E-BOOK
7.38
PLN
Słowo wśród nas Nr 8 (288) 2017 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 8 (288) 2017 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 7,38 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO SIERPNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Sierpniowy numer „Słowa wśród nas” zatytułowany „Łaska i trud braterstwa” poświęcony jest relacjom miedzy braćmi. Posiadanie brata jest niewątpliwie łaską, jednak relacje braterskie bywają trudne, a rany zadane przez brata – szczególnie bolesne. Gdy udaje się je uleczyć i z Bożą pomocą odnowić braterskie więzi i doprowadzić do pojednania jest to wielka radość. Takie historie znajdujemy w Księdze Rodzaju. O dwóch z nich – Kaina i Abla oraz Józefa i jego braci – opowiadają trzy artykuły napisane przez doświadczonego rekolekcjonistę, ks. Adama Kiełtyka, zatytułowane: „Rodzinny dramat”, „Rozdarta rodzina”, „Droga ku pojednaniu”.
W Magazynie znajduje się artykuł o św. Bracie Albercie – Adamie Chmielowskim i jego wyborze tego, co najważniejsze oraz dwa poruszające świadectwa.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny, krzyżówkę oraz omówienie polecanej przez nas lektury. Tym razem są to dwie urocze i mądre, prześlicznie ilustrowane książeczki dla dzieci z serii „Pomocne elfy”: „Mój przyjaciel Bóg. Poradnik dla dzieci” i „Jak dobrze być sobą. Słów kilka o poczuciu własnej wartości”.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Rodzinny dramat
Kain i Abel – ks. Adam Kiełtyk................................... 4

Rozdarta rodzina
Jakub i jego synowie – ks. Adam Kiełtyk................... 10

Droga ku pojednaniu
Uleczone braterstwo – ks. Adam Kiełtyk................... 15

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 sierpnia.................. 21

MAGAZYN

Brat Albert
Wybrać to, co najważniejsze – Agnieszka Syska.................. 49

Hipokryta w lustrze
Bóg potrafił posłużyć się nawet moimi słabościami
Frank Boos.................. 55

Moja sprawa beznadziejna
Bóg przeprowadził mnie od rozpaczy do wiary
Jess Rico Martinez.................................................. 58

Nasze lektury............................................................. 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

ARTYKUŁY:

Art. 2:
Rozdarta rodzina

Jakub i jego synowie

Historia Jakuba i jego rodziny zamyka pierwszą księgę Biblii. W powiązaniu z historią Kaina i Abla tworzy zatem klamrę, która spina Księgę Rodzaju. W obu opowiadaniach niezwykle istotny jest temat braterstwa, a dokładniej, reguły, które prowadzą do rozwoju lub zniszczenia więzi między braćmi. 
Historia dwóch pierwszych braci kończy się tragicznie, natomiast historia synów Jakuba znajduje swój szczęśliwy finał. Nie brak w niej jednak trudnych momentów, o włos nie dochodzi również do bratobójstwa. Narrator nie koloryzuje relacji między braćmi, przeciwnie, opisuje historie, w których braterstwo, mimo więzów krwi, które powinny zrodzić solidarność, staje się miejscem problemów, napięć, konfliktów, zazdrości i okrutnej przemocy. 
Braterstwo jest relacją narzuconą, która wynika z faktu, że ma się tych samych rodziców. Stąd bycie bratem nie pochodzi z wyboru, ale dokonuje się na drodze przyjęcia. Istnieją więc dwie możliwości: akceptacja lub odrzucenie. Zaakceptowanie brata musi się zmierzyć z jego innością i to właśnie rodzi liczne problemy. Różnica między ludźmi, także między braćmi, jest zapisana w pierwotnym planie Boga i doświadczana przez nas jako próba. Z jej powodu z łatwością wybuchają konflikty, a jednomyślność i zgoda, jawią się jako bardzo kruche, łatwe do zanegowania. Braterstwo jest więc miejscem trudnych relacji, gdzie odmienność drugiego może stać się przyczyną zazdrości, uprzedzeń, strachu czy faworyzowania.

ZABURZONE RELACJE ŹRÓDŁEM KONFLIKTÓW
Historia Józefa to historia rodziny, która przeżyła głębokie podziały, poznała, co to nienawiść i zazdrość, ale też doświadczyła niespodziewanego pojednania. Józef nie jest całkowicie bez winy, bracia nie są źli do końca, Jakub nie jest pozbawiony odpowiedzialności za to, co dzieje się między synami. Braterstwa nie buduje się bowiem jedynie w linii horyzontalnej, między braćmi, jego nieodzownym elementem jest również linia wertykalna, która łączy ojca z synami. Brat może stać się kozłem ofiarnym, na którego przenosi się swoje żale z powodu braku akceptacji ze strony ojca. Jakubowe preferencje względem Józefa drażniły z pewnością do bólu pozostałych braci, stając się powodem wzrastającej frustracji i nienawiści. Nieumiejętność budowania dobrych relacji między wszystkimi członkami rodziny była jednym z czynników, który zasiał ziarno nienawiści względem faworyzowanego przez ojca brata.
U podstaw niezgody w rodzinie leży zatem niewłaściwa miłość Jakuba do Józefa, miłość, która oddziela go od braci, zamiast łączyć z nimi. Objawem tego rozdarcia są zabójcze słowa, szemrania i plotki krążące między członkami rodziny. Za sprawą języka – ujęcia uczuć w słowa – dokonuje się spotkanie. Dochodzi do niego, jeśli wypowiadane słowo jest autentyczne i przyjęte z ufnością przez drugiego. Jeśli tak nie jest, język staje się morderczą bronią, która niszczy relacje. 
Nikt w rodzinie Jakuba nie rozmawia prawdziwie z innymi. Od samego początku słyszymy o donoszeniu na siebie: „Józef jako chłopiec siedemnastoletni wraz ze swymi braćmi, synami żon jego ojca Bilhy i Zilpy, pasał trzody. Doniósł on ojcu, że źle mówiono o tych jego synach” (Rdz 37,2); o słowach, które wzbudzają nienawiść: „Pewnego razu Józef miał sen. I gdy opowiedział go swym braciom, ci zapałali jeszcze większą nienawiścią do niego” (Rdz 37,5, por. Rdz 37,8.11); o karceniu: „A gdy to powiedział ojcu i braciom, ojciec skarcił go, mówiąc: «Co miałby znaczyć ów sen? Czyż ja, matka twoja i twoi bracia mielibyśmy przyjść do ciebie i oddawać ci pokłon aż do ziemi?»” (Rdz 37,10); o planowaniu zabójstwa: „mówiąc między sobą: «Oto tam nadchodzi ten, który miewa sny! Teraz zabijmy go i wrzućmy do którejkolwiek studni, a potem powiemy: Dziki zwierz go pożarł. Zobaczymy, co będzie z jego snów!»” (Rdz 37,19-20); o kłamstwach i obłudzie: „po czym tę szatę posłali ojcu. Ci zaś, którzy ją przywieźli, rzekli: «Znaleźliśmy ją. Zobacz, czy to szata twego syna, czy nie»” Rdz 37,32). 
Żaden z członków rodziny nie jest bez winy, każdy miał swój wkład w rozpad relacji. Istnieją także motywy łagodzące odpowiedzialność każdego: Jakub utracił ukochaną żonę Rachelę, bracia cierpią na skutek wybraństwa Józefa, Józef czuje się odepchnięty przez swoich braci. Można powiedzieć, że wszyscy bohaterowie opowiadania skupiają się na własnych zranieniach i pragnieniach, nie biorąc pod uwagę perspektywy innych. Jedynie wczucie się w sytuację drugiego, w jego sposób myślenia, może rozbić egoistyczne postawy.

ZRANIONE BRATERSTWO
Józef jest nie tylko ukochanym dzieckiem Jakuba, ale miewa również szczególne sny (Rdz 37,5-11). Ich opowiadanie potęguje jeszcze bardziej nienawiść u braci. Tak naprawdę to nie sny wywołują zazdrość braci, ale szczególna miłość Jakuba do Józefa, dziecka ukochanej Racheli, sny pogarszają jedynie sytuację. Bracia postrzegają uprzywilejowaną pozycję Józefa jako własną stratę. Miłość jest rozumiana przez nich na sposób ilościowy: im więcej dla jednego, tym mniej dla drugiego. Nie pojmują, że każdy może być ukochany tą samą miłością, ale w różny sposób. Rodzinne relacje nie rządzą się prawem to samo i tak samo dla każdego, ale to samo i różnie dla każdego. Miłość zakłada całkowitość (to samo), ale objawia się w różnych formach (różnie). Rodzicielska miłość jest zawsze narażona na niebezpieczeństwo przekształcenia różnicy w preferencję. Harmonijny wzrost rodziny zależy zatem od umiejętnego przeżywania poszczególnych relacji w duchu poszanowania i jedności. Każde dziecko jest inne, ale przynależy do tej samej rodziny.
Bracia interpretują sny Józefa według własnych zranień, nie widzą w nich możliwości zjednoczenia rodziny. Ciekawe, że Józef opowiada jedynie sen, ale nie daje żadnego wyjaśnienia. Zła interpretacja pogłębia zawsze podziały i kończy się oddaleniem jednych od drugich – bracia odeszli sami paść trzody. Być może Jakub zdaje sobie sprawę z pęknięcia, jakie powstało w jego rodzinie. Po odejściu synów na odległe pastwiska wysyła Józefa, aby się dowiedzieć, czy dobrze im się wiedzie (Rdz 37,14). Jest to pierwszy krok, który w oczach ojca miał doprowadzić do pojednania członków rodziny. Wyruszenie Józefa na poszukiwanie braci bierze początek z posłuszeństwa ojcu, ale później staje się jego osobistym wyborem. Kiedy Józef zaczyna się błąkać, spotyka pewnego człowieka, który zadaje mu pytanie: kogo szukasz? Osoba tego nieznajomego, który pierwszy rozpoczyna rozmowę i kieruje Józefa na właściwą drogę, wprowadza w całą historię wątek nieprzewidywalności, co jest znakiem Bożej Opatrzności. Józef odpowiada: „Szukam moich braci” (Rdz 37,16). Ta odpowiedź objawia pragnienie jego serca i staje się nicią przewodnią całej historii jego życia. Aby jednak odnaleźć swoich braci, Józef musi iść w inne miejsce, niż wskazał mu ojciec. W ten sposób pragnienie Józefa wykracza poza pragnienie Jakuba i staje się fundamentem jego własnej historii. Józef otwiera się na wskazówki tajemniczego człowieka i podąża za braćmi. Zmienia swoją pozycję w stosunku do nich: nie jest już pierwszym, ale ostatnim, podąża za nimi. Zajmuje właściwe miejsce, tj. młodszego brata, i odnajduje swoich braci.

PRAWDZIWY KOSZMAR
Niestety, w tym momencie historia zamienia się w koszmar: bracia nie wiedzą o zmianie Józefa i postanawiają się go pozbyć. I tu w biblijnej opowieści następuje zmiana narratora. Dalsza historia jest opowiadana z pozycji braci. Nie widzą oni w Józefie brata: nie nazywają go jego imieniem, ale mówią o nim: „ten, który miewa sny” (Rdz 37,19). Jest dla nich obcy, utożsamiany z tym, co wywołuje u nich złość i prowadzi do spisku. Zanim jeszcze zbliżył się do nich, postanawiają go zabić. Wymyślają historię z dzikim zwierzem, która ma nie tylko dostarczyć im alibi, ale również uderzyć w ojca. W ten sposób jednak przygotowują grunt pod urzeczywistnienie się snów Józefa: „Zobaczymy, co będzie z jego snów!” (Rdz 37,20). Dla nich sny Józefa były prawdziwym koszmarem, teraz mają okazję sprawić, aby stały się koszmarem również dla niego. 
Swój makabryczny plan rozpoczynają od zdarcia z Józefa tuniki. Ofiarowana mu przez ojca długa szata z rękawami była widocznym znakiem jego wybraństwa, stąd musiała działać na nich jak czerwona płachta na byka. Ruben i Juda wyłamują się jednak z zamysłu zabicia brata. Być może zdają sobie sprawę, że braterska krew nie da im nigdy spokoju. Zbrodnicza tajemnica jednoczy jedynie siłą strachu, nie może być podstawą prawdziwej więzi braterskiej. Ostatecznie Józef zostaje wrzucony do suchej studni. Nie utonie, ale umrze z pragnienia. 
Bracia zachowują się nie tylko bestialsko, ale też cynicznie: zasiadają do posiłku. Wspólne jedzenie jest zawszą oznaką jedności. Tym razem ten gest komunii wiąże się z wykluczeniem brata. Niespodziewanie pojawia się karawana Madianitów, którym – za namową Judy – sprzedają brata. Nawet jeśli jest to jakieś rozwiązanie, to nie zmienia ono faktu, że bracia wykraczają przeciw prawu Bożemu w sposób bardzo ciężki: „Kto by porwał człowieka i sprzedał go, albo znaleziono by go jeszcze w jego ręku, winien być ukarany śmiercią” (Wj 21,16). 
Bracia nie musieli zawiadamiać ojca o śmierci Józefa. Nie mogli bowiem wiedzieć, że ojciec posłał go do nich. Jednak z premedytacją wysyłają ojcu zakrwawioną szatę. Chcą, aby stała się powodem cierpienia również dla Jakuba, tak jak była niegdyś dla nich. Ciekawe, że Jakub sam będzie musiał zinterpretować ten znak. W ten sposób zostanie on sam oszukany za sprawą krwi kozła, jak niegdyś dzięki skórkom koźląt oszukał swojego ojca Izaaka, kradnąc błogosławieństwo pierworodnego swemu bratu Ezawowi. Oszust staje się ofiarą oszustwa. Prawdziwa ironia losu, chociaż sytuacja jest o wiele bardziej okrutna.

FAŁSZYWY POKÓJ
Celem braci było odzyskanie uznania ojca. Myśleli, że gdy pozbędą się Józefa, uczucia Jakuba zwrócą się ku nim. Popełnili zło, aby wyswobodzić się ze złej relacji. Szybko się jednak okazało, że nie jest to możliwe. Jakub popada w rozpacz, nie chce być przez nich pocieszony: „Jakub rozdarł swoje szaty, a potem przepasał biodra worem i opłakiwał syna przez długi czas. Gdy zaś wszyscy jego synowie i córki usiłowali go pocieszać, nie słuchał pociech, mówiąc: «Już w smutku zstąpię za synem moim do Szeolu». I ojciec jego nadal go opłakiwał” (Rdz 37,34-35). Pojednanie nigdy nie nastąpi za cenę wykluczenia. Prawdziwy pokój osiąga się na drodze przebaczenia, akceptacji, integracji. W rodzinie Jakuba nie ma warunków, aby zagościł pokój, bo wszystko jest zbudowane na kłamstwie. Nienawiść i zazdrość zostały zastąpione rozpaczą i pustką. Cała rodzina będzie musiała przejść jeszcze długą drogę, aby zrozumieć swoje błędy i doświadczyć upragnionego pokoju. ▐

Art. 3:
Droga ku pojednaniu 
Uleczone braterstwo

Pozbycie się Józefa nie przyniosło pokoju w rodzinie Jakuba. Bracia sami „wpadli do pustej studni” i oddalili się jeszcze bardziej od ojca. Historia rodziny nie kończy się jednak dramatem. Pan Bóg wspiera Józefa w jego niedoli, czyniąc go rządcą całego Egiptu, ale przede wszystkim sprawia, że ten człowiek o miłosiernym sercu doprowadzi do pojednania rodziny. 
Kolejne rozdziały Księgi Rodzaju (39-44) opowiadają, w jaki sposób zostaje przezwyciężone zło, które zakaziło rodzinne relacje. Proces pojednania wymaga wiele czasu. Rodzina Jakuba potrzebowała około 20 lat, aby na nowo spotkać się przy wspólnym stole. Kiedy panuje niezgoda, kiedy relacje są skażone zazdrością, nie można myśleć, że uzdrowienie nastąpi w krótkim czasie.
Pojednanie buduje się czasami długimi latami i jego wynik nie jest nigdy z góry przesądzony. Ten proces musi objąć wszystkich członków rodziny. Nie polega on na ucieczce od zła, na znalezieniu miejsca, w którym będzie się od niego wolnym. Józef po początkowych trudnościach mógł się w pełni zadowolić nowym życiem, założył swoją rodzinę, mógł liczyć na wszystkie wygody w Egipcie. Pokój serca nie jest jednak możliwy, jeśli nasza historia jest poraniona wewnętrznymi rozdarciami. Zło może zostać przezwyciężone jedynie poprzez ponowne stanięcie z nim twarzą w twarz. Trzeba się z nim zmierzyć, by je przezwyciężyć. Historia Józefa pokazuje, że nie można usunąć zła bez ponownego przeżycia sytuacji, w których wcześniej popełniło się błędy.

SPRAWIEDLIWY WŚRÓD ZŁOCZYŃCÓW
Sprzedany przez braci Józef trafia do domu Potifara. Bardzo szybko znajduje się w sytuacji, która przypomina tę z rodzinnego domu. Staje się zarządcą domu swego pana, który obdarza go bezmiernym zaufaniem – przypomina to jego relację z ojcem. W odróżnieniu od przeszłości jego uprzywilejowana pozycja nie staje się pretekstem do zajęcia pierwszego miejsca. Józef odrzuca zaloty żony Potifara i odmawia współżycia z nią. Akceptuje swoje miejsce, nie wchodzi w grę kobiety, nie jest zazdrosny o swego pana. Ucieka nagi przed lubieżną kobietą. Nagość Józefa potwierdza jego niewinność i przypomina nagość pierwszych rodziców przed grzechem. W obliczu fałszywych oskarżeń Józef nie broni się. Z jednej strony jest to oznaką zdrowego rozsądku – Potifar nie mógłby uznać racji niewolnika. Z drugiej strony Józef nie chce nakręcać spirali zła – wie, że wybawienie osiąga się na drodze dobra. Zatrzymuje zło na sobie, nie pozwala, aby się rozprzestrzeniało i niszczyło wszystko dookoła. Zostaje wtrącony do więzienia, sprawiedliwy wśród złoczyńców. 
Być może w tym momencie przeżywa koszmar podobny do tego, jaki przeżył, kiedy bracia wrzucili go do studni. W tej trudnej sytuacji „Pan był z Józefem i okazał mu łaskę, tak iż zjednał on sobie życzliwość naczelnika więzienia” (Rdz 39,21). Bóg upewnia go w ten sposób, że jest na właściwej drodze. Nie zostaje szybko wybawiony z więzienia, ale otrzymuje dar wyjaśniania snów. Interpretuje sny współwięźniów – podczaszego i nadwornego piekarza; jednemu zapowiada rychłe uwolnienie, przed drugim nie zasłania trudnej prawdy, wiedząc, że kłamstwo przynosi zawsze większe cierpienie. Józef pozostaje w więzieniu jeszcze dwa lata, a okazją do uwolnienia stają się niepokojące i niezrozumiałe sny faraona. Właśnie wtedy przypomina sobie o Józefie podczaszy i wyznaje swój grzech zapomnienia względem niego. 
Od wyjaśnienia znaczenia snów faraonowi rozpoczyna się dla Józefa dobra passa. W krótkim czasie robi zawrotną karierę, staje się rządcą całego Egiptu, żeni się z Asenat, córką kapłana Poti Fera, i rodzą mu się dwaj synowie. Nadając imiona swoim synom, pragnie zamknąć za sobą trudne rozdziały swojego życia i rozpocząć wszystko od nowa: „Józef dał swemu synowi pierworodnemu imię Manasses. Mówił bowiem: «Dał mi Bóg zapomnieć o całym moim utrapieniu i o całym domu mego ojca». A drugiego nazwał Efraim, mówiąc: «Uczynił mnie Bóg płodnym w kraju mojej niedoli»” (Rdz 41,51-52). Jednak Pan Bóg ma inny zamysł i wystawia Józefa na najtrudniejszą próbę. Ma spotkać swoich braci – prawdziwych złoczyńców – i odnaleźć wraz z nimi zagubione braterstwo.

PIERWSZE SPOTKANIE
Kiedy w Kanaanie zapanował głód, Jakub wyrzucał swoim synom bierność, widząc, że błąkają się bez celu, zamiast zająć się naglącym problemem. Gdy dowiedział się, że w Egipcie jest zboże, „rzekł do swoich synów: «Czemu się oglądacie jeden na drugiego?»” (Rdz 42,1). Pokazuje to, że relacje w rodzinie wcale nie zmieniły się od czasu zniknięcia Józefa. Ponagleni przez ojca, bracia wyruszają do Egiptu.
Podczas spotkania z Józefem padają przed nim na twarz, nie rozpoznając w nim brata. Józef nie daje się im poznać, ponieważ nie jest to okoliczność, w której można by zbudować prawdziwe relacje. Przebaczenie nie jest aktem zwycięzcy nad przegranym. Gestem pojednania jest braterskie objęcie, a nie służalcze padnięcie do stóp. W tym momencie pojednanie nie jest jeszcze możliwe, jednak Józef jest gotowy, aby rozpocząć trudny proces pojednania. U źródeł jego gotowości nie leży jednak zwykła tęsknota za rodziną, ale świadomość tego, czego Bóg dokonał w jego życiu, przemieniając zło w dobro. Józef przebacza swoim braciom, nie dlatego, że na to zasługują, ale dlatego, że Bóg na to zasługuje.
Józef obmyśla strategię, która pomoże braciom uznać popełnioną winę i odnaleźć drogę pojednania. Zostają więc za jego sprawą wtrąceni do więzienia na trzy dni, aby doświadczyć tego, co on sam przeszedł w niewoli. W sposób niesprawiedliwy pozbawieni wolności, przeżywają lęk i niepewność. To nieszczęście ma stać się dla nich sposobnością do uznania grzechu popełnionego względem Józefa. Doświadczenie na własnej skórze jawnej niesprawiedliwości ma im uzmysłowić, jak wielkie zło uczynili swemu młodszemu bratu i jak bardzo musiał on cierpieć. Tylko prawda może odjąć złu jego niszczycielską siłę. Jeśli Jakub potrzebuje do życia chleba, to Józef potrzebuje prawdy.

JÓZEF, NASZ BRAT
Surowa pedagogia Józefa powoli przynosi efekty. W więzieniu bracia zaczynają mówić między sobą: „Ach, zawiniliśmy przeciwko bratu naszemu, patrząc na jego strapienie, kiedy nas błagał o litość, a nie wysłuchaliśmy go! Dlatego przyszło na nas to nieszczęście” (Rdz 42,21). Po raz pierwszy mówią o Józefie jako o swoim bracie wtedy, kiedy uznają swój grzech. Ich wina polegała na niesłuchaniu błagań Józefa, na tym, że okazali się bez serca. Przemoc, której kiedyś użyli przeciw bratu, teraz spadła na nich samych. Przeżywają ten sam lęk, który był niegdyś udziałem Józefa. Ze sprawcy stają się ofiarą. Po trzech dniach Józef uwalnia ich, daje im zboże, zatrzymuje jednak jako zakładnika Symeona i każe przyprowadzić do Egiptu najmłodszego z nich – Beniamina. Bracia wracają do ojca, który wyrzuca im, że stracili brata. W ten sposób przeżywają konsekwencje swojej zbrodni względem Józefa. 
Jakub nie godzi się jednak na wysłanie z nimi Beniamina. Nie jest uzdrowiony z nadmiernego przywiązania do synów ukochanej Racheli. Plan Józefa polega także na odłączeniu od ojca umiłowanego dziecka, tak aby cała rodzina uczestniczyła w rozwiązaniu trudnej sytuacji. Szczególna miłość Jakuba względem jednego z synów dzieli braci, podczas gdy ojcowska miłość powinna być fundamentem ich jedności. 
Kiedy jednak głód znowu zagraża rodzinie, Jakub ponownie wysyła synów do Egiptu. Główną postacią staje się Juda. Błaga on ojca, aby pozwolił Beniaminowi iść z nimi, tak jak kazał zarządca Egiptu. Juda bierze na siebie odpowiedzialność za najmłodszego brata. Jakub musi powierzyć jego opiece Beniamina, przestać go wyróżniać i nadmiernie chronić. Musi zaufać swoim synom, w przeciwnym razie głód zabije całą rodzinę. Ojciec nie może patrzeć na synów przez pryzmat popełnionych przez nich błędów, ale musi dać im nową szansę. Juda przypomina ojcu o jego odpowiedzialności względem wszystkich, nie uchyla się jednak od własnej. Czyni się odpowiedzialnym za los swojego brata. W ten sposób przeciwstawia się postawie Kaina, który nie chciał być stróżem swojego brata (Rdz 4,9).
W tej gotowości poświęcenia życia Juda różni się także od najstarszego brata, Rubena, który za zło wyrządzone Józefowi obwinił wszystkich braci. 
Kiedy Beniamin zostaje niesłusznie oskarżony, bracia mają możliwość pozbycia się drugiego ukochanego syna Jakuba. Tym razem wybierają jednak drogę braterstwa, stają się solidarni z najmłodszym, są gotowi zająć jego miejsce. Juda zabiera głos, aby opowiedzieć Józefowi historię ich rodziny. Jest gotowy na wszystko, aby uratować brata i zaoszczędzić ojcu cierpienia. Juda akceptuje swojego ojca takim, jakim jest, nawet jego nadmierną miłość do najmłodszego syna. Odrzuca zazdrość, jest gotów pogodzić się z niesprawiedliwą miłością ojca, byle tylko zapewnić bratu życie.
Z opowiadania Judy Józef dowiaduje się, jak ojciec wytłumaczył sobie jego zniknięcie, słyszy o niezmiernym cierpieniu Jakuba. Juda mówi również o szczególnej więzi, jaka łączy ojca z Beniaminem, i gorąco za nim oręduje. Odwołuje się do przysięgi danej ojcu, jest gotów zastąpić brata i zostać w jego miejsce niewolnikiem, byle tylko Beniamin mógł wrócić do ojca. Juda zrozumiał konsekwencje niegdyś popełnionego zła, kiedy zobaczył, jak wiele bólu zadało ono Jakubowi. Nie chce już więcej widzieć ojca zdruzgotanego cierpieniem. Zło dokonane i zło możliwe przemieniły serce Judy.

PRZEZWYCIĘŻONE ZŁO
W końcu dochodzi do długo oczekiwanego momentu pojednania. Józef wybucha głośnym płaczem i ściska swoich braci: „I całował Józef wszystkich swych braci, płacząc wraz z nimi. A potem bracia jego z nim rozmawiali” (Rdz 45,15). Oznaką pojednania jest zdolność dialogu. Słowo staje się nośnikiem prawdy, a nie narzędziem niszczenia. Wcześniej bracia nie rozmawiali ze sobą: „Bracia Józefa, widząc, że ojciec kocha go bardziej niż ich wszystkich, tak go znienawidzili, że nie mogli zdobyć się na to, aby przyjaźnie z nim rozmawiać” (Rdz 37,4). Dzięki specjalnej pedagogii Józefa cała rodzina po raz pierwszy się zjednoczyła. Każdy musiał przejść swoją własną drogę oczyszczenia. Józef zrozumiał, że bycie uprzywilejowanym ma prowadzić do służby. Bracia odkryli, że zazdrość i kłamstwo pomnażają jedynie wewnętrzne cierpienie. Jakub musiał zaufać swoim synom i wyzbyć się okazywania nadmiernego przywiązania do jednego z nich. 
Mimo szczęśliwego finału proces pojednania nie jest jeszcze zakończony. Wiele lat później, po śmierci ojca, bracia ponownie udają się do Józefa, aby jeszcze raz prosić go o przebaczenie. Powołują się na słowa ojca proszącego o darowanie ich nieprawości. Boją się, że skoro zabrakło ojca, Józef odpłaci im za dawne krzywdy. Przecież niegdyś Juda, właśnie opowiadając o cierpieniu ojca, doprowadził do płaczu Józefa. Nie są pewni więzi odrodzonego braterstwa, obawiają się, że wraz ze śmiercią ojca mógł zniknąć również powód ich ocalenia. Sama historia rodu dostarczała powodów do takiego myślenia. Ezaw, któremu Jakub skradł błogosławieństwo, poprzysiągł bowiem zemstę po śmierci ojca: „Ezaw znienawidził Jakuba z powodu błogosławieństwa, które ten otrzymał od ojca, i taki powziął zamiar: «Gdy nadejdą dni żałoby po moim ojcu, zabiję mego brata, Jakuba»” (Rdz 27, 41).

WYPEŁNIENIE BOŻEGO PLANU
Józef jednak nie odstępuje od swojej pierwotnej decyzji. Racją przebaczenia jest nie tylko miłość do ojca, ale przede wszystkim posłuszeństwo Bogu i Jego Opatrzności. Józef w żadnym wypadku nie chce zająć miejsca Boga jako sędziego i głównego autora wydarzeń. Stara się jedynie odczytać, jakie miejsce Bóg mu przypisał w swoim planie. Rozumie, że jego władza ma służyć ratowaniu życia, a nie osobistej zemście. Służba braciom staje się wypełnieniem Bożego planu, w którym zło zostaje ostatecznie przezwyciężone: „Wy niegdyś knuliście zło przeciwko mnie, Bóg jednak zamierzył to jako dobro, żeby sprawić to, co jest dzisiaj, że przeżył wielki naród” (Rdz 50,20). Znowu słowo staje się potwierdzeniem przebaczenia, wyrazem dobrych relacji między Józefem i jego braćmi: „«Nie bójcie się: będę żywił was i dzieci wasze». I tak ich pocieszał, przemawiając do nich serdecznie” (Rdz 50,21). 
Ciekawe jest, że nie znamy odpowiedzi braci. Być może w ten sposób narrator chce zachęcić czytelnika, aby to on sam dał odpowiedź. Proponuje nam, byśmy przyjęli interpretację tej bolesnej historii o rozdarciu i pojednaniu, jaką podał Józef. Mamy nie poddawać się mocy zła (zemsta), ale przeciwstawić się mu siłą dobra (przebaczenie). Pan Bóg będzie zawsze po stronie tych, którzy zwyciężają zło dobrem (Rz 12,21). Najdobitniejszym tego przykładem jest historia Jego Syna, który w obliczu zdrady przebaczył wszystkim. Historia Józefa jest zapowiedzią historii Jezusa i Jego braci… ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ

Wtorek, 1 sierpnia
Mt 13,36-43
Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa. (Mt 13,38)
Ogrodnicy czasem sadzą bardzo blisko siebie różne gatunki roślin: paprykę i marchew czy fasolę i pomidory. Nazywa się to uprawą współrzędną. Mogłoby się wydawać, że rośliny te będą konkurowały ze sobą o przestrzeń do życia, światło słoneczne czy wodę, w rzeczywistości jednak ich połączenie jest obopólnie korzystne. Na przykład jedna roślina odstrasza szkodniki, a dru-
ga osłania przed gorącem.
Z dzisiejszej Ewangelii dowiadujemy się, że także dzieci Boże są „zasiewane” w bliskim sąsiedztwie – i to wcale niekoniecznie obok świętych! Na pozór wydawałoby się, że niektóre z nich należy rozdzielić – jednak Bóg wie lepiej. Być może rozdzielenie wyrządziłoby więcej szkody niż dobra. W planie Bożym zasiewanie ziaren królestwa jest zarazem rozszerzaniem Ewangelii na cały świat.
Także twoje życie jest zasianym przez Boga ziarnem Jego królestwa. Gdzie zostałeś zasiany? Przede wszystkim w swojej własnej rodzinie. Ale może także w miejscu pracy, paczce przyjaciół czy drużynie siatkówki. W jakimkolwiek środowisku się obracasz, Bóg daje ci wiele sposobności do kontaktów osobistych, w których możesz być świadkiem Ewangelii. Wystarczy, że pozwolisz Mu działać.
Ewangelizacja poprzez osobiste kontakty łączy się z przyjaźnią – polega na otwarciu się na drugiego człowieka. Wymaga to poświęcenia innym czasu – także tym, którzy się od ciebie różnią! Widząc, jak zmagasz się z tym, co cię spotyka – także z życiowymi burzami – mogą zobaczyć, jak działa w tobie łaska Boża, jak Bóg przemienia twoje życie.
Jeśli rzeczywiście będziesz miał w sobie radość i dobroć, ludzie szybko to zauważą. Twoje słowa, płynące z serca, mają większe znaczenie, niż sądzisz. Bóg może przemówić przez twoje usta, by pociągnąć kogoś do siebie. Im bardziej będziesz otwarty na innych, tym większy będzie twój wpływ na nich.
Nie zapominaj też, że Bóg będzie posługiwał się innymi, aby tobie pomóc wzrastać. Będzie objawiał ci przez nich to, czego jeszcze nie wiesz o Jego królestwie. Może nawet przemówić do ciebie przez ludzi, po których się tego zupełnie nie spodziewasz.
„Panie, uczyń z mego życia ziarno Twojego królestwa”.
Wj 33,7-11; 34,5-9.28
Ps 103,6-13

Niedziela, 6 sierpnia
Przemienienie Pańskie
Mt 17,1-9
Tam przemienił się wobec nich. (Mt 17,2)
Jaśniejący Mesjasz, nadprzyrodzone wizje, podróżujący w czasie bohaterowie z przeszłości i głos przemawiający z obłoku – przemienienie Jezusa jest zdecydowanie jedną z najbardziej wstrząsających scen w całej Ewangelii. Znamy dobrze tę historię – Jezus bierze Piotra, Jakuba i Jana na wysoką górę, gdzie przemienia się na ich oczach.
Tak często traktujemy pogłębianie wiary jako coś, co jest po prostu naszym obowiązkiem. Mówimy: „Powinienem być lepszy i bardziej wyrozumiały dla innych, powinienem częściej chodzić na Mszę”. I jest to do pewnego stopnia prawda. Wzrastanie w wierze wymaga od nas zmiany myślenia i postępowania. Ale jest to tylko jedna strona medalu.
Druga strona to Bóg i Jego łaska, która jest w stanie poruszać góry. Na Górze Przemienienia Jezus, Syn Boga, ukazał uczniom przebłysk swojej chwały, aby umocnić ich przed zbliżającą się Męką. Chciał pomóc im we wzrastaniu w wierze – a dziś chce pomóc także nam.
Mistycy Kościoła, tacy jak św. Bernard z Clairvaux, św. Katarzyna ze Sieny czy św. Teresa z Avili, uświadamiają nam, że w obliczu nawet najsłabszego przebłysku chwały Bożej ludzkie słowa zawodzą. Tak jak Piotr na górze Tabor, próbując opisać, czym jest przebywanie w Bożej obecności, wypowiadamy z przejęciem słowa, które jednak okazują się zwykłym bełkotem. I nie ma w tym nic dziwnego. O wiele bardziej niż słowa przemówią do innych nasze czyny – świadectwo naszego pokoju i naszej radości.
Zatrzymaj się więc dziś nad tą wspaniałą tajemnicą światła. Wyobraź sobie przemienionego Jezusa, który staje przed tobą. Wpatruj się w Jego miłość, majestat i miłosierdzie. Pozwól, by uświadomił ci, że wiara nie polega tylko na tym, że ty robisz to, co do ciebie należy, ale że On wciąż wspiera cię swoją łaską i objawia ci swoją miłość. Taka świadomość jest w stanie zmiękczyć nawet najtwardsze serce.
„Jezu, ukaż mi swoją chwałę”.
Dn 7,9-10.13-14
Ps 97,1-2.5-6.9
2 P 1,16-19

▌Niedziela, 13 sierpnia
Mt 14,22-33
Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary? (Mt 14,31)
Czy widziałeś kiedyś, jak małe dziecko uczy się chodzić? Stawia kilka chwiejnych kroczków i przewraca się na podłogę. Z pewnością przeżylibyśmy spory szok, widząc, jak matka czy ojciec krzyczą na nie za to, że upadło. Rodzice tak nie postępują. Z uśmiechem pochylają się nad dzieckiem, podnoszą je, przytulają i zachęcają do kolejnych prób.
Mając w pamięci ten obraz, spróbujmy zrozumieć słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii. On kocha swoich uczniów – jak rodzice kochają uczące się chodzić dziecko. Kocha Piotra, który dzielnie usiłuje iść do Niego po falach. Wie, że Piotr stawia właśnie ważny krok na drodze do mocnej, dojrzałej wiary. Czuwa nad nim, gotów pomóc, gdy tylko Piotr będzie tego potrzebował. Wie też, że jego zachwianie spowodowane zwątpieniem to jeszcze nie koniec historii. Nie jest to żadna klęska, ale z pewnością milowy krok na drodze ucznia Chrystusa. Piotr może i okazał się „człowiekiem małej wiary”, ale zdecydowanie miał wiarę!
Jezus patrzy z miłością także na nasze próby naśladowania Go. Cieszy się naszymi sukcesami i wyciąga do nas rękę, gdy upadamy. Szybko przychodzi nam z pomocą, kiedy stawiamy fałszywy krok lub zaczynamy wątpić. Wie, że każdy kolejny krok przybliża nas do dojrzałej wiary.
Spróbuj dziś, jak Piotr, postawić kolejny krok w wierze. Prawdopodobnie nie będzie to przechadzka po najbliższym jeziorze, ale z pewnością znajdziesz wiele innych możliwości. Przypomnij sobie coś, co ostatnio często przychodzi ci na myśl. Jeśli, na przykład, od jakiegoś czasu myślisz o tym, by pomagać potrzebującym – idź i zrób to. Rozejrzyj się wokół. Może twoja samotna sąsiadka potrzebuje pomocy albo choćby towarzystwa? Po prostu odwiedź ją. Chcesz pomagać ubogim? Zgłoś się do parafialnej grupy charytatywnej lub fundacji wydającej posiłki bezdomnym. A może czujesz, że Bóg wzywa cię do tego, byś o Nim mówił innym, dając świadectwo swojej wiary? Nie musisz od razu robić tego w sposób doskonały. Po prostu postaw pierwszy krok. Jezus będzie z tobą, gotów cię podnieść, jeśli się potkniesz.
Możesz być zaskoczony tym, jak bardzo podjęcie działania w odpowiedzi na Boże wezwanie umocni twoją „małą wiarę” i przybliży cię do Jezusa.
„Dziękuję Ci, Jezu, za to, że patrzysz na mnie z miłością. Pomóż mi dziś odważnie postawić nowy krok w wierze. Ufam, że będziesz ze mną”.
1 Krl 19,9a.11-13a
Ps 85,9-14
Rz 9,1-5

▌Wtorek, 15 sierpnia
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
Łk 1,39-56
Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. (Łk 1,49)
Czy zauważyłeś, jak świat wciąż stara się nas przekonać, że nic nie jest wystarczająco dobre i że to, co nowe, będzie lepsze. Jeśli nie czujemy się dobrze w pracy, powinniśmy z niej odejść i znaleźć sobie inną. A nawet jeśli ona nam się podoba, powinniśmy rozglądać się za lepszymi okazjami. Jeśli przeżywamy problemy w małżeństwie, lepiej spisać je na straty i poszukać nowego partnera. Jednak takie podejście do życia ma bardzo poważny mankament – nigdy nie jesteśmy zadowoleni, gdyż uganiamy się za czymś, czego nie da się znaleźć na tej ziemi – za doskonałością, a przecież tylko Bóg jest doskonały.
Warunki, w jakich żyła Maryja, były dalekie od ideału. Będąc w ciąży, musiała pewnie znosić podejrzenia swoich sąsiadów, przed samym porodem odbyła wraz z Józefem wyczerpującą wędrówkę do Betlejem, a swoje Dziecko urodziła w stajni. Aby och-
ronić małego Jezusa, musieli uciekać do Egiptu i żyć kilka lat wśród obcych. Po powrocie do Nazaretu z pewnością nie opływała w dostatki, a po śmierci Józefa Jej życie stało się jeszcze trudniejsze. Jednak słuchając dzisiejszej Ewangelii, zauważamy ogromną wdzięczność Maryi wobec Boga. Wdzięczność ta dotyczy przede wszystkim tego, co On obiecał przez Nią uczynić. Odpowiadając „tak” na Boży plan, otrzymała przywilej wyjątkowego udziału w zbawieniu całej ludzkości! Rezygnując z własnych planów, Maryja wybrała posłuszeństwo Bogu i dzięki temu weszła na drogę prawdziwej doskonałości.
Każdy z nas może wiele w życiu osiągnąć i dobrze, jeśli stawiamy sobie ambitne cele. Ważne jest jednak, abyśmy, jak Maryja, rozpoznawali wielkie rzeczy, którymi Bóg nas obdarza, i składali Mu za to dziękczynienie. Jak powiedział Paweł: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” (1 Kor 4,7). A najcenniejszym z Bożych darów jest życie wieczne. Przynajmniej raz dziennie zatrzymajmy się i pomyślmy o tym, że Jezus umarł za nas, abyśmy mogli z Nim żyć na wieki.
Pomódl się dziś słowami Maryi: „Wielbi dusza moja Pana” (Łk 1,46). Nawet jeśli ci się nie układa, jesteś na kogoś zły czy niezadowolony ze swojej obecnej sytuacji, albo ktoś cię właśnie zranił, uwierz, że Jezus jest z tobą. Pamiętaj, że On ma przygotowane specjalnie dla ciebie miejsce w swoim królestwie. Proś Go, by pomógł ci spojrzeć na twoje obecne życie w świetle Jego miłosierdzia, dobroci i łaski.
„Panie, odsuwam od siebie wszystkie troski i raduję się w Tobie. Pomóż mi wychwalać Cię za wszystko, co dla mnie uczyniłeś”.
Ap 11,19a; 12,1.3-6a.10ab
Ps 45,7.10-12.14-15
1 Kor 15,20-26


▌Niedziela, 20 sierpnia
Iz 56,1.6-7
Dom mój będzie nazwany domem modlitwy. (Iz 56,7)
Około 350 roku po Chrystusie popularny i wpływowy biskup imieniem Jan Chryzostom wygłosił serię kazań na temat sakramentu małżeństwa. Zainspirowany listami św. Pawła, opisywał wiernym piękno małżeństwa i życia rodzinnego. Nazwał je wspaniałą drogą do świętości. Mówił, że mąż i żona są wezwani do naśladowania Jezusa – do wiernego oddawania wszystkiego, co posiadają, małżonkowi i rodzinie oraz do kochania swoich bliskich z takim oddaniem, z jakim Jezus miłuje swój Kościół (Ef 5,25).
Jan Chryzostom uczył wiernych, że Bóg chce, aby każda rodzina uważała się za „mały Kościół”, miejsce święte, gdzie oddaje się cześć Chrystusowi, a każdy członek rodziny jest pociągany do wzrastania w świętości. Zachęcał ich, by trwali w czystości małżeńskiej i strzegli wiary swoich dzieci przed szkodliwymi wpływami świata. Kazania były tak poruszające, że 1500 lat później ojcowie Soboru Watykańskiego II wezwali katolików, aby postrzegali swoje rodziny jako „Kościoły domowe”.
Bóg chce, aby każdy nasz dom był Kościołem w miniaturze. Aby był miejscem pokoju, miłości, pokornej służby i modlitwy, miejscem, gdzie Jezus jest przyjmowany i czczony.
Opierajmy się więc stanowczo wszelki trendom dążącym do zredukowania naszych domów do miejsc konsumpcji czy po prostu w miarę komfortowego życia. Szukajmy sposobów, by znalazło się w nich miejsce i czas na wspólną modlitwę – na przykład odmówienie co wieczór dziesiątki Różańca czy przeczytanie rano któregoś z psalmów. Starajmy się okazywać sobie nawzajem miłość poprzez ciepłe słowa i gesty.
Naprawdę nie potrzeba wiele, aby nasze domy stały się domami modlitwy. Wystarczy gotowość serca, które otwiera się na Boże błogosławieństwo. Wtedy, nawet jeśli zdarzy nam się popełnić błąd, wciąż będziemy czynić postępy.
„Panie, naucz nas kochać się nawzajem, jak Ty umiłowałeś swój Kościół”.
Ps 67,2-3.5.8
Rz 11,13-15.29-32
Mt 15,21-28


▌Niedziela, 27 sierpnia
Mt 16,13-20
Wtedy surowo zabronił uczniom, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem. (Mt 16,20)
Słysząc, że Jezus zabrania im mówić komukolwiek o tym, że jest Mesjaszem, uczniowie musieli być zaskoczeni. Przez cały czas słuchali przecież nauki Jezusa i oglądali budzące podziw cuda. Widzieli, jak tłumy ludzi chłonęły każde Jego słowo.
Z pewnością wszyscy ci ludzie zdawali już sobie sprawę, że Jezus był wielkim nauczycielem, prorokiem i cudotwórcą. Teraz, gdy wreszcie wyznał Apostołom, kim jest, wydawało się im logiczne, że należy jak najprędzej podzielić się ze wszystkimi tą wspaniałą nowiną. Jednak Jezus polecił im zachować milczenie. Tu po raz kolejny ujawnia się pewna zaskakująca prawda – idąc za Jezusem, musimy nauczyć się myśleć zupełnie inaczej niż dotąd, i to w większości kwestii.
Jezus zabronił uczniom mówić, kim jest, gdyż wiedział, że tłumy będą chciały obwołać Go królem. Wiemy zresztą z Ewangelii Jana, że to właśnie wydarzyło się po rozmnożeniu chleba. Jan zaznacza, że Jezus natychmiast wycofał się w góry, gdyż wiedział, że ziemskie królowanie nie jest tym, co Ojciec dla Niego zamierzył (J 6,15).
Oczywiście Jezus jest naszym Królem. Jednak Jego królestwo nie opiera się na cudach, przypowieściach i aplauzie podekscytowanych tłumów. Jezus nie zdobywał sobie korony poprzez znaki i cuda oraz wypowiadanie proroczych słów. Zdobył ją, umierając na krzyżu. To Jego śmierć, a nie cuda, dały życie światu.
Jezus nie chciał, by cokolwiek stanęło na przeszkodzie Jego misji, nawet podziw ludzi, których przyszedł zbawić. Wiedział, że Jego rolą jest pokornie złożyć siebie w ofierze, a nie wzniecać rewolucję polityczną. Był zdecydowany dochować wierności swemu powołaniu.
Prośmy dziś o pokorę i o pragnienie upodobnienia się do Jezusa. Niech nic nie odciągnie nas od wezwania, byśmy stawali się miłosierni, jak Ojciec nasz jest miłosierny (Łk 6,36).
„Panie, chcę być do Ciebie podobny. Daj mi serce pokorne, zdolne do miłości i służby”.
Iz 22,19-23
Ps 138,1-3.6.8
Rz 11,33-36

MAGAZYN:

Brat Albert

Wybrać to, co najważniejsze
Kiedy car Aleksander II wizytował Korpus Kadetów w Petersburgu, na pokazie wojskowym wpadł mu w oko żwawy, bystry chłopak. „Ten to będzie wojak” – pomyślał Jego Wysokość Imperator Rosji i odznaczył jedenastoletniego wówczas Adasia Chmielowskiego orderem. Oszołomiony dzieciak pognał do krawca, rzucił mundurek i rozkazał: „Pagony, przyszywać pagony, Najjaśniejszy Pan kazał!”.

POCZĄTKI
W dniu 20 sierpnia 1845 roku, w Igołomi pod Krakowem, w rodzinie Wojciecha Chmielowskiego i Józefy z Borzysławskich przychodzi na świat pierworodny syn, Adam.
Chmielowscy są zubożałą rodziną szlachecką, pieczętującą się herbem Jastrzębiec. Rodzice Adama przenieśli się rok wcześniej spod Warszawy do Igołomi, gdzie Wojciech Chmielowski otrzymał posadę naczelnika Komory Celnej. Gdy Adam ma osiem lat ojciec umiera i cały ciężar utrzymania rodziny i wychowania czwórki dzieci spada na matkę. Dziesięcioletni Adam opuszcza po raz pierwszy dom – dzięki rządowemu stypendium rozpoczyna naukę w Korpusie Kadetów w Petersburgu. Jest zafascynowany światem, w który wkracza. Kiedy jednak matka orientuje się, że syn może ulec rusyfikacji, nie pozwala na jego powrót po wakacjach do Petersburga. Zachowanie polskości jest dla niej ważniejsze niż szanse na karierę syna. Po przeprowadzce do Warszawy Adam zostaje uczniem tamtejszego Gimnazjum Realnego. Rok później umiera matka, co czternastoletni wówczas Adam odczuwa bardzo boleśnie. Opiekę nad osieroconymi dziećmi bierze na siebie siostra ojca, Petronela Chmielowska. W 1861 roku Adam podejmuje naukę w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. Zaprzyjaźnia się tam z Maksymilianem Gierymskim, późniejszym wielkim malarzem.

POWSTANIEC
Kiedy naród wystąpił przeciwko carowi, osiemnastoletni Adam wraz z siedemnastoletnim Maksymilianem porzucają szkołę, by przyłączyć się do rozgorzałego właśnie powstania styczniowego. 
Rozpoczyna się życie pełne niebezpieczeństw, potyczek i bitew, nagłych ucieczek i wyczerpujących przemarszów. Adama widzimy najpierw w oddziale Leona Frankowskiego, który napada na pocztę rosyjską, a potem w walce z Kozakami w Słupczy; wtedy to dowódca zostaje pojmany i skazany na śmierć, a niedobitki przedostają się do oddziału kawalerii pod dowództwem francuskiego oficera o nazwisku Rochebrun.
W marcu 1863 roku w bitwie pod Grochowiskami powstańcy ponoszą klęskę i zostają internowani przez Austriaków. Wśród nich jest także Adam Chmielowski, który wkrótce ucieka z obozu i dostaje się pod komendę płk. Chmieleńskiego, stacjonującego w Kieleckiem. Wszyscy żyją w nieustającym napięciu, a codzienność przynosi zaskakujące sytuacje. Pewnego razu zdarzyło się, że większe niebezpieczeństwo niż ze strony Rosjan groziło Adamowi z rąk rozsierdzonego dowódcy, który oceniając jego zachowanie jako niesubordynację, złapał za rewolwer, by go zastrzelić. Broń jednak uwięzła w skórzanej pochwie i nim pułkownik ją wyciągnął, Adamowi udało się wyjaśnić nieporozumienie. 
Osiem dni później, podczas bitwy z Moskalami pod Mełchowem, młody Chmielowski, już jako podoficer, zostaje ciężko ranny – zabłąkany granat rozrywa konia, na którym jedzie, a jego wyrzuca w powietrze ze zmiażdżoną lewą nogą. Lekarz polowy podejmuje decyzję o amputacji, która odbywa się bez żadnych środków znieczulających – w jej trakcie ranny połyka cygaro. 
Zagrożony represjami po upadku powstania, Adam Chmielowski udaje się do Paryża. Tam, dzięki pomocy Komitetu Polsko-Francuskiego, sprawia sobie protezę, która jest tak dobra, że będzie mógł w przyszłości ślizgać się na łyżwach.

MALARZ
W 1865 roku, po ogłoszeniu częściowej amnestii, wraca do Warszawy i zaczyna studia w Szkole Rysunków. Rok później, po zamknięciu szkoły przez carskie władze, podejmuje studia inżynierskie w Gandawie, ale ich nie kończy. Potem jedzie do Monachium, gdzie żyje i tworzy cała kolonia polskich malarzy. W maju 1870 roku Adam Chmielowski zostaje wpisany na listę studentów słynnej monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych. Pochłania go malowanie, intensywnie się uczy, niewątpliwie ma talent. Bierze też czynny udział w życiu Polonii artystycznej, u boku tak słynnych malarzy, jak Gierymscy, Leon Wyczółkowski czy Józef Chełmoński. Swoje obrazy wystawia w Krakowie i w Warszawie. Nareszcie wydaje się, że jest na swoim miejscu – w 1874 roku kończy studia, w kolejnych latach sporo maluje i wystawia. Znany jest ze swojej życzliwej, chrześcijańskiej postawy wobec innych. Sztuka dla niego to droga poszukiwania prawdy. Czy można połączyć służbę sztuce i Bogu? Adam Chmielowski kieruje się w stronę malarstwa religijnego. W 1879 roku maluje niezwykle przejmujący obraz, przedstawiający wyszydzonego Jezusa. „Ecce homo” wciąż porusza.

DUCHOWA CIEMNOŚĆ
Wkrótce malowanie przestaje mu wystarczać i we wrześniu 1880 roku wstępuje do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi. Jednak już pół roku później ujawnia się „niebezpieczna choroba”, jak zapisano w kronikach zakonnych. Adam Chmielowski przeżywa załamanie duchowe, cierpi na głęboką depresję, trafia do szpitala. Z powodu jej ostrego przebiegu zostaje oddalony z zakonu. Przyjaciel, który odwiedzał go regularnie w zakładzie dla obłąkanych, zanotował, że Chmielowski siedział całymi godzinami na stołku malarskim z księgą na kolanach, czytał, nie odrywając oczu, nie reagował na żaden ruch. Chorym zaopiekował się brat Stanisław, który wziął go do siebie. Odwiedzająca go wówczas siostra Teresa Małgorzata, karmelitanka bosa, córka Lucjana Siemieńskiego, wspominała, że zastawała go pogrążonego w smutku, nieprzyjmującego pokarmu ani napoju, zanurzonego w wewnętrznym cierpieniu. Wszelkie sposoby wyprowadzenia go z takiego stanu były daremne: nie ruszał się z domu, nie mógł przekroczyć progu miejscowego kościoła. Tak było aż do dnia, w którym stał się świadkiem rozmowy swego brata z księdzem o Miłosierdziu Bożym. Przysłuchiwał się jej, siedząc spokojnie w pokoju. Nagle poderwał się, kazał osiodłać konia i mimo zmroku popędził na probostwo. Wyspowiadał się i powrócił odmieniony. Już nigdy więcej nie popadł w podobny stan.

BRAT ZAKONNY
Znowu maluje, zwłaszcza piękne pejzaże, jednak już wie, że to nie jest jego droga. Pod wpływem ks. Leona Pogorzelskiego staje się członkiem Trzeciego Zakonu Franciszkańskiego i jego gorliwym propagatorem na Podolu. Ta aktywność wydaje się podejrzana carskim władzom i Chmielowski musi opuścić teren Imperium Rosyjskiego. Udaje się do Krakowa, gdzie w sierpniu 1887 roku, w kaplicy loretańskiej ojców kapucynów, przywdziewa szary habit i zmienia imię na Albert. Rok później, 25 sierpnia 1888 roku, składa śluby zakonne na ręce biskupa Albina Dunajewskiego.
Mimo woli staje się w tym momencie założycielem zakonu – dzień ten jest uważany za datę założenia albertynów – Zgromadzenia Braci Albertynów Trzeciego Zakonu Regularnego Świętego Franciszka Serafickiego Posługującego Ubogim. W tym samym roku przejmuje od magistratu krakowskiego prawo i obowiązek opiekowania się ogrzewalnią miejską – noclegownią dla nędzarzy. 15 stycznia 1891 roku odbywa się uroczystość obłóczyn pierwszych siedmiu albertynek, które zajmują się bezdomnymi kobietami z ogrzewalni żeńskiej. Tę datę uważa się za dzień powstania Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim. 
Uporczywą pracą Brat Albert przemienia ogrzewalnie, będące siedliskiem nędzy, rozpusty i noclegownią kryminalistów, w prawdziwe schroniska dla biednych, gdzie mogli nie tylko znaleźć nocleg i odpowiednią pomoc, ale także nauczyć się fachu i wydobyć z ubóstwa.

KWESTARZ 
Był 7 grudnia 1888 roku, gdy o bruk krakowski zastukały podkowy konia ciągnącego za sobą wózek z bratem kwestarzem. Pojazd skierował się na plac Szczepański, gdzie stały kramy przekupek. Rozmiary pierwszej zbiórki zaskoczyły nawet samego inicjatora, który potem w sprawozdaniu pisemnym dziękował „paniom przekupkom ze Szczepańskiego placu, które choć same niebogate, udzielały nam z wielką życzliwością jarzyn”. Krakowianie dorzucali też odzież, tak iż rozpromieniony kwestarz zajechał wózkiem na podwórzec pałacu arcybiskupiego, aby pokazać swój dobytek biskupowi Albinowi Dunajewskiemu. 
Gdy Adam Chmielowski pojawił się w szarym habicie kwestarza na ulicach Krakowa, wielu myślało że ten wydelikacony esteta udaje; był przecież artystą. Kiedy jednak stało się jasne, że oddał duszę Bogu i ubogim, wielu nie mogło mu tego wybaczyć. Pewna malarka czyniła mu wyrzuty: „Jak mógł Brat porzucić malarstwo?”. Zakonnik miał jej odpowiedzieć: „Gdybym miał dwie dusze, to bym jedną z nich malował, a drugą robił wszystko inne, ale skoro mam tylko jedną, trzeba było wybrać to, co najważniejsze”. 
Mimo problemów żołądkowych jadał ze wspólnego kotła – to samo, co podopieczni. Odwiedził go kiedyś pewien bernardyn i przestrzegł: „Nie wytrzymacie długo na tak lichej strawie”. Na to Brat Albert odparł: „Mój Ojcze, inaczej być nie może, bo gdybyśmy jadali co innego aniżeli nasi bezdomni, przestaliby wierzyć temu, co mówimy, i zaczęliby przypuszczać, że spekulujemy na ich biedzie, by sobie samym dogodzić”.
Niektórzy bracia nie wytrzymywali takiej ascezy, niejeden też narzekał na władze miejskie, że nie pomagają. Gdy któryś z braci utyskiwał, że magistrat nie wypłaca zasiłków, Brat Albert stanowczo uciął: „Nie magistrat nas prosił o to, żebyśmy pracowali w ogrzewalni, ale myśmy magistrat prosili, żeby nam zechcieli zezwolić w ogrzewalni pracować. Tak jak brat my mówić nie możemy.”
Mijają kolejne lata życia w biedzie, uporczywego zabiegania o środki na utrzymanie podopiecznych, nieustającego wysiłku i szczerej troski o ubogich, w których Brat Albert widzi samego Jezusa. Są to jednocześnie lata ufnej modlitwy i prowadzenia ludzi do Boga. Przybywa współpracowników, w Tatrach powstają samotnie jako miejsca duchowego wzrostu. 
Pochłonięty służbą Bogu w ubogich, Chmielowski nie przestaje być patriotą. Wybuch I wojny światowej przyjmuje, jak wielu Polaków, z nadzieją, że przyniesie ona odrodzenie Ojczyźnie. 
Od 1915 roku Brat Albert coraz poważniej choruje. We wrześniu zostaje dotknięty częściowym paraliżem. Nie oszczędza się jednak, nadal służy najuboższym. Umiera 25 grudnia 1916 roku o godzinie 12.00, gdy dzwony biją na Anioł Pański.

ŚWIĘTY 
Zgłaszali się do Brata Alberta wszyscy, bo nędza ludzka nie znała granic: chrześcijanie i Żydzi, Polacy i obcy. Jego dobroć, a także rozmach podjętych działań wprawiały w zdumienie. Brat Albert zorganizował ogrzewalnie, otworzył wytwórnię mebli giętych, która przynosiła dochody, a także warsztat szewski, szwalnię i piekarnię na potrzeby albertynów i podopiecznych.
Gdy do ogrzewalni wchodził bezdomny w łachmanach, mówił: „Dajcie mu chleba!”. Nie wypominał nikomu, że ten pił czy kradł. Jego katecheza sprowadzała się do przypominania przykazań i pacierza. Nie szczędził natomiast miłości i nie bał się zaufać. Nic więc dziwnego, że wielu opuszczało albertyńskie schronisko jako porządni ludzie. Łącznie założył 20 przytulisk dla ubogich. 
Gdy umierał, po udzieleniu błogosławieństwa, rozległ się szloch otaczających go osób. Wtedy to Brat Albert powiedział zdecydowanie: „Co tu płakać! Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Bogu trzeba dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat”. I zmówili. Spod jego głowy wyciągnęli pakę od węgla, której używał zamiast poduszki. 
Napisała o nim s. Małgorzata Kaczmarczyk: „W odrażających postaciach włóczęgów widział okiem wiary sponiewieranego Chrystusa i pragnął otrzeć Jego twarz, jak Weronika, podeprzeć Go, jak Cyrenejczyk, towarzyszyć Mu, jak Maria”. Dlatego „tam, gdzie nie poszedłby żaden policjant, tam poszedł samotny, bezbronny człowiek o jednej nodze, bez żadnego oręża, a jedynie
z miłością w sercu i z chlebem na ot-
wartej dłoni”. ▐


Hipokryta w lustrze

Bóg potrafił posłużyć się nawet moimi słabościami


Jako ojciec szczyciłem się tym, że moje dzieci wiedziały, jakie programy telewizyjne i filmy wolno im oglądać, a jakich nie. Jednak w moim życiu był czas, kiedy sam nie stosowałem się do głoszonych przez siebie zasad.
Był to dla mnie stresujący okres. Czułem się wówczas bardzo przeciążony. Często pracowałem do późna, chodziłem na spotkania rodziców do szkoły i angażowałem się w parafii. Ten przeładowany plan nie pozostawiał wiele miejsca na odprężenie.
W końcu jednak znalazłem czas na relaks – późnym wieczorem, gdy moje dzieci i żona były już w łóżkach. Większość kanałów telewizyjnych cenzoruje zbyt prowokujące erotycznie fragmenty, dlatego byłem zaskoczony, znajdując w sklepie internetowym wersję oglądanego wcześniej programu oznaczoną literą „R”, co oznaczało, że zawiera on nagie sceny. Wkrótce odkryłem inne podobne filmy i oglądanie ich weszło mi w nawyk. Wypożyczane filmy chowałem pod siedzeniem naszej rodzinnej furgonetki, a kiedy wszyscy w domu już spali, oglądałem je po wiele razy.
Nałóg pornografii, podobnie jak rak, rozwija się powoli. Jeśli jednak nie zostanie powstrzymany, zaczyna nas trawić od wewnątrz. Mnie „pożerał” do momentu, kiedy pewnego dnia moja córka weszła do furgonetki, szukając materiałów potrzebnych jej na zbiórkę harcerską.

HIPOKRYTA W LUSTRZE
Było to w sobotę, a ponieważ jestem zapalonym golfistą, pojechaliśmy z sąsiadem na pole golfowe. Pobiłem swój życiowy wynik i nie mogłem się doczekać, kiedy podzielę się tym sukcesem z rodziną. Przyjechałem do domu, zostawiłem kije w garażu i wpadłem do kuchni. Była tam moja żona – a na blacie leżał mój film.
Żona powiedziała, że nasza córka siedzi w swoim pokoju i płacze. Przyniosła matce film ze słowami: „Miałam lepsze zdanie o moim tacie”. Moja euforia prysła natychmiast i poczułem się tak, jakby wbito mi w serce sztylet. Wejście tego dnia do pokoju córki było najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Przeprosiłem ją i obiecałem, że to się już nie powtórzy.
Przestałem wypożyczać te filmy, poszedłem do spowiedzi i uwierzyłem, że Bóg mi przebaczył. Miałem to szczęście, że przebaczyły mi również dzieci i żona. Była jednak osoba, która mi nie przebaczyła – ja sam. Przez następne dziesięć lat, patrząc na siebie w lustrze, widziałem słowo „hipokryta”, wypisane na swoim czole. Byłem sobą zniesmaczony, wciąż czułem się winny i było mi wstyd na myśl o tym, że moje życie było dalekie od tego, co głosiłem. Cokolwiek mówiłem czy czyniłem, świadomość tego, co zrobiłem, pozostawała wyryta w moim sercu.

„BOŻE, ODDAJĘ CI MOJE UPADKI”
Pewnego dnia zadzwonił do mnie przyjaciel, który znał całą sprawę. Powiedział mi, że nasza diecezja wdraża program mający na celu zapobieganie i wychodzenie z uzależnienia od pornografii. Poszukiwano osoby, która zgodziłaby się nagrać swoją historię na wideo. Miało być ono pokazywane na wszystkich Mszach w Pierwszą Niedzielę Wielkiego Postu. „Czy mógłbyś opowiedzieć, jak to było z tobą?” – zapytał.
Przez głowę przemknęła mi wizja funkcjonowania odtąd w całej archidiecezji jako „ten od pornografii”. Naprawdę nie miałem ochoty ujawniać swoich najbardziej kompromitujących słabości przed całym katolickim światem. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym zapytałem przyjaciela, co on by zrobił na moim miejscu. Po chwili ciszy odparł: „Najpierw bym się pomodlił. A potem zrobiłbym to, co Jezus by zrobił”.
Poszedłem za jego radą i tego samego dnia odbyłem rozmowę z Jezusem. Wyznałem Mu, że nie mam zadatków na bohatera. Nie mam szans na to, by wystawiono mi pomnik za zasługi dla kraju w czasie wojny czy nazwano moim imieniem budynek za odkrycie leku na śmiertelną chorobę. „Skoro jednak – powiedziałem Jezusowi – nie mam żadnych osiągnięć, którymi mógłbyś się posłużyć, daję Ci pozwolenie na wykorzystanie moich słabości”. Przypomniałem też sobie, jak Jezus pozwolił Ojcu wykorzystać swoją rzekomą klęskę – swoją śmierć na krzyżu – aby wyprowadzić z niej zmartwychwstanie i nowe życie.
To właśnie w tym momencie łaski udało mi się wreszcie zapomnieć o sobie. Ogromny ciężar, jaki spadł mi z ramion, był nie do opisania. Zrozumiałem, czego Jezus ode mnie oczekuje. Po naradzeniu się z żoną i dziećmi zgodziłem się opowiedzieć swoją historię przed kamerą. Kiedy pokazano film podczas Mszy w archidiecezji, obejrzał go między innymi mężczyzna, który właśnie wyszedł
z więzienia po odsiedzeniu wyroku za rozpowszechnianie pornografii. Natychmiast dołączył do grupy wsparcia, a później założył organizację mającą na celu pomoc takim osobom jak on. A jest to tylko jedna historia!

NOWINA O PRZEBACZENIU
Duch Święty działa w zadziwiający sposób! Wkrótce po tym doświadczeniu uświadomiłem sobie na modlitwie coś absolutnie zaskakującego. Przez dziesięć lat uważałem się za hipokrytę, ponieważ na pozór prowadziłem czyste życie, podczas gdy w tajemnicy oglądałem filmy pornograficzne. Jednak Duch Święty pokazał mi, że moja prawdziwa hipokryzja leżała zupełnie gdzie indziej. Polegała na tym, że chociaż wyznałem swój grzech i przyjąłem Boże przebaczenie, to nie chciałem wybaczyć samemu sobie. Byłem hipokrytą, gdyż wyznaczyłem sobie własną normę przebaczenia, stawiając ją ponad tą, którą wyznaczył mi Zbawiciel. Gdy sobie to wreszcie uświadomiłem, uznałem Boże przebaczenie za rzeczywiste i kompletne, uzyskane przez śmierć Jezusa i przyjęte dzięki mojej osobistej skrusze.

NIESKOŃCZONA MIŁOŚĆ BOGA
Nauczając uczniów o przebaczeniu, Jezus powiedział: „Jeśli nie przebaczycie ludziom, Ojciec wasz nie przebaczy wam także waszych przewinień” (Mt 6,15). Teraz wiem, że dotyczy to również przebaczenia samemu sobie. Wciąż jest to dla mnie wyzwaniem, ale próbuję pamiętać o tym, że nie ma tak wielkiego grzechu, aby Jezus nie chciał czy nie mógł go nam przebaczyć. Przecież po to właśnie umarł na krzyżu, aby otworzyć nam drogę powrotu do Ojca! A ponieważ wiedział, że dalej będziemy grzeszyć, pozostawił nam sakrament pojednania. Cieszy się za każdym razem, gdy do niego przystępujemy, by przyjąć Jego nigdy niewyczerpane przebaczenie. ▐

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 8 (288) 2017 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO SIERPNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Sierpniowy numer „Słowa wśród nas” zatytułowany „Łaska i trud braterstwa” poświęcony jest relacjom miedzy braćmi. Posiadanie brata jest niewątpliwie łaską, jednak relacje braterskie bywają trudne, a rany zadane przez brata – szczególnie bolesne. Gdy udaje się je uleczyć i z Bożą pomocą odnowić braterskie więzi i doprowadzić do pojednania jest to wielka radość. Takie historie znajdujemy w Księdze Rodzaju. O dwóch z nich – Kaina i Abla oraz Józefa i jego braci – opowiadają trzy artykuły napisane przez doświadczonego rekolekcjonistę, ks. Adama Kiełtyka, zatytułowane: „Rodzinny dramat”, „Rozdarta rodzina”, „Droga ku pojednaniu”.
W Magazynie znajduje się artykuł o św. Bracie Albercie – Adamie Chmielowskim i jego wyborze tego, co najważniejsze oraz dwa poruszające świadectwa.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny, krzyżówkę oraz omówienie polecanej przez nas lektury. Tym razem są to dwie urocze i mądre, prześlicznie ilustrowane książeczki dla dzieci z serii „Pomocne elfy”: „Mój przyjaciel Bóg. Poradnik dla dzieci” i „Jak dobrze być sobą. Słów kilka o poczuciu własnej wartości”.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Rodzinny dramat
Kain i Abel – ks. Adam Kiełtyk................................... 4

Rozdarta rodzina
Jakub i jego synowie – ks. Adam Kiełtyk................... 10

Droga ku pojednaniu
Uleczone braterstwo – ks. Adam Kiełtyk................... 15

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 sierpnia.................. 21

MAGAZYN

Brat Albert
Wybrać to, co najważniejsze – Agnieszka Syska.................. 49

Hipokryta w lustrze
Bóg potrafił posłużyć się nawet moimi słabościami
Frank Boos.................. 55

Moja sprawa beznadziejna
Bóg przeprowadził mnie od rozpaczy do wiary
Jess Rico Martinez.................................................. 58

Nasze lektury............................................................. 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

ARTYKUŁY:

Art. 2:
Rozdarta rodzina

Jakub i jego synowie

Historia Jakuba i jego rodziny zamyka pierwszą księgę Biblii. W powiązaniu z historią Kaina i Abla tworzy zatem klamrę, która spina Księgę Rodzaju. W obu opowiadaniach niezwykle istotny jest temat braterstwa, a dokładniej, reguły, które prowadzą do rozwoju lub zniszczenia więzi między braćmi. 
Historia dwóch pierwszych braci kończy się tragicznie, natomiast historia synów Jakuba znajduje swój szczęśliwy finał. Nie brak w niej jednak trudnych momentów, o włos nie dochodzi również do bratobójstwa. Narrator nie koloryzuje relacji między braćmi, przeciwnie, opisuje historie, w których braterstwo, mimo więzów krwi, które powinny zrodzić solidarność, staje się miejscem problemów, napięć, konfliktów, zazdrości i okrutnej przemocy. 
Braterstwo jest relacją narzuconą, która wynika z faktu, że ma się tych samych rodziców. Stąd bycie bratem nie pochodzi z wyboru, ale dokonuje się na drodze przyjęcia. Istnieją więc dwie możliwości: akceptacja lub odrzucenie. Zaakceptowanie brata musi się zmierzyć z jego innością i to właśnie rodzi liczne problemy. Różnica między ludźmi, także między braćmi, jest zapisana w pierwotnym planie Boga i doświadczana przez nas jako próba. Z jej powodu z łatwością wybuchają konflikty, a jednomyślność i zgoda, jawią się jako bardzo kruche, łatwe do zanegowania. Braterstwo jest więc miejscem trudnych relacji, gdzie odmienność drugiego może stać się przyczyną zazdrości, uprzedzeń, strachu czy faworyzowania.

ZABURZONE RELACJE ŹRÓDŁEM KONFLIKTÓW
Historia Józefa to historia rodziny, która przeżyła głębokie podziały, poznała, co to nienawiść i zazdrość, ale też doświadczyła niespodziewanego pojednania. Józef nie jest całkowicie bez winy, bracia nie są źli do końca, Jakub nie jest pozbawiony odpowiedzialności za to, co dzieje się między synami. Braterstwa nie buduje się bowiem jedynie w linii horyzontalnej, między braćmi, jego nieodzownym elementem jest również linia wertykalna, która łączy ojca z synami. Brat może stać się kozłem ofiarnym, na którego przenosi się swoje żale z powodu braku akceptacji ze strony ojca. Jakubowe preferencje względem Józefa drażniły z pewnością do bólu pozostałych braci, stając się powodem wzrastającej frustracji i nienawiści. Nieumiejętność budowania dobrych relacji między wszystkimi członkami rodziny była jednym z czynników, który zasiał ziarno nienawiści względem faworyzowanego przez ojca brata.
U podstaw niezgody w rodzinie leży zatem niewłaściwa miłość Jakuba do Józefa, miłość, która oddziela go od braci, zamiast łączyć z nimi. Objawem tego rozdarcia są zabójcze słowa, szemrania i plotki krążące między członkami rodziny. Za sprawą języka – ujęcia uczuć w słowa – dokonuje się spotkanie. Dochodzi do niego, jeśli wypowiadane słowo jest autentyczne i przyjęte z ufnością przez drugiego. Jeśli tak nie jest, język staje się morderczą bronią, która niszczy relacje. 
Nikt w rodzinie Jakuba nie rozmawia prawdziwie z innymi. Od samego początku słyszymy o donoszeniu na siebie: „Józef jako chłopiec siedemnastoletni wraz ze swymi braćmi, synami żon jego ojca Bilhy i Zilpy, pasał trzody. Doniósł on ojcu, że źle mówiono o tych jego synach” (Rdz 37,2); o słowach, które wzbudzają nienawiść: „Pewnego razu Józef miał sen. I gdy opowiedział go swym braciom, ci zapałali jeszcze większą nienawiścią do niego” (Rdz 37,5, por. Rdz 37,8.11); o karceniu: „A gdy to powiedział ojcu i braciom, ojciec skarcił go, mówiąc: «Co miałby znaczyć ów sen? Czyż ja, matka twoja i twoi bracia mielibyśmy przyjść do ciebie i oddawać ci pokłon aż do ziemi?»” (Rdz 37,10); o planowaniu zabójstwa: „mówiąc między sobą: «Oto tam nadchodzi ten, który miewa sny! Teraz zabijmy go i wrzućmy do którejkolwiek studni, a potem powiemy: Dziki zwierz go pożarł. Zobaczymy, co będzie z jego snów!»” (Rdz 37,19-20); o kłamstwach i obłudzie: „po czym tę szatę posłali ojcu. Ci zaś, którzy ją przywieźli, rzekli: «Znaleźliśmy ją. Zobacz, czy to szata twego syna, czy nie»” Rdz 37,32). 
Żaden z członków rodziny nie jest bez winy, każdy miał swój wkład w rozpad relacji. Istnieją także motywy łagodzące odpowiedzialność każdego: Jakub utracił ukochaną żonę Rachelę, bracia cierpią na skutek wybraństwa Józefa, Józef czuje się odepchnięty przez swoich braci. Można powiedzieć, że wszyscy bohaterowie opowiadania skupiają się na własnych zranieniach i pragnieniach, nie biorąc pod uwagę perspektywy innych. Jedynie wczucie się w sytuację drugiego, w jego sposób myślenia, może rozbić egoistyczne postawy.

ZRANIONE BRATERSTWO
Józef jest nie tylko ukochanym dzieckiem Jakuba, ale miewa również szczególne sny (Rdz 37,5-11). Ich opowiadanie potęguje jeszcze bardziej nienawiść u braci. Tak naprawdę to nie sny wywołują zazdrość braci, ale szczególna miłość Jakuba do Józefa, dziecka ukochanej Racheli, sny pogarszają jedynie sytuację. Bracia postrzegają uprzywilejowaną pozycję Józefa jako własną stratę. Miłość jest rozumiana przez nich na sposób ilościowy: im więcej dla jednego, tym mniej dla drugiego. Nie pojmują, że każdy może być ukochany tą samą miłością, ale w różny sposób. Rodzinne relacje nie rządzą się prawem to samo i tak samo dla każdego, ale to samo i różnie dla każdego. Miłość zakłada całkowitość (to samo), ale objawia się w różnych formach (różnie). Rodzicielska miłość jest zawsze narażona na niebezpieczeństwo przekształcenia różnicy w preferencję. Harmonijny wzrost rodziny zależy zatem od umiejętnego przeżywania poszczególnych relacji w duchu poszanowania i jedności. Każde dziecko jest inne, ale przynależy do tej samej rodziny.
Bracia interpretują sny Józefa według własnych zranień, nie widzą w nich możliwości zjednoczenia rodziny. Ciekawe, że Józef opowiada jedynie sen, ale nie daje żadnego wyjaśnienia. Zła interpretacja pogłębia zawsze podziały i kończy się oddaleniem jednych od drugich – bracia odeszli sami paść trzody. Być może Jakub zdaje sobie sprawę z pęknięcia, jakie powstało w jego rodzinie. Po odejściu synów na odległe pastwiska wysyła Józefa, aby się dowiedzieć, czy dobrze im się wiedzie (Rdz 37,14). Jest to pierwszy krok, który w oczach ojca miał doprowadzić do pojednania członków rodziny. Wyruszenie Józefa na poszukiwanie braci bierze początek z posłuszeństwa ojcu, ale później staje się jego osobistym wyborem. Kiedy Józef zaczyna się błąkać, spotyka pewnego człowieka, który zadaje mu pytanie: kogo szukasz? Osoba tego nieznajomego, który pierwszy rozpoczyna rozmowę i kieruje Józefa na właściwą drogę, wprowadza w całą historię wątek nieprzewidywalności, co jest znakiem Bożej Opatrzności. Józef odpowiada: „Szukam moich braci” (Rdz 37,16). Ta odpowiedź objawia pragnienie jego serca i staje się nicią przewodnią całej historii jego życia. Aby jednak odnaleźć swoich braci, Józef musi iść w inne miejsce, niż wskazał mu ojciec. W ten sposób pragnienie Józefa wykracza poza pragnienie Jakuba i staje się fundamentem jego własnej historii. Józef otwiera się na wskazówki tajemniczego człowieka i podąża za braćmi. Zmienia swoją pozycję w stosunku do nich: nie jest już pierwszym, ale ostatnim, podąża za nimi. Zajmuje właściwe miejsce, tj. młodszego brata, i odnajduje swoich braci.

PRAWDZIWY KOSZMAR
Niestety, w tym momencie historia zamienia się w koszmar: bracia nie wiedzą o zmianie Józefa i postanawiają się go pozbyć. I tu w biblijnej opowieści następuje zmiana narratora. Dalsza historia jest opowiadana z pozycji braci. Nie widzą oni w Józefie brata: nie nazywają go jego imieniem, ale mówią o nim: „ten, który miewa sny” (Rdz 37,19). Jest dla nich obcy, utożsamiany z tym, co wywołuje u nich złość i prowadzi do spisku. Zanim jeszcze zbliżył się do nich, postanawiają go zabić. Wymyślają historię z dzikim zwierzem, która ma nie tylko dostarczyć im alibi, ale również uderzyć w ojca. W ten sposób jednak przygotowują grunt pod urzeczywistnienie się snów Józefa: „Zobaczymy, co będzie z jego snów!” (Rdz 37,20). Dla nich sny Józefa były prawdziwym koszmarem, teraz mają okazję sprawić, aby stały się koszmarem również dla niego. 
Swój makabryczny plan rozpoczynają od zdarcia z Józefa tuniki. Ofiarowana mu przez ojca długa szata z rękawami była widocznym znakiem jego wybraństwa, stąd musiała działać na nich jak czerwona płachta na byka. Ruben i Juda wyłamują się jednak z zamysłu zabicia brata. Być może zdają sobie sprawę, że braterska krew nie da im nigdy spokoju. Zbrodnicza tajemnica jednoczy jedynie siłą strachu, nie może być podstawą prawdziwej więzi braterskiej. Ostatecznie Józef zostaje wrzucony do suchej studni. Nie utonie, ale umrze z pragnienia. 
Bracia zachowują się nie tylko bestialsko, ale też cynicznie: zasiadają do posiłku. Wspólne jedzenie jest zawszą oznaką jedności. Tym razem ten gest komunii wiąże się z wykluczeniem brata. Niespodziewanie pojawia się karawana Madianitów, którym – za namową Judy – sprzedają brata. Nawet jeśli jest to jakieś rozwiązanie, to nie zmienia ono faktu, że bracia wykraczają przeciw prawu Bożemu w sposób bardzo ciężki: „Kto by porwał człowieka i sprzedał go, albo znaleziono by go jeszcze w jego ręku, winien być ukarany śmiercią” (Wj 21,16). 
Bracia nie musieli zawiadamiać ojca o śmierci Józefa. Nie mogli bowiem wiedzieć, że ojciec posłał go do nich. Jednak z premedytacją wysyłają ojcu zakrwawioną szatę. Chcą, aby stała się powodem cierpienia również dla Jakuba, tak jak była niegdyś dla nich. Ciekawe, że Jakub sam będzie musiał zinterpretować ten znak. W ten sposób zostanie on sam oszukany za sprawą krwi kozła, jak niegdyś dzięki skórkom koźląt oszukał swojego ojca Izaaka, kradnąc błogosławieństwo pierworodnego swemu bratu Ezawowi. Oszust staje się ofiarą oszustwa. Prawdziwa ironia losu, chociaż sytuacja jest o wiele bardziej okrutna.

FAŁSZYWY POKÓJ
Celem braci było odzyskanie uznania ojca. Myśleli, że gdy pozbędą się Józefa, uczucia Jakuba zwrócą się ku nim. Popełnili zło, aby wyswobodzić się ze złej relacji. Szybko się jednak okazało, że nie jest to możliwe. Jakub popada w rozpacz, nie chce być przez nich pocieszony: „Jakub rozdarł swoje szaty, a potem przepasał biodra worem i opłakiwał syna przez długi czas. Gdy zaś wszyscy jego synowie i córki usiłowali go pocieszać, nie słuchał pociech, mówiąc: «Już w smutku zstąpię za synem moim do Szeolu». I ojciec jego nadal go opłakiwał” (Rdz 37,34-35). Pojednanie nigdy nie nastąpi za cenę wykluczenia. Prawdziwy pokój osiąga się na drodze przebaczenia, akceptacji, integracji. W rodzinie Jakuba nie ma warunków, aby zagościł pokój, bo wszystko jest zbudowane na kłamstwie. Nienawiść i zazdrość zostały zastąpione rozpaczą i pustką. Cała rodzina będzie musiała przejść jeszcze długą drogę, aby zrozumieć swoje błędy i doświadczyć upragnionego pokoju. ▐

Art. 3:
Droga ku pojednaniu 
Uleczone braterstwo

Pozbycie się Józefa nie przyniosło pokoju w rodzinie Jakuba. Bracia sami „wpadli do pustej studni” i oddalili się jeszcze bardziej od ojca. Historia rodziny nie kończy się jednak dramatem. Pan Bóg wspiera Józefa w jego niedoli, czyniąc go rządcą całego Egiptu, ale przede wszystkim sprawia, że ten człowiek o miłosiernym sercu doprowadzi do pojednania rodziny. 
Kolejne rozdziały Księgi Rodzaju (39-44) opowiadają, w jaki sposób zostaje przezwyciężone zło, które zakaziło rodzinne relacje. Proces pojednania wymaga wiele czasu. Rodzina Jakuba potrzebowała około 20 lat, aby na nowo spotkać się przy wspólnym stole. Kiedy panuje niezgoda, kiedy relacje są skażone zazdrością, nie można myśleć, że uzdrowienie nastąpi w krótkim czasie.
Pojednanie buduje się czasami długimi latami i jego wynik nie jest nigdy z góry przesądzony. Ten proces musi objąć wszystkich członków rodziny. Nie polega on na ucieczce od zła, na znalezieniu miejsca, w którym będzie się od niego wolnym. Józef po początkowych trudnościach mógł się w pełni zadowolić nowym życiem, założył swoją rodzinę, mógł liczyć na wszystkie wygody w Egipcie. Pokój serca nie jest jednak możliwy, jeśli nasza historia jest poraniona wewnętrznymi rozdarciami. Zło może zostać przezwyciężone jedynie poprzez ponowne stanięcie z nim twarzą w twarz. Trzeba się z nim zmierzyć, by je przezwyciężyć. Historia Józefa pokazuje, że nie można usunąć zła bez ponownego przeżycia sytuacji, w których wcześniej popełniło się błędy.

SPRAWIEDLIWY WŚRÓD ZŁOCZYŃCÓW
Sprzedany przez braci Józef trafia do domu Potifara. Bardzo szybko znajduje się w sytuacji, która przypomina tę z rodzinnego domu. Staje się zarządcą domu swego pana, który obdarza go bezmiernym zaufaniem – przypomina to jego relację z ojcem. W odróżnieniu od przeszłości jego uprzywilejowana pozycja nie staje się pretekstem do zajęcia pierwszego miejsca. Józef odrzuca zaloty żony Potifara i odmawia współżycia z nią. Akceptuje swoje miejsce, nie wchodzi w grę kobiety, nie jest zazdrosny o swego pana. Ucieka nagi przed lubieżną kobietą. Nagość Józefa potwierdza jego niewinność i przypomina nagość pierwszych rodziców przed grzechem. W obliczu fałszywych oskarżeń Józef nie broni się. Z jednej strony jest to oznaką zdrowego rozsądku – Potifar nie mógłby uznać racji niewolnika. Z drugiej strony Józef nie chce nakręcać spirali zła – wie, że wybawienie osiąga się na drodze dobra. Zatrzymuje zło na sobie, nie pozwala, aby się rozprzestrzeniało i niszczyło wszystko dookoła. Zostaje wtrącony do więzienia, sprawiedliwy wśród złoczyńców. 
Być może w tym momencie przeżywa koszmar podobny do tego, jaki przeżył, kiedy bracia wrzucili go do studni. W tej trudnej sytuacji „Pan był z Józefem i okazał mu łaskę, tak iż zjednał on sobie życzliwość naczelnika więzienia” (Rdz 39,21). Bóg upewnia go w ten sposób, że jest na właściwej drodze. Nie zostaje szybko wybawiony z więzienia, ale otrzymuje dar wyjaśniania snów. Interpretuje sny współwięźniów – podczaszego i nadwornego piekarza; jednemu zapowiada rychłe uwolnienie, przed drugim nie zasłania trudnej prawdy, wiedząc, że kłamstwo przynosi zawsze większe cierpienie. Józef pozostaje w więzieniu jeszcze dwa lata, a okazją do uwolnienia stają się niepokojące i niezrozumiałe sny faraona. Właśnie wtedy przypomina sobie o Józefie podczaszy i wyznaje swój grzech zapomnienia względem niego. 
Od wyjaśnienia znaczenia snów faraonowi rozpoczyna się dla Józefa dobra passa. W krótkim czasie robi zawrotną karierę, staje się rządcą całego Egiptu, żeni się z Asenat, córką kapłana Poti Fera, i rodzą mu się dwaj synowie. Nadając imiona swoim synom, pragnie zamknąć za sobą trudne rozdziały swojego życia i rozpocząć wszystko od nowa: „Józef dał swemu synowi pierworodnemu imię Manasses. Mówił bowiem: «Dał mi Bóg zapomnieć o całym moim utrapieniu i o całym domu mego ojca». A drugiego nazwał Efraim, mówiąc: «Uczynił mnie Bóg płodnym w kraju mojej niedoli»” (Rdz 41,51-52). Jednak Pan Bóg ma inny zamysł i wystawia Józefa na najtrudniejszą próbę. Ma spotkać swoich braci – prawdziwych złoczyńców – i odnaleźć wraz z nimi zagubione braterstwo.

PIERWSZE SPOTKANIE
Kiedy w Kanaanie zapanował głód, Jakub wyrzucał swoim synom bierność, widząc, że błąkają się bez celu, zamiast zająć się naglącym problemem. Gdy dowiedział się, że w Egipcie jest zboże, „rzekł do swoich synów: «Czemu się oglądacie jeden na drugiego?»” (Rdz 42,1). Pokazuje to, że relacje w rodzinie wcale nie zmieniły się od czasu zniknięcia Józefa. Ponagleni przez ojca, bracia wyruszają do Egiptu.
Podczas spotkania z Józefem padają przed nim na twarz, nie rozpoznając w nim brata. Józef nie daje się im poznać, ponieważ nie jest to okoliczność, w której można by zbudować prawdziwe relacje. Przebaczenie nie jest aktem zwycięzcy nad przegranym. Gestem pojednania jest braterskie objęcie, a nie służalcze padnięcie do stóp. W tym momencie pojednanie nie jest jeszcze możliwe, jednak Józef jest gotowy, aby rozpocząć trudny proces pojednania. U źródeł jego gotowości nie leży jednak zwykła tęsknota za rodziną, ale świadomość tego, czego Bóg dokonał w jego życiu, przemieniając zło w dobro. Józef przebacza swoim braciom, nie dlatego, że na to zasługują, ale dlatego, że Bóg na to zasługuje.
Józef obmyśla strategię, która pomoże braciom uznać popełnioną winę i odnaleźć drogę pojednania. Zostają więc za jego sprawą wtrąceni do więzienia na trzy dni, aby doświadczyć tego, co on sam przeszedł w niewoli. W sposób niesprawiedliwy pozbawieni wolności, przeżywają lęk i niepewność. To nieszczęście ma stać się dla nich sposobnością do uznania grzechu popełnionego względem Józefa. Doświadczenie na własnej skórze jawnej niesprawiedliwości ma im uzmysłowić, jak wielkie zło uczynili swemu młodszemu bratu i jak bardzo musiał on cierpieć. Tylko prawda może odjąć złu jego niszczycielską siłę. Jeśli Jakub potrzebuje do życia chleba, to Józef potrzebuje prawdy.

JÓZEF, NASZ BRAT
Surowa pedagogia Józefa powoli przynosi efekty. W więzieniu bracia zaczynają mówić między sobą: „Ach, zawiniliśmy przeciwko bratu naszemu, patrząc na jego strapienie, kiedy nas błagał o litość, a nie wysłuchaliśmy go! Dlatego przyszło na nas to nieszczęście” (Rdz 42,21). Po raz pierwszy mówią o Józefie jako o swoim bracie wtedy, kiedy uznają swój grzech. Ich wina polegała na niesłuchaniu błagań Józefa, na tym, że okazali się bez serca. Przemoc, której kiedyś użyli przeciw bratu, teraz spadła na nich samych. Przeżywają ten sam lęk, który był niegdyś udziałem Józefa. Ze sprawcy stają się ofiarą. Po trzech dniach Józef uwalnia ich, daje im zboże, zatrzymuje jednak jako zakładnika Symeona i każe przyprowadzić do Egiptu najmłodszego z nich – Beniamina. Bracia wracają do ojca, który wyrzuca im, że stracili brata. W ten sposób przeżywają konsekwencje swojej zbrodni względem Józefa. 
Jakub nie godzi się jednak na wysłanie z nimi Beniamina. Nie jest uzdrowiony z nadmiernego przywiązania do synów ukochanej Racheli. Plan Józefa polega także na odłączeniu od ojca umiłowanego dziecka, tak aby cała rodzina uczestniczyła w rozwiązaniu trudnej sytuacji. Szczególna miłość Jakuba względem jednego z synów dzieli braci, podczas gdy ojcowska miłość powinna być fundamentem ich jedności. 
Kiedy jednak głód znowu zagraża rodzinie, Jakub ponownie wysyła synów do Egiptu. Główną postacią staje się Juda. Błaga on ojca, aby pozwolił Beniaminowi iść z nimi, tak jak kazał zarządca Egiptu. Juda bierze na siebie odpowiedzialność za najmłodszego brata. Jakub musi powierzyć jego opiece Beniamina, przestać go wyróżniać i nadmiernie chronić. Musi zaufać swoim synom, w przeciwnym razie głód zabije całą rodzinę. Ojciec nie może patrzeć na synów przez pryzmat popełnionych przez nich błędów, ale musi dać im nową szansę. Juda przypomina ojcu o jego odpowiedzialności względem wszystkich, nie uchyla się jednak od własnej. Czyni się odpowiedzialnym za los swojego brata. W ten sposób przeciwstawia się postawie Kaina, który nie chciał być stróżem swojego brata (Rdz 4,9).
W tej gotowości poświęcenia życia Juda różni się także od najstarszego brata, Rubena, który za zło wyrządzone Józefowi obwinił wszystkich braci. 
Kiedy Beniamin zostaje niesłusznie oskarżony, bracia mają możliwość pozbycia się drugiego ukochanego syna Jakuba. Tym razem wybierają jednak drogę braterstwa, stają się solidarni z najmłodszym, są gotowi zająć jego miejsce. Juda zabiera głos, aby opowiedzieć Józefowi historię ich rodziny. Jest gotowy na wszystko, aby uratować brata i zaoszczędzić ojcu cierpienia. Juda akceptuje swojego ojca takim, jakim jest, nawet jego nadmierną miłość do najmłodszego syna. Odrzuca zazdrość, jest gotów pogodzić się z niesprawiedliwą miłością ojca, byle tylko zapewnić bratu życie.
Z opowiadania Judy Józef dowiaduje się, jak ojciec wytłumaczył sobie jego zniknięcie, słyszy o niezmiernym cierpieniu Jakuba. Juda mówi również o szczególnej więzi, jaka łączy ojca z Beniaminem, i gorąco za nim oręduje. Odwołuje się do przysięgi danej ojcu, jest gotów zastąpić brata i zostać w jego miejsce niewolnikiem, byle tylko Beniamin mógł wrócić do ojca. Juda zrozumiał konsekwencje niegdyś popełnionego zła, kiedy zobaczył, jak wiele bólu zadało ono Jakubowi. Nie chce już więcej widzieć ojca zdruzgotanego cierpieniem. Zło dokonane i zło możliwe przemieniły serce Judy.

PRZEZWYCIĘŻONE ZŁO
W końcu dochodzi do długo oczekiwanego momentu pojednania. Józef wybucha głośnym płaczem i ściska swoich braci: „I całował Józef wszystkich swych braci, płacząc wraz z nimi. A potem bracia jego z nim rozmawiali” (Rdz 45,15). Oznaką pojednania jest zdolność dialogu. Słowo staje się nośnikiem prawdy, a nie narzędziem niszczenia. Wcześniej bracia nie rozmawiali ze sobą: „Bracia Józefa, widząc, że ojciec kocha go bardziej niż ich wszystkich, tak go znienawidzili, że nie mogli zdobyć się na to, aby przyjaźnie z nim rozmawiać” (Rdz 37,4). Dzięki specjalnej pedagogii Józefa cała rodzina po raz pierwszy się zjednoczyła. Każdy musiał przejść swoją własną drogę oczyszczenia. Józef zrozumiał, że bycie uprzywilejowanym ma prowadzić do służby. Bracia odkryli, że zazdrość i kłamstwo pomnażają jedynie wewnętrzne cierpienie. Jakub musiał zaufać swoim synom i wyzbyć się okazywania nadmiernego przywiązania do jednego z nich. 
Mimo szczęśliwego finału proces pojednania nie jest jeszcze zakończony. Wiele lat później, po śmierci ojca, bracia ponownie udają się do Józefa, aby jeszcze raz prosić go o przebaczenie. Powołują się na słowa ojca proszącego o darowanie ich nieprawości. Boją się, że skoro zabrakło ojca, Józef odpłaci im za dawne krzywdy. Przecież niegdyś Juda, właśnie opowiadając o cierpieniu ojca, doprowadził do płaczu Józefa. Nie są pewni więzi odrodzonego braterstwa, obawiają się, że wraz ze śmiercią ojca mógł zniknąć również powód ich ocalenia. Sama historia rodu dostarczała powodów do takiego myślenia. Ezaw, któremu Jakub skradł błogosławieństwo, poprzysiągł bowiem zemstę po śmierci ojca: „Ezaw znienawidził Jakuba z powodu błogosławieństwa, które ten otrzymał od ojca, i taki powziął zamiar: «Gdy nadejdą dni żałoby po moim ojcu, zabiję mego brata, Jakuba»” (Rdz 27, 41).

WYPEŁNIENIE BOŻEGO PLANU
Józef jednak nie odstępuje od swojej pierwotnej decyzji. Racją przebaczenia jest nie tylko miłość do ojca, ale przede wszystkim posłuszeństwo Bogu i Jego Opatrzności. Józef w żadnym wypadku nie chce zająć miejsca Boga jako sędziego i głównego autora wydarzeń. Stara się jedynie odczytać, jakie miejsce Bóg mu przypisał w swoim planie. Rozumie, że jego władza ma służyć ratowaniu życia, a nie osobistej zemście. Służba braciom staje się wypełnieniem Bożego planu, w którym zło zostaje ostatecznie przezwyciężone: „Wy niegdyś knuliście zło przeciwko mnie, Bóg jednak zamierzył to jako dobro, żeby sprawić to, co jest dzisiaj, że przeżył wielki naród” (Rdz 50,20). Znowu słowo staje się potwierdzeniem przebaczenia, wyrazem dobrych relacji między Józefem i jego braćmi: „«Nie bójcie się: będę żywił was i dzieci wasze». I tak ich pocieszał, przemawiając do nich serdecznie” (Rdz 50,21). 
Ciekawe jest, że nie znamy odpowiedzi braci. Być może w ten sposób narrator chce zachęcić czytelnika, aby to on sam dał odpowiedź. Proponuje nam, byśmy przyjęli interpretację tej bolesnej historii o rozdarciu i pojednaniu, jaką podał Józef. Mamy nie poddawać się mocy zła (zemsta), ale przeciwstawić się mu siłą dobra (przebaczenie). Pan Bóg będzie zawsze po stronie tych, którzy zwyciężają zło dobrem (Rz 12,21). Najdobitniejszym tego przykładem jest historia Jego Syna, który w obliczu zdrady przebaczył wszystkim. Historia Józefa jest zapowiedzią historii Jezusa i Jego braci… ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ

Wtorek, 1 sierpnia
Mt 13,36-43
Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa. (Mt 13,38)
Ogrodnicy czasem sadzą bardzo blisko siebie różne gatunki roślin: paprykę i marchew czy fasolę i pomidory. Nazywa się to uprawą współrzędną. Mogłoby się wydawać, że rośliny te będą konkurowały ze sobą o przestrzeń do życia, światło słoneczne czy wodę, w rzeczywistości jednak ich połączenie jest obopólnie korzystne. Na przykład jedna roślina odstrasza szkodniki, a dru-
ga osłania przed gorącem.
Z dzisiejszej Ewangelii dowiadujemy się, że także dzieci Boże są „zasiewane” w bliskim sąsiedztwie – i to wcale niekoniecznie obok świętych! Na pozór wydawałoby się, że niektóre z nich należy rozdzielić – jednak Bóg wie lepiej. Być może rozdzielenie wyrządziłoby więcej szkody niż dobra. W planie Bożym zasiewanie ziaren królestwa jest zarazem rozszerzaniem Ewangelii na cały świat.
Także twoje życie jest zasianym przez Boga ziarnem Jego królestwa. Gdzie zostałeś zasiany? Przede wszystkim w swojej własnej rodzinie. Ale może także w miejscu pracy, paczce przyjaciół czy drużynie siatkówki. W jakimkolwiek środowisku się obracasz, Bóg daje ci wiele sposobności do kontaktów osobistych, w których możesz być świadkiem Ewangelii. Wystarczy, że pozwolisz Mu działać.
Ewangelizacja poprzez osobiste kontakty łączy się z przyjaźnią – polega na otwarciu się na drugiego człowieka. Wymaga to poświęcenia innym czasu – także tym, którzy się od ciebie różnią! Widząc, jak zmagasz się z tym, co cię spotyka – także z życiowymi burzami – mogą zobaczyć, jak działa w tobie łaska Boża, jak Bóg przemienia twoje życie.
Jeśli rzeczywiście będziesz miał w sobie radość i dobroć, ludzie szybko to zauważą. Twoje słowa, płynące z serca, mają większe znaczenie, niż sądzisz. Bóg może przemówić przez twoje usta, by pociągnąć kogoś do siebie. Im bardziej będziesz otwarty na innych, tym większy będzie twój wpływ na nich.
Nie zapominaj też, że Bóg będzie posługiwał się innymi, aby tobie pomóc wzrastać. Będzie objawiał ci przez nich to, czego jeszcze nie wiesz o Jego królestwie. Może nawet przemówić do ciebie przez ludzi, po których się tego zupełnie nie spodziewasz.
„Panie, uczyń z mego życia ziarno Twojego królestwa”.
Wj 33,7-11; 34,5-9.28
Ps 103,6-13

Niedziela, 6 sierpnia
Przemienienie Pańskie
Mt 17,1-9
Tam przemienił się wobec nich. (Mt 17,2)
Jaśniejący Mesjasz, nadprzyrodzone wizje, podróżujący w czasie bohaterowie z przeszłości i głos przemawiający z obłoku – przemienienie Jezusa jest zdecydowanie jedną z najbardziej wstrząsających scen w całej Ewangelii. Znamy dobrze tę historię – Jezus bierze Piotra, Jakuba i Jana na wysoką górę, gdzie przemienia się na ich oczach.
Tak często traktujemy pogłębianie wiary jako coś, co jest po prostu naszym obowiązkiem. Mówimy: „Powinienem być lepszy i bardziej wyrozumiały dla innych, powinienem częściej chodzić na Mszę”. I jest to do pewnego stopnia prawda. Wzrastanie w wierze wymaga od nas zmiany myślenia i postępowania. Ale jest to tylko jedna strona medalu.
Druga strona to Bóg i Jego łaska, która jest w stanie poruszać góry. Na Górze Przemienienia Jezus, Syn Boga, ukazał uczniom przebłysk swojej chwały, aby umocnić ich przed zbliżającą się Męką. Chciał pomóc im we wzrastaniu w wierze – a dziś chce pomóc także nam.
Mistycy Kościoła, tacy jak św. Bernard z Clairvaux, św. Katarzyna ze Sieny czy św. Teresa z Avili, uświadamiają nam, że w obliczu nawet najsłabszego przebłysku chwały Bożej ludzkie słowa zawodzą. Tak jak Piotr na górze Tabor, próbując opisać, czym jest przebywanie w Bożej obecności, wypowiadamy z przejęciem słowa, które jednak okazują się zwykłym bełkotem. I nie ma w tym nic dziwnego. O wiele bardziej niż słowa przemówią do innych nasze czyny – świadectwo naszego pokoju i naszej radości.
Zatrzymaj się więc dziś nad tą wspaniałą tajemnicą światła. Wyobraź sobie przemienionego Jezusa, który staje przed tobą. Wpatruj się w Jego miłość, majestat i miłosierdzie. Pozwól, by uświadomił ci, że wiara nie polega tylko na tym, że ty robisz to, co do ciebie należy, ale że On wciąż wspiera cię swoją łaską i objawia ci swoją miłość. Taka świadomość jest w stanie zmiękczyć nawet najtwardsze serce.
„Jezu, ukaż mi swoją chwałę”.
Dn 7,9-10.13-14
Ps 97,1-2.5-6.9
2 P 1,16-19

▌Niedziela, 13 sierpnia
Mt 14,22-33
Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary? (Mt 14,31)
Czy widziałeś kiedyś, jak małe dziecko uczy się chodzić? Stawia kilka chwiejnych kroczków i przewraca się na podłogę. Z pewnością przeżylibyśmy spory szok, widząc, jak matka czy ojciec krzyczą na nie za to, że upadło. Rodzice tak nie postępują. Z uśmiechem pochylają się nad dzieckiem, podnoszą je, przytulają i zachęcają do kolejnych prób.
Mając w pamięci ten obraz, spróbujmy zrozumieć słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii. On kocha swoich uczniów – jak rodzice kochają uczące się chodzić dziecko. Kocha Piotra, który dzielnie usiłuje iść do Niego po falach. Wie, że Piotr stawia właśnie ważny krok na drodze do mocnej, dojrzałej wiary. Czuwa nad nim, gotów pomóc, gdy tylko Piotr będzie tego potrzebował. Wie też, że jego zachwianie spowodowane zwątpieniem to jeszcze nie koniec historii. Nie jest to żadna klęska, ale z pewnością milowy krok na drodze ucznia Chrystusa. Piotr może i okazał się „człowiekiem małej wiary”, ale zdecydowanie miał wiarę!
Jezus patrzy z miłością także na nasze próby naśladowania Go. Cieszy się naszymi sukcesami i wyciąga do nas rękę, gdy upadamy. Szybko przychodzi nam z pomocą, kiedy stawiamy fałszywy krok lub zaczynamy wątpić. Wie, że każdy kolejny krok przybliża nas do dojrzałej wiary.
Spróbuj dziś, jak Piotr, postawić kolejny krok w wierze. Prawdopodobnie nie będzie to przechadzka po najbliższym jeziorze, ale z pewnością znajdziesz wiele innych możliwości. Przypomnij sobie coś, co ostatnio często przychodzi ci na myśl. Jeśli, na przykład, od jakiegoś czasu myślisz o tym, by pomagać potrzebującym – idź i zrób to. Rozejrzyj się wokół. Może twoja samotna sąsiadka potrzebuje pomocy albo choćby towarzystwa? Po prostu odwiedź ją. Chcesz pomagać ubogim? Zgłoś się do parafialnej grupy charytatywnej lub fundacji wydającej posiłki bezdomnym. A może czujesz, że Bóg wzywa cię do tego, byś o Nim mówił innym, dając świadectwo swojej wiary? Nie musisz od razu robić tego w sposób doskonały. Po prostu postaw pierwszy krok. Jezus będzie z tobą, gotów cię podnieść, jeśli się potkniesz.
Możesz być zaskoczony tym, jak bardzo podjęcie działania w odpowiedzi na Boże wezwanie umocni twoją „małą wiarę” i przybliży cię do Jezusa.
„Dziękuję Ci, Jezu, za to, że patrzysz na mnie z miłością. Pomóż mi dziś odważnie postawić nowy krok w wierze. Ufam, że będziesz ze mną”.
1 Krl 19,9a.11-13a
Ps 85,9-14
Rz 9,1-5

▌Wtorek, 15 sierpnia
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
Łk 1,39-56
Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. (Łk 1,49)
Czy zauważyłeś, jak świat wciąż stara się nas przekonać, że nic nie jest wystarczająco dobre i że to, co nowe, będzie lepsze. Jeśli nie czujemy się dobrze w pracy, powinniśmy z niej odejść i znaleźć sobie inną. A nawet jeśli ona nam się podoba, powinniśmy rozglądać się za lepszymi okazjami. Jeśli przeżywamy problemy w małżeństwie, lepiej spisać je na straty i poszukać nowego partnera. Jednak takie podejście do życia ma bardzo poważny mankament – nigdy nie jesteśmy zadowoleni, gdyż uganiamy się za czymś, czego nie da się znaleźć na tej ziemi – za doskonałością, a przecież tylko Bóg jest doskonały.
Warunki, w jakich żyła Maryja, były dalekie od ideału. Będąc w ciąży, musiała pewnie znosić podejrzenia swoich sąsiadów, przed samym porodem odbyła wraz z Józefem wyczerpującą wędrówkę do Betlejem, a swoje Dziecko urodziła w stajni. Aby och-
ronić małego Jezusa, musieli uciekać do Egiptu i żyć kilka lat wśród obcych. Po powrocie do Nazaretu z pewnością nie opływała w dostatki, a po śmierci Józefa Jej życie stało się jeszcze trudniejsze. Jednak słuchając dzisiejszej Ewangelii, zauważamy ogromną wdzięczność Maryi wobec Boga. Wdzięczność ta dotyczy przede wszystkim tego, co On obiecał przez Nią uczynić. Odpowiadając „tak” na Boży plan, otrzymała przywilej wyjątkowego udziału w zbawieniu całej ludzkości! Rezygnując z własnych planów, Maryja wybrała posłuszeństwo Bogu i dzięki temu weszła na drogę prawdziwej doskonałości.
Każdy z nas może wiele w życiu osiągnąć i dobrze, jeśli stawiamy sobie ambitne cele. Ważne jest jednak, abyśmy, jak Maryja, rozpoznawali wielkie rzeczy, którymi Bóg nas obdarza, i składali Mu za to dziękczynienie. Jak powiedział Paweł: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” (1 Kor 4,7). A najcenniejszym z Bożych darów jest życie wieczne. Przynajmniej raz dziennie zatrzymajmy się i pomyślmy o tym, że Jezus umarł za nas, abyśmy mogli z Nim żyć na wieki.
Pomódl się dziś słowami Maryi: „Wielbi dusza moja Pana” (Łk 1,46). Nawet jeśli ci się nie układa, jesteś na kogoś zły czy niezadowolony ze swojej obecnej sytuacji, albo ktoś cię właśnie zranił, uwierz, że Jezus jest z tobą. Pamiętaj, że On ma przygotowane specjalnie dla ciebie miejsce w swoim królestwie. Proś Go, by pomógł ci spojrzeć na twoje obecne życie w świetle Jego miłosierdzia, dobroci i łaski.
„Panie, odsuwam od siebie wszystkie troski i raduję się w Tobie. Pomóż mi wychwalać Cię za wszystko, co dla mnie uczyniłeś”.
Ap 11,19a; 12,1.3-6a.10ab
Ps 45,7.10-12.14-15
1 Kor 15,20-26


▌Niedziela, 20 sierpnia
Iz 56,1.6-7
Dom mój będzie nazwany domem modlitwy. (Iz 56,7)
Około 350 roku po Chrystusie popularny i wpływowy biskup imieniem Jan Chryzostom wygłosił serię kazań na temat sakramentu małżeństwa. Zainspirowany listami św. Pawła, opisywał wiernym piękno małżeństwa i życia rodzinnego. Nazwał je wspaniałą drogą do świętości. Mówił, że mąż i żona są wezwani do naśladowania Jezusa – do wiernego oddawania wszystkiego, co posiadają, małżonkowi i rodzinie oraz do kochania swoich bliskich z takim oddaniem, z jakim Jezus miłuje swój Kościół (Ef 5,25).
Jan Chryzostom uczył wiernych, że Bóg chce, aby każda rodzina uważała się za „mały Kościół”, miejsce święte, gdzie oddaje się cześć Chrystusowi, a każdy członek rodziny jest pociągany do wzrastania w świętości. Zachęcał ich, by trwali w czystości małżeńskiej i strzegli wiary swoich dzieci przed szkodliwymi wpływami świata. Kazania były tak poruszające, że 1500 lat później ojcowie Soboru Watykańskiego II wezwali katolików, aby postrzegali swoje rodziny jako „Kościoły domowe”.
Bóg chce, aby każdy nasz dom był Kościołem w miniaturze. Aby był miejscem pokoju, miłości, pokornej służby i modlitwy, miejscem, gdzie Jezus jest przyjmowany i czczony.
Opierajmy się więc stanowczo wszelki trendom dążącym do zredukowania naszych domów do miejsc konsumpcji czy po prostu w miarę komfortowego życia. Szukajmy sposobów, by znalazło się w nich miejsce i czas na wspólną modlitwę – na przykład odmówienie co wieczór dziesiątki Różańca czy przeczytanie rano któregoś z psalmów. Starajmy się okazywać sobie nawzajem miłość poprzez ciepłe słowa i gesty.
Naprawdę nie potrzeba wiele, aby nasze domy stały się domami modlitwy. Wystarczy gotowość serca, które otwiera się na Boże błogosławieństwo. Wtedy, nawet jeśli zdarzy nam się popełnić błąd, wciąż będziemy czynić postępy.
„Panie, naucz nas kochać się nawzajem, jak Ty umiłowałeś swój Kościół”.
Ps 67,2-3.5.8
Rz 11,13-15.29-32
Mt 15,21-28


▌Niedziela, 27 sierpnia
Mt 16,13-20
Wtedy surowo zabronił uczniom, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem. (Mt 16,20)
Słysząc, że Jezus zabrania im mówić komukolwiek o tym, że jest Mesjaszem, uczniowie musieli być zaskoczeni. Przez cały czas słuchali przecież nauki Jezusa i oglądali budzące podziw cuda. Widzieli, jak tłumy ludzi chłonęły każde Jego słowo.
Z pewnością wszyscy ci ludzie zdawali już sobie sprawę, że Jezus był wielkim nauczycielem, prorokiem i cudotwórcą. Teraz, gdy wreszcie wyznał Apostołom, kim jest, wydawało się im logiczne, że należy jak najprędzej podzielić się ze wszystkimi tą wspaniałą nowiną. Jednak Jezus polecił im zachować milczenie. Tu po raz kolejny ujawnia się pewna zaskakująca prawda – idąc za Jezusem, musimy nauczyć się myśleć zupełnie inaczej niż dotąd, i to w większości kwestii.
Jezus zabronił uczniom mówić, kim jest, gdyż wiedział, że tłumy będą chciały obwołać Go królem. Wiemy zresztą z Ewangelii Jana, że to właśnie wydarzyło się po rozmnożeniu chleba. Jan zaznacza, że Jezus natychmiast wycofał się w góry, gdyż wiedział, że ziemskie królowanie nie jest tym, co Ojciec dla Niego zamierzył (J 6,15).
Oczywiście Jezus jest naszym Królem. Jednak Jego królestwo nie opiera się na cudach, przypowieściach i aplauzie podekscytowanych tłumów. Jezus nie zdobywał sobie korony poprzez znaki i cuda oraz wypowiadanie proroczych słów. Zdobył ją, umierając na krzyżu. To Jego śmierć, a nie cuda, dały życie światu.
Jezus nie chciał, by cokolwiek stanęło na przeszkodzie Jego misji, nawet podziw ludzi, których przyszedł zbawić. Wiedział, że Jego rolą jest pokornie złożyć siebie w ofierze, a nie wzniecać rewolucję polityczną. Był zdecydowany dochować wierności swemu powołaniu.
Prośmy dziś o pokorę i o pragnienie upodobnienia się do Jezusa. Niech nic nie odciągnie nas od wezwania, byśmy stawali się miłosierni, jak Ojciec nasz jest miłosierny (Łk 6,36).
„Panie, chcę być do Ciebie podobny. Daj mi serce pokorne, zdolne do miłości i służby”.
Iz 22,19-23
Ps 138,1-3.6.8
Rz 11,33-36

MAGAZYN:

Brat Albert

Wybrać to, co najważniejsze
Kiedy car Aleksander II wizytował Korpus Kadetów w Petersburgu, na pokazie wojskowym wpadł mu w oko żwawy, bystry chłopak. „Ten to będzie wojak” – pomyślał Jego Wysokość Imperator Rosji i odznaczył jedenastoletniego wówczas Adasia Chmielowskiego orderem. Oszołomiony dzieciak pognał do krawca, rzucił mundurek i rozkazał: „Pagony, przyszywać pagony, Najjaśniejszy Pan kazał!”.

POCZĄTKI
W dniu 20 sierpnia 1845 roku, w Igołomi pod Krakowem, w rodzinie Wojciecha Chmielowskiego i Józefy z Borzysławskich przychodzi na świat pierworodny syn, Adam.
Chmielowscy są zubożałą rodziną szlachecką, pieczętującą się herbem Jastrzębiec. Rodzice Adama przenieśli się rok wcześniej spod Warszawy do Igołomi, gdzie Wojciech Chmielowski otrzymał posadę naczelnika Komory Celnej. Gdy Adam ma osiem lat ojciec umiera i cały ciężar utrzymania rodziny i wychowania czwórki dzieci spada na matkę. Dziesięcioletni Adam opuszcza po raz pierwszy dom – dzięki rządowemu stypendium rozpoczyna naukę w Korpusie Kadetów w Petersburgu. Jest zafascynowany światem, w który wkracza. Kiedy jednak matka orientuje się, że syn może ulec rusyfikacji, nie pozwala na jego powrót po wakacjach do Petersburga. Zachowanie polskości jest dla niej ważniejsze niż szanse na karierę syna. Po przeprowadzce do Warszawy Adam zostaje uczniem tamtejszego Gimnazjum Realnego. Rok później umiera matka, co czternastoletni wówczas Adam odczuwa bardzo boleśnie. Opiekę nad osieroconymi dziećmi bierze na siebie siostra ojca, Petronela Chmielowska. W 1861 roku Adam podejmuje naukę w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. Zaprzyjaźnia się tam z Maksymilianem Gierymskim, późniejszym wielkim malarzem.

POWSTANIEC
Kiedy naród wystąpił przeciwko carowi, osiemnastoletni Adam wraz z siedemnastoletnim Maksymilianem porzucają szkołę, by przyłączyć się do rozgorzałego właśnie powstania styczniowego. 
Rozpoczyna się życie pełne niebezpieczeństw, potyczek i bitew, nagłych ucieczek i wyczerpujących przemarszów. Adama widzimy najpierw w oddziale Leona Frankowskiego, który napada na pocztę rosyjską, a potem w walce z Kozakami w Słupczy; wtedy to dowódca zostaje pojmany i skazany na śmierć, a niedobitki przedostają się do oddziału kawalerii pod dowództwem francuskiego oficera o nazwisku Rochebrun.
W marcu 1863 roku w bitwie pod Grochowiskami powstańcy ponoszą klęskę i zostają internowani przez Austriaków. Wśród nich jest także Adam Chmielowski, który wkrótce ucieka z obozu i dostaje się pod komendę płk. Chmieleńskiego, stacjonującego w Kieleckiem. Wszyscy żyją w nieustającym napięciu, a codzienność przynosi zaskakujące sytuacje. Pewnego razu zdarzyło się, że większe niebezpieczeństwo niż ze strony Rosjan groziło Adamowi z rąk rozsierdzonego dowódcy, który oceniając jego zachowanie jako niesubordynację, złapał za rewolwer, by go zastrzelić. Broń jednak uwięzła w skórzanej pochwie i nim pułkownik ją wyciągnął, Adamowi udało się wyjaśnić nieporozumienie. 
Osiem dni później, podczas bitwy z Moskalami pod Mełchowem, młody Chmielowski, już jako podoficer, zostaje ciężko ranny – zabłąkany granat rozrywa konia, na którym jedzie, a jego wyrzuca w powietrze ze zmiażdżoną lewą nogą. Lekarz polowy podejmuje decyzję o amputacji, która odbywa się bez żadnych środków znieczulających – w jej trakcie ranny połyka cygaro. 
Zagrożony represjami po upadku powstania, Adam Chmielowski udaje się do Paryża. Tam, dzięki pomocy Komitetu Polsko-Francuskiego, sprawia sobie protezę, która jest tak dobra, że będzie mógł w przyszłości ślizgać się na łyżwach.

MALARZ
W 1865 roku, po ogłoszeniu częściowej amnestii, wraca do Warszawy i zaczyna studia w Szkole Rysunków. Rok później, po zamknięciu szkoły przez carskie władze, podejmuje studia inżynierskie w Gandawie, ale ich nie kończy. Potem jedzie do Monachium, gdzie żyje i tworzy cała kolonia polskich malarzy. W maju 1870 roku Adam Chmielowski zostaje wpisany na listę studentów słynnej monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych. Pochłania go malowanie, intensywnie się uczy, niewątpliwie ma talent. Bierze też czynny udział w życiu Polonii artystycznej, u boku tak słynnych malarzy, jak Gierymscy, Leon Wyczółkowski czy Józef Chełmoński. Swoje obrazy wystawia w Krakowie i w Warszawie. Nareszcie wydaje się, że jest na swoim miejscu – w 1874 roku kończy studia, w kolejnych latach sporo maluje i wystawia. Znany jest ze swojej życzliwej, chrześcijańskiej postawy wobec innych. Sztuka dla niego to droga poszukiwania prawdy. Czy można połączyć służbę sztuce i Bogu? Adam Chmielowski kieruje się w stronę malarstwa religijnego. W 1879 roku maluje niezwykle przejmujący obraz, przedstawiający wyszydzonego Jezusa. „Ecce homo” wciąż porusza.

DUCHOWA CIEMNOŚĆ
Wkrótce malowanie przestaje mu wystarczać i we wrześniu 1880 roku wstępuje do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi. Jednak już pół roku później ujawnia się „niebezpieczna choroba”, jak zapisano w kronikach zakonnych. Adam Chmielowski przeżywa załamanie duchowe, cierpi na głęboką depresję, trafia do szpitala. Z powodu jej ostrego przebiegu zostaje oddalony z zakonu. Przyjaciel, który odwiedzał go regularnie w zakładzie dla obłąkanych, zanotował, że Chmielowski siedział całymi godzinami na stołku malarskim z księgą na kolanach, czytał, nie odrywając oczu, nie reagował na żaden ruch. Chorym zaopiekował się brat Stanisław, który wziął go do siebie. Odwiedzająca go wówczas siostra Teresa Małgorzata, karmelitanka bosa, córka Lucjana Siemieńskiego, wspominała, że zastawała go pogrążonego w smutku, nieprzyjmującego pokarmu ani napoju, zanurzonego w wewnętrznym cierpieniu. Wszelkie sposoby wyprowadzenia go z takiego stanu były daremne: nie ruszał się z domu, nie mógł przekroczyć progu miejscowego kościoła. Tak było aż do dnia, w którym stał się świadkiem rozmowy swego brata z księdzem o Miłosierdziu Bożym. Przysłuchiwał się jej, siedząc spokojnie w pokoju. Nagle poderwał się, kazał osiodłać konia i mimo zmroku popędził na probostwo. Wyspowiadał się i powrócił odmieniony. Już nigdy więcej nie popadł w podobny stan.

BRAT ZAKONNY
Znowu maluje, zwłaszcza piękne pejzaże, jednak już wie, że to nie jest jego droga. Pod wpływem ks. Leona Pogorzelskiego staje się członkiem Trzeciego Zakonu Franciszkańskiego i jego gorliwym propagatorem na Podolu. Ta aktywność wydaje się podejrzana carskim władzom i Chmielowski musi opuścić teren Imperium Rosyjskiego. Udaje się do Krakowa, gdzie w sierpniu 1887 roku, w kaplicy loretańskiej ojców kapucynów, przywdziewa szary habit i zmienia imię na Albert. Rok później, 25 sierpnia 1888 roku, składa śluby zakonne na ręce biskupa Albina Dunajewskiego.
Mimo woli staje się w tym momencie założycielem zakonu – dzień ten jest uważany za datę założenia albertynów – Zgromadzenia Braci Albertynów Trzeciego Zakonu Regularnego Świętego Franciszka Serafickiego Posługującego Ubogim. W tym samym roku przejmuje od magistratu krakowskiego prawo i obowiązek opiekowania się ogrzewalnią miejską – noclegownią dla nędzarzy. 15 stycznia 1891 roku odbywa się uroczystość obłóczyn pierwszych siedmiu albertynek, które zajmują się bezdomnymi kobietami z ogrzewalni żeńskiej. Tę datę uważa się za dzień powstania Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim. 
Uporczywą pracą Brat Albert przemienia ogrzewalnie, będące siedliskiem nędzy, rozpusty i noclegownią kryminalistów, w prawdziwe schroniska dla biednych, gdzie mogli nie tylko znaleźć nocleg i odpowiednią pomoc, ale także nauczyć się fachu i wydobyć z ubóstwa.

KWESTARZ 
Był 7 grudnia 1888 roku, gdy o bruk krakowski zastukały podkowy konia ciągnącego za sobą wózek z bratem kwestarzem. Pojazd skierował się na plac Szczepański, gdzie stały kramy przekupek. Rozmiary pierwszej zbiórki zaskoczyły nawet samego inicjatora, który potem w sprawozdaniu pisemnym dziękował „paniom przekupkom ze Szczepańskiego placu, które choć same niebogate, udzielały nam z wielką życzliwością jarzyn”. Krakowianie dorzucali też odzież, tak iż rozpromieniony kwestarz zajechał wózkiem na podwórzec pałacu arcybiskupiego, aby pokazać swój dobytek biskupowi Albinowi Dunajewskiemu. 
Gdy Adam Chmielowski pojawił się w szarym habicie kwestarza na ulicach Krakowa, wielu myślało że ten wydelikacony esteta udaje; był przecież artystą. Kiedy jednak stało się jasne, że oddał duszę Bogu i ubogim, wielu nie mogło mu tego wybaczyć. Pewna malarka czyniła mu wyrzuty: „Jak mógł Brat porzucić malarstwo?”. Zakonnik miał jej odpowiedzieć: „Gdybym miał dwie dusze, to bym jedną z nich malował, a drugą robił wszystko inne, ale skoro mam tylko jedną, trzeba było wybrać to, co najważniejsze”. 
Mimo problemów żołądkowych jadał ze wspólnego kotła – to samo, co podopieczni. Odwiedził go kiedyś pewien bernardyn i przestrzegł: „Nie wytrzymacie długo na tak lichej strawie”. Na to Brat Albert odparł: „Mój Ojcze, inaczej być nie może, bo gdybyśmy jadali co innego aniżeli nasi bezdomni, przestaliby wierzyć temu, co mówimy, i zaczęliby przypuszczać, że spekulujemy na ich biedzie, by sobie samym dogodzić”.
Niektórzy bracia nie wytrzymywali takiej ascezy, niejeden też narzekał na władze miejskie, że nie pomagają. Gdy któryś z braci utyskiwał, że magistrat nie wypłaca zasiłków, Brat Albert stanowczo uciął: „Nie magistrat nas prosił o to, żebyśmy pracowali w ogrzewalni, ale myśmy magistrat prosili, żeby nam zechcieli zezwolić w ogrzewalni pracować. Tak jak brat my mówić nie możemy.”
Mijają kolejne lata życia w biedzie, uporczywego zabiegania o środki na utrzymanie podopiecznych, nieustającego wysiłku i szczerej troski o ubogich, w których Brat Albert widzi samego Jezusa. Są to jednocześnie lata ufnej modlitwy i prowadzenia ludzi do Boga. Przybywa współpracowników, w Tatrach powstają samotnie jako miejsca duchowego wzrostu. 
Pochłonięty służbą Bogu w ubogich, Chmielowski nie przestaje być patriotą. Wybuch I wojny światowej przyjmuje, jak wielu Polaków, z nadzieją, że przyniesie ona odrodzenie Ojczyźnie. 
Od 1915 roku Brat Albert coraz poważniej choruje. We wrześniu zostaje dotknięty częściowym paraliżem. Nie oszczędza się jednak, nadal służy najuboższym. Umiera 25 grudnia 1916 roku o godzinie 12.00, gdy dzwony biją na Anioł Pański.

ŚWIĘTY 
Zgłaszali się do Brata Alberta wszyscy, bo nędza ludzka nie znała granic: chrześcijanie i Żydzi, Polacy i obcy. Jego dobroć, a także rozmach podjętych działań wprawiały w zdumienie. Brat Albert zorganizował ogrzewalnie, otworzył wytwórnię mebli giętych, która przynosiła dochody, a także warsztat szewski, szwalnię i piekarnię na potrzeby albertynów i podopiecznych.
Gdy do ogrzewalni wchodził bezdomny w łachmanach, mówił: „Dajcie mu chleba!”. Nie wypominał nikomu, że ten pił czy kradł. Jego katecheza sprowadzała się do przypominania przykazań i pacierza. Nie szczędził natomiast miłości i nie bał się zaufać. Nic więc dziwnego, że wielu opuszczało albertyńskie schronisko jako porządni ludzie. Łącznie założył 20 przytulisk dla ubogich. 
Gdy umierał, po udzieleniu błogosławieństwa, rozległ się szloch otaczających go osób. Wtedy to Brat Albert powiedział zdecydowanie: „Co tu płakać! Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Bogu trzeba dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat”. I zmówili. Spod jego głowy wyciągnęli pakę od węgla, której używał zamiast poduszki. 
Napisała o nim s. Małgorzata Kaczmarczyk: „W odrażających postaciach włóczęgów widział okiem wiary sponiewieranego Chrystusa i pragnął otrzeć Jego twarz, jak Weronika, podeprzeć Go, jak Cyrenejczyk, towarzyszyć Mu, jak Maria”. Dlatego „tam, gdzie nie poszedłby żaden policjant, tam poszedł samotny, bezbronny człowiek o jednej nodze, bez żadnego oręża, a jedynie
z miłością w sercu i z chlebem na ot-
wartej dłoni”. ▐


Hipokryta w lustrze

Bóg potrafił posłużyć się nawet moimi słabościami


Jako ojciec szczyciłem się tym, że moje dzieci wiedziały, jakie programy telewizyjne i filmy wolno im oglądać, a jakich nie. Jednak w moim życiu był czas, kiedy sam nie stosowałem się do głoszonych przez siebie zasad.
Był to dla mnie stresujący okres. Czułem się wówczas bardzo przeciążony. Często pracowałem do późna, chodziłem na spotkania rodziców do szkoły i angażowałem się w parafii. Ten przeładowany plan nie pozostawiał wiele miejsca na odprężenie.
W końcu jednak znalazłem czas na relaks – późnym wieczorem, gdy moje dzieci i żona były już w łóżkach. Większość kanałów telewizyjnych cenzoruje zbyt prowokujące erotycznie fragmenty, dlatego byłem zaskoczony, znajdując w sklepie internetowym wersję oglądanego wcześniej programu oznaczoną literą „R”, co oznaczało, że zawiera on nagie sceny. Wkrótce odkryłem inne podobne filmy i oglądanie ich weszło mi w nawyk. Wypożyczane filmy chowałem pod siedzeniem naszej rodzinnej furgonetki, a kiedy wszyscy w domu już spali, oglądałem je po wiele razy.
Nałóg pornografii, podobnie jak rak, rozwija się powoli. Jeśli jednak nie zostanie powstrzymany, zaczyna nas trawić od wewnątrz. Mnie „pożerał” do momentu, kiedy pewnego dnia moja córka weszła do furgonetki, szukając materiałów potrzebnych jej na zbiórkę harcerską.

HIPOKRYTA W LUSTRZE
Było to w sobotę, a ponieważ jestem zapalonym golfistą, pojechaliśmy z sąsiadem na pole golfowe. Pobiłem swój życiowy wynik i nie mogłem się doczekać, kiedy podzielę się tym sukcesem z rodziną. Przyjechałem do domu, zostawiłem kije w garażu i wpadłem do kuchni. Była tam moja żona – a na blacie leżał mój film.
Żona powiedziała, że nasza córka siedzi w swoim pokoju i płacze. Przyniosła matce film ze słowami: „Miałam lepsze zdanie o moim tacie”. Moja euforia prysła natychmiast i poczułem się tak, jakby wbito mi w serce sztylet. Wejście tego dnia do pokoju córki było najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Przeprosiłem ją i obiecałem, że to się już nie powtórzy.
Przestałem wypożyczać te filmy, poszedłem do spowiedzi i uwierzyłem, że Bóg mi przebaczył. Miałem to szczęście, że przebaczyły mi również dzieci i żona. Była jednak osoba, która mi nie przebaczyła – ja sam. Przez następne dziesięć lat, patrząc na siebie w lustrze, widziałem słowo „hipokryta”, wypisane na swoim czole. Byłem sobą zniesmaczony, wciąż czułem się winny i było mi wstyd na myśl o tym, że moje życie było dalekie od tego, co głosiłem. Cokolwiek mówiłem czy czyniłem, świadomość tego, co zrobiłem, pozostawała wyryta w moim sercu.

„BOŻE, ODDAJĘ CI MOJE UPADKI”
Pewnego dnia zadzwonił do mnie przyjaciel, który znał całą sprawę. Powiedział mi, że nasza diecezja wdraża program mający na celu zapobieganie i wychodzenie z uzależnienia od pornografii. Poszukiwano osoby, która zgodziłaby się nagrać swoją historię na wideo. Miało być ono pokazywane na wszystkich Mszach w Pierwszą Niedzielę Wielkiego Postu. „Czy mógłbyś opowiedzieć, jak to było z tobą?” – zapytał.
Przez głowę przemknęła mi wizja funkcjonowania odtąd w całej archidiecezji jako „ten od pornografii”. Naprawdę nie miałem ochoty ujawniać swoich najbardziej kompromitujących słabości przed całym katolickim światem. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym zapytałem przyjaciela, co on by zrobił na moim miejscu. Po chwili ciszy odparł: „Najpierw bym się pomodlił. A potem zrobiłbym to, co Jezus by zrobił”.
Poszedłem za jego radą i tego samego dnia odbyłem rozmowę z Jezusem. Wyznałem Mu, że nie mam zadatków na bohatera. Nie mam szans na to, by wystawiono mi pomnik za zasługi dla kraju w czasie wojny czy nazwano moim imieniem budynek za odkrycie leku na śmiertelną chorobę. „Skoro jednak – powiedziałem Jezusowi – nie mam żadnych osiągnięć, którymi mógłbyś się posłużyć, daję Ci pozwolenie na wykorzystanie moich słabości”. Przypomniałem też sobie, jak Jezus pozwolił Ojcu wykorzystać swoją rzekomą klęskę – swoją śmierć na krzyżu – aby wyprowadzić z niej zmartwychwstanie i nowe życie.
To właśnie w tym momencie łaski udało mi się wreszcie zapomnieć o sobie. Ogromny ciężar, jaki spadł mi z ramion, był nie do opisania. Zrozumiałem, czego Jezus ode mnie oczekuje. Po naradzeniu się z żoną i dziećmi zgodziłem się opowiedzieć swoją historię przed kamerą. Kiedy pokazano film podczas Mszy w archidiecezji, obejrzał go między innymi mężczyzna, który właśnie wyszedł
z więzienia po odsiedzeniu wyroku za rozpowszechnianie pornografii. Natychmiast dołączył do grupy wsparcia, a później założył organizację mającą na celu pomoc takim osobom jak on. A jest to tylko jedna historia!

NOWINA O PRZEBACZENIU
Duch Święty działa w zadziwiający sposób! Wkrótce po tym doświadczeniu uświadomiłem sobie na modlitwie coś absolutnie zaskakującego. Przez dziesięć lat uważałem się za hipokrytę, ponieważ na pozór prowadziłem czyste życie, podczas gdy w tajemnicy oglądałem filmy pornograficzne. Jednak Duch Święty pokazał mi, że moja prawdziwa hipokryzja leżała zupełnie gdzie indziej. Polegała na tym, że chociaż wyznałem swój grzech i przyjąłem Boże przebaczenie, to nie chciałem wybaczyć samemu sobie. Byłem hipokrytą, gdyż wyznaczyłem sobie własną normę przebaczenia, stawiając ją ponad tą, którą wyznaczył mi Zbawiciel. Gdy sobie to wreszcie uświadomiłem, uznałem Boże przebaczenie za rzeczywiste i kompletne, uzyskane przez śmierć Jezusa i przyjęte dzięki mojej osobistej skrusze.

NIESKOŃCZONA MIŁOŚĆ BOGA
Nauczając uczniów o przebaczeniu, Jezus powiedział: „Jeśli nie przebaczycie ludziom, Ojciec wasz nie przebaczy wam także waszych przewinień” (Mt 6,15). Teraz wiem, że dotyczy to również przebaczenia samemu sobie. Wciąż jest to dla mnie wyzwaniem, ale próbuję pamiętać o tym, że nie ma tak wielkiego grzechu, aby Jezus nie chciał czy nie mógł go nam przebaczyć. Przecież po to właśnie umarł na krzyżu, aby otworzyć nam drogę powrotu do Ojca! A ponieważ wiedział, że dalej będziemy grzeszyć, pozostawił nam sakrament pojednania. Cieszy się za każdym razem, gdy do niego przystępujemy, by przyjąć Jego nigdy niewyczerpane przebaczenie. ▐

Sklep internetowy Shoper.pl