
Życie bł. Karoliny Kózkówny
Mariusz Czałpiński...................................48

„Bogurodzica”
Jak nasi ojcowie oddawali cześć Maryi
Anna Kamińska....................................................... 53

Nasze modlitwy do Matki Bożej
ks. Stanisław Klimaszewski..................................... 57

Pokrow
Opieka Najświętszej Bogurodzicy
Halina Świrska....................................................... 60

Nasze lektury............................................................ 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

ARTYKUŁY:

ZAPROSZENIE DO DROGI

Maryja, Matka Jezusa, naszego Zbawiciela, jest Matką każdego z nas w porządku wiary. Jest też figurą, obrazem naszej drogi wiary, wzorem życia chrześcijańskiego. Ale jak możemy Ją naśladować? Pewnie wielu z nas pomyśli: przecież Maryja była niepokalanie poczęta, miała specjalne dary, których my nie mamy, więc było Jej łatwiej. Otóż Bóg daje człowiekowi stosowne wyposażenie do drogi, którą ma przejść, do powołania, które ma zrealizować w swoim życiu, do misji, którą ma wypełnić. Jednak zawsze jest to zaproszenie, na które człowiek może odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Maryja również została zaproszona do drogi, do rozeznawania, do dokonywania wyborów. Stąd Jej droga jest dla nas wzorem i przykładem, jak wybierać Boga, jak przyjmować Jego wolę w sposób wolny, z miłości i pragnienia podobania się tylko Jemu.
Pierwsi rodzice w raju, stworzeni bez grzechu, mieli wszelkie dane, predyspozycje i warunki, żeby być blisko Boga. Według Ojców Kościoła (np. św. Ireneusza z Lyonu) byli oni zaproszeni, by wzrastać, rozwijać się, powiększać bogactwo, którym zostali obdarowani. Jednak ulegli pokusie węża i uwierzyli, że mogą „być jak Bóg”, sami decydować o dobru i złu, i żyć według własnego pomysłu. Ta sama pokusa zagraża każdemu z nas.
W trzech artykułach spróbujemy, pewnie po raz kolejny, uświadomić sobie, że Maryja naprawdę może nam służyć za model i wsparcie w naszej drodze wiary, również w podejmowaniu codziennych decyzji, w słuchaniu słowa Bożego, w odkrywaniu woli Bożej i natchnień Ducha Świętego. Spróbujemy przejść wraz z Maryją Jej drogę od zwiastowania aż do ukoronowania Jej na Królową nieba i ziemi.

Bóg wkracza w życie…

Zwiastowanie Maryi

W Piśmie Świętym, w Nowym Testamencie, spotykamy po raz pierwszy Maryję w chwili zwiastowania (Łk 1,26-38). W Nazarecie, małej miejscowości, niemającej żadnego znaczenia, położonej w lekceważonej Galilei, mieszka skromna, prosta dziewczyna. Wierna zasadom życia kobiety żydowskiej, właśnie została zaślubiona cieśli Józefowi. Pierwsza część ceremonii jest już za Nią. Choć jeszcze nie zamieszkała z mężem, to prawnie należy już do niego. Ceremonia przenosin do domu męża była przed Nią. Dopiero po tym dopełnieniu zaślubin mógł On w pełni korzystać z praw małżeńskich, by w niedalekiej przyszłości mogła stać się matką jego dzieci.

ZGODA NA BOŻY PLAN
W tym właśnie momencie – wydawać by się mogło najmniej stosownym – Bóg posyła swojego anioła, by oznajmił Maryi, że będzie Matką Syna Bożego, że to nie Józef, lecz sam Bóg będzie Jego Ojcem, i że stanie się to za sprawą Ducha Świętego! Pewnie przyzwyczailiśmy się do tego tekstu; słyszeliśmy go tyle razy, tyle komentarzy wysłuchaliśmy… Może już nie odczuwamy dramaturgii tej sytuacji, może bronimy się w ten sposób przed czymś, co kompletnie przerasta naszą wyobraźnię, nasz umysł, nawet naszą wiarę. Niestety, bywa, że czytamy Ewangelię jak zbiór bajek, historię, która i tak dobrze się kończy. Jest w niej pewna dramaturgia, jakaś akcja, trochę znaków zapytania, a potem szczęśliwy koniec. W sumie wszystko już wiemy… Wtedy jednak słowo Boże nie jest dla nas światłem. Nijak nie możemy dostrzec odniesienia czytanego słowa do naszego życia, jego znaczenia dla nas.
A przecież Ewangelia została spisana po to, abyśmy wzrastali w wierze.
Wróćmy jednak do zwiastowania. Maryja, choć głęboko poruszona, zmieszana i z pewnością zaskoczona pozdrowieniem anioła i treścią jego przesłania, zachowuje spokój, który płynie z głębi Jej serca. Zadaje tylko jedno pytanie: „Jak się to stanie?”. Odpowiedź anioła sugeruje, że Bóg zajmie się wszystkim, że Ją ochroni przed oskarżeniem o zdradę, że to jest Jego dzieło. Kluczem do tego, by Boży plan się zrealizował, jest Jej zgoda, Jej „tak”. W owym „tak” (fiat – „niech mi się stanie”) jest wszystko: wiara, że Bóg może dokonać rzeczy przekraczających ludzki rozum i ludzkie możliwości; gotowość na poniesienie konsekwencji owej zgody, wierność w słuchaniu Bożych natchnień, a przede wszystkim miłość do Stwórcy i pełne zaufanie, że cokolwiek On postanowi, będzie dobre.
W Liście do Galatów czytamy, że gdy „nadeszła pełnia czasów, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty” (Ga 4,4). Ta „pełnia czasów” może oznaczać, że świat, przygotowany przez proroków, aż do Jana Chrzciciela, dojrzał do tego, by Słowo mogło się objawić. Dojrzała również Maryja, którą Bóg przygotował swoją łaską. I choć świat, zapatrzony w siebie, nie rozpoznał czasu swego nawiedzenia, wystarczyło słowo jednej osoby – „tak” Maryi – by Mesjasz zstąpił na ziemię. Wiara uczyniła Ją Bramą, przez którą Bóg w swoim Synu przyszedł między ludzi, stając się jednym z nas.

ODPOWIEDŹ NA ŁASKĘ
Pozdrawiając Maryję, anioł Gabriel użył sformułowania „pełna łaski”. Kościół związał te słowa z wiarą w to, że Maryja została poczęta bez zmazy pierworodnej, że jest niepokalanie poczęta. Ów przywilej został Jej udzielony ze względu na Jezusa Chrystusa, który miał się z Niej narodzić. W ten sposób Bóg przygotował mieszkanie dla swojego Syna. Mimo tej łaski, udzielonej „z góry”, trudno jednak sobie wyobrazić Jej gotowość na przyjęcie Słowa bez modlitwy, wewnętrznego dialogu z Bogiem, czułej miłości do Stwórcy, całkowitego oddania Mu swego serca. Maryja, mimo onieśmielenia słowami anioła, nie boi się. Jest pełna bojaźni Pańskiej – lecz nie lęku, panicznego strachu, skupienia na własnej niemocy. Bóg nie jest dla Niej zagrożeniem. Rezygnuje z planów, jakie miała na swoje życie, wyrażając zgodę na plan Boga. Miłość do Niego, pragnienie, by się przede wszystkim Jemu podobać, było najważniejszym celem Jej życia.
Ta miłość nie stała w sprzeczności z miłością do innych. Jest w Ewangelii kilka scen, które są dowodem tej postawy. Maryja pozwalała, by Bóg Ją prowadził, nie była jednak bierna. Świadomy wybór takiej drogi całkowitego zawierzenia Bogu nie pozbawił Jej potrzeby rozeznawania, stawiania pytań, przeżywania w pełni swojego człowieczeństwa, kobiecości i macierzyństwa. Każde słowo, każde wydarzenie „chowała w swym sercu”, starając się wsłuchiwać i rozpoznawać ich znaczenie.

ZWIASTOWANIE I MY
„Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli ktoś posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20). Te słowa z Apokalipsy nie odnoszą się do jakiejś nieokreślonej, odległej lub symbolicznej perspektywy. Uczta w języku biblijnym oznacza spotkanie przyjaciół przy stole, by się weselić, by świętować i dzielić tym, co najlepsze. Jezus stojący u drzwi, pukający – to obraz uniżenia się, pokory, ale też troski. Syn Boży czeka, by Go wpuścić do serca, do życia, by być z Nim. Pukaniem przypomina o swojej obecności. Nie wchodzi na siłę, bo chce być wpuszczony, wybrany i kochany.
Jaki to ma związek z Maryją, ze zwiastowaniem? Miłość Maryi, Jej przywiązanie do Boga nie każą Mu czekać. Między Nią a Bogiem nie ma dystansu, który mógłby Ich dzielić. Ta bliskość sprawia, że Maryja ma serce czułe na każde drgnienie Jego miłości, potrafi nie tylko zauważyć, ale wręcz wyczuć Jego obecność. Kiedy Bóg mówi, Ona wie, że to On, a nie kto inny. Maryja wybrała Boga, mimo że to On Ją wcześniej wybrał. Swoją wolą, rozumem, uczuciami, ciałem świadomie wybrała Boga. Ten wybór nie ograniczał Jej, nie pozbawił miłości do Józefa, któremu również zaufała, wierząc, że Bóg dotknie i jego serca. Nie tłumaczy się przed nim, z ufnością zdaje się na jego decyzję, pamiętając, że anioł obiecał Jej, że Bóg Ją osłoni i obroni. Dary złożone w Jej sercu rozkwitają i wydają owoce. Można powiedzieć, że Jezus narodził się z połączenia Bożego wybrania i miłości Maryi. Bóg wybrał Maryję, ale i Ona wybrała Jego. Jej ciało stało się namiotem spotkania Bóstwa z człowieczeństwem, bez zmieszania, w doskonałej jedności.
„Wejście” Boga w życie Maryi całkowicie odmieniło Jej życie. Moment zwiastowania wskazał Jej misję i drogę, na której miała ową misję zrealizować. Bóg nie przedstawił Maryi „całościowego” programu. Przypomniał Jej tożsamość, dary, w które została wyposażona, oraz to, że zawsze będzie z Nią.
Choć może niejednego to zdziwić, podobnie jest w naszym życiu. Wobec każdego z nas Bóg ma jakiś plan, propozycję, zadanie czy misję. Nie chce pozbawiać nas czegokolwiek, lecz nadaje naszemu życiu smak, cel i głęboki sens. Pragnie, byśmy byli ludźmi szczęśliwymi i spełnionymi. Chce nas chronić i prowadzić – co nie oznacza braku trudności. Obiecuje swoją obecność wszędzie tam, gdzie rzeczywistość zdaje się nas przerastać. Jest wierny i dotrzymuje słowa. Zgodnie z tym, co napisane jest u proroka Izajasza: „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś mój! Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się, i nie strawi cię płomień. Albowiem Ja jestem Pan, twój Bóg, Święty Izraela, twój Zbawca.” (Iz 43,1-3)

WEJŚĆ W DIALOG Z BOGIEM
Owszem, nie jesteśmy niepokalani, ale też nie naszym zadaniem jest zrodzenie w ciele Mesjasza. Mamy jednak potrzebne wyposażenie nadprzyrodzone w postaci łaski chrztu świętego, sakramentów pojednania i Eucharystii, które czynią nas zdolnymi do przekraczania naszych ograniczeń. Mamy Pismo Święte, słowo, przez które Bóg do nas mówi. Mamy wspólnotę Kościoła, który modli się za nas każdego dnia. Bóg mówi do nas przez konkretne wydarzenia i osoby, które spotykamy. Mówi również wewnątrz nas, prosto do serca, poprzez natchnienia do czynienia dobra, przez głos sumienia pozwalający wybierać to, co dobre, i odrzucać to, co złe.
Bóg udziela nam darów Ducha Świętego, bo jesteśmy Jego dziećmi. Ma moc uwolnić nas od naszych lęków, wydobyć z grobów zwątpienia, uleczyć przez przebaczenie. Są tylko dwa warunki, które trzeba spełnić, aby móc to wszystko dostrzec. Pierwszym jest modlitwa – spotkanie, rozmowa, dialog z kimś komu ufamy, kogo wybierzemy, dla kogo jesteśmy gotowi zrezygnować z koncentracji na sobie. Drugim warunkiem jest powiedzenie Bogu „tak” na naszą historię i na Jego zaproszenie. Wiąże się z tym otwarcie serca i zaufanie. Lęk i ucieczka przed Bogiem są śladem grzechu pierworodnego, śladem swoistej katechezy Złego, który za wszelką cenę chce nas oddzielić od Boga – Źródła życia.
Może trzeba zacząć od pytania, jaki obraz Boga noszę w sobie? Unikanie Boga, ucieczka przed Nim, lęk, że jest jakimś agresorem, płynie właśnie z fałszywego obrazu Boga, iluzji, którą zatruł nas zły duch. Człowiek wpatrzony w siebie nie chce słuchać. Pierwsze przykazanie, które otrzymał naród wybrany po wyjściu z Egiptu, brzmiało: „Słuchaj, Izraelu…” (Pwt 6,4). Modlitwa, czytanie słowa Bożego musi opierać się na słuchaniu, na byciu uważnym. Maryja umiała słuchać. A my? Zabiegani wśród codziennych trosk, zapomnieliśmy, co oznacza słuchać Boga. W hałasie świata nie znajdujemy często ani chwili, by się wyciszyć. Tłumaczymy to brakiem czasu. „Wycinamy” z naszego życia modlitwę, by mieć czas na inne rzeczy, i ciągle nie nadążamy za pędzącym światem. Ciche pukanie Jezusa niknie w zgiełku wielu zajęć.
Coraz bardziej jesteśmy zmęczeni. Szukamy więc chwil odpoczynku, nie zdając sobie sprawy, że najbardziej jesteśmy zmęczeni sobą, a od siebie nie da się uciec, odpocząć. Jest to możliwe jedynie w obecności Boga. Oddając Mu wszystko, pozwalając Mu wejść do środka naszej rzeczywistości, możemy odnaleźć wewnętrzny pokój, harmonię, zrozumieć sens naszej historii. Na zewnątrz może się nic nie zmienić. Jednak pokój serca, radość płynąca z bycia z Bogiem, którego się wybrało, zmienia wszystko. ▐


Noc
cierpienia

Maryja
pod krzyżem

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku. Boże mój, wołam w ciągu dnia, a nie odpowiadasz, i nocą, a nie zaznaję pokoju” (Ps 22, 2). Doświadczenie cierpienia nikomu z nas nie jest obce. Możemy je przeżywać na poziomie fizycznym, psychicznym i duchowym naszego człowieczeństwa. Ponieważ stanowimy nierozdzielną całość, cierpienia boleśnie doznaje zazwyczaj cała nasza osoba. Często ono nas przekracza, osłabia i czyni bezradnymi, sprawia, że nie panujemy nad sobą ani nad rzeczywistością. Owszem, próbujemy sobie jakoś radzić, lecz mimo to rzeczywiste cierpienie, prawdziwy krzyż zdaje się nas miażdżyć, ogołacać, przygniatając nieznośnym ciężarem. Jednym z najtrudniejszych doznań jest poczucie samotności, świadomość, że nikt nas nie rozumie, a nawet jeśli rozumie, to i tak nie może nam skutecznie pomóc. Wydaje się, że nikt nie jest w stanie nas od niego uwolnić.
Obok cierpienia przeżywanego przez daną osobę istnieje również współcierpienie, rodzaj współodczuwania. Jego intensywność zależy od stopnia bliskości i zażyłości z osobą cierpiącą. Im bardziej kogoś się kocha, tym mocniej w jakiś tajemniczy sposób odczuwa się jego ból, jego cierpienie. W naturze najsilniejszą więzią jest ta, która łączy matkę z dzieckiem. Oczywiście należy brać pod uwagę sytuację normalną, nie zaburzoną, chorą czy patologiczną. Kiedy cierpi dziecko, matkę również przeszywa jakiś nieopisany ból. Kiedy dziecko umiera, serce matki jakby umierało razem z nim.

NIE PRZYJĘTY BÓG…
Chyba najtrudniejsze w cierpieniu jest poczucie samotności, opuszczenia i pustki. Coś, a może ktoś, szepcze do ucha: „Jesteś sam, nikogo twoje cierpienie nie interesuje, nikt cię nie kocha wystarczająco, aby cię zrozumieć, nikogo tak naprawdę nie obchodzisz”. Z perspektywy wiary można stwierdzić, że nie jest to dobry duch ani anioł, ani obiektywna prawda.
Osobą, która zawsze towarzyszy cierpiącemu, jest Jezus. Bóg wcielony, Syn Ojca niebieskiego nie zawahał się uniżyć tak bardzo, jak nisko może zejść, upaść czy zostać zepchnięty człowiek. Przyjął ciało z pokornej, ubogiej i prostej dziewczyny, której jedyną siłą była wiara i miłość do Boga. Miriam – Maryja – w prostocie przyjęła Boga w swoim łonie, by wydać Go na świat. Zbawiciel świata narodził się w skrajnym ubóstwie, jeszcze przed narodzeniem wzgardzony, nie przyjęty, biorący na siebie całą nędzę tego świata.
Z miłości do człowieka wybrał życie wędrowca, który nie ma gdzie oprzeć głowy, biedniejszego niż ptaki, które mają gniazda, niż lisy, które mają swoje nory (Łk 9,57). Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli (J 1,11), odrzucając tym samym Słowo samego Boga. Na poziomie duszy i ducha doświadczył największego cierpienia. Bo cóż boli bardziej niż niesprawiedliwość i fałszywe oskarżenia, niż odrzucona miłość, czysta i bezinteresowna? A przecież była to miłość samego Boga… Jakby mało było tego odrzucenia, również Jego ciało zostało zmiażdżone, poniżone i wyśmiane, wystawione na pokaz dla większego udręczenia (Iz 53,1-12).
Nawet uczniom, którzy mieli własny, nieprawdziwy obraz Mesjasza, nie wystarczyło sił, żeby czuwać, gdy ich Mistrz przeżywał trwogę w Getsemani. Judasz wydał Go za cenę niewolnika, Piotr trzykrotnie zaparł się Go ze strachu, inni pouciekali… Może to wszystko bolało Jezusa równie mocno, co fizyczne udręki. To była cena, za którą wykupił nas spod władzy śmierci. Wszystkim, którzy są miażdżeni przez cierpienie, Jezus mówi: „Nie jesteś sam, choćby najbliżsi o tobie zapomnieli, Ja nie zapomnę nigdy” (por. Iz 49,14-16).
WSPÓŁCIERPIĄCA MATKA
W tych wydarzeniach, w bardziej lub mniej widoczny sposób, uczestniczyła Maryja. Od chwili powiedzenia Bogu „tak” podczas zwiastowania, cała historia Jej życia toczyła się wokół Syna.
Ktoś mógłby stwierdzić, że cierpienie Maryi przyszło „przez” Jezusa. Przecież gdyby nie przyjście Jezusa, gdyby nie misja, którą Bóg powierzył Maryi, mogłaby Ona wieść życie spokojne, bez tak bolesnych wydarzeń. Jednak cóż znaczyłoby takie życie? W oderwaniu od Boga, żyjąc wyłącznie dla siebie, powoli się umiera, pogrąża w smutku i coraz większej samotności. Dla Maryi Bóg był największym sensem Jej istnienia. Nie było niczego, co mogłoby zastąpić Jego obecność, Jego wierną miłość. Gdyby Maryja nie powiedziała Bogu „tak”, nie mogłaby wyśpiewać „Magnificat”, uwielbiając Go.
Maryja musiała zdawać sobie sprawę, że obojętność mieszkańców Betlejem, trudne warunki, w jakich przyszło Jej rodzić, wreszcie konieczność ucieczki do Egiptu – wszystko to miało ścisły związek z Jej Synem. A przecież był to dopiero początek. Dopiero miały się spełnić słowa wypowiedziane podczas ofiarowania Jezusa w świątyni, prorokujące Maryi: „Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2,35).
Maryja świadomie weszła w cierpienie, zanim jeszcze Jezus jako człowiek – dziecko mógł pojąć jego ciężar.
W swoim cierpieniu Maryja chroniła swego Syna, otaczając Go troską i miłością. Nigdy nie straciła wiary w to, że nie ma nic cenniejszego nad Jego obecność, że to On wybawi swój lud. Cierpienie było dla Niej swoistą próbą wiary, która z każdym dniem stawała się coraz większa, dojrzalsza, gotowa na najcięższe doświadczenia.
Maryja jako Matka – można chyba tak powiedzieć – niosła cierpienia matek, które przeżywają trud macierzyństwa, które chronią swoje dzieci przed złem tego świata. Jest z tymi, które muszą bronić dzieci niechcianych przez świat, pogardzanych. Ile matek dzisiaj musi zmagać się, by przyjąć dzieci chore czy też te, które zagrażają ich zdrowiu i życiu. Jest tak blisko tych matek, którym różni ludzie mówią: „Takie dziecko jest niepotrzebne, niepełnosprawne, nie pasuje do naszego społeczeństwa”. Jest blisko tych, które muszą zmagać się z przyjęciem poczętego życia z powodu złych warunków materialnych albo dlatego, że dzieci „nieplanowane” zagrażają karierze, są „nadliczbowe” lub po prostu zakłócają „święty spokój”. Od początku, od narodzenia Jezusa, Maryja słyszała: Nie chcemy Cię w takim stanie, nie chcemy Cię z Nim.
Uciekając do Egiptu, być może nie rozumiała, dlaczego to Dziecię było zagrożeniem dla władzy okrutnego Heroda, tak jak trudno pojąć komuś, kto ma serce czyste i proste, okrucieństwo i bezmyślność tego świata. Później, kiedy w pielgrzymim zamieszaniu straciła z oczu dwunastoletniego Jezusa, z pewnością szukała Go z lękiem i bólem serca. W swoim cierpieniu jest więc bliska wszystkim tym, którzy zapędzeni w codzienności, przytłoczeni licznymi troskami, tracą Jezusa z oczu i przez to spostrzegają z czasem, że ich życie straciło sens. Idąc dalej, jakże bardzo rozumie tych, którzy przyjmując Jezusa, zmagają się, by dochować Mu wierności, nie otrzymując nadzwyczajnych znaków czy objawień, w prostocie wierząc w spełnienie się Bożych obietnic. Prawie trzydzieści lat Maryja żyła w obecności Syna, który dorastał, uczył się czytać i pisać, dojrzewał, pracował; Syna, który śmiał się, płakał, doznawał różnych emocji – nie tracąc wiary, że patrzy na Tego, który miał być spełnieniem oczekiwań Izraela, który miał obwieścić królestwo niebieskie.

NAJWIĘKSZA PRÓBA
Maryja nazywana jest pierwszą uczennicą Jezusa. Słowa, które głosił, prawdy, które objawiał, znajdowały
w Jej sercu żyzną glebę. Podążając za Synem, doszła w końcu do Jerozolimy, do Golgoty… To miejsce jest symbolem tych wszystkich miejsc, do których w drodze wiary dochodzi w taki czy inny sposób każdy wierzący. To znak naszej największej słabości, cierpienia, nad którym nie mamy władzy, które pozbawia nas jakichkolwiek zabezpieczeń.
Golgota jest znakiem tego wszystkiego, co nas przeraża, całkowicie obezwładnia, miażdży… To ostatnie miejsce, które chcielibyśmy „odwiedzić”; to miejsce, w którym szatan próbuje nam wmówić, że Bóg nas nie kocha, że nas opuścił, i że wszystko to, co już przeszliśmy, nie miało sensu. To ostatnie, najgorsze kuszenie, w którym nieprzyjaciel Boga i człowieka próbuje nas przekonać, że śmierć jest największa, że jest ostatecznym końcem wszystkiego, że jesteśmy skazani na unicestwienie. Tylko jedna siła może sprawić, że nie opuścimy Jezusa w tej najciemniejszej chwili. Jest nią miłość: czysta, bezinteresowna, gotowa na wszystko, nie wstydząca się niczego, za nic mająca drwiny innych, obelgi, złorzeczenia i lekceważenie.
Tylko cztery osoby pozostały do końca pod krzyżem Jezusa. Na pierwszym miejscu wymieniana jest Maryja, Matka Jezusa. Jest tam też Jan, najmłodszy i umiłowany uczeń, jest Maria, żona Kleofasa, niewiasta dzielniejsza niż jej mąż, który – gdy tylko mógł – postanowił uciec z Jerozolimy do Emaus (Łk 24,18). Jest też Maria Magdalena, która Jezusowi zawdzięczała uwolnienie, przebaczenie i doświadczenie darmowej miłości Bożej. Która z tych osób mogła cierpieć najbardziej? Matka. Cierpienie ogarniało Ją całą. Na poziomie naturalnym był to ból Matki, która ogląda umęczonego, zdruzgotanego cierpieniem Syna. W porządku nadnaturalnym widziała zło, które dotknęło nieskończone dobro, Syna Bożego, który dobrowolnie tak się uniżył, że nawet w śmierci był podobny do największych przestępców, niewolników. Cierpiała, widząc wzgardzoną i niechcianą miłość, która jest mocniejsza niż śmierć, i dlatego pozwoliła się ukrzyżować. Nikt, kto nie był świadkiem umierania swojego dziecka, nie jest nawet w stanie wyobrazić sobie Jej bólu.
Miłość czyni człowieka bardziej wrażliwym, wyczulonym, „wydelikaca” serce. Miłość Maryi była jak Jej serce: czysta i nieskalana. Dlatego widząc najniewinniejszego z niewinnych, wiszącego i umierającego na krzyżu, cierpiała niewypowiedzianie. Miecz bólu rozerwał Jej serce, czyniąc Ją bliską Synowi, któremu serce przebito włócznią. To dlatego nazywa się Maryję Współcierpiącą Matką, bo nikt nie był tak blisko Jezusa w Jego cierpieniu jak Ona. Męka Jezusa skupiła w sobie wszystkie bóle świata, wszystkie grzechy, jakie popełniamy, całą złość, której jest w nas tyle, niewiarę i niewdzięczność wobec Boga. Przez krzyż Jezus zniweczył moc śmierci. Odtąd, choć nas ona dotyka, nie jest końcem naszej historii. Nie jest naszym ostatecznym unicestwieniem, bo została zwyciężona. Przez cierpienie Jezusa Maryja miała szczególny udział w tym odczuwaniu ogromu zła i bólu miłości, która jest tak często odrzucana. Znając nasze udręki i bóle, powierza je swojemu Synowi.
Maryja nie uciekła spod krzyża, nie złorzeczyła, nie buntowała się. Jej wiara została poddana największej próbie. Miłość i zaufanie do Boga i Jego Syna pozwoliły Jej przejść tę najciemniejszą z nocy. Maryja całą sobą mówi nam: „Ty też możesz przez to przejść. Nie jesteś sam. Mój Syn ma moc cię przeprowadzić przez takie doświadczenia. Ja również będę z tobą, bo cię kocham, bo w osobie Jana Ewangelisty zostałeś mi dany jako dziecko”. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:


Środa, 1 sierpnia
Ps 59,2-5.10-11.17
W swej łaskawości Bóg wychodzi mi naprzeciw. (Ps 59,11)
Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem zatłoczoną ulicą, używając wyłącznie lusterek. Pomysł jest niedorzeczny, a nawet niebezpieczny – nie da się jechać naprzód, cały czas patrząc wstecz. Prowadząc samochód, musimy przede wszystkim patrzeć do przodu.
Podobnie w życiu duchowym musimy patrzeć przed siebie, nie za siebie. Oczywiście od czasu do czasu trzeba spojrzeć do tyłu, żeby ocenić swój postęp – zastanowić się nad minionym dniem czy wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów. Na ogół jednak, chcąc posuwać się do przodu, należy patrzeć przed siebie. A dzisiejszy psalm responsoryjny mówi, że Bóg w swoim miłosierdziu wychodzi nam naprzeciw.
Może sądzisz, że Boże miłosierdzie dotyczy twojej przeszłości. To prawda. Przykrywa ono twoje dawne grzechy. Jednak hebrajskie słowo hesed, przetłumaczone tu jako „łaskawość”, oznacza nie tylko „miłosierdzie”, ale także Bożą łaskę, przychylność oraz miłującą dobroć, która nigdy nie zawodzi. Ta szeroka, bardziej wyczerpująca definicja miłosierdzia każe nam widzieć w nim coś więcej niż tylko przebaczenie naszych dawnych grzechów i upadków. Zachęca do powierzenia Bożej opiece całej naszej przyszłości.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu Jeremiasz skupia się na przeszłości.
Lamentuje nad dniem swoich narodzin i przypomina sobie, jak siedział „samotny” pod ciężarem Bożej ręki (Jr 15,17). Rola proroka nie była łatwa i Jeremiasz musiał zmagać się ze sobą, by przekazywać ludowi słowa Bożego ostrzeżenia. Gdy jednak otworzył przed Bogiem swe serce, Bóg dał mu wgląd w przyszłość: „Wybawię cię z rąk złoczyńców” (Jr 15,21). Czerpiąc pociechę ze świadomości, że jego przyszłość jest w ręku miłosiernego Boga, Jeremiasz był gotów wiernie pełnić swoją posługę.
Bóg pragnie uczynić dla nas o wiele więcej, niż tylko przebaczyć nam grzechy. Chce nas prowadzić, pocieszać i otaczać swoją opieką. Idźmy więc naprzód, ufni, że Bóg wyjdzie nam naprzeciw z łaską i miłosierdziem. A wtedy będziemy poruszać się naprzód, patrząc przez wielką czystą szybę, zamiast wpatrywać się w lusterka.
„Panie, zawierzam Ci całą moją przyszłość”.
Jr 15,10.16-21
Mt 13,44-46
▌Czwartek, 2 sierpnia
Mt 13,47-53
Podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze. (Mt 13,47)
Sieci rybackie zagarniają wszystko, co w nie wpada. Kiedy więc sieć zostaje wyciągnięta na brzeg, jej zawartość jest bardzo różnorodna – są tam ryby jadalne i niejadalne, skorupiaki, jeżowce, a także rozmaitego rodzaju śmieci. Sieć nie rozróżnia pomiędzy tym, co dobre, a tym, co złe, tym, co pożyteczne, i tym, co bezużyteczne. To rybak decyduje, co zatrzyma, a co wyrzuci.
W Piśmie Świętym znajdujemy wiele historii o Jezusie, który „łowi ludzi”: kiedy obronił kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, kiedy przyszedł do domu znienawidzonego celnika Zacheusza, kiedy cierpliwie nauczał faryzeusza Nikodema, a także wiele innych. Jezus zarzucał sieci, gdziekolwiek się udawał, gromadząc ludzi dla swego królestwa. Także swoim uczniom polecił, by stali się rybakami ludzi i zarzucali sieci wszędzie tam, gdzie zostaną posłani.
Bóg dzisiaj powierza nam to samo zadanie. Wzywa nas, byśmy głosili Dobrą Nowinę wszystkim, niezależnie od tego, kim oni są, i tak często, jak to tylko możliwe – podobnie jak czynił to Jezus i pierwsi chrześcijanie. Pamiętaj, że twoje świadectwo nie jest bez znaczenia. Możesz przekazywać innym miłość Boga wszędzie, gdzie jesteś, choćby przez uśmiech czy życzliwe pozdrowienie. Możesz umacniać wiarę swojej rodziny, inicjując zwyczaj codziennej wspólnej modlitwy lub czytania Pisma Świętego. Możesz podnieść na duchu sąsiadkę, wysłuchując tego, co ma do powiedzenia. A kiedy nadarzy się odpowiedni moment, możesz powiedzieć każdej z tych osób: „Bóg cię kocha”.
W świecie tak bardzo brakuje dziś życzliwości, zrozumienia i dobroci.
Tak wielu ludzi jest całkowicie pochłoniętych własnymi problemami. Dlatego nasza miłość i dobroć są tak bardzo potrzebne. Przyciągną uwagę i będą udzielać się innym. Zarzucajmy więc sieci!
„Duchu Święty, wzbudź we mnie pragnienie dzielenia się Ewangelią. Posługuj się mną, by nieść miłość wszystkim, których spotykam”.
Jr 18,1-6
Ps 146,1-6

▌Niedziela, 5 sierpnia
Ef 4,17.20-24
Trzeba (…) odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec się w człowieka nowego. (Ef 4,22.23-24)
W listach św. Pawła można zwykle wyróżnić dwie części. Pierwsza z nich skupia się na nauczaniu teologicznym, druga na praktyce życia. Dzisiejsze drugie czytanie ma taki właśnie schemat.
Św. Paweł rozumiał, że kolejnym krokiem po nawróceniu i przyjęciu chrztu jest uświęcenie. Zdawał sobie sprawę, że wszyscy mamy różne cenne dary i cnoty – jak dobroć, cierpliwość, pokój czy odwaga. Wiedział jednak, że jest w nas także wiele postaw i wad, które wydają walkę tym darom i cnotom – jak gniew, zazdrość, pożądliwość czy egoizm.
Paweł przypisał te szlachetne skłonności „nowemu”, a te grzeszne – „dawnemu człowiekowi”. Wzrastanie w świętości, mówiąc najprościej, polega na tym, by „porzucić dawnego człowieka”, a „przyoblec się w człowieka nowego” (Ef 4,22.24).
Ten proces „porzucania” i „przyoblekania się” jest według Pawła prawdziwą bitwą toczącą się w naszych sercach i umysłach. Był on przekonany, że odnosząc codziennie drobne zwycięstwa, będziemy stopniowo przemieniać się na podobieństwo Chrystusa.
To przekonanie może prowadzić do wniosku, że w tej walce wszystko zależy od nas. Tak jednak nie jest. Nawet Paweł, przy całej swej pewności siebie, wierzył, że zwycięstwo jest możliwe tylko przy Bożej pomocy. Dlatego tak bardzo podkreślał obecność Ducha Świętego w naszych sercach (Rz 8,9; 1 Kor 3,17; Ga 4,6).
Bądź więc czujny dziś i każdego dnia. Zwracaj uwagę na bitwę toczącą się w twoim wnętrzu. Proś Ducha Świętego, aby pozwolił ci zrozumieć, dlaczego w jednej sytuacji zareagowałeś z dobrocią i miłością, a w innej obraziłeś się lub dałeś się zmanipulować. Codziennie proś Ducha Świętego o siłę do walki. Z czasem twój „nowy człowiek” będzie stawał się coraz bardziej widoczny.
„Panie, pomóż mi zwyciężać w walce duchowej”.
Wj 16,2-4.12-15
Ps 78,3-4.23-25.54
J 6,24-35

▌Niedziela, 12 sierpnia
1 Krl 19,4-8
Wstań, jedz! (1 Krl 19,5)
Eliasz był przygnębiony, Królowa Izebel właśnie kazała go zgładzić. A jeszcze kilka dni temu prorok przeżywał euforię, odnosząc spektakularny sukces w „pojedynku” z czterystu pięćdziesięcioma prorokami fałszywego boga Baala. Wystarczyło kilka dni, aby prorok od euforii przeszedł do głębokiej depresji. Od nieustraszonej ufności w Bogu do lęku o swoje życie. Od przekonania, że jest wybranym posłańcem Boga, do poczucia, że jest bezowocny i bezużyteczny. Poczucie to było tak mocne, że Eliasz zaczął prosić Boga, aby odebrał mu życie. W tej tragicznej chwili Bóg posłał Eliaszowi na pomoc pokarm i anioła. Anioł powiedział do niego: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga” (1 Krl 19,7).
My wszyscy, podobnie jak Eliasz, przeżywamy momenty euforii i okresy zniechęcenia. Wielu z nas zmaga się z problemami w domu czy w pracy, niektórzy przebywają w więzieniach, inni tracą pewność siebie i żyją w poczuciu totalnej klęski. Te trudne sytuacje odbierają nam energię i chęć do życia.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi, że jest „Chlebem żywym, który zstąpił z nieba” (J 6,51). Ofiarowuje nam Pokarm jeszcze wspanialszy niż ten, który Bóg dał Eliaszowi – Chleb żywy, swoje własne Ciało. W Eucharystii daje nam swoje własne życie, abyśmy nigdy nie tracili nadziei. Gdy odpowiadamy na wezwanie: „Bierzcie i jedzcie”, On uzdrawia nasze zalęknione i złamane serca. Często już sam prosty akt spożycia tego Chleba sprawia, że czujemy się lepiej.
Eucharystia pomaga nam trwać w wierze, nawet gdy jesteśmy przygnębieni. Przypomina nam, że Jezus był prawdziwym człowiekiem, podobnym do nas we wszystkim oprócz grzechu. Podobnie jak my cierpiał i przeżywał pokusy. Wie z własnego doświadczenia, czym jest udręka.
Tak więc dzisiaj „bierz i jedz”, wiedząc, że Jezus jest z tobą zawsze, także w najtrudniejszych chwilach. On dodaje ci sił do dalszej drogi.
„Panie, Ty jesteś Chlebem życia”.
Ps 34,2-9
Ef 4,30--5,2
J 6,41-51

▌Niedziela, 19 sierpnia
J 6,51-58
Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. (J 6,51)
Te słowa Jezusa wypowiedziane w synagodze w Kafarnaum dają nam nadzieję na osiągnięcie życia wiecznego dzięki karmieniu się Jego Ciałem. Czy jednak wystarczy spożywać Chleb eucharystyczny, aby otrzymać życie wieczne?
W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszymy zaproszenie: „Chodźcie, nasyćcie się moim chlebem, pijcie wino” (Prz 9,5), ale jednocześnie przestrogę: „Odrzućcie naiwność, a żyć będziecie, chodźcie prosto drogą rozsądku” (Prz 9,6). W podobnym duchu mówi dzisiaj św. Paweł: „Baczcie więc pilnie, jak postępujecie: nie jak niemądrzy, ale jak mądrzy. Wyzyskujcie chwilę sposobną, bo dni są złe. Nie bądźcie przeto nierozsądni, lecz usiłujcie zrozumieć, co jest wolą Pana” (Ef 5, 15-17).
Eucharystia zapewnia nam życie wieczne, kiedy to, co spożywamy, znajduje odbicie w tym, jak żyjemy. Jako umiłowane dzieci Boże, wyzyskujmy „chwilę sposobną”, tak by nasze dni były pełne uwielbienia Pana i nieustannego otwierania się na działanie Ducha Świętego. Szukajmy mądrości Bożej, która pokieruje naszą przyszłością, i uzdrowienia, które uleczy naszą przeszłość.
Kiedy przyjmujemy Jezusa w Eucharystii i żyjemy według Jego nauki, stajemy się z Nim jedno: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” (J 6,56). Jezus obiecał, że upodobnimy się do Niego – że będziemy patrzeć na innych Jego oczami, mówić Jego słowami, modlić się Jego modlitwą.
Spróbujmy dziś – podczas Mszy świętej i w ciągu całego dnia – „wyzyskiwać chwilę sposobną”. Posłuchajmy zachęty św. Pawła i umacniajmy się wzajemnie „psalmami i hymnami, i pieśniami pełnymi ducha, śpiewając i wysławiając Pana w naszych sercach” (Ef 5,19). A wreszcie dziękujmy za wszystko Bogu Ojcu w imię Jezusa Chrystusa.
„Panie Jezu, pokaż mi, jak wielkim skarbem jest Chleb, którym mnie karmisz na życie wieczne.”
Prz 9,1-6
Ps 34,2-3.10-15
Ef 5,15-20

▌Niedziela, 26 sierpnia
Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej
Ga 4,4-7
Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg posłał do serc waszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze!”. (Ga 4,6)
Dzieląc się wrażeniami z pielgrzymki do Ziemi Świętej, Antoni opowiedział o tym, jak w dzielnicy ortodoksyjnych Żydów zobaczył chłopczyka w świątecznym stroju i jarmułce, który wyciągał ręce do ojca, wołając: „Abba! Abba!”. „Bardzo mnie to poruszyło – wyznał Antoni. – Zrozumiałem, jaki powinien być mój stosunek do Boga”.
Wielu ludzi nosi dziś w sercach zupełnie inny obraz Boga – bezdusznego tyrana, który czyha na każdy nasz upadek, odbiera radość życia, nie pozwala na żadne przyjemności i jest odpowiedzialny za wszelkie zło na świecie. Trudno wejść w relację z takim Bogiem. Można być Jego niewolnikiem, ale nie synem. Lepiej trzymać się od Niego z daleka.
Dzisiejsze czytanie ukazuje nam inny, prawdziwy obraz Boga – Boga, który posyła swego Syna, abyśmy dzięki Niemu mogli otrzymać przybrane synostwo. Tego właśnie Syna, „zrodzonego z niewiasty”, ukazuje nam jasnogórska ikona. Na niej Matka Jezusa, która od momentu Jego ofiary stała się również naszą Matką, wskazuje na Niego – Boga, który stał się człowiekiem. Ten Bóg nie przeraża, jest znakiem miłości Ojca, który nam Go daje, abyśmy zobaczyli, jaki jest naprawdę, i zapragnęli być nie niewolnikami, lecz synami.
Nie wystarczy jednak zobaczyć, dowiedzieć się, poznać intelektem czy poczuć dreszcz emocji podczas odsłonięcia jasnogórskiego obrazu. Aby rzeczywiście poznać Boga jako Ojca, przekonać się, jaki On jest, przezwyciężyć kołaczący się gdzieś w naszych sercach obraz Boga tyrana, potrzebujemy mocy Ducha Świętego. To On daje naszym sercom pewność, że jesteśmy dziećmi Boga, braćmi i siostrami Jezusa Chrystusa, z którym możemy wołać do Boga: „Abba! Ojcze!”.
Przyzywajmy dziś Ducha Świętego. Prośmy Maryję, która jak nikt poznała Jezusa i towarzyszyła Apostołom w Wieczerniku przy zesłaniu Ducha Świętego, aby pomogła nam przyjąć Jego moc i zrozumieć, co to znaczy, że jesteśmy dziećmi Boga.
„Przyjdź, Duchu Święty, i oświeć moje serce, aby poznało, że jestem dzieckiem Boga i bratem Jezusa Chrystusa”.
Prz 8,22-35 albo Iz 2,2-5
Ps 48,2-3.9-11.13-15a
J 2,1-11

MAGAZYN:


Błogosławieni
czystego serca

Życie bł. Karoliny Kózkówny

Młoda, szesnastoletnia dziewczyna, która oddała życie w obronie swojego dziewictwa 18 listopada 1914 roku, została beatyfikowana w 1987 roku przez Jana Pawła II w Tarnowie. Także dzisiaj ta patronka młodzieżowego Ruchu Czystych Serc, choć żyła ponad 100 lat temu, ma wiele do przekazania nie tylko młodym ludziom, zainteresowanym na poważnie życiem duchowym. Jej śmierć w obronie czystości poprzedziło bowiem życie bez reszty oddane Bogu i drugiemu człowiekowi, życie człowieka czystego serca.

DOM RODZINNY
Chłopska drewniana chata kryta strzechą, otoczona podobnymi wiejskimi domostwami, w tle pola i łąki, poprzecinane drogami i dróżkami, oraz figury Matki Bożej i św. Mikołaja – taki krajobraz witał przybysza w Wał-Rudzie, podtarnowskiej wsi, gdzie 2 sierpnia 1898 roku przyszła na świat Karolina Kózka. Była czwartym z jedenaściorga dzieci Jana i Marii Kózków, gospodarujących w trudzie na kilku hektarach ziemi. Życie rodziny Kózków było skromne. Nadawały mu rytm modlitwa i praca. Dzieci i rodzice wstawali wcześnie rano, aby rozpocząć dzień wspólnym pacierzem odmawianym przed pójściem do pracy lub szkoły. Także każdy posiłek był poprzedzony modlitwą, a chleb – dar Boży i owoc własnego potu i znoju, którego nigdy nie było za dużo – spożywano ze czcią. Każda para rak, nawet tych dziecięcych, była przydatna do wspólnej pracy w polu. Niewyszukane posiłki, spożywane o stałej porze, mogły wydawać się monotonne, lecz dla pracujących ciężko ludzi były wyczekiwaną nagrodą za wysiłek i okazją do podziękowania Bogu za opiekę. Rodzice wpajali dzieciom szacunek wobec Boga, Kościoła i starszych oraz konieczność bycia użytecznym dla bliźniego. Pracowitość, karność, przywiązanie do ziemi oraz cześć dla rodziców stanowiły podstawę wychowania.
Jan, tata Karoliny, stracił ojca, mając siedem lat, i przez lat osiemnaście pracował za wyżywienie u swego wuja. Jego uczciwość, sumienność i pobożność musiały być wysoko oceniane przez otoczenie, skoro mimo swojej biedy zdobył rękę Marii, córki najbogatszej rodziny w wiosce. Tworzyli dobraną parę, a ich wzajemna miłość, zgoda i pracowitość pozwoliły im dorobić się domu i powiększyć gospodarstwo. Jan, człowiek łagodny i miłosierny, potrafił bezpłatnie pomagać uboższym niż on sam. Maria, energiczna, obowiązkowa oraz obdarzona pięknym i silnym głosem, nauczyła Karolinę modlitw i pieśni religijnych. Dom Kózków promieniał na całą wieś głęboką i żywą wiarą; nazywano go nawet „Betlejemką”.

BÓG MÓJ I WSZYSTKO MOJE
Największym skarbem dziecka wychowanego w takim domu było umiłowanie Boga i wierność Jego przykazaniom. Nauka katechizmu, lekcje religii, czytanie żywotów świętych, modlitwa miały Karolinę do tego przybliżać. Modliła się w drodze do kościoła i podczas pracy w polu, odmawiając Różaniec, akty strzeliste lub śpiewając pieśni religijne. Pracę poprzedzała znakiem krzyża. Bywało, że mówiła do matki: „Mamusiu, daj mi trochę czasu, to się pomodlę albo coś poczytam, a potem tak będę się uwijać, że ci wszystko odrobię”. Pewnego razu zwierzyła się matce, że odmawiając Zdrowaś Maryjo, odczuwa „wielką radość w sercu”. A kiedy ojciec, widząc wieczorem klęczącą córkę, prosił, by się położyła do łóżka – odpowiadała, że zdąży się jeszcze wyspać.
Nie zaniedbywała udziału we Mszy świętej (choć do kościoła było daleko), z ochotą biegła na nabożeństwa majowe i październikowe. Jak zauważyła jedna ze znajomych: „W całym jej postępowaniu widać było, że patrzy na wszystko po Bożemu”. Jej ciągle ponawiane zatopienie w Bogu sprawiało, że na twarzy Karoliny koleżanki zauważały stany zachwytu, przeniesienia w inny wymiar, z czego nigdy nie chciała się tłumaczyć. Kiedyś tylko na pytanie o to jednej z nich, odpowiedziała: „Coraz bardziej kochaj Pana Jezusa i dobrze się módl, to i ty zrozumiesz”.
Z powodu rudawego odcienia włosów zdarzało jej się usłyszeć przykre uwagi niektórych osób, jakoby nie powinna nosić podczas procesji feretronu z Matką Bożą Niepokalanie Poczętą. Nie zrażała się tym jednak, dbając tylko o to, by był on zawsze czysty (miała ściereczkę tylko do tego przeznaczoną) oraz przystrojony, sama zaś przystępowała wtedy do spowiedzi i odświętnie się ubierała. Miała nawet ubranie przeznaczone tylko na tę okazję. Jej ulubionymi świętymi byli Stanisław Kostka i Franciszek z Asyżu, wybrani przez nią z powodu umiłowania dziewictwa, ubóstwa i heroicznej miłości, oraz Barbara, patronka dobrej śmierci.
ŻYCIE W PRAWDZIE
Tym, co uderza w postaci Karoliny, jest prawość. Świadkowie życia dziewczyny podkreślają jej wewnętrzną dyscyplinę, energię i niezłomną wolę: „Usposobienie miała łagodne, charakter mocny, w postanowieniach była stała”. Skąd się to u niej wzięło? Z poddania Bożej woli i wierności obranej drodze, rozumianej jako służba Bogu i bliźniemu. Pozwalało jej to na zbudowanie wewnątrz siebie ładu, promieniującego na innych i ujawniającego się na liczne sposoby.
„Robota paliła jej się w rękach”, ponieważ nie uważała jej za dopust Boży, ale za uczciwy sposób egzystencji. Pod koniec swego krótkiego życia pracowała po kilkanaście godzin na dobę, zastępując czasem matkę w roli gospodyni. Wszystko, co robiła, wykonywała starannie i bezwzględnie uczciwie. Świadkowie opowiadali, że kiedy Karolina pracowała we dworze i z powodu złej pogody nie mogła wykonać w całości powierzonej pracy, wzbraniała się przed przyjęciem pełnej umówionej zapłaty, uważając, że na nią nie zasłużyła.
We wszystkich starała się widzieć dobro: „Nigdy nie słyszałam u niej obmowy, nie lubiła plotek. Inne nie plotkowały, bo nie pozwalała, zaraz mówiła: «Myślcie o pracy, a jak macie chwilę wolną, westchnijcie do Boga o pomoc»”. Tworzyła wokół siebie przestrzeń pokoju i zgody, w której słabości drugiego człowieka nie były wykorzystywane przeciw niemu podczas jego nieobecności. Sama, jeśli musiała coś komuś wytknąć, mówiła o tym wprost, „bez ogródek” i „szemrania”. Pod tym względem była zasadnicza. Pewnego razu szła z koleżanką polną drogą i zauważywszy, że ta podnosi leżącą gruszkę, powiedziała: „A wolno to tak? To cudze”. Upomnienie musiało ją trochę kosztować. Świadkowie jej życia zeznawali później, że nie robiła różnic w traktowaniu ludzi, starając się nie uchybić w szacunku dla nikogo. Jedynie koleżanki wybierała takie, które podzielały jej wartości.
Jej charakter cechowała prostota i stateczność: „U Karolci nie było tego roztrzepania, które spotyka się u dzieci czy u dziewcząt w jej wieku, nie było też u niej chytrości, przebiegłości ani wyrachowania. Na wszystko patrzyła po Bożemu”. To bardzo duży komplement ze strony dawnej koleżanki, która spostrzegła, że u Karoliny słowo i czyn, intencja i działanie były pozbawione drugiego dna i chęci uzyskania korzyści przez manipulację, choćby subtelną. Nie dziwi, że właśnie jej, choć nie była najstarsza, rodzice powierzali opiekę nad domem i dziećmi podczas swojej nieobecności. Podobnie koleżanki przychodziły po radę do Karolki, kiedy miały wątpliwości, jak wypada się zachować, wiedząc, że „ona zawsze ta sama”. Ta sama, czyli taka, która nie zmienia się zależnie od kaprysu czy nastroju, i nie udaje innej niż jest. Jak mawiała: „Wolę być taką, jaka jestem”.
„Nadzwyczaj skromna i wstydliwa”, Karolina nie była uważana za dziwaczkę, ciesząc się ogólnym uznaniem i szacunkiem właśnie za „niewinną postawę i prawy charakter”. Nie chciała wychodzić za mąż, ale żyć samotnie w „stancyjce” dobudowanej do rodzinnego domu, pomagając rodzinie i potrzebującym. Z tego powodu unikała spotkań z chłopcami, nie chcąc dawać im żadnej nadziei. Nie znosiła też w swojej obecności ich dwuznacznych żartów i nieprzyzwoitych słów.

DZIELENIE SIĘ DOBREM
– APOSTOLSTWO
Zawsze „zadowolona, z tego, co było”, nie zamykała się na potrzeby innych. Oprócz pracy w polu, we dworze, wyręczała swą mamę w domu, przy karmieniu inwentarza, praniu, opiece nad młodszym rodzeństwem. Potrafiła dzielić się z biednymi tym, co miała – „jajkiem, kawałkiem chleba, paroma groszami”. Poratowała biednego Żyda, który przyszedł z prośbą o pomoc w podwiezieniu na targ,. Uprosiła ojca o spełnienie tej przysługi za darmo i dodała jeszcze chleb z serem dla dzieci biedaka. Wrażliwa na potrzeby bliźnich, chętnie zajmowała się chorymi i starszymi.
W wolnych chwilach Karolina modliła się i czytała. Potrafiła jednak wyrzec się przyjemności lektury czy rozważań, by poświęcić swój czas innym. Przez objaśnianie katechizmu i wspólne czytanie książek religijnych uczyła prawd wiary zarówno rodzeństwo, koleżanki, jak i dorosłych sąsiadów. „Gdy Karolcia mówiła o Bogu, słuchałoby się godzinami”. Powszechnie uważano ją za świątobliwą. I dlatego liczono się z jej zdaniem. Nie wypadało odmówić ani sprawić przykrości Karolinie, toteż nawet gdy zdarzyło się jej upomnieć kogoś, przyjmowano jej uwagi bez niechęci. Jak wspominała później jej dawna koleżanka: „Nieraz mówiłyśmy o tym między sobą, a za to, że nas tak prowadziła do dobrego, kochałyśmy ją ponad życie, jak anioła”. Czy chodziło o przygotowanie do przyjęcia sakramentów świętych (spowiedzi, Pierwszej Komunii, a nawet bierzmowania), czy po prostu o rozmowę na tematy religijne, wyjaśnienie wątpliwości – zawsze można było na nią liczyć.
Pomagała proboszczowi w organizowaniu życia religijnego w parafii. Była zelatorką Koła Żywego Różańca, należała też do Apostolstwa Modlitwy. Zachęcała koleżanki do chodzenia do kościoła, udziału w nabożeństwach, a także spotkaniach u wuja lub w jej domu w niedzielne popołudnia i zimowe wieczory, podczas których głośno czytano książki, wspólnie się modlono i śpiewano pieśni religijne czy patriotyczne. Karolina miała piękny, mocny głos, który cieszył ludzi. Kiedy wraz z koleżankami wracały utrudzone ze szkoły lub pracy „na pańskim”, jej śpiew wlewał w serca radość i sprawiał, że droga powrotna upływała milej.
Jej krótkie, oddane Bogu i ludziom życie zakończyło się tragicznie, kiedy do rodzicielskiej chaty wtargnął carski żołnierz., żądając przewodnika. Zaciągnął Karolinę do lasu, chcąc ją zgwałcić. Kiedy stawiła mu zdecydowany opór, zadał jej kilka ciosów szablą. Jej ciało znaleziono po kilkunastu dniach – 4 grudnia 1914 roku, we wspomnienie św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Pogrzeb Karoliny zgromadził tłumy przekonane o świętości młodziutkiej męczennicy. Nie można oprzeć się wrażeniu, o którym mówi siostra Karoliny: „Pan Bóg ją sobie przygotował od maleńkiego dziecka do takiej śmierci, bo zawsze była jak anioł”. Na pomniku Karoliny rodzice umieścili napis: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądają”.
Podczas uroczystości beatyfikacji Karoliny Jan Paweł II powiedział: „Ta młodziutka córka Kościoła tarnowskiego (…) mówi o wielkiej godności kobiety, o godności ludzkiej osoby. O godności ciała, które wprawdzie na tym świecie podlega śmierci, jak i jej młode ciało uległo śmierci, ale to ludzkie ciało nosi w sobie zapis nieśmiertelności, jaką człowiek ma osiągnąć w Bogu”. ▐

POKROW
Opieka Najświętszej Bogurodzicy

W tradycji wschodniej obchodzi się specjalne święto ku czci Opieki Najświętszej Bogurodzicy, nazywane Pokrow. Święto to upamiętnia objawienie Maryi, które miało miejsce w 910 roku w Konstantynopolu, w świątyni w dzielnicy Blacherne, gdzie – według tradycji – przechowywana była szata i pasek Maryi. Otóż w czasie oblężenia przez Saracenów, kiedy byt miasta był poważnie zagrożony, przerażeni mieszkańcy zgromadzili na całonocnym czuwaniu w tej właśnie świątyni, błagając Maryję o ratunek. O świcie słowiański niewolnik Andrzej i jego uczeń, Epifaniusz (późniejsi święci), mieli widzenie – ujrzeli otwartą kopułę kościoła i Matkę Bożą rozpościerającą nad ludźmi swoją chustę na znak opieki nad nimi. Wkrótce Saraceni odstąpili i miasto zostało uratowane.
Samo słowo „pokrow” oznacza okrycie, płaszcz, ale także opiekę i ochronę. Taką sama nazwę nosi ikona Matki Bożej Orędowniczki i Wspomożycielki, na której Maryja swoim płaszczem lub trzymanym w rękach welonem okrywa zgromadzonych przy Niej ludzi. Podobne przedstawienia występują także w ikonografii zachodniej pod nazwą Matki Miłosierdzia. Na jednym z najstarszych typów wizerunku Matki Bożej Różańcowej jest Ona okryta płaszczem opiekuńczym, rozciągającym się na wiernych.
Symbolika płaszcza jest zakorzeniona w tekstach biblijnych. Otoczenie płaszczem oznaczało wybranie i przekazanie posłannictwa i mocy (1 Krl 19,19; 2 Krl 2,8.13) oraz wzięcie pod opiekę (Rt 3,9). Takim gestem posługiwano się również w średniowieczu – biskup Asyżu otoczył swoim płaszczem św. Franciszka, gdy ten odrzucił swe szaty na znak wyrzeczenia się ojcowskich dóbr. Od pierwszych wieków chrześcijaństwa gest otoczenia płaszczem jako znak wzięcia w opiekę związany jest z Matką Bożą. Z III wieku pochodzi antyfona „Pod Twoją obronę”, uważana za jedną z najstarszych modlitw Maryjnych. W swojej pierwotnej wersji zaczynała się ona od słów: „Pod płaszcz Twego miłosierdzia uciekamy się…”.
Halina Świrska

Sklep internetowy Shoper.pl