E-BOOK
7.38
PLN
Słowo wśród nas Nr 8 (264) 2015 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 8 (264) 2015 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 7,38 zł

 „Abba, Ojcze…” to tytuł sierpniowego numeru „Słowa wśród nas”, poświęconego Bogu Ojcu – naszym wyobrażeniom o Nim, właściwej postawie wobec Niego i temu, jak opisuje Go Pismo Święte. Ponadto, jak w każdym numerze, polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych. W Magazynie umieściliśmy tekst o niezwykłym misjonarzu Ameryki, żyjącym w XVIII wieku św. Junipero Serry, który „w służbie Chrystusa i Jego ludu przemierzył oceany, pasma górskie, bagna i pustynie” – słowem „wszędzie było go pełno”, a także poruszające świadectwo młodej kobiety, od dzieciństwa zagrożonej utratą wzroku oraz polskiej wolontariuszki, która przez wiele miesięcy odkrywała miłość Boga w Kenii. 

Ogłaszamy także nową ankietę pt. „Bóg żyje i działa”. Prosimy wszystkich o świadectwa, dotyczące pomocy otrzymanej w trudnych sytuacjach.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY


Kim jest Bóg Ojciec?
Nasze wyobrażenia o Bogu........................................ 4


Bóg hojny i łaskawy
Jak przyjąć dary Ojca.................................................. 9

Wierny Ojciec
Jak Pismo Święte opisuje Boga
– Joseph F. Wimmer OSA.......................................... 14


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZ IEŃ


od 1 do 31 sierpnia ................................. 19


MAGAZYN

Wszędzie było go pełno dla Boga
Błogosławione wędrówki Junipero Serry –
Robert Barbato OFMCap .......... 46


Nigdy cię nie opuszczę
Bóg uczy mnie kroczyć „według wiary, a nie dzięki
widzeniu” – Barbara Brophy ............. 51


„Nie warto na drogę tę sandałów i płaszcza
zabierać...”, czyli jak Jezus uczył mnie miłości
w Kenii – Judyta Sowa................................................ 55


Nasza ankieta .......................................................... 62


Krzyżówka ............................................................... 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

SŁOWO WSRÓD NAS – SIERPIEŃ 2015

List:

Drodzy Bracia i Siostry!

Już od wielu lat, od początku wydawania naszego pisma, dzielę się w tym miejscu swoją drogą wiary. Wielokrotnie opowiadałem wam o swoim pierwszym nawróceniu, które miało miejsce na spotkaniu modlitewnym w mojej parafii przed czterdziestoma pięcioma laty. Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy Jezus stał się dla mnie realną Osobą. Pisałem wam też o swoich zmaganiach wewnętrznych, gdy moja najmłodsza, zaledwie trzyletnia wówczas córeczka straciła wzrok z powodu raka. Dzieliłem się tym, jak Jezus pomógł mi przetrwać ten trudny czas i jak otworzył mi oczy na cierpienie świata.
W tym miesiącu chciałbym podzielić się jeszcze innym doświadczeniem. Działo się to w 1995 roku. Do tego czasu, od momentu mojego nawrócenia w 1971 roku, moja wiara była całkowicie skoncentrowana na Jezusie. Kochałem Go za to, kim był, i za to, co uczynił dla nas na krzyżu. Jezus był – i wciąż jest – moim Panem, moim Zbawicielem i moim Przyjacielem.
Jednak w 1995 roku moja wiara nabrała nowego wymiaru – poczułem potrzebę bliższego poznania Boga, naszego niebieskiego Ojca, a także modlitwy do Niego. Dotąd, nawet w trakcie odmawiania – kilkakrotnie w ciągu dnia – Modlitwy Pańskiej, prawie nie myślałem o Bogu Ojcu. Oczywiście wierzyłem w Niego, ale moje duchowe oczy pozostawały zamknięte.
Gdy jednak zacząłem czytać i modlić się, przemówiła do mnie przypowieść o synu marnotrawnym, która jest przypowieścią o miłości Ojca. Słynne słowa z Ewangelii według św. Jana: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3,16), które dotąd kierowały moją uwagę na Jezusa, uświadomiły mi cierpienie, jakiego musiał doświadczać Bóg Ojciec na widok męki i śmierci swojego Syna. Bóg Ojciec, podobnie jak kiedyś Syn, stał się dla mnie żywą Osobą i wywarło to głęboki wpływ na moje życie.
Przekonałem się, że w przeciwieństwie do ziemskich ojców, Ojciec niebieski nigdy nas nie zawiedzie. Kocha nas tak bardzo, że posłał swojego Syna, aby nas zbawił. Jest miłosiernym, współczującym Ojcem, który zawsze jest „z nami” (Rz 8,31). Nie da nam kamienia, gdy prosimy o chleb, ani węża, gdy prosimy o rybę (por. Mt 7,9-10). Jak powiedział św. Paweł, „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować?” (Rz 8,32).
Jak już zapewne zdążyliście odgadnąć, obecny numer jest poświęcony Bogu Ojcu. Ufam, że podczas lektury artykułów na Jego temat Duch Święty będzie otwierał wam oczy, dając głębokie zrozumienie tego, czym jest ojcostwo Boga i jak wielkim darem jest dla nas bycie Jego dzieckiem. Mam też nadzieję, że doświadczycie Jego nieskończonego miłosierdzia, bezgranicznej hojności i bezwarunkowej miłości.
Oby nasz niebieski Ojciec błogosławił nam wszystkim przez cały ten miesiąc!
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


Artykuł:

KIM JEST BÓG OJCIEC?
Nasze wyobrażenia o Bogu

Czy zdarzyło ci się pochopnie wydać o kimś sąd, a następnie przekonać się, że był on całkowicie mylny? Może patrząc na czyjś ubiór, odniosłeś wrażenie, że człowiek ten jest nieodpowiedzialny albo zadufany w sobie? Może po krótkiej rozmowie z sąsiadką uznałeś ją za ograniczoną prostaczkę. Potem jednak zobaczyłeś, że ten mężczyzna w szpanerskich ciuchach wdaje się w długą rozmowę ze stojącym na ulicy żebrakiem i oferuje mu pomoc, a na pozór nieumiejąca sklecić dwóch zdań sąsiadka pięknym altem śpiewa psalmy w kościele, wydobywając z nich całą głębię. Szybko zmieniasz zdanie na ich temat i prosisz Boga, aby wybaczył ci bezduszne osądzanie innych.
Skoro pierwsze wrażenia na temat spotykanych osób mogą doprowadzić nas do tak fałszywych wniosków, wyobraźmy sobie, jak wielkie znaczenie ma to, co myślimy o Bogu, którego przecież nigdy nie widzieliśmy. Podobnie jak w przykładach powyżej, nasze pierwsze wrażenia dotyczące Boga mogą być negatywne – a z pewnością niepełne – i zupełnie nie oddawać tego, kim On jest naprawdę. Dlatego dobrze jest wsłuchać się w to, co sam Bóg chce nam o sobie przekazać. Pragnie On korygować nasze fałszywe wyobrażenia na Jego temat i wprowadzać nas w głębszą relację ze sobą. Dlatego w tym miesiącu zastanowimy się nad tym, kim jest Bóg Ojciec, próbując odnieść się do naszych fałszywych wyobrażeń na Jego temat. Czytając te artykuły, proś Ducha Świętego, aby otworzył oczy twego serca i objawił ci Boga tak, jak tego nigdy wcześniej nie doświadczyłeś.

▌ZDYSTANSOWANY
STWORZYCIEL?
Kiedy myślimy o Bogu Ojcu, zwykle przychodzą nam do głowy dwa określenia: jest On Stworzycielem świata oraz jego Władcą (Panem). Są to oczywiście dwie zasadnicze prawdy naszej wiary, czy jednak zastanawiamy się nad tym, jakiego rodzaju Stworzycielem i Władcą jest nasz Bóg?
Określenia Boga jako Władcy może nasuwać nam obrazy surowego sędziego czy niebieskiego policjanta gotowego ukarać nas za najmniejsze wykroczenie. Mając taki obraz Boga, sądzimy, że oczekuje On od nas przestrzegania swoich praw pod groźbą poważnych konsekwencji. Widzimy w Nim wymagającego nadzorcę, który obserwuje, kontroluje i prowadzi wszechświat twardą ręką.
Z kolei obraz Boga Stworzyciela może nasunąć nam skojarzenia z dalekim wszechmogącym Stwórcą, który co prawda nas stworzył i udostępnił nam wszystko, czego potrzebowaliśmy, ale dalej już się nami nie zajmuje.
Nie dość, że powyższe wyobrażenia o Bogu są fałszywe, to w dodatku nie pozwalają nam zwracać się do Niego jako do Ojca, który troszczy się o swoje dzieci. Sugerują, że nawiązanie osobistej relacji z Bogiem jest niemożliwe oraz że nigdy nie będziemy w stanie zbliżyć się do Niego tak, jak czynili to święci.

▌MIŁOSIERNY OJCIEC
A rzeczywistość jest daleka od tych wyobrażeń. Pismo Święte proponuje nam cały szereg prawdziwszych i o wie-
le bardziej zachęcających obrazów Boga Ojca – obrazów, które ukazują nam, jakim On jest Ojcem. I chyba w żadnym miejscu Biblii obrazy te nie są tak przekonujące, jak w przypowieści o synu marnotrawnym (Łk 15,11-32). Przypowieść tę można by równie trafnie nazwać przypowieścią o sercu Ojca, gdyż w gruncie rzeczy mówi nam ona o Bogu o wiele więcej niż o synu marnotrawnym czy jego starszym bracie.
W pierwszej części przypowieści młodszy syn – ten „marnotrawny” – bierze swoją część spadku, opuszcza dom i trwoni cały swój majątek na burzliwe, hulaszcze życie. Wkrótce pozostaje bez grosza przy duszy. Kiedy wreszcie opamiętuje się, postanawia schować honor do kieszeni i wrócić do ojca w nadziei na jakąś podrzędną pozycję w jego domu. Wstydząc się swojego postępowania, uważa, że nie ma już szansy, aby ojciec uznał go za swego syna. Najlepsze, na co może jeszcze liczyć, to pozycja sługi. Jak jednak wiemy, ojciec przyjmuje go z otwartymi ramionami, przywraca mu synowską godność i wydaje wielką ucztę dla uczczenia jego powrotu.
Spróbujmy nazwać kilka wypaczonych obrazów ojca, jakie miał jego młodszy syn. Na początku przypowieści wydaje się, że miłość i troska ojca zupełnie go nie satysfakcjonują. Wyrusza w świat w poszukiwaniu czegoś lepszego. Następnie, decydując się na powrót do domu, wydaje się przekonany, że utracił wszystkie synowskie prawa. Być może spodziewał się, że ojciec go ukarze i zmusi do poniesienia konsekwencji swoich błędów. Może też myślał, że ojciec za bardzo wstydzi się za niego, żeby przyjąć go z powrotem do rodziny.
Jak bardzo różny okazał się ojciec od wyobrażeń, które miał o nim jego syn! Kiedy chłopiec był jeszcze daleko, ojciec zauważył go, wybiegł mu naprzeciw i pocałował go. Nie pozwolił mu nawet dokończyć wyznania, lecz zawołał, by przyniesiono mu suknię, pierścień i sandały – oznaki godności syna i dziedzica. Wbrew wszelkiej ludzkiej logice, wydał nawet ucztę, zapraszając wszystkich do świętowania powrotu jego syna. Ojciec nigdy nie stracił nadziei na to, że syn powróci do domu.
Czy ojciec wyznaczył synowi jakiś okres próbny? Nie. Czy powiedział mu, że może odzyskać status syna pod warunkiem osiągnięcia pewnego poziomu doskonałości? Nie. Czy syn musiał w jakiś sposób zasłużyć sobie na ponowne przyjęcie do rodziny? Tak. Ale chodziło tu o coś bardzo prostego. Musiał po prostu wrócić do domu i powiedzieć: „Tato, przepraszam cię i proszę o twoją pomoc”.
Jezus opowiedział tę przypowieść, aby ukazać nam, jak bardzo serce Boga jest przepełnione miłością do nas. Pragnie nas zapewnić, że Jego Ojciec – który jest także naszym Ojcem – gotów jest całkowicie i bezwarunkowo przebaczyć nam wszystkie nasze grzechy. Wbrew przypuszczeniom syna marnotrawnego, Ojciec niebieski okazuje nam nieograniczone miłosierdzie i niepojętą dobroć, oczekując z niezachwianą nadzieją powrotu wszystkich swoich dzieci, niezależnie od tego, jak bardzo oddaliły się od Niego.

▌TY ZAWSZE JESTEŚ ZE MNĄ
W drugiej części przypowieści Jezus kieruje naszą uwagę ku starszemu synowi, temu „wiernemu”, który także miał swoje własne fałszywe wyobrażenia na temat ojca. Ten z kolei wydaje się myśleć, że zarówno on sam, jak i jego brat muszą zasłużyć sobie na swoje dziedzictwo. Postrzegał swego ojca bardziej jako szefa niż jako tatę. Jego zdaniem ojciec popełnił poważny błąd, przyjmując tak od razu swego młodszego syna. Wolałby, aby ojciec postąpił jak bezstronny i obiektywny sędzia, pochwalający dobro (czyli jego), a potępiający zło (czyli brata). Dopuszczając do siebie oskarżycielskie myśli, starszy syn odmówił udziału w uczcie. Rozdrażniony dobrocią ojca, nie chciał nawet wejść do domu.
Pod koniec przypowieści Jezus przeciwstawia się również i tym fałszywym obrazom ojca. Po pierwsze, mówi nam, że to ojciec z własnej inicjatywy wyszedł na zewnątrz do swego starszego syna. Nie unosząc się honorem i nie zważając na swoją godność głowy rodziny i pana domu, pokornie wyjaśnił, dlaczego zrobił to, co zrobił. Następnie, namawiając i prosząc syna, aby jednak wziął udział w świętowaniu, pozwolił mu dać upust wściekłości, oburzeniu i poczuciu krzywdy. Wreszcie Jezus wkłada w usta ojca zdanie, które jest podsumowaniem całej przypowieści: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy” (Łk 15,31).
Sens przypowieści jest jasny. Nasz Ojciec niebieski pragnie, by wszystkie Jego dzieci powróciły do domu. Pragnie, byśmy odwrócili się od grzechów, zarówno tych wielkich, jak i tych małych. Chce nam przebaczyć i przekazać nam w pełni nasze dziedzictwo. Jak uczynił to ojciec z przypowieści, Bóg wychodzi nam naprzeciw i zaprasza nas do domu. To właśnie jest prawdziwy obraz Boga, który powinien znaleźć miejsce w naszym sercu i umyśle. Tak właśnie pragnie On być przez nas postrzegany i taką mieć z nami relację.

▌MÓJ TATA MNIE KOCHA
Pismo Święte mówi nam, że Duch Święty, który mieszka w naszych sercach, pragnie złączyć się z naszym ludzkim duchem i przekazać nam jak najprawdziwszy obraz Boga: On jest naszym Tatą, a my Jego dziećmi (Rz 8,16). W tym miesiącu spróbuj zastanowić się, jaki jest twój obraz Ojca niebieskiego. Jeśli odkryjesz, że jest on fałszywy, nie martw się, lecz spróbuj go skorygować. Powtarzaj sobie: „Mój Tata mnie kocha. On się o mnie troszczy. Chce, żebym był szczęśliwy. Chce dla mnie jak najlepiej”. Ufaj swemu Ojcu. Mów do Niego. Szukaj u Niego rady, pociechy i zachęty. On jest źródłem twojego bezpieczeństwa, nadziei i pokoju. ▐


Medytacje:

▌Sobota, 1 sierpnia
Kpł 25,1.8-17
Będzie to dla was jubileusz. (Kpł 25,10)
Choć nie mamy pewności, czy w starożytnym Izraelu rzeczywiście wcielano w życie te przepisy, to już sama idea od-
bywającego się co pięćdziesiąt lat jubileuszu – kiedy to każdy powraca do ziemi swoich przodków, darowuje się długi,
a niewolnicy odzyskują wolność – ma w sobie coś bardzo pociągającego.
Wszyscy tęsknimy za powrotem do naszych „korzeni”, do źródła naszej tożsamości. Czy jednak rzeczywiście jest to możliwe? Zjazdy rodzinne są zwykle bardzo radosnymi wydarzeniami. Wszyscy krewni zbierają się tam, gdzie żyli ich przodkowie, cieszą się swoim wspólnym dziedzictwem, pokazują sobie nawzajem pieczołowicie przechowywane pamiątki i cieszą się sobą nawzajem. Nawet ekscentryczny wujaszek znajduje swoje miejsce w tym zgromadzeniu, wnosząc w nie nowy punkt widzenia lub specyficzne poczucie humoru, którego inaczej by tam zabrakło.
Jednak tego typu zgromadzenia mogą nas również rozczarować. Odżywają stare konflikty, niektórzy czują się wyobcowani, wspominane z nostalgią miejsce okazuje się mniejsze i mniej atrakcyjne, niż nam się wydawało. Także my sami zmieniliśmy się – na lepsze lub na gorsze.
Mamy jednak swoje miejsce w rodzinie, która nigdy nas nie rozczaruje – w rodzinie Bożej! W Chrystusie Bóg ofiarowuje nam swoje własne życie, a także wszystkie skarby, jakich moglibyśmy zapragnąć. Daje nam braci narodzonych w tym samym chrzcielnym źródle, karmionych tymi samymi sakramentami i kształtowanych przez to samo słowo. Możemy dzielić się nawzajem naszymi wyjątkowymi doświadczeniami, intuicjami i darami.
Dzięki krzyżowi Jezusa żyjemy wszyscy w dobie nieustannego jubileuszu. Nasze długi zostały darowane. Niewola grzechu i śmierci usunięta. Jako cenni członkowie Bożej rodziny, wszyscy żyjemy na świętej ziemi. Nasz Ojciec zawsze przyjmie nas z otwartymi ramionami!
Rozraduj się więc dziś swoim dziedzictwem. Pamiętaj, że masz zapewnione miejsce w domu Boga!
„Ojcze, dziękuję Ci za to, że włączyłeś mnie do swojej rodziny. Cieszę się tym, co jest wspólnym dziedzictwem nas wszystkich, a także niepowtarzalnymi darami, jakich udzielasz mnie samemu oraz wszystkim moim braciom i siostrom.”
Ps 67,2-3.5.8
Mt 14,1-12

▌Niedziela, 2 sierpnia
J 6,24-35
Cóż mamy czynić? (J 6,28)
Jeśli miałeś kiedyś w ręku kostkę Rubika, to wiesz, jak ogromnej koncentracji wymaga jej ułożenie. Wielu zaczyna z en-
tuzjazmem przesuwać kolejne części, ale już po kilku minutach zniechęca się, widząc, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż wygląda na pierwszy rzut oka.
Dla tłumów gromadzących się wokół Jezusa Jego osoba także była swojego rodzaju łamigłówką. Nie byli w stanie zakwalifikować Go do odpowiedniej szufladki. Był prorokiem, to nie ulegało wątpliwości. Jednak to, co mówił i czy-
nił, stanowiło dosyć nieortodoksyjną interpretację żydowskich praw i tradycji. Co miał na myśli, mówiąc, że jest „chlebem życia” (por. J 6,35)? Jak mógł dokonywać czynów zastrzeżonych jedynie dla Boga, takich jak uzdrawianie chorych czy przebaczanie grzechów? Nie byli w stanie Go „rozgryźć”, gdyż przesuwali rządki kostki na chybił trafił, nie zdobywając się na wyjście poza określony schemat.
Mimo to ich nieustępliwość zasługuje na szacunek. Kiedy Jezus udziela im odpowiedzi, której nie rozumieją, próbują zajść Go od innej strony. „Kiedy tu przybyłeś?”, „Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?”, „Jakiego więc dokonasz znaku?” (J 6,25. 28.30). Wydaje się, że naprawdę chcą się czegoś o Nim dowiedzieć i nie dają za wygraną! A jak zobaczymy pod koniec tego rozdziału Ewangelii, najbardziej nieustępliwy okazuje się Piotr. Słysząc wiele kłopotliwych – czy nawet szokujących – odpowiedzi Jezusa, decyduje się mimo wszystko iść za Nim. „Panie – mówi – do kogóż pójdziemy?” (J 6,68). Nikt inny nie przemawia z taką mocą, pasją i miłością. Pozostanę więc przy Tobie w nadziei, że z czasem sens tego, co mówisz i czynisz, stanie się dla mnie zrozumiały.
A ty, czy jesteś nieustępliwy? Czasami mielibyśmy ochotę natychmiast dokładnie zrozumieć, co Bóg czyni w naszym życiu. Czy powinienem zostać w tej pracy? Czy poślubić kobietę, z którą się obecnie spotykam? Dlaczego bliska mi osoba nie została uzdrowiona, chociaż tak gorąco się o to modliłem? Stawiamy te i inne pytania, na próżno oczekując odpowiedzi. Czasami jednoznaczna odpowiedź po prostu nie istnieje, a czasami trzeba na nią trochę poczekać. Ewangelia uczy nas w takich sytuacjach po prostu trwać przy Jezusie. Trwaj przy Nim, a doczekasz się nagrody!
„Panie, wierzę, że Ty jesteś chlebem życia. Pomóż mi trwać przy Tobie.”
Wj 16,2-4.12-15
Ps 78,3-4.23-25.54
Ef 4,17.20-24

▌Czwartek, 6 sierpnia
Przemienienie Pańskie
Mk 9,2-10
Tam przemienił się wobec nich. (Mk 9,2)
Łatwo zauważyć, że Kościół traktuje przemienienie Jezusa jako jedno z najważniejszych wydarzeń w Jego życiu – a także w naszym życiu wiary. Poza tym, że co roku 6 sierpnia obchodzimy święto Przemienienia Pańskiego, Ewangelię o przemienieniu czytamy również za każdym razem w drugą niedzielę Wielkiego Postu. Dlaczego poświęcamy temu wydarzeniu aż tyle uwagi? W sposób oczywisty nasuwa się odpowiedź, że fakt przemienienia bardzo jasno objawia Jezusa jako umiłowanego Syna Boga. Wizja Jezusa uwielbionego miała pomóc uczniom w przetrwaniu mrocznych dni Jego męki i śmierci, a także podtrzymywać nas w trudnych chwilach, jakie każdy z nas przeżywa. Jest też jednak i inna przyczyna.
Wiemy, że Jezus miał ciało podobne do naszych ciał. Teraz, widząc je promieniejące Bożym światłem, możemy nabrać nadziei, że my także możemy zostać przemienieni! Przemienienie jest nie tylko dla Jezusa, ale też dla nas, dzielących z Nim ludzką naturę.
Zostaniemy przemienieni na końcu czasów, kiedy Jezus powróci w chwale. Oprócz nadziei na przemienienie, o którym mówi dzisiejszy tekst, możemy także ulegać stopniowej przemianie dzień za dniem – jeśli będziemy wsłuchiwać się w słowa Boga wypowiedziane na górze Tabor: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!” (Mk 9,7). Kiedy bowiem w ciszy słuchamy głosu Jezusa, spływa na nas Jego chwała. Jego słowo przemienia nasze serca. Jego miłość rozświetla nasze oczy. Jego obecność pomaga nam podnieść głowę.
Przesłanie dzisiejszego święta niesie nam wspaniałą nadzieję! Najlepsze, co możemy zrobić, to pójść za tym, co nieśmiało wyjąkał św. Piotr – postawić namiot dla uczczenia tego, co Bóg dla nas uczynił. Wspominanie minionych łask jest rzeczą słuszną. Ale Bóg ma dla nas o wiele więcej. Chce, abyśmy wraz z Nim wyruszyli ku przyszłości. Chce zaprosić nas na drogę miłości – przez krzyż do zmartwychwstałego życia, obiecanego nam wszystkim.
Słuchaj więc dziś Jezusa. Próbuj wychwycić Jego cichy, subtelny głos na modlitwie, w pięknie przyrody, w wydarzeniach dnia. Słuchaj Go, a On cię podniesie!
„Jezu, ukaż mi dziś swoją chwałę! Niech Twoja miłość dotknie mnie i przemieni.”
Dn 7.9-10.13-14 albo 2 P 1,16-19
Ps 97,1-2.5-6.9

▌Sobota, 15 sierpnia
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
Ap 11,19a; 12,1.3-6a.10ab
Niewiasta obleczona w słońcei księżyc pod jej stopami. (Ap 12,1)
Pomyśl, jak bliska musiała być relacja Maryi z Jej Synem. Aby przygotować Ją do roli Matki Bożej, Bóg już przy Jej poczęciu uwolnił Ją od zmazy grzechu i włożył w Jej serce niezachwiane pragnienie miłowania Jego samego i ludu, który sobie wybrał. Trwając w wierności aż do końca, Maryja otrzymała szczególny udział w zmartwychwstaniu Jezusa, gdy pod koniec swego ziemskiego życia została wzięta do nieba z duszą i ciałem.
Także dziś Maryja pozostaje dla nas najwspanialszym przykładem życia chrześcijańskiego. Kiedyś wzięła udział w walce Jezusa z szatanem, a dziś uczestniczy w Jego triumfie nad diabłem i nad śmiercią. Maryja jako pierwsza spośród chrześcijan doświadczyła tego, co jest przeznaczeniem nas wszystkich – przywileju stanięcia przed tronem Boga jako nowe stworzenie i otrzymania pełnego udziału w Jego Boskim życiu.
Miejsce Maryi w niebie jest znakiem nadziei dla nas wszystkich oczekujących swego udziału w zmartwychwstaniu. My także będziemy królować z Chrystusem. My także będziemy wpatrywać się w piękno Boga i majestat naszego Zbawiciela. Nas także otoczą aniołowie w całej swojej chwale, a my, dzięki swemu zjednoczeniu z Chrystusem, przyćmimy ich godnością! Oto nasza nadzieja i nasze dziedzictwo w Chrystusie! Oto, czego z radością oczekujemy!
Dziś, zmierzając ku mecie, którą już osiągnęła Maryja, starajmy się jak najwierniej naśladować Jej życie. Obmyci w wodach chrztu, możemy odrzucać grzech i wszelkie pokusy podsuwane nam przez diabła. Napełnieni tym samym Duchem, który ocienił Maryję, mamy dostęp do wszelkich łask potrzebnych do życia wiarą. Rozważając Jej wniebowzięcie, skierujmy nasze serca ku niebu, służąc z miłością Jezusowi aż do dnia Jego powtórnego przyjścia.
Postanówmy więc sobie naśladować Maryję, wywyższając Pana i mówiąc „tak” na wszystko, o co nas poprosi.
„Panie Jezu, proszę za tych, którzy nie żyją jeszcze w nadziei zmartwychwstania. Oby i oni poznali i uwierzyli, że Ty chcesz, abyśmy wszyscy żyli
z Tobą na wieki.”
Ps 45,7.10-12.14-15
1 Kor 15,20-27
Łk 1,39-56

▌Niedziela, 16 sierpnia
Ef 5,15-20
Napełniajcie się Duchem. (Ef 5,18)
Często zdarza nam się dziś słyszeć powtarzane z przekonaniem słowa św. Pawła: „dni są złe” (Ef 5,16). Jednak Paweł przedstawia nie tylko pesymistyczną diagnozę otaczającej go rzeczywistości, ale także receptę na to, jak żyć po chrześcijańsku nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Jest to zarazem sposób na mądre i rozsądne życie.
I tak, najpierw Paweł koncentruje się na tym, czego nie należy robić. A więc nie należy biernie poddawać się okolicznościom, ale próbować aktywnie odczytywać w nich wolę Boga. Bierne płynięcie z prądem prędzej czy później doprowadzi nas do szukania szczęścia poza Bogiem – a to zazwyczaj dobrze się nie kończy. Nie należy też uciekać od problemów w nałogi, takie jak pijaństwo czy narkotyki.
Jednak ten negatywny obraz to zdecydowanie jeszcze nie wszystko. Istnieje droga wyjścia z marazmu, do którego skłania nas nasza skażona grzechem natura – jest nią napełnianie się Duchem Świętym. To On ma moc tchnąć w nas życie i wprowadzić na drogi Boże.
Jak to uczynić? Paweł zaleca nam dziękczynienie i uwielbienie Boga – zwłaszcza we wspólnocie. Niech z waszych ust i serc płyną słowa Pisma Świętego – a szczególnie Psalmów. Umacniajcie się nawzajem w miłości do Jezusa. Módlcie się wspólnie. Dziękujcie Panu za wszystkie Jego dobre dary.
Czy twoja wspólnota – na przykład rodzinna lub parafialna – jest miejscem dziękczynienia i uwielbienia? Czy takim miejscem jest dla ciebie Eucharystia, której sama nazwa oznacza dziękczynienie? Czy stając przed Bogiem na modlitwie, pragniesz napełniać się Duchem Świętym, dziękując Mu za wszystko, co dla ciebie uczynił?
Jeśli tak jest, masz kolejny powód do dziękczynienia Bogu! A jeśli widzisz braki w tej dziedzinie i pragniesz uczynić swój dom miejscem miłym Panu, Paweł podsuwa ci dziś gotowy plan!
„Duchu Święty, przyjdź i zamieszkaj w moim sercu.”
Prz 9,1-6
Ps 34,2-3.10-15
J 6,51-58


Magazyn:

WSZĘDZIE BYŁO GO PEŁNO DLA BOGA
Błogosławione wędrówki Junipero Serry

Patrz, kochanie, znowu ten sam facet! – poinformowała pewna kobieta swojego męża. – Wszędzie go pełno!” Wskazywała przy tym na figurę św. Junipero Serry, stojącą przed Misją św. Agnieszki, gdzie byłem proboszczem. Uśmiechnąłem się na te słowa, przyjmując je jako swoisty hołd złożony zakonnikowi, który wyruszając z wysepki u wybrzeży Hiszpanii, przemierzył w służbie Chrystusa i Jego ludu oceany, pasma górskie, bagna i pustynie. Junipero Serra był rzeczywiście człowiekiem, którego „wszędzie było pełno”, dzięki jego wierze i gorliwości w głoszeniu Ewangelii.
Junipero nie od razu stał się podróżnikiem dla Boga. Przez pierwszą połowę życia całym jego światem była wyspa Majorka, gdzie przyszedł na świat w 1713 roku jako dziecko Antonia i Margarity Serra i otrzymał na chrzcie imię Miguel. Zainspirowany przykładem św. Franciszka oraz znanych sobie osobiście braci, w 1730 roku wstąpił do Zakonu Franciszkanów. Imię Junipero przyjął na pamiątkę brata Jałowca, jednego z najwcześniejszych naśladowców św. Franciszka, wyróżniającego się modlitwą i prostodusznością.
Nowy Junipero był człowiekiem modlitwy, ale także wyjątkowej wiedzy i mądrości. Jako profesor miejscowej uczelni franciszkańskiej, szybko zdobył sobie uznanie i dobrą pozycję. Tęsknił jednak za czymś więcej.

▌WĘDRÓWKA DLA CHRYSTUSA
Gdy jego zakon zaczął poszukiwać misjonarzy do obu Ameryk, Junipero zgłosił się na ochotnika. W 1749 roku, licząc sobie już trzydzieści pięć lat (co było wówczas dość zaawansowanym wiekiem), pozostawił swoich rodziców, ojczyznę, bezpieczeństwo i wszystko, co znał do tej pory. Była to dla niego trudna chwila, odtąd jednak konsekwentnie wcielał w życie to, co stało się jego słynną maksymą: „Zawsze naprzód, nigdy w tył”.
Kiedy statek przybił do Veracruz w Meksyku, bracia, z którymi Serra przypłynął, postanowili dotrzeć do siedziby franciszkanów w Mexico City konno, on jednak, naśladując prostotę św. Franciszka, odbył przeszło czterystukilometrową podróż na piechotę. Tak rozpoczęła się jego długa kariera piechura w służbie Chrystusa, a także ponoszone dla Niego cierpienia – podczas tej drogi doznał infekcji nogi, która dolegała mu do końca życia.
Na początek Junipero został posłany w odległy i dziki rejon Meksyku północnego, gdzie misjonarze franciszkańscy ochrzcili wielu członków plemienia Pame. Aby pomóc im wytrwać w wierze oraz poprawić warunki bytowe, Serra troszczył się o zakładanie tam misji – wspólnot chrześcijańskich prowadzących życie wiary i wzajemnej miłości, oparte na fundamencie wspólnej modlitwy i pracy. Nie ograniczając się jedynie do nauczania i głoszenia słowa Bożego, Junipero pomagał w projektowaniu i wznoszeniu kilku kościołów misyjnych. Często można było go spotkać pracującego w ubłoconym habicie ramię w ramię z ludnością tubylczą, intonującego kolejne pieśni.

▌GŁOSZENIE MIŁOSIERDZIA
Będąc inteligentnym i utalentowanym człowiekiem, Serra miał w sobie również wiele pokory i gotowość uczenia się od innych. Słuchając bardziej doświadczonych misjonarzy, porzucił swój akademicki styl nauczania i zaczął głosić płomienne kazania znajdujące odzew w ludzkich sercach. Były one przejmujące, pełne mocy i trwały nieraz całymi godzinami. Przesłanie było proste: odwróć się od grzechu i przyjmij miłosierdzie Boga. Pan pragnie, by ludzie „zobaczyli, jak wielką radość sprawia Mu przebaczanie nam i jak niewiele potrzeba, by otrzymać Jego Boskie miłosierdzie”, powiedział pewnego razu Serra. Sam także czynił to, czego nauczał, często przystępując do spowiedzi na oczach całego zgromadzenia, by tym sposobem zachęcić innych do skorzystania z tego sakramentu.
W 1758 roku Serra został odwołany z powrotem do Mexico City. Powrócił do nauczania – we franciszkańskim Kolegium św. Ferdynanda – kontynuując jednocześnie posługę wędrownego kaznodziei. Przemierzał Meksyk wzdłuż i wszerz, głosząc kazania i nauki misyjne w nieprzystępnych i niebezpiecznych rejonach. Szacuje się, że pomimo bólu w nodze w ciągu dziesięciu lat przeszedł ponad 8 tysięcy kilometrów.
Okazało się to doskonałym przygotowaniem do kolejnego etapu jego życia, który rozpoczął się w 1768 roku. Z powodu sytuacji politycznej jezuici musieli opuścić wówczas swoją misję w Baja w Kalifornii, a ich miejsce zajęli franciszkanie, wśród nich Junipero. Aby tam się dostać, przemierzył dzikie i odludne obszary północnego Meksyku. Wkrótce po przyjeździe został posłany jeszcze dalej, by zakładać misje na obszarze zwanym Górną Kalifornią (także: Alta Kalifornia), obecnie wchodzącym w skład terytorium USA.

▌OJCIEC MISJI KALIFORNIJSKICH
Górna Kalifornia leżała na skraju terytoriów hiszpańskich w Ameryce, toteż pragnieniem korony hiszpańskiej było umocnienie tam swego panowania przy pomocy misjonarzy, którzy nawracając tamtejsze ludy, mieli uczynić z nich lojalnych poddanych. Pozostawiając na boku pragnienia władców, Junipero Serra miał własne zdanie na temat powodów, które skłoniły jego samego oraz innych misjonarzy do podróży na krańce świata: „Każdy z nas przybył tu jedynie po to, by czynić ludziom dobro i dla ich wiecznego zbawienia. Z pewnością każdy z nich wie, że ich kochamy”.
Zakładanie nowych misji i zapewnianie im trwałych fundamentów nie było łatwe. „Ci, którzy tu przyjeżdżają, powinni zaopatrzyć się w spory zapas cierpliwości i miłości bliźniego” – informował przełożonych. Jako przełożony misji kalifornijskich, Serra przy pomocy niewielkich zasobów musiał radzić sobie ze słabym, a niekiedy nawet wrogim odzewem ze strony miejscowej ludności, jak również z okrucieństwem wojskowych towarzyszących misjonarzom. Pewnego razu, gdy miejscowi zjedli konie, które wymknęły się z zagrody, żołnierze zareagowali w sposób niezwykle brutalny. Wówczas Serra zaprotestował, argumentując, że powinni oni dawać przykład miłości chrześcijańskiej. W 1773 roku udał się nawet z powrotem do Mexico City, gdzie interweniował u samego namiestnika, zabiegając o lepsze traktowanie miejscowej ludności przez wojsko.
Nieustanne wysiłki ewangelizacyjne Serry wydały owoce. W ciągu piętnastu lat ochrzcił kilkuset tubylców i założył dziewięć misji. Nadzorował też całość działań misyjnych, niestrudzenie wędrując od misji do misji, by nieść pociechę, rozwiązywać problemy i sprawować sakramenty. Pomimo dolegliwości fizycznych i trudnej sytuacji politycznej nigdy nie stracił entuzjazmu do głoszenia słowa Bożego i stawania się dobrym pasterzem dla swojego ludu.

▌KOCHAJCIE BOGA!
Co pozwalało mu mimo trudów tak wielu podróży i niezliczonych wyzwań zachować entuzjazm dla spraw Chrystusa? Junipero Serra czerpał siłę i radość z intensywnej modlitwy osobistej. Nawet w czasie choroby znajdował czas i energię dla Pana! Jak skomentował jeden z obserwatorów: „Ten świątobliwy kapłan zawsze czuje się na tyle dobrze, by modlić się i śpiewać”.
Energii dodawało Junipero także gorące pragnienie naśladowania prostoty i pokory św. Franciszka. Jego ulubionym aktem pokory było umywanie nóg współbraciom i starszym miejscowych społeczności. O ubóstwie i prostocie Junipero świadczy jego pokój na Misji św. Karola Boromeusza, gdzie zmarł w 1784 roku. Jego wyposażenie jest więcej niż skromne: proste lóżko i biurko; habit, krzyż sznur i różaniec; kij, z którym kilkakrotnie przemierzył Kalifornię.
Junipero zmarł na kolanach, po przyjęciu Eucharystii w swoim kościele misyjnym. Wyznając publicznie miłość do Boga i ludu swej umiłowanej Kalifornii, wypowiedział swoje ostatnie ewangeliczne przesłanie: Amar a Dios! (Kochajcie Boga!).
Owoce misyjnego systemu kalifornijskiego, który załamał się około pięćdziesiąt lat po śmierci Junipero, nie są jednoznaczne. Choroby i zawirowania polityczne zdziesiątkowały miejscową ludność Kalifornii i niemal zniszczyły jej kulturę. Serra, który kochał ten lud i ciężko pracował dla jego dobra, byłby tym zbulwersowany.
Ten pokorny zakonnik, ze wszystkimi ograniczeniami płynącymi z życia w konkretnej epoce i konkretnej kulturze, zawsze był gotów przyznać się do swoich błędów i szczerze pragnął naśladować Chrystusa, nawet gdy oznaczało to sprzeciwianie się obowiązującemu systemowi. Kiedy na przykład grupa Indian z misji San Diego zabiła zakonnika, Junipero wstawił się za nimi i wymógł darowanie im życia.

▌ZAWSZE NAPRZÓD!
Junipero Serra poznał na własnej skórze trudności i niebezpieczeństwa życia w drodze. Wezwanie Chrystusa poprowadziło go tam, gdzie groziły mu komary, krokodyle, skorpiony i pająki. Kazało mu prowadzić batalie polityczne, choć bardziej odpowiadała mu cisza sal wykładowych. Idąc za Panem, przeżywał samotne dnie i noce, a także chwile kryzysu, gdy kwestionował wartość wszystkich swoich wysiłków. Jednak do końca życia pozostał wierny swojemu powołaniu. Jest on przykładem dla nas wszystkich, którzy próbujemy żyć Ewangelią, zdając sobie sprawę ze swoich własnych ograniczeń, a także z ograniczeń innych. Zachęca nas do przezwyciężania wszystkich rozczarowań, aby przy pomocy łaski Bożej iść siempre adelante – zawsze naprzód.
Z miłości do Chrystusa i jego ludu Junipero Serra był gotów iść na krańce ziemi z przesłaniem Dobrej Nowiny. Kiedy papież Franciszek we wrześniu dokona kanonizacji zakonnika z Majorki, z pewnością będzie pragnął, by jego miłość
i zapał udzieliły się nam wszystkim. Oby nas wszystkich „wszędzie było pełno” tam, gdzie Bóg nas poprowadzi. ▐


NIE WARTO NA DROGE TĘ SANDAŁÓW I PŁASZCZA ZABIERAĆ
czyli, jak Jezus uczył mnie miłości w Kenii

▌WOLONTARIUSZ, CZYLI KTO?
Wolontariuszka, misjonarka, turystka, a może po prostu Boża wariatka, która na chwilę porzuciła swoje rudnicko-krakowsko-warszawskie życie i wybrała się do Afryki, by tam poszukać Jezusa od Bananowców i Maryi Matki Małych Murzynków. By zachwycić się bogactwem smaku mango i awokado, nauczyć się wielbić Boga w każdej sytuacji, przytulać i być przytulaną, być szczęśliwą, po prostu.
W lutym 2014 roku dołączyłam do Izy, która mieszkała w Kenii od grudnia poprzedniego roku i zostałam wraz z nią na kolejne siedem miesięcy. Wiele się działo w tym czasie. Najpierw byłyśmy wolontariuszkami, potem turystkami, by na końcu zostać misjonarkami. Miałyśmy wiele domów. Jezus troszczył się o wszystko. Bez pracy, bez pieniędzy, był dach nad głową, pyszne jedzenie, przyjaciele, zaproszenia w miejsca wszelakie. Bo „nie warto na drogę tę sandałów i płaszcza zabierać…”. Jezus posłał nas do Kenii tylko w jednym celu, abyśmy dzieliły się Jego miłością. Choć nie od razu odkryłyśmy tę jedyną prawdę.
Jezus zaprosił mnie do Mitunguu w centralnej Kenii, do dzieciaków z Shalom i okolicznych szkół, do sióstr i dzieciaków z Laare, do spacerowania po czerwonym dywanie w pyle i w kurzu. Pokazał spokojne, pełne zmagań, ale też ogromnej radości życie Vero i jej licznej rodziny w Nayvashy. Zaprowadził do wioski Masajów i pozwolił głosić tam seminaria, wysłał do Tiganii, gdzie dzieciaki biegały beztrosko wśród obłędnie biednych lepianek. Wysyłał do chłopców ulicy, do dzieci niekochanych, do tych, co próbują doścignąć marzenia, do tych, którzy nie potrafią odciąć się od własnej przeszłości, do niekochanych, zranionych. Uczył jak kochać. Bezinteresownie.

▌POCZĄTKI KENIJSKIEJ MIŁOŚCI
Wyszłam na środek pomieszczenia, w którym mieliśmy ostatnią Mszę z dzieciakami z Shalom: „Chciałam Wam podziękować za miłość, którą mi okazaliście”. Gadatliwa z natury może i jestem, ale ledwo dokończyłam te słowa, zaczęłam płakać jak dziecko. To było wszystko, co powiedziałam tego ostatniego dnia w Shalom. Moim domu na te kilka miesięcy. Domu, choć nigdy tam nie mieszkałam. Tutaj wszystko się zaczęło.
Shalom to szkoła i dom dziecka zarazem. Dla niektórych szkoła z internatem. Dla innych szkoła dzienna. Miejsce, gdzie otrzymują edukację ci najbiedniejsi. Dzieciaki z pobliskich slumsów, z rozbitych rodzin, synowie i córki alkoholików i prostytutek, porzucone, często niekochane albo zbyt biedne, by mogły patrzeć każdego dnia na ukochaną mamusię. Te dzieci właśnie skradły moje serce już pierwszego dnia. Z nimi pozostało.
W moich wspomnieniach z ogromną siłą wracają wieczorne modlitwy. Spontaniczne uwielbienia przed snem. Dla tych radosnych spotkań zostawaliśmy tam czasem na noc. By zatańczyć, zaśpiewać z rozbrykaną gromadką 150 dzieci. „Ni wewe tu, Bwana, ni wewe tu…” – melodia krąży w mojej głowie. Miłość do Jezusa, do siebie nawzajem. Z dzieciakami po prostu byłam. Przytulałam. Rozmawiałam. Słuchałam zwierzeń, problemów. Przyjmowałam listy pełne miłości. Przychodziłam z uśmiechem, z dobrym słowem, otrzymywałam delikatny dotyk dziecka, jego zaufanie, wiarę.
Tam odkryłam, że nie przyjechałam po to, żeby zmienić świat, nakarmić wszystkie głodne dzieci, kupić im zabawki, zapłacić za szkołę. Jezus powołał każdego człowieka do miłości. W Afryce powołał mnie nie do budowania nowej szkoły i wydobywania ludzi z ubóstwa, lecz właśnie do miłości. Nie jest szczęśliwszy ten, kto posiada więcej dóbr materialnych, ale ten kto kocha
i jest kochany.

▌POWOŁANA DO MIŁOŚCI
Tego jednego mogę być pewna: powołania do miłości. Trudno mi opisać, co robiłam przez pierwsze miesiące w Kenii, jak wyglądał mój zwykły dzień, czym się zajmowałam. Czasem ktoś poprosił, żeby poprowadzić lekcje – wtedy szłyśmy z Izą i uczyłyśmy. Były warsztaty o poczuciu własnej wartości podczas zajęć komputerowych w Mitunguu, lekcje o dojrzewaniu w Shalom, o porach roku z Reksiem oraz Bolkiem i Lolkiem w roli głównej w St. Anthony, o Mszy świętej w St. Francis. Jednego dnia pakowałam prezenty od darczyńców, następnego je rozdawałam, innego po prostu siedziałam z dziećmi w szpitalu. Jedno przedpołudnie spędziłam rozmawiając o codzienności z nastolatką z Shalom, inne z rodziną Elosy przed jej domkiem z błota. Bawiłam się z tymi, którzy chcieli się bawić, uwielbiałam Boga z tymi, którzy Go wielbili. Patrzyłam z dumą na moje dzieci, jak odbierały nagrody za postępy w nauce, kiedy indziej tłumaczyłam nauczycielce, jaką krzywdę czyni dzieciom bijąc je. Mówiłam o potrzebie spowiedzi, a czasami nic nie mówiłam, tylko byłam. Słuchałam historii trudnych i skomplikowanych. Próbowałam powstrzymać krzywdzące plotki, rozniecić jeszcze silniej marzenia młodych Kenijczyków, które często zabijał tzw. zdrowy rozsądek.
Dzięki temu, że byłam pewna powołania do miłości, nie zabiegałam o plan dnia ani o jakieś konkretne miejsce pobytu, nie układałam własnych scenariuszy zdarzeń, bo przecież zawsze i wszędzie znajdzie się ktoś do kochania. Sensu nabrał każdy dzień. Nawet wtedy, kiedy z powodów wizowych musiałam opuścić Kenię i uciec na chwilę do Tanzanii, a potem Malawi, dalej czułam się jak misjonarka. Bo codziennie spotykałam ludzi, którzy potrzebowali mnie, a ja ich. Jezus bardzo mocno dawał znaki swojej obecności. Uczyniłyśmy z Izą modlitwą łapanie stopa w Tanzanii, spotkania przy kawie z afrykańskimi Europejczykami, podróże autobusem, rozmowy ze sprzedawcami bananów, przejażdżki malawijską taksówką rowerową, przeprawy przez wody pełne krokodyli, nawet napaść złodziei w Arusha. Bo Bóg powołuje do miłości wszędzie i zawsze. Każdego.

▌MIŁOSNE SEMINARIA
Czym jest miłość? Czujesz się kochany? Jak osoba, która cię kocha, to wyraża? W jaki sposób ty okazujesz miłość? Opowiedz jedną historię o tym, jak okazałeś miłość drugiemu człowiekowi. Czy czujesz się kochany przez twojego tatę? Dlaczego tak uważasz? Czy relacja pomiędzy twoimi rodzicami wpływa na relacje, które budujesz? Zadając takie i podobne pytania, spędziliśmy, wraz z małżeństwem z Wrocławia, Magdą i Przemkiem, lipiec i początek sierpnia.
Największymi problemami Kościoła katolickiego w Kenii, które dostrzegliśmy, był brak zawierania małżeństw sakramentalnych, spowiedzi (często latami), przedmiotowe traktowanie kobiet, demoralizacja kleru. I tu do walki stanęliśmy z miłością. Dokładniej rzecz ujmując, poprowadziliśmy cykl seminariów, zaczynając od tego o miłości. Potem mówiliśmy o relacjach, stworzeniu, czystości przed i w małżeństwie. O pięknie kobiet i sile mężczyzn, różnicach między nimi. O małżeństwie. Zainicjowaliśmy w ten sposób naszą pracę duszpasterską.

▌OAZA MIŁOŚCI
Kolorytu mojej młodości nadał Ruch Światło-Życie. Gdy do niego wstąpiłam, miałam 15 lat, jako nastolatka ukończyłam formację podstawową. Następnie były studia w Krakowie i duszpasterstwo akademickie, kilka lat później praca w Warszawie i duszpasterstwo post-akademickie. Czasem odchodziłam, ale Jezus zawsze zapraszał mnie na nowo do podjęcia charyzmatu Ruchu Światło-Życie. Choć szerzenie oazy w Kenii nie było celem ani moim, ani Izy, było jednak w Bożym planie dla naszego życia. I dla życia Kenijczyków, do których nas posłał.
Zaczęłyśmy od prowadzenia spotkań w małych grupach w Val di Sole w Mitunguu. Szłyśmy tam 25 minut piechotą w czerwonym kurzu, wśród radosnych powitań przechodniów. Na miejscu, w technikum dla chłopców, miałyśmy pokaźną grupę 90 młodych mężczyzn chcących pogłębiać swą relację z Bogiem. Spotkania odbywały się systematycznie, w czwartki dla animatorów, w piątki dla wszystkich. Cała szkoła zatopiona w modlitwie i skoncentrowana na rozmowach o Bogu. Wyrywali nas tymi spotkaniami ze wszelkiego zmęczenia, poczucia bezsensu, smutku. Nadawali nowy sens naszemu pobytowi w Kenii. Czasem musiałyśmy wysłuchiwać, że przecież nie ma dowodów na istnienie Matki Bożej w Piśmie Świętym czy też że spowiedź jest bez sensu. Wtedy uświadamiałyśmy sobie, że podjęłyśmy pracę formowania chrześcijan wszelkich odłamów, bo tacy uczęszczali do tej szkoły.
W lipcu dołączyli do nas Magda i Przemek z Wrocławia. Przyjechali na wolontariat z ramienia Ruchu Światło-Życie, z planem zorganizowania rekolekcji pierwszego stopnia. Rozmawialiśmy, jak to zrobić. Na szczęście za przykładem naszego założyciela, ks. Franciszka Blachnickiego, zaczęliśmy działać, nie zastanawiając się, czy jest to możliwe. Napakowaliśmy plan seminariami i spotkaniami, a w tzw. międzyczasie rozpoczęliśmy przygotowania. Niemożliwe stawało się możliwe. Jezus zorganizował miejsce i środki finansowe. Było ich tyle, że wysłaliśmy dodatkowe 140 osób na pięciodniowe rekolekcje w innym ośrodku. Znaleźli się uczestnicy. I ksiądz moderator, o którego modliliśmy się jeszcze na kilka dni przed rekolekcjami. A my organizowaliśmy, drukowaliśmy, pisaliśmy, układaliśmy plan.
Tak 14 sierpnia 2014 roku rozpoczęliśmy pierwsze rekolekcje oazowe w Kenii, a tym samym pierwsze w Afryce. 15 dni, 15 tajemnic Różańca świętego. Bóg z miłością dobierał ludzi, uczył nas, jak z nimi rozmawiać. Już przed rekolekcjami były pierwsze owoce. Trzy tygodnie przed ich rozpoczęciem powiedzieliśmy Rose, że nie może jechać, bo żyje w związku niesakramentalnym. Rose po- rozmawiała z kapłanem, zapisała się na dwutygodniowe katechezy, wyspowiadała się i wzięła ślub – dwa dni przed rozpoczęciem rekolekcji.
Dużo wydarzyło się podczas rekolekcji. Veronicah pierwszy raz opowiedziała o bolesnych wydarzeniach z dzieciństwa i zaczęła odkrywać swoje piękno na nowo. Pewien młody mężczyzna powiedział o swoim alkoholizmie i został zeń uwolniony – nie pije do dziś. Wielu dzieliło się swoim życiem, mówiąc, że do tej pory nigdy nie dawano im do tego prawa. W skupieniu otwierali karty z zapiskami z kolejnych dni, uczyli się miłości w drobnych gestach, każdego dnia podczas Mszy świętej czerpali ze źródła Miłości Odwiecznej. Owoce tych rekolekcji są niezwykłe. Jezus codziennie zapewnia, że taki właśnie był Boży plan. Czujemy to każdego dnia, organizując już dziś kolejne rekolekcje, tym razem I i II stopnia, które odbędą się w Kenii w sierpniu 2015 roku.
I za to chwała Panu. ▐

Nasza ankieta
BÓG ŻYJE I DZIAŁA
Z pewnością każdy z nas doświadczył w swoim życiu pomocy, czasem bardzo zaskakującej, kiedy znajdował się w jakiejś trudnej sytuacji, naglącej potrzebie czy niebezpieczeństwie. Może najpierw myśleliśmy, że to przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności czy zwyczajna ludzka życzliwość, ale później odkryliśmy, że była w tym ręka Boga. Bywało i tak, że mieliśmy jasną świadomość Bożej interwencji. Może także zdarzyło się, że sami zostaliśmy poprowadzeni przez Boga tak, że ktoś otrzymał pomoc za naszym pośrednictwem.
Wszyscy mamy za co dziękować Bogu. Napiszcie nam o tym, jak Pan działa w Waszym życiu, jak przyszedł Wam z pomocą w jakiejś konkretnej sprawie, jak doświadczyliście Jego miłosierdzia.
Przez te świadectwa oddamy chwałę Bogu, a jednocześnie umocnimy się nawzajem w wierze.

Prosimy o nadsyłanie świadectw (2 do 5 stron) w terminie do końca czerwca 2016 roku za pomocą e-maila: sekretarzslowo@wydawnictwo.pl
Lub pocztą: Redakcja „Słowa wśród nas”, ul. Św. Bonifacego 9/1, 02-914 Warszawa

Wszyscy, którzy nadeślą do nas swoje świadectwo otrzymają książkę Wydawnictwa PROMIC. Zostanie także rozlosowana nagroda główna ufundowana przez Wydawnictwo PROMIC w postaci pakietu książek o wartości 150 zł (tytuły do ustalenia)

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 8 (264) 2015 - E-BOOK



OPIS

 „Abba, Ojcze…” to tytuł sierpniowego numeru „Słowa wśród nas”, poświęconego Bogu Ojcu – naszym wyobrażeniom o Nim, właściwej postawie wobec Niego i temu, jak opisuje Go Pismo Święte. Ponadto, jak w każdym numerze, polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych. W Magazynie umieściliśmy tekst o niezwykłym misjonarzu Ameryki, żyjącym w XVIII wieku św. Junipero Serry, który „w służbie Chrystusa i Jego ludu przemierzył oceany, pasma górskie, bagna i pustynie” – słowem „wszędzie było go pełno”, a także poruszające świadectwo młodej kobiety, od dzieciństwa zagrożonej utratą wzroku oraz polskiej wolontariuszki, która przez wiele miesięcy odkrywała miłość Boga w Kenii. 

Ogłaszamy także nową ankietę pt. „Bóg żyje i działa”. Prosimy wszystkich o świadectwa, dotyczące pomocy otrzymanej w trudnych sytuacjach.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY


Kim jest Bóg Ojciec?
Nasze wyobrażenia o Bogu........................................ 4


Bóg hojny i łaskawy
Jak przyjąć dary Ojca.................................................. 9

Wierny Ojciec
Jak Pismo Święte opisuje Boga
– Joseph F. Wimmer OSA.......................................... 14


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZ IEŃ


od 1 do 31 sierpnia ................................. 19


MAGAZYN

Wszędzie było go pełno dla Boga
Błogosławione wędrówki Junipero Serry –
Robert Barbato OFMCap .......... 46


Nigdy cię nie opuszczę
Bóg uczy mnie kroczyć „według wiary, a nie dzięki
widzeniu” – Barbara Brophy ............. 51


„Nie warto na drogę tę sandałów i płaszcza
zabierać...”, czyli jak Jezus uczył mnie miłości
w Kenii – Judyta Sowa................................................ 55


Nasza ankieta .......................................................... 62


Krzyżówka ............................................................... 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

SŁOWO WSRÓD NAS – SIERPIEŃ 2015

List:

Drodzy Bracia i Siostry!

Już od wielu lat, od początku wydawania naszego pisma, dzielę się w tym miejscu swoją drogą wiary. Wielokrotnie opowiadałem wam o swoim pierwszym nawróceniu, które miało miejsce na spotkaniu modlitewnym w mojej parafii przed czterdziestoma pięcioma laty. Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy Jezus stał się dla mnie realną Osobą. Pisałem wam też o swoich zmaganiach wewnętrznych, gdy moja najmłodsza, zaledwie trzyletnia wówczas córeczka straciła wzrok z powodu raka. Dzieliłem się tym, jak Jezus pomógł mi przetrwać ten trudny czas i jak otworzył mi oczy na cierpienie świata.
W tym miesiącu chciałbym podzielić się jeszcze innym doświadczeniem. Działo się to w 1995 roku. Do tego czasu, od momentu mojego nawrócenia w 1971 roku, moja wiara była całkowicie skoncentrowana na Jezusie. Kochałem Go za to, kim był, i za to, co uczynił dla nas na krzyżu. Jezus był – i wciąż jest – moim Panem, moim Zbawicielem i moim Przyjacielem.
Jednak w 1995 roku moja wiara nabrała nowego wymiaru – poczułem potrzebę bliższego poznania Boga, naszego niebieskiego Ojca, a także modlitwy do Niego. Dotąd, nawet w trakcie odmawiania – kilkakrotnie w ciągu dnia – Modlitwy Pańskiej, prawie nie myślałem o Bogu Ojcu. Oczywiście wierzyłem w Niego, ale moje duchowe oczy pozostawały zamknięte.
Gdy jednak zacząłem czytać i modlić się, przemówiła do mnie przypowieść o synu marnotrawnym, która jest przypowieścią o miłości Ojca. Słynne słowa z Ewangelii według św. Jana: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3,16), które dotąd kierowały moją uwagę na Jezusa, uświadomiły mi cierpienie, jakiego musiał doświadczać Bóg Ojciec na widok męki i śmierci swojego Syna. Bóg Ojciec, podobnie jak kiedyś Syn, stał się dla mnie żywą Osobą i wywarło to głęboki wpływ na moje życie.
Przekonałem się, że w przeciwieństwie do ziemskich ojców, Ojciec niebieski nigdy nas nie zawiedzie. Kocha nas tak bardzo, że posłał swojego Syna, aby nas zbawił. Jest miłosiernym, współczującym Ojcem, który zawsze jest „z nami” (Rz 8,31). Nie da nam kamienia, gdy prosimy o chleb, ani węża, gdy prosimy o rybę (por. Mt 7,9-10). Jak powiedział św. Paweł, „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować?” (Rz 8,32).
Jak już zapewne zdążyliście odgadnąć, obecny numer jest poświęcony Bogu Ojcu. Ufam, że podczas lektury artykułów na Jego temat Duch Święty będzie otwierał wam oczy, dając głębokie zrozumienie tego, czym jest ojcostwo Boga i jak wielkim darem jest dla nas bycie Jego dzieckiem. Mam też nadzieję, że doświadczycie Jego nieskończonego miłosierdzia, bezgranicznej hojności i bezwarunkowej miłości.
Oby nasz niebieski Ojciec błogosławił nam wszystkim przez cały ten miesiąc!
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


Artykuł:

KIM JEST BÓG OJCIEC?
Nasze wyobrażenia o Bogu

Czy zdarzyło ci się pochopnie wydać o kimś sąd, a następnie przekonać się, że był on całkowicie mylny? Może patrząc na czyjś ubiór, odniosłeś wrażenie, że człowiek ten jest nieodpowiedzialny albo zadufany w sobie? Może po krótkiej rozmowie z sąsiadką uznałeś ją za ograniczoną prostaczkę. Potem jednak zobaczyłeś, że ten mężczyzna w szpanerskich ciuchach wdaje się w długą rozmowę ze stojącym na ulicy żebrakiem i oferuje mu pomoc, a na pozór nieumiejąca sklecić dwóch zdań sąsiadka pięknym altem śpiewa psalmy w kościele, wydobywając z nich całą głębię. Szybko zmieniasz zdanie na ich temat i prosisz Boga, aby wybaczył ci bezduszne osądzanie innych.
Skoro pierwsze wrażenia na temat spotykanych osób mogą doprowadzić nas do tak fałszywych wniosków, wyobraźmy sobie, jak wielkie znaczenie ma to, co myślimy o Bogu, którego przecież nigdy nie widzieliśmy. Podobnie jak w przykładach powyżej, nasze pierwsze wrażenia dotyczące Boga mogą być negatywne – a z pewnością niepełne – i zupełnie nie oddawać tego, kim On jest naprawdę. Dlatego dobrze jest wsłuchać się w to, co sam Bóg chce nam o sobie przekazać. Pragnie On korygować nasze fałszywe wyobrażenia na Jego temat i wprowadzać nas w głębszą relację ze sobą. Dlatego w tym miesiącu zastanowimy się nad tym, kim jest Bóg Ojciec, próbując odnieść się do naszych fałszywych wyobrażeń na Jego temat. Czytając te artykuły, proś Ducha Świętego, aby otworzył oczy twego serca i objawił ci Boga tak, jak tego nigdy wcześniej nie doświadczyłeś.

▌ZDYSTANSOWANY
STWORZYCIEL?
Kiedy myślimy o Bogu Ojcu, zwykle przychodzą nam do głowy dwa określenia: jest On Stworzycielem świata oraz jego Władcą (Panem). Są to oczywiście dwie zasadnicze prawdy naszej wiary, czy jednak zastanawiamy się nad tym, jakiego rodzaju Stworzycielem i Władcą jest nasz Bóg?
Określenia Boga jako Władcy może nasuwać nam obrazy surowego sędziego czy niebieskiego policjanta gotowego ukarać nas za najmniejsze wykroczenie. Mając taki obraz Boga, sądzimy, że oczekuje On od nas przestrzegania swoich praw pod groźbą poważnych konsekwencji. Widzimy w Nim wymagającego nadzorcę, który obserwuje, kontroluje i prowadzi wszechświat twardą ręką.
Z kolei obraz Boga Stworzyciela może nasunąć nam skojarzenia z dalekim wszechmogącym Stwórcą, który co prawda nas stworzył i udostępnił nam wszystko, czego potrzebowaliśmy, ale dalej już się nami nie zajmuje.
Nie dość, że powyższe wyobrażenia o Bogu są fałszywe, to w dodatku nie pozwalają nam zwracać się do Niego jako do Ojca, który troszczy się o swoje dzieci. Sugerują, że nawiązanie osobistej relacji z Bogiem jest niemożliwe oraz że nigdy nie będziemy w stanie zbliżyć się do Niego tak, jak czynili to święci.

▌MIŁOSIERNY OJCIEC
A rzeczywistość jest daleka od tych wyobrażeń. Pismo Święte proponuje nam cały szereg prawdziwszych i o wie-
le bardziej zachęcających obrazów Boga Ojca – obrazów, które ukazują nam, jakim On jest Ojcem. I chyba w żadnym miejscu Biblii obrazy te nie są tak przekonujące, jak w przypowieści o synu marnotrawnym (Łk 15,11-32). Przypowieść tę można by równie trafnie nazwać przypowieścią o sercu Ojca, gdyż w gruncie rzeczy mówi nam ona o Bogu o wiele więcej niż o synu marnotrawnym czy jego starszym bracie.
W pierwszej części przypowieści młodszy syn – ten „marnotrawny” – bierze swoją część spadku, opuszcza dom i trwoni cały swój majątek na burzliwe, hulaszcze życie. Wkrótce pozostaje bez grosza przy duszy. Kiedy wreszcie opamiętuje się, postanawia schować honor do kieszeni i wrócić do ojca w nadziei na jakąś podrzędną pozycję w jego domu. Wstydząc się swojego postępowania, uważa, że nie ma już szansy, aby ojciec uznał go za swego syna. Najlepsze, na co może jeszcze liczyć, to pozycja sługi. Jak jednak wiemy, ojciec przyjmuje go z otwartymi ramionami, przywraca mu synowską godność i wydaje wielką ucztę dla uczczenia jego powrotu.
Spróbujmy nazwać kilka wypaczonych obrazów ojca, jakie miał jego młodszy syn. Na początku przypowieści wydaje się, że miłość i troska ojca zupełnie go nie satysfakcjonują. Wyrusza w świat w poszukiwaniu czegoś lepszego. Następnie, decydując się na powrót do domu, wydaje się przekonany, że utracił wszystkie synowskie prawa. Być może spodziewał się, że ojciec go ukarze i zmusi do poniesienia konsekwencji swoich błędów. Może też myślał, że ojciec za bardzo wstydzi się za niego, żeby przyjąć go z powrotem do rodziny.
Jak bardzo różny okazał się ojciec od wyobrażeń, które miał o nim jego syn! Kiedy chłopiec był jeszcze daleko, ojciec zauważył go, wybiegł mu naprzeciw i pocałował go. Nie pozwolił mu nawet dokończyć wyznania, lecz zawołał, by przyniesiono mu suknię, pierścień i sandały – oznaki godności syna i dziedzica. Wbrew wszelkiej ludzkiej logice, wydał nawet ucztę, zapraszając wszystkich do świętowania powrotu jego syna. Ojciec nigdy nie stracił nadziei na to, że syn powróci do domu.
Czy ojciec wyznaczył synowi jakiś okres próbny? Nie. Czy powiedział mu, że może odzyskać status syna pod warunkiem osiągnięcia pewnego poziomu doskonałości? Nie. Czy syn musiał w jakiś sposób zasłużyć sobie na ponowne przyjęcie do rodziny? Tak. Ale chodziło tu o coś bardzo prostego. Musiał po prostu wrócić do domu i powiedzieć: „Tato, przepraszam cię i proszę o twoją pomoc”.
Jezus opowiedział tę przypowieść, aby ukazać nam, jak bardzo serce Boga jest przepełnione miłością do nas. Pragnie nas zapewnić, że Jego Ojciec – który jest także naszym Ojcem – gotów jest całkowicie i bezwarunkowo przebaczyć nam wszystkie nasze grzechy. Wbrew przypuszczeniom syna marnotrawnego, Ojciec niebieski okazuje nam nieograniczone miłosierdzie i niepojętą dobroć, oczekując z niezachwianą nadzieją powrotu wszystkich swoich dzieci, niezależnie od tego, jak bardzo oddaliły się od Niego.

▌TY ZAWSZE JESTEŚ ZE MNĄ
W drugiej części przypowieści Jezus kieruje naszą uwagę ku starszemu synowi, temu „wiernemu”, który także miał swoje własne fałszywe wyobrażenia na temat ojca. Ten z kolei wydaje się myśleć, że zarówno on sam, jak i jego brat muszą zasłużyć sobie na swoje dziedzictwo. Postrzegał swego ojca bardziej jako szefa niż jako tatę. Jego zdaniem ojciec popełnił poważny błąd, przyjmując tak od razu swego młodszego syna. Wolałby, aby ojciec postąpił jak bezstronny i obiektywny sędzia, pochwalający dobro (czyli jego), a potępiający zło (czyli brata). Dopuszczając do siebie oskarżycielskie myśli, starszy syn odmówił udziału w uczcie. Rozdrażniony dobrocią ojca, nie chciał nawet wejść do domu.
Pod koniec przypowieści Jezus przeciwstawia się również i tym fałszywym obrazom ojca. Po pierwsze, mówi nam, że to ojciec z własnej inicjatywy wyszedł na zewnątrz do swego starszego syna. Nie unosząc się honorem i nie zważając na swoją godność głowy rodziny i pana domu, pokornie wyjaśnił, dlaczego zrobił to, co zrobił. Następnie, namawiając i prosząc syna, aby jednak wziął udział w świętowaniu, pozwolił mu dać upust wściekłości, oburzeniu i poczuciu krzywdy. Wreszcie Jezus wkłada w usta ojca zdanie, które jest podsumowaniem całej przypowieści: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy” (Łk 15,31).
Sens przypowieści jest jasny. Nasz Ojciec niebieski pragnie, by wszystkie Jego dzieci powróciły do domu. Pragnie, byśmy odwrócili się od grzechów, zarówno tych wielkich, jak i tych małych. Chce nam przebaczyć i przekazać nam w pełni nasze dziedzictwo. Jak uczynił to ojciec z przypowieści, Bóg wychodzi nam naprzeciw i zaprasza nas do domu. To właśnie jest prawdziwy obraz Boga, który powinien znaleźć miejsce w naszym sercu i umyśle. Tak właśnie pragnie On być przez nas postrzegany i taką mieć z nami relację.

▌MÓJ TATA MNIE KOCHA
Pismo Święte mówi nam, że Duch Święty, który mieszka w naszych sercach, pragnie złączyć się z naszym ludzkim duchem i przekazać nam jak najprawdziwszy obraz Boga: On jest naszym Tatą, a my Jego dziećmi (Rz 8,16). W tym miesiącu spróbuj zastanowić się, jaki jest twój obraz Ojca niebieskiego. Jeśli odkryjesz, że jest on fałszywy, nie martw się, lecz spróbuj go skorygować. Powtarzaj sobie: „Mój Tata mnie kocha. On się o mnie troszczy. Chce, żebym był szczęśliwy. Chce dla mnie jak najlepiej”. Ufaj swemu Ojcu. Mów do Niego. Szukaj u Niego rady, pociechy i zachęty. On jest źródłem twojego bezpieczeństwa, nadziei i pokoju. ▐


Medytacje:

▌Sobota, 1 sierpnia
Kpł 25,1.8-17
Będzie to dla was jubileusz. (Kpł 25,10)
Choć nie mamy pewności, czy w starożytnym Izraelu rzeczywiście wcielano w życie te przepisy, to już sama idea od-
bywającego się co pięćdziesiąt lat jubileuszu – kiedy to każdy powraca do ziemi swoich przodków, darowuje się długi,
a niewolnicy odzyskują wolność – ma w sobie coś bardzo pociągającego.
Wszyscy tęsknimy za powrotem do naszych „korzeni”, do źródła naszej tożsamości. Czy jednak rzeczywiście jest to możliwe? Zjazdy rodzinne są zwykle bardzo radosnymi wydarzeniami. Wszyscy krewni zbierają się tam, gdzie żyli ich przodkowie, cieszą się swoim wspólnym dziedzictwem, pokazują sobie nawzajem pieczołowicie przechowywane pamiątki i cieszą się sobą nawzajem. Nawet ekscentryczny wujaszek znajduje swoje miejsce w tym zgromadzeniu, wnosząc w nie nowy punkt widzenia lub specyficzne poczucie humoru, którego inaczej by tam zabrakło.
Jednak tego typu zgromadzenia mogą nas również rozczarować. Odżywają stare konflikty, niektórzy czują się wyobcowani, wspominane z nostalgią miejsce okazuje się mniejsze i mniej atrakcyjne, niż nam się wydawało. Także my sami zmieniliśmy się – na lepsze lub na gorsze.
Mamy jednak swoje miejsce w rodzinie, która nigdy nas nie rozczaruje – w rodzinie Bożej! W Chrystusie Bóg ofiarowuje nam swoje własne życie, a także wszystkie skarby, jakich moglibyśmy zapragnąć. Daje nam braci narodzonych w tym samym chrzcielnym źródle, karmionych tymi samymi sakramentami i kształtowanych przez to samo słowo. Możemy dzielić się nawzajem naszymi wyjątkowymi doświadczeniami, intuicjami i darami.
Dzięki krzyżowi Jezusa żyjemy wszyscy w dobie nieustannego jubileuszu. Nasze długi zostały darowane. Niewola grzechu i śmierci usunięta. Jako cenni członkowie Bożej rodziny, wszyscy żyjemy na świętej ziemi. Nasz Ojciec zawsze przyjmie nas z otwartymi ramionami!
Rozraduj się więc dziś swoim dziedzictwem. Pamiętaj, że masz zapewnione miejsce w domu Boga!
„Ojcze, dziękuję Ci za to, że włączyłeś mnie do swojej rodziny. Cieszę się tym, co jest wspólnym dziedzictwem nas wszystkich, a także niepowtarzalnymi darami, jakich udzielasz mnie samemu oraz wszystkim moim braciom i siostrom.”
Ps 67,2-3.5.8
Mt 14,1-12

▌Niedziela, 2 sierpnia
J 6,24-35
Cóż mamy czynić? (J 6,28)
Jeśli miałeś kiedyś w ręku kostkę Rubika, to wiesz, jak ogromnej koncentracji wymaga jej ułożenie. Wielu zaczyna z en-
tuzjazmem przesuwać kolejne części, ale już po kilku minutach zniechęca się, widząc, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż wygląda na pierwszy rzut oka.
Dla tłumów gromadzących się wokół Jezusa Jego osoba także była swojego rodzaju łamigłówką. Nie byli w stanie zakwalifikować Go do odpowiedniej szufladki. Był prorokiem, to nie ulegało wątpliwości. Jednak to, co mówił i czy-
nił, stanowiło dosyć nieortodoksyjną interpretację żydowskich praw i tradycji. Co miał na myśli, mówiąc, że jest „chlebem życia” (por. J 6,35)? Jak mógł dokonywać czynów zastrzeżonych jedynie dla Boga, takich jak uzdrawianie chorych czy przebaczanie grzechów? Nie byli w stanie Go „rozgryźć”, gdyż przesuwali rządki kostki na chybił trafił, nie zdobywając się na wyjście poza określony schemat.
Mimo to ich nieustępliwość zasługuje na szacunek. Kiedy Jezus udziela im odpowiedzi, której nie rozumieją, próbują zajść Go od innej strony. „Kiedy tu przybyłeś?”, „Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?”, „Jakiego więc dokonasz znaku?” (J 6,25. 28.30). Wydaje się, że naprawdę chcą się czegoś o Nim dowiedzieć i nie dają za wygraną! A jak zobaczymy pod koniec tego rozdziału Ewangelii, najbardziej nieustępliwy okazuje się Piotr. Słysząc wiele kłopotliwych – czy nawet szokujących – odpowiedzi Jezusa, decyduje się mimo wszystko iść za Nim. „Panie – mówi – do kogóż pójdziemy?” (J 6,68). Nikt inny nie przemawia z taką mocą, pasją i miłością. Pozostanę więc przy Tobie w nadziei, że z czasem sens tego, co mówisz i czynisz, stanie się dla mnie zrozumiały.
A ty, czy jesteś nieustępliwy? Czasami mielibyśmy ochotę natychmiast dokładnie zrozumieć, co Bóg czyni w naszym życiu. Czy powinienem zostać w tej pracy? Czy poślubić kobietę, z którą się obecnie spotykam? Dlaczego bliska mi osoba nie została uzdrowiona, chociaż tak gorąco się o to modliłem? Stawiamy te i inne pytania, na próżno oczekując odpowiedzi. Czasami jednoznaczna odpowiedź po prostu nie istnieje, a czasami trzeba na nią trochę poczekać. Ewangelia uczy nas w takich sytuacjach po prostu trwać przy Jezusie. Trwaj przy Nim, a doczekasz się nagrody!
„Panie, wierzę, że Ty jesteś chlebem życia. Pomóż mi trwać przy Tobie.”
Wj 16,2-4.12-15
Ps 78,3-4.23-25.54
Ef 4,17.20-24

▌Czwartek, 6 sierpnia
Przemienienie Pańskie
Mk 9,2-10
Tam przemienił się wobec nich. (Mk 9,2)
Łatwo zauważyć, że Kościół traktuje przemienienie Jezusa jako jedno z najważniejszych wydarzeń w Jego życiu – a także w naszym życiu wiary. Poza tym, że co roku 6 sierpnia obchodzimy święto Przemienienia Pańskiego, Ewangelię o przemienieniu czytamy również za każdym razem w drugą niedzielę Wielkiego Postu. Dlaczego poświęcamy temu wydarzeniu aż tyle uwagi? W sposób oczywisty nasuwa się odpowiedź, że fakt przemienienia bardzo jasno objawia Jezusa jako umiłowanego Syna Boga. Wizja Jezusa uwielbionego miała pomóc uczniom w przetrwaniu mrocznych dni Jego męki i śmierci, a także podtrzymywać nas w trudnych chwilach, jakie każdy z nas przeżywa. Jest też jednak i inna przyczyna.
Wiemy, że Jezus miał ciało podobne do naszych ciał. Teraz, widząc je promieniejące Bożym światłem, możemy nabrać nadziei, że my także możemy zostać przemienieni! Przemienienie jest nie tylko dla Jezusa, ale też dla nas, dzielących z Nim ludzką naturę.
Zostaniemy przemienieni na końcu czasów, kiedy Jezus powróci w chwale. Oprócz nadziei na przemienienie, o którym mówi dzisiejszy tekst, możemy także ulegać stopniowej przemianie dzień za dniem – jeśli będziemy wsłuchiwać się w słowa Boga wypowiedziane na górze Tabor: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!” (Mk 9,7). Kiedy bowiem w ciszy słuchamy głosu Jezusa, spływa na nas Jego chwała. Jego słowo przemienia nasze serca. Jego miłość rozświetla nasze oczy. Jego obecność pomaga nam podnieść głowę.
Przesłanie dzisiejszego święta niesie nam wspaniałą nadzieję! Najlepsze, co możemy zrobić, to pójść za tym, co nieśmiało wyjąkał św. Piotr – postawić namiot dla uczczenia tego, co Bóg dla nas uczynił. Wspominanie minionych łask jest rzeczą słuszną. Ale Bóg ma dla nas o wiele więcej. Chce, abyśmy wraz z Nim wyruszyli ku przyszłości. Chce zaprosić nas na drogę miłości – przez krzyż do zmartwychwstałego życia, obiecanego nam wszystkim.
Słuchaj więc dziś Jezusa. Próbuj wychwycić Jego cichy, subtelny głos na modlitwie, w pięknie przyrody, w wydarzeniach dnia. Słuchaj Go, a On cię podniesie!
„Jezu, ukaż mi dziś swoją chwałę! Niech Twoja miłość dotknie mnie i przemieni.”
Dn 7.9-10.13-14 albo 2 P 1,16-19
Ps 97,1-2.5-6.9

▌Sobota, 15 sierpnia
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
Ap 11,19a; 12,1.3-6a.10ab
Niewiasta obleczona w słońcei księżyc pod jej stopami. (Ap 12,1)
Pomyśl, jak bliska musiała być relacja Maryi z Jej Synem. Aby przygotować Ją do roli Matki Bożej, Bóg już przy Jej poczęciu uwolnił Ją od zmazy grzechu i włożył w Jej serce niezachwiane pragnienie miłowania Jego samego i ludu, który sobie wybrał. Trwając w wierności aż do końca, Maryja otrzymała szczególny udział w zmartwychwstaniu Jezusa, gdy pod koniec swego ziemskiego życia została wzięta do nieba z duszą i ciałem.
Także dziś Maryja pozostaje dla nas najwspanialszym przykładem życia chrześcijańskiego. Kiedyś wzięła udział w walce Jezusa z szatanem, a dziś uczestniczy w Jego triumfie nad diabłem i nad śmiercią. Maryja jako pierwsza spośród chrześcijan doświadczyła tego, co jest przeznaczeniem nas wszystkich – przywileju stanięcia przed tronem Boga jako nowe stworzenie i otrzymania pełnego udziału w Jego Boskim życiu.
Miejsce Maryi w niebie jest znakiem nadziei dla nas wszystkich oczekujących swego udziału w zmartwychwstaniu. My także będziemy królować z Chrystusem. My także będziemy wpatrywać się w piękno Boga i majestat naszego Zbawiciela. Nas także otoczą aniołowie w całej swojej chwale, a my, dzięki swemu zjednoczeniu z Chrystusem, przyćmimy ich godnością! Oto nasza nadzieja i nasze dziedzictwo w Chrystusie! Oto, czego z radością oczekujemy!
Dziś, zmierzając ku mecie, którą już osiągnęła Maryja, starajmy się jak najwierniej naśladować Jej życie. Obmyci w wodach chrztu, możemy odrzucać grzech i wszelkie pokusy podsuwane nam przez diabła. Napełnieni tym samym Duchem, który ocienił Maryję, mamy dostęp do wszelkich łask potrzebnych do życia wiarą. Rozważając Jej wniebowzięcie, skierujmy nasze serca ku niebu, służąc z miłością Jezusowi aż do dnia Jego powtórnego przyjścia.
Postanówmy więc sobie naśladować Maryję, wywyższając Pana i mówiąc „tak” na wszystko, o co nas poprosi.
„Panie Jezu, proszę za tych, którzy nie żyją jeszcze w nadziei zmartwychwstania. Oby i oni poznali i uwierzyli, że Ty chcesz, abyśmy wszyscy żyli
z Tobą na wieki.”
Ps 45,7.10-12.14-15
1 Kor 15,20-27
Łk 1,39-56

▌Niedziela, 16 sierpnia
Ef 5,15-20
Napełniajcie się Duchem. (Ef 5,18)
Często zdarza nam się dziś słyszeć powtarzane z przekonaniem słowa św. Pawła: „dni są złe” (Ef 5,16). Jednak Paweł przedstawia nie tylko pesymistyczną diagnozę otaczającej go rzeczywistości, ale także receptę na to, jak żyć po chrześcijańsku nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Jest to zarazem sposób na mądre i rozsądne życie.
I tak, najpierw Paweł koncentruje się na tym, czego nie należy robić. A więc nie należy biernie poddawać się okolicznościom, ale próbować aktywnie odczytywać w nich wolę Boga. Bierne płynięcie z prądem prędzej czy później doprowadzi nas do szukania szczęścia poza Bogiem – a to zazwyczaj dobrze się nie kończy. Nie należy też uciekać od problemów w nałogi, takie jak pijaństwo czy narkotyki.
Jednak ten negatywny obraz to zdecydowanie jeszcze nie wszystko. Istnieje droga wyjścia z marazmu, do którego skłania nas nasza skażona grzechem natura – jest nią napełnianie się Duchem Świętym. To On ma moc tchnąć w nas życie i wprowadzić na drogi Boże.
Jak to uczynić? Paweł zaleca nam dziękczynienie i uwielbienie Boga – zwłaszcza we wspólnocie. Niech z waszych ust i serc płyną słowa Pisma Świętego – a szczególnie Psalmów. Umacniajcie się nawzajem w miłości do Jezusa. Módlcie się wspólnie. Dziękujcie Panu za wszystkie Jego dobre dary.
Czy twoja wspólnota – na przykład rodzinna lub parafialna – jest miejscem dziękczynienia i uwielbienia? Czy takim miejscem jest dla ciebie Eucharystia, której sama nazwa oznacza dziękczynienie? Czy stając przed Bogiem na modlitwie, pragniesz napełniać się Duchem Świętym, dziękując Mu za wszystko, co dla ciebie uczynił?
Jeśli tak jest, masz kolejny powód do dziękczynienia Bogu! A jeśli widzisz braki w tej dziedzinie i pragniesz uczynić swój dom miejscem miłym Panu, Paweł podsuwa ci dziś gotowy plan!
„Duchu Święty, przyjdź i zamieszkaj w moim sercu.”
Prz 9,1-6
Ps 34,2-3.10-15
J 6,51-58


Magazyn:

WSZĘDZIE BYŁO GO PEŁNO DLA BOGA
Błogosławione wędrówki Junipero Serry

Patrz, kochanie, znowu ten sam facet! – poinformowała pewna kobieta swojego męża. – Wszędzie go pełno!” Wskazywała przy tym na figurę św. Junipero Serry, stojącą przed Misją św. Agnieszki, gdzie byłem proboszczem. Uśmiechnąłem się na te słowa, przyjmując je jako swoisty hołd złożony zakonnikowi, który wyruszając z wysepki u wybrzeży Hiszpanii, przemierzył w służbie Chrystusa i Jego ludu oceany, pasma górskie, bagna i pustynie. Junipero Serra był rzeczywiście człowiekiem, którego „wszędzie było pełno”, dzięki jego wierze i gorliwości w głoszeniu Ewangelii.
Junipero nie od razu stał się podróżnikiem dla Boga. Przez pierwszą połowę życia całym jego światem była wyspa Majorka, gdzie przyszedł na świat w 1713 roku jako dziecko Antonia i Margarity Serra i otrzymał na chrzcie imię Miguel. Zainspirowany przykładem św. Franciszka oraz znanych sobie osobiście braci, w 1730 roku wstąpił do Zakonu Franciszkanów. Imię Junipero przyjął na pamiątkę brata Jałowca, jednego z najwcześniejszych naśladowców św. Franciszka, wyróżniającego się modlitwą i prostodusznością.
Nowy Junipero był człowiekiem modlitwy, ale także wyjątkowej wiedzy i mądrości. Jako profesor miejscowej uczelni franciszkańskiej, szybko zdobył sobie uznanie i dobrą pozycję. Tęsknił jednak za czymś więcej.

▌WĘDRÓWKA DLA CHRYSTUSA
Gdy jego zakon zaczął poszukiwać misjonarzy do obu Ameryk, Junipero zgłosił się na ochotnika. W 1749 roku, licząc sobie już trzydzieści pięć lat (co było wówczas dość zaawansowanym wiekiem), pozostawił swoich rodziców, ojczyznę, bezpieczeństwo i wszystko, co znał do tej pory. Była to dla niego trudna chwila, odtąd jednak konsekwentnie wcielał w życie to, co stało się jego słynną maksymą: „Zawsze naprzód, nigdy w tył”.
Kiedy statek przybił do Veracruz w Meksyku, bracia, z którymi Serra przypłynął, postanowili dotrzeć do siedziby franciszkanów w Mexico City konno, on jednak, naśladując prostotę św. Franciszka, odbył przeszło czterystukilometrową podróż na piechotę. Tak rozpoczęła się jego długa kariera piechura w służbie Chrystusa, a także ponoszone dla Niego cierpienia – podczas tej drogi doznał infekcji nogi, która dolegała mu do końca życia.
Na początek Junipero został posłany w odległy i dziki rejon Meksyku północnego, gdzie misjonarze franciszkańscy ochrzcili wielu członków plemienia Pame. Aby pomóc im wytrwać w wierze oraz poprawić warunki bytowe, Serra troszczył się o zakładanie tam misji – wspólnot chrześcijańskich prowadzących życie wiary i wzajemnej miłości, oparte na fundamencie wspólnej modlitwy i pracy. Nie ograniczając się jedynie do nauczania i głoszenia słowa Bożego, Junipero pomagał w projektowaniu i wznoszeniu kilku kościołów misyjnych. Często można było go spotkać pracującego w ubłoconym habicie ramię w ramię z ludnością tubylczą, intonującego kolejne pieśni.

▌GŁOSZENIE MIŁOSIERDZIA
Będąc inteligentnym i utalentowanym człowiekiem, Serra miał w sobie również wiele pokory i gotowość uczenia się od innych. Słuchając bardziej doświadczonych misjonarzy, porzucił swój akademicki styl nauczania i zaczął głosić płomienne kazania znajdujące odzew w ludzkich sercach. Były one przejmujące, pełne mocy i trwały nieraz całymi godzinami. Przesłanie było proste: odwróć się od grzechu i przyjmij miłosierdzie Boga. Pan pragnie, by ludzie „zobaczyli, jak wielką radość sprawia Mu przebaczanie nam i jak niewiele potrzeba, by otrzymać Jego Boskie miłosierdzie”, powiedział pewnego razu Serra. Sam także czynił to, czego nauczał, często przystępując do spowiedzi na oczach całego zgromadzenia, by tym sposobem zachęcić innych do skorzystania z tego sakramentu.
W 1758 roku Serra został odwołany z powrotem do Mexico City. Powrócił do nauczania – we franciszkańskim Kolegium św. Ferdynanda – kontynuując jednocześnie posługę wędrownego kaznodziei. Przemierzał Meksyk wzdłuż i wszerz, głosząc kazania i nauki misyjne w nieprzystępnych i niebezpiecznych rejonach. Szacuje się, że pomimo bólu w nodze w ciągu dziesięciu lat przeszedł ponad 8 tysięcy kilometrów.
Okazało się to doskonałym przygotowaniem do kolejnego etapu jego życia, który rozpoczął się w 1768 roku. Z powodu sytuacji politycznej jezuici musieli opuścić wówczas swoją misję w Baja w Kalifornii, a ich miejsce zajęli franciszkanie, wśród nich Junipero. Aby tam się dostać, przemierzył dzikie i odludne obszary północnego Meksyku. Wkrótce po przyjeździe został posłany jeszcze dalej, by zakładać misje na obszarze zwanym Górną Kalifornią (także: Alta Kalifornia), obecnie wchodzącym w skład terytorium USA.

▌OJCIEC MISJI KALIFORNIJSKICH
Górna Kalifornia leżała na skraju terytoriów hiszpańskich w Ameryce, toteż pragnieniem korony hiszpańskiej było umocnienie tam swego panowania przy pomocy misjonarzy, którzy nawracając tamtejsze ludy, mieli uczynić z nich lojalnych poddanych. Pozostawiając na boku pragnienia władców, Junipero Serra miał własne zdanie na temat powodów, które skłoniły jego samego oraz innych misjonarzy do podróży na krańce świata: „Każdy z nas przybył tu jedynie po to, by czynić ludziom dobro i dla ich wiecznego zbawienia. Z pewnością każdy z nich wie, że ich kochamy”.
Zakładanie nowych misji i zapewnianie im trwałych fundamentów nie było łatwe. „Ci, którzy tu przyjeżdżają, powinni zaopatrzyć się w spory zapas cierpliwości i miłości bliźniego” – informował przełożonych. Jako przełożony misji kalifornijskich, Serra przy pomocy niewielkich zasobów musiał radzić sobie ze słabym, a niekiedy nawet wrogim odzewem ze strony miejscowej ludności, jak również z okrucieństwem wojskowych towarzyszących misjonarzom. Pewnego razu, gdy miejscowi zjedli konie, które wymknęły się z zagrody, żołnierze zareagowali w sposób niezwykle brutalny. Wówczas Serra zaprotestował, argumentując, że powinni oni dawać przykład miłości chrześcijańskiej. W 1773 roku udał się nawet z powrotem do Mexico City, gdzie interweniował u samego namiestnika, zabiegając o lepsze traktowanie miejscowej ludności przez wojsko.
Nieustanne wysiłki ewangelizacyjne Serry wydały owoce. W ciągu piętnastu lat ochrzcił kilkuset tubylców i założył dziewięć misji. Nadzorował też całość działań misyjnych, niestrudzenie wędrując od misji do misji, by nieść pociechę, rozwiązywać problemy i sprawować sakramenty. Pomimo dolegliwości fizycznych i trudnej sytuacji politycznej nigdy nie stracił entuzjazmu do głoszenia słowa Bożego i stawania się dobrym pasterzem dla swojego ludu.

▌KOCHAJCIE BOGA!
Co pozwalało mu mimo trudów tak wielu podróży i niezliczonych wyzwań zachować entuzjazm dla spraw Chrystusa? Junipero Serra czerpał siłę i radość z intensywnej modlitwy osobistej. Nawet w czasie choroby znajdował czas i energię dla Pana! Jak skomentował jeden z obserwatorów: „Ten świątobliwy kapłan zawsze czuje się na tyle dobrze, by modlić się i śpiewać”.
Energii dodawało Junipero także gorące pragnienie naśladowania prostoty i pokory św. Franciszka. Jego ulubionym aktem pokory było umywanie nóg współbraciom i starszym miejscowych społeczności. O ubóstwie i prostocie Junipero świadczy jego pokój na Misji św. Karola Boromeusza, gdzie zmarł w 1784 roku. Jego wyposażenie jest więcej niż skromne: proste lóżko i biurko; habit, krzyż sznur i różaniec; kij, z którym kilkakrotnie przemierzył Kalifornię.
Junipero zmarł na kolanach, po przyjęciu Eucharystii w swoim kościele misyjnym. Wyznając publicznie miłość do Boga i ludu swej umiłowanej Kalifornii, wypowiedział swoje ostatnie ewangeliczne przesłanie: Amar a Dios! (Kochajcie Boga!).
Owoce misyjnego systemu kalifornijskiego, który załamał się około pięćdziesiąt lat po śmierci Junipero, nie są jednoznaczne. Choroby i zawirowania polityczne zdziesiątkowały miejscową ludność Kalifornii i niemal zniszczyły jej kulturę. Serra, który kochał ten lud i ciężko pracował dla jego dobra, byłby tym zbulwersowany.
Ten pokorny zakonnik, ze wszystkimi ograniczeniami płynącymi z życia w konkretnej epoce i konkretnej kulturze, zawsze był gotów przyznać się do swoich błędów i szczerze pragnął naśladować Chrystusa, nawet gdy oznaczało to sprzeciwianie się obowiązującemu systemowi. Kiedy na przykład grupa Indian z misji San Diego zabiła zakonnika, Junipero wstawił się za nimi i wymógł darowanie im życia.

▌ZAWSZE NAPRZÓD!
Junipero Serra poznał na własnej skórze trudności i niebezpieczeństwa życia w drodze. Wezwanie Chrystusa poprowadziło go tam, gdzie groziły mu komary, krokodyle, skorpiony i pająki. Kazało mu prowadzić batalie polityczne, choć bardziej odpowiadała mu cisza sal wykładowych. Idąc za Panem, przeżywał samotne dnie i noce, a także chwile kryzysu, gdy kwestionował wartość wszystkich swoich wysiłków. Jednak do końca życia pozostał wierny swojemu powołaniu. Jest on przykładem dla nas wszystkich, którzy próbujemy żyć Ewangelią, zdając sobie sprawę ze swoich własnych ograniczeń, a także z ograniczeń innych. Zachęca nas do przezwyciężania wszystkich rozczarowań, aby przy pomocy łaski Bożej iść siempre adelante – zawsze naprzód.
Z miłości do Chrystusa i jego ludu Junipero Serra był gotów iść na krańce ziemi z przesłaniem Dobrej Nowiny. Kiedy papież Franciszek we wrześniu dokona kanonizacji zakonnika z Majorki, z pewnością będzie pragnął, by jego miłość
i zapał udzieliły się nam wszystkim. Oby nas wszystkich „wszędzie było pełno” tam, gdzie Bóg nas poprowadzi. ▐


NIE WARTO NA DROGE TĘ SANDAŁÓW I PŁASZCZA ZABIERAĆ
czyli, jak Jezus uczył mnie miłości w Kenii

▌WOLONTARIUSZ, CZYLI KTO?
Wolontariuszka, misjonarka, turystka, a może po prostu Boża wariatka, która na chwilę porzuciła swoje rudnicko-krakowsko-warszawskie życie i wybrała się do Afryki, by tam poszukać Jezusa od Bananowców i Maryi Matki Małych Murzynków. By zachwycić się bogactwem smaku mango i awokado, nauczyć się wielbić Boga w każdej sytuacji, przytulać i być przytulaną, być szczęśliwą, po prostu.
W lutym 2014 roku dołączyłam do Izy, która mieszkała w Kenii od grudnia poprzedniego roku i zostałam wraz z nią na kolejne siedem miesięcy. Wiele się działo w tym czasie. Najpierw byłyśmy wolontariuszkami, potem turystkami, by na końcu zostać misjonarkami. Miałyśmy wiele domów. Jezus troszczył się o wszystko. Bez pracy, bez pieniędzy, był dach nad głową, pyszne jedzenie, przyjaciele, zaproszenia w miejsca wszelakie. Bo „nie warto na drogę tę sandałów i płaszcza zabierać…”. Jezus posłał nas do Kenii tylko w jednym celu, abyśmy dzieliły się Jego miłością. Choć nie od razu odkryłyśmy tę jedyną prawdę.
Jezus zaprosił mnie do Mitunguu w centralnej Kenii, do dzieciaków z Shalom i okolicznych szkół, do sióstr i dzieciaków z Laare, do spacerowania po czerwonym dywanie w pyle i w kurzu. Pokazał spokojne, pełne zmagań, ale też ogromnej radości życie Vero i jej licznej rodziny w Nayvashy. Zaprowadził do wioski Masajów i pozwolił głosić tam seminaria, wysłał do Tiganii, gdzie dzieciaki biegały beztrosko wśród obłędnie biednych lepianek. Wysyłał do chłopców ulicy, do dzieci niekochanych, do tych, co próbują doścignąć marzenia, do tych, którzy nie potrafią odciąć się od własnej przeszłości, do niekochanych, zranionych. Uczył jak kochać. Bezinteresownie.

▌POCZĄTKI KENIJSKIEJ MIŁOŚCI
Wyszłam na środek pomieszczenia, w którym mieliśmy ostatnią Mszę z dzieciakami z Shalom: „Chciałam Wam podziękować za miłość, którą mi okazaliście”. Gadatliwa z natury może i jestem, ale ledwo dokończyłam te słowa, zaczęłam płakać jak dziecko. To było wszystko, co powiedziałam tego ostatniego dnia w Shalom. Moim domu na te kilka miesięcy. Domu, choć nigdy tam nie mieszkałam. Tutaj wszystko się zaczęło.
Shalom to szkoła i dom dziecka zarazem. Dla niektórych szkoła z internatem. Dla innych szkoła dzienna. Miejsce, gdzie otrzymują edukację ci najbiedniejsi. Dzieciaki z pobliskich slumsów, z rozbitych rodzin, synowie i córki alkoholików i prostytutek, porzucone, często niekochane albo zbyt biedne, by mogły patrzeć każdego dnia na ukochaną mamusię. Te dzieci właśnie skradły moje serce już pierwszego dnia. Z nimi pozostało.
W moich wspomnieniach z ogromną siłą wracają wieczorne modlitwy. Spontaniczne uwielbienia przed snem. Dla tych radosnych spotkań zostawaliśmy tam czasem na noc. By zatańczyć, zaśpiewać z rozbrykaną gromadką 150 dzieci. „Ni wewe tu, Bwana, ni wewe tu…” – melodia krąży w mojej głowie. Miłość do Jezusa, do siebie nawzajem. Z dzieciakami po prostu byłam. Przytulałam. Rozmawiałam. Słuchałam zwierzeń, problemów. Przyjmowałam listy pełne miłości. Przychodziłam z uśmiechem, z dobrym słowem, otrzymywałam delikatny dotyk dziecka, jego zaufanie, wiarę.
Tam odkryłam, że nie przyjechałam po to, żeby zmienić świat, nakarmić wszystkie głodne dzieci, kupić im zabawki, zapłacić za szkołę. Jezus powołał każdego człowieka do miłości. W Afryce powołał mnie nie do budowania nowej szkoły i wydobywania ludzi z ubóstwa, lecz właśnie do miłości. Nie jest szczęśliwszy ten, kto posiada więcej dóbr materialnych, ale ten kto kocha
i jest kochany.

▌POWOŁANA DO MIŁOŚCI
Tego jednego mogę być pewna: powołania do miłości. Trudno mi opisać, co robiłam przez pierwsze miesiące w Kenii, jak wyglądał mój zwykły dzień, czym się zajmowałam. Czasem ktoś poprosił, żeby poprowadzić lekcje – wtedy szłyśmy z Izą i uczyłyśmy. Były warsztaty o poczuciu własnej wartości podczas zajęć komputerowych w Mitunguu, lekcje o dojrzewaniu w Shalom, o porach roku z Reksiem oraz Bolkiem i Lolkiem w roli głównej w St. Anthony, o Mszy świętej w St. Francis. Jednego dnia pakowałam prezenty od darczyńców, następnego je rozdawałam, innego po prostu siedziałam z dziećmi w szpitalu. Jedno przedpołudnie spędziłam rozmawiając o codzienności z nastolatką z Shalom, inne z rodziną Elosy przed jej domkiem z błota. Bawiłam się z tymi, którzy chcieli się bawić, uwielbiałam Boga z tymi, którzy Go wielbili. Patrzyłam z dumą na moje dzieci, jak odbierały nagrody za postępy w nauce, kiedy indziej tłumaczyłam nauczycielce, jaką krzywdę czyni dzieciom bijąc je. Mówiłam o potrzebie spowiedzi, a czasami nic nie mówiłam, tylko byłam. Słuchałam historii trudnych i skomplikowanych. Próbowałam powstrzymać krzywdzące plotki, rozniecić jeszcze silniej marzenia młodych Kenijczyków, które często zabijał tzw. zdrowy rozsądek.
Dzięki temu, że byłam pewna powołania do miłości, nie zabiegałam o plan dnia ani o jakieś konkretne miejsce pobytu, nie układałam własnych scenariuszy zdarzeń, bo przecież zawsze i wszędzie znajdzie się ktoś do kochania. Sensu nabrał każdy dzień. Nawet wtedy, kiedy z powodów wizowych musiałam opuścić Kenię i uciec na chwilę do Tanzanii, a potem Malawi, dalej czułam się jak misjonarka. Bo codziennie spotykałam ludzi, którzy potrzebowali mnie, a ja ich. Jezus bardzo mocno dawał znaki swojej obecności. Uczyniłyśmy z Izą modlitwą łapanie stopa w Tanzanii, spotkania przy kawie z afrykańskimi Europejczykami, podróże autobusem, rozmowy ze sprzedawcami bananów, przejażdżki malawijską taksówką rowerową, przeprawy przez wody pełne krokodyli, nawet napaść złodziei w Arusha. Bo Bóg powołuje do miłości wszędzie i zawsze. Każdego.

▌MIŁOSNE SEMINARIA
Czym jest miłość? Czujesz się kochany? Jak osoba, która cię kocha, to wyraża? W jaki sposób ty okazujesz miłość? Opowiedz jedną historię o tym, jak okazałeś miłość drugiemu człowiekowi. Czy czujesz się kochany przez twojego tatę? Dlaczego tak uważasz? Czy relacja pomiędzy twoimi rodzicami wpływa na relacje, które budujesz? Zadając takie i podobne pytania, spędziliśmy, wraz z małżeństwem z Wrocławia, Magdą i Przemkiem, lipiec i początek sierpnia.
Największymi problemami Kościoła katolickiego w Kenii, które dostrzegliśmy, był brak zawierania małżeństw sakramentalnych, spowiedzi (często latami), przedmiotowe traktowanie kobiet, demoralizacja kleru. I tu do walki stanęliśmy z miłością. Dokładniej rzecz ujmując, poprowadziliśmy cykl seminariów, zaczynając od tego o miłości. Potem mówiliśmy o relacjach, stworzeniu, czystości przed i w małżeństwie. O pięknie kobiet i sile mężczyzn, różnicach między nimi. O małżeństwie. Zainicjowaliśmy w ten sposób naszą pracę duszpasterską.

▌OAZA MIŁOŚCI
Kolorytu mojej młodości nadał Ruch Światło-Życie. Gdy do niego wstąpiłam, miałam 15 lat, jako nastolatka ukończyłam formację podstawową. Następnie były studia w Krakowie i duszpasterstwo akademickie, kilka lat później praca w Warszawie i duszpasterstwo post-akademickie. Czasem odchodziłam, ale Jezus zawsze zapraszał mnie na nowo do podjęcia charyzmatu Ruchu Światło-Życie. Choć szerzenie oazy w Kenii nie było celem ani moim, ani Izy, było jednak w Bożym planie dla naszego życia. I dla życia Kenijczyków, do których nas posłał.
Zaczęłyśmy od prowadzenia spotkań w małych grupach w Val di Sole w Mitunguu. Szłyśmy tam 25 minut piechotą w czerwonym kurzu, wśród radosnych powitań przechodniów. Na miejscu, w technikum dla chłopców, miałyśmy pokaźną grupę 90 młodych mężczyzn chcących pogłębiać swą relację z Bogiem. Spotkania odbywały się systematycznie, w czwartki dla animatorów, w piątki dla wszystkich. Cała szkoła zatopiona w modlitwie i skoncentrowana na rozmowach o Bogu. Wyrywali nas tymi spotkaniami ze wszelkiego zmęczenia, poczucia bezsensu, smutku. Nadawali nowy sens naszemu pobytowi w Kenii. Czasem musiałyśmy wysłuchiwać, że przecież nie ma dowodów na istnienie Matki Bożej w Piśmie Świętym czy też że spowiedź jest bez sensu. Wtedy uświadamiałyśmy sobie, że podjęłyśmy pracę formowania chrześcijan wszelkich odłamów, bo tacy uczęszczali do tej szkoły.
W lipcu dołączyli do nas Magda i Przemek z Wrocławia. Przyjechali na wolontariat z ramienia Ruchu Światło-Życie, z planem zorganizowania rekolekcji pierwszego stopnia. Rozmawialiśmy, jak to zrobić. Na szczęście za przykładem naszego założyciela, ks. Franciszka Blachnickiego, zaczęliśmy działać, nie zastanawiając się, czy jest to możliwe. Napakowaliśmy plan seminariami i spotkaniami, a w tzw. międzyczasie rozpoczęliśmy przygotowania. Niemożliwe stawało się możliwe. Jezus zorganizował miejsce i środki finansowe. Było ich tyle, że wysłaliśmy dodatkowe 140 osób na pięciodniowe rekolekcje w innym ośrodku. Znaleźli się uczestnicy. I ksiądz moderator, o którego modliliśmy się jeszcze na kilka dni przed rekolekcjami. A my organizowaliśmy, drukowaliśmy, pisaliśmy, układaliśmy plan.
Tak 14 sierpnia 2014 roku rozpoczęliśmy pierwsze rekolekcje oazowe w Kenii, a tym samym pierwsze w Afryce. 15 dni, 15 tajemnic Różańca świętego. Bóg z miłością dobierał ludzi, uczył nas, jak z nimi rozmawiać. Już przed rekolekcjami były pierwsze owoce. Trzy tygodnie przed ich rozpoczęciem powiedzieliśmy Rose, że nie może jechać, bo żyje w związku niesakramentalnym. Rose po- rozmawiała z kapłanem, zapisała się na dwutygodniowe katechezy, wyspowiadała się i wzięła ślub – dwa dni przed rozpoczęciem rekolekcji.
Dużo wydarzyło się podczas rekolekcji. Veronicah pierwszy raz opowiedziała o bolesnych wydarzeniach z dzieciństwa i zaczęła odkrywać swoje piękno na nowo. Pewien młody mężczyzna powiedział o swoim alkoholizmie i został zeń uwolniony – nie pije do dziś. Wielu dzieliło się swoim życiem, mówiąc, że do tej pory nigdy nie dawano im do tego prawa. W skupieniu otwierali karty z zapiskami z kolejnych dni, uczyli się miłości w drobnych gestach, każdego dnia podczas Mszy świętej czerpali ze źródła Miłości Odwiecznej. Owoce tych rekolekcji są niezwykłe. Jezus codziennie zapewnia, że taki właśnie był Boży plan. Czujemy to każdego dnia, organizując już dziś kolejne rekolekcje, tym razem I i II stopnia, które odbędą się w Kenii w sierpniu 2015 roku.
I za to chwała Panu. ▐

Nasza ankieta
BÓG ŻYJE I DZIAŁA
Z pewnością każdy z nas doświadczył w swoim życiu pomocy, czasem bardzo zaskakującej, kiedy znajdował się w jakiejś trudnej sytuacji, naglącej potrzebie czy niebezpieczeństwie. Może najpierw myśleliśmy, że to przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności czy zwyczajna ludzka życzliwość, ale później odkryliśmy, że była w tym ręka Boga. Bywało i tak, że mieliśmy jasną świadomość Bożej interwencji. Może także zdarzyło się, że sami zostaliśmy poprowadzeni przez Boga tak, że ktoś otrzymał pomoc za naszym pośrednictwem.
Wszyscy mamy za co dziękować Bogu. Napiszcie nam o tym, jak Pan działa w Waszym życiu, jak przyszedł Wam z pomocą w jakiejś konkretnej sprawie, jak doświadczyliście Jego miłosierdzia.
Przez te świadectwa oddamy chwałę Bogu, a jednocześnie umocnimy się nawzajem w wierze.

Prosimy o nadsyłanie świadectw (2 do 5 stron) w terminie do końca czerwca 2016 roku za pomocą e-maila: sekretarzslowo@wydawnictwo.pl
Lub pocztą: Redakcja „Słowa wśród nas”, ul. Św. Bonifacego 9/1, 02-914 Warszawa

Wszyscy, którzy nadeślą do nas swoje świadectwo otrzymają książkę Wydawnictwa PROMIC. Zostanie także rozlosowana nagroda główna ufundowana przez Wydawnictwo PROMIC w postaci pakietu książek o wartości 150 zł (tytuły do ustalenia)

Sklep internetowy Shoper.pl