E-BOOK
7.38
PLN
Słowo wśród nas Nr 6 (298) 2018 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 6 (298) 2018 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 7,38 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO CZERWCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Czerwcowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Walka duchowa”. W głównych artykułach mówimy o tym, że w naszych duszach i umysłach trwa nieustanna walka duchowa miedzy człowiekiem „dawnym” a „nowym”. Aby odnieść w niej zwycięstwo, musimy przywdziać – zgodnie z zaleceniami św. Pawła – „zbroję Bożą”, to jest: pas prawdy, pancerz sprawiedliwości, tarcze wiary i hełm zbawienia. Naszym orężem jest miecz Ducha - czyli słowo Boże.
Magazyn otwiera artykuł „Spełniona wizja” o niezwykłym kandydacie na ołtarze, Czarnym Łosiu - Indianinie z plemienia Siuksów (Lakota) Oglala, wojowniku, szamanie i uzdrowicielu, który po swoim nawróceniu przyprowadził do Kościoła katolickiego kilkuset współplemieńców. Następnie zamieściliśmy dwa świadectwa: „Serce z ciała” - o przemianie serca szpitalnego asystenta lekarza pod wpływem adoracji, oraz „Klucz do wolności” - o uwolnieniu z depresji i myśli samobójczych. 
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę, a także rozwiązanie konkursu dla prenumeratorów – wśród osób, które opłaciły prenumeratę na przyszły rok do końca grudnia 2017 roku, zostały rozlosowane wycieczki do Francji i do Gietrzwałdu. W ramach Naszych lektur polecamy książkę Seana Davidsona „Św. Maria Magdalena. Zwiastunka miłości eucharystycznej”, która pokazuję tę Świętą, która „bardzo umiłowała” jako nauczycielkę i patronkę adoracji.

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Stań do walki duchowej!
Przemieniać się przez odnawianie umysłu.................. 4

Przygotuj się do walki!
Jak przywdziać „zbroję Bożą”?................................. 10

Panie, otwórz mi oczy!
Tajemnica zwycięstwa w walce duchowej................. 16

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 czerwca................................ 21

MAGAZYN

Spełniona wizja
Misja Mikołaja Czarnego Łosia wśród
Indian Lakota – Kevin Łoker ................................ 49

Serce z ciała
Przemiana w szpitalnej kaplicy – Alexander Lee...... 55

Klucz do wolności.................................................... 58

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Świat stworzony jest naprawdę zdumiewający. Kiedy chodzę po lesie, patrzę na piękne kwiaty w ogrodzie lub obserwuję zabawy naszych dwóch psów, jestem pełen podziwu dla cudów natury. Jak Bóg wymyślił to wszystko!? A w jeszcze większe zdumienie wprawia mnie człowiek – choćby to, jak funkcjonują nasze dłonie czy stopy, jak działa skomplikowana sieć połączeń nerwowych w mózgu albo układ oddechowy. Czyż to wszystko nie jest wspaniałe? Jak czytamy w Księdze Rodzaju, „Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31).
Jednak mimo że zostaliśmy tak wspaniale stworzeni „na obraz i podobieństwo Boga” i wyposażeni w potencjał czynienia dobra, jako ludzkość nie wykorzystujemy go we właściwy sposób. Oprócz autentycznego dobra, które udaje nam się pełnić, wszyscy podejmujemy także decyzje, które wcale dobre nie są. Św. Paweł bardzo jasno uświadamiał sobie tę istniejącą w nas sprzeczność. Wiedział, że niektóre z naszych decyzji pochodzą od „człowieka nowego, stworzonego na obraz Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości” (Ef 4,24), ale też, że podejmujemy i takie decyzje, które pochodzą od „dawnego naszego człowieka”, czyli tej części nas, która jeszcze nie została odnowiona i znajduje się w niewoli grzechu (Rz 6,6). Zdaniem Pawła ta sprzeczność przypomina nieustanną walkę. Dlatego zachęca on swoich czytelników – w tym także nas – do włożenia na siebie pełnej „zbroi Bożej”, na którą składa się wiara, prawda, sprawiedliwość, słowo Boże (Ef 6,10-17).
Perspektywa nieustannej walki duchowej może nas przerażać, wiemy jednak, że Duch Święty nas w niej wspiera. Umacnia nas i uczy, jak mamy przezwyciężać dążenia „dawnego człowieka” w nas. Mocą Ducha Świętego możemy pokonywać pokusy diabła, a także różne grzeszne nawyki. Możemy codziennie po trochu „porzucać dawnego człowieka” i „przyoblekać się w człowieka nowego” (Ef 4,22.24).
Dostrzegam tę walkę w swoim własnym życiu. Widzę, jak Duch Święty pomaga mi wybierać dobro, ale także, jak mój „dawny człowiek”, podatny na pokusy diabła, wpływa na moje decyzje i popycha mnie do grzechu. Nie poddaję się jednak i z biegiem lat zmienia się moje myślenie i postępowanie. Widzę, jak Duch Święty wspiera moje pragnienie bycia uczniem Jezusa – i pomaga mi przemieniać się „przez odnawianie umysłu” (Rz 12,2). Jak działa w moim sercu i umyśle, dając mi siłę do opierania się pokusom i porzucania „dawnego człowieka”.
Świat stworzony jest wspaniały. Człowieczeństwo jest wspaniałe. Ty jesteś wspaniały. Zostałeś stworzony, by upodobnić się do Jezusa, stać się odbiciem Jego czystości, świętości i doskonałości na tym świecie. Otwórz się więc na działanie Ducha Świętego!
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


ARTYKUŁY:

Stań do walki duchowej!

Przemieniać się przez odnawianie umysłu


Już sam zdrowy rozsądek podpowiada nam, że studia uniwersyteckie to nie tylko słuchanie wykładów, czytanie artykułów czy zdawanie egzaminów. Oczywiście także i to wszystko jest konieczne i niezbędne. Jednak istotą wyższego wykształcenia jest odCoś podobnego dzieje się w naszym życiu z Panem. Regularne uczestniczenie w niedzielnej Mszy świętej, codzienna modlitwa, troska o rodzinę czy niesienie pomocy potrzebującym to sprawy bardzo ważne i same w sobie dobre. Można jednak czynić to wszystko, a zarazem nie upodabniać się do Chrystusa, czyli przeoczyć to, co najważniejsze w życiu chrześcijanina. Można wypełniać przykazania czysto formalnie, nie angażując w to swego serca, a nawet pozostając w duchowym zamęcie. Możemy, na przykład, pracować jako wolontariusze przy rozdzielaniu żywności ubogim, a przy tym osądzać w sercu tych, którzy korzystają z naszej pomocy. Możemy przystępować do Komunii świętej, a jednocześnie swoim gderaniem zatruwać atmosferę w domu. Możemy uczyć nasze dzieci wzajemnego przebaczenia, a sami żywić urazę do współmałżonka.
Bóg chce przemieniać nas na swoje podobieństwo. Chce, byśmy stawali się miłosiernym, współczującym, po-
kornym i ofiarnym odbiciem Jego Syna. Aby tak było, konieczny jest nasz świadomy wysiłek. Bóg jest gotów nam
w tym pomóc. Ale czy my jesteśmy gotowi współpracować z Jego łaską?

BEZCENNY SKARB!
Umysł ludzki jest zadziwiający. Jest zdolny do rozumowania, wyobrażania sobie, rozumienia i zapamiętywania. Mamy także sumienie, w którym rozstrzygamy, co jest dobre, a co złe. Codziennie nasz umysł analizuje miliony danych dochodzących z różnych źródeł i na ich podstawie podejmuje setki decyzji. Posługuje się też informacjami zawartymi w naszej pamięci i wyobraźni, by pomóc nam zdobyć się na odwagę podejmowania trudnych kroków.
Obok wymienionych tu „naturalnych” darów i zdolności, umysł ludzki ma także wymiar duchowy. Św. Augustyn około 417 roku napisał: „Umysł jest obrazem Boga, w tym sensie, że jest w stanie Go poznawać i w Nim uczestniczyć” (O Trójcy, 8.11). Z kolei św. Paweł mówi nam, że poznaliśmy „zamysł Chrystusowy” (1 Kor 2,16). Bóg stworzył w nas zdolność wyczuwania Jego obecności, rozumienia Jego tajemnic i nawiązywania z Nim relacji opartej na miłości. Nasz intelekt jest w stanie myśleć „po Bożemu” (Mt 16,23). Potrafimy kochać to, co Bóg kocha, i odczuwać, jak głęboko rani Go nasz grzech. Potrafimy wyobrazić sobie piękno nieba i rozpamiętywać potężne dzieła Boga (Ps 77,12-16). A posługując się sumieniem, jesteśmy w stanie odróżnić dobro od zła i grzech od sprawiedliwości (Rz 2,15).
Jak wspaniałym cudem Bożym jest nasz umysł! Jak wspaniałego daru Bóg nam udzielił – zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i przeznaczeni do życia z Nim na wieki! Wiemy jednak, że choć to wszystko brzmi naprawdę imponująco, nasze umysły potrafią też prowadzić nas na manowce, z dala od Boga. Dawne urazy, bieżące grzechy i nieczyste sumienie mogą blokować przepływ łaski, której Duch Święty nam udziela. Mogą też zakłócać naszą relację z Bogiem, pozostawiając nas w poczuciu samotności i bezradności.
Co więcej, te negatywne wpływy obezwładniają nasz umysł. Im bardziej im się poddajemy, tym mniej jasny staje się nasz własny osąd. Coraz trudniej jest nam odróżnić dobro od zła. Zaczynamy akceptować różne grzeszne zachowania, zagłuszając głos własnego sumienia.

UMYSŁ WE MGLE
Przykładem tego, jak seria kłamstw i innych negatywnych czynników może doprowadzić do jeszcze większych grzechów, jest historia króla izraelskiego, Dawida. Dawid nie był przeciętnym człowiekiem. Sam Bóg nazwał go „człowiekiem według swego serca” (1 Sm 13,14). Nie oznaczało to jednak, że Dawid był odporny na pokusy. Pewnego razu jego uwagę przykuła kobieta imieniem Batszeba, żona jego wiernego żołnierza (2 Sm 11 - 12). Rozpalony pożądaniem Dawid kazał, aby przyprowadzono ją do niego. A przecież Dawid, jako potężny i wpływowy człowiek, miał wszystko, czego pragnął, w tym także harem pełen nałożnic. Kiedy jednak wpadła mu w oko ta jedna kobieta, cudza żona, wziął ją, nie zaprzątając sobie głowy tym, co będzie to oznaczać dla niej i dla jej rodziny.
Kiedy Dawid dowiedział się, że Batszeba oczekuje dziecka, starał się zatuszować swój grzech, polecając, by Uriasza wysłano na pierwszą linię walki, a następnie zostawiono samego. Plan powiódł się – Uriasz zginął w bitwie, a Dawid uznał, że wszystko poszło po jego myśli. Jednak, jak to się często zdarza, jego matactwa nie pozostały długo w ukryciu. Do Dawida przybył prorok Natan, który skonfrontował króla z jego grzechem. Dawid stanął twarzą w twarz ze złem, które popełnił. Upokorzony i zawstydzony, wyraził skruchę przed Bogiem, a Bóg mu przebaczył.
Historia ta ukazuje, jak zawodne są nasze umysły, gdy opanują je grzeszne pożądania. Wszyscy wiemy, co to znaczy zagłuszyć swoje sumienie, podjąć decyzję ze świadomością, że jest zła, a mimo to uznać, że w tym konkretnym przypadku jest ona do zaakceptowania. Jak widać, nawet wielki król Dawid uległ takiej pokusie.
Na szczęście Bóg jest miłosierny. Dawid musiał wprawdzie ponieść konsekwencje swojego grzechu, ale wielką pociechą był dla niego fakt, że Bóg go nie odrzucił. Mógł zacząć od nowa, wiedząc, że Bóg nie będzie mu wypominał dawnych grzechów. Każdy grzech – kłamstwo, cudzołóstwo, a nawet morderstwo – może być wybaczony przez Boga.

DZIEŁO BOGA I DZIEŁO NASZE
Jako ochrzczeni chrześcijanie, wszyscy jesteśmy „nowym stworzeniem” (2 Kor 5,17), ludźmi „według Bożego serca”. Możemy mieć pewność, że Bóg nas kocha i chce, byśmy zmieniali te sposoby myślenia i postępowania, które sprzeciwiają się Jemu samemu i Jego przykazaniom. Dlatego św. Paweł zachęca nas: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe” (Rz 12,2).
Kiedy wkraczamy na drogę wiodącą do przemiany, Bóg wychodzi nam naprzeciw. Swoją łaską pragnie przemieniać nasze myślenie i postępowanie, ale nie dokona tego bez naszej współpracy. Jednym ze sprawdzonych sposobów naszej współpracy z łaską jest zastanowienie się co wieczór nad minionym dniem: Kiedy postępowałem w sposób miły Panu, a kiedy Go zawiodłem, nie czyniąc tego, o co mnie prosił? Możemy też zapytać, posługując się słowami św. Pawła: Kiedy moje postępowanie było odbiciem tego wszystkiego, „co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie” (Flp 4,8), a kiedy nie udawało mi się żyć w ten sposób?
Praktykowanie co wieczór tego rodzaju rachunku sumienia nauczy nas poddawać „umysł (…) w posłuszeństwo Chrystusowi” (2 Kor 10,5). Poddając Mu w posłuszeństwo swój umysł, stajesz się coraz bardziej świadom tego, co myślisz, i uczysz się weryfikować swoje myśli według prawd Bożych. Oczywiście nie musisz poświęcać na to długich godzin, wystarczy przez kilka minut przyjrzeć się najbardziej oczywistym sytuacjom. Z czasem odkryjesz, jak Duch Święty ci pomaga.
Ta część należy do nas. A co należy do Boga? Kiedy zastanawiamy się nad minionym dniem, Bóg pomaga nam patrzeć na wydarzenia oczyma Jego miłości i miłosierdzia. On wie, jak łatwo przychodzi nam lekceważenie czy usprawiedliwianie swoich grzechów, toteż pomaga nam stawać w prawdzie przed Nim i przed sobą samym. A jednocześnie zapewnia nas o swojej miłości. Wiedząc, jak szybko się zniechęcamy, przypomina nam, że kocha nas bezwarunkowo, a nie za to, jacy jesteśmy i co robimy. Jak głosił psalmista: „Choćby mnie opuścili ojciec mój i matka, to jednak Pan mnie przygarnie” (Ps 27,10). Nic więc nie może nas od Niego oddzielić, nic – poza naszą własną odmową przyjścia do Niego i przyjęcia Jego miłości.

STWORZENI DO WOLNOŚCI
Bóg wspiera nas w przemianie naszego myślenia, by pomóc nam wygrać bitwę pomiędzy wiernością Jemu a egoizmem. Dał nam Ducha Świętego. Udzielił nam daru Eucharystii. Pozostawił nam swoje własne słowo w Piśmie Świętym. Te dary są dla nas potężną pomocą w przezwyciężaniu wszelkich form egoizmu. Nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż życie w wolności, jaką daje Duch Święty – wolności od egoistycznych pragnień i „zwodniczych żądz” (Ef 4,22).
Zacznijmy od dzisiaj. W każdej sytuacji prośmy Boga o pomoc „w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem”. A wtedy zobaczymy, jak „pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł naszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie” (Flp 4,6.7).

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Piątek, 1 czerwca
Mk 11,11-25
Podszedł ku niemu zobaczyć, czy nie znajdzie czegoś na nim. (Mk 11,13)
Oto zagadka: Co wspólnego mają ze sobą figowiec i łaska Boża? Jeśli twoja odpowiedź brzmi: „Jedno i drugie wydaje owoc” – masz rację! Owocowanie należy do ich natury. Być może właśnie dlatego w dzisiejszej Ewangelii Jezus szuka fig, chociaż nie jest na nie pora (Mk 11,13). Na początku uczniom mogło to wydawać się bez sensu, ale z czasem zrozumieli – jeśli owocowanie jest twoją naturą, to Bóg oczekuje, że będziesz wydawać owoce w każdym czasie, w porę i nie w porę.
Czy to w ogóle możliwe? Z pomocą Boga tak, a On nie zostawia nas z tym samych. Wciąż wspiera nas swoją łaską, uzdrawia naszą pamięć i mobilizuje do pracy nad dziełem, do którego nas powołał. Każdy dar łaski jest jak nasionko, które czeka, by wykiełkować. Każdy akt uzdrowienia i miłosierdzia jest jak łagodny deszcz zmiękczający to nasionko. Każdy posiłek złożony z Chleba Życia i słowa Bożego dodaje nam energii do działania. Bóg nieustannie troszczy się o nas.
Pomyśl, w jakich dziedzinach już wydajesz duchowe owoce. Kiedy masz cierpliwość do swoich niesfornych dzieci, kiedy wykorzystujesz swoje talenty w pracy, z której utrzymujesz rodzinę, kiedy zrobisz chorej sąsiadce zakupy, nawet kiedy pozwalasz drugiemu kierowcy włączyć się do ruchu – to wszystko są duchowe owoce.
To dzięki łasce wydajemy duchowe owoce, taka jest bowiem jej natura. Skoro otrzymałeś łaskę od Boga, to logicznie rzecz biorąc, musi się to jakoś ujawnić. Miej więc oczy otwarte. Bóg działa, dając ci zdolność do wydawania owocu przez cały rok, i pragnie go w tobie zobaczyć.
„Panie, dziękuję Ci za to, że obdarzasz mnie swoją łaską. Pozwól mi wydawać owoce dla Twego królestwa”.
1 P 4,7-13
Ps 96,10-13

▌Niedziela, 3 czerwca
Mk 2,23--3,6
Lecz oni milczeli. (Mk 3,4)
Dzisiejsza Ewangelia opisuje dwie sytuacje, w których faryzeusze mają poważne zastrzeżenia do postępowania Jezusa lub Jego uczniów w dzień szabatu. W pierwszej głodni uczniowie zrywają i łuskają kłosy na polu, w drugiej Jezus uzdrawia w synagodze człowieka z uschniętą ręką. Sytuacje te różnią się w pewnej bardzo istotnej kwestii – w pierwszej z nich faryzeusze wchodzą z Jezusem w dialog, natomiast w drugiej, nawet prowokowani przez Niego, milczą, ukrywając swoje prawdziwe uczucia.
Jezus zwykle odpowiadał na stawiane Mu pytania. Kiedy więc faryzeusze zakwestionowali postawę Jego uczniów, wziął ich w obronę. Znalazł odpowiedni przykład biblijny, a także wypowiedział słynne: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2,27). Wyjaśnił im samą istotę Prawa, objawił się też jako Pan szabatu. Jeśli nawet faryzeusze nie byli w stanie w danej chwili przyjąć tej argumentacji, to może do niektórych z nich przemówiła ona później, na pewno zaś przekonała innych słuchaczy i samych uczniów.
Przy uzdrowieniu w synagodze Jezus chciał wyjaśnić to, co uczynił. Chciał pokazać, że ten akt miłosierdzia to znak miłości Ojca, objawionej w Jego świętym dniu. Jednak faryzeusze nie chcieli Go o nic pytać. Milczeli. Nie dlatego, że nie mieli pytań, ale ponieważ nie chcieli słuchać odpowiedzi ani dać się przekonać. Z góry wiedzieli lepiej. Odmówili podjęcia dialogu z Je-zusem, a zaraz po tym zaczęli we własnym gronie naradzać się, w jaki sposób Go zgładzić.
Milczenie bywa bardzo różne. Milczymy, gdy chcemy wsłuchać się w Boga i usłyszeć, co ma nam do powiedzenia. Milczymy podczas adoracji, kiedy trwamy przed Bogiem – stworzenie przed swoim Stwórcą – w cichym uwielbieniu i dziękczynieniu. Takie milczenie jest wręcz konieczne w relacji z Bogiem. Jednak istnieje również milczenie faryzejskie, kiedy nie chcemy wejść w dialog z Bogiem, nie chcemy wypowiedzieć przed Nim siebie, odmawiając Mu prawa do naszych myśli, przeżyć i decyzji. Takie milczenie to oznaka zatwardziałości serca.
Bóg zna odpowiedzi na wszystkie nasze pytania. Jest w stanie rozwiać nasze wątpliwości. Potrafi wyjaśnić to, co wydaje nam się absurdalne, ukoić wszystkie nasze żale i pretensje. Czy jesteśmy gotowi, aby Go słuchać?
„Panie, nie zawsze rozumiem to, co czynisz w moim życiu. Jest we mnie wiele pytań. Naucz mnie szczerze rozmawiać z Tobą także o tym, co trudne”.
Pwt 5,12-15
Ps 81,3-8.10-11
2 Kor 4,6-11

▌Piątek, 8 czerwca
Najświętszego Serca Pana Jezusa
Oz 11,1.3-4.8c-9
Moje serce na to się wzdryga i rozpalają się moje wnętrzności. (Oz 11,8)
„Gdzie się znowu wybierasz? Pewnie do jakiegoś kościoła, gdzie będziesz wpatrywał się w obrazy i myślał, jaki jesteś pobożny. A tymczasem to, czego naprawdę się od ciebie oczekuje, to przyzwoity dom dla tych biedaczek”.
Kiedy o. Jan Eudes usłyszał te słowa, dotknęły go one do żywego. Od lat zajmował się rozpowszechnianiem nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Poświęcił całe swoje kapłaństwo na to, by pomóc mieszkańcom XVII-wiecznej Francji zrozumieć, jak czule są kochani przez Boga. Teraz jednak przyjaciel w oczy zarzucił mu hipokryzję: „Jak możesz się spokojnie modlić, kiedy ludzie wokół ciebie tak bardzo cierpią”?.
Prawdę mówiąc o. Jan już wtedy starał się zaradzić tej sytuacji. „Biedaczki”, o których mówił jego przyjaciel, były kobietami, które o. Jan i jego współpracownicy wyratowali od prostytucji. Nie posiadając żadnego źródła dochodu ani nie mając znikąd pomocy, te biedne kobiety były zmuszone sprzedawać swoje ciała po to, żeby nakarmić dzieci. O. Jan zapewnił im tymczasowy dom, gdzie mogły się schronić przed wykorzystującymi je mężczyznami.
To jednak nie wystarczało. Kobiety w dalszym ciągu nie były bezpieczne. Potrzebowały stałego miejsca zamieszkania i szansy na godziwy zarobek – w czym o. Jan z pewnością mógł im pomóc. Dotknięty słowami przyjaciela, zajął się zakładaniem żeńskiego zgromadzenia zakonnego, które miało zatroszczyć się o te kobiety i inne znajdujące się w trudnej sytuacji.
Może nam się wydawać, że przyjaciel o. Jana był dla niego za surowy. Czy o. Jan nie robił już wystarczająco dużo? Czy sprawy nie mógłby pociągnąć dalej ktoś inny? Być może. Ale o. Jan Eudes zrozumiał, że „wystarczająco” to jeszcze za mało, jeśli chce się być podobnym do Jezusa.
Taki jest sens dzisiejszej uroczystości. Jezus przelał swoją krew, aby wybawić nas od grzechu. Jego Najświętsze Serce jest wciąż rozpalone miłością do nas (Oz 11,8). Był gotów zrobić wszystko dla naszego ocalenia – i zrobił to.
Postaw dziś sobie pytanie: czy wierzę, że Jezus umiłował mnie do końca, głęboko i bez reszty? A potem zastanów się, jak możesz kochać innych nie tylko „wystarczająco”, ale tak jak On.
„Najświętsze Serce Jezusa, Zdroju wszelkiego błogosławieństwa, adoruję Cię, kocham i oddaję Ci moje życie”.
(Ps) Iz 12,2-3.4b-6
Ef 3,8-12.14-19
J 19,31-37

▌Niedziela, 10 czerwca
2 Kor 4,13--5,1
Nie poddajemy się zwątpieniu.
(2 Kor 4,16)
Jeśli ktokolwiek miał prawo poddać się zwątpieniu, to na pewno św. Paweł. Podczas swojej posługi był bity, zdradzany, oczerniany i więziony, był też rozbitkiem na morzu. Dzisiejsze czytanie pomaga nam zrozumieć, w jaki sposób radził sobie z tym wszystkim. Oczywiście Paweł z natury był twardym człowiekiem, nie znaczy to jednak, że był niewrażliwy na stresy i napięcia. Jego sekret polegał na tym, że nie pozwalał, by w jego życie wkradło się zniechęcenie.
Zniechęcenie sprawia, że czujemy się bezradni. Wysysa z nas wszelką energię i uniemożliwia wykonywanie codziennych obowiązków. Jeśli mu ulegniemy, staje się zaraźliwe i może rozprzestrzenić się na całe nasze otoczenie. Spróbujmy więc przyjrzeć się jednemu ze sposobów radzenia sobie ze zniechęceniem.
Podczas ostatniej Wieczerzy Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie!” (J 14,1). Wiedział, że wkrótce czeka Go krzyż, a swoje ostatnie godziny na ziemi spędził wspierając swoich przyjaciół i zachęcając ich do ufności w Bogu. Te tak bardzo pocieszające słowa wskazują nam też skuteczną strategię: Trwać w wierze i ufać, że Bóg nigdy nas nie opuści.
Kiedy ogarnia nas zwątpienie i zniechęcenie, wsłuchujmy się w słowa Jezusa: „Niech się nie trwoży serce wasze (…) Na świecie doznacie ucisku, ale odwagi! Jam zwyciężył świat” (J 14,1; 16.33).
Św. Paweł, powtarzając tę myśl Jezusa, zapewnia nas, że nic nie jest nas w stanie odłączyć od miłości Boga (Rz 8,38-39). To świadomość tej prawdy chroniła go przed zniechęceniem. Ta sama maksyma może pomóc także nam.
Kiedy więc następnym razem poczujesz się zniechęcony, próbuj naśladować św. Pawła. Powtarzaj sobie, że Bóg zna
twoją sytuację. Czuje twój ból. Jest z tobą. I nigdy nie zapominaj, że nic nie jest w stanie odłączyć cię od Jego miłości.
„Jezu, pomóż mi trwać w wierze w Twoje obietnice”.
Rdz 3,9-15
Ps 130,1-8
Mk 3,20-35

▌Wtorek, 19 czerwca
Mt 5,43-48
Miłujcie waszych nieprzyjaciół. (Mt 5,44)
Kto jest moim nieprzyjacielem?
Bardzo łatwo uciec się do znajomego schematu: „my kontra oni” – zwłaszcza jeśli spędzamy większość czasu wśród ludzi myślących podobnie jak my. Przychodzi wtedy pokusa, aby wobec wszystkich pozostałych zastosować negatywny stereotyp i uznać, że nie mamy z nimi nic wspólnego.
Spróbuj jednak pomyśleć w inny sposób. Wyobraź sobie, że znajdujesz się na wielkim przyjęciu, na które przybyli bardzo różni ludzie. W pewnym momencie gospodarz proponuje, żeby wszyscy podzielili się dwie grupy – tych, co mają niebieskie oczy, i tych, co mają oczy piwne. Kiedy już podział nastąpił, gospodarz poleca przegrupować się według nowego kryterium – osobno mężczyźni i osobno kobiety. Następnie podzielić się na wzrokowców i słuchowców. Następnie na wolnych i pozostających w związkach małżeńskich. Potem na tych, którzy wolą zimę, i na tych, którzy wolą lato. Potem na sportowców i widzów. Jeśli zabawa będzie trwała wystarczająco długo, okaże się, że w jakimś momencie znajdziesz się w jednej grupie z każdą z osób na sali.
Każdy z nas jest inny. I wszyscy jesteśmy tak samo kochani i cenieni przez Ojca niebieskiego. Kiedy więc następnym razem spotkasz kogoś zupełnie innego niż ty, nie myśl o nim jako o „obcym”, a już tym bardziej jako o „nieprzyjacielu”. Pomyśl raczej, że jest on „przyjacielem”, którego jeszcze nie zdążyłeś poznać. Spróbuj znaleźć między wami jak najwięcej punktów stycznych. Jest to zawsze pierwszy krok w uczeniu się miłości.
Gdzie są te punkty styczne? Przede wszystkim w naszych wnętrzach, w tym, jak zostaliśmy stworzeni. Wszyscy jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. Wszyscy też jesteśmy grzesznikami, którzy sprzeciwili się Jego zamysłom. Wszyscy mamy takie same podstawowe potrzeby – pokarmu i dachu nad głową, ubrania i edukacji, bezpieczeństwa i miłości. A oprócz tych wszystkich wspólnych cech mamy wiele innych podobieństw, które wychodzą na jaw przy bliższym poznaniu.
Kiedy już odkryjesz, co łączy cię z daną osobą, możesz postawić następny krok – poszukać jej wyjątkowych cech. Prawdopodobnie ma ona za sobą historię swoich własnych aktów heroizmu i przezwyciężania siebie. Może z cichą wiarą i ufnością dźwiga niewidoczny dla innych krzyż. A ponieważ każdy nosi w sobie podobieństwo do Boga, w każdym możesz zobaczyć jakiś Jego ślad, i być może taki, z jakim nigdy wcześniej się nie spotkałeś.
Czy więc jesteśmy tacy sami, czy różni? I jedno, i drugie. I tak właśnie Bóg nas zaplanował.
„Ojcze, dziękuję Ci za to, że dajesz mi tylu różnych braci i tyle różnych sióstr”.
1 Krl 21,17-29
Ps 51,3-6.11.16


▌Niedziela, 24 czerwca
Narodzenie św. Jana Chrzciciela
Łk 1,57-66.80
I pytali: „Kimże będzie to dziecię?” (Łk 1,66)
Narodziny każdego dziecka prowokują pytanie: Kimże on czy ona będzie? Jednak w wypadku Jana Chrzciciela to pytanie było szczególnie uzasadnione, jego narodzeniu towarzyszyły bowiem wyjątkowe okoliczności. Elżbieta i Zachariasz, rodzice Jana, bardzo długo pozostawali bezdzietni A kiedy Zachariaszowi, podczas służby w świątyni, anioł oznajmił, że urodzi mu się syn, zareagował on niedowierzaniem. Powrócił do domu niemy, a głos odzyskał dopiero po przyjściu na świat syna i nadaniu mu imienia Jan, czyli „Jahwe okazał łaskę”. Te wszystkie niezwykłe okoliczności wywołały wśród sąsiadów i krewnych wiele spekulacji na temat zamiarów Bożych wobec małego Jana.
Św. Jan Chrzciciel do dziś wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Wiemy, że długo „żył na pustkowiu”, nie został jednak pustelnikiem, tylko prowadził ożywioną działalność publiczną. Ściągały do niego tłumy i miał swoich uczniów (Łk 1,80; J 1,37-40). Spotkał Jezusa, lecz sam nie poszedł za Nim, jak uczyniło to wielu z jego uczniów. Jego zadaniem było bowiem zapowiedzieć Mesjasza, a następnie zniknąć (J 3,27-30). Zginął z rozkazu Heroda, ale nie jest męczennikiem za wiarę w klasycznym tego słowa znaczeniu, gdyż został uwięziony za to, że wytykał królowi jego grzechy, a zgładzony w wyniku intrygi jego żony (Mt 14,1-12). Gdzie go zaliczyć, nie wiadomo – mieli z tym kłopot także jego współcześni, posyłając do niego delegacje z pytaniem, kim właściwie jest (J 1,19-26).
Sam Jezus wypowiadał się o Janie Chrzcicielu z wielkim szacunkiem, twierdząc, że „między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana”. Zaraz jednak dodał: „Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on” (Łk 7,28). Jan stał na granicy czasów: był człowiekiem Starego Testamentu ustępującego przed Nowym. Okazał radykalną wierność misji powierzonej mu przez Boga.
Prośmy dziś za wstawiennictwem tego wielkiego świętego, który do końca potrafił pozostać sobą, o wierność naszemu powołaniu – nawet gdyby wydawało nam się nietypowe, niepozorne, niezrozumiałe dla innych. Jezus potrafi docenić naszą wierność, jak docenił wierność Jana.
„Panie Jezu, Ty widzisz to, czego nie widzą inni, a Twoja wola nie da się ująć w żadne schematy. Pomóż mi pozostać wiernym powołaniu, które mi dajesz”.
Iz 49,1-6
Ps 139,1-3.13-15
Dz 13,22-26

▌Piątek, 29 czerwca
Świętych Apostołów Piotra i Pawła
2 Tm 4,6-9.17-18
Wybawi mnie Pan od wszelkiego złego czynu i ocali mnie, przyjmując do swego królestwa niebieskiego. (2 Tm 4,18)
Obchodzimy dziś święto Apostołów Piotra i Pawła. Widzimy w nich obu wiele heroicznych cnót, a także wrogość, która przemieniła się w przyjaźń. A co najważniejsze, widzimy, jak czyjeś „tak” powiedziane Bogu może przemienić nie tylko jego własne życie, ale i wpłynąć na cały Kościół.
Tych dwóch gigantów wiary pochodziło ze skrajnie różnych środowisk – jeden był rybakiem, a drugi uczonym. Jeden znał osobiście Jezusa i szedł za Nim przez całe lata, drugi spotkał Go dopiero po zmartwychwstaniu. Nie zawsze zgadzali się ze sobą. Jednak życie i posługa każdego z nich wykazują zdumiewające paralele. Ich drogi nie były proste, wielokrotnie byli więzieni. Obaj też zostali cudownie uwolnieni z więzienia. Obaj poświęcili całe swoje życie budowaniu Kościoła. Obaj wreszcie ponieśli śmierć męczeńską za wiarę.
Co ich połączyło? Obaj powiedzieli „tak” Jezusowi i żyjąc tym „tak”, doświadczali na co dzień Bożej wierności. Poświęcili się głoszeniu Ewangelii wszędzie, gdzie tylko mogli, i nie wahali się cierpieć dla imienia Chrystusa. Codziennie wzrastali w wierze i upodabniali się do Jezusa, dzięki czemu mogli coraz skuteczniej pełnić Jego wolę.
Znajdźmy dziś trochę czasu, by zastanowić się nad życiem Piotra i Pawła. Zobaczmy na ich przykładzie, w jaki sposób powiedzenie Bogu „tak” upodabnia nas do Chrystusa. Zobaczmy też, że i nasze „tak” pozwala nam wypełniać Jego wolę na ziemi. I my, jak oni, staniemy wobec rozmaitych wyzwań. Ale również jak oni doświadczymy tego, że na każdym kroku będzie towarzyszyć nam łaska, pociecha i mądrość Boga.
Piotr i Paweł swoim „tak” danym Bogu zmienili bieg historii, wpłynęli na życie wielu ludzi. My też możemy! Oby dzisiejsze święto stało się dla nas inspiracją na naszej drodze wiary.
„Panie, spraw, bym tak jak Piotr i Paweł umiał powiedzieć Ci «tak»”.
Dz 12,1-11
Ps 34,2-9
Mt 16,13-19


MAGAZYN:

Spełniona wizja

Misja Mikołaja Czarnego Łosia wśród Indian Lakota

Pewien chłopiec z plemienia Lakota (znanego też jako Dakota lub Siuksowie) w wieku dziewięciu lat poważnie zachorował, a kiedy leżał w gorączce, miał przejmującą wizję. Dwóch mężczyzn, którzy zstąpili z obłoków, uniosło go ze sobą w górę, a potem cztery stada koni nadbiegające z czterech stron świata poprowadziły go do świętego namiotu. Gdy wszedł do środka, sześciu starszych pokazało mu dwie drogi: czerwoną drogę dobra i pokoju oraz czarną drogę nieszczęść i wojen. Ujrzał spustoszone wioski, ginących ludzi i zwierzęta, a potem drzewo, które wyrosło z laski, przywracając wszystkiemu wokół życie, siły i radość. W końcu starcy powierzyli mu misję poprowadzenia ludu czerwoną drogą dobra do świętego kręgu, w którym wszyscy mieli zostać odnowieni – przebudzeni duchowo. Najstarszy z nich zapowiedział: „Stanie się tak, że setki ludzi się uświęcą, a ich serca zapłoną”. 
Wizja była tak mocna, że chłopiec nie mógł o niej zapomnieć. Był przekonany, że otrzymał ją od Wakan Tanka – Wielkiego Ducha, który według wierzeń Siuksów jest stwórczą mocą, przenikającą cały świat. Jednak przez wiele lat nie miał odwagi, by o niej opowiadać, i nie wiedział, jak ma ją wypełnić. Wreszcie został szamanem, uzdrowicielem i stróżem obyczajów swojego plemienia i był nim aż do śmierci w 1950 roku. Nosił imię Czarnego Łosia, a jego sława w Górach Czarnych (Black Hills) dorównuje sławie jego kuzyna, wielkiego wodza Szalonego Konia.
Dziś imię Czarnego Łosia zaczyna być rozpoznawalne także w Kościele katolickim, ze względu na szeroką działalność ewangelizacyjną, którą po przyjęciu chrztu prowadził wśród Indian. Jego historia ukazuje, że Bóg objawia siebie w każdej kulturze, aby wszystkie rasy, plemiona i języki złączyły się we wspólnym wysławianiu Go.

„CHCĘ ZROZUMIEĆ”
Czarny Łoś urodził się w 1863 roku na terenie dzisiejszego stanu Wyoming. Dorastał w grupie Siuksów Oglala, polujących na bizony na Wielkich Równinach. Od dzieciństwa wyznawał tradycyjną religię swego plemienia, która kładła nacisk na szacunek dla ziemi i wszystkich stworzeń. Były to czasy tragiczne dla Indian, czasy rozpaczliwych walk w obronie własnych terytoriów zagarnianych przez żądnych ziemi i złota białych. Siuksowie usiłowali za wszelką cenę bronić swojego sposobu życia, podczas gdy coraz więcej białych osadników i awanturników, zwabionych wieściami o odkryciu złota w Górach Czarnych, zajmowało ich ziemie. Czarny Łoś nieraz był świadkiem i uczestnikiem krwawych starć (m.in. nad Little Big Horn), widział śmierć bliskich i przyjaciół, kobiet i dzieci zabijanych we własnych wioskach. W końcu jego plemię poddało się i zamieszkało w rezerwacie. 
Pomimo różnych ograniczeń Indianie Lakota starali się dalej kultywować swoje zwyczaje. Czarny Łoś został szamanem i szybko zyskał sławę uzdrowiciela obdarzonego mocą. Przygnębiało go jednak życie na ograniczonym terenie rezerwatu, bez możliwości wędrówek w poszukiwaniu bizonów, których nieprzeliczone do niedawna stada biali wytrzebili niemal do szczętu, a świadomość, że nie realizuje misji otrzymanej od starców, a jego naród ginie, doprowadzała go do rozpaczy. 
Zapragnął poznać obyczaje białych ludzi, by zrozumieć, skąd bierze się ich siła. Kiedy miał dwadzieścia trzy lata, nadarzyła się ku temu okazja. Czarny Łoś przyłączył się do trupy cyrkowej Bufallo Bill’s Wild West, która organizowała widowiska z życia Dzikiego Zachodu. Razem z nią przez prawie trzy lata podróżował po Europie, odgrywając sceny z życia Indian. Naturalnie sam także zapoznawał się ze zwyczajami białych ludzi, ich językiem i wiarą. Młody Siuks zainteresował się opowieściami o Jezusie, który przyszedł na ziemię, aby za nas umrzeć. Pragnął zrozumieć „wierzenia białych ludzi na temat woli Bożej i to, jak oni postępują zgodnie z nią”. W Europie spotkał chrześcijan, którzy przyjęli go gościnnie i postępowali zgodnie z nauką Biblii, przełożonej już wtedy na język Lakota. Zaintrygowało go to, co widział i słyszał. Po powrocie cytował nawet słowa św. Pawła o ludziach, którzy prorokują i mają wizje – że to wszystko jest niczym bez miłości (1 Kor 13,2).

ZMIANY W PINE RIDGE
Kiedy Czarny Łoś w 1889 roku powrócił do Ameryki, jego plemię mieszkało w rezerwacie Pine Ridge w Dakocie Południowej. Wśród Siuksów panował klimat lęku i napięcia, gdyż rząd Stanów Zjednoczonych łamał traktaty i nie wypełniał swoich zobowiązań. Między innymi dostarczał mniej niż połowę sztuk bydła, w związku z czym Indianie, pozbawieni dawnych sposobów zdobywania pożywienia, po prostu głodowali. Czarny Łoś powrócił do rytualnych tańców i uzdrawiania. 
W tym czasie wśród Indian Lakota głośno było o proroku Wovoka z plemienia Pajutów (w Nevadzie), który zapowiadał nadejście nowego świata, wzywał do zaniechania wszelkich walk i podjęcia świętego tańca, który miał wszystko przemienić. Czarny Łoś udał się na jedno z miejsc tańców i widząc zgromadzonych, uwierzył, że właśnie zaczyna się spełniać jego wizja wstąpienia ludu na czerwoną drogę dobra i pokoju. Tymczasem białych niepokoiło gromadzenie się Indian na wspólne tańce. Przybyło wojsko żądając, by Indianie oddali wszelką posiadaną broń. Podczas rozbrajania doszło do szamotaniny, padł strzał i żołnierze zaatakowali niemal bezbronnych Indian. Podczas tej masakry nad strumieniem Wounded Knee w 1890 roku oddziały amerykańskie wymordowały setki nieuzbrojonych Lakota, w większości kobiet i dzieci. Czarny Łoś próbował chronić współplemieńców, aż sam został ciężko ranny. Widok stosów zabitych stawał mu przed oczami do końca życia.

NA NOWEJ DRODZE
Kiedy fala przemocy opadła, przez kolejne piętnaście lat Czarny Łoś żył w rezerwacie jako szaman. Wzywano go do rannych i chorych, aby zapewnił im uzdrowienie fizyczne i duchowe poprzez yuwipi – tradycyjny obrzęd uzdrowienia. Odwiedziny u chorych stały się dla niego kolejnym punktem styczności z chrześcijaństwem, gdyż księża katoliccy także ich odwiedzali.
Jezuiccy misjonarze przybyli do Pine Ridge wtedy, gdy Czarny Łoś był w Europie. Ewangelizowali i służyli pomocą ludności indiańskiej, a ich przesłanie spotykało się z dobrym przyjęciem. Jezuici wybudowali sieć kościołów misyjnych i zakładali stowarzyszenia katolickie dla mieszkańców rezerwatu. Na zaproszenie wodza, Czerwonej Chmury, założyli też w Pine Ridge Misję Różańca Świętego. Czarny Łoś widział, jak jezuici pomagali rannym po masakrze nad Wounded Knee i miał przyjaciół katolików wśród Lakota, ale przez kilka lat nie wykazywał żadnego zainteresowania nawróceniem, choć jego żona była już katoliczką i ochrzczone były ich dzieci.
Po śmierci żony w 1904 roku, na krótko przed swoimi czterdziestymi urodzinami, Czarny Łoś przeżył nowe przebudzenie duchowe. Wszystko zaczęło się od zwyczajnej wizyty w domu chorego chłopca, gdzie składał ofiarę z tytoniu, grał na bębnie i wzywał duchy plemienia Lakota. W pewnym momencie obrzęd został jednak zakłócony przez przybycie miłego w obejściu jezuity, zwanego przez Siuksów „Niskim Ojcem”. Ksiądz ochrzcił już wcześniej chłopca, a teraz przyszedł udzielić mu sakramentu chorych. Chociaż okoliczności tego spotkania nie są do końca znane, wygląda na to, że ksiądz polecił Czarnemu Łosiowi zabrać swoje akcesoria i opuścić pomieszczenie. Zamiast się obrazić, Czarny Łoś nabrał przekonania, że wchodząc do pokoju chorego, ksiądz stał się przekaźnikiem mocy o wiele większej niż jego własna. Poszedł więc za Niskim Ojcem do Misji Różańca Świętego, po czym spędził tam kilka tygodni, studiując Biblię i słuchając nauki katolickiej. Wreszcie, 6 grudnia, we wspomnienie św. Mikołaja, został ochrzczony i otrzymał imię Mikołaja Czarnego Łosia.

PROWADZIĆ WSZYSTKICH
LUDZI DO BOGA
Czarny Łoś po przyjęciu katolicyzmu nadal był szanowanym liderem w swoim plemieniu. Wkrótce został świeckim katechistą i towarzyszył jezuickiemu misjonarzowi w podróżach po rezerwacie. Posługiwał się „Mapą dwóch dróg”, sporządzonym przez jezuitów katechizmem obrazkowym w postaci długiego zwoju z ilustracjami biblijnymi. Pomiędzy obrazkami wiły się dwie drogi: czerwona „droga dobra” i czarna „droga zła” – dokładnie tak, jak wyglądało to w jego wizji z dzieciństwa. Czarny Łoś uczył ludzi, że aby iść czerwoną drogą dobra, trzeba poznać Jezusa, który powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (J 14,6). Jak zapowiadała to wizja, Czarny Łoś niósł swemu plemieniu przebudzenie duchowe – chociaż inne, niż się pierwotnie spodziewał.
Córka Czarnego Łosia, Lucy, mówiła później, że jej ojciec potrafił mówić o Biblii w sposób, który sprawiał, że dla Lakota stawała się ona słowem żywym. Nie tylko używał tego samego co oni języka, ale nawiązywał do ich rozumienia świata zwierząt i roślin – był jednym z nich. Ponieważ był tak skutecznym nauczycielem i przywódcą, jezuici wysyłali go do innych rezerwatów, by w ich imieniu zakładał stowarzyszenia katolickie.
W późniejszych latach życia coraz bardziej wzrastało w nim pragnienie wprowadzania pokoju pomiędzy Lakota a białymi ludźmi. Przemawiając do obu wrogich grup, mówił im stanowczo, że Chrystus polecił nam miłować bliźniego jak siebie samego. 
Jedna z pieśni, które śpiewał, głosiła:
„O Boże (Wakan Tanka) najlepszy, który chcesz dać nam się poznać!
Słusznie cieszcie się wszyscy, gdyż On prosi was o wasze serca.
Lakota, jesteście narodem, obyście szybko stali się jedno,
Jezus tego pragnie, gdyż On wezwał was wszystkich”.

ŚWIAT LAKOTA
W ŚWIETLE CHRYSTUSA
Będąc katolikiem, Czarny Łoś uznał, że nie może uczestniczyć we wszystkim, co oferuje jego kultura. Mężczyźni Lakota często prowadzili między sobą utarczki na niewielką skalę, on jednak, jako chrześcijanin, sprzeciwiał się przemocy. Zrezygnował z wykonywania obrzędu yuwipi, uświadamiając sobie, że przypisuje on duchową moc Boga osobie samego szamana.
Czarny Łoś nie porzucił całkowicie ceremonii Siuksów, zaczął natomiast patrzeć na nie przez pryzmat swojej katolickiej wiary. Paląc obrzędową fajkę, w przeszłości modlił się, aby Wielki Duch umocnił siłę jego plemienia. Paląc ją jako Lakota-katolik, prosił, aby Bóg dał pokój i pomyślność wszystkim ludziom. Chrześcijaństwo pomagało mu zrozumieć prawdy o Bogu i stworzeniu, których członkowie jego plemienia szukali u Wakan Tanka. Mawiał, że Lakota byli jak „Żydzi czekający na Mesjasza”.
Czarny Łoś uosabiał tę prawdę, że można być jednocześnie Siuksem i katolikiem. W dalszym ciągu kultywował obyczaje, które nie były sprzeczne z Ewangelią, jednocześnie żyjąc sakramentami Kościoła. Uczył innych Lakota pobożnych praktyk, takich jak odmawianie Różańca. Zasiadał cierpliwie wśród dzieci, opowiadając im historie biblijne. Pomagał też swojej własnej rodzinie zrozumieć prawdy wiary.

O JEZUSIE WE WŁASNYM
JĘZYKU
Podczas czterdziestu pięciu lat życia jako Lakota-katolik, Mikołaj Czarny Łoś doprowadził do wiary katolickiej ponad czterystu Indian. Jego historia jest tak niezwykła, że diecezja Rapid City w Dakocie Południowej w październiku 2017 roku otworzyła jego proces beatyfikacyjny. Siuksowie zapamiętali go na zawsze jako przywódcę i świętego człowieka. Teraz także wszyscy katolicy mogą szukać inspiracji u Indianina, który we własnym języku głosił Ewangelię swojemu ludowi.
Historia Czarnego Łosia ukazuje, że Ewangelia może być zrozumiana i przyjęta przez ludzi wszystkich kultur, zwłaszcza przy pomocy osób „z wewnątrz”. Czy lubimy spędzać czas w blogosferze lub na targu, za kierownicą czy przy telefonie, wszyscy jesteśmy członkami jakichś grup. Podobnie jak dogłębna znajomość kultury Lakota okazała się wielkim atutem Czarnego Łosia w głoszeniu Jezusa, tak nasze doświadczenie i historia życia mogą stać się kluczem, który otworzy komuś Ewangelię. Tak wielu ludzi czeka, aby ktoś opowiedział im o Jezusie w sposób, który przemówi do nich osobiście. My możemy stać się dla nich drogą do Niego. ▐


ŚWIADECTWO: Klucz do wolności

Moje prawdziwe życie z Panem Bogiem zaczęło się 7 lat temu. Wcześniej co prawda o Nim słyszałam, ale byłam od Niego bardzo daleko. Z pozoru wydawało się, że mam cudowne życie, miałam pełno znajomych, pieniądze, piękny dom. Jednak w tym samym czasie cierpiałam na depresję, z którą nie mogłam sobie poradzić. Przeszłam kilka prób samobójczych. Byłam w takim stanie, że nie mogłam wychodzić z domu. Nieustający lęk paraliżował mnie do tego stopnia, że nawet jazda komunikacją miejską stała się dla mnie problemem. Ciągle myślałam: „nie chcę żyć, nie chcę żyć, po co ja żyję?”. 
Szukałam Boga w różnych religiach. Przez wiele lat miałam kontakt z praktykami okultystycznymi, jak wróżby, ho-
roskopy, bioenergoterapia. Szukałam miłości. Myślałam, że jak będę z kimś cudownym, wspaniałym – to będę szczęśliwa. A więc jeden chłopak, drugi chłopak, trzeci chłopak… Sądziłam, że te relacje dadzą mi szczęście, ale tak nie było. Tłumaczyłam sobie, że przecież chcę dobra, chcę tylko spróbować, że to nic złego. Tymczasem konsekwencje wszystkich tych czynów były straszne. Teraz już wiem, że jeśli coś jest złe, to nie można tego próbować, bo to zabija.
Pewnego dnia poczułam, że już nie dam rady. Wzięłam więc dużą garść leków, krzycząc do Boga: „Boże, ja nie chcę żyć, zabierz mnie z tego świata, bo ja nie chcę żyć!”. Chciałam też podciąć sobie żyły, ale zapadłam w sen. Znajomi mojej rodziny wybudzili mnie po wielu godzinach. Nie rozumiałam, jak to możliwe, że przeżyłam. Przez długi okres odczuwałam konsekwencje zdrowotne z powodu przedawkowania leków. Dzisiaj wiem, że to cud, że przeżyłam. Drugi cud, że poznałam Pana Boga. 
Mieszkałam wtedy u mojego przyjaciela, który był homoseksualistą. Pewnego razu chciał mnie zabrać do znajomego księdza, który mu pomagał. W pierwszym momencie nie miałam na to zupełnie ochoty. W tym czasie śmiałam się z Kościoła. Mimo wszystko poszłam z nim. I to było niesamowite. Weszłam i zobaczyłam czterech chłopaków, napakowanych, łysych, wytatuowanych i w dresach. Pomyślałam: „O Boże, co oni tu robią?”. Od razu przyszło mi na myśl: „Impreza na plebanii, normalnie impreza na plebanii!”. Później zauważyłam, że mają koszulki z Maryją i modlą się na różańcu. Siedziałam tam i nie mogłam uwierzyć, myślałam: „Boże, co się dzieje, oni są najarani, kompletnie najarani”. Nic nie mówili, tylko się modlili. Wróciłam do domu. Tego dnia, gdy rozmawiałam z ludźmi przez telefon, mówili mi:
– Ola, nie słyszałam cię takiej od wielu miesięcy, ty jesteś szczęśliwa!
Czułam, że coś się stało, coś, czego nie umiałam wytłumaczyć. Na drugi dzień spotkałam się z tymi chłopakami. To oni opowiedzieli mi o pragnieniu założenia wspólnoty Przymierze Miłosierdzia i to z nimi zaczęłam jeździć na różne rekolekcje. Dziś są znani pod pseudonimem „Wyrwani z Niewoli”. Dzięki nim poszłam do spowiedzi. To, co się wydarzyło w tej spowiedzi, było niesamowite. Z punktu widzenia psychologicznego po wyznaniu grzechów powinnam się rozpłakać, ale tak się nie stało. Dopiero kiedy kapłan uczynił nade mną znak krzyża, zaczęłam strasznie płakać. Poczułam, że te wszystkie ciężary, które nosiłam od lat, zostały mi zabrane. Tak jakbym dźwigała coś na barkach i nagle poczuła się wolna.
To był dopiero początek mojej przygody z Panem Bogiem. Dziś bardzo często chodzę do spowiedzi, męczę księży, bo wiem, że to jest klucz do wolności. Pan Bóg nie zabrał mi w jednej chwili wszystkich grzechów, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przez wiele, wiele lat walczyłam z różnymi grzechami i nadal walczę… Ale wiem, że jest spowiedź – jest sakrament, który daje siłę. Wierzę, że kiedy tam idę, spotykam Boga. Bóg jest nieskończonym miłosierdziem. Nie ma takiego grzechu, którego On nie mógłby przebaczyć. On jest zafascynowany udzielaniem przebaczenia. Bóg pragnie przebaczyć wszystko, mówi: „Pragnę” (J 19,28). „Pragnę ciebie, pragnę dać ci wiele, moją miłość, moje szczęście...” Myślimy, że jak pójdziemy do spowiedzi, to księdzu zwiędną uszy. To nieprawda, tam jest Jezus, On tam zawsze jest, chociaż często tego nie dostrzegamy. Grzech ma swoje konsekwencje: przynosi śmierć, fizyczną i duchową, rani nas, zabija.
Dopiero po nawróceniu zrozumiałam, że potrzebuję uwolnienia z konsekwencji praktyk okultystycznych. Pytałam: „Boże, czemu ja tak cierpię? Przecież ja już jestem z Tobą, już się nawróciłam, chodzę do kościoła, czemu niosę taki ciężar? Czemu ciągle bez powodu czuję się odrzucona?”. Pewnego dnia usłyszałam o „pięciu kamieniach”, które Matka Boża z Medjugorie poleca w walce duchowej (Pismo Święte, post, spowiedź, Różaniec, Eucharystia). Czytając o objawieniach maryjnych, zwróciłam uwagę na to, jak wiele Maryja mówi o poście i jak ważny jest on w naszym życiu. Zaczęłam pościć o chlebie i wodzie. Pierwszego dnia postu odezwał się do mnie mój znajomy z Warszawy i powiedział: 
– Ola, modliły się za mnie wczoraj trzy osoby i zostałem uzdrowiony. Na drugi dzień zadzwoniły do mnie i zapytały, czy ja znam jakąś Olę i czy ona ma problemy duchowe. Powiedziały, że muszę się za ciebie modlić, bo twoja mama dokonała aborcji i ciebie też chciała zabić.
Jak to usłyszałam, powiedziałam zdezorientowana:
– Człowieku, co ty mówisz, to niemożliwe, moja mama nigdy by tego nie zrobiła! 
Kiedy zadzwoniłam do mamy, ona przez pięć minut zaprzeczała, ale w końcu przyznała się i zapytała, skąd o tym wiem. Od osób, których w ogóle nie znałam, dowiedziałam się prawdy o swoim życiu. Nigdy bym się tego nie dowiedziała, gdyby nie Pan Bóg. Dzięki temu stanęłam w prawdzie i mogłam przebaczyć swojej mamie. Mogłam też zrozumieć, jakie straszne konsekwencje niesie za sobą aborcja. 
Dzisiaj wiem, że Bóg może wszystko, że dla Niego taki telefon „z nieba” to nic, że On może jeszcze więcej. Całe życie się bałam, żyłam pozorami, tym, jak wyglądam, co myślą o mnie inni. Myślałam, że jak zacznę się modlić, to stanę się „moherowym beretem”, ale jest wprost przeciwnie. Rozwijam się, spełniam swoje marzenia, dużo podróżuję. Do tej pory pracowałam w korporacji, teraz biorę udział w misjach. Dziś doświadczam życia w prawdzie, wolności i tego, że mogę być całkowicie sobą. To jest niesamowite, jak Pan Bóg przychodzi i daje nam wolność, doświadczam tego na co dzień. Bóg dał nam wolność. Mówi: Nie mógłbyś mnie kochać, gdybyś nie miał wolności. Możesz kochać, możesz nie kochać, możesz robić coś dobrego, możesz robić coś złego. Mówimy czasem: wszystkiemu winny jest szatan. Ojciec Pio często powtarzał, że nawet gdyby naprzeciw nas stanęli wszyscy szatani, nie są w stanie odebrać nam tego kawałka wolnej woli, aby powiedzieć „nie” dla grzechu, „nie” dla zła. I to od nas zależy, co zrobimy. W języku hebrajskim grzech oznacza „nie trafić w cel”. Dzisiaj wiem, że tak jak podróżnik korzysta z map, szukając drogi, tak też Bóg stawia mi na drodze ludzi i wspólnotę, aby byli GPS-em w moim życiu, abym mogła odnaleźć właściwą ścieżkę. 
Gdy pierwszy raz trafiłam na spotkanie wspólnotowe, pierwsza moja myśl była taka: „Ale świry! Co ja tu robię?”. Widziałam jednak, że ci ludzie mieli coś, czego ja nie miałam. Nie rozumiałam, skąd mają taką bezinteresowną miłość i czemu są tacy szczęśliwi. Nigdy dotąd nie widziałam, żeby ludzie się tak kochali. 
To dzięki zetknięciu się z ojcami Enrique i Antonello zaczęłam ewangelizować. Już w pociągu, wracając z pierwszych rekolekcji ojców, zaczęłam dzielić się swoim świadectwem. Wtedy nawet jeszcze nie umiałam odmawiać Różańca, jedyne co miałam, to doświadczenie niesamowitej miłości Boga. Po tym spotkaniu z ojcami nie mogłam przestać głosić. Zaczęłam codziennie wychodzić na ulice, do bezdomnych, ewangelizować w supermarketach, w szkołach, poprawczakach. Zwariowałam. Po ludzku zwariowałam. Ale odkrycie, że Bóg istnieje, było dla mnie szokiem. Zrozumiałam, że musimy dawać miłosierdzie innym, bo nigdy wcześniej świat tak nie potrzebował miłosierdzia jak dziś, że biedni i słabi to krzyk Boga. Bóg woła, abyśmy wyszli ze swojego egoizmu i indywidualizmu. Już wtedy gdy wspólnota powstawała, bardzo mocno czułam, że Bóg wkłada w moje serce charyzmat Przymierza Miłosierdzia. 
Pewnego dnia w czasie formacji z misjonarzami wyszliśmy z kolegą rozdawać obiady bezdomnym. Była zima, duży mróz, a ci bezdomni spali w namiotach. Bardzo długo rozmawialiśmy z jednym z nich, a raczej on prowadził dialog, a my nieudolnie próbowaliśmy coś powiedzieć. Okazało się, że jest ateistą. Żegnając się z nim, powiedzieliśmy do niego bardzo proste słowa: „Może pan pomodlić się do Boga o wszystko. On naprawdę słucha”. Kilka miesięcy po tym zdarzeniu mój kolega przypadkowo spotkał tego pana. Ten bezdomny przybiegł, żeby podziękować za te słowa. Okazało się, że tego samego dnia, po naszej rozmowie, pomodlił się do Boga, żeby mu było ciepło podczas tej zimy. Kilka dni później, nie wiadomo skąd, przyszedł do bezdomnych jakiś mężczyzna, żeby im pomóc. Wybudował dla nich domek i wstawił piec. Cud!!! Do dzisiaj ten domek stoi niedaleko kościoła, gdzie mamy rekolekcje, a pan, który poprosił o ten cud, jest ich częstym bywalcem.
„Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę ubogim...” (Iz 61,1). Wiele razy Bóg potwierdzał znakami charyzmat wspólnoty Przymierza Miłosierdzia. A cudów mniejszych i większych, przemienionych serc, nie sposób wymienić czy zliczyć. Wierzę, że kluczem do wolności jest właśnie przyjęcie przez nas tej miłości miłosiernej Boga, która przemienia, daje nadzieję, która może wszystko. Nie żałuję ani jednego dnia, nie żałuję tych lat, które z Nim przeżyłam. Nie żałuję niczego, bo wiem, że Bóg wziął mnie za rękę i poprowadził do nowego życia. 
Ola

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 6 (298) 2018 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO CZERWCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Czerwcowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Walka duchowa”. W głównych artykułach mówimy o tym, że w naszych duszach i umysłach trwa nieustanna walka duchowa miedzy człowiekiem „dawnym” a „nowym”. Aby odnieść w niej zwycięstwo, musimy przywdziać – zgodnie z zaleceniami św. Pawła – „zbroję Bożą”, to jest: pas prawdy, pancerz sprawiedliwości, tarcze wiary i hełm zbawienia. Naszym orężem jest miecz Ducha - czyli słowo Boże.
Magazyn otwiera artykuł „Spełniona wizja” o niezwykłym kandydacie na ołtarze, Czarnym Łosiu - Indianinie z plemienia Siuksów (Lakota) Oglala, wojowniku, szamanie i uzdrowicielu, który po swoim nawróceniu przyprowadził do Kościoła katolickiego kilkuset współplemieńców. Następnie zamieściliśmy dwa świadectwa: „Serce z ciała” - o przemianie serca szpitalnego asystenta lekarza pod wpływem adoracji, oraz „Klucz do wolności” - o uwolnieniu z depresji i myśli samobójczych. 
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę, a także rozwiązanie konkursu dla prenumeratorów – wśród osób, które opłaciły prenumeratę na przyszły rok do końca grudnia 2017 roku, zostały rozlosowane wycieczki do Francji i do Gietrzwałdu. W ramach Naszych lektur polecamy książkę Seana Davidsona „Św. Maria Magdalena. Zwiastunka miłości eucharystycznej”, która pokazuję tę Świętą, która „bardzo umiłowała” jako nauczycielkę i patronkę adoracji.

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Stań do walki duchowej!
Przemieniać się przez odnawianie umysłu.................. 4

Przygotuj się do walki!
Jak przywdziać „zbroję Bożą”?................................. 10

Panie, otwórz mi oczy!
Tajemnica zwycięstwa w walce duchowej................. 16

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 czerwca................................ 21

MAGAZYN

Spełniona wizja
Misja Mikołaja Czarnego Łosia wśród
Indian Lakota – Kevin Łoker ................................ 49

Serce z ciała
Przemiana w szpitalnej kaplicy – Alexander Lee...... 55

Klucz do wolności.................................................... 58

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Świat stworzony jest naprawdę zdumiewający. Kiedy chodzę po lesie, patrzę na piękne kwiaty w ogrodzie lub obserwuję zabawy naszych dwóch psów, jestem pełen podziwu dla cudów natury. Jak Bóg wymyślił to wszystko!? A w jeszcze większe zdumienie wprawia mnie człowiek – choćby to, jak funkcjonują nasze dłonie czy stopy, jak działa skomplikowana sieć połączeń nerwowych w mózgu albo układ oddechowy. Czyż to wszystko nie jest wspaniałe? Jak czytamy w Księdze Rodzaju, „Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31).
Jednak mimo że zostaliśmy tak wspaniale stworzeni „na obraz i podobieństwo Boga” i wyposażeni w potencjał czynienia dobra, jako ludzkość nie wykorzystujemy go we właściwy sposób. Oprócz autentycznego dobra, które udaje nam się pełnić, wszyscy podejmujemy także decyzje, które wcale dobre nie są. Św. Paweł bardzo jasno uświadamiał sobie tę istniejącą w nas sprzeczność. Wiedział, że niektóre z naszych decyzji pochodzą od „człowieka nowego, stworzonego na obraz Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości” (Ef 4,24), ale też, że podejmujemy i takie decyzje, które pochodzą od „dawnego naszego człowieka”, czyli tej części nas, która jeszcze nie została odnowiona i znajduje się w niewoli grzechu (Rz 6,6). Zdaniem Pawła ta sprzeczność przypomina nieustanną walkę. Dlatego zachęca on swoich czytelników – w tym także nas – do włożenia na siebie pełnej „zbroi Bożej”, na którą składa się wiara, prawda, sprawiedliwość, słowo Boże (Ef 6,10-17).
Perspektywa nieustannej walki duchowej może nas przerażać, wiemy jednak, że Duch Święty nas w niej wspiera. Umacnia nas i uczy, jak mamy przezwyciężać dążenia „dawnego człowieka” w nas. Mocą Ducha Świętego możemy pokonywać pokusy diabła, a także różne grzeszne nawyki. Możemy codziennie po trochu „porzucać dawnego człowieka” i „przyoblekać się w człowieka nowego” (Ef 4,22.24).
Dostrzegam tę walkę w swoim własnym życiu. Widzę, jak Duch Święty pomaga mi wybierać dobro, ale także, jak mój „dawny człowiek”, podatny na pokusy diabła, wpływa na moje decyzje i popycha mnie do grzechu. Nie poddaję się jednak i z biegiem lat zmienia się moje myślenie i postępowanie. Widzę, jak Duch Święty wspiera moje pragnienie bycia uczniem Jezusa – i pomaga mi przemieniać się „przez odnawianie umysłu” (Rz 12,2). Jak działa w moim sercu i umyśle, dając mi siłę do opierania się pokusom i porzucania „dawnego człowieka”.
Świat stworzony jest wspaniały. Człowieczeństwo jest wspaniałe. Ty jesteś wspaniały. Zostałeś stworzony, by upodobnić się do Jezusa, stać się odbiciem Jego czystości, świętości i doskonałości na tym świecie. Otwórz się więc na działanie Ducha Świętego!
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


ARTYKUŁY:

Stań do walki duchowej!

Przemieniać się przez odnawianie umysłu


Już sam zdrowy rozsądek podpowiada nam, że studia uniwersyteckie to nie tylko słuchanie wykładów, czytanie artykułów czy zdawanie egzaminów. Oczywiście także i to wszystko jest konieczne i niezbędne. Jednak istotą wyższego wykształcenia jest odCoś podobnego dzieje się w naszym życiu z Panem. Regularne uczestniczenie w niedzielnej Mszy świętej, codzienna modlitwa, troska o rodzinę czy niesienie pomocy potrzebującym to sprawy bardzo ważne i same w sobie dobre. Można jednak czynić to wszystko, a zarazem nie upodabniać się do Chrystusa, czyli przeoczyć to, co najważniejsze w życiu chrześcijanina. Można wypełniać przykazania czysto formalnie, nie angażując w to swego serca, a nawet pozostając w duchowym zamęcie. Możemy, na przykład, pracować jako wolontariusze przy rozdzielaniu żywności ubogim, a przy tym osądzać w sercu tych, którzy korzystają z naszej pomocy. Możemy przystępować do Komunii świętej, a jednocześnie swoim gderaniem zatruwać atmosferę w domu. Możemy uczyć nasze dzieci wzajemnego przebaczenia, a sami żywić urazę do współmałżonka.
Bóg chce przemieniać nas na swoje podobieństwo. Chce, byśmy stawali się miłosiernym, współczującym, po-
kornym i ofiarnym odbiciem Jego Syna. Aby tak było, konieczny jest nasz świadomy wysiłek. Bóg jest gotów nam
w tym pomóc. Ale czy my jesteśmy gotowi współpracować z Jego łaską?

BEZCENNY SKARB!
Umysł ludzki jest zadziwiający. Jest zdolny do rozumowania, wyobrażania sobie, rozumienia i zapamiętywania. Mamy także sumienie, w którym rozstrzygamy, co jest dobre, a co złe. Codziennie nasz umysł analizuje miliony danych dochodzących z różnych źródeł i na ich podstawie podejmuje setki decyzji. Posługuje się też informacjami zawartymi w naszej pamięci i wyobraźni, by pomóc nam zdobyć się na odwagę podejmowania trudnych kroków.
Obok wymienionych tu „naturalnych” darów i zdolności, umysł ludzki ma także wymiar duchowy. Św. Augustyn około 417 roku napisał: „Umysł jest obrazem Boga, w tym sensie, że jest w stanie Go poznawać i w Nim uczestniczyć” (O Trójcy, 8.11). Z kolei św. Paweł mówi nam, że poznaliśmy „zamysł Chrystusowy” (1 Kor 2,16). Bóg stworzył w nas zdolność wyczuwania Jego obecności, rozumienia Jego tajemnic i nawiązywania z Nim relacji opartej na miłości. Nasz intelekt jest w stanie myśleć „po Bożemu” (Mt 16,23). Potrafimy kochać to, co Bóg kocha, i odczuwać, jak głęboko rani Go nasz grzech. Potrafimy wyobrazić sobie piękno nieba i rozpamiętywać potężne dzieła Boga (Ps 77,12-16). A posługując się sumieniem, jesteśmy w stanie odróżnić dobro od zła i grzech od sprawiedliwości (Rz 2,15).
Jak wspaniałym cudem Bożym jest nasz umysł! Jak wspaniałego daru Bóg nam udzielił – zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i przeznaczeni do życia z Nim na wieki! Wiemy jednak, że choć to wszystko brzmi naprawdę imponująco, nasze umysły potrafią też prowadzić nas na manowce, z dala od Boga. Dawne urazy, bieżące grzechy i nieczyste sumienie mogą blokować przepływ łaski, której Duch Święty nam udziela. Mogą też zakłócać naszą relację z Bogiem, pozostawiając nas w poczuciu samotności i bezradności.
Co więcej, te negatywne wpływy obezwładniają nasz umysł. Im bardziej im się poddajemy, tym mniej jasny staje się nasz własny osąd. Coraz trudniej jest nam odróżnić dobro od zła. Zaczynamy akceptować różne grzeszne zachowania, zagłuszając głos własnego sumienia.

UMYSŁ WE MGLE
Przykładem tego, jak seria kłamstw i innych negatywnych czynników może doprowadzić do jeszcze większych grzechów, jest historia króla izraelskiego, Dawida. Dawid nie był przeciętnym człowiekiem. Sam Bóg nazwał go „człowiekiem według swego serca” (1 Sm 13,14). Nie oznaczało to jednak, że Dawid był odporny na pokusy. Pewnego razu jego uwagę przykuła kobieta imieniem Batszeba, żona jego wiernego żołnierza (2 Sm 11 - 12). Rozpalony pożądaniem Dawid kazał, aby przyprowadzono ją do niego. A przecież Dawid, jako potężny i wpływowy człowiek, miał wszystko, czego pragnął, w tym także harem pełen nałożnic. Kiedy jednak wpadła mu w oko ta jedna kobieta, cudza żona, wziął ją, nie zaprzątając sobie głowy tym, co będzie to oznaczać dla niej i dla jej rodziny.
Kiedy Dawid dowiedział się, że Batszeba oczekuje dziecka, starał się zatuszować swój grzech, polecając, by Uriasza wysłano na pierwszą linię walki, a następnie zostawiono samego. Plan powiódł się – Uriasz zginął w bitwie, a Dawid uznał, że wszystko poszło po jego myśli. Jednak, jak to się często zdarza, jego matactwa nie pozostały długo w ukryciu. Do Dawida przybył prorok Natan, który skonfrontował króla z jego grzechem. Dawid stanął twarzą w twarz ze złem, które popełnił. Upokorzony i zawstydzony, wyraził skruchę przed Bogiem, a Bóg mu przebaczył.
Historia ta ukazuje, jak zawodne są nasze umysły, gdy opanują je grzeszne pożądania. Wszyscy wiemy, co to znaczy zagłuszyć swoje sumienie, podjąć decyzję ze świadomością, że jest zła, a mimo to uznać, że w tym konkretnym przypadku jest ona do zaakceptowania. Jak widać, nawet wielki król Dawid uległ takiej pokusie.
Na szczęście Bóg jest miłosierny. Dawid musiał wprawdzie ponieść konsekwencje swojego grzechu, ale wielką pociechą był dla niego fakt, że Bóg go nie odrzucił. Mógł zacząć od nowa, wiedząc, że Bóg nie będzie mu wypominał dawnych grzechów. Każdy grzech – kłamstwo, cudzołóstwo, a nawet morderstwo – może być wybaczony przez Boga.

DZIEŁO BOGA I DZIEŁO NASZE
Jako ochrzczeni chrześcijanie, wszyscy jesteśmy „nowym stworzeniem” (2 Kor 5,17), ludźmi „według Bożego serca”. Możemy mieć pewność, że Bóg nas kocha i chce, byśmy zmieniali te sposoby myślenia i postępowania, które sprzeciwiają się Jemu samemu i Jego przykazaniom. Dlatego św. Paweł zachęca nas: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe” (Rz 12,2).
Kiedy wkraczamy na drogę wiodącą do przemiany, Bóg wychodzi nam naprzeciw. Swoją łaską pragnie przemieniać nasze myślenie i postępowanie, ale nie dokona tego bez naszej współpracy. Jednym ze sprawdzonych sposobów naszej współpracy z łaską jest zastanowienie się co wieczór nad minionym dniem: Kiedy postępowałem w sposób miły Panu, a kiedy Go zawiodłem, nie czyniąc tego, o co mnie prosił? Możemy też zapytać, posługując się słowami św. Pawła: Kiedy moje postępowanie było odbiciem tego wszystkiego, „co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie” (Flp 4,8), a kiedy nie udawało mi się żyć w ten sposób?
Praktykowanie co wieczór tego rodzaju rachunku sumienia nauczy nas poddawać „umysł (…) w posłuszeństwo Chrystusowi” (2 Kor 10,5). Poddając Mu w posłuszeństwo swój umysł, stajesz się coraz bardziej świadom tego, co myślisz, i uczysz się weryfikować swoje myśli według prawd Bożych. Oczywiście nie musisz poświęcać na to długich godzin, wystarczy przez kilka minut przyjrzeć się najbardziej oczywistym sytuacjom. Z czasem odkryjesz, jak Duch Święty ci pomaga.
Ta część należy do nas. A co należy do Boga? Kiedy zastanawiamy się nad minionym dniem, Bóg pomaga nam patrzeć na wydarzenia oczyma Jego miłości i miłosierdzia. On wie, jak łatwo przychodzi nam lekceważenie czy usprawiedliwianie swoich grzechów, toteż pomaga nam stawać w prawdzie przed Nim i przed sobą samym. A jednocześnie zapewnia nas o swojej miłości. Wiedząc, jak szybko się zniechęcamy, przypomina nam, że kocha nas bezwarunkowo, a nie za to, jacy jesteśmy i co robimy. Jak głosił psalmista: „Choćby mnie opuścili ojciec mój i matka, to jednak Pan mnie przygarnie” (Ps 27,10). Nic więc nie może nas od Niego oddzielić, nic – poza naszą własną odmową przyjścia do Niego i przyjęcia Jego miłości.

STWORZENI DO WOLNOŚCI
Bóg wspiera nas w przemianie naszego myślenia, by pomóc nam wygrać bitwę pomiędzy wiernością Jemu a egoizmem. Dał nam Ducha Świętego. Udzielił nam daru Eucharystii. Pozostawił nam swoje własne słowo w Piśmie Świętym. Te dary są dla nas potężną pomocą w przezwyciężaniu wszelkich form egoizmu. Nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż życie w wolności, jaką daje Duch Święty – wolności od egoistycznych pragnień i „zwodniczych żądz” (Ef 4,22).
Zacznijmy od dzisiaj. W każdej sytuacji prośmy Boga o pomoc „w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem”. A wtedy zobaczymy, jak „pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł naszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie” (Flp 4,6.7).

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Piątek, 1 czerwca
Mk 11,11-25
Podszedł ku niemu zobaczyć, czy nie znajdzie czegoś na nim. (Mk 11,13)
Oto zagadka: Co wspólnego mają ze sobą figowiec i łaska Boża? Jeśli twoja odpowiedź brzmi: „Jedno i drugie wydaje owoc” – masz rację! Owocowanie należy do ich natury. Być może właśnie dlatego w dzisiejszej Ewangelii Jezus szuka fig, chociaż nie jest na nie pora (Mk 11,13). Na początku uczniom mogło to wydawać się bez sensu, ale z czasem zrozumieli – jeśli owocowanie jest twoją naturą, to Bóg oczekuje, że będziesz wydawać owoce w każdym czasie, w porę i nie w porę.
Czy to w ogóle możliwe? Z pomocą Boga tak, a On nie zostawia nas z tym samych. Wciąż wspiera nas swoją łaską, uzdrawia naszą pamięć i mobilizuje do pracy nad dziełem, do którego nas powołał. Każdy dar łaski jest jak nasionko, które czeka, by wykiełkować. Każdy akt uzdrowienia i miłosierdzia jest jak łagodny deszcz zmiękczający to nasionko. Każdy posiłek złożony z Chleba Życia i słowa Bożego dodaje nam energii do działania. Bóg nieustannie troszczy się o nas.
Pomyśl, w jakich dziedzinach już wydajesz duchowe owoce. Kiedy masz cierpliwość do swoich niesfornych dzieci, kiedy wykorzystujesz swoje talenty w pracy, z której utrzymujesz rodzinę, kiedy zrobisz chorej sąsiadce zakupy, nawet kiedy pozwalasz drugiemu kierowcy włączyć się do ruchu – to wszystko są duchowe owoce.
To dzięki łasce wydajemy duchowe owoce, taka jest bowiem jej natura. Skoro otrzymałeś łaskę od Boga, to logicznie rzecz biorąc, musi się to jakoś ujawnić. Miej więc oczy otwarte. Bóg działa, dając ci zdolność do wydawania owocu przez cały rok, i pragnie go w tobie zobaczyć.
„Panie, dziękuję Ci za to, że obdarzasz mnie swoją łaską. Pozwól mi wydawać owoce dla Twego królestwa”.
1 P 4,7-13
Ps 96,10-13

▌Niedziela, 3 czerwca
Mk 2,23--3,6
Lecz oni milczeli. (Mk 3,4)
Dzisiejsza Ewangelia opisuje dwie sytuacje, w których faryzeusze mają poważne zastrzeżenia do postępowania Jezusa lub Jego uczniów w dzień szabatu. W pierwszej głodni uczniowie zrywają i łuskają kłosy na polu, w drugiej Jezus uzdrawia w synagodze człowieka z uschniętą ręką. Sytuacje te różnią się w pewnej bardzo istotnej kwestii – w pierwszej z nich faryzeusze wchodzą z Jezusem w dialog, natomiast w drugiej, nawet prowokowani przez Niego, milczą, ukrywając swoje prawdziwe uczucia.
Jezus zwykle odpowiadał na stawiane Mu pytania. Kiedy więc faryzeusze zakwestionowali postawę Jego uczniów, wziął ich w obronę. Znalazł odpowiedni przykład biblijny, a także wypowiedział słynne: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2,27). Wyjaśnił im samą istotę Prawa, objawił się też jako Pan szabatu. Jeśli nawet faryzeusze nie byli w stanie w danej chwili przyjąć tej argumentacji, to może do niektórych z nich przemówiła ona później, na pewno zaś przekonała innych słuchaczy i samych uczniów.
Przy uzdrowieniu w synagodze Jezus chciał wyjaśnić to, co uczynił. Chciał pokazać, że ten akt miłosierdzia to znak miłości Ojca, objawionej w Jego świętym dniu. Jednak faryzeusze nie chcieli Go o nic pytać. Milczeli. Nie dlatego, że nie mieli pytań, ale ponieważ nie chcieli słuchać odpowiedzi ani dać się przekonać. Z góry wiedzieli lepiej. Odmówili podjęcia dialogu z Je-zusem, a zaraz po tym zaczęli we własnym gronie naradzać się, w jaki sposób Go zgładzić.
Milczenie bywa bardzo różne. Milczymy, gdy chcemy wsłuchać się w Boga i usłyszeć, co ma nam do powiedzenia. Milczymy podczas adoracji, kiedy trwamy przed Bogiem – stworzenie przed swoim Stwórcą – w cichym uwielbieniu i dziękczynieniu. Takie milczenie jest wręcz konieczne w relacji z Bogiem. Jednak istnieje również milczenie faryzejskie, kiedy nie chcemy wejść w dialog z Bogiem, nie chcemy wypowiedzieć przed Nim siebie, odmawiając Mu prawa do naszych myśli, przeżyć i decyzji. Takie milczenie to oznaka zatwardziałości serca.
Bóg zna odpowiedzi na wszystkie nasze pytania. Jest w stanie rozwiać nasze wątpliwości. Potrafi wyjaśnić to, co wydaje nam się absurdalne, ukoić wszystkie nasze żale i pretensje. Czy jesteśmy gotowi, aby Go słuchać?
„Panie, nie zawsze rozumiem to, co czynisz w moim życiu. Jest we mnie wiele pytań. Naucz mnie szczerze rozmawiać z Tobą także o tym, co trudne”.
Pwt 5,12-15
Ps 81,3-8.10-11
2 Kor 4,6-11

▌Piątek, 8 czerwca
Najświętszego Serca Pana Jezusa
Oz 11,1.3-4.8c-9
Moje serce na to się wzdryga i rozpalają się moje wnętrzności. (Oz 11,8)
„Gdzie się znowu wybierasz? Pewnie do jakiegoś kościoła, gdzie będziesz wpatrywał się w obrazy i myślał, jaki jesteś pobożny. A tymczasem to, czego naprawdę się od ciebie oczekuje, to przyzwoity dom dla tych biedaczek”.
Kiedy o. Jan Eudes usłyszał te słowa, dotknęły go one do żywego. Od lat zajmował się rozpowszechnianiem nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Poświęcił całe swoje kapłaństwo na to, by pomóc mieszkańcom XVII-wiecznej Francji zrozumieć, jak czule są kochani przez Boga. Teraz jednak przyjaciel w oczy zarzucił mu hipokryzję: „Jak możesz się spokojnie modlić, kiedy ludzie wokół ciebie tak bardzo cierpią”?.
Prawdę mówiąc o. Jan już wtedy starał się zaradzić tej sytuacji. „Biedaczki”, o których mówił jego przyjaciel, były kobietami, które o. Jan i jego współpracownicy wyratowali od prostytucji. Nie posiadając żadnego źródła dochodu ani nie mając znikąd pomocy, te biedne kobiety były zmuszone sprzedawać swoje ciała po to, żeby nakarmić dzieci. O. Jan zapewnił im tymczasowy dom, gdzie mogły się schronić przed wykorzystującymi je mężczyznami.
To jednak nie wystarczało. Kobiety w dalszym ciągu nie były bezpieczne. Potrzebowały stałego miejsca zamieszkania i szansy na godziwy zarobek – w czym o. Jan z pewnością mógł im pomóc. Dotknięty słowami przyjaciela, zajął się zakładaniem żeńskiego zgromadzenia zakonnego, które miało zatroszczyć się o te kobiety i inne znajdujące się w trudnej sytuacji.
Może nam się wydawać, że przyjaciel o. Jana był dla niego za surowy. Czy o. Jan nie robił już wystarczająco dużo? Czy sprawy nie mógłby pociągnąć dalej ktoś inny? Być może. Ale o. Jan Eudes zrozumiał, że „wystarczająco” to jeszcze za mało, jeśli chce się być podobnym do Jezusa.
Taki jest sens dzisiejszej uroczystości. Jezus przelał swoją krew, aby wybawić nas od grzechu. Jego Najświętsze Serce jest wciąż rozpalone miłością do nas (Oz 11,8). Był gotów zrobić wszystko dla naszego ocalenia – i zrobił to.
Postaw dziś sobie pytanie: czy wierzę, że Jezus umiłował mnie do końca, głęboko i bez reszty? A potem zastanów się, jak możesz kochać innych nie tylko „wystarczająco”, ale tak jak On.
„Najświętsze Serce Jezusa, Zdroju wszelkiego błogosławieństwa, adoruję Cię, kocham i oddaję Ci moje życie”.
(Ps) Iz 12,2-3.4b-6
Ef 3,8-12.14-19
J 19,31-37

▌Niedziela, 10 czerwca
2 Kor 4,13--5,1
Nie poddajemy się zwątpieniu.
(2 Kor 4,16)
Jeśli ktokolwiek miał prawo poddać się zwątpieniu, to na pewno św. Paweł. Podczas swojej posługi był bity, zdradzany, oczerniany i więziony, był też rozbitkiem na morzu. Dzisiejsze czytanie pomaga nam zrozumieć, w jaki sposób radził sobie z tym wszystkim. Oczywiście Paweł z natury był twardym człowiekiem, nie znaczy to jednak, że był niewrażliwy na stresy i napięcia. Jego sekret polegał na tym, że nie pozwalał, by w jego życie wkradło się zniechęcenie.
Zniechęcenie sprawia, że czujemy się bezradni. Wysysa z nas wszelką energię i uniemożliwia wykonywanie codziennych obowiązków. Jeśli mu ulegniemy, staje się zaraźliwe i może rozprzestrzenić się na całe nasze otoczenie. Spróbujmy więc przyjrzeć się jednemu ze sposobów radzenia sobie ze zniechęceniem.
Podczas ostatniej Wieczerzy Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie!” (J 14,1). Wiedział, że wkrótce czeka Go krzyż, a swoje ostatnie godziny na ziemi spędził wspierając swoich przyjaciół i zachęcając ich do ufności w Bogu. Te tak bardzo pocieszające słowa wskazują nam też skuteczną strategię: Trwać w wierze i ufać, że Bóg nigdy nas nie opuści.
Kiedy ogarnia nas zwątpienie i zniechęcenie, wsłuchujmy się w słowa Jezusa: „Niech się nie trwoży serce wasze (…) Na świecie doznacie ucisku, ale odwagi! Jam zwyciężył świat” (J 14,1; 16.33).
Św. Paweł, powtarzając tę myśl Jezusa, zapewnia nas, że nic nie jest nas w stanie odłączyć od miłości Boga (Rz 8,38-39). To świadomość tej prawdy chroniła go przed zniechęceniem. Ta sama maksyma może pomóc także nam.
Kiedy więc następnym razem poczujesz się zniechęcony, próbuj naśladować św. Pawła. Powtarzaj sobie, że Bóg zna
twoją sytuację. Czuje twój ból. Jest z tobą. I nigdy nie zapominaj, że nic nie jest w stanie odłączyć cię od Jego miłości.
„Jezu, pomóż mi trwać w wierze w Twoje obietnice”.
Rdz 3,9-15
Ps 130,1-8
Mk 3,20-35

▌Wtorek, 19 czerwca
Mt 5,43-48
Miłujcie waszych nieprzyjaciół. (Mt 5,44)
Kto jest moim nieprzyjacielem?
Bardzo łatwo uciec się do znajomego schematu: „my kontra oni” – zwłaszcza jeśli spędzamy większość czasu wśród ludzi myślących podobnie jak my. Przychodzi wtedy pokusa, aby wobec wszystkich pozostałych zastosować negatywny stereotyp i uznać, że nie mamy z nimi nic wspólnego.
Spróbuj jednak pomyśleć w inny sposób. Wyobraź sobie, że znajdujesz się na wielkim przyjęciu, na które przybyli bardzo różni ludzie. W pewnym momencie gospodarz proponuje, żeby wszyscy podzielili się dwie grupy – tych, co mają niebieskie oczy, i tych, co mają oczy piwne. Kiedy już podział nastąpił, gospodarz poleca przegrupować się według nowego kryterium – osobno mężczyźni i osobno kobiety. Następnie podzielić się na wzrokowców i słuchowców. Następnie na wolnych i pozostających w związkach małżeńskich. Potem na tych, którzy wolą zimę, i na tych, którzy wolą lato. Potem na sportowców i widzów. Jeśli zabawa będzie trwała wystarczająco długo, okaże się, że w jakimś momencie znajdziesz się w jednej grupie z każdą z osób na sali.
Każdy z nas jest inny. I wszyscy jesteśmy tak samo kochani i cenieni przez Ojca niebieskiego. Kiedy więc następnym razem spotkasz kogoś zupełnie innego niż ty, nie myśl o nim jako o „obcym”, a już tym bardziej jako o „nieprzyjacielu”. Pomyśl raczej, że jest on „przyjacielem”, którego jeszcze nie zdążyłeś poznać. Spróbuj znaleźć między wami jak najwięcej punktów stycznych. Jest to zawsze pierwszy krok w uczeniu się miłości.
Gdzie są te punkty styczne? Przede wszystkim w naszych wnętrzach, w tym, jak zostaliśmy stworzeni. Wszyscy jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. Wszyscy też jesteśmy grzesznikami, którzy sprzeciwili się Jego zamysłom. Wszyscy mamy takie same podstawowe potrzeby – pokarmu i dachu nad głową, ubrania i edukacji, bezpieczeństwa i miłości. A oprócz tych wszystkich wspólnych cech mamy wiele innych podobieństw, które wychodzą na jaw przy bliższym poznaniu.
Kiedy już odkryjesz, co łączy cię z daną osobą, możesz postawić następny krok – poszukać jej wyjątkowych cech. Prawdopodobnie ma ona za sobą historię swoich własnych aktów heroizmu i przezwyciężania siebie. Może z cichą wiarą i ufnością dźwiga niewidoczny dla innych krzyż. A ponieważ każdy nosi w sobie podobieństwo do Boga, w każdym możesz zobaczyć jakiś Jego ślad, i być może taki, z jakim nigdy wcześniej się nie spotkałeś.
Czy więc jesteśmy tacy sami, czy różni? I jedno, i drugie. I tak właśnie Bóg nas zaplanował.
„Ojcze, dziękuję Ci za to, że dajesz mi tylu różnych braci i tyle różnych sióstr”.
1 Krl 21,17-29
Ps 51,3-6.11.16


▌Niedziela, 24 czerwca
Narodzenie św. Jana Chrzciciela
Łk 1,57-66.80
I pytali: „Kimże będzie to dziecię?” (Łk 1,66)
Narodziny każdego dziecka prowokują pytanie: Kimże on czy ona będzie? Jednak w wypadku Jana Chrzciciela to pytanie było szczególnie uzasadnione, jego narodzeniu towarzyszyły bowiem wyjątkowe okoliczności. Elżbieta i Zachariasz, rodzice Jana, bardzo długo pozostawali bezdzietni A kiedy Zachariaszowi, podczas służby w świątyni, anioł oznajmił, że urodzi mu się syn, zareagował on niedowierzaniem. Powrócił do domu niemy, a głos odzyskał dopiero po przyjściu na świat syna i nadaniu mu imienia Jan, czyli „Jahwe okazał łaskę”. Te wszystkie niezwykłe okoliczności wywołały wśród sąsiadów i krewnych wiele spekulacji na temat zamiarów Bożych wobec małego Jana.
Św. Jan Chrzciciel do dziś wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Wiemy, że długo „żył na pustkowiu”, nie został jednak pustelnikiem, tylko prowadził ożywioną działalność publiczną. Ściągały do niego tłumy i miał swoich uczniów (Łk 1,80; J 1,37-40). Spotkał Jezusa, lecz sam nie poszedł za Nim, jak uczyniło to wielu z jego uczniów. Jego zadaniem było bowiem zapowiedzieć Mesjasza, a następnie zniknąć (J 3,27-30). Zginął z rozkazu Heroda, ale nie jest męczennikiem za wiarę w klasycznym tego słowa znaczeniu, gdyż został uwięziony za to, że wytykał królowi jego grzechy, a zgładzony w wyniku intrygi jego żony (Mt 14,1-12). Gdzie go zaliczyć, nie wiadomo – mieli z tym kłopot także jego współcześni, posyłając do niego delegacje z pytaniem, kim właściwie jest (J 1,19-26).
Sam Jezus wypowiadał się o Janie Chrzcicielu z wielkim szacunkiem, twierdząc, że „między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana”. Zaraz jednak dodał: „Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on” (Łk 7,28). Jan stał na granicy czasów: był człowiekiem Starego Testamentu ustępującego przed Nowym. Okazał radykalną wierność misji powierzonej mu przez Boga.
Prośmy dziś za wstawiennictwem tego wielkiego świętego, który do końca potrafił pozostać sobą, o wierność naszemu powołaniu – nawet gdyby wydawało nam się nietypowe, niepozorne, niezrozumiałe dla innych. Jezus potrafi docenić naszą wierność, jak docenił wierność Jana.
„Panie Jezu, Ty widzisz to, czego nie widzą inni, a Twoja wola nie da się ująć w żadne schematy. Pomóż mi pozostać wiernym powołaniu, które mi dajesz”.
Iz 49,1-6
Ps 139,1-3.13-15
Dz 13,22-26

▌Piątek, 29 czerwca
Świętych Apostołów Piotra i Pawła
2 Tm 4,6-9.17-18
Wybawi mnie Pan od wszelkiego złego czynu i ocali mnie, przyjmując do swego królestwa niebieskiego. (2 Tm 4,18)
Obchodzimy dziś święto Apostołów Piotra i Pawła. Widzimy w nich obu wiele heroicznych cnót, a także wrogość, która przemieniła się w przyjaźń. A co najważniejsze, widzimy, jak czyjeś „tak” powiedziane Bogu może przemienić nie tylko jego własne życie, ale i wpłynąć na cały Kościół.
Tych dwóch gigantów wiary pochodziło ze skrajnie różnych środowisk – jeden był rybakiem, a drugi uczonym. Jeden znał osobiście Jezusa i szedł za Nim przez całe lata, drugi spotkał Go dopiero po zmartwychwstaniu. Nie zawsze zgadzali się ze sobą. Jednak życie i posługa każdego z nich wykazują zdumiewające paralele. Ich drogi nie były proste, wielokrotnie byli więzieni. Obaj też zostali cudownie uwolnieni z więzienia. Obaj poświęcili całe swoje życie budowaniu Kościoła. Obaj wreszcie ponieśli śmierć męczeńską za wiarę.
Co ich połączyło? Obaj powiedzieli „tak” Jezusowi i żyjąc tym „tak”, doświadczali na co dzień Bożej wierności. Poświęcili się głoszeniu Ewangelii wszędzie, gdzie tylko mogli, i nie wahali się cierpieć dla imienia Chrystusa. Codziennie wzrastali w wierze i upodabniali się do Jezusa, dzięki czemu mogli coraz skuteczniej pełnić Jego wolę.
Znajdźmy dziś trochę czasu, by zastanowić się nad życiem Piotra i Pawła. Zobaczmy na ich przykładzie, w jaki sposób powiedzenie Bogu „tak” upodabnia nas do Chrystusa. Zobaczmy też, że i nasze „tak” pozwala nam wypełniać Jego wolę na ziemi. I my, jak oni, staniemy wobec rozmaitych wyzwań. Ale również jak oni doświadczymy tego, że na każdym kroku będzie towarzyszyć nam łaska, pociecha i mądrość Boga.
Piotr i Paweł swoim „tak” danym Bogu zmienili bieg historii, wpłynęli na życie wielu ludzi. My też możemy! Oby dzisiejsze święto stało się dla nas inspiracją na naszej drodze wiary.
„Panie, spraw, bym tak jak Piotr i Paweł umiał powiedzieć Ci «tak»”.
Dz 12,1-11
Ps 34,2-9
Mt 16,13-19


MAGAZYN:

Spełniona wizja

Misja Mikołaja Czarnego Łosia wśród Indian Lakota

Pewien chłopiec z plemienia Lakota (znanego też jako Dakota lub Siuksowie) w wieku dziewięciu lat poważnie zachorował, a kiedy leżał w gorączce, miał przejmującą wizję. Dwóch mężczyzn, którzy zstąpili z obłoków, uniosło go ze sobą w górę, a potem cztery stada koni nadbiegające z czterech stron świata poprowadziły go do świętego namiotu. Gdy wszedł do środka, sześciu starszych pokazało mu dwie drogi: czerwoną drogę dobra i pokoju oraz czarną drogę nieszczęść i wojen. Ujrzał spustoszone wioski, ginących ludzi i zwierzęta, a potem drzewo, które wyrosło z laski, przywracając wszystkiemu wokół życie, siły i radość. W końcu starcy powierzyli mu misję poprowadzenia ludu czerwoną drogą dobra do świętego kręgu, w którym wszyscy mieli zostać odnowieni – przebudzeni duchowo. Najstarszy z nich zapowiedział: „Stanie się tak, że setki ludzi się uświęcą, a ich serca zapłoną”. 
Wizja była tak mocna, że chłopiec nie mógł o niej zapomnieć. Był przekonany, że otrzymał ją od Wakan Tanka – Wielkiego Ducha, który według wierzeń Siuksów jest stwórczą mocą, przenikającą cały świat. Jednak przez wiele lat nie miał odwagi, by o niej opowiadać, i nie wiedział, jak ma ją wypełnić. Wreszcie został szamanem, uzdrowicielem i stróżem obyczajów swojego plemienia i był nim aż do śmierci w 1950 roku. Nosił imię Czarnego Łosia, a jego sława w Górach Czarnych (Black Hills) dorównuje sławie jego kuzyna, wielkiego wodza Szalonego Konia.
Dziś imię Czarnego Łosia zaczyna być rozpoznawalne także w Kościele katolickim, ze względu na szeroką działalność ewangelizacyjną, którą po przyjęciu chrztu prowadził wśród Indian. Jego historia ukazuje, że Bóg objawia siebie w każdej kulturze, aby wszystkie rasy, plemiona i języki złączyły się we wspólnym wysławianiu Go.

„CHCĘ ZROZUMIEĆ”
Czarny Łoś urodził się w 1863 roku na terenie dzisiejszego stanu Wyoming. Dorastał w grupie Siuksów Oglala, polujących na bizony na Wielkich Równinach. Od dzieciństwa wyznawał tradycyjną religię swego plemienia, która kładła nacisk na szacunek dla ziemi i wszystkich stworzeń. Były to czasy tragiczne dla Indian, czasy rozpaczliwych walk w obronie własnych terytoriów zagarnianych przez żądnych ziemi i złota białych. Siuksowie usiłowali za wszelką cenę bronić swojego sposobu życia, podczas gdy coraz więcej białych osadników i awanturników, zwabionych wieściami o odkryciu złota w Górach Czarnych, zajmowało ich ziemie. Czarny Łoś nieraz był świadkiem i uczestnikiem krwawych starć (m.in. nad Little Big Horn), widział śmierć bliskich i przyjaciół, kobiet i dzieci zabijanych we własnych wioskach. W końcu jego plemię poddało się i zamieszkało w rezerwacie. 
Pomimo różnych ograniczeń Indianie Lakota starali się dalej kultywować swoje zwyczaje. Czarny Łoś został szamanem i szybko zyskał sławę uzdrowiciela obdarzonego mocą. Przygnębiało go jednak życie na ograniczonym terenie rezerwatu, bez możliwości wędrówek w poszukiwaniu bizonów, których nieprzeliczone do niedawna stada biali wytrzebili niemal do szczętu, a świadomość, że nie realizuje misji otrzymanej od starców, a jego naród ginie, doprowadzała go do rozpaczy. 
Zapragnął poznać obyczaje białych ludzi, by zrozumieć, skąd bierze się ich siła. Kiedy miał dwadzieścia trzy lata, nadarzyła się ku temu okazja. Czarny Łoś przyłączył się do trupy cyrkowej Bufallo Bill’s Wild West, która organizowała widowiska z życia Dzikiego Zachodu. Razem z nią przez prawie trzy lata podróżował po Europie, odgrywając sceny z życia Indian. Naturalnie sam także zapoznawał się ze zwyczajami białych ludzi, ich językiem i wiarą. Młody Siuks zainteresował się opowieściami o Jezusie, który przyszedł na ziemię, aby za nas umrzeć. Pragnął zrozumieć „wierzenia białych ludzi na temat woli Bożej i to, jak oni postępują zgodnie z nią”. W Europie spotkał chrześcijan, którzy przyjęli go gościnnie i postępowali zgodnie z nauką Biblii, przełożonej już wtedy na język Lakota. Zaintrygowało go to, co widział i słyszał. Po powrocie cytował nawet słowa św. Pawła o ludziach, którzy prorokują i mają wizje – że to wszystko jest niczym bez miłości (1 Kor 13,2).

ZMIANY W PINE RIDGE
Kiedy Czarny Łoś w 1889 roku powrócił do Ameryki, jego plemię mieszkało w rezerwacie Pine Ridge w Dakocie Południowej. Wśród Siuksów panował klimat lęku i napięcia, gdyż rząd Stanów Zjednoczonych łamał traktaty i nie wypełniał swoich zobowiązań. Między innymi dostarczał mniej niż połowę sztuk bydła, w związku z czym Indianie, pozbawieni dawnych sposobów zdobywania pożywienia, po prostu głodowali. Czarny Łoś powrócił do rytualnych tańców i uzdrawiania. 
W tym czasie wśród Indian Lakota głośno było o proroku Wovoka z plemienia Pajutów (w Nevadzie), który zapowiadał nadejście nowego świata, wzywał do zaniechania wszelkich walk i podjęcia świętego tańca, który miał wszystko przemienić. Czarny Łoś udał się na jedno z miejsc tańców i widząc zgromadzonych, uwierzył, że właśnie zaczyna się spełniać jego wizja wstąpienia ludu na czerwoną drogę dobra i pokoju. Tymczasem białych niepokoiło gromadzenie się Indian na wspólne tańce. Przybyło wojsko żądając, by Indianie oddali wszelką posiadaną broń. Podczas rozbrajania doszło do szamotaniny, padł strzał i żołnierze zaatakowali niemal bezbronnych Indian. Podczas tej masakry nad strumieniem Wounded Knee w 1890 roku oddziały amerykańskie wymordowały setki nieuzbrojonych Lakota, w większości kobiet i dzieci. Czarny Łoś próbował chronić współplemieńców, aż sam został ciężko ranny. Widok stosów zabitych stawał mu przed oczami do końca życia.

NA NOWEJ DRODZE
Kiedy fala przemocy opadła, przez kolejne piętnaście lat Czarny Łoś żył w rezerwacie jako szaman. Wzywano go do rannych i chorych, aby zapewnił im uzdrowienie fizyczne i duchowe poprzez yuwipi – tradycyjny obrzęd uzdrowienia. Odwiedziny u chorych stały się dla niego kolejnym punktem styczności z chrześcijaństwem, gdyż księża katoliccy także ich odwiedzali.
Jezuiccy misjonarze przybyli do Pine Ridge wtedy, gdy Czarny Łoś był w Europie. Ewangelizowali i służyli pomocą ludności indiańskiej, a ich przesłanie spotykało się z dobrym przyjęciem. Jezuici wybudowali sieć kościołów misyjnych i zakładali stowarzyszenia katolickie dla mieszkańców rezerwatu. Na zaproszenie wodza, Czerwonej Chmury, założyli też w Pine Ridge Misję Różańca Świętego. Czarny Łoś widział, jak jezuici pomagali rannym po masakrze nad Wounded Knee i miał przyjaciół katolików wśród Lakota, ale przez kilka lat nie wykazywał żadnego zainteresowania nawróceniem, choć jego żona była już katoliczką i ochrzczone były ich dzieci.
Po śmierci żony w 1904 roku, na krótko przed swoimi czterdziestymi urodzinami, Czarny Łoś przeżył nowe przebudzenie duchowe. Wszystko zaczęło się od zwyczajnej wizyty w domu chorego chłopca, gdzie składał ofiarę z tytoniu, grał na bębnie i wzywał duchy plemienia Lakota. W pewnym momencie obrzęd został jednak zakłócony przez przybycie miłego w obejściu jezuity, zwanego przez Siuksów „Niskim Ojcem”. Ksiądz ochrzcił już wcześniej chłopca, a teraz przyszedł udzielić mu sakramentu chorych. Chociaż okoliczności tego spotkania nie są do końca znane, wygląda na to, że ksiądz polecił Czarnemu Łosiowi zabrać swoje akcesoria i opuścić pomieszczenie. Zamiast się obrazić, Czarny Łoś nabrał przekonania, że wchodząc do pokoju chorego, ksiądz stał się przekaźnikiem mocy o wiele większej niż jego własna. Poszedł więc za Niskim Ojcem do Misji Różańca Świętego, po czym spędził tam kilka tygodni, studiując Biblię i słuchając nauki katolickiej. Wreszcie, 6 grudnia, we wspomnienie św. Mikołaja, został ochrzczony i otrzymał imię Mikołaja Czarnego Łosia.

PROWADZIĆ WSZYSTKICH
LUDZI DO BOGA
Czarny Łoś po przyjęciu katolicyzmu nadal był szanowanym liderem w swoim plemieniu. Wkrótce został świeckim katechistą i towarzyszył jezuickiemu misjonarzowi w podróżach po rezerwacie. Posługiwał się „Mapą dwóch dróg”, sporządzonym przez jezuitów katechizmem obrazkowym w postaci długiego zwoju z ilustracjami biblijnymi. Pomiędzy obrazkami wiły się dwie drogi: czerwona „droga dobra” i czarna „droga zła” – dokładnie tak, jak wyglądało to w jego wizji z dzieciństwa. Czarny Łoś uczył ludzi, że aby iść czerwoną drogą dobra, trzeba poznać Jezusa, który powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (J 14,6). Jak zapowiadała to wizja, Czarny Łoś niósł swemu plemieniu przebudzenie duchowe – chociaż inne, niż się pierwotnie spodziewał.
Córka Czarnego Łosia, Lucy, mówiła później, że jej ojciec potrafił mówić o Biblii w sposób, który sprawiał, że dla Lakota stawała się ona słowem żywym. Nie tylko używał tego samego co oni języka, ale nawiązywał do ich rozumienia świata zwierząt i roślin – był jednym z nich. Ponieważ był tak skutecznym nauczycielem i przywódcą, jezuici wysyłali go do innych rezerwatów, by w ich imieniu zakładał stowarzyszenia katolickie.
W późniejszych latach życia coraz bardziej wzrastało w nim pragnienie wprowadzania pokoju pomiędzy Lakota a białymi ludźmi. Przemawiając do obu wrogich grup, mówił im stanowczo, że Chrystus polecił nam miłować bliźniego jak siebie samego. 
Jedna z pieśni, które śpiewał, głosiła:
„O Boże (Wakan Tanka) najlepszy, który chcesz dać nam się poznać!
Słusznie cieszcie się wszyscy, gdyż On prosi was o wasze serca.
Lakota, jesteście narodem, obyście szybko stali się jedno,
Jezus tego pragnie, gdyż On wezwał was wszystkich”.

ŚWIAT LAKOTA
W ŚWIETLE CHRYSTUSA
Będąc katolikiem, Czarny Łoś uznał, że nie może uczestniczyć we wszystkim, co oferuje jego kultura. Mężczyźni Lakota często prowadzili między sobą utarczki na niewielką skalę, on jednak, jako chrześcijanin, sprzeciwiał się przemocy. Zrezygnował z wykonywania obrzędu yuwipi, uświadamiając sobie, że przypisuje on duchową moc Boga osobie samego szamana.
Czarny Łoś nie porzucił całkowicie ceremonii Siuksów, zaczął natomiast patrzeć na nie przez pryzmat swojej katolickiej wiary. Paląc obrzędową fajkę, w przeszłości modlił się, aby Wielki Duch umocnił siłę jego plemienia. Paląc ją jako Lakota-katolik, prosił, aby Bóg dał pokój i pomyślność wszystkim ludziom. Chrześcijaństwo pomagało mu zrozumieć prawdy o Bogu i stworzeniu, których członkowie jego plemienia szukali u Wakan Tanka. Mawiał, że Lakota byli jak „Żydzi czekający na Mesjasza”.
Czarny Łoś uosabiał tę prawdę, że można być jednocześnie Siuksem i katolikiem. W dalszym ciągu kultywował obyczaje, które nie były sprzeczne z Ewangelią, jednocześnie żyjąc sakramentami Kościoła. Uczył innych Lakota pobożnych praktyk, takich jak odmawianie Różańca. Zasiadał cierpliwie wśród dzieci, opowiadając im historie biblijne. Pomagał też swojej własnej rodzinie zrozumieć prawdy wiary.

O JEZUSIE WE WŁASNYM
JĘZYKU
Podczas czterdziestu pięciu lat życia jako Lakota-katolik, Mikołaj Czarny Łoś doprowadził do wiary katolickiej ponad czterystu Indian. Jego historia jest tak niezwykła, że diecezja Rapid City w Dakocie Południowej w październiku 2017 roku otworzyła jego proces beatyfikacyjny. Siuksowie zapamiętali go na zawsze jako przywódcę i świętego człowieka. Teraz także wszyscy katolicy mogą szukać inspiracji u Indianina, który we własnym języku głosił Ewangelię swojemu ludowi.
Historia Czarnego Łosia ukazuje, że Ewangelia może być zrozumiana i przyjęta przez ludzi wszystkich kultur, zwłaszcza przy pomocy osób „z wewnątrz”. Czy lubimy spędzać czas w blogosferze lub na targu, za kierownicą czy przy telefonie, wszyscy jesteśmy członkami jakichś grup. Podobnie jak dogłębna znajomość kultury Lakota okazała się wielkim atutem Czarnego Łosia w głoszeniu Jezusa, tak nasze doświadczenie i historia życia mogą stać się kluczem, który otworzy komuś Ewangelię. Tak wielu ludzi czeka, aby ktoś opowiedział im o Jezusie w sposób, który przemówi do nich osobiście. My możemy stać się dla nich drogą do Niego. ▐


ŚWIADECTWO: Klucz do wolności

Moje prawdziwe życie z Panem Bogiem zaczęło się 7 lat temu. Wcześniej co prawda o Nim słyszałam, ale byłam od Niego bardzo daleko. Z pozoru wydawało się, że mam cudowne życie, miałam pełno znajomych, pieniądze, piękny dom. Jednak w tym samym czasie cierpiałam na depresję, z którą nie mogłam sobie poradzić. Przeszłam kilka prób samobójczych. Byłam w takim stanie, że nie mogłam wychodzić z domu. Nieustający lęk paraliżował mnie do tego stopnia, że nawet jazda komunikacją miejską stała się dla mnie problemem. Ciągle myślałam: „nie chcę żyć, nie chcę żyć, po co ja żyję?”. 
Szukałam Boga w różnych religiach. Przez wiele lat miałam kontakt z praktykami okultystycznymi, jak wróżby, ho-
roskopy, bioenergoterapia. Szukałam miłości. Myślałam, że jak będę z kimś cudownym, wspaniałym – to będę szczęśliwa. A więc jeden chłopak, drugi chłopak, trzeci chłopak… Sądziłam, że te relacje dadzą mi szczęście, ale tak nie było. Tłumaczyłam sobie, że przecież chcę dobra, chcę tylko spróbować, że to nic złego. Tymczasem konsekwencje wszystkich tych czynów były straszne. Teraz już wiem, że jeśli coś jest złe, to nie można tego próbować, bo to zabija.
Pewnego dnia poczułam, że już nie dam rady. Wzięłam więc dużą garść leków, krzycząc do Boga: „Boże, ja nie chcę żyć, zabierz mnie z tego świata, bo ja nie chcę żyć!”. Chciałam też podciąć sobie żyły, ale zapadłam w sen. Znajomi mojej rodziny wybudzili mnie po wielu godzinach. Nie rozumiałam, jak to możliwe, że przeżyłam. Przez długi okres odczuwałam konsekwencje zdrowotne z powodu przedawkowania leków. Dzisiaj wiem, że to cud, że przeżyłam. Drugi cud, że poznałam Pana Boga. 
Mieszkałam wtedy u mojego przyjaciela, który był homoseksualistą. Pewnego razu chciał mnie zabrać do znajomego księdza, który mu pomagał. W pierwszym momencie nie miałam na to zupełnie ochoty. W tym czasie śmiałam się z Kościoła. Mimo wszystko poszłam z nim. I to było niesamowite. Weszłam i zobaczyłam czterech chłopaków, napakowanych, łysych, wytatuowanych i w dresach. Pomyślałam: „O Boże, co oni tu robią?”. Od razu przyszło mi na myśl: „Impreza na plebanii, normalnie impreza na plebanii!”. Później zauważyłam, że mają koszulki z Maryją i modlą się na różańcu. Siedziałam tam i nie mogłam uwierzyć, myślałam: „Boże, co się dzieje, oni są najarani, kompletnie najarani”. Nic nie mówili, tylko się modlili. Wróciłam do domu. Tego dnia, gdy rozmawiałam z ludźmi przez telefon, mówili mi:
– Ola, nie słyszałam cię takiej od wielu miesięcy, ty jesteś szczęśliwa!
Czułam, że coś się stało, coś, czego nie umiałam wytłumaczyć. Na drugi dzień spotkałam się z tymi chłopakami. To oni opowiedzieli mi o pragnieniu założenia wspólnoty Przymierze Miłosierdzia i to z nimi zaczęłam jeździć na różne rekolekcje. Dziś są znani pod pseudonimem „Wyrwani z Niewoli”. Dzięki nim poszłam do spowiedzi. To, co się wydarzyło w tej spowiedzi, było niesamowite. Z punktu widzenia psychologicznego po wyznaniu grzechów powinnam się rozpłakać, ale tak się nie stało. Dopiero kiedy kapłan uczynił nade mną znak krzyża, zaczęłam strasznie płakać. Poczułam, że te wszystkie ciężary, które nosiłam od lat, zostały mi zabrane. Tak jakbym dźwigała coś na barkach i nagle poczuła się wolna.
To był dopiero początek mojej przygody z Panem Bogiem. Dziś bardzo często chodzę do spowiedzi, męczę księży, bo wiem, że to jest klucz do wolności. Pan Bóg nie zabrał mi w jednej chwili wszystkich grzechów, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przez wiele, wiele lat walczyłam z różnymi grzechami i nadal walczę… Ale wiem, że jest spowiedź – jest sakrament, który daje siłę. Wierzę, że kiedy tam idę, spotykam Boga. Bóg jest nieskończonym miłosierdziem. Nie ma takiego grzechu, którego On nie mógłby przebaczyć. On jest zafascynowany udzielaniem przebaczenia. Bóg pragnie przebaczyć wszystko, mówi: „Pragnę” (J 19,28). „Pragnę ciebie, pragnę dać ci wiele, moją miłość, moje szczęście...” Myślimy, że jak pójdziemy do spowiedzi, to księdzu zwiędną uszy. To nieprawda, tam jest Jezus, On tam zawsze jest, chociaż często tego nie dostrzegamy. Grzech ma swoje konsekwencje: przynosi śmierć, fizyczną i duchową, rani nas, zabija.
Dopiero po nawróceniu zrozumiałam, że potrzebuję uwolnienia z konsekwencji praktyk okultystycznych. Pytałam: „Boże, czemu ja tak cierpię? Przecież ja już jestem z Tobą, już się nawróciłam, chodzę do kościoła, czemu niosę taki ciężar? Czemu ciągle bez powodu czuję się odrzucona?”. Pewnego dnia usłyszałam o „pięciu kamieniach”, które Matka Boża z Medjugorie poleca w walce duchowej (Pismo Święte, post, spowiedź, Różaniec, Eucharystia). Czytając o objawieniach maryjnych, zwróciłam uwagę na to, jak wiele Maryja mówi o poście i jak ważny jest on w naszym życiu. Zaczęłam pościć o chlebie i wodzie. Pierwszego dnia postu odezwał się do mnie mój znajomy z Warszawy i powiedział: 
– Ola, modliły się za mnie wczoraj trzy osoby i zostałem uzdrowiony. Na drugi dzień zadzwoniły do mnie i zapytały, czy ja znam jakąś Olę i czy ona ma problemy duchowe. Powiedziały, że muszę się za ciebie modlić, bo twoja mama dokonała aborcji i ciebie też chciała zabić.
Jak to usłyszałam, powiedziałam zdezorientowana:
– Człowieku, co ty mówisz, to niemożliwe, moja mama nigdy by tego nie zrobiła! 
Kiedy zadzwoniłam do mamy, ona przez pięć minut zaprzeczała, ale w końcu przyznała się i zapytała, skąd o tym wiem. Od osób, których w ogóle nie znałam, dowiedziałam się prawdy o swoim życiu. Nigdy bym się tego nie dowiedziała, gdyby nie Pan Bóg. Dzięki temu stanęłam w prawdzie i mogłam przebaczyć swojej mamie. Mogłam też zrozumieć, jakie straszne konsekwencje niesie za sobą aborcja. 
Dzisiaj wiem, że Bóg może wszystko, że dla Niego taki telefon „z nieba” to nic, że On może jeszcze więcej. Całe życie się bałam, żyłam pozorami, tym, jak wyglądam, co myślą o mnie inni. Myślałam, że jak zacznę się modlić, to stanę się „moherowym beretem”, ale jest wprost przeciwnie. Rozwijam się, spełniam swoje marzenia, dużo podróżuję. Do tej pory pracowałam w korporacji, teraz biorę udział w misjach. Dziś doświadczam życia w prawdzie, wolności i tego, że mogę być całkowicie sobą. To jest niesamowite, jak Pan Bóg przychodzi i daje nam wolność, doświadczam tego na co dzień. Bóg dał nam wolność. Mówi: Nie mógłbyś mnie kochać, gdybyś nie miał wolności. Możesz kochać, możesz nie kochać, możesz robić coś dobrego, możesz robić coś złego. Mówimy czasem: wszystkiemu winny jest szatan. Ojciec Pio często powtarzał, że nawet gdyby naprzeciw nas stanęli wszyscy szatani, nie są w stanie odebrać nam tego kawałka wolnej woli, aby powiedzieć „nie” dla grzechu, „nie” dla zła. I to od nas zależy, co zrobimy. W języku hebrajskim grzech oznacza „nie trafić w cel”. Dzisiaj wiem, że tak jak podróżnik korzysta z map, szukając drogi, tak też Bóg stawia mi na drodze ludzi i wspólnotę, aby byli GPS-em w moim życiu, abym mogła odnaleźć właściwą ścieżkę. 
Gdy pierwszy raz trafiłam na spotkanie wspólnotowe, pierwsza moja myśl była taka: „Ale świry! Co ja tu robię?”. Widziałam jednak, że ci ludzie mieli coś, czego ja nie miałam. Nie rozumiałam, skąd mają taką bezinteresowną miłość i czemu są tacy szczęśliwi. Nigdy dotąd nie widziałam, żeby ludzie się tak kochali. 
To dzięki zetknięciu się z ojcami Enrique i Antonello zaczęłam ewangelizować. Już w pociągu, wracając z pierwszych rekolekcji ojców, zaczęłam dzielić się swoim świadectwem. Wtedy nawet jeszcze nie umiałam odmawiać Różańca, jedyne co miałam, to doświadczenie niesamowitej miłości Boga. Po tym spotkaniu z ojcami nie mogłam przestać głosić. Zaczęłam codziennie wychodzić na ulice, do bezdomnych, ewangelizować w supermarketach, w szkołach, poprawczakach. Zwariowałam. Po ludzku zwariowałam. Ale odkrycie, że Bóg istnieje, było dla mnie szokiem. Zrozumiałam, że musimy dawać miłosierdzie innym, bo nigdy wcześniej świat tak nie potrzebował miłosierdzia jak dziś, że biedni i słabi to krzyk Boga. Bóg woła, abyśmy wyszli ze swojego egoizmu i indywidualizmu. Już wtedy gdy wspólnota powstawała, bardzo mocno czułam, że Bóg wkłada w moje serce charyzmat Przymierza Miłosierdzia. 
Pewnego dnia w czasie formacji z misjonarzami wyszliśmy z kolegą rozdawać obiady bezdomnym. Była zima, duży mróz, a ci bezdomni spali w namiotach. Bardzo długo rozmawialiśmy z jednym z nich, a raczej on prowadził dialog, a my nieudolnie próbowaliśmy coś powiedzieć. Okazało się, że jest ateistą. Żegnając się z nim, powiedzieliśmy do niego bardzo proste słowa: „Może pan pomodlić się do Boga o wszystko. On naprawdę słucha”. Kilka miesięcy po tym zdarzeniu mój kolega przypadkowo spotkał tego pana. Ten bezdomny przybiegł, żeby podziękować za te słowa. Okazało się, że tego samego dnia, po naszej rozmowie, pomodlił się do Boga, żeby mu było ciepło podczas tej zimy. Kilka dni później, nie wiadomo skąd, przyszedł do bezdomnych jakiś mężczyzna, żeby im pomóc. Wybudował dla nich domek i wstawił piec. Cud!!! Do dzisiaj ten domek stoi niedaleko kościoła, gdzie mamy rekolekcje, a pan, który poprosił o ten cud, jest ich częstym bywalcem.
„Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę ubogim...” (Iz 61,1). Wiele razy Bóg potwierdzał znakami charyzmat wspólnoty Przymierza Miłosierdzia. A cudów mniejszych i większych, przemienionych serc, nie sposób wymienić czy zliczyć. Wierzę, że kluczem do wolności jest właśnie przyjęcie przez nas tej miłości miłosiernej Boga, która przemienia, daje nadzieję, która może wszystko. Nie żałuję ani jednego dnia, nie żałuję tych lat, które z Nim przeżyłam. Nie żałuję niczego, bo wiem, że Bóg wziął mnie za rękę i poprowadził do nowego życia. 
Ola

Sklep internetowy Shoper.pl