Słowo wśród nas - nr archiwalne
5.9
PLN
Słowo wśród nas Nr 7 (287) 2017
Słowo wśród nas Nr 7 (287) 2017
wydawnictwo: Promic
format: 145 x 205 mm
E-BOOK
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 5,90 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 145 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LIPCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Lipcowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł: „Napełnij mnie, Panie!” i stanowi kontynuację rozpoczętych w styczniu i prowadzonych także w czerwcu rozważań na temat formowania nas przez Boga. Tym razem skupimy się na łaskach płynących z napełnienia nas Duchem Świętym, obiecanym Pocieszycielem. To w Duchu Świętym doświadczamy miłości, radości i pokoju, szczególnie mocno podczas Eucharystii, to On czyni niemożliwe możliwym W Magazynie zamieściliśmy artykuł o życiowych zmaganiach św. Brygidy Szwedzkiej, niezwykłej kobiety, matki i mniszki, Patronki Europy, zatytułowany „Święta, która nie została emerytką”. Ponadto bardzo osobisty tekst dotyczący bł. Wincentego Frelichowskiego, harcerza, kapłana, męczennika z niemieckiego obozu w Dachau autorstwa Joanny Przybyły oraz świadectwo „Czy i tak za Mną pójdziesz – Gdy po uzdrowieniu przychodzi krzyż.
W ramach Naszych lektur przedstawiamy książkę Adrienne von Speyr, znanej mistyczki i stygmatyczki, poświęconą Matce Bożej pt. „Służebnica Pańska”.
W numerze jak zwykle znajdziemy ponadto Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.


„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY


Napełnieni po brzegi
Doświadczenie miłości, radości i pokoju w Duchu Świętym...................................................... 4


W górę serca!
Napełnieni Duchem Świętym podczas Eucharystii..... 9


Przyjdź, Panie!
Duch Święty niemożliwe czyni możliwym............... 14


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 31 lipca.......................................... 19


MAGAZYN


Święta, która nie została emerytką
Św. Brygida Szwedzka – matka i mniszka o niespożytej energii – Ann Bottenhorn.......................................... 46


„Wujek Wicek”
Jak zaprzyjaźniłam się z ks. Wincentym Frelichowskim – Joanna Przybyła.......................................... 51


Czy i tak za Mną pójdziesz?
Gdy po uzdrowieniu przychodzi krzyż – Louis Grams.......................................................... 57


Nasze lektury............................................................. 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST
Drodzy Bracia i Siostry!

Kiedy zjemy smaczny posiłek, czujemy się napełnieni. To przyjemne doznanie. Kiedy nasze serce wypełnia miłość do dzieci czy innych bliskich osób, mamy poczucie, że niczego nam nie brakuje. Dobrze jest być również „napełnionym” duchowo. Dlatego chcę podzielić się z wami swoim przepisem na to, jak zostać napełnionym Duchem Świętym. Jest to sposób, który stosuję zarówno podczas Mszy świętej, jak i w czasie osobistej modlitwy.
Po pierwsze, staję w prawdzie przed Bogiem. Robię krótki rachunek sumienia, aby upewnić się, że żaden grzech nie przeszkodzi mi w słuchaniu Pana i doświadczaniu Jego obecności. Jeśli sumienie wyrzuca mi jakiś grzech, proszę Pana o przebaczenie, ufając, że Boże miłosierdzie jest większe niż wszystkie moje upadki. Następnie próbuję postawić się w sytuacji Piotra, gdy mówi on do Jezusa: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,68). Wraz z nim wyznaję Jezusowi, że chcę być blisko Niego.
Następnym krokiem jest rozważanie słowa Bożego. Zawsze próbuję umiejscowić siebie w czytanym fragmencie Pisma Świętego, tak jak uczył tego św. Ignacy Loyola. Następnie zaczynam stawiać pytania. Na przykład, co czuł Mojżesz, stojąc przed krzewem ognistym? A co ja czuję, modląc się przed Najświętszym Sakramentem? Co myślał Abraham, gdy Bóg polecił mu wyruszyć do Ziemi Obiecanej? A czy mnie Bóg nie wzywa dzisiaj do podjęcia jakiegoś radykalnego kroku? Jak uczniowie Jezusa przeżywali swój udział w nakarmieniu pięciu tysięcy ludzi? A czy mnie Bóg nie wskazuje sposobu, w jaki chce się mną posłużyć?
Odkryłem, że w napełnianiu się Duchem Świętym pomaga mi także muzyka. Na Mszy świętej i w osobistej modlitwie odczuwam bliskość Pana, śpiewając Mu pieśni chwały. Śpiew angażuje nie tylko mój intelekt, ale również emocje. Śpiewając, naśladuję kobietę, która namaściła stopy Jezusa pachnącym olejkiem. Oddaję Mu cześć, wyznaję, że jest Panem mojego życia i że do Niego należą najgłębsze poruszenia mojego serca.
Śpiewając i wychwalając Jezusa – zwłaszcza po przyjęciu Komunii świętej – proszę Go, by napełnił mnie Duchem Świętym i obdarzył swoim światłem. Następnie rozważam to, co przyjdzie mi na myśl i zapisuję sobie wszystko, co – jak sądzę – pochodzi od Ducha Świętego. Staram się powracać do tych notatek w ciągu dnia. Tak wygląda moja prosta metoda.
Jestem przekonany, że Duch Święty pragnie nas napełniać, abyśmy stawali się coraz bardziej podobni do Jezusa. Czytając więc w te letnie dni nasze artykuły i medytacje, otwórzcie serca i módlcie się słowami: „Przyjdź Duchu Święty i napełnij mnie swoją obecnością. Przyjdź i przemień moje serce”. Oby Bóg błogosławił nam wszystkim i napełniał nas swoją miłością.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁ:

Przyjdź, Panie!
Duch Święty niemożliwe czyni możliwym

Pewnego wieczoru Piotr poprosił Jezusa, by pozwolił mu do siebie przyjść. Jezus spojrzał na Piotra i wyraził zgodę. Chociaż dialog ten wydaje się bardzo zwyczajny, w rzeczywistości był absolutnie niezwykły – Jezus stał właśnie na wzburzonych wodach Morza Galilejskiego. Chcąc być blisko Niego, Piotr musiał więc pójść po wodzie. I uczynił to! Jak długo patrzył na Jezusa, pozostawał na powierzchni wody. Jednak w pewnym momencie oderwał wzrok od Jezusa, by spojrzeć na szalejące fale. Wiemy, co było potem.
Wezwanie do codziennego kroczenia za Jezusem wydaje się nam niekiedy równie trudne, co zaproszenie do pójścia po wodzie. Pismo Święte wzywa nas, abyśmy byli świętymi, gdyż Bóg jest święty (Kpł 20,7). Jezus niejednokrotnie mówił do ludzi: „Idź i nie grzesz więcej” (por. J 5,14; 8,11). Polecił nam miłować naszych nieprzyjaciół i czynić dobrze tym, którzy nas nienawidzą (Łk 6,27). Nakazał przebaczać tym, którzy nas skrzywdzili, jeśli chcemy, by Bóg przebaczył nam (Mt 6,14-15). Pójść za Jezusem to stać się pokornym, ubogim duchem, a także gotowym do nawrócenia każdego dnia, a nawet każdej godziny... Lista wskazań ciągnie się w nieskończoność, aż wreszcie mamy ochotę bezradnie rozłożyć ręce.
To prawda, że nikt z nas nie ma dostatecznej siły ani dojrzałości, by w sposób doskonały zachować naukę Jezusa. Jezus zapewnia nas jednak, że dla Boga nie ma nic niemożliwego (Mk 10,27). To, czego my nie jesteśmy w stanie uczynić, czyni w nas Duch Święty. Ten sam Duch, który uzdolnił Piotra do chodzenia po wodzie, uzdalnia nas do wypełniania słów Jezusa. To Duch niemożliwe czyni możliwym!
Zastanówmy się więc, jak radzić sobie z tym, co zamyka nas na działanie Ducha Świętego i nie pozwala doświadczać Jego łaski w naszym życiu.

BÓG Z NAMI,
  SZATAN PRZECIWKO NAM
Gdybyśmy znali kogoś, kto zawsze nam pomaga, pociesza i pragnie dla nas jak najlepiej, jak traktowalibyśmy tę osobę? Z pewnością bylibyśmy jej wdzięczni, darzylibyśmy ją szacunkiem, chcielibyśmy spędzać z nią jak najwięcej czasu, opowiadalibyśmy o niej innym. Trudno byłoby nastawić nas przeciwko niej, ponieważ głęboko w sercu mielibyśmy pewność, że ona naprawdę nas kocha i zawsze ma na względzie nasze dobro. Taką właśnie Osobą jest Duch Święty. Jest On zawsze po naszej stronie. Chce, abyśmy poznali miłość Boga, przyjmowali Jego łaskę i chodzili w Jego świetle.
Gdy grzech oddzielił nas od Boga, posłał On swego Syna, aby nas zbawił. Umierając za nasze grzechy, Jezus przywrócił nam więź z Bogiem, abyśmy mogli stać się naczyniami Jego Świętego Ducha. Mocą tego Ducha jesteśmy w stanie trwać blisko Boga i przemieniać się na Jego obraz i podobieństwo.
Podczas gdy Bóg jest z nami, szatan jest przeciwko nam. Jest on ojcem kłamstwa, złodziejem, który kradnie, zabija i niszczy (J 8,41-44; 10,10). Podobnie jak uczynił to z pierwszymi rodzicami i próbował uczynić z Jezusem, także nas chce oszukać. Usiłuje wypaczyć prawdę i osłabić naszą wiarę, by doprowadzić nas do grzechu. A kiedy już tego dopnie, będzie wykręcał się od wszelkiej odpowiedzialności, podżegając nas do oskarżania Boga lub siebie nawzajem.
Pomyśl, jak często słyszysz od innych: „Jak Bóg może pozwalać na to, by na świecie działy się tak straszne rzeczy, jak wojny, aborcja czy nędza?”. W rzeczywistości jednak to nie Bóg jest sprawcą tego wszystkiego. Żyjemy w grzesznym świecie, a za każdym grzechem stoi wybór człowieka – człowieka omotanego przez diabła, który wciąż próbuje zniszczyć naszą wiarę.
Nigdy nie wątp w to, że Bóg jest po twojej stronie. Nigdy nie wątp, że masz w sobie Ducha Świętego. Naszym prawdziwym wrogiem jest szatan. On ani nas nie kocha, ani nie troszczy się o nasze prawdziwe dobro. Im jaśniej uświadomimy sobie dobroć Boga i złe intencje szatana, tym łatwiej będzie nam opierać się wszystkiemu, co odciąga nas od Boga.

WALKA Z POKUSAMI
W pierwszym artykule mówiliśmy o tym, że Duch Święty codziennie podsuwa nam wiele dobrych i świętych myśli – myśli pełnych miłości, dobroci, miłosierdzia, odwagi i błogosławieństwa. Są one podobne do tych myśli, które skłoniły Piotra do wyjścia z łodzi i pójścia do Jezusa. Z kolei diabeł codziennie próbuje stawiać w nas zaporę z myśli negatywnych, oceniających i egocentrycznych. Stara się wzbudzić w nas złość, rozczarowanie, cynizm, przygnębienie i pretensje. Zdarza się nawet, że nasz umysł jest wręcz zniewolony negatywnymi myślami, przez co te pozytywne mają niewielkie szanse przebicia się do naszej świadomości.
Skoro jednak Bóg jest wszechmogący, to dlaczego diabeł tak często bierze w nas górę? Ponieważ skutecznie odciąga nas od Boga i prowokuje do oderwania oczu od Jezusa. A kiedy to uczyni, wznosi w naszych umysłach „twierdze oszustwa”.
Dlatego tak bardzo ważne jest nauczenie się rozróżniania myśli, które przychodzą do nas w ciągu dnia. Uczmy się „badać wszystko”, aby zatrzymywać to, co dobre, a odrzucać to, co złe – czyli to, co odciąga nas od Boga (1 Tes 5,21-22). Gdybyśmy nauczyli się badać nasze myśli i rozeznawać ukryte za nimi wpływy, bylibyśmy o wiele mniej skłonni do ulegania pokusom, a bardziej skupieni na Jezusie.

▌PROSTA ZASADA
W świecie biznesu przy ocenie aktywów przedsiębiorstwa stosuje się zasadę FIFO (od angielskiego: first in, first out) – pierwsze przyszło, pierwsze wyszło. Podobnie w życiu duchowym funkcjonuje zasada GISO (od angielskiego: God in, satan out) – Bóg wchodzi, diabeł wychodzi. Pozwól się napełniać Duchowi Świętemu i odrzucaj wszystko, co pochodzi od diabła. Oto trzy kroki, które pomogą nam wprowadzić tę zasadę w czyn:
1. Codziennie rano zwróć swoje serce ku Duchowi Świętemu. Zaproś Go do siebie, prosząc, by wzbudzał
w tobie pozytywne, pełne miłości myśli. Wyznaj wiarę w to, że każdy dobry dar pochodzi od Niego, a każda negatywna myśl ma swoje korzenie w knowaniach diabła. Powierz się Bogu, a On napełni cię zgodnie ze swym dobrym i świętym zamysłem.
2. Słuchaj Boga na modlitwie. Odmawiając Różaniec, adorując Najświętszy Sakrament, uczestnicząc we Mszy świętej, modląc się w domu i czytając Pismo Święte, zatrzymaj się na chwilę i daj sobie szansę usłyszenia Ducha Świętego. Uwierz, że On chce do ciebie mówić, i próbuj rozeznawać to, co słyszysz. Nawet jeśli jest to pojedyncze słowo, jak: „pokój”, „nadzieja” czy „ufność”, przyjmij je i próbuj wprowadzić w życie w ciągu dnia. W ten sposób Bóg będzie wchodził w twoją codzienność.
3. Kiedy musisz odpowiednio zareagować w konkretnej sytuacji i przychodzi ci do głowy jakaś myśl, zapytaj siebie: „Czy to mnie buduje, czy niszczy? Czy budzi we mnie pozytywne uczucia, czy też skłania do skupienia na sobie, do złości i smutku?”. Gdy tylko odkryjesz źródło tej myśli, przystąp do działania. Staraj się koncentrować na pozytywnych myślach, a odrzucaj te negatywne. Weź sobie do serca radę Pawła: „Wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym – to bierzcie pod rozwagę” (Flp 4,8).

SAMI NIE DAMY RADY
Podobnie jak ma to miejsce w każdej innej dziedzinie życia chrześcijańskiego, również stosowanie zasady GISO możliwe jest jedynie z Bożą pomocą. Toczymy bitwę duchową z ostrym przeciwnikiem, którego celem jest zniszczenie naszej wiary. Dlatego Paweł mówi nam: „Bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi” (Ef 6,10).
Jeśli nawet wydaje ci się, że cały ciężar tej walki spoczywa na twoich barkach, wiedz, że nie jesteś sam. Jest w tobie Duch Święty, który w każdej chwili gotów jest napełniać cię miłością i łaską. Próbuj więc otwierać się na dobre i czyste myśli, jakie On ci podsuwa. Otwarcie na Ducha jest sprawą najwyższej wagi. Jedynie On ma moc dawać nam życie, odnawiać nasze serca i umacniać nas łaską.
Bracia i siostry, kierujmy swój wzrok ku Panu. Uczmy się otwierać na dobroć i świętość Ducha. Jeśli to uczynimy, On będzie napełniał nas coraz bardziej. Będziemy coraz pełniej odczuwać Jego miłość, błogosławieństwo, pociechę i pokrzepienie – a to pomoże nam opierać się pokusom, jakie niesie życie. Wejdziemy w krąg oddziaływania łaski – skupiając się na Panu, zostaniemy napełnieni Jego Duchem, a to z kolei pomoże nam jeszcze bardziej skupić się na Panu.
Bóg tak bardzo nas umiłował! Pragnie naszego największego dobra. Gdy pozwolimy Jego dobrym myślom zapanować w naszym wnętrzu, zapragniemy czynić dla Niego wielkie rzeczy. Kto wie, może nawet zaczniemy chodzić po wodzie! ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
Sobota, 1 lipca
  Rdz 18,1-15
Czy jest coś, co byłoby niemożliwe dla Pana? (Rdz 18,14)
To bardzo dobre pytanie! Czy jest jakaś granica tego, co Bóg może uczynić? A co ważniejsze, czy jest jakaś granica tego, co chce On czynić w życiu tych, którzy do Niego należą? Dzisiejsze czytania – historie Abrahama i Sary, Maryi oraz rzymskiego setnika – dowodzą, że nie ma niczego, co byłoby niemożliwe dla Boga.
W pierwszym czytaniu Sara śmieje się, gdy anielscy goście zapowiadają, że będzie miała syna (Rdz 18,12). Czy naprawdę w jej wieku może zostać matką? Jednak aniołowie – niezrażeni jej niedowierzaniem – powtarzają swoją obietnicę. I rzeczywiście po upływie roku Sara rodzi syna, Izaaka. Bóg nie zraża się naszym brakiem wiary.
Następnie czytamy psalm responsoryjny, którym jest dziś maryjny Magnificat. Maryja z pewnością ma również wiele pytań, ale całym sercem przyjmuje słowa anioła i zostaje Matką Boga. Jej hymn uwielbienia łączy daną Jej Bożą obietnicę z obietnicą, którą otrzymali Abraham i Sara. Bóg jest wierny obietnicom dawanym swojemu ludowi.
Na koniec Ewangelia opowiada historię setnika rzymskiego. Ten pogański żołnierz ma tak głęboką wiarę, że zadziwia nawet samego Jezusa. Uzdrowienie sługi setnika musiało być dla wielu zaskoczeniem. Sądzili, że Jezus przyszedł tylko do Żydów, a tymczasem uzdrawia On i zbawia każdego, kto wierzy. Bóg rozciąga swoje błogosławieństwo na wszystkich ludzi.
Czy jest coś niemożliwego dla Pana? Jak widać, nie. Skoro mógł zdziałać takie cuda w życiu Sary, Matki Bożej czy setnika, to może ich dokonywać także w twoim życiu. On zawsze będzie się o ciebie troszczył, nawet gdy ty sam będziesz wątpił. Był z tobą zawsze i nigdy cię nie opuści. Obojętnie, kim jesteś, gdzie jesteś i co zrobiłeś, On i tak nie przestanie cię kochać!
„Ojcze, dziękuję Ci za Twoją wierność i moc. Wierzę, że dla Ciebie wszystko jest możliwe!”.
(Ps) Łk 1,46b-50.53-54
Mt 8,5-17

▌Niedziela, 2 lipca
2 Krl 4,8-12a.14-16a
Co więc można uczynić dla niej?
(2 Krl 4,14)
W przemówieniu pożegnalnym pod koniec wizyty w Stanach Zjednoczonych we wrześniu 2015 roku papież Franciszek powiedział do zgromadzonych na lotnisku w Filadelfii: „Wasza troska o mnie i gościnne przyjęcie są znakiem waszej miłości do Jezusa i wierności Jemu”.
Podobne słowa mógłby powiedzieć prorok Elizeusz kobiecie, o której mowa w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Ona i jej mąż zaprosili Elizeusza, by zatrzymywał się u nich, ilekroć przybędzie do ich miejscowości. Przeznaczyli nawet dla niego oddzielny pokój, w którym zawsze mógł znaleźć darmowy nocleg.
Był to piękny, bezinteresowny gest z ich strony. I chociaż zupełnie się tego nie spodziewali, ci starsi wiekiem bezdzietni małżonkowie nie pozostali bez nagrody. Wdzięczny za ich gościnność, Elizeusz pomodlił się za nich do Boga, a Bóg po roku obdarował ich dzieckiem.
Pismo Święte stwierdza wyraźnie, że zbawia nas Jezus, a nie nasze dobre uczynki. Jednak z równą jasnością mówi, że sprawiamy Bogu radość, oddając nasz czas, zasoby materialne i talenty w służbie Jego ludowi. Nasze akty miłości poruszają Jego serce i odpowiada On na nie swoją łaską.
Czy to znaczy, że powinniśmy służyć innym po to, by Bóg nas za to wynagrodził? To niezupełnie tak. Nasza ofiarność jest odbiciem dobra, które Bóg nam wyświadczył. Kiedy odkładamy na bok swoje sprawy, aby nieść innym Jego miłość, kiedy z hojnością dajemy siebie innym, świat może zobaczyć, jak wielka jest dobroć Boga. Dlatego właśnie papież Franciszek wciąż zachęca nas do dawania, do wychodzenia ku innym, do dzielenia się Bożą miłością.
Znajdź więc dziś chwilę, aby zastanowić się nad tym, jak możesz dać więcej z siebie ubogim, lepiej służyć w swojej parafii, wspólnocie, być skuteczniejszym świadkiem Bożej miłości w swoim otoczeniu. Bądź pewien, że Pan cieszy się wszystkim, co czynisz ze względu na Niego.
„Panie, uczyń mnie świadkiem Twojej bezinteresownej miłości”.
Ps 89,2-3.16-19
Rz 6,3-4.8-11
Mt 10,37-42

▌Poniedziałek, 3 lipca
Św. Tomasza, Apostoła
J 20,24-29
Pan mój i Bóg mój! (J 20,28)
Św. Tomasz po dziś dzień zbiera całkiem niezasłużone cięgi. Jest on powszechnie znany jako „niewierny Tomasz”, co jest w stosunku do niego niesprawiedliwym określeniem. W rzeczywistości Tomasza można uznać za jednego z największych cichych bohaterów Nowego Testamentu.
Gdybyśmy mieli znaleźć w Ewangelii najgłębsze wyznanie wiary, Tomaszowe: „Pan mój i Bóg mój!”, znalazłoby się prawdopodobnie na czele listy. Dla Tomasza bowiem Jezus to nie tylko „Mesjasz” czy „Nauczyciel”, lecz Pan i Bóg. W dodatku „mój Pan” i „mój Bóg”, co czyni jego wyznanie bardzo osobistym. Te słowa nie wzięły się znikąd. Były one rezultatem lat spędzonych z Jezusem, owocem decyzji, by Go słuchać i pozwolić Mu się prowadzić.
Jakim wierzącym był więc Tomasz? Przede wszystkim gorliwym i pełnym zapału. Był pierwszym z Apostołów, który wyraził gotowość pójścia za Jezusem, nawet gdyby groziła mu za to śmierć (J 11,16). Bardzo też pragnął jak najlepiej zrozumieć Jezusa. Podczas Ostatniej Wieczerzy to właśnie Tomasz zapytał: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” (J 14,5). Od zesłania Ducha Świętego Tomasz podróżował po całym świecie, docierając aż do Indii, gdzie według tradycji poniósł śmierć męczeńską w 52 roku po Chrystusie.
Trzeba przyznać, że jest to imponująca biografia! Mimo to jednak imię Tomasza wciąż kojarzone jest z niedowiarstwem. A przecież Jakub, Filip czy Andrzej byliby równie podejrzliwi, gdyby w Niedzielę Zmartwychwstania znaleźli się w podobnej sytuacji. Z pewnością też nikomu z nas, gdybyśmy byli na jego miejscu, nie byłoby łatwo uwierzyć w zmartwychwstanie Jezusa. Może więc nadszedł czas, by nadać Tomaszowi inny przydomek. Może powinniśmy mówić o nim: „wierzący Tomasz”, „wierny Tomasz” czy „odważny Tomasz”.
Rozważając dziś, jak Jezus posłużył się Tomaszem, by zmieniać świat, proś Go, by uczynił to samo z tobą, by obdarzył cię takim samym zapałem, dociekliwością i odwagą, jakie miał ten Apostoł. Uwierz też, że nawet, gdy biorą w tobie górę wątpliwości, nie oznacza to, że wszystko skończone.
I ty, jak Tomasz, możesz zostać błogosławionym, gdyż choć nie widziałeś, to jednak wierzysz (J 20,29).
„Jezu, kształtuj mnie tak, jak kształtowałeś Tomasza. Naucz mnie wiary, a następnie poślij jako swego świadka”.
Ef 2,19-22
Ps 117,1-2


▌Piątek, 7 lipca
Mt 9,9-13
Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. (Mt 9,13)
Do czego to podobne, żeby ksiądz zachowywał się w ten sposób! Jak siostra zakonna mogła być tak nieuprzejma? Po co ona ciągle lata do kościoła, skoro potem obmawia sąsiadki? Dlaczego odpowiedzialny mojej wspólnoty nie potrafi opanować nerwów, albo przeciwnie, chowa głowę w piasek i udaje, że nie widzi oczywistych problemów? To tylko kilka „uwspółcześnionych” wersji pytania, jakie stawia przed nami dzisiejsza Ewangelia: Jak celnik, czyli mówiąc dobitnie zdzierca i kolaborant, mógł zostać Apostołem? Pytanie, na które Jezus udziela nam dziś jasnej i jednoznacznej odpowiedzi: „Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.
Nie jest to dla nas odpowiedź wygodna. Ukazuje nam ułudę naszych oczekiwań, że to kto inny, nie my, powołany jest do świętego życia, głębokiej modlitwy, ewangelizacji, dawania świadectwa, zaangażowania w Kościele. Że wszystko to załatwią za nas inni, bardziej do tego predestynowani z racji powołania, funkcji czy po prostu większej religijności. Może właśnie dlatego czasami Bóg dopuszcza, by zachwiali się na naszych oczach, abyśmy, jak mówi papież Franciszek, wstali z kanapy i poczuli swoją własną odpowiedzialność?
Ale odpowiedź ta jest również dobrą nowiną. Bóg ma wobec mnie swój plan, chce przeze mnie działać, chociaż dokładnie wie, jaki jestem. Zna moje wady, wie, ile razy upadam i jak często po prostu mi się nie chce. A mimo to powierza mi konkretnych ludzi, konkretny teren działania, konkretne powołanie, w którym jest gotów mnie wspierać, o ile ja mam dobrą wolę, by szukać Jego, a nie siebie.
Mateusz, podobnie jak pozostali Apostołowie, nie przemienił się w jednej chwili dlatego, że Jezus powiedział mu: „Pójdź za Mną”. Pewnie jeszcze nieraz odzywały się w nim stare przyzwyczajenia, podnosiły głowę dawne grzechy. Jednak nie dał się zniechęcić ani swoim własnym słabościom, ani słabościom innych. Szedł za Panem taki, jaki był, a Pan go stopniowo przemieniał, prowadząc do świętości.
Ludzie są tylko ludźmi, Bóg jest Bogiem. Bóg powołuje mnie, grzesznika. Nie potrzebuje ideału, ale otwartego serca, które nie szuka wymówek, nie ogląda się na innych, tylko daje się prowadzić.
„Panie Jezu, oddaję się Tobie taki, jaki jestem. Uczyń mnie takim, jakim chcesz mnie mieć”.
Rdz 23,1-4.19; 24,1-8.10.48.59.62-67
Ps 106,1-5

▌Niedziela, 16 lipca
Iz 55,10-11
Słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne. (Iz 55,11)
W dzisiejszej Ewangelii Jezus posługuje się obrazem ziarna zasianego na różnych rodzajach gleby, by pokazać słuchaczom, czym jest owocność słowa Bożego (Mt 13,1-23). Każde ziarno ma potencjalnie takie same możliwości wzrostu, ale plon, jaki ostatecznie wyda, zależy od rodzaju gleby, na którą padnie. Podobne przesłanie kieruje do nas także prorok Izajasz – słowo Boże, jak ziarno, zawsze wydaje plon – nie pozostaje bezowocne – ale to nasza ludzka odpowiedź na nie determinuje wielkość plonu. Wyjaśnia to, dlaczego jedni ludzi wydają więcej duchowego owocu niż inni. Przejmującą ilustracją tej zasady jest starotestamentalna historia króla Saula i króla Dawida (1 Sm 9--2 Sm 12).
Saul został wybrany przez Boga na władcę Izraela, ale powodowany strachem i egoizmem, okazał Panu nieposłuszeństwo. Nie wypełnił więc Bożego słowa i nie wydał trwałego owocu. Dlatego Bóg wybrał na jego miejsce kogoś innego – człowieka według Bożego serca, którym był młody pasterz Dawid.
Dawid czynił to, czego Bóg od niego oczekiwał. Walczył z wrogami Izraela, odzyskał Arkę Przymierza z rąk Filistynów, wysławiał Pana w psalmach, a nawet na oczach wszystkich tańczył z radości na Jego cześć.
Wiemy oczywiście, że Dawidowi wiele brakowało do doskonałości. Popełnił cudzołóstwo, po czym, aby je ukryć, zaplątał się w sieć oszustw zakończonych morderstwem. Żałował jednak szczerze za swoje grzechy (Ps 51). Jego pokora umożliwiła Bogu dalsze posługiwanie się nim, pomimo jego poważnych upadków. Dawid wydał owoc nie dlatego, że był doskonały, ale dlatego, że kochał Boga i próbował całym sercem iść za Nim.
Historia Dawida i Saula ukazuje nam, że Bóg może działać przez słabych ludzi, o ile są oni pokorni, oddani i gotowi zawsze do Niego powracać. Poprzez skruszonych grzeszników, takich jak Dawid – i my – słowo Boże nie pozostaje bezowocne, ale przynosi obfity owoc.
„Boże, zmiłuj się nade mną w swojej dobroci. Pomóż, by Twoje słowo wydało dziś we mnie owoc”.
Ps 65,10-14
Rz 8,18-23
Mt 13,1-23

▌Czwartek, 20 lipca
Mt 11,28-30
Weźcie na siebie moje jarzmo. (Mt 11,29)
Czy rozmawiałeś kiedyś z dziewczyną, która się niedawno zaręczyła? Prawdopodobnie z przejęciem pokazywała ci swój pierścionek zaręczynowy i opowiadała o planach na przyszłość. Zgodziła się właśnie towarzyszyć komuś w jego życiowej podróży, a perspektywa ta napełniła ją radością i nadzieją.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus nie wręcza nam wprawdzie zaręczynowego pierścionka, ale zaprasza nas do wzięcia na siebie swego jarzma. Zaprasza do wspólnej fascynującej podróży, trwającej przez całe życie.
Samo słowo „jarzmo” nie kojarzy się raczej z radością i fascynacją i jest to poniekąd zrozumiałe. Jarzmo jest elementem służącym do sprzęgania ze sobą kilku zwierząt pociągowych, aby były w stanie wykonać ciężką i mozolną pracę. Nawet w Piśmie Świętym ma ono negatywne konotacje. Na przykład Bóg opisuje niewolę Izraela w Egipcie jako „jarzmo” (Kpł 26,13), a Paweł pisze o „jarzmie” niewoli prawa (Ga 5,1). Wszystko zmieniło się jednak wraz z przyjściem Jezusa. Jego „jarzmo” jest zupełnie inne. Zamiast nakładać na nas wielkie ciężary, proponuje nam łaskę i wolność – wolność od grzechu i łaskę upodabniania się do Niego.
Wejście z Jezusem w jedno jarzmo oznacza poddanie się Jego prowadzeniu – On ustala kierunek, my idziemy krok w krok za Nim. W drodze pomaga nam pohamować język, dostrzegać potrzeby innych, traktować ich z życzliwością i miłosierdziem. Daje nam pokój w trudnych sytuacjach. Pomaga dźwigać wszystkie nasze ciężary.
Rozważ dziś zaproszenie Jezusa do wprzęgnięcia się z Nim w jedno jarzmo. Pomyśl o Jego obietnicy, że będzie cię uczył, prowadził i wspierał swoją łaską. A kiedy będziesz gotowy, powiedz Mu: „Panie, chcę przyjąć Twoje jarzmo i uczyć się od Ciebie”. A następnie każdego ranka oddawaj Mu się na nowo. Mów Mu, że chcesz być Jego uczniem i stawać się do Niego podobnym. Aby pamiętać o Jego jarzmie, noś w kieszeni różaniec i za każdym razem, gdy go dotkniesz, przypomnij sobie, że jesteś złączony z Jezusem. Pamiętaj, że On idzie obok ciebie, niosąc twój ciężar i pomagając ci żyć w prawdziwej wolności.
„Panie, chcę wziąć na siebie Twoje jarzmo i uczyć się od Ciebie”.
Wj 3,13-20
Ps 105,1.5.8-9.24-27

▌Środa, 26 lipca
Wj 16,1-5.9-15
Oto ześlę wam chleb z nieba. (Wj 16,4)
Dar zawsze w jakiś sposób ujawnia osobowość dawcy. Pomyśl na przykład o babci, która wybiera dla ciebie „idealny” prezent urodzinowy. Prezent ci się podoba, ale jeszcze bardziej doceniasz troskę włożoną w jego wyszukanie.
Manna, czyli cudowny pokarm dany przez Boga Izraelitom podczas ich wędrówki przez pustynię, także mówi nam wiele o Dawcy. Dowiadujemy się, że…
Bóg jest wierny. Obdarzał Izraelitów manną każdego poranka przez całe czterdzieści lat ich wędrówki przez pustynię. Każdego wieczoru szli spać, ufając, że rano znów pojawi się świeża manna. Bóg nigdy się nie zmęczył ani nie opuścił żadnego dnia. Nie zawiódł ich ani razu.
Bóg jest hojny. Karmił Izraelitów nawet wtedy, gdy oni szemrali przeciwko Niemu. Nawet wtedy, gdy odwrócili się od Niego, by czcić złotego cielca. Obdarzał ich hojnie pokarmem, którego potrzebowali, niezależnie od tego, czy byli Mu za to wdzięczni.
Bóg jest obecny w prostocie codzienności. Posyłał im mannę wraz z poranną rosą. Nie wyglądała ona nadzwyczajnie. Pismo Święte mówi, że przypominała „nasiona kolendra” (Lb 11,7). Bóg posłużył się czymś o zupełnie zwyczajnym wyglądzie, by Jego lud został nakarmiony.
Izraelici otrzymywali mannę z nieba, my natomiast przyjmujemy Eucharystię, „prawdziwy chleb z nieba” (J 6,32). Jeśli manna ukazuje nam, jaki jest Bóg, to co dopiero mówi nam o Nim Eucharystia, w której Bóg składa nam w darze samego siebie!
Rozważ dziś na modlitwie, co Eucharystia objawia o naszym Panu. Jest pokorny – uobecnia się bez fanfar, pod zwyczajnymi postaciami chleba i wina. Jest wierny – oddaje się nam codziennie, na każdej Mszy świętej. Jest hojny – daje nam pokarm niebieski nie jako nagrodę za coś, co uczyniliśmy, ale ponieważ nas kocha i chce nas umacniać.
„Ojcze, dziękuję Ci za Jezusa, żywy Chleb z nieba”.
Ps 78,18-19.23-28
Mt 13,1-9

„Wujek Wicek”

Jak zaprzyjaźniłam się z bł. ks. Wincentym Frelichowskim
Umierając na obozowej pryczy w niemieckim obozie koncentracyjnym w Dachau, w lutym 1945 roku, ks. Stefan Wincenty Frelichowski nie mógł przewidzieć, że będzie kiedyś patronem wielkiej rzeszy polskich harcerzy, a także kleryków z Wyższego Seminarium Duchownego w Toruniu, a kościół pw. Wniebowzięcia NMP w Toruniu stanie się jego sanktuarium. Nie mógł przewidzieć, że w stulecie jego urodzin rok 2013 zostanie ogłoszony „jego rokiem” i że z tej okazji odbędzie się międzynarodowy zlot harcerzy i skautów ”Wicek 2013”. I że 71 lat po jego śmierci, w lutym 2016 roku, jego relikwie znajdą się w prywatnej kaplicy prezydenta Polski. Ze względu na skromność i naturalną pokorę ks. Wicka można przypuszczać, że nigdy nie widział siebie na ziemi tak wielkim, jakim był i jest.
Kiedy o nim myślę, widzę młodego, niespełna 30-letniego kapłana, uśmiechniętego pomimo szalejącego wokół piekła II wojny światowej, widzę więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych, który był „dobrym duchem” cierpiących męczarnie współwięźniów, niezłomnego brata każdego, także własnych oprawców, modlącego się również za morderców i zwyrodnialców. Człowieka całkowicie oddanego Bogu i ludziom – aż do męczeńskiej śmierci, heroicznie służącego umierającym na tyfus plamisty, obmywającego zabrudzone fekaliami zwłoki swych współbraci i szepczącego nad nimi modlitwy, znoszącego szykany i bicie bez utraty ufności i wiary w Boga…
Taki był – ciepły, bliski, współczujący i łagodny, a przy tym energiczny, odważny, pomysłowy. Nazywano go „płomieniem Bożym” i „słupem”, bo można się było na nim bezpiecznie wesprzeć, nawet będąc na dnie rozpaczy. Rozgrzeszał spowiadanych
w ukryciu współwięźniów, heroicznie odprawiał zakazane przez hitlerowców Msze święte, starał się zdobywać chleb dla głodnych, zgłaszał się do pracy za innych, troszczył się z miłością o pozostawioną w okupowanym kraju matkę i rodzinę, znajomych, przyjaciół i sąsiadów. Przekazywał innym Boga – zawsze, w każdej sytuacji, bez względu na okoliczności. Prawdziwy przyjaciel Chrystusa, prawdziwy chrześcijanin, prawdziwy człowiek…

MÓJ KOCHANY
„WUJEK WICEK”
Dlaczego ośmielam się tego heroicznego świadka Chrystusa i Ewangelii nazywać „wujkiem”? Nie należę przecież do jego rodziny. Jak jednak nazwać kogoś bliskiego, kto zaprosił mnie nagle do swojej wielkiej „rodziny obozowej” na terenie zupełnie niezwykłej „duchowej parafii”, jaką był i pozostał hitlerowski Konzentrationslager Dachau? Jak nazwać kształtujący się coraz silniej w moim sercu obraz człowieka, który odszedł do Boga „do syta nakarmiony cierpieniem”, a teraz z uśmiechem podaje mi rękę wśród moich cierpień i trosk? I jak to właściwie się stało, że poznałam i pokochałam w swoim życiu bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego?
Odpowiedź – jak myślę – jest fascynująca, bo ukazuje, że czas tak naprawdę nie istnieje w sferze ducha, że doczesność ściśle łączy się z wiecznością, a miłość i miłosierdzie Boże rzeczywiście towarzyszą nam na każdym kroku. Nigdy nie jesteśmy sami, ale w cierpieniu rodzi się pokusa zwątpienia w obecność i dobroć Boga. Ks. Frelichowski tę właśnie pokusę zamienił na perłę swej świętości. Może dlatego Bóg uczynił go niepisanym „proboszczem parafii cierpienia” w Dachau? Powiem więcej – on jest nim nadal i działa duchowo także i w kolejnych pokoleniach swoich „obozowych parafian”. Przykładem tego jestem choćby ja i to moje świadectwo.
Gdy ks. Wicek został pod koniec 1940 roku zesłany ostatecznie do Dachau, od wiosny tego roku znajdował się tam już mój Tato, nr obozowy 11431. Tato znalazł się tam wraz z grupą duchowieństwa polskiego z Wielkopolski. Był wówczas nowicjuszem w Misyjnym Zgromadzeniu Werbistów SVD (po wojnie ojciec nie pozostał w zgromadzeniu).
Gdy usłyszałam pierwszy raz o bł. ks. Frelichowskim i gdy poznałam jego nadzwyczajną misję w obozie, zaczęłam się zastanawiać, czy znał on mojego ojca. Tato nigdy nie mówił o tym z nami, dziećmi, ale on w ogóle mało mówił o obozie. Ks. Frelichowski był o 8 lat starszy od mego Taty, młodziutkiego wówczas, świeżo upieczonego 18-letniego nowicjusza. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że nasz Błogosławiony, młody wówczas kapłan-harcerz, zauważył mojego nastoletniego Tatę wśród licznych duchownych współbraci i objął go w jakiś sposób swą kapłańską opieką.
Przypuszczenia moje nabrały rumieńców gdy zobaczyłam, że podczas Mszy świętej beatyfikacyjnej (8 lat po śmierci mojego Taty) relikwiarz z największą cząstką relikwii ks. Frelichowskiego wręczał Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II dr Stanisław Bieńka. Był to przyjaciel Błogosławionego, twórca jego maski pośmiertnej, ten, który wyjął kostki z jego kciuka i palca wskazującego – bo warto wiedzieć, że ks. Wicek jest jedynym męczennikiem obozów koncentracyjnych, którego relikwie zostały choć w malutkiej części zachowane, a nie do końca spalone w krematoryjnym piecu. A przecież dr Stanisław Bieńka był bliskim kolegą obozowym mojego Taty! O ile wiem, razem pracowali w rewirze przy chorych i zmarłych. Była to straszna praca, wymagająca specjalnej łaski Bożej i odporności psychicznej. Dr Bieńka – wówczas student medycyny – okazał się tam, w tych niezwykle dramatycznych warunkach, odpowiednią osobą. Jako dziecko przysłuchiwałam się czasem rozmowom Taty z dr. Bieńką, gdy ten nas odwiedzał. Wyniosłam przekonanie, że był to dobry organizator, który energicznie działał w Dachau dla dobra współwięźniów. I to on nie tylko pobrał relikwie Błogosławionego, wykonał jego pośmiertną maskę, ale i współorganizował wystawienie jego zwłok, co w warunkach obozowych było czymś niebywałym. Był też ostatnią osobą, która z ks. Wickiem rozmawiała i pocieszała go w jego pełnym duchowych ciemności konaniu. Można śmiało powiedzieć, że Bóg wybrał właśnie Stanisława Bieńkę nie tylko na towarzysza obozowej niedoli ks. Frelichowskiego, ale także świadka jego ostatnich chwil na ziemi – i jego świętości.
Wszystko to przekonało mnie, że mój Tato musiał znać ks. Wicka. Na pewno mieli co najmniej dwóch wspólnych przyjaciół – Stanisława Bieńkę i werbistę o. Mariana Żelazka, wówczas kleryka SVD, kolegę mojego Taty z nowicjatu. Poczułam się ośmielona, by z bardziej rodzinnej, kameralnej perspektywy spojrzeć na bł. ks. Frelichowskiego i nazwać go w swym sercu „wujkiem” – a potem śmiało „naprzykrzać” mu się z moimi problemami w modlitwach. Pomyślałam sobie bowiem, że jest nie do pomyślenia by ten, który oddał życie za swych obozowych współbraci, nie był czuły na głos ich dzieci czy wnuków… Obozowa przeszłość mojego Taty ośmieliła mnie, by zbliżyć się ufnie do nieznanej mi wcześniej postaci bł. ks. Frelichowskiego. Odtąd prosiłam go o wstawiennictwo w różnych sprawach, które leżały mi na sercu, prosiłam o pomoc i opiekę.

„WUJEK WICEK” DZIAŁA!
Czym poskutkowało takie moje „ośmielenie się” i zbliżenie? Ks. Wicek słynął z energii, rozmachu i szybkiego działania. Tak też postąpił i ze mną. Uchwycił mocno moje myśli, pragnienia, prośby i modlitwy, i niczym „płomień Boży”, niczym „słup”, na którym mogłam się mocno oprzeć, pociągnął mnie do Boga i do innych ludzi. Zaprosił mnie przede wszystkim (co mnie niepomiernie zdziwiło i zaskoczyło) do Dachau, „na swoją ostatnią parafię”, abym tam wraz z nim i jego przyjaciółmi była obecna duchowo w jego wielkiej, obozowej rodzinie. Jak to zrobił? Prowadząc mnie przez lekturę swojego „Pamiętnika” i książkę pt.: „Bł. ks. St. W. Frelichowski a obóz koncentracyjny” (s. Stefania od Jezusa Eucharystycznego OCD, Sandomierz 2015). Przyprowadził mnie duchowo nie tylko do obozu, ale także do dachauowskiego Karmelu i pozwolił zbliżyć się do jego modlitwy i czuwania na tym strasznym miejscu kaźni. Czy muszę dodawać, że zbliżył mnie też niezwykle z moim Tatą? Dokonał po prostu różnych „cudów” i sprawił mi nimi ogromną radość (ale on zawsze sprawiał ludziom radość!). W paru słowach postaram się opisać te wydarzenia.
Gdy na początku 2015 roku poważnie zachorowałam, wzmogłam moje modlitwy za wstawiennictwem bł. ks. Frelichowskiego. Tygodniami, miesiącami prosiłam Boga – przez „wujka Wicka” – o moje życie i zdrowie. Choć nie działo się nic spektakularnego (aczkolwiek dobrze zniosłam skomplikowaną operację i choroba zatrzymała się), „wujek Wicek” stawał mi się coraz bliższy. Przyszła mi też wtedy myśl, by zamówić w sanktuarium Błogosławionego w Toruniu Mszę świętą o moje uzdrowienie – tak aby była ona odprawiona przy jego relikwiach. Czułam, że to „wujek Wicek” mnie do tego zachęca. Dużo też czytałam o nim i opowiadałam innym, jakim jest on wspaniałym, a stosunkowo mało znanym świętym polskim męczennikiem.
„Wujek Wicek” nie kazał długo czekać na swoją odpowiedź, wręcz przeciwnie – jak już zaczął działać, to lawinowo. W zupełnie nieprawdopodobny sposób poznał mnie ze swoją duchową przyjaciółką – s. Stefanią od Jezusa Eucharystycznego OCD, karmelitanką bosą – kochającą go, piszącą o nim, szerzącą jego pamięć i kult. S. Stefania mieszka na terenie obozu w Dachau, gdzie z cel Karmelu, mieszczących się na tej skrwawionej ziemi, wznosi się nieustanna modlitwa ekspiacyjna do Boga i trwa pamięć o męczeństwie ofiar nazizmu. Od s. Stefanii dowiedziałam się wielu ważnych wiadomości o moim Tacie (nie był jej obcy!) oraz oczywiście o „wujku Wicku”. Znalazłam w niej przewodnika po życiu i świętości Błogosławionego, a także wielu innych męczenników Dachau, którym poświęciła ona swoje konsekrowane życie. Bł. ks. Frelichowski – jak przystało na prawdziwego harcerza i kapłana – prowadzi bowiem do innych ludzi, tworzy wspólnotę i zaskakuje nieoczekiwanymi radościami.
Tak więc prosiłam o zdrowie, a „wujek Wicek” – wesoły, radosny, pomysłowy, nieustępliwy – odpowiedział na tę moją modlitwę zaskakująco: zaczął poznawać mnie ze swymi przyjaciółmi – żywymi i zmarłymi. Zaprosił mnie duchowo do Dachau, abym była tam obecna przed Bogiem wraz z nim i jego ogromną „duchową parafią” (jakże potężna musi być siła modlitwy tych niewinnie zamordowanych ludzi!). Ukazał mi też, jak ważne jest, abym przekazywała innym – choć w niewielkim stopniu – historię męczeństwa duchowieństwa polskiego w Dachau. Czuję stale, że tak jakoś ciepło przygarnia mnie – dziecko byłego więźnia, który cudem przeszedł przez tę „dolinę śmierci”, przetrzymawszy za łaską Boską pięć koszmarnych lat pobytu w obozie. Kochany „wujek Wicek” natchnął mnie także, aby przekazać to świadectwo i zachęcić w ten sposób innych, aby za jego wstawiennictwem zwracali się do Boga w „ciemnych dolinach” swego życia. Jest on bowiem nie tylko patronem rześkich harcerzy czy studentów-seminarzystów, ale także ludzi starszych i chorych, o których czule i odpowiedzialnie troszczył się, żyjąc jeszcze na tej ziemi.
Zapraszam więc i Ciebie na tę wspólną drogę z bł. ks. St. W. Frelichowskim. Módlmy się razem o dar rychłej kanonizacji Błogosławionego – naszego męczennika, skromnego wielkiego kapłana i Polaka. Po prostu – bliskiego Bogu i wszystkim nam – „wujka Wicka”. ▐


Czy i tak za Mną pójdziesz?

Gdy po uzdrowieniu przychodzi krzyż

Jest to historia uzdrowienia, ale nie według prostego schematu „choroba –- zdrowie”, jakiego można by się spodziewać po tego rodzaju opowieści. W 1997 roku dzięki serii cudów medycznych zostałem dosłownie zawrócony spod samych wrót śmierci. Odtąd dzieliłem się moją historią z tysiącami ludzi, aby pokazać im, że Jezus uzdrawia także dziś.
Nie był to jednak koniec historii. Okazało się, że Bóg nie ocalił mi życia po to, bym przeżył resztę swoich dni w doskonałym zdrowiu. Od ostatnich czternastu lat doświadczam coraz bardziej obezwładniającego bólu, wywołanego zupełnie nową, inną chorobą. Dlaczego więc Bóg pozwolił mi żyć? Odpowiedź może stać się jasna, kiedy już dokończę moją historię.

PRZESŁANIE Z INNEGO ŚWIATA
Kiedy w 1995 roku zdiagnozowano u mnie zespół Churga-Straussa – rzadkie i nieuleczalne zaburzenie systemu odpornościowego – zaczęli się za mnie modlić zarówno przyjaciele, jak i obcy ludzie w całym kraju. Przeszedłem chemioterapię, leczenie sterydami oraz wieloma innymi lekami, które miały zahamować postęp choroby. Z odległych klasztorów otrzymywałem wiadomości o tym, że siostry pamiętają o mnie w swoich codziennych modlitwach. Próbowałem cierpliwie oczekiwać uzdrowienia, ale moja wiara przypominała bardziej wątłą nić niż linę ratunkową. Wiosną 1997 roku choroba mocno zaatakowała główne narządy mojego ciała – serce, płuca i nerki. Lekarze spodziewali się, że niedługo umrę – podobnie zresztą jak ja sam i większość moich znajomych.
Leżałem drugi dzień na oddziale intensywnej terapii, gdy do mojej sali weszła energicznym krokiem pomocnica pielęgniarki. „Czy ma pan jakieś lęki?” – zapytała. Odpowiedziałem, że tak. Byłem pogodzony ze śmiercią, ale wolałem, aby nie nastąpiła ona przez uduszenie. „To dobrze – stwierdziła – gdyż Jezus chce, abym panu powiedziała, żeby pan się nie bał. On jest w tej chwili przy panu”. Kiedy to mówiła, poczułem wyraźniej przy sobie obecność Jezusa. Następnie zrobiła krótką pauzę i rzekła: „On jeszcze chce, żebym panu powiedziała, że teraz, właśnie w tej chwili, On pana uzdrawia. Ma pan być cierpliwy, bo to zajmie trochę czasu. Niech pan będzie Mu wierny, bo jak pan wie, On będzie wierny wobec pana”. Następnie bez słowa opuściła pokój, jakby była z obsady filmu Dotyk anioła.

TO NIEMOŻLIWE!
Rzeczywiście mój stan zaczął się poprawiać. Zaledwie dzień po uznaniu moich nerek za nieodwracalnie uszkodzone, lekarze zmienili zdanie i stwierdzili, że są w doskonałym stanie. Po kolejnych dziewięciu dniach zacząłem normalnie oddychać. Moje serce, poprzednio powiększone i sfatygowane, także powróciło do normy. Po obejrzeniu USG płuc lekarz przyszedł do mnie zdezorientowany, nie umiejąc wytłumaczyć tego, co widzi. Wcześniej 90% tkanki płucnej stanowiły blizny, ale teraz, jak powiedział: „Mam przed sobą najzdrowsze płuca, jakie kiedykolwiek widziałem. To niemożliwe, ale przecież widzę to na własne oczy”. Podobne rzeczy działy się przez następne tygodnie.
Kolejny etap uzdrowienia nastąpił, gdy grupa przyjaciół pomodliła się nade mną, kładąc na mnie ręce. W moich oczach pojawił się nagły błysk, który zobaczyłem ja i mój przyjaciel Paweł. Zniknęły katarakty, będące skutkiem ubocznym jednego z leków. Ustąpił też wszelki ból i mdłości. Ciężkie bandaże elastyczne, którymi zawijano mi nogi, by kontrolować puchnięcie, stały się luźne. Kiedy zacząłem je odwijać, moi przyjaciele śmiali się i wołali: „Łazarzu, wyjdź!”. W końcu lekarze ze łzami w oczach oznajmili: „Jest pan uzdrowiony. Nie zawdzięcza pan tego medycynie. Jest to wspaniały dar od Boga!”.
Jednak dziesięć lat później otrzymałem kolejną, niezwiązaną z poprzednią chorobą diagnozę – stwierdzono u mnie zwyrodnieniowe zaburzenie neurologiczne, zwane zanikiem wieloukładowym. Od lat powoduje ono u mnie różne problemy zdrowotne, które niestety nie ustępują. Mimo wszystko po dziś dzień jestem wdzięczny Bogu za te cudowne uzdrowienia, których przed laty doświadczyłem.

HISTORII CIĄG DALSZY
Dlaczego więc poprzednio zostałem uzdrowiony? Sądzę, że po to, by umocnić moją i innych wiarę i ukazać, że Bóg rzeczywiście czyni wielkie rzeczy. Tak wspaniałe dzieła jak uzdrowienia pomagają nam uwierzyć, że Bóg żyje i działa.
Ale dlaczego w takim razie Bóg pozwolił na to, bym po raz kolejny doświadczył tak wiele bólu? Odkryłem, że właśnie te moje zmagania z chorobą i cierpieniem przybliżają mnie do Boga i drugiego człowieka. Kiedy zastanawiam się nad swoim życiem, dochodzę do wniosku, że wcale nie chciałbym, by Pan odjął mi wszelki ból. Każde doświadczenie czegoś mnie uczy, przybliża do Pana, pomaga współczuć innym. Nauczyłem się, że przyjęcie cierpienia z wiarą jest równie cenne, jak przyjęcie cudu uzdrowienia.

ZWYCIĘSTWO W WALCE
Gdy tak się zmagam z nową chorobą, często przychodzi mi na myśl jedna z liturgii Wielkiego Piątku, w której kiedyś uczestniczyłem. Słuchając Ewangelii o Męce Pańskiej, wyobraziłem sobie, że jestem na krzyżu z Jezusem. Czułem się zjednoczony z Jego cierpieniem, a jednocześnie ożywały we mnie wspomnienia moich własnych dawnych cierpień. Czułem, że Jezus chce, abym zobaczył to, co On widział z krzyża – szydzące tłumy, ogarniętych furią przywódców świątynnych. Wśród tego wszystkiego zawołał do Ojca: „Czemuś Mnie opuścił?”. Był to moment ogromnej samotności Jezusa. Następnie zwrócił się do mnie i rzekł: „A jeśli to jest wszystko i nie ma nic innego, czy i tak za Mną pójdziesz?”.
Nie potrafiłem od razu powiedzieć „tak”, ale powiedziałem to następnego dnia podczas Wigilii Paschalnej, gdy świętowaliśmy Zmartwychwstanie. Zrozumiałem, że w tych chwilach, kiedy widzimy jedynie nasz ból i zmagania, Jezus wciąż pyta: „Czy mimo to chcesz do Mnie należeć? Czy dasz mi swoje serce? Czy pójdziesz za Mną?”. Odpowiadając „tak”, mamy udział w Jego zwycięstwie. Ból może nie ustąpić, choroba może trwać dalej, ale jest z nami Jezus, który chce, byśmy dalej za Nim szli. ▐


DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 7 (287) 2017



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LIPCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Lipcowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł: „Napełnij mnie, Panie!” i stanowi kontynuację rozpoczętych w styczniu i prowadzonych także w czerwcu rozważań na temat formowania nas przez Boga. Tym razem skupimy się na łaskach płynących z napełnienia nas Duchem Świętym, obiecanym Pocieszycielem. To w Duchu Świętym doświadczamy miłości, radości i pokoju, szczególnie mocno podczas Eucharystii, to On czyni niemożliwe możliwym W Magazynie zamieściliśmy artykuł o życiowych zmaganiach św. Brygidy Szwedzkiej, niezwykłej kobiety, matki i mniszki, Patronki Europy, zatytułowany „Święta, która nie została emerytką”. Ponadto bardzo osobisty tekst dotyczący bł. Wincentego Frelichowskiego, harcerza, kapłana, męczennika z niemieckiego obozu w Dachau autorstwa Joanny Przybyły oraz świadectwo „Czy i tak za Mną pójdziesz – Gdy po uzdrowieniu przychodzi krzyż.
W ramach Naszych lektur przedstawiamy książkę Adrienne von Speyr, znanej mistyczki i stygmatyczki, poświęconą Matce Bożej pt. „Służebnica Pańska”.
W numerze jak zwykle znajdziemy ponadto Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.


„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY


Napełnieni po brzegi
Doświadczenie miłości, radości i pokoju w Duchu Świętym...................................................... 4


W górę serca!
Napełnieni Duchem Świętym podczas Eucharystii..... 9


Przyjdź, Panie!
Duch Święty niemożliwe czyni możliwym............... 14


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 31 lipca.......................................... 19


MAGAZYN


Święta, która nie została emerytką
Św. Brygida Szwedzka – matka i mniszka o niespożytej energii – Ann Bottenhorn.......................................... 46


„Wujek Wicek”
Jak zaprzyjaźniłam się z ks. Wincentym Frelichowskim – Joanna Przybyła.......................................... 51


Czy i tak za Mną pójdziesz?
Gdy po uzdrowieniu przychodzi krzyż – Louis Grams.......................................................... 57


Nasze lektury............................................................. 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST
Drodzy Bracia i Siostry!

Kiedy zjemy smaczny posiłek, czujemy się napełnieni. To przyjemne doznanie. Kiedy nasze serce wypełnia miłość do dzieci czy innych bliskich osób, mamy poczucie, że niczego nam nie brakuje. Dobrze jest być również „napełnionym” duchowo. Dlatego chcę podzielić się z wami swoim przepisem na to, jak zostać napełnionym Duchem Świętym. Jest to sposób, który stosuję zarówno podczas Mszy świętej, jak i w czasie osobistej modlitwy.
Po pierwsze, staję w prawdzie przed Bogiem. Robię krótki rachunek sumienia, aby upewnić się, że żaden grzech nie przeszkodzi mi w słuchaniu Pana i doświadczaniu Jego obecności. Jeśli sumienie wyrzuca mi jakiś grzech, proszę Pana o przebaczenie, ufając, że Boże miłosierdzie jest większe niż wszystkie moje upadki. Następnie próbuję postawić się w sytuacji Piotra, gdy mówi on do Jezusa: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,68). Wraz z nim wyznaję Jezusowi, że chcę być blisko Niego.
Następnym krokiem jest rozważanie słowa Bożego. Zawsze próbuję umiejscowić siebie w czytanym fragmencie Pisma Świętego, tak jak uczył tego św. Ignacy Loyola. Następnie zaczynam stawiać pytania. Na przykład, co czuł Mojżesz, stojąc przed krzewem ognistym? A co ja czuję, modląc się przed Najświętszym Sakramentem? Co myślał Abraham, gdy Bóg polecił mu wyruszyć do Ziemi Obiecanej? A czy mnie Bóg nie wzywa dzisiaj do podjęcia jakiegoś radykalnego kroku? Jak uczniowie Jezusa przeżywali swój udział w nakarmieniu pięciu tysięcy ludzi? A czy mnie Bóg nie wskazuje sposobu, w jaki chce się mną posłużyć?
Odkryłem, że w napełnianiu się Duchem Świętym pomaga mi także muzyka. Na Mszy świętej i w osobistej modlitwie odczuwam bliskość Pana, śpiewając Mu pieśni chwały. Śpiew angażuje nie tylko mój intelekt, ale również emocje. Śpiewając, naśladuję kobietę, która namaściła stopy Jezusa pachnącym olejkiem. Oddaję Mu cześć, wyznaję, że jest Panem mojego życia i że do Niego należą najgłębsze poruszenia mojego serca.
Śpiewając i wychwalając Jezusa – zwłaszcza po przyjęciu Komunii świętej – proszę Go, by napełnił mnie Duchem Świętym i obdarzył swoim światłem. Następnie rozważam to, co przyjdzie mi na myśl i zapisuję sobie wszystko, co – jak sądzę – pochodzi od Ducha Świętego. Staram się powracać do tych notatek w ciągu dnia. Tak wygląda moja prosta metoda.
Jestem przekonany, że Duch Święty pragnie nas napełniać, abyśmy stawali się coraz bardziej podobni do Jezusa. Czytając więc w te letnie dni nasze artykuły i medytacje, otwórzcie serca i módlcie się słowami: „Przyjdź Duchu Święty i napełnij mnie swoją obecnością. Przyjdź i przemień moje serce”. Oby Bóg błogosławił nam wszystkim i napełniał nas swoją miłością.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁ:

Przyjdź, Panie!
Duch Święty niemożliwe czyni możliwym

Pewnego wieczoru Piotr poprosił Jezusa, by pozwolił mu do siebie przyjść. Jezus spojrzał na Piotra i wyraził zgodę. Chociaż dialog ten wydaje się bardzo zwyczajny, w rzeczywistości był absolutnie niezwykły – Jezus stał właśnie na wzburzonych wodach Morza Galilejskiego. Chcąc być blisko Niego, Piotr musiał więc pójść po wodzie. I uczynił to! Jak długo patrzył na Jezusa, pozostawał na powierzchni wody. Jednak w pewnym momencie oderwał wzrok od Jezusa, by spojrzeć na szalejące fale. Wiemy, co było potem.
Wezwanie do codziennego kroczenia za Jezusem wydaje się nam niekiedy równie trudne, co zaproszenie do pójścia po wodzie. Pismo Święte wzywa nas, abyśmy byli świętymi, gdyż Bóg jest święty (Kpł 20,7). Jezus niejednokrotnie mówił do ludzi: „Idź i nie grzesz więcej” (por. J 5,14; 8,11). Polecił nam miłować naszych nieprzyjaciół i czynić dobrze tym, którzy nas nienawidzą (Łk 6,27). Nakazał przebaczać tym, którzy nas skrzywdzili, jeśli chcemy, by Bóg przebaczył nam (Mt 6,14-15). Pójść za Jezusem to stać się pokornym, ubogim duchem, a także gotowym do nawrócenia każdego dnia, a nawet każdej godziny... Lista wskazań ciągnie się w nieskończoność, aż wreszcie mamy ochotę bezradnie rozłożyć ręce.
To prawda, że nikt z nas nie ma dostatecznej siły ani dojrzałości, by w sposób doskonały zachować naukę Jezusa. Jezus zapewnia nas jednak, że dla Boga nie ma nic niemożliwego (Mk 10,27). To, czego my nie jesteśmy w stanie uczynić, czyni w nas Duch Święty. Ten sam Duch, który uzdolnił Piotra do chodzenia po wodzie, uzdalnia nas do wypełniania słów Jezusa. To Duch niemożliwe czyni możliwym!
Zastanówmy się więc, jak radzić sobie z tym, co zamyka nas na działanie Ducha Świętego i nie pozwala doświadczać Jego łaski w naszym życiu.

BÓG Z NAMI,
  SZATAN PRZECIWKO NAM
Gdybyśmy znali kogoś, kto zawsze nam pomaga, pociesza i pragnie dla nas jak najlepiej, jak traktowalibyśmy tę osobę? Z pewnością bylibyśmy jej wdzięczni, darzylibyśmy ją szacunkiem, chcielibyśmy spędzać z nią jak najwięcej czasu, opowiadalibyśmy o niej innym. Trudno byłoby nastawić nas przeciwko niej, ponieważ głęboko w sercu mielibyśmy pewność, że ona naprawdę nas kocha i zawsze ma na względzie nasze dobro. Taką właśnie Osobą jest Duch Święty. Jest On zawsze po naszej stronie. Chce, abyśmy poznali miłość Boga, przyjmowali Jego łaskę i chodzili w Jego świetle.
Gdy grzech oddzielił nas od Boga, posłał On swego Syna, aby nas zbawił. Umierając za nasze grzechy, Jezus przywrócił nam więź z Bogiem, abyśmy mogli stać się naczyniami Jego Świętego Ducha. Mocą tego Ducha jesteśmy w stanie trwać blisko Boga i przemieniać się na Jego obraz i podobieństwo.
Podczas gdy Bóg jest z nami, szatan jest przeciwko nam. Jest on ojcem kłamstwa, złodziejem, który kradnie, zabija i niszczy (J 8,41-44; 10,10). Podobnie jak uczynił to z pierwszymi rodzicami i próbował uczynić z Jezusem, także nas chce oszukać. Usiłuje wypaczyć prawdę i osłabić naszą wiarę, by doprowadzić nas do grzechu. A kiedy już tego dopnie, będzie wykręcał się od wszelkiej odpowiedzialności, podżegając nas do oskarżania Boga lub siebie nawzajem.
Pomyśl, jak często słyszysz od innych: „Jak Bóg może pozwalać na to, by na świecie działy się tak straszne rzeczy, jak wojny, aborcja czy nędza?”. W rzeczywistości jednak to nie Bóg jest sprawcą tego wszystkiego. Żyjemy w grzesznym świecie, a za każdym grzechem stoi wybór człowieka – człowieka omotanego przez diabła, który wciąż próbuje zniszczyć naszą wiarę.
Nigdy nie wątp w to, że Bóg jest po twojej stronie. Nigdy nie wątp, że masz w sobie Ducha Świętego. Naszym prawdziwym wrogiem jest szatan. On ani nas nie kocha, ani nie troszczy się o nasze prawdziwe dobro. Im jaśniej uświadomimy sobie dobroć Boga i złe intencje szatana, tym łatwiej będzie nam opierać się wszystkiemu, co odciąga nas od Boga.

WALKA Z POKUSAMI
W pierwszym artykule mówiliśmy o tym, że Duch Święty codziennie podsuwa nam wiele dobrych i świętych myśli – myśli pełnych miłości, dobroci, miłosierdzia, odwagi i błogosławieństwa. Są one podobne do tych myśli, które skłoniły Piotra do wyjścia z łodzi i pójścia do Jezusa. Z kolei diabeł codziennie próbuje stawiać w nas zaporę z myśli negatywnych, oceniających i egocentrycznych. Stara się wzbudzić w nas złość, rozczarowanie, cynizm, przygnębienie i pretensje. Zdarza się nawet, że nasz umysł jest wręcz zniewolony negatywnymi myślami, przez co te pozytywne mają niewielkie szanse przebicia się do naszej świadomości.
Skoro jednak Bóg jest wszechmogący, to dlaczego diabeł tak często bierze w nas górę? Ponieważ skutecznie odciąga nas od Boga i prowokuje do oderwania oczu od Jezusa. A kiedy to uczyni, wznosi w naszych umysłach „twierdze oszustwa”.
Dlatego tak bardzo ważne jest nauczenie się rozróżniania myśli, które przychodzą do nas w ciągu dnia. Uczmy się „badać wszystko”, aby zatrzymywać to, co dobre, a odrzucać to, co złe – czyli to, co odciąga nas od Boga (1 Tes 5,21-22). Gdybyśmy nauczyli się badać nasze myśli i rozeznawać ukryte za nimi wpływy, bylibyśmy o wiele mniej skłonni do ulegania pokusom, a bardziej skupieni na Jezusie.

▌PROSTA ZASADA
W świecie biznesu przy ocenie aktywów przedsiębiorstwa stosuje się zasadę FIFO (od angielskiego: first in, first out) – pierwsze przyszło, pierwsze wyszło. Podobnie w życiu duchowym funkcjonuje zasada GISO (od angielskiego: God in, satan out) – Bóg wchodzi, diabeł wychodzi. Pozwól się napełniać Duchowi Świętemu i odrzucaj wszystko, co pochodzi od diabła. Oto trzy kroki, które pomogą nam wprowadzić tę zasadę w czyn:
1. Codziennie rano zwróć swoje serce ku Duchowi Świętemu. Zaproś Go do siebie, prosząc, by wzbudzał
w tobie pozytywne, pełne miłości myśli. Wyznaj wiarę w to, że każdy dobry dar pochodzi od Niego, a każda negatywna myśl ma swoje korzenie w knowaniach diabła. Powierz się Bogu, a On napełni cię zgodnie ze swym dobrym i świętym zamysłem.
2. Słuchaj Boga na modlitwie. Odmawiając Różaniec, adorując Najświętszy Sakrament, uczestnicząc we Mszy świętej, modląc się w domu i czytając Pismo Święte, zatrzymaj się na chwilę i daj sobie szansę usłyszenia Ducha Świętego. Uwierz, że On chce do ciebie mówić, i próbuj rozeznawać to, co słyszysz. Nawet jeśli jest to pojedyncze słowo, jak: „pokój”, „nadzieja” czy „ufność”, przyjmij je i próbuj wprowadzić w życie w ciągu dnia. W ten sposób Bóg będzie wchodził w twoją codzienność.
3. Kiedy musisz odpowiednio zareagować w konkretnej sytuacji i przychodzi ci do głowy jakaś myśl, zapytaj siebie: „Czy to mnie buduje, czy niszczy? Czy budzi we mnie pozytywne uczucia, czy też skłania do skupienia na sobie, do złości i smutku?”. Gdy tylko odkryjesz źródło tej myśli, przystąp do działania. Staraj się koncentrować na pozytywnych myślach, a odrzucaj te negatywne. Weź sobie do serca radę Pawła: „Wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym – to bierzcie pod rozwagę” (Flp 4,8).

SAMI NIE DAMY RADY
Podobnie jak ma to miejsce w każdej innej dziedzinie życia chrześcijańskiego, również stosowanie zasady GISO możliwe jest jedynie z Bożą pomocą. Toczymy bitwę duchową z ostrym przeciwnikiem, którego celem jest zniszczenie naszej wiary. Dlatego Paweł mówi nam: „Bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi” (Ef 6,10).
Jeśli nawet wydaje ci się, że cały ciężar tej walki spoczywa na twoich barkach, wiedz, że nie jesteś sam. Jest w tobie Duch Święty, który w każdej chwili gotów jest napełniać cię miłością i łaską. Próbuj więc otwierać się na dobre i czyste myśli, jakie On ci podsuwa. Otwarcie na Ducha jest sprawą najwyższej wagi. Jedynie On ma moc dawać nam życie, odnawiać nasze serca i umacniać nas łaską.
Bracia i siostry, kierujmy swój wzrok ku Panu. Uczmy się otwierać na dobroć i świętość Ducha. Jeśli to uczynimy, On będzie napełniał nas coraz bardziej. Będziemy coraz pełniej odczuwać Jego miłość, błogosławieństwo, pociechę i pokrzepienie – a to pomoże nam opierać się pokusom, jakie niesie życie. Wejdziemy w krąg oddziaływania łaski – skupiając się na Panu, zostaniemy napełnieni Jego Duchem, a to z kolei pomoże nam jeszcze bardziej skupić się na Panu.
Bóg tak bardzo nas umiłował! Pragnie naszego największego dobra. Gdy pozwolimy Jego dobrym myślom zapanować w naszym wnętrzu, zapragniemy czynić dla Niego wielkie rzeczy. Kto wie, może nawet zaczniemy chodzić po wodzie! ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
Sobota, 1 lipca
  Rdz 18,1-15
Czy jest coś, co byłoby niemożliwe dla Pana? (Rdz 18,14)
To bardzo dobre pytanie! Czy jest jakaś granica tego, co Bóg może uczynić? A co ważniejsze, czy jest jakaś granica tego, co chce On czynić w życiu tych, którzy do Niego należą? Dzisiejsze czytania – historie Abrahama i Sary, Maryi oraz rzymskiego setnika – dowodzą, że nie ma niczego, co byłoby niemożliwe dla Boga.
W pierwszym czytaniu Sara śmieje się, gdy anielscy goście zapowiadają, że będzie miała syna (Rdz 18,12). Czy naprawdę w jej wieku może zostać matką? Jednak aniołowie – niezrażeni jej niedowierzaniem – powtarzają swoją obietnicę. I rzeczywiście po upływie roku Sara rodzi syna, Izaaka. Bóg nie zraża się naszym brakiem wiary.
Następnie czytamy psalm responsoryjny, którym jest dziś maryjny Magnificat. Maryja z pewnością ma również wiele pytań, ale całym sercem przyjmuje słowa anioła i zostaje Matką Boga. Jej hymn uwielbienia łączy daną Jej Bożą obietnicę z obietnicą, którą otrzymali Abraham i Sara. Bóg jest wierny obietnicom dawanym swojemu ludowi.
Na koniec Ewangelia opowiada historię setnika rzymskiego. Ten pogański żołnierz ma tak głęboką wiarę, że zadziwia nawet samego Jezusa. Uzdrowienie sługi setnika musiało być dla wielu zaskoczeniem. Sądzili, że Jezus przyszedł tylko do Żydów, a tymczasem uzdrawia On i zbawia każdego, kto wierzy. Bóg rozciąga swoje błogosławieństwo na wszystkich ludzi.
Czy jest coś niemożliwego dla Pana? Jak widać, nie. Skoro mógł zdziałać takie cuda w życiu Sary, Matki Bożej czy setnika, to może ich dokonywać także w twoim życiu. On zawsze będzie się o ciebie troszczył, nawet gdy ty sam będziesz wątpił. Był z tobą zawsze i nigdy cię nie opuści. Obojętnie, kim jesteś, gdzie jesteś i co zrobiłeś, On i tak nie przestanie cię kochać!
„Ojcze, dziękuję Ci za Twoją wierność i moc. Wierzę, że dla Ciebie wszystko jest możliwe!”.
(Ps) Łk 1,46b-50.53-54
Mt 8,5-17

▌Niedziela, 2 lipca
2 Krl 4,8-12a.14-16a
Co więc można uczynić dla niej?
(2 Krl 4,14)
W przemówieniu pożegnalnym pod koniec wizyty w Stanach Zjednoczonych we wrześniu 2015 roku papież Franciszek powiedział do zgromadzonych na lotnisku w Filadelfii: „Wasza troska o mnie i gościnne przyjęcie są znakiem waszej miłości do Jezusa i wierności Jemu”.
Podobne słowa mógłby powiedzieć prorok Elizeusz kobiecie, o której mowa w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Ona i jej mąż zaprosili Elizeusza, by zatrzymywał się u nich, ilekroć przybędzie do ich miejscowości. Przeznaczyli nawet dla niego oddzielny pokój, w którym zawsze mógł znaleźć darmowy nocleg.
Był to piękny, bezinteresowny gest z ich strony. I chociaż zupełnie się tego nie spodziewali, ci starsi wiekiem bezdzietni małżonkowie nie pozostali bez nagrody. Wdzięczny za ich gościnność, Elizeusz pomodlił się za nich do Boga, a Bóg po roku obdarował ich dzieckiem.
Pismo Święte stwierdza wyraźnie, że zbawia nas Jezus, a nie nasze dobre uczynki. Jednak z równą jasnością mówi, że sprawiamy Bogu radość, oddając nasz czas, zasoby materialne i talenty w służbie Jego ludowi. Nasze akty miłości poruszają Jego serce i odpowiada On na nie swoją łaską.
Czy to znaczy, że powinniśmy służyć innym po to, by Bóg nas za to wynagrodził? To niezupełnie tak. Nasza ofiarność jest odbiciem dobra, które Bóg nam wyświadczył. Kiedy odkładamy na bok swoje sprawy, aby nieść innym Jego miłość, kiedy z hojnością dajemy siebie innym, świat może zobaczyć, jak wielka jest dobroć Boga. Dlatego właśnie papież Franciszek wciąż zachęca nas do dawania, do wychodzenia ku innym, do dzielenia się Bożą miłością.
Znajdź więc dziś chwilę, aby zastanowić się nad tym, jak możesz dać więcej z siebie ubogim, lepiej służyć w swojej parafii, wspólnocie, być skuteczniejszym świadkiem Bożej miłości w swoim otoczeniu. Bądź pewien, że Pan cieszy się wszystkim, co czynisz ze względu na Niego.
„Panie, uczyń mnie świadkiem Twojej bezinteresownej miłości”.
Ps 89,2-3.16-19
Rz 6,3-4.8-11
Mt 10,37-42

▌Poniedziałek, 3 lipca
Św. Tomasza, Apostoła
J 20,24-29
Pan mój i Bóg mój! (J 20,28)
Św. Tomasz po dziś dzień zbiera całkiem niezasłużone cięgi. Jest on powszechnie znany jako „niewierny Tomasz”, co jest w stosunku do niego niesprawiedliwym określeniem. W rzeczywistości Tomasza można uznać za jednego z największych cichych bohaterów Nowego Testamentu.
Gdybyśmy mieli znaleźć w Ewangelii najgłębsze wyznanie wiary, Tomaszowe: „Pan mój i Bóg mój!”, znalazłoby się prawdopodobnie na czele listy. Dla Tomasza bowiem Jezus to nie tylko „Mesjasz” czy „Nauczyciel”, lecz Pan i Bóg. W dodatku „mój Pan” i „mój Bóg”, co czyni jego wyznanie bardzo osobistym. Te słowa nie wzięły się znikąd. Były one rezultatem lat spędzonych z Jezusem, owocem decyzji, by Go słuchać i pozwolić Mu się prowadzić.
Jakim wierzącym był więc Tomasz? Przede wszystkim gorliwym i pełnym zapału. Był pierwszym z Apostołów, który wyraził gotowość pójścia za Jezusem, nawet gdyby groziła mu za to śmierć (J 11,16). Bardzo też pragnął jak najlepiej zrozumieć Jezusa. Podczas Ostatniej Wieczerzy to właśnie Tomasz zapytał: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” (J 14,5). Od zesłania Ducha Świętego Tomasz podróżował po całym świecie, docierając aż do Indii, gdzie według tradycji poniósł śmierć męczeńską w 52 roku po Chrystusie.
Trzeba przyznać, że jest to imponująca biografia! Mimo to jednak imię Tomasza wciąż kojarzone jest z niedowiarstwem. A przecież Jakub, Filip czy Andrzej byliby równie podejrzliwi, gdyby w Niedzielę Zmartwychwstania znaleźli się w podobnej sytuacji. Z pewnością też nikomu z nas, gdybyśmy byli na jego miejscu, nie byłoby łatwo uwierzyć w zmartwychwstanie Jezusa. Może więc nadszedł czas, by nadać Tomaszowi inny przydomek. Może powinniśmy mówić o nim: „wierzący Tomasz”, „wierny Tomasz” czy „odważny Tomasz”.
Rozważając dziś, jak Jezus posłużył się Tomaszem, by zmieniać świat, proś Go, by uczynił to samo z tobą, by obdarzył cię takim samym zapałem, dociekliwością i odwagą, jakie miał ten Apostoł. Uwierz też, że nawet, gdy biorą w tobie górę wątpliwości, nie oznacza to, że wszystko skończone.
I ty, jak Tomasz, możesz zostać błogosławionym, gdyż choć nie widziałeś, to jednak wierzysz (J 20,29).
„Jezu, kształtuj mnie tak, jak kształtowałeś Tomasza. Naucz mnie wiary, a następnie poślij jako swego świadka”.
Ef 2,19-22
Ps 117,1-2


▌Piątek, 7 lipca
Mt 9,9-13
Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. (Mt 9,13)
Do czego to podobne, żeby ksiądz zachowywał się w ten sposób! Jak siostra zakonna mogła być tak nieuprzejma? Po co ona ciągle lata do kościoła, skoro potem obmawia sąsiadki? Dlaczego odpowiedzialny mojej wspólnoty nie potrafi opanować nerwów, albo przeciwnie, chowa głowę w piasek i udaje, że nie widzi oczywistych problemów? To tylko kilka „uwspółcześnionych” wersji pytania, jakie stawia przed nami dzisiejsza Ewangelia: Jak celnik, czyli mówiąc dobitnie zdzierca i kolaborant, mógł zostać Apostołem? Pytanie, na które Jezus udziela nam dziś jasnej i jednoznacznej odpowiedzi: „Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.
Nie jest to dla nas odpowiedź wygodna. Ukazuje nam ułudę naszych oczekiwań, że to kto inny, nie my, powołany jest do świętego życia, głębokiej modlitwy, ewangelizacji, dawania świadectwa, zaangażowania w Kościele. Że wszystko to załatwią za nas inni, bardziej do tego predestynowani z racji powołania, funkcji czy po prostu większej religijności. Może właśnie dlatego czasami Bóg dopuszcza, by zachwiali się na naszych oczach, abyśmy, jak mówi papież Franciszek, wstali z kanapy i poczuli swoją własną odpowiedzialność?
Ale odpowiedź ta jest również dobrą nowiną. Bóg ma wobec mnie swój plan, chce przeze mnie działać, chociaż dokładnie wie, jaki jestem. Zna moje wady, wie, ile razy upadam i jak często po prostu mi się nie chce. A mimo to powierza mi konkretnych ludzi, konkretny teren działania, konkretne powołanie, w którym jest gotów mnie wspierać, o ile ja mam dobrą wolę, by szukać Jego, a nie siebie.
Mateusz, podobnie jak pozostali Apostołowie, nie przemienił się w jednej chwili dlatego, że Jezus powiedział mu: „Pójdź za Mną”. Pewnie jeszcze nieraz odzywały się w nim stare przyzwyczajenia, podnosiły głowę dawne grzechy. Jednak nie dał się zniechęcić ani swoim własnym słabościom, ani słabościom innych. Szedł za Panem taki, jaki był, a Pan go stopniowo przemieniał, prowadząc do świętości.
Ludzie są tylko ludźmi, Bóg jest Bogiem. Bóg powołuje mnie, grzesznika. Nie potrzebuje ideału, ale otwartego serca, które nie szuka wymówek, nie ogląda się na innych, tylko daje się prowadzić.
„Panie Jezu, oddaję się Tobie taki, jaki jestem. Uczyń mnie takim, jakim chcesz mnie mieć”.
Rdz 23,1-4.19; 24,1-8.10.48.59.62-67
Ps 106,1-5

▌Niedziela, 16 lipca
Iz 55,10-11
Słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne. (Iz 55,11)
W dzisiejszej Ewangelii Jezus posługuje się obrazem ziarna zasianego na różnych rodzajach gleby, by pokazać słuchaczom, czym jest owocność słowa Bożego (Mt 13,1-23). Każde ziarno ma potencjalnie takie same możliwości wzrostu, ale plon, jaki ostatecznie wyda, zależy od rodzaju gleby, na którą padnie. Podobne przesłanie kieruje do nas także prorok Izajasz – słowo Boże, jak ziarno, zawsze wydaje plon – nie pozostaje bezowocne – ale to nasza ludzka odpowiedź na nie determinuje wielkość plonu. Wyjaśnia to, dlaczego jedni ludzi wydają więcej duchowego owocu niż inni. Przejmującą ilustracją tej zasady jest starotestamentalna historia króla Saula i króla Dawida (1 Sm 9--2 Sm 12).
Saul został wybrany przez Boga na władcę Izraela, ale powodowany strachem i egoizmem, okazał Panu nieposłuszeństwo. Nie wypełnił więc Bożego słowa i nie wydał trwałego owocu. Dlatego Bóg wybrał na jego miejsce kogoś innego – człowieka według Bożego serca, którym był młody pasterz Dawid.
Dawid czynił to, czego Bóg od niego oczekiwał. Walczył z wrogami Izraela, odzyskał Arkę Przymierza z rąk Filistynów, wysławiał Pana w psalmach, a nawet na oczach wszystkich tańczył z radości na Jego cześć.
Wiemy oczywiście, że Dawidowi wiele brakowało do doskonałości. Popełnił cudzołóstwo, po czym, aby je ukryć, zaplątał się w sieć oszustw zakończonych morderstwem. Żałował jednak szczerze za swoje grzechy (Ps 51). Jego pokora umożliwiła Bogu dalsze posługiwanie się nim, pomimo jego poważnych upadków. Dawid wydał owoc nie dlatego, że był doskonały, ale dlatego, że kochał Boga i próbował całym sercem iść za Nim.
Historia Dawida i Saula ukazuje nam, że Bóg może działać przez słabych ludzi, o ile są oni pokorni, oddani i gotowi zawsze do Niego powracać. Poprzez skruszonych grzeszników, takich jak Dawid – i my – słowo Boże nie pozostaje bezowocne, ale przynosi obfity owoc.
„Boże, zmiłuj się nade mną w swojej dobroci. Pomóż, by Twoje słowo wydało dziś we mnie owoc”.
Ps 65,10-14
Rz 8,18-23
Mt 13,1-23

▌Czwartek, 20 lipca
Mt 11,28-30
Weźcie na siebie moje jarzmo. (Mt 11,29)
Czy rozmawiałeś kiedyś z dziewczyną, która się niedawno zaręczyła? Prawdopodobnie z przejęciem pokazywała ci swój pierścionek zaręczynowy i opowiadała o planach na przyszłość. Zgodziła się właśnie towarzyszyć komuś w jego życiowej podróży, a perspektywa ta napełniła ją radością i nadzieją.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus nie wręcza nam wprawdzie zaręczynowego pierścionka, ale zaprasza nas do wzięcia na siebie swego jarzma. Zaprasza do wspólnej fascynującej podróży, trwającej przez całe życie.
Samo słowo „jarzmo” nie kojarzy się raczej z radością i fascynacją i jest to poniekąd zrozumiałe. Jarzmo jest elementem służącym do sprzęgania ze sobą kilku zwierząt pociągowych, aby były w stanie wykonać ciężką i mozolną pracę. Nawet w Piśmie Świętym ma ono negatywne konotacje. Na przykład Bóg opisuje niewolę Izraela w Egipcie jako „jarzmo” (Kpł 26,13), a Paweł pisze o „jarzmie” niewoli prawa (Ga 5,1). Wszystko zmieniło się jednak wraz z przyjściem Jezusa. Jego „jarzmo” jest zupełnie inne. Zamiast nakładać na nas wielkie ciężary, proponuje nam łaskę i wolność – wolność od grzechu i łaskę upodabniania się do Niego.
Wejście z Jezusem w jedno jarzmo oznacza poddanie się Jego prowadzeniu – On ustala kierunek, my idziemy krok w krok za Nim. W drodze pomaga nam pohamować język, dostrzegać potrzeby innych, traktować ich z życzliwością i miłosierdziem. Daje nam pokój w trudnych sytuacjach. Pomaga dźwigać wszystkie nasze ciężary.
Rozważ dziś zaproszenie Jezusa do wprzęgnięcia się z Nim w jedno jarzmo. Pomyśl o Jego obietnicy, że będzie cię uczył, prowadził i wspierał swoją łaską. A kiedy będziesz gotowy, powiedz Mu: „Panie, chcę przyjąć Twoje jarzmo i uczyć się od Ciebie”. A następnie każdego ranka oddawaj Mu się na nowo. Mów Mu, że chcesz być Jego uczniem i stawać się do Niego podobnym. Aby pamiętać o Jego jarzmie, noś w kieszeni różaniec i za każdym razem, gdy go dotkniesz, przypomnij sobie, że jesteś złączony z Jezusem. Pamiętaj, że On idzie obok ciebie, niosąc twój ciężar i pomagając ci żyć w prawdziwej wolności.
„Panie, chcę wziąć na siebie Twoje jarzmo i uczyć się od Ciebie”.
Wj 3,13-20
Ps 105,1.5.8-9.24-27

▌Środa, 26 lipca
Wj 16,1-5.9-15
Oto ześlę wam chleb z nieba. (Wj 16,4)
Dar zawsze w jakiś sposób ujawnia osobowość dawcy. Pomyśl na przykład o babci, która wybiera dla ciebie „idealny” prezent urodzinowy. Prezent ci się podoba, ale jeszcze bardziej doceniasz troskę włożoną w jego wyszukanie.
Manna, czyli cudowny pokarm dany przez Boga Izraelitom podczas ich wędrówki przez pustynię, także mówi nam wiele o Dawcy. Dowiadujemy się, że…
Bóg jest wierny. Obdarzał Izraelitów manną każdego poranka przez całe czterdzieści lat ich wędrówki przez pustynię. Każdego wieczoru szli spać, ufając, że rano znów pojawi się świeża manna. Bóg nigdy się nie zmęczył ani nie opuścił żadnego dnia. Nie zawiódł ich ani razu.
Bóg jest hojny. Karmił Izraelitów nawet wtedy, gdy oni szemrali przeciwko Niemu. Nawet wtedy, gdy odwrócili się od Niego, by czcić złotego cielca. Obdarzał ich hojnie pokarmem, którego potrzebowali, niezależnie od tego, czy byli Mu za to wdzięczni.
Bóg jest obecny w prostocie codzienności. Posyłał im mannę wraz z poranną rosą. Nie wyglądała ona nadzwyczajnie. Pismo Święte mówi, że przypominała „nasiona kolendra” (Lb 11,7). Bóg posłużył się czymś o zupełnie zwyczajnym wyglądzie, by Jego lud został nakarmiony.
Izraelici otrzymywali mannę z nieba, my natomiast przyjmujemy Eucharystię, „prawdziwy chleb z nieba” (J 6,32). Jeśli manna ukazuje nam, jaki jest Bóg, to co dopiero mówi nam o Nim Eucharystia, w której Bóg składa nam w darze samego siebie!
Rozważ dziś na modlitwie, co Eucharystia objawia o naszym Panu. Jest pokorny – uobecnia się bez fanfar, pod zwyczajnymi postaciami chleba i wina. Jest wierny – oddaje się nam codziennie, na każdej Mszy świętej. Jest hojny – daje nam pokarm niebieski nie jako nagrodę za coś, co uczyniliśmy, ale ponieważ nas kocha i chce nas umacniać.
„Ojcze, dziękuję Ci za Jezusa, żywy Chleb z nieba”.
Ps 78,18-19.23-28
Mt 13,1-9

„Wujek Wicek”

Jak zaprzyjaźniłam się z bł. ks. Wincentym Frelichowskim
Umierając na obozowej pryczy w niemieckim obozie koncentracyjnym w Dachau, w lutym 1945 roku, ks. Stefan Wincenty Frelichowski nie mógł przewidzieć, że będzie kiedyś patronem wielkiej rzeszy polskich harcerzy, a także kleryków z Wyższego Seminarium Duchownego w Toruniu, a kościół pw. Wniebowzięcia NMP w Toruniu stanie się jego sanktuarium. Nie mógł przewidzieć, że w stulecie jego urodzin rok 2013 zostanie ogłoszony „jego rokiem” i że z tej okazji odbędzie się międzynarodowy zlot harcerzy i skautów ”Wicek 2013”. I że 71 lat po jego śmierci, w lutym 2016 roku, jego relikwie znajdą się w prywatnej kaplicy prezydenta Polski. Ze względu na skromność i naturalną pokorę ks. Wicka można przypuszczać, że nigdy nie widział siebie na ziemi tak wielkim, jakim był i jest.
Kiedy o nim myślę, widzę młodego, niespełna 30-letniego kapłana, uśmiechniętego pomimo szalejącego wokół piekła II wojny światowej, widzę więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych, który był „dobrym duchem” cierpiących męczarnie współwięźniów, niezłomnego brata każdego, także własnych oprawców, modlącego się również za morderców i zwyrodnialców. Człowieka całkowicie oddanego Bogu i ludziom – aż do męczeńskiej śmierci, heroicznie służącego umierającym na tyfus plamisty, obmywającego zabrudzone fekaliami zwłoki swych współbraci i szepczącego nad nimi modlitwy, znoszącego szykany i bicie bez utraty ufności i wiary w Boga…
Taki był – ciepły, bliski, współczujący i łagodny, a przy tym energiczny, odważny, pomysłowy. Nazywano go „płomieniem Bożym” i „słupem”, bo można się było na nim bezpiecznie wesprzeć, nawet będąc na dnie rozpaczy. Rozgrzeszał spowiadanych
w ukryciu współwięźniów, heroicznie odprawiał zakazane przez hitlerowców Msze święte, starał się zdobywać chleb dla głodnych, zgłaszał się do pracy za innych, troszczył się z miłością o pozostawioną w okupowanym kraju matkę i rodzinę, znajomych, przyjaciół i sąsiadów. Przekazywał innym Boga – zawsze, w każdej sytuacji, bez względu na okoliczności. Prawdziwy przyjaciel Chrystusa, prawdziwy chrześcijanin, prawdziwy człowiek…

MÓJ KOCHANY
„WUJEK WICEK”
Dlaczego ośmielam się tego heroicznego świadka Chrystusa i Ewangelii nazywać „wujkiem”? Nie należę przecież do jego rodziny. Jak jednak nazwać kogoś bliskiego, kto zaprosił mnie nagle do swojej wielkiej „rodziny obozowej” na terenie zupełnie niezwykłej „duchowej parafii”, jaką był i pozostał hitlerowski Konzentrationslager Dachau? Jak nazwać kształtujący się coraz silniej w moim sercu obraz człowieka, który odszedł do Boga „do syta nakarmiony cierpieniem”, a teraz z uśmiechem podaje mi rękę wśród moich cierpień i trosk? I jak to właściwie się stało, że poznałam i pokochałam w swoim życiu bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego?
Odpowiedź – jak myślę – jest fascynująca, bo ukazuje, że czas tak naprawdę nie istnieje w sferze ducha, że doczesność ściśle łączy się z wiecznością, a miłość i miłosierdzie Boże rzeczywiście towarzyszą nam na każdym kroku. Nigdy nie jesteśmy sami, ale w cierpieniu rodzi się pokusa zwątpienia w obecność i dobroć Boga. Ks. Frelichowski tę właśnie pokusę zamienił na perłę swej świętości. Może dlatego Bóg uczynił go niepisanym „proboszczem parafii cierpienia” w Dachau? Powiem więcej – on jest nim nadal i działa duchowo także i w kolejnych pokoleniach swoich „obozowych parafian”. Przykładem tego jestem choćby ja i to moje świadectwo.
Gdy ks. Wicek został pod koniec 1940 roku zesłany ostatecznie do Dachau, od wiosny tego roku znajdował się tam już mój Tato, nr obozowy 11431. Tato znalazł się tam wraz z grupą duchowieństwa polskiego z Wielkopolski. Był wówczas nowicjuszem w Misyjnym Zgromadzeniu Werbistów SVD (po wojnie ojciec nie pozostał w zgromadzeniu).
Gdy usłyszałam pierwszy raz o bł. ks. Frelichowskim i gdy poznałam jego nadzwyczajną misję w obozie, zaczęłam się zastanawiać, czy znał on mojego ojca. Tato nigdy nie mówił o tym z nami, dziećmi, ale on w ogóle mało mówił o obozie. Ks. Frelichowski był o 8 lat starszy od mego Taty, młodziutkiego wówczas, świeżo upieczonego 18-letniego nowicjusza. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że nasz Błogosławiony, młody wówczas kapłan-harcerz, zauważył mojego nastoletniego Tatę wśród licznych duchownych współbraci i objął go w jakiś sposób swą kapłańską opieką.
Przypuszczenia moje nabrały rumieńców gdy zobaczyłam, że podczas Mszy świętej beatyfikacyjnej (8 lat po śmierci mojego Taty) relikwiarz z największą cząstką relikwii ks. Frelichowskiego wręczał Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II dr Stanisław Bieńka. Był to przyjaciel Błogosławionego, twórca jego maski pośmiertnej, ten, który wyjął kostki z jego kciuka i palca wskazującego – bo warto wiedzieć, że ks. Wicek jest jedynym męczennikiem obozów koncentracyjnych, którego relikwie zostały choć w malutkiej części zachowane, a nie do końca spalone w krematoryjnym piecu. A przecież dr Stanisław Bieńka był bliskim kolegą obozowym mojego Taty! O ile wiem, razem pracowali w rewirze przy chorych i zmarłych. Była to straszna praca, wymagająca specjalnej łaski Bożej i odporności psychicznej. Dr Bieńka – wówczas student medycyny – okazał się tam, w tych niezwykle dramatycznych warunkach, odpowiednią osobą. Jako dziecko przysłuchiwałam się czasem rozmowom Taty z dr. Bieńką, gdy ten nas odwiedzał. Wyniosłam przekonanie, że był to dobry organizator, który energicznie działał w Dachau dla dobra współwięźniów. I to on nie tylko pobrał relikwie Błogosławionego, wykonał jego pośmiertną maskę, ale i współorganizował wystawienie jego zwłok, co w warunkach obozowych było czymś niebywałym. Był też ostatnią osobą, która z ks. Wickiem rozmawiała i pocieszała go w jego pełnym duchowych ciemności konaniu. Można śmiało powiedzieć, że Bóg wybrał właśnie Stanisława Bieńkę nie tylko na towarzysza obozowej niedoli ks. Frelichowskiego, ale także świadka jego ostatnich chwil na ziemi – i jego świętości.
Wszystko to przekonało mnie, że mój Tato musiał znać ks. Wicka. Na pewno mieli co najmniej dwóch wspólnych przyjaciół – Stanisława Bieńkę i werbistę o. Mariana Żelazka, wówczas kleryka SVD, kolegę mojego Taty z nowicjatu. Poczułam się ośmielona, by z bardziej rodzinnej, kameralnej perspektywy spojrzeć na bł. ks. Frelichowskiego i nazwać go w swym sercu „wujkiem” – a potem śmiało „naprzykrzać” mu się z moimi problemami w modlitwach. Pomyślałam sobie bowiem, że jest nie do pomyślenia by ten, który oddał życie za swych obozowych współbraci, nie był czuły na głos ich dzieci czy wnuków… Obozowa przeszłość mojego Taty ośmieliła mnie, by zbliżyć się ufnie do nieznanej mi wcześniej postaci bł. ks. Frelichowskiego. Odtąd prosiłam go o wstawiennictwo w różnych sprawach, które leżały mi na sercu, prosiłam o pomoc i opiekę.

„WUJEK WICEK” DZIAŁA!
Czym poskutkowało takie moje „ośmielenie się” i zbliżenie? Ks. Wicek słynął z energii, rozmachu i szybkiego działania. Tak też postąpił i ze mną. Uchwycił mocno moje myśli, pragnienia, prośby i modlitwy, i niczym „płomień Boży”, niczym „słup”, na którym mogłam się mocno oprzeć, pociągnął mnie do Boga i do innych ludzi. Zaprosił mnie przede wszystkim (co mnie niepomiernie zdziwiło i zaskoczyło) do Dachau, „na swoją ostatnią parafię”, abym tam wraz z nim i jego przyjaciółmi była obecna duchowo w jego wielkiej, obozowej rodzinie. Jak to zrobił? Prowadząc mnie przez lekturę swojego „Pamiętnika” i książkę pt.: „Bł. ks. St. W. Frelichowski a obóz koncentracyjny” (s. Stefania od Jezusa Eucharystycznego OCD, Sandomierz 2015). Przyprowadził mnie duchowo nie tylko do obozu, ale także do dachauowskiego Karmelu i pozwolił zbliżyć się do jego modlitwy i czuwania na tym strasznym miejscu kaźni. Czy muszę dodawać, że zbliżył mnie też niezwykle z moim Tatą? Dokonał po prostu różnych „cudów” i sprawił mi nimi ogromną radość (ale on zawsze sprawiał ludziom radość!). W paru słowach postaram się opisać te wydarzenia.
Gdy na początku 2015 roku poważnie zachorowałam, wzmogłam moje modlitwy za wstawiennictwem bł. ks. Frelichowskiego. Tygodniami, miesiącami prosiłam Boga – przez „wujka Wicka” – o moje życie i zdrowie. Choć nie działo się nic spektakularnego (aczkolwiek dobrze zniosłam skomplikowaną operację i choroba zatrzymała się), „wujek Wicek” stawał mi się coraz bliższy. Przyszła mi też wtedy myśl, by zamówić w sanktuarium Błogosławionego w Toruniu Mszę świętą o moje uzdrowienie – tak aby była ona odprawiona przy jego relikwiach. Czułam, że to „wujek Wicek” mnie do tego zachęca. Dużo też czytałam o nim i opowiadałam innym, jakim jest on wspaniałym, a stosunkowo mało znanym świętym polskim męczennikiem.
„Wujek Wicek” nie kazał długo czekać na swoją odpowiedź, wręcz przeciwnie – jak już zaczął działać, to lawinowo. W zupełnie nieprawdopodobny sposób poznał mnie ze swoją duchową przyjaciółką – s. Stefanią od Jezusa Eucharystycznego OCD, karmelitanką bosą – kochającą go, piszącą o nim, szerzącą jego pamięć i kult. S. Stefania mieszka na terenie obozu w Dachau, gdzie z cel Karmelu, mieszczących się na tej skrwawionej ziemi, wznosi się nieustanna modlitwa ekspiacyjna do Boga i trwa pamięć o męczeństwie ofiar nazizmu. Od s. Stefanii dowiedziałam się wielu ważnych wiadomości o moim Tacie (nie był jej obcy!) oraz oczywiście o „wujku Wicku”. Znalazłam w niej przewodnika po życiu i świętości Błogosławionego, a także wielu innych męczenników Dachau, którym poświęciła ona swoje konsekrowane życie. Bł. ks. Frelichowski – jak przystało na prawdziwego harcerza i kapłana – prowadzi bowiem do innych ludzi, tworzy wspólnotę i zaskakuje nieoczekiwanymi radościami.
Tak więc prosiłam o zdrowie, a „wujek Wicek” – wesoły, radosny, pomysłowy, nieustępliwy – odpowiedział na tę moją modlitwę zaskakująco: zaczął poznawać mnie ze swymi przyjaciółmi – żywymi i zmarłymi. Zaprosił mnie duchowo do Dachau, abym była tam obecna przed Bogiem wraz z nim i jego ogromną „duchową parafią” (jakże potężna musi być siła modlitwy tych niewinnie zamordowanych ludzi!). Ukazał mi też, jak ważne jest, abym przekazywała innym – choć w niewielkim stopniu – historię męczeństwa duchowieństwa polskiego w Dachau. Czuję stale, że tak jakoś ciepło przygarnia mnie – dziecko byłego więźnia, który cudem przeszedł przez tę „dolinę śmierci”, przetrzymawszy za łaską Boską pięć koszmarnych lat pobytu w obozie. Kochany „wujek Wicek” natchnął mnie także, aby przekazać to świadectwo i zachęcić w ten sposób innych, aby za jego wstawiennictwem zwracali się do Boga w „ciemnych dolinach” swego życia. Jest on bowiem nie tylko patronem rześkich harcerzy czy studentów-seminarzystów, ale także ludzi starszych i chorych, o których czule i odpowiedzialnie troszczył się, żyjąc jeszcze na tej ziemi.
Zapraszam więc i Ciebie na tę wspólną drogę z bł. ks. St. W. Frelichowskim. Módlmy się razem o dar rychłej kanonizacji Błogosławionego – naszego męczennika, skromnego wielkiego kapłana i Polaka. Po prostu – bliskiego Bogu i wszystkim nam – „wujka Wicka”. ▐


Czy i tak za Mną pójdziesz?

Gdy po uzdrowieniu przychodzi krzyż

Jest to historia uzdrowienia, ale nie według prostego schematu „choroba –- zdrowie”, jakiego można by się spodziewać po tego rodzaju opowieści. W 1997 roku dzięki serii cudów medycznych zostałem dosłownie zawrócony spod samych wrót śmierci. Odtąd dzieliłem się moją historią z tysiącami ludzi, aby pokazać im, że Jezus uzdrawia także dziś.
Nie był to jednak koniec historii. Okazało się, że Bóg nie ocalił mi życia po to, bym przeżył resztę swoich dni w doskonałym zdrowiu. Od ostatnich czternastu lat doświadczam coraz bardziej obezwładniającego bólu, wywołanego zupełnie nową, inną chorobą. Dlaczego więc Bóg pozwolił mi żyć? Odpowiedź może stać się jasna, kiedy już dokończę moją historię.

PRZESŁANIE Z INNEGO ŚWIATA
Kiedy w 1995 roku zdiagnozowano u mnie zespół Churga-Straussa – rzadkie i nieuleczalne zaburzenie systemu odpornościowego – zaczęli się za mnie modlić zarówno przyjaciele, jak i obcy ludzie w całym kraju. Przeszedłem chemioterapię, leczenie sterydami oraz wieloma innymi lekami, które miały zahamować postęp choroby. Z odległych klasztorów otrzymywałem wiadomości o tym, że siostry pamiętają o mnie w swoich codziennych modlitwach. Próbowałem cierpliwie oczekiwać uzdrowienia, ale moja wiara przypominała bardziej wątłą nić niż linę ratunkową. Wiosną 1997 roku choroba mocno zaatakowała główne narządy mojego ciała – serce, płuca i nerki. Lekarze spodziewali się, że niedługo umrę – podobnie zresztą jak ja sam i większość moich znajomych.
Leżałem drugi dzień na oddziale intensywnej terapii, gdy do mojej sali weszła energicznym krokiem pomocnica pielęgniarki. „Czy ma pan jakieś lęki?” – zapytała. Odpowiedziałem, że tak. Byłem pogodzony ze śmiercią, ale wolałem, aby nie nastąpiła ona przez uduszenie. „To dobrze – stwierdziła – gdyż Jezus chce, abym panu powiedziała, żeby pan się nie bał. On jest w tej chwili przy panu”. Kiedy to mówiła, poczułem wyraźniej przy sobie obecność Jezusa. Następnie zrobiła krótką pauzę i rzekła: „On jeszcze chce, żebym panu powiedziała, że teraz, właśnie w tej chwili, On pana uzdrawia. Ma pan być cierpliwy, bo to zajmie trochę czasu. Niech pan będzie Mu wierny, bo jak pan wie, On będzie wierny wobec pana”. Następnie bez słowa opuściła pokój, jakby była z obsady filmu Dotyk anioła.

TO NIEMOŻLIWE!
Rzeczywiście mój stan zaczął się poprawiać. Zaledwie dzień po uznaniu moich nerek za nieodwracalnie uszkodzone, lekarze zmienili zdanie i stwierdzili, że są w doskonałym stanie. Po kolejnych dziewięciu dniach zacząłem normalnie oddychać. Moje serce, poprzednio powiększone i sfatygowane, także powróciło do normy. Po obejrzeniu USG płuc lekarz przyszedł do mnie zdezorientowany, nie umiejąc wytłumaczyć tego, co widzi. Wcześniej 90% tkanki płucnej stanowiły blizny, ale teraz, jak powiedział: „Mam przed sobą najzdrowsze płuca, jakie kiedykolwiek widziałem. To niemożliwe, ale przecież widzę to na własne oczy”. Podobne rzeczy działy się przez następne tygodnie.
Kolejny etap uzdrowienia nastąpił, gdy grupa przyjaciół pomodliła się nade mną, kładąc na mnie ręce. W moich oczach pojawił się nagły błysk, który zobaczyłem ja i mój przyjaciel Paweł. Zniknęły katarakty, będące skutkiem ubocznym jednego z leków. Ustąpił też wszelki ból i mdłości. Ciężkie bandaże elastyczne, którymi zawijano mi nogi, by kontrolować puchnięcie, stały się luźne. Kiedy zacząłem je odwijać, moi przyjaciele śmiali się i wołali: „Łazarzu, wyjdź!”. W końcu lekarze ze łzami w oczach oznajmili: „Jest pan uzdrowiony. Nie zawdzięcza pan tego medycynie. Jest to wspaniały dar od Boga!”.
Jednak dziesięć lat później otrzymałem kolejną, niezwiązaną z poprzednią chorobą diagnozę – stwierdzono u mnie zwyrodnieniowe zaburzenie neurologiczne, zwane zanikiem wieloukładowym. Od lat powoduje ono u mnie różne problemy zdrowotne, które niestety nie ustępują. Mimo wszystko po dziś dzień jestem wdzięczny Bogu za te cudowne uzdrowienia, których przed laty doświadczyłem.

HISTORII CIĄG DALSZY
Dlaczego więc poprzednio zostałem uzdrowiony? Sądzę, że po to, by umocnić moją i innych wiarę i ukazać, że Bóg rzeczywiście czyni wielkie rzeczy. Tak wspaniałe dzieła jak uzdrowienia pomagają nam uwierzyć, że Bóg żyje i działa.
Ale dlaczego w takim razie Bóg pozwolił na to, bym po raz kolejny doświadczył tak wiele bólu? Odkryłem, że właśnie te moje zmagania z chorobą i cierpieniem przybliżają mnie do Boga i drugiego człowieka. Kiedy zastanawiam się nad swoim życiem, dochodzę do wniosku, że wcale nie chciałbym, by Pan odjął mi wszelki ból. Każde doświadczenie czegoś mnie uczy, przybliża do Pana, pomaga współczuć innym. Nauczyłem się, że przyjęcie cierpienia z wiarą jest równie cenne, jak przyjęcie cudu uzdrowienia.

ZWYCIĘSTWO W WALCE
Gdy tak się zmagam z nową chorobą, często przychodzi mi na myśl jedna z liturgii Wielkiego Piątku, w której kiedyś uczestniczyłem. Słuchając Ewangelii o Męce Pańskiej, wyobraziłem sobie, że jestem na krzyżu z Jezusem. Czułem się zjednoczony z Jego cierpieniem, a jednocześnie ożywały we mnie wspomnienia moich własnych dawnych cierpień. Czułem, że Jezus chce, abym zobaczył to, co On widział z krzyża – szydzące tłumy, ogarniętych furią przywódców świątynnych. Wśród tego wszystkiego zawołał do Ojca: „Czemuś Mnie opuścił?”. Był to moment ogromnej samotności Jezusa. Następnie zwrócił się do mnie i rzekł: „A jeśli to jest wszystko i nie ma nic innego, czy i tak za Mną pójdziesz?”.
Nie potrafiłem od razu powiedzieć „tak”, ale powiedziałem to następnego dnia podczas Wigilii Paschalnej, gdy świętowaliśmy Zmartwychwstanie. Zrozumiałem, że w tych chwilach, kiedy widzimy jedynie nasz ból i zmagania, Jezus wciąż pyta: „Czy mimo to chcesz do Mnie należeć? Czy dasz mi swoje serce? Czy pójdziesz za Mną?”. Odpowiadając „tak”, mamy udział w Jego zwycięstwie. Ból może nie ustąpić, choroba może trwać dalej, ale jest z nami Jezus, który chce, byśmy dalej za Nim szli. ▐


Sklep internetowy Shoper.pl