E-BOOK
7.38
PLN
Słowo wśród nas Nr 4 (308) 2019 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 4 (308) 2019 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 7,38 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO KWIETNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Kwietniowy numer „Słowa wśród nas” poświęciliśmy Bożemu Miłosierdziu, dlatego na okładce widnieje fragment obrazu Jezusa Miłosiernego z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”. To słowa, które Jezus polecił św. S. Faustynie umieścić na obrazie Go przedstawiającym, a zarazem najkrótsza, pełna mocy modlitwa, otwierająca na oścież serce Boga. Czym jest Boże Miłosierdzie i jak żyć nim w codzienności mówią artykuły napisane przez Mirę Majdan, charyzmatyczka od lat prowadząca rekolekcje o Bożym Miłosierdziu.
W Magazynie znajduje się wspomnienie o ks. Bronisławie Bozowskim, znanym kaznodziei z warszawskiego kościoła sióstr wizytek, zatytułowane „Przyjaźń <<w trzy pary oczu>>”. Napisał je Jacek Wójcik, jeden spośród kilku tysięcy przyjaciół, którzy gromadzili się wokół tego niezwykłego księdza, przyciągani promieniującą przez niego Bożą miłością. Następny tekst napisał por. Karol Cierpica, polski żołnierz m.in. z Afganistanu, który (jak sam mówi) żyje, bo zginął kto inny. O tych dramatycznych wydarzeniach i o swoim nawróceniu oraz o życiu z Bogiem opowiada bardzo bezpośrednio i z mocą. Ponadto w Magazynie krótkie świadectwo – odpowiedź na ankietę „Błogosławieństwo starości” zatytułowane: „Lubię obecne życie”.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.

 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Więcej niż pobożne praktyki
Czym jest Boże Miłosierdzie – Mira Majdan............ 4

Bądźcie świadkami Miłosierdzia
Miłosierdzie Boże w codzienności
– Mira Majdan.......................................................... 10

Dynamika działania miłosierdzia
Czego uczy nas Koronka do Miłosierdzia Bożego
– Mira Majdan..............................................................15

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 kwietnia............................................................20

MAGAZYN

Przyjaźń „w trzy pary oczu”
Wspomnienie o ks. Bronisławie Bozowskim
– Jacek Wójcik............................................................47

On był gotowy, ja nie
Opowieść żołnierza – Karol Cierpica....................... 52

Lubię obecne życie – odpowiedź na ankietę
„Błogosławieństwo starości”............................................................61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST:

Drodzy Przyjaciele!

Na nowo usłyszymy niebawem słowa, które przypominają nam, że Król wieków odmienił losy świata. Uwolnił nas od mroku, którym są nasze grzechy, nasze odstępstwa od Boga. Stąd wezwanie do radości, wybrzmiewające z taką mocą w Orędziu Paschalnym. Cała ziemia została przez mękę, śmierć i zmartwychpowstanie Jezusa opromieniona niezwykłym blaskiem Bożego Miłosierdzia. Miłosierdzia dla każdego z nas. Nasz Pan oddał swoje życie, aby uwolnić nas od Złego.
W naszym kwietniowym wielkopostno-wielkanocnym numerze zachęcamy do lektury artykułów poświęconych Bożemu Miłosierdziu, które napisała pani Mira Majdan, charyzmatyczka, od lat prowadząca rekolekcje o Bożym Miłosierdziu. W swoich tekstach przybliża nie tylko nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego, ale także teologiczny sens Miłosierdzia Bożego w historii zbawienia świata i w historii każdego z nas.
Prawda o zmartwychwstaniu Jezusa nie była oczywista dla wszystkich „owego” trzeciego dnia. Słowa kobiet, które doniosły uczniom o pustym grobie, uznano za czczą gadaninę. Uczniowie, którzy szli drogą do Emaus, byli też pełni zwątpienia. Uwierzyli, że Jezus to obiecany Mesjasz, tymczasem został On ukrzyżowany. Ich nadzieje się rozwiały. Tomasz Apostoł, zwany „niewiernym”, też miał wątpliwości. Nie było go, kiedy Jezus po zmartwychwstaniu spotkał się z uczniami w Wieczerniku, nie uwierzył świadectwu Apostołów i zażądał znaku. Dostał go. Tydzień później Jezus wrócił do Wieczernika i pozwolił Tomaszowi dotknąć swoich ran. I wtedy padły niezwykle ważne słowa: „Pan mój i Bóg mój”. Tomasz wyznał w Jezusie Boga!
W Ewangelii z drugiej niedzieli po Zmartwychwstaniu, czyli Niedzieli Miłosierdzia Bożego, czytamy, że zmartwychwstały Jezus tchnął na Apostołów i powiedział im: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”
(J 20,22-23). Tu się objawia prawda o Bogu, który jest Miłosierdziem, który jest gotowy przebaczyć wszystkie nasze grzechy. Jezus powiedział św. Faustynie, że najgorszy grzesznik ma pierwszeństwo w dostępie do Jego Serca. Choćby jego dusza była zbrukana jak krwawa szmata, to kiedy z żalem przystąpi do spowiedzi, spotka się ze zdrojem miłosierdzia. Pamiętajmy, że sakrament pokuty i pojednania nie jest trybunałem sprawiedliwości, ale miłosierdzia. 
Radosnych, pełnych światła i nadziei świąt Zmartwychwstania Pańskiego! 
ks. Stanisław Drozdowski MIC

ARTYKUŁY:


Więcej niż pobożne praktyki

Czym jest Boże Miłosierdzie

Podczas pierwszego wieczoru na tygodniowych rekolekcjach poświęconych Miłosierdziu Bożemu uczestnicy mówili o swoich oczekiwaniach. Jedni chcieli poznać bliżej postać siostry Faustyny, inni pogłębić swoje życie wewnętrzne. W końcu odezwał się pewien młody człowiek: „Ja to właściwie przyjechałem z ciekawości. Zastanawiam się, co można przez tydzień mówić o Miłosierdziu Bożym” – powiedział. Jak się okazało, Miłosierdzie Boże kojarzyło się mu wyłącznie z odmawianą w jego parafii koronką. Być może także wielu z nas zna Miłosierdzie Boże głównie od strony kultu. W większości kościołów widzimy obrazy Jezusa miłosiernego z napisem „Jezu, ufam Tobie”. Słyszymy, że młodzi chcą wziąć ślub w wigilię Niedzieli Miłosierdzia. Ksiądz poleca w ramach pokuty odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Podczas ogłoszeń duszpasterskich dowiadujemy się, że o godzinie 15.00 odbędzie się nabożeństwo ku czci Bożego Miłosierdzia. Księża zachęcają nas do szerzenia Miłosierdzia Bożego. Obraz, święto, koronka, modlitwa w godzinie Miłosierdzia oraz szerzenie jego czci to tzw. pięć postaci czy, inaczej, form kultu Miłosierdzia Bożego, wydobytych z przesłania św. Faustyny jako zalecane dla całego ludu Bożego.
Czy można jednak na tym poprzestać? Czy wystarczy modlić się tymi, a nie innymi słowami, o tej, a nie innej porze, nosić w portfelu ten, a nie inny obrazek, aby automatycznie stać się czcicielem Bożego Miłosierdzia? Czym właściwie jest to Miłosierdzie, o którym tyle mówi się w dzisiejszym Kościele?

MIŁOSIERDZIE A LITOŚĆ
Obecnie słowo „miłosierdzie” używane jest niemal wyłącznie w kręgach kościelnych. Zupełnie nie przystaje ono do ducha czasów, w których tak wiele mówi się o samorealizacji, osiąganiu sukcesów, o braniu życia we własne ręce. W jednej ze swoich pierwszych encyklik, poświęconej w całości Miłosierdziu Bożemu, papież Jan Paweł II napisał: „Umysłowość współczesna (…) zdaje się sprzeciwiać Bogu miłosierdzia, a także dąży do tego, ażeby samą ideę miłosierdzia odsunąć na margines życia i odciąć od serca ludzkiego. Samo słowo i pojęcie «miłosierdzie» jakby przeszkadzało człowiekowi, który poprzez nieznany przedtem rozwój nauki i techniki bardziej niż kiedykolwiek w dziejach stał się panem i uczynił sobie ziemię poddaną” (Dives in misericordia, 2).
Idea miłosierdzia budzi opór, gdyż często kojarzy się ono z litością, a nikt z nas nie chce być obiektem litości. To upokarza. Wolimy dać sobie radę sami, niż korzystać z czyjejś łaski. Nasuwa się nam obraz żebraka wyciągającego rękę na rogu ulicy w nadziei, że ktoś z litości rzuci parę drobnych, które pozwolą mu jakoś przetrwać kolejny dzień.
Jednak Miłosierdzie Boże, Miłosierdzie przez duże „M”, ukazują w Biblii zupełnie inne obrazy – odnalezionej drachmy, odzyskanej owcy, a przede wszystkim przyjętego z miłością syna z przypowieści nazywanej tradycyjnie przypowieścią o synu marnotrawnym, a którą Jan Paweł II nazwał przypowieścią o miłosiernym ojcu. 
Powracający do domu syn ma świadomość, że nic już mu się od ojca nie należy. Wymógł przypadającą na niego część majątku, choć prawnie należała mu się ona dopiero po śmierci ojca, po czym ją zmarnotrawił. Cierpiąc głód, postanowił wrócić do domu, licząc jedynie na ojcowską litość. Była to sytuacja upokarzająca, jednak syn był gotów przyjąć to upokorzenie, nie widząc dla siebie innego wyjścia. Spotkanie z ojcem okazało się zupełnie inne, niż to sobie wyobrażał. Zamiast spodziewanego upokorzenia doświadcza wielkiej radości. Ojciec wybiega mu naprzeciw, ciesząc się z jego powrotu, przywraca mu utracone przywileje, każe dać nową szatę zamiast łachmanów, pierścień na rękę i sandały na nogi. Ten, który jeszcze przed chwilą był nikim i żył w poniżeniu, przekonuje się, że dla ojca jest on ważniejszy niż majątek, który roztrwonił, i honor, który sponiewierał. Spodziewał się jedynie litości, jakiegoś rzuconego mu z łaski ochłapu, a tymczasem otrzymuje miłość i godność.
Takie właśnie jest Boże Miłosierdzie – stawia na nogi i wydobywa ze słabego, grzesznego człowieka to, co w nim najlepsze. Jeśli nawet w przekładach biblijnych pojawia się czasem słowo „litość”, to nigdy nie jest ono zabarwione pogardą czy obojętnością. Jest to raczej taka litość, z jaką rodzice opatrują rozbite kolano dziecka, które niepomne na ich ostrzeżenia za szybko zbiegało z górki.

MIŁOSIERDZIE
A POBŁAŻANIE ZŁU
Innym powszechnym nieporozumieniem związanym z miłosierdziem jest traktowanie go jako pewnego rodzaju słabości. W tym ujęciu Bóg, jak dobrotliwy wujaszek, patrzy przez palce na grzechy – nasze i całej ludzkości. „Oni już tacy są i inaczej nie potrafią. Trzeba ich takimi zaakceptować” – myśli sobie. Jest jak matka czy ojciec niestawiający żadnych wymagań swoim dzieciom, jak lekarz obawiający się zadać konieczny ból pacjentowi, jak ktoś z nieświadomości wspierający nałóg bliskiej osoby. Jak jednak dobrze wiemy, skutki takiej postawy bywają opłakane i z pewnością nie tak postępuje wobec nas Bóg.
Bóg nie aprobuje zła, chociaż kocha grzesznika i pragnie jego dobra. Jak mówi Jan Paweł II: „W żadnym miejscu orędzia ewangelicznego ani przebaczenie, ani też miłosierdzie jako jego źródło, nie oznacza pobłażliwości wobec zła, wobec zgorszenia, wobec krzywdy czy zniewagi wyrządzonej. W każdym wypadku naprawienie tego zła, naprawienie zgorszenia, wyrównanie krzywdy, zadośćuczynienie za zniewagę, jest warunkiem przebaczenia” (Dives in misericordia, 14). To przebaczenie jest już w Bożym sercu, a za popełnione przez nas grzechy zadośćuczynił sam Jezus. Jednak prawdziwe pojednanie pomiędzy Bogiem a nami nie dokona się bez nas. Aby przyjąć Boże przebaczenie, z naszej strony potrzeba skruchy i nawrócenia.
Prawdziwa sprawiedliwość wiąże się z miłosierdziem, ale też prawdziwe miłosierdzie potrzebuje pewnej korekty ze strony sprawiedliwości. W Bogu harmonia pomiędzy sprawiedliwością a miłosierdziem jest idealna – my z ko-
lei często mylimy sprawiedliwość z odpłatą, szukaniem zemsty, a miłosierdzie ze świętym spokojem. Dopiero światło Ducha Świętego pozwala rozeznać, co w danej sytuacji przyniesie największe dobro – a często chodzi nie tylko o nasze dobro, ale i o dobro wszystkich zainteresowanych. Czasem wiąże się to z dużym cierpieniem i pewnym ryzykiem, jak było to w życiu Kasi i jej męża. „Była jesień, mżyło, robiło się ciemno, sąsiedzi wracali do domu z pracy” – opowiada Kasia. „Mąż leżał pijany przy furtce. Patrzyłam zza firanki, trzymałam się parapetu, płakałam i wiedziałam jedno – jeśli go kocham, to muszę go tam zostawić. Niech się przekona, jak nisko upadł, może się opamięta”. Postawa Kasi, choć na pozór bezwzględna, nie miała nic wspólnego
z zemstą ani też szukaniem świętego spokoju, lecz była wyrazem miłości. Okazała się też właściwa – jej mąż już od wielu lat jest trzeźwym alkoholikiem.

NIE TYLKO DLA
„WIELKICH GRZESZNIKÓW”
Ci, którzy nawracają się do Boga po wielkich upadkach, po latach nieprzystępowania do sakramentów świętych, z głęboką świadomością swojej grzeszności, opisują często nieporównywalne z niczym poczucie radości i pokoju, jakie daje powrót do Boga. „Panie Jezu, ale Ty przecież wiesz, że to ja… wiesz, jaka jestem… I naprawdę mnie chcesz? Naprawdę mogę podejść do Ciebie?” – modliła się niedawno pewna kobieta, idąc po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat w procesji komunijnej. Dopiero reakcja innych uświadomiła jej, że mówi to na głos.
Tak głębokie doświadczenie Bożego Miłosierdzia budziło świętą zazdrość w wielu ludziach, którzy nigdy nie odeszli od Boga. Do ich grona należała także św. Teresa od Dzieciątka Jezus. „Nieraz słyszałam, jak mówiono, że nie spotyka się duszy czystej, która by kochała bardziej niż dusza pokutująca. Jakże chciałabym zadać kłam tym słowom!” – pisała w Dziejach duszy. Swoje przemyślenia Teresa przedstawiła za pomocą przykładu. Oto syn biegłego lekarza przewraca się o kamień, wyrządzając sobie krzywdę. Ojciec otacza go troskliwą opieką, stosuje skuteczną terapię, dziecko szybko dochodzi do zdrowia i jest mu wdzięczne. Czy syn byłby mu równie wdzięczny, gdyby ojciec usunął mu z drogi kamień, zapobiegając nieszczęściu? Nie, gdyby o tym nie wiedział. „Jeśli się jednak dowie – pisze Teresa – czyż nie będzie go kochał tym więcej? Otóż ja jestem owym dzieckiem, przedmiotem uprzedzającej miłości Ojca (…) On chce, abym Go kochała za to, że odpuścił mi nie tylko wiele, ale wszystko, nie czekał, aż Go ukocham bardziej niż św. Magdalena, lecz chciał, bym zrozumiała, że ukochał mnie miłością przedziwnie uprzedzającą, i w zamian kochała Go teraz do szaleństwa!” To odkrycie przywróciło jej pokój serca. Nie miała już czego zazdrościć Marii Magdalenie.
Jednak nasza zazdrość o doświadczenie Bożego Miłosierdzia przypomina niekiedy nie tyle świętą zazdrość Tereski, ile raczej zazdrość starszego brata marnotrawnego syna. Może się zdarzyć, że wprawdzie modlimy się o nawrócenie grzeszników, ale ich powrót do Pana odbieramy jako zagrożenie dla swojej własnej pozycji. Czy uwierzymy Bogu, który zwraca się do nas z tymi samymi słowami, z którymi wyszedł do starszego brata: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko moje do ciebie należy” (Łk 15,31)? Taka sytuacja jest dla nas wielką szansą, gdyż pozwala nam zobaczyć, że my także mamy się z czego nawracać – że nasza niewdzięczność, pycha, rozgoryczenie i bunt wołają o Boże Miłosierdzie.

ISTOTA OBJAWIENIA
JEZUSA CHRYSTUSA
Każdy z nas potrzebuje Miłosierdzia Bożego, nawet jeśli nie każdy o tym wie. Jest ono dla nas, jak pisał papież Franciszek, „źródłem radości, pogody i pokoju”. Jest drogą, „która łączy Boga z człowiekiem, ponieważ otwiera serce na nadzieję, że będziemy kochani na zawsze, pomimo ograniczenia, jakim jest nasz grzech”. Jest spotkaniem z miłością Boga, który „pociesza, przebacza i daje nadzieję” (Misericordiae vultus, 2).
Na tę miłosierną miłość, która zniża się do tego, co w nas najsłabsze i najgorsze, nie możemy sobie w żaden sposób zasłużyć. Możemy ją jedynie przyjąć, ukazując Bogu swoje ukryte rany, swoją biedę i niewiarę. To nie nasze zasługi, lecz właśnie nasze braki i słabości przywołują Miłosierdzie Boga, który przyjmuje nas i kocha takimi, jakimi jesteśmy. Nie pozostawia nas jednak w tym stanie, lecz przemienia na podobieństwo swego Syna.
Tak rozumiane Miłosierdzie Boga jest – według słów papieża Franciszka – „istotą objawienia Jezusa Chrystusa” (Misericordiae vultus, 25), a także głównym przesłaniem, jakie Kościół ma do zaoferowania dzisiejszemu światu. Wszyscy jesteśmy wezwani do tego, aby doświadczając osobiście Bożego Miłosierdzia, stawać się jego świadkami wobec innych – głosząc je i żyjąc nim na co dzień. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
Poniedziałek, 1 kwietnia
Iz 65,17-21
Bo oto Ja stwarzam. (Iz 65,17)
Tradycyjnie już od wieków chrzcielnice mają kształt ośmioboczny. Pierwszych siedem boków symbolizuje siedem dni stworzenia. Natomiast ósmy bok oznacza nieustanne działanie stwórcze Boga, zarówno w świecie, jak i w każdym człowieku. Ochrzczone dziecko jest wprowadzane w ten ósmy dzień – staje się nowym stworzeniem, zdolnym odziedziczyć królestwo Boże!
Czy to nie wspaniałe? Stwórcze działanie Boga nigdy się nie kończy! On codziennie powołuje do życia nowe stworzenia – a także odnawia to, co już istnieje, czyniąc „wszystko nowe” (Ap 21,5). Każdego dnia świat zmienia się i przekształca dzięki aktywnemu działaniu Boga.
Działanie to ma miejsce zarówno w świecie przyrody, jak i w świecie duchowym. Codziennie daje ci nowe szanse przyjmowania Jego miłości oraz doświadczania uzdrowienia i łaski w twoich relacjach z innymi. Codziennie otwiera przed tobą nowe możliwości dzielenia się wiarą. Wie, co w twojej modlitwie, twoich nawykach i sprawiających problemy relacjach potrzebuje odnowy i gotów jest ją przeprowadzić. Te Boże działania są przykładem „nowego stworzenia”, którego Bóg dokonuje w nas i wokół nas.
Choć z pewnością zdajesz sobie sprawę, jak wiele ci jeszcze brakuje, Bóg patrzy na ciebie jako na swoje stworzenie i widzi, że jest ono „dobre” (Rdz 1,31). Jak zapowiadał prorok Izajasz, Bóg zaplanował dla ciebie wspaniałą przyszłość, która napełni cię radością i weselem (Iz 65,18). Otwórz się więc na to, co Bóg odnawia w tobie dziś i uwierz, że to jeszcze nie wszystko! Nowe niebiosa
i nowa ziemia, o których mówią dzisiejsze czytania, to nic innego jak wspaniały dowód Bożego pragnienia dzielenia się z nami czystą radością i miłością. Dopiero w niebie, gdzie będziemy się radować doskonałą wspólnotą z Bogiem, wszystko to stanie się rzeczywistością.
Modląc się i medytując dziś nad wizją nowego stworzenia, wpatruj się w Ojca, który kieruje do ciebie słowa zachęty. Pozwól, by otworzył twoje oczy na Jego plan względem ciebie. Proś w modlitwie Ducha Świętego, aby już teraz pozwolił ci zakosztować tej radości, która będzie naszym udziałem w niebie. 
„Ojcze, pomóż mi rozpoznać Twoje stwórcze działanie w moim sercu”.
Ps 30,2.4-6.11-13
J 4,43-54

▌Wtorek, 2 kwietnia
J 5,1-16
Czy chcesz wyzdrowieć? (J 5,6)
Co to w ogóle za pytanie? To chyba oczywiste, że ten człowiek chciał wyzdrowieć! Czekał już na to od trzydziestu ośmiu lat.
Dlaczego więc Jezus zadał mu to pytanie? Dlaczego po prostu nie uzdrowił go od razu? Zauważmy jednak, że zamiast odpowiedzieć twierdząco, mężczyzna ten zaczął wyjaśniać, dlaczego dotąd nie został uzdrowiony – nie był w stanie dotrzeć wystarczająco szybko do sadzawki podczas poruszenia wody (J 5,7). Być może więc przyzwyczaił się do swojej niepełnosprawności i był z nią pogodzony. Dlatego Jezus postanowił najpierw dotknąć sedna jego problemu.
To samo może stać się również z nami. Przyzwyczajamy się do tego, co nas gnębi – chorób ciała, duszy i ducha. Nie spodziewamy się już żadnej zmiany. Może nawet czujemy obawę przed życiem bez tych chorób.
A gdyby Pan nagle zadał ci to samo pytanie? Co byś Mu odpowiedział?
Czy chcesz wyzdrowieć? „Panie, Ty wiesz, że chcę. Ale czasami wątpię, czy możesz mi pomóc. Zabierz moje wątpliwości i daj mi wiarę w Twoją moc uzdrowienia”.
Czy chcesz wyzdrowieć? „Panie, boje się poprosić Cię u uzdrowienie, bo jeśli go nie otrzymam, będę rozczarowany. Czasami zastanawiam się nawet, czy rzeczywiście mnie kochasz. Pomóż mi złożyć wszystko w Twoje ręce i Tobie pozostawić rezultat”.
Czy chcesz wyzdrowieć? „Panie, nie wiem, jakie wyzwania staną przede mną, jeśli naprawdę wyzdrowieję. Może będę musiał wyrzec się urazy i przyjąć łaskę przebaczenia. Może będę musiał zająć się nowymi sprawami i wchodzić w nowe sytuacje, porzucając swój dotychczasowy komfort”.
Nie pozwól, by cokolwiek powstrzymało cię przed proszeniem Pana o uzdrowienie. Jakiekolwiek rany w sobie nosisz, powiedz Mu: „Tak, chcę wyzdrowieć”. A potem posłuchaj, jak mówi do ciebie: „Wstań, weź swoje nosze i chodź!” (J 5,8). Może nie zostaniesz uzdrowiony natychmiast, ale umocnisz swoją wiarę i zaufanie do Pana – a także poczucie Jego miłości. Pozwól Mu uzdrowić cię w wybranym przez Niego czasie i w sposób, jaki On wybierze.
„Tak, Panie, chcę wyzdrowieć”.
Ez 47,1-9.12
Ps 46,2-3.5-6.8-9

▌Niedziela, 7 kwietnia
J 8,1-11
I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz. (J 8,11)
Czy nie chciałbyś wiedzieć, jak potoczyły się losy cudzołożnej kobiety po ocaleniu jej przez Jezusa w tym pamiętnym dniu? Jan nic na ten temat nie pisze. Zresztą Ewangelia prawie nigdy nie informuje nas, co działo się dalej w życiu ludzi, których Jezus uzdrowił czy odpuścił im grzechy. A przecież ci ludzie po spotkaniu z Nim żyli jeszcze pewnie wiele lat. Spróbujemy więc wyobrazić sobie, co mogło stać się z kobietą z dzisiejszej Ewangelii.
Fakt, że Jezus jej nie potępił, musiał wstrząsnąć nią do głębi. Ten akt miłosierdzia uratował jej życie nie tylko w sensie fizycznym, ale też i duchowym. Być może była ona tak wdzięczna Jezusowi, że stała się Jego uczennicą. Może powróciła do swego męża, aby się z nim pojednać. Trudno sobie jedynie wyobrazić, że wróciła do tego rodzaju życia, jakie wiodła wcześniej.
Takie właśnie są skutki spotkania z Bożym miłosierdziem. Nasza wdzięczność za to, co Jezus dla nas uczynił, skłania nas do wierniejszego kroczenia za Nim. Kruszy nasze serca i pomaga stawać się bardziej miłosiernymi w stosunku do innych. Otrzymujemy też łaskę mocniejszego opierania się pokusom.
Czy chciałbyś przeżyć tego rodzaju spotkanie z Jezusem? Jest ono na wyciągnięcie ręki! Słowa wypowiedziane przez Jezusa do kobiety cudzołożnej są mniej więcej tymi samymi słowami, które kapłan wypowiada do nas na spowiedzi: „I ja odpuszczam tobie grzechy”. Nawet jeśli czujesz, że inni cię potępili, nawet jeśli sam siebie potępiasz, to Jezus cię nie potępia. On ci przebacza. On cię zbawia.
W ciągu następnych dwóch tygodni skorzystaj z okazji do spowiedzi w swojej parafii lub innym kościele. Pozwól miłosierdziu Jezusa uwolnić cię od grzechów. A następnie przez wszystkie dni dzielące nas od Wielkanocy dziękuj Mu za to, że tak bardzo cię umiłował. Niech ta wdzięczność pomoże ci coraz wierniej kroczyć za Zbawicielem – i być miłosiernym wobec innych, tak jak On jest miłosierny wobec ciebie.
„Jezu, dziękuję Ci za Twoje nieskończone miłosierdzie!”
Iz 43,16-21
Ps 126,1-6
Flp 3,8-14

▌Niedziela, 14 kwietnia
Niedziela Palmowa
Łk 22,14--23,56
A gdy nadeszła pora… (Łk 22,14)
Jednym ze sposobów przybliżenia sobie męki Jezusa jest próba postawienia się na Jego miejscu. Najpierw Jezus został zdradzony pocałunkiem przez jednego ze swoich Apostołów. Czy do ciebie także ktoś uśmiechał się w oczy, a poza oczami świadomie robił ci krzywdę? Czy kiedykolwiek ktoś z twoich najbliższych przyjaciół opuścił cię w trudnej chwili? Czy kiedykolwiek próbowano zniszczyć twoją reputację poprzez kłamstwa i fałszywe oskarżenia? Czy byłeś obiektem złośliwych żartów i szyderstw, które naprawdę bolały? 
Czy którekolwiek z tych doświadczeń było miłe? Oczywiście nie. Czy zraniło cię głęboko? Prawdopodobnie tak. Czy czułeś się wściekły, poniżony, obrażony? Z pewnością. Czy miałeś ochotę odpłacić tym samym? Niewykluczone.
Gdyby Jezus podczas męki choć przez ułamek sekundy żywił w sobie urazę czy złość, nie byłby w stanie nas zbawić. Wszystko byłoby stracone. Ale tak się nie stało. Doznając straszliwych katuszy z rąk ludzi, ani na chwilę nie przestał ich kochać. Poprzez tę całą gehennę, tak niesprawiedliwą, Jezus zachowywał się jak baranek prowadzony na zabicie. Nie bronił się. Nie oddawał ciosów. Powiedział jedynie: „Ojcze, przebacz im” (Łk 23,34).
Każdy z nas w jakimś momencie życia spotyka się z fałszywym oskarżeniem czy zdradą. Prawdopodobnie większość z nas już to przeżyła. Słuchając dziś opisu męki Jezusa, postanówmy sobie okazać miłosierdzie tym, którzy nas zranili, wyśmiali, skrzywdzili, zdradzili czy zniszczyli nam reputację. Postanówmy też sobie nigdy więcej świadomie nikogo nie niszczyć ani nie ranić.
Rozważanie męki Jezusa w naturalny sposób budzi w nas poczucie smutku. To boli, gdy widzimy Jezusa tak bardzo cierpiącego z rąk ludzi – także z powodu naszych grzechów. Patrząc na krzyż, prośmy Boga, by pomógł nam przebaczać – tak jak uczynił to Jezus.
„Panie, spraw, bym stawał się do Ciebie podobny”.
Łk 19,28-40
Iz 50,4-7
Ps 22,8-9.17-20.23-24
Flp 2,6-11
(lub) Łk 23,1-49

▌Sobota, 20 kwietnia
Wigilia Paschalna
Rz 6,3-11
Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga
w Chrystusie Jezusie. (Rz 6,11)
W większości kościołów nie usłyszymy dziś wszystkich czytań przewidzianych w lekcjonarzu na Wigilię Paschalną. Gdybyśmy jednak przeczytali wszystkie siedem czytań ze Starego Testamentu i pomodlili się wszystkimi ośmioma psalmami responsoryjnymi, poczulibyśmy się tak, jakbyśmy przeszli właśnie przez całą historię zbawienia! Przypomnielibyśmy sobie jej kluczowe momenty, jak stworzenie świata, ofiarowanie Izaaka czy wyjście z Egiptu. Usłyszelibyśmy proroków głoszących wierną miłość Boga oraz zapowiadających nowe przymierze oczyszczenia i odnowy.
Od pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju dzisiejsze czytania płyną jak rzeka zdążająca ku swemu ostatecznemu przeznaczeniu – wypełnieniu Bożych obietnic, nowemu przymierzu w Chrystusie Jezusie. Ale dlaczego przed Ewangelią mamy zaledwie jedno czytanie z Nowego Testamentu? Czy nie powinno tu być przynajmniej tyle samo czytań z Listów św. Pawła, Piotra czy innych? I dlaczego spośród tylu możliwości wybrano właśnie ten fragment z Listu św. Pawła do Rzymian?
Ten krótki tekst ma do spełnienia istotną funkcję, gdyż wiąże czytania ze Starego Testamentu z naszym własnym życiem. Paweł nie pozwala nam stać z boku w roli obserwatorów, lecz rzuca nas w nurty rzeki, jaką jest historia zbawienia! Uświadamia nam, że przez chrzest każdy z nas został włączony w tę wspaniałą historię. Staliśmy się częścią Bożej rodziny i otrzymaliśmy obietnicę nowego życia w Chrystusie.
Nawet jeśli nie usłyszysz dziś wszystkich czytań z lekcjonarza, spróbuj odnaleźć się w każdym z nich. Rozraduj się pięknem Bożego stworzenia. Ofiaruj się Panu, jak Abraham ofiarował Izaaka. Wyjdź z niewoli ku wolności wraz z Mojżeszem i Izraelitami. Z prorokami uciesz się obietnicą zbawienia. I wreszcie uświadom sobie ze św. Pawłem, że umarłeś dla grzechu, aby żyć dla Boga w Jezusie Chrystusie. Jesteś częścią płynącej rzeki historii zbawienia – a dziś jest także dzień twego zmartwychwstania! Świętuj go z radością!
„Panie, Twój plan zbawienia jest jak potężna rzeka! Dziękuję Ci za to, że włączyłeś mnie w tę wspaniałą historię!”
Zob. Słowo Boże na każdy dzień

Niedziela, 21 kwietnia
Zmartwychwstanie Pańskie
J 20,1-9
Biegli obydwaj. (J 20,4)
Kiedy jesteśmy chorzy, biegniemy do lekarza. Kiedy są wyprzedaże, biegniemy do galerii handlowych. Kiedy nasz maluch się przewraca, biegniemy mu na ratunek. Dzisiejsza Ewangelia mówi nam, że Piotr i Jan także biegli. Pobiegli do grobu Jezusa w Niedzielę Wielkanocną, słysząc od Marii Magdaleny, że nie ma tam Jego ciała.
W Ewangelii wielu ludzi spieszyło na spotkanie Jezusa. Byli to między innymi: setnik rzymski, człowiek opętany przez złego ducha, kobieta cierpiąca na krwotok, a także trędowaty, kobieta cudzołożna, celnik Zacheusz, matka opętanego dziecka, bogaty młodzieniec i niewidomy Bartymeusz. A nie zapominajmy też o tych wszystkich ludziach, którzy tłoczyli się przy Jezusie w każdej miejscowości, do której przybywał.
Jezus powiedział kiedyś: „Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie; do takich bowiem należy królestwo niebieskie” (Mt 19,14). Powiedział również: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście,
a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28). A także: „Tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę” (J 6,37). Zaproszenie jest skierowane do wszystkich. Nie ma żadnych warunków, żadnych zobowiązań. Jezus pragnie, aby każdy przyszedł do Niego.
Dziś, kiedy świętujemy najbardziej doniosłe wydarzenie w historii ludzkości, przyjmij zaproszenie Jezusa. Pobiegnij do Niego. Niech nie powstrzymuje cię poczucie własnej niegodności. Biegnij, by przyjąć Jego nieskończone miłosierdzie. Biegnij, by przyjąć Go jako Chleb Żywy we Mszy świętej.
Gdy Piotr i Jan przybiegli do grobu, ich serca napełniły się nadzieją. W dzisiejszą Niedzielę Wielkanocną i my także złóżmy nadzieję w Tym, który „zasiada po prawicy Boga” (Kol 3,1). Jeśli pobiegniemy do Jezusa, znajdziemy Go. On zmartwychwstał. On żyje. I chce nam pomagać, tak jak pomagał tym wszystkim, którzy do Niego przychodzili.
„Panie, wierzę, że Ty zmartwychwstałeś. Dziękuję Ci za to, że przyzywasz mnie do siebie”.
Dz 10,34a.37-43
Ps 118,1-2.16-17.22-23
Kol 3,1-4 lub 1 Kor 5,6b-8

 


MAGAZYN:

Przyjaźń „w trzy pary oczu”

Wspomnienie o ks. Bronisławie Bozowskim

W Apokalipsie św. Jana znajdujemy opis zwierząt, które były pełne oczu, oraz Baranka o siedmiorgu oczach. Lektura tych opisów może przyprawić czasami o dreszcz niepokoju. I to pomimo świadomości, że w księdze tej obowiązuje język symboli. Tymczasem kiedy myślę o przyjaźni, która przez lat dziewiętnaście łączyła mnie z księdzem o czterdzieści dwa lata starszym ode mnie, nie potrafię o niej myśleć inaczej, jak tylko przywołując „trzy pary oczu”. Było to jego stałe powiedzenie, kierowane zresztą nie tylko do mnie, ale do wszystkich spośród około pięciu tysięcy osób, które weszły z nim w bliższy kontakt. W ten sposób zaznaczał, że nasza bliska więź ma sens nie tylko międzyludzki. Nie tylko poziomy, ale i pionowy, ponieważ Pan Bóg zawsze na nas zerka. Ujmował to też inaczej, mówiąc że nasza przyjaźń nie polega na patrzeniu sobie w oczy, lecz na wspólnym patrzeniu w jedną stronę. Bronek, bo tak mu było na imię, żył i poruszał się w ciągłym poczuciu Bożej obecności. Tak więc te trzy pary oczu, to nie była tylko gra słów, ale praktykowana przez niego na co dzień pobożność. W centrum naszych spotkań był zawsze Bóg i Jego sprawy, chociaż oczywiście pływało to w sosie spraw osobistych oraz rozmaitych spraw aktualnych i historycznych najróżniejszego kalibru. Bronek za wszystkich swoich przyjaciół modlił się codziennie, a całe ściany w swoim pokoju miał obwieszone ich zdjęciami.
Kiedy go poznałem, miałem lat 17, a on 59. Była to idealna sytuacja na stworzenie relacji paternalistycznej, tymczasem od pierwszego dnia zostałem potraktowany jako równorzędny partner. Przynajmniej tak to wtedy odczuwałem. Dzisiaj, gdy osiągnąłem jego wiek, patrzę na to z innej perspektywy: Bronek był moim mistrzem w taki sposób, żebym tego nie odczuwał. Kiedy żegnaliśmy się przed moim dłuższym wyjazdem za ocean, a jak się okazało, było to nasze ostatnie spotkanie, ponieważ dwa tygodnie później zmarł, powiedział: „Dziękuję ci za wszystko, co od ciebie otrzymałem”. Słowa te bardzo mnie zaskoczyły i wciąż nie do końca je rozumiem. Wiem, jak wiele od niego otrzymałem, ale co on mógł otrzymać ode mnie? Chyba, że próbuję spojrzeć na nie z punktu widzenia św. Pawła, który napisał, że Bóg „mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej niż to, o co my prosimy czy rozumiemy” (Ef, 3,20). Pan Bóg może działać przez nas bez naszej wiedzy i zgody. Jako Stwórca ma do tego prawo. I często się nami posługuje, chociaż nie mamy o tym pojęcia. Pewnie tak było w relacji między nami. Nie miałem już szansy z Bronkiem wyjaśnić naszego pożegnania. Mam go w oczach jak mnie błogosławi w korytarzyku u sióstr urszulanek na Wiślanej na dwa dni przed moim wyjazdem. I to ostatnie jego zdanie, które zapadło mi w pamięć niewyjaśnione. 
Ksiądz Bozowski łowił przyjaciół na wiele sposobów. Jednym z nich były kazania utrzymywane w formie gawędy o Bogu, w których odwoływał się często do autentycznych przeżyć swoich licznych rozmówców. Był doskonałym kaznodzieją, wymieniany jest pośród największych kaznodziejów polskich XX wieku. Standardowo gawędy te zamykały się w czterdziestu minutach. Niejednokrotnie jednak uczciwie na początku Mszy ostrzegał, że poruszy temat trudny i nie będzie mówił krócej niż godzinę. Jeśli więc komuś się spieszy, niech poszuka sobie innego kościoła. Nie zauważyłem, żeby ktoś wychodził. Wręcz przeciwnie, ludzie przyjeżdżali z daleka, a po Mszy godzinami czekali na możliwość rozmowy z nim lub spowiedzi. Na schodkach oficyny sióstr wizytek, gdzie miał swój pokój, ludzie czekali na spotkanie często do północy. Ksiądz Jan Twardowski, który też tam mieszkał, zwykle w niedzielę uciekał z domu, bo nie był w stanie tego wytrzymać. I tak było wszędzie, gdzie Bronek pomieszkiwał. Ciągnął się za nim ogon przyjaciół, nazywany przez niego „szarańczą”. 
Zastanawiałem się nieraz nad magnetyczną siłą jego kazań. Na pewno bardzo przystępnie mówił o naszych kontaktach z Bogiem, tłumaczył, jak je budować i jak z Nim można zwyczajnie żyć. Jednocześnie pokazywał ludzi od ich najlepszej strony. Bronek uważał, że każdy człowiek chce dobrze, tylko nie zawsze mu się to udaje.
Drugim sposobem łowienia przyjaciół było po prostu zaczepianie ludzi – na ulicy, przez okno ich mieszkania, nawet w kinie. Piszę tylko o tym, czego sam byłem świadkiem. Potrafił przełamywać bariery wieku i wykształcenia, dostosowując się do możliwości rozmówcy. Zaczynał od spraw banalnych, dotyczących życia codziennego, i starał się doprowadzić po jakimś czasie do dialogu o sprawach duchowych, o wierze. Świadomie użyłem słowa „dialog”, ponieważ sądzę, że oddaje ono postawę Bronka w rozmowach z ludźmi. On po prostu był ciekaw Pana Boga. Interesowało go, co inni o Nim myślą, jakie miejsce zajmuje On w ich życiu. Dostrzegał w ludziach ich religijność i wydobywał z nich to, co było przedtem przez nich nieuświadomione lub nienazwane. 
Oczywiście w kręgu przyjaciół Bronka nie brakowało osób świętych, jednak nie stronił on od przyjaźni z ludźmi, którzy nie tylko błądzili życiowo i nie tylko się nie nawracali, ale i takich, którzy się od Boga odwracali. Nie znaczy to, że przyklepywał ich błędy. Nie mogli liczyć na akceptację zła w swoim życiu, jednak Bronek nie odmawiał im swojej przyjaźni. Zawsze jakby cierpliwie czekał z nadzieją na naprawę ich życia i nie rezygnował. To samo dotyczyło otwarcia Bronkowych przyjaciół na Boga. Niektórzy z nich mieli z tym kłopot. Zdarzało się nawet, że prosił zaprzyjaźnioną a niewierzącą osobę, żeby służyła mu do Mszy. To może skrajny przykład jego liczenia na przebudzenie czyjegoś serca. 
To, co wyżej napisałem, bynajmniej nie oznacza, że Bronek miał luźny stosunek do spraw wiary i moralności. Sam przestrzegał ascetycznej niemal dyscypliny, poczynając od bardzo skromnego, wręcz ubogiego stylu życia, a kończąc na układaniu własnego życia duchowego zgodnie z biegiem roku liturgicznego. Ubóstwo Bronka wiązało się dodatkowo z jego całkowitą rezygnacją z jakiejkolwiek prywatności. Będąc bardzo wymagającym wobec siebie, w stosunku do innych osób stosował taryfę ulgową, metodę małych kroków. Nie rezygnował z naprowadzania ich na dobre rozwiązanie. Dobierał propozycje naprawy i rozwoju życia duchowego swoich przyjaciół do ich możliwości, mając na uwadze szerszą perspektywę. Mogę to powiedzieć na podstawie osobistego doświadczenia, a także historii, o których mi opowiadał, nie podając oczywiście informacji zbyt osobistych. Nie będzie chyba zdradą tajemnicy spowiedzi wyjawienie tego, że w każdej z nich kwitował moje grzechy zapytaniem: „Co zrobiłeś ostatnio dla Chrystusa?”. Tak postawiona sprawa zmuszała mnie do zastanowienia się nad moim życiem bardziej niż surowa pokuta. 
Nie sposób w krótkim wspomnieniu oddać postać tak wielowymiarową, jaką był ks. Bronisław Bozowski. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jego szczególny rys, jakim była wielka wrażliwość na cierpienie. Kiedy o tym myślę, przychodzi mi do głowy jedno porównanie: wobec cierpienia był on jak membrana. Uderzało w niego każde cierpienie, o którym słyszał, i widać było, że bardzo je przeżywał. Skarżył się nieraz, jak bardzo mu ciężko jest unieść ból tych wszystkich samobójców, których zdjęcia także wisiały na ścianach jego pokoju. Wielu osobom towarzyszył w chorobach terminalnych. Cierpiał z tymi, których małżeństwa się rozpadły. Potrafił też w kręgu przyjaciół utrzymać osoby psychicznie zaburzone. Cierpienie ludzkie łączyło się dla niego ściśle z cierpieniem Jezusa. W trakcie Mszy odprawianych w swoim mieszkaniu niejeden raz miał w czasie Przeistoczenia łzy w oczach. Czasem do przewidzianych słów konsekracji dodawał kilkuzdaniowy komentarz o tym, że zmiażdżenie winogron, niezbędne do wytworzenia wina, obrazuje zmiażdżenie Jezusa cierpieniem. Ta wrażliwość była również fundamentem wielu jego przyjaźni zbudowanych na wspieraniu cierpiących i pocieszaniu ich.
Nasza przyjaźń trwała 19 lat. To był mój przyjaciel, jak to się mówi, do grobowej deski. Choć nie jest to do końca prawda, bo nasza przyjaźń trwa nadal. Ponieważ w odczuciu wielu przyjaciół Bronek odszedł w opinii świętości, próbowaliśmy zbierać świadectwa o nim. Przy tej okazji poznałem sporo osób, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Ich opowiadania o Bronku, chociaż różniące się w szczegółach i sytuacjach, są takie same jak moje wspomnienie. Moi rozmówcy podkreślali jego zaangażowanie w ich życie, w ich zmartwienia i radości. A przede wszystkim to, że ukazał im bardzo bliską i przyjazną twarz Pana Boga. ▐


Ks. Bronisław Bozowski (1908 – 1987) podczas wojny był we Francji kaznodzieją i katechetą liceum im. C. Norwida w Villard de Lans. Po powrocie do Polski w 1947 roku pracował w Rabce, a następnie w Warszawie. Przez wiele lat był rezydentem przy kościele sióstr wizytek na Krakowskim Przedmieściu, gdzie każdej niedzieli o godzinie 12 odprawiał Mszę i wygłaszał słynne kazania, które przyciągały licznych wiernych. Garnęli się do niego ludzie wszystkich opcji politycznych oraz wszystkich warstw, a on zawsze starał się znaleźć dla nich czas. Uczył przede wszystkim przyjaźni z Panem Bogiem, pomagał, wspierał, łagodził konflikty. W testamencie polecał swoim przyjaciołom „po prostu i serdecznie starać się żyć w przyjaźni z Bogiem – i wszystkimi ludźmi – nikogo nie uważać za wroga czy obcego”. Jak ktoś o nim powiedział – dobroć Boża odbijała się w nim jak w lustrze i na tym polegała siła jego oddziaływania.
Powstałe po jego śmierci Stowarzyszenie Przyjaciół Księdza Bronisława Bozowskiego podjęło starania o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego. Część jego kazań została wydana w formie książkowej, a w Warszawie upamiętniono go, wytyczając Ścieżkę im. ks. Bronka Bozowskiego na skarpie nieopodal miejsca, gdzie mieszkał.


On był gotowy, ja nie

Opowieść żołnierza

Jestem żołnierzem. Już jak byłem małym chłopcem, marzyłem o tym, żeby być obrońcą Ojczyzny. Tak byłem wychowany – w świadomości, że w Polsce ziemia jest przesiąknięta krwią jej obrońców, że to wielka wartość. Miałem 19 lat, kiedy zgłosiłem się na ochotnika do wojska. W czasie rekrutacji powiedziałem, że chcę zostać komandosem. I to się udało, założyłem bordowy beret. Byłem dumny jak nigdy. Wkrótce zostałem skoczkiem, a później instruktorem spadochronowym. Moje młodzieńcze marzenia, marzenia chłopaka, który szuka wyzwań, adrenaliny, się spełniły. Wojsko to była dla mnie jedna wielka przygoda. W 1996 roku wyjechałem na moją pierwszą misję zagraniczną do Bośni i Hercegowiny, już po skończonej wojnie. Przyszywając sobie do munduru orła z napisem „Poland”, poczułem się bardzo dumny, że mogę być reprezentantem mojego kraju. Wszyscy – my, żołnierze – czuliśmy, że jesteśmy częścią ważnej operacji, że to niezwykłe. Pojechałem wtedy na jedną zmianę, a zostałem na trzy. A potem wyjechałem do Afganistanu, gdzie w sumie spędziłem blisko dwa lata.

MISJA W AFGANISTANIE
W Afganistanie byliśmy częścią dużej operacji natowskiej. W polsko-amerykańskich bazach dzieliliśmy wojskowe życie na wszystkich szczeblach. Największa amerykańska baza Bagram w Afganistanie to baza przerzutowa sił natowskich, gdzie żołnierze przechodzą szkolenia adaptacyjne zaraz po przyjeździe. Człowiek zderza się tam z niesamowitą machiną militarną – dyscyplina, organizacja i siła – to wszystko robi wielkie wrażenie. Po kilku dniach w Bagram przelatuje się śmigłowcami do własnych baz, gdzie już się pełni służbę. Podczas pierwszej misji byłem w prowincji Paktika w małej bazie, około 100-150 żołnierzy, na pustyni. Gorąco, kraj egzotyczny, żółwie, wielbłądy... a do tego strefa działań wojennych. Patrole przedłużały się czasem do kilku dni w wyniku ostrzału albo nawet jakiejś zwykłej awarii samochodu. Jeździliśmy po pustyni, zawsze off road (poza drogami, na przełaj), aby uniknąć min, pułapek i zasadzek. Poczułem, że jesteśmy tam potrzebni, kiedy pojechaliśmy na jeden z pierwszych patroli. Była już zima, spadł śnieg, osłanialiśmy jakąś wioskę podczas dostarczania pomocy humanitarnej. Pamiętam, że koło naszego pojazdu kręciło się kilkanaścioro dzieciaków. Na bosaka, a było z minus 15 stopni. Wiem, że dzisiaj połowa tych dzieciaków nie żyje, z powodu skrajnie trudnych warunków życia. Co czwarte afgańskie dziecko umiera, zanim skończy 5 lat. A my dostarczaliśmy tam transporty z lekami, budowaliśmy studnie. Starałem się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. To była służba drugiemu człowiekowi, służba, z której można być dumnym. 
Na misji bardzo ważne są relacje z innymi żołnierzami. Tam wszystko robisz na poważnie i to od ciebie może zależeć czyjeś życie, a często rzeczywiście zależy. Dzielisz przestrzeń w pojeździe opancerzonym, który wyjeżdża w strefę działań wojennych, w tym samym momencie możecie zginąć, osłaniacie się wzajemnie. Powstają mocne więzi – braterstwo broni. Sam tego doświadczyłem.

NIE BYŁEM SAM
Wydarzenie, które zmieniło moje życie, miało miejsce 28 sierpnia 2013 roku podczas mojej trzeciej misji w Afganistanie w Ghazni, bazie liczącej ponad trzy tysiące personelu. Miałem 35 lat, byłem doświadczonym żołnierzem, oficerem operacyjnym. Pracowałem w Centrum Operacji Taktycznych w systemie zmianowym i akurat miałem wolne. Właśnie wróciłem z biegania (trenowałem do maratonu) do campu mieszkalnego, kiedy doszło do potężnego wybuchu, gdzieś bardzo blisko. Tak mocnego, że telefon wypadł mi z ręki, a z okien wyleciały szyby. Zgodnie z procedurą, podczas ataku rakietowego, ostrzeliwania bazy – co wówczas zdarzało się niemal codziennie – należało biec do schronów, żeby uniknąć rażenia odłamkami. A ja zamiast do schronu, instynktownie pobiegłem w stronę wybuchu. Może dlatego, że wcześniej byłem zwiadowcą w plutonie rozpoznawczym i miałem odruch, żeby sprawdzić, co się dzieje. Już po kilkudziesięciu metrach zobaczyłem dużą wyrwę w masywnym murze otaczającym bazę. Uświadomiłem sobie, że to bezpośredni atak terrorystyczny. Jak się potem okazało, ciężarówka wypełniona materiałami wybuchowymi rozsadziła mur. Wróciłem szybko po kamizelkę, hełm i broń, i pobiegłem z powrotem w stronę miejsca wybuchu. Tymczasem większość żołnierzy i personelu – zgodnie z procedurami – przebywała w schronach, bo nie wiedzieli, co się stało. Oddziały szybkiego reagowania były z drugiej strony bazy, a przez wyrwę w murze wlewali się uzbrojeni terroryści z ładunkami wybuchowymi. Byłem jednym z kilku żołnierzy, którzy chwycili za broń. 
Walczymy i zatrzymujemy napastników między kontenerami, które były w tej części bazy. Trwa wymiana ognia z różnych kierunków, jednocześnie baza cały czas jest ostrzeliwana rakietami z zewnątrz. Nagle widzę, że mam nogi we krwi, a ciągle byłem w krótkich spodenkach po tym bieganiu. W mojej strefie ucichło, więc się wycofuję. I może bym już nie wracał na pole walki, ale zobaczyłem ludzi ukrytych w schronie, personel cywilny. Zdaję sobie sprawę, że jeśli któryś terrorysta wedrze się do takiego schronu pełnego ludzi i tam się wysadzi, to oni wszyscy zginą. To są ułamki sekund, zmieniam magazynek i wracam walczyć. Podjechały już dwa polskie pojazdy sił szybkiego reagowania i prowadzą ostrzał wyrwy, ale na terenie bazy wciąż są terroryści. A ja wiem, gdzie są – między kontenerami – i tam biegnę. 
To był moment, kiedy spotkałem mojego Anioła Stróża. Młody żołnierz amerykański biegnie za mną. Odwracam się, uśmiechamy się do siebie. Pamiętam ten jego serdeczny uśmiech i te białe zęby. Jego uśmiech mówił, że wszystko będzie w porządku: nie jesteś sam. W wojsku zawsze działa się we dwóch: jeśli ja jestem oczami, to ktoś zabezpiecza mi tyły. Pobiegłem walczyć sam, ale już nie byłem sam. Jakby to sam Jezus nie zostawił mnie samego... 
Trwa walka, strzelanina ze wszystkich stron, dużo się dzieje, a my jesteśmy we dwóch, przeszukujemy linie kontenerów. Ja jestem z przodu, ten chłopak z tyłu, widzimy porozrywane szczątki terrorystów, którzy się wysadzili, idziemy dalej. Przede mną pojawia się ostatni z terrorystów, prowadzę do niego ogień, ktoś inny też do niego strzela, taki ogień krzyżowy. Jestem ranny, kończy mi się amunicja, karabin wypada mi z rąk, a z tyłu słyszę jakiś odgłos, chyba wybuchu. Potem robi się cicho, jeden z przyjaciół prowadzi mnie do amerykańskiego szpitala, bo jest bliżej. Dla mnie to koniec akcji.
Ale ten ostatni strzał, ten ostatni wybuch z tyłu za mną to był kontakt z terrorystą, którego nie zauważyliśmy i minęliśmy. Za moimi plecami był wtedy Michael, ten amerykański chłopak... Jestem już na łóżku szpitalnym, kiedy go przynoszą, kładą na łóżku obok mnie i lekarz mówi, że on nie żyje. Odtwarzam sobie całą sytuację i jest dla mnie oczywiste, że gdyby on nie biegł za mną, to ja byłbym ostatni i to do Polski wróciłaby trumna przykryta flagą. 
Ten chłopak umarł w wyniku odniesionych obrażeń, miał bardzo dużo obrażeń na całym ciele. Okazało się, że był bez kamizelki i bez hełmu. On nawet nie wrócił po kamizelkę i hełm, tylko wziął broń i pobiegł, by ratować innych ludzi. To było niezwykłe. Później jego rodzice mówili, z takim pokojem w sercu, że on po prostu taki był. Taki był ten chłopak. Taki był Michael Ollis. Miał 24 lata.
Zostałem przeniesiony do polskiego szpitala, przyszli tam koledzy Michaela, szukając żołnierza, z którym był w czasie akcji. Powiedziałem im wtedy, że Michael to prawdziwy bohater, uratował mi życie. Tak mocno to wtedy czułem. Wcześniej nie znałem Michaela osobiście, pewnie gdzieś tam się mijaliśmy w bazie. Poznaliśmy się wtedy, gdy on pobiegł za mną. Tu się spotkaliśmy, w działaniu, w walce. Wciąż pamiętam ten uśmiech, białe zęby. Jego koledzy opowiadali, że nieraz mówili Michaelowi: „Jak będziesz tak często mył zęby, to nas zdradzisz kiedyś w nocy”.

„WITAJ W RODZINIE”
Sam nie byłem poważnie ranny, głównie rany odłamkowe, pozszywali mi je i po tygodniu wyszedłem ze szpitala. Chciałem zostać do końca mojej zmiany, razem z kolegami, ale przyszło polecenie z kraju, żebym wrócił „celem wizyty zagranicznej”. Okazało się, że mam lecieć do Stanów Zjednoczonych na wręczanie rodzicom Michaela odznaczenia nadanego pośmiertnie ich synowi. Byłem wtedy w kiepskim stanie psychicznym, miałem stany depresyjne. To były już objawy PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) – zespołu stresu pourazowego, który często dotyka ludzi na skutek doznanej traumy, działań wojennych, zagrożenia życia. Obawiałem się spotkania z rodzicami Michaela, pytania: „Czemu ty żyjesz, a nasz syn nie?”. Było to trochę ponad miesiąc po wydarzeniach, jeszcze kurz nie opadł…
Jestem w holu naszego konsulatu w Nowym Jorku. Kupa fleszy. Wchodzą rodzice Michaela, zbliżają się do mnie
i... przytulają mnie. Robert, tata tego chłopaka, mówi: „Witaj w rodzinie, witaj nasz nowy przyjacielu. Thank you for your service”. Dzięki za twoją służbę. I patrzy na mnie z czułością ojca.
Jak ja mam mówić o tych słowach, które powiedział do mnie Robert Ollis? To było ogromne świadectwo wiary: „Dziękujemy Ci za to, że jesteś, za to, że byłeś z naszym synem do końca”. Nie było żadnych wyrzutów, nie trzeba było nic tłumaczyć. Nie było ważne, czy zginął 10 metrów za mną czy 5, czy w wyniku ostrzału czy wybuchu. To nie było ważne. Oni byli tak bardzo dumni, cały czas dumni ze swojego syna, z tego, czego dokonał. To mnie niesłychanie cały czas porusza. Cały czas jestem za to wdzięczny Bogu. Dzisiaj patrzę na to oczyma wiary. I tak patrzył Robert. Powiedział mi: „Wiem, że przeżyliśmy tę naszą tragedię w domu tylko dzięki Bogu i dzięki wierze”. Rodzice Michaela to głęboko wierzący katolicy, ludzie niezwykli, żyjący wiarą. Wtedy nie rozumiałem tego do końca, a to Jezus działał w ich sercach: „Przygotowałem to dziecko po to, żeby już królował ze mną w niebie. A dla was mam po prostu jeszcze inny plan”. Pogodzili się z tym, a przecież ludzie całe życie nie potrafią się pogodzić z mniejszymi sprawami. 
Amerykanie mają też takie podejście do służby, do wojska. Te słowa: Thank you for your service, słyszałem wielokrotnie. Oni są dumni ze swoich żołnierzy, tak rozumieją patriotyzm. W czasie operacji afgańskiej przez 10 lat zginęło ponad 2500 amerykańskich żołnierzy. Michael jest jednym z nich i ma pomnik w Nowym Jorku, na Staten Island. Byłem na odsłonięciu tego pomnika, bardzo wzruszająca uroczystość, mnóstwo ludzi. Oni są bardzo dumni z tych, którzy oddali swoje życie na służbie.

WYCHODZENIE Z MROKU
Po powrocie do kraju moja depresja się nasiliła, zacząłem mieć lęki, fobię społeczną. PTSD, a pewnie też konsekwencje grzechu, życia z dala od Boga. Przez wiele miesięcy nie mogłem spać, chciałem odebrać sobie życie, byłem na silnych lekach, na jakiś czas wylądowałem w szpitalu. Raz było lepiej, raz gorzej, taka huśtawka. Mroczny czas. Ale Bóg na to pozwolił, bo wiedział, że jak będę chory, to zacznę Go szukać. On czekał na to. Teraz w tej chorobie widzę łaskę, która pozwoliła mi zbliżyć się do Niego. 
Przeniosłem się do innej jednostki i tam spotkałem człowieka żyjącego wiarą. Jego życie było dla mnie świadectwem wiary. On, widząc w jakim jestem stanie, powiedział mi, żebym poszedł na Mszę z modlitwą o uzdrowienie. Nie wiedziałem, co to takiego, ale poszedłem. W czasie wystawienia Jezusa w Najświętszym Sakramencie modliłem się tak prosto, z serca: „Jezu, tylko Ty znasz moje serce, wiesz, co się ze mną dzieje, tylko Ty możesz mnie uzdrowić”. Zawierzyłem Jezusowi całe swoje życie, choć nie byłem tego do końca świadomy. 
To było około roku po powrocie z Afganistanu. Urodził mi się drugi syn, któremu daliśmy imię Michael, zdrobniale Mike. W ogóle o tym nie rozmawiając, oboje z żoną tak postanowiliśmy, to było dla nas oczywiste. Ze Stanów przyszedł prezent – miś uszyty z munduru Michaela przez jego mamę... Jakiś czas potem byłem w Stanach na spotkaniu z Polonią, na które byli też zaproszeni rodzice Michaela. I na tym spotkaniu Robert Ollis powiedział: „Bóg zawsze działał w sposób tajemniczy i doskonały, i nie po to zabrał nam nasze dziecko, żeby zostawić pustkę. W tę pustkę dał nam Karola, dał nam jego żonę, Basię, dał nam nowych wnuków w Polsce, a szczególnie imiennika naszego syna, Michaela”. A na końcu dodał: „I dał nam Polskę”. Oni w ogóle nigdy wcześniej w Polsce nie byli, a teraz stali się takimi ambasadorami polskości w Stanach. 
Czemu tak przyjęli to wszystko, co się wydarzyło? Teraz to wiem: bo w ich życiu Bóg jest na pierwszym miejscu. Jak Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na właściwym. Strata dziecka, jedynego synka, była dla nich ciosem, ogromną tragedią, ale dzięki wierze poznali, że to był doskonały plan na życie ich syna. Ich syn był już gotowy. Ja nie. Ja to czuję teraz, wtedy tego nie czułem, nie rozumiałem. Jak to? Wasze dziecko nie żyje i to jest doskonały plan Pana Boga? Nie rozumiałem, choć byłem katolikiem, wychowałem się w chrześcijańskiej rodzinie.
Teraz odkrywam moje kolejne powołanie – do tego, by mówić o tym wszystkim. By mówić o Bogu w moim życiu, o Bogu w ich życiu. I że, paradoksalnie, w tych najtrudniejszych chwilach Bóg jest najbliżej. Zanim do tego doszedłem, minęło jeszcze trochę czasu. To był proces, który już wtedy się zaczął. Wówczas tylko widziałem, że ludzie patrzą na mnie jak na chorego, byłem zresztą cały czas chory, brałem leki. W końcu postanowiłem odejść z armii. Okazało się jednak, że samo pożegnanie było dla mnie nie lada wyzwaniem, czułem, że zupełnie nie jestem w stanie tego zrobić. Mocno szukałem jakiejś pomocy – tak naprawdę szukałem Boga. I trafiłem do wspólnoty – ktoś, chyba przez internet, zachęcił mnie, żebym poszedł na spotkanie Szkoły Nowej Ewangelizacji w Krakowie. Poszedłem tam i zobaczyłem rzeczy niezwykłe. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem modlitwy wstawienniczej. Po prostu ktoś mi powiedział: „Tu jest ojciec duszpasterz, idź, niech się nad tobą pomodli”. Czułem mocno, że on stoi przed Bogiem i wstawia się za mną. Podczas tej modlitwy dostałem moc, stanąłem na nogi. Już mogłem iść do jednostki wszystko zakończyć, już się nie bałem, miałem w sobie ogień, jak przed laty. To był cud. Wielki cud.

„IDŹ I GŁOŚ”
Później trafiłem na rekolekcje – pierwsze rekolekcje w ogóle w tej wspólnocie i Bóg do mnie wyraźnie powiedział: „Idź i głoś”. A ja wtedy: „Panie Boże, kto? Ja? Przecież się nie nadaję!”. Ale jednocześnie – chciałem tego. Podziwiałem liderów, którzy mówią o Bogu z taką mocą i z taką lekkością, młodzi ludzie. Chciałem, ale myślałem, że to na pewno nie jest dla mnie. Jednak Bóg nie powołuje doskonałych. On udoskonala powołanych i pokazuje mi to każdego dnia. Mocno zaangażowałem się w tę wspólnotę, w Szkołę Nowej Ewangelizacji. Prowadzimy kursy ewangelizacyjne w Polsce. Miałem też zaszczyt mówić o Bogu w swoim życiu w Irlandii, we Francji. Jedziemy tam, gdzie nas zapraszają, żebyśmy podzielili się wiarą. Na takie zaproszenia reaguję tak, jakby to Jezus do mnie dzwonił: „Przyjdź i mów o Mnie”. Chcę o Nim mówić. Wiem, że Jezus umarł za wszystkie nasze grzechy – także za te, które dopiero popełnimy. Czy może być lepsza wiadomość? I o tym mówię. 
Byłem niedawno w Lublinie, pierwszy raz w życiu, i mówiłem o Nim. Głosiłem Pana w Paryżu – to niesamowite uczucie, dzielić się z ludźmi tym, co otrzymałem. Na spotkaniu w więzieniu dosłownie czułem, jak unosi się Duch Święty. Niektórzy, skazani na 15, 25 lat więzienia, płakali i mówili, że przyniosłem im Boga i wiarę. To nie jest moje. Bóg powiedział mi: „Mów, a Ja będę działał”. To jest Jego plan, doskonały plan na moje życie. On daje wszystko, żeby wypełnić swoją obietnicę. On mi ją złożył – powiedział, że będę głosił: „Idź i głoś, bo Ja cię powołuję, bo twoje imię wyryłem na mojej dłoni, bo jesteś moim ukochanym dzieckiem”. 
Oczywiście, że pojawiają się trudności, wątpliwości. Dzisiaj to też wiem – to jest walka. Jesteśmy na wojnie. Jestem na wojnie, wiem też na jakiej. Na tej, która została już wygrana. Na krzyżu. I to chcę mówić do ludzi, bo to mówi do nich Jezus: „Jesteś cenny, bo jesteś dzieckiem Boga i dziedzicem królestwa Bożego”. Moje doświadczenia wojskowe pozwalają mi zobaczyć, że w walce duchowej jest tak samo. Strzela do nas szatan, ale mamy tarczę – słowo Boże. Jesteśmy uzbrojeni. Teraz to widzę. Do mnie też strzelano tymi pociskami złego i nic mi się nie stało. Bo jestem Jego dzieckiem. Bo Mu zaufałem. Nasuwa mi się taki obraz: kiedy mój mały Mike zaczynał chodzić, zamykał oczy, wyciągał rączki i biegł przez pokój – bo wiedział, że tata czeka i że go złapie. Ufność Bogu właśnie na tym polega. Ja też dzisiaj zamykam oczy. Przecież to On mnie prowadzi. Co może mi się stać?

NOWE ŻYCIE
W moim życiu wszystko się zmieniło. Mieszkamy teraz w innym miejscu, mamy innych ludzi wokół siebie – wszystko jest nowe. Cały czas na nowo zakochuję się w mojej żonie, to największy przyjaciel, którego Bóg mi dał, wielki dar. Niedawno spotkałem przypadkiem koleżankę, która jest w Domowym Kościele, a ona podziękowała mi za moje świadectwo, które oglądała w internecie. I powiedziała: „Ale wiesz, że tutaj u nas, w rodzinnej miejscowości, większość mówi, że zwariowałeś”. A ja dostałem taki pokój w sercu i uśmiech. Co może być dobrego z Nazaretu, Panie...
Wiem, że jest nas więcej. Dziękuję Bogu, że jestem dzisiaj w tej drużynie. Być wariatem dla Jezusa i w Jego drużynie to jest niesłychany zaszczyt. Nie ma większego zaszczytu na ziemi niż ten – być powołanym, żeby Mu służyć. Zresztą de facto wszyscy jesteśmy do tego samego powołani. A co się dzieje potem? On na nas czeka. Powiedział, że mamy tam mieszkanie i że do nieba idziemy nie po to, żeby służyć Bogu, ale żeby z Nim królować. Tam jest nasz prawdziwy dom, do którego wracamy. 
A tu, na ziemi… jesteśmy powołani do świętości i do głoszenia Ewangelii. To właśnie robimy we wspólnocie Szkoła Nowej Ewangelizacji w Krakowie. Założyliśmy niedawno stowarzyszenie przy wspólnocie, żeby móc lepiej działać, służyć ludziom, także zbierać środki na wyjazdy ewangelizacyjne, prowadzenie kursów Nowe życie czy Emaus, zakładanie nowych wspólnot. To wszystko prowadzi Pan Bóg. Cztery lata temu było nas 10 osób, teraz jest koło 100. Niezwykła jest świadomość, że to my, najzwyczajniejsi grzeszni ludzie, piszemy swoim życiem ciąg dalszy Dziejów Apostolskich. ▐

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 4 (308) 2019 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO KWIETNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Kwietniowy numer „Słowa wśród nas” poświęciliśmy Bożemu Miłosierdziu, dlatego na okładce widnieje fragment obrazu Jezusa Miłosiernego z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”. To słowa, które Jezus polecił św. S. Faustynie umieścić na obrazie Go przedstawiającym, a zarazem najkrótsza, pełna mocy modlitwa, otwierająca na oścież serce Boga. Czym jest Boże Miłosierdzie i jak żyć nim w codzienności mówią artykuły napisane przez Mirę Majdan, charyzmatyczka od lat prowadząca rekolekcje o Bożym Miłosierdziu.
W Magazynie znajduje się wspomnienie o ks. Bronisławie Bozowskim, znanym kaznodziei z warszawskiego kościoła sióstr wizytek, zatytułowane „Przyjaźń <<w trzy pary oczu>>”. Napisał je Jacek Wójcik, jeden spośród kilku tysięcy przyjaciół, którzy gromadzili się wokół tego niezwykłego księdza, przyciągani promieniującą przez niego Bożą miłością. Następny tekst napisał por. Karol Cierpica, polski żołnierz m.in. z Afganistanu, który (jak sam mówi) żyje, bo zginął kto inny. O tych dramatycznych wydarzeniach i o swoim nawróceniu oraz o życiu z Bogiem opowiada bardzo bezpośrednio i z mocą. Ponadto w Magazynie krótkie świadectwo – odpowiedź na ankietę „Błogosławieństwo starości” zatytułowane: „Lubię obecne życie”.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.

 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Więcej niż pobożne praktyki
Czym jest Boże Miłosierdzie – Mira Majdan............ 4

Bądźcie świadkami Miłosierdzia
Miłosierdzie Boże w codzienności
– Mira Majdan.......................................................... 10

Dynamika działania miłosierdzia
Czego uczy nas Koronka do Miłosierdzia Bożego
– Mira Majdan..............................................................15

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 kwietnia............................................................20

MAGAZYN

Przyjaźń „w trzy pary oczu”
Wspomnienie o ks. Bronisławie Bozowskim
– Jacek Wójcik............................................................47

On był gotowy, ja nie
Opowieść żołnierza – Karol Cierpica....................... 52

Lubię obecne życie – odpowiedź na ankietę
„Błogosławieństwo starości”............................................................61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:

Drodzy Przyjaciele!

Na nowo usłyszymy niebawem słowa, które przypominają nam, że Król wieków odmienił losy świata. Uwolnił nas od mroku, którym są nasze grzechy, nasze odstępstwa od Boga. Stąd wezwanie do radości, wybrzmiewające z taką mocą w Orędziu Paschalnym. Cała ziemia została przez mękę, śmierć i zmartwychpowstanie Jezusa opromieniona niezwykłym blaskiem Bożego Miłosierdzia. Miłosierdzia dla każdego z nas. Nasz Pan oddał swoje życie, aby uwolnić nas od Złego.
W naszym kwietniowym wielkopostno-wielkanocnym numerze zachęcamy do lektury artykułów poświęconych Bożemu Miłosierdziu, które napisała pani Mira Majdan, charyzmatyczka, od lat prowadząca rekolekcje o Bożym Miłosierdziu. W swoich tekstach przybliża nie tylko nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego, ale także teologiczny sens Miłosierdzia Bożego w historii zbawienia świata i w historii każdego z nas.
Prawda o zmartwychwstaniu Jezusa nie była oczywista dla wszystkich „owego” trzeciego dnia. Słowa kobiet, które doniosły uczniom o pustym grobie, uznano za czczą gadaninę. Uczniowie, którzy szli drogą do Emaus, byli też pełni zwątpienia. Uwierzyli, że Jezus to obiecany Mesjasz, tymczasem został On ukrzyżowany. Ich nadzieje się rozwiały. Tomasz Apostoł, zwany „niewiernym”, też miał wątpliwości. Nie było go, kiedy Jezus po zmartwychwstaniu spotkał się z uczniami w Wieczerniku, nie uwierzył świadectwu Apostołów i zażądał znaku. Dostał go. Tydzień później Jezus wrócił do Wieczernika i pozwolił Tomaszowi dotknąć swoich ran. I wtedy padły niezwykle ważne słowa: „Pan mój i Bóg mój”. Tomasz wyznał w Jezusie Boga!
W Ewangelii z drugiej niedzieli po Zmartwychwstaniu, czyli Niedzieli Miłosierdzia Bożego, czytamy, że zmartwychwstały Jezus tchnął na Apostołów i powiedział im: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”
(J 20,22-23). Tu się objawia prawda o Bogu, który jest Miłosierdziem, który jest gotowy przebaczyć wszystkie nasze grzechy. Jezus powiedział św. Faustynie, że najgorszy grzesznik ma pierwszeństwo w dostępie do Jego Serca. Choćby jego dusza była zbrukana jak krwawa szmata, to kiedy z żalem przystąpi do spowiedzi, spotka się ze zdrojem miłosierdzia. Pamiętajmy, że sakrament pokuty i pojednania nie jest trybunałem sprawiedliwości, ale miłosierdzia. 
Radosnych, pełnych światła i nadziei świąt Zmartwychwstania Pańskiego! 
ks. Stanisław Drozdowski MIC

ARTYKUŁY:


Więcej niż pobożne praktyki

Czym jest Boże Miłosierdzie

Podczas pierwszego wieczoru na tygodniowych rekolekcjach poświęconych Miłosierdziu Bożemu uczestnicy mówili o swoich oczekiwaniach. Jedni chcieli poznać bliżej postać siostry Faustyny, inni pogłębić swoje życie wewnętrzne. W końcu odezwał się pewien młody człowiek: „Ja to właściwie przyjechałem z ciekawości. Zastanawiam się, co można przez tydzień mówić o Miłosierdziu Bożym” – powiedział. Jak się okazało, Miłosierdzie Boże kojarzyło się mu wyłącznie z odmawianą w jego parafii koronką. Być może także wielu z nas zna Miłosierdzie Boże głównie od strony kultu. W większości kościołów widzimy obrazy Jezusa miłosiernego z napisem „Jezu, ufam Tobie”. Słyszymy, że młodzi chcą wziąć ślub w wigilię Niedzieli Miłosierdzia. Ksiądz poleca w ramach pokuty odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Podczas ogłoszeń duszpasterskich dowiadujemy się, że o godzinie 15.00 odbędzie się nabożeństwo ku czci Bożego Miłosierdzia. Księża zachęcają nas do szerzenia Miłosierdzia Bożego. Obraz, święto, koronka, modlitwa w godzinie Miłosierdzia oraz szerzenie jego czci to tzw. pięć postaci czy, inaczej, form kultu Miłosierdzia Bożego, wydobytych z przesłania św. Faustyny jako zalecane dla całego ludu Bożego.
Czy można jednak na tym poprzestać? Czy wystarczy modlić się tymi, a nie innymi słowami, o tej, a nie innej porze, nosić w portfelu ten, a nie inny obrazek, aby automatycznie stać się czcicielem Bożego Miłosierdzia? Czym właściwie jest to Miłosierdzie, o którym tyle mówi się w dzisiejszym Kościele?

MIŁOSIERDZIE A LITOŚĆ
Obecnie słowo „miłosierdzie” używane jest niemal wyłącznie w kręgach kościelnych. Zupełnie nie przystaje ono do ducha czasów, w których tak wiele mówi się o samorealizacji, osiąganiu sukcesów, o braniu życia we własne ręce. W jednej ze swoich pierwszych encyklik, poświęconej w całości Miłosierdziu Bożemu, papież Jan Paweł II napisał: „Umysłowość współczesna (…) zdaje się sprzeciwiać Bogu miłosierdzia, a także dąży do tego, ażeby samą ideę miłosierdzia odsunąć na margines życia i odciąć od serca ludzkiego. Samo słowo i pojęcie «miłosierdzie» jakby przeszkadzało człowiekowi, który poprzez nieznany przedtem rozwój nauki i techniki bardziej niż kiedykolwiek w dziejach stał się panem i uczynił sobie ziemię poddaną” (Dives in misericordia, 2).
Idea miłosierdzia budzi opór, gdyż często kojarzy się ono z litością, a nikt z nas nie chce być obiektem litości. To upokarza. Wolimy dać sobie radę sami, niż korzystać z czyjejś łaski. Nasuwa się nam obraz żebraka wyciągającego rękę na rogu ulicy w nadziei, że ktoś z litości rzuci parę drobnych, które pozwolą mu jakoś przetrwać kolejny dzień.
Jednak Miłosierdzie Boże, Miłosierdzie przez duże „M”, ukazują w Biblii zupełnie inne obrazy – odnalezionej drachmy, odzyskanej owcy, a przede wszystkim przyjętego z miłością syna z przypowieści nazywanej tradycyjnie przypowieścią o synu marnotrawnym, a którą Jan Paweł II nazwał przypowieścią o miłosiernym ojcu. 
Powracający do domu syn ma świadomość, że nic już mu się od ojca nie należy. Wymógł przypadającą na niego część majątku, choć prawnie należała mu się ona dopiero po śmierci ojca, po czym ją zmarnotrawił. Cierpiąc głód, postanowił wrócić do domu, licząc jedynie na ojcowską litość. Była to sytuacja upokarzająca, jednak syn był gotów przyjąć to upokorzenie, nie widząc dla siebie innego wyjścia. Spotkanie z ojcem okazało się zupełnie inne, niż to sobie wyobrażał. Zamiast spodziewanego upokorzenia doświadcza wielkiej radości. Ojciec wybiega mu naprzeciw, ciesząc się z jego powrotu, przywraca mu utracone przywileje, każe dać nową szatę zamiast łachmanów, pierścień na rękę i sandały na nogi. Ten, który jeszcze przed chwilą był nikim i żył w poniżeniu, przekonuje się, że dla ojca jest on ważniejszy niż majątek, który roztrwonił, i honor, który sponiewierał. Spodziewał się jedynie litości, jakiegoś rzuconego mu z łaski ochłapu, a tymczasem otrzymuje miłość i godność.
Takie właśnie jest Boże Miłosierdzie – stawia na nogi i wydobywa ze słabego, grzesznego człowieka to, co w nim najlepsze. Jeśli nawet w przekładach biblijnych pojawia się czasem słowo „litość”, to nigdy nie jest ono zabarwione pogardą czy obojętnością. Jest to raczej taka litość, z jaką rodzice opatrują rozbite kolano dziecka, które niepomne na ich ostrzeżenia za szybko zbiegało z górki.

MIŁOSIERDZIE
A POBŁAŻANIE ZŁU
Innym powszechnym nieporozumieniem związanym z miłosierdziem jest traktowanie go jako pewnego rodzaju słabości. W tym ujęciu Bóg, jak dobrotliwy wujaszek, patrzy przez palce na grzechy – nasze i całej ludzkości. „Oni już tacy są i inaczej nie potrafią. Trzeba ich takimi zaakceptować” – myśli sobie. Jest jak matka czy ojciec niestawiający żadnych wymagań swoim dzieciom, jak lekarz obawiający się zadać konieczny ból pacjentowi, jak ktoś z nieświadomości wspierający nałóg bliskiej osoby. Jak jednak dobrze wiemy, skutki takiej postawy bywają opłakane i z pewnością nie tak postępuje wobec nas Bóg.
Bóg nie aprobuje zła, chociaż kocha grzesznika i pragnie jego dobra. Jak mówi Jan Paweł II: „W żadnym miejscu orędzia ewangelicznego ani przebaczenie, ani też miłosierdzie jako jego źródło, nie oznacza pobłażliwości wobec zła, wobec zgorszenia, wobec krzywdy czy zniewagi wyrządzonej. W każdym wypadku naprawienie tego zła, naprawienie zgorszenia, wyrównanie krzywdy, zadośćuczynienie za zniewagę, jest warunkiem przebaczenia” (Dives in misericordia, 14). To przebaczenie jest już w Bożym sercu, a za popełnione przez nas grzechy zadośćuczynił sam Jezus. Jednak prawdziwe pojednanie pomiędzy Bogiem a nami nie dokona się bez nas. Aby przyjąć Boże przebaczenie, z naszej strony potrzeba skruchy i nawrócenia.
Prawdziwa sprawiedliwość wiąże się z miłosierdziem, ale też prawdziwe miłosierdzie potrzebuje pewnej korekty ze strony sprawiedliwości. W Bogu harmonia pomiędzy sprawiedliwością a miłosierdziem jest idealna – my z ko-
lei często mylimy sprawiedliwość z odpłatą, szukaniem zemsty, a miłosierdzie ze świętym spokojem. Dopiero światło Ducha Świętego pozwala rozeznać, co w danej sytuacji przyniesie największe dobro – a często chodzi nie tylko o nasze dobro, ale i o dobro wszystkich zainteresowanych. Czasem wiąże się to z dużym cierpieniem i pewnym ryzykiem, jak było to w życiu Kasi i jej męża. „Była jesień, mżyło, robiło się ciemno, sąsiedzi wracali do domu z pracy” – opowiada Kasia. „Mąż leżał pijany przy furtce. Patrzyłam zza firanki, trzymałam się parapetu, płakałam i wiedziałam jedno – jeśli go kocham, to muszę go tam zostawić. Niech się przekona, jak nisko upadł, może się opamięta”. Postawa Kasi, choć na pozór bezwzględna, nie miała nic wspólnego
z zemstą ani też szukaniem świętego spokoju, lecz była wyrazem miłości. Okazała się też właściwa – jej mąż już od wielu lat jest trzeźwym alkoholikiem.

NIE TYLKO DLA
„WIELKICH GRZESZNIKÓW”
Ci, którzy nawracają się do Boga po wielkich upadkach, po latach nieprzystępowania do sakramentów świętych, z głęboką świadomością swojej grzeszności, opisują często nieporównywalne z niczym poczucie radości i pokoju, jakie daje powrót do Boga. „Panie Jezu, ale Ty przecież wiesz, że to ja… wiesz, jaka jestem… I naprawdę mnie chcesz? Naprawdę mogę podejść do Ciebie?” – modliła się niedawno pewna kobieta, idąc po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat w procesji komunijnej. Dopiero reakcja innych uświadomiła jej, że mówi to na głos.
Tak głębokie doświadczenie Bożego Miłosierdzia budziło świętą zazdrość w wielu ludziach, którzy nigdy nie odeszli od Boga. Do ich grona należała także św. Teresa od Dzieciątka Jezus. „Nieraz słyszałam, jak mówiono, że nie spotyka się duszy czystej, która by kochała bardziej niż dusza pokutująca. Jakże chciałabym zadać kłam tym słowom!” – pisała w Dziejach duszy. Swoje przemyślenia Teresa przedstawiła za pomocą przykładu. Oto syn biegłego lekarza przewraca się o kamień, wyrządzając sobie krzywdę. Ojciec otacza go troskliwą opieką, stosuje skuteczną terapię, dziecko szybko dochodzi do zdrowia i jest mu wdzięczne. Czy syn byłby mu równie wdzięczny, gdyby ojciec usunął mu z drogi kamień, zapobiegając nieszczęściu? Nie, gdyby o tym nie wiedział. „Jeśli się jednak dowie – pisze Teresa – czyż nie będzie go kochał tym więcej? Otóż ja jestem owym dzieckiem, przedmiotem uprzedzającej miłości Ojca (…) On chce, abym Go kochała za to, że odpuścił mi nie tylko wiele, ale wszystko, nie czekał, aż Go ukocham bardziej niż św. Magdalena, lecz chciał, bym zrozumiała, że ukochał mnie miłością przedziwnie uprzedzającą, i w zamian kochała Go teraz do szaleństwa!” To odkrycie przywróciło jej pokój serca. Nie miała już czego zazdrościć Marii Magdalenie.
Jednak nasza zazdrość o doświadczenie Bożego Miłosierdzia przypomina niekiedy nie tyle świętą zazdrość Tereski, ile raczej zazdrość starszego brata marnotrawnego syna. Może się zdarzyć, że wprawdzie modlimy się o nawrócenie grzeszników, ale ich powrót do Pana odbieramy jako zagrożenie dla swojej własnej pozycji. Czy uwierzymy Bogu, który zwraca się do nas z tymi samymi słowami, z którymi wyszedł do starszego brata: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko moje do ciebie należy” (Łk 15,31)? Taka sytuacja jest dla nas wielką szansą, gdyż pozwala nam zobaczyć, że my także mamy się z czego nawracać – że nasza niewdzięczność, pycha, rozgoryczenie i bunt wołają o Boże Miłosierdzie.

ISTOTA OBJAWIENIA
JEZUSA CHRYSTUSA
Każdy z nas potrzebuje Miłosierdzia Bożego, nawet jeśli nie każdy o tym wie. Jest ono dla nas, jak pisał papież Franciszek, „źródłem radości, pogody i pokoju”. Jest drogą, „która łączy Boga z człowiekiem, ponieważ otwiera serce na nadzieję, że będziemy kochani na zawsze, pomimo ograniczenia, jakim jest nasz grzech”. Jest spotkaniem z miłością Boga, który „pociesza, przebacza i daje nadzieję” (Misericordiae vultus, 2).
Na tę miłosierną miłość, która zniża się do tego, co w nas najsłabsze i najgorsze, nie możemy sobie w żaden sposób zasłużyć. Możemy ją jedynie przyjąć, ukazując Bogu swoje ukryte rany, swoją biedę i niewiarę. To nie nasze zasługi, lecz właśnie nasze braki i słabości przywołują Miłosierdzie Boga, który przyjmuje nas i kocha takimi, jakimi jesteśmy. Nie pozostawia nas jednak w tym stanie, lecz przemienia na podobieństwo swego Syna.
Tak rozumiane Miłosierdzie Boga jest – według słów papieża Franciszka – „istotą objawienia Jezusa Chrystusa” (Misericordiae vultus, 25), a także głównym przesłaniem, jakie Kościół ma do zaoferowania dzisiejszemu światu. Wszyscy jesteśmy wezwani do tego, aby doświadczając osobiście Bożego Miłosierdzia, stawać się jego świadkami wobec innych – głosząc je i żyjąc nim na co dzień. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
Poniedziałek, 1 kwietnia
Iz 65,17-21
Bo oto Ja stwarzam. (Iz 65,17)
Tradycyjnie już od wieków chrzcielnice mają kształt ośmioboczny. Pierwszych siedem boków symbolizuje siedem dni stworzenia. Natomiast ósmy bok oznacza nieustanne działanie stwórcze Boga, zarówno w świecie, jak i w każdym człowieku. Ochrzczone dziecko jest wprowadzane w ten ósmy dzień – staje się nowym stworzeniem, zdolnym odziedziczyć królestwo Boże!
Czy to nie wspaniałe? Stwórcze działanie Boga nigdy się nie kończy! On codziennie powołuje do życia nowe stworzenia – a także odnawia to, co już istnieje, czyniąc „wszystko nowe” (Ap 21,5). Każdego dnia świat zmienia się i przekształca dzięki aktywnemu działaniu Boga.
Działanie to ma miejsce zarówno w świecie przyrody, jak i w świecie duchowym. Codziennie daje ci nowe szanse przyjmowania Jego miłości oraz doświadczania uzdrowienia i łaski w twoich relacjach z innymi. Codziennie otwiera przed tobą nowe możliwości dzielenia się wiarą. Wie, co w twojej modlitwie, twoich nawykach i sprawiających problemy relacjach potrzebuje odnowy i gotów jest ją przeprowadzić. Te Boże działania są przykładem „nowego stworzenia”, którego Bóg dokonuje w nas i wokół nas.
Choć z pewnością zdajesz sobie sprawę, jak wiele ci jeszcze brakuje, Bóg patrzy na ciebie jako na swoje stworzenie i widzi, że jest ono „dobre” (Rdz 1,31). Jak zapowiadał prorok Izajasz, Bóg zaplanował dla ciebie wspaniałą przyszłość, która napełni cię radością i weselem (Iz 65,18). Otwórz się więc na to, co Bóg odnawia w tobie dziś i uwierz, że to jeszcze nie wszystko! Nowe niebiosa
i nowa ziemia, o których mówią dzisiejsze czytania, to nic innego jak wspaniały dowód Bożego pragnienia dzielenia się z nami czystą radością i miłością. Dopiero w niebie, gdzie będziemy się radować doskonałą wspólnotą z Bogiem, wszystko to stanie się rzeczywistością.
Modląc się i medytując dziś nad wizją nowego stworzenia, wpatruj się w Ojca, który kieruje do ciebie słowa zachęty. Pozwól, by otworzył twoje oczy na Jego plan względem ciebie. Proś w modlitwie Ducha Świętego, aby już teraz pozwolił ci zakosztować tej radości, która będzie naszym udziałem w niebie. 
„Ojcze, pomóż mi rozpoznać Twoje stwórcze działanie w moim sercu”.
Ps 30,2.4-6.11-13
J 4,43-54

▌Wtorek, 2 kwietnia
J 5,1-16
Czy chcesz wyzdrowieć? (J 5,6)
Co to w ogóle za pytanie? To chyba oczywiste, że ten człowiek chciał wyzdrowieć! Czekał już na to od trzydziestu ośmiu lat.
Dlaczego więc Jezus zadał mu to pytanie? Dlaczego po prostu nie uzdrowił go od razu? Zauważmy jednak, że zamiast odpowiedzieć twierdząco, mężczyzna ten zaczął wyjaśniać, dlaczego dotąd nie został uzdrowiony – nie był w stanie dotrzeć wystarczająco szybko do sadzawki podczas poruszenia wody (J 5,7). Być może więc przyzwyczaił się do swojej niepełnosprawności i był z nią pogodzony. Dlatego Jezus postanowił najpierw dotknąć sedna jego problemu.
To samo może stać się również z nami. Przyzwyczajamy się do tego, co nas gnębi – chorób ciała, duszy i ducha. Nie spodziewamy się już żadnej zmiany. Może nawet czujemy obawę przed życiem bez tych chorób.
A gdyby Pan nagle zadał ci to samo pytanie? Co byś Mu odpowiedział?
Czy chcesz wyzdrowieć? „Panie, Ty wiesz, że chcę. Ale czasami wątpię, czy możesz mi pomóc. Zabierz moje wątpliwości i daj mi wiarę w Twoją moc uzdrowienia”.
Czy chcesz wyzdrowieć? „Panie, boje się poprosić Cię u uzdrowienie, bo jeśli go nie otrzymam, będę rozczarowany. Czasami zastanawiam się nawet, czy rzeczywiście mnie kochasz. Pomóż mi złożyć wszystko w Twoje ręce i Tobie pozostawić rezultat”.
Czy chcesz wyzdrowieć? „Panie, nie wiem, jakie wyzwania staną przede mną, jeśli naprawdę wyzdrowieję. Może będę musiał wyrzec się urazy i przyjąć łaskę przebaczenia. Może będę musiał zająć się nowymi sprawami i wchodzić w nowe sytuacje, porzucając swój dotychczasowy komfort”.
Nie pozwól, by cokolwiek powstrzymało cię przed proszeniem Pana o uzdrowienie. Jakiekolwiek rany w sobie nosisz, powiedz Mu: „Tak, chcę wyzdrowieć”. A potem posłuchaj, jak mówi do ciebie: „Wstań, weź swoje nosze i chodź!” (J 5,8). Może nie zostaniesz uzdrowiony natychmiast, ale umocnisz swoją wiarę i zaufanie do Pana – a także poczucie Jego miłości. Pozwól Mu uzdrowić cię w wybranym przez Niego czasie i w sposób, jaki On wybierze.
„Tak, Panie, chcę wyzdrowieć”.
Ez 47,1-9.12
Ps 46,2-3.5-6.8-9

▌Niedziela, 7 kwietnia
J 8,1-11
I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz. (J 8,11)
Czy nie chciałbyś wiedzieć, jak potoczyły się losy cudzołożnej kobiety po ocaleniu jej przez Jezusa w tym pamiętnym dniu? Jan nic na ten temat nie pisze. Zresztą Ewangelia prawie nigdy nie informuje nas, co działo się dalej w życiu ludzi, których Jezus uzdrowił czy odpuścił im grzechy. A przecież ci ludzie po spotkaniu z Nim żyli jeszcze pewnie wiele lat. Spróbujemy więc wyobrazić sobie, co mogło stać się z kobietą z dzisiejszej Ewangelii.
Fakt, że Jezus jej nie potępił, musiał wstrząsnąć nią do głębi. Ten akt miłosierdzia uratował jej życie nie tylko w sensie fizycznym, ale też i duchowym. Być może była ona tak wdzięczna Jezusowi, że stała się Jego uczennicą. Może powróciła do swego męża, aby się z nim pojednać. Trudno sobie jedynie wyobrazić, że wróciła do tego rodzaju życia, jakie wiodła wcześniej.
Takie właśnie są skutki spotkania z Bożym miłosierdziem. Nasza wdzięczność za to, co Jezus dla nas uczynił, skłania nas do wierniejszego kroczenia za Nim. Kruszy nasze serca i pomaga stawać się bardziej miłosiernymi w stosunku do innych. Otrzymujemy też łaskę mocniejszego opierania się pokusom.
Czy chciałbyś przeżyć tego rodzaju spotkanie z Jezusem? Jest ono na wyciągnięcie ręki! Słowa wypowiedziane przez Jezusa do kobiety cudzołożnej są mniej więcej tymi samymi słowami, które kapłan wypowiada do nas na spowiedzi: „I ja odpuszczam tobie grzechy”. Nawet jeśli czujesz, że inni cię potępili, nawet jeśli sam siebie potępiasz, to Jezus cię nie potępia. On ci przebacza. On cię zbawia.
W ciągu następnych dwóch tygodni skorzystaj z okazji do spowiedzi w swojej parafii lub innym kościele. Pozwól miłosierdziu Jezusa uwolnić cię od grzechów. A następnie przez wszystkie dni dzielące nas od Wielkanocy dziękuj Mu za to, że tak bardzo cię umiłował. Niech ta wdzięczność pomoże ci coraz wierniej kroczyć za Zbawicielem – i być miłosiernym wobec innych, tak jak On jest miłosierny wobec ciebie.
„Jezu, dziękuję Ci za Twoje nieskończone miłosierdzie!”
Iz 43,16-21
Ps 126,1-6
Flp 3,8-14

▌Niedziela, 14 kwietnia
Niedziela Palmowa
Łk 22,14--23,56
A gdy nadeszła pora… (Łk 22,14)
Jednym ze sposobów przybliżenia sobie męki Jezusa jest próba postawienia się na Jego miejscu. Najpierw Jezus został zdradzony pocałunkiem przez jednego ze swoich Apostołów. Czy do ciebie także ktoś uśmiechał się w oczy, a poza oczami świadomie robił ci krzywdę? Czy kiedykolwiek ktoś z twoich najbliższych przyjaciół opuścił cię w trudnej chwili? Czy kiedykolwiek próbowano zniszczyć twoją reputację poprzez kłamstwa i fałszywe oskarżenia? Czy byłeś obiektem złośliwych żartów i szyderstw, które naprawdę bolały? 
Czy którekolwiek z tych doświadczeń było miłe? Oczywiście nie. Czy zraniło cię głęboko? Prawdopodobnie tak. Czy czułeś się wściekły, poniżony, obrażony? Z pewnością. Czy miałeś ochotę odpłacić tym samym? Niewykluczone.
Gdyby Jezus podczas męki choć przez ułamek sekundy żywił w sobie urazę czy złość, nie byłby w stanie nas zbawić. Wszystko byłoby stracone. Ale tak się nie stało. Doznając straszliwych katuszy z rąk ludzi, ani na chwilę nie przestał ich kochać. Poprzez tę całą gehennę, tak niesprawiedliwą, Jezus zachowywał się jak baranek prowadzony na zabicie. Nie bronił się. Nie oddawał ciosów. Powiedział jedynie: „Ojcze, przebacz im” (Łk 23,34).
Każdy z nas w jakimś momencie życia spotyka się z fałszywym oskarżeniem czy zdradą. Prawdopodobnie większość z nas już to przeżyła. Słuchając dziś opisu męki Jezusa, postanówmy sobie okazać miłosierdzie tym, którzy nas zranili, wyśmiali, skrzywdzili, zdradzili czy zniszczyli nam reputację. Postanówmy też sobie nigdy więcej świadomie nikogo nie niszczyć ani nie ranić.
Rozważanie męki Jezusa w naturalny sposób budzi w nas poczucie smutku. To boli, gdy widzimy Jezusa tak bardzo cierpiącego z rąk ludzi – także z powodu naszych grzechów. Patrząc na krzyż, prośmy Boga, by pomógł nam przebaczać – tak jak uczynił to Jezus.
„Panie, spraw, bym stawał się do Ciebie podobny”.
Łk 19,28-40
Iz 50,4-7
Ps 22,8-9.17-20.23-24
Flp 2,6-11
(lub) Łk 23,1-49

▌Sobota, 20 kwietnia
Wigilia Paschalna
Rz 6,3-11
Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga
w Chrystusie Jezusie. (Rz 6,11)
W większości kościołów nie usłyszymy dziś wszystkich czytań przewidzianych w lekcjonarzu na Wigilię Paschalną. Gdybyśmy jednak przeczytali wszystkie siedem czytań ze Starego Testamentu i pomodlili się wszystkimi ośmioma psalmami responsoryjnymi, poczulibyśmy się tak, jakbyśmy przeszli właśnie przez całą historię zbawienia! Przypomnielibyśmy sobie jej kluczowe momenty, jak stworzenie świata, ofiarowanie Izaaka czy wyjście z Egiptu. Usłyszelibyśmy proroków głoszących wierną miłość Boga oraz zapowiadających nowe przymierze oczyszczenia i odnowy.
Od pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju dzisiejsze czytania płyną jak rzeka zdążająca ku swemu ostatecznemu przeznaczeniu – wypełnieniu Bożych obietnic, nowemu przymierzu w Chrystusie Jezusie. Ale dlaczego przed Ewangelią mamy zaledwie jedno czytanie z Nowego Testamentu? Czy nie powinno tu być przynajmniej tyle samo czytań z Listów św. Pawła, Piotra czy innych? I dlaczego spośród tylu możliwości wybrano właśnie ten fragment z Listu św. Pawła do Rzymian?
Ten krótki tekst ma do spełnienia istotną funkcję, gdyż wiąże czytania ze Starego Testamentu z naszym własnym życiem. Paweł nie pozwala nam stać z boku w roli obserwatorów, lecz rzuca nas w nurty rzeki, jaką jest historia zbawienia! Uświadamia nam, że przez chrzest każdy z nas został włączony w tę wspaniałą historię. Staliśmy się częścią Bożej rodziny i otrzymaliśmy obietnicę nowego życia w Chrystusie.
Nawet jeśli nie usłyszysz dziś wszystkich czytań z lekcjonarza, spróbuj odnaleźć się w każdym z nich. Rozraduj się pięknem Bożego stworzenia. Ofiaruj się Panu, jak Abraham ofiarował Izaaka. Wyjdź z niewoli ku wolności wraz z Mojżeszem i Izraelitami. Z prorokami uciesz się obietnicą zbawienia. I wreszcie uświadom sobie ze św. Pawłem, że umarłeś dla grzechu, aby żyć dla Boga w Jezusie Chrystusie. Jesteś częścią płynącej rzeki historii zbawienia – a dziś jest także dzień twego zmartwychwstania! Świętuj go z radością!
„Panie, Twój plan zbawienia jest jak potężna rzeka! Dziękuję Ci za to, że włączyłeś mnie w tę wspaniałą historię!”
Zob. Słowo Boże na każdy dzień

Niedziela, 21 kwietnia
Zmartwychwstanie Pańskie
J 20,1-9
Biegli obydwaj. (J 20,4)
Kiedy jesteśmy chorzy, biegniemy do lekarza. Kiedy są wyprzedaże, biegniemy do galerii handlowych. Kiedy nasz maluch się przewraca, biegniemy mu na ratunek. Dzisiejsza Ewangelia mówi nam, że Piotr i Jan także biegli. Pobiegli do grobu Jezusa w Niedzielę Wielkanocną, słysząc od Marii Magdaleny, że nie ma tam Jego ciała.
W Ewangelii wielu ludzi spieszyło na spotkanie Jezusa. Byli to między innymi: setnik rzymski, człowiek opętany przez złego ducha, kobieta cierpiąca na krwotok, a także trędowaty, kobieta cudzołożna, celnik Zacheusz, matka opętanego dziecka, bogaty młodzieniec i niewidomy Bartymeusz. A nie zapominajmy też o tych wszystkich ludziach, którzy tłoczyli się przy Jezusie w każdej miejscowości, do której przybywał.
Jezus powiedział kiedyś: „Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie; do takich bowiem należy królestwo niebieskie” (Mt 19,14). Powiedział również: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście,
a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28). A także: „Tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę” (J 6,37). Zaproszenie jest skierowane do wszystkich. Nie ma żadnych warunków, żadnych zobowiązań. Jezus pragnie, aby każdy przyszedł do Niego.
Dziś, kiedy świętujemy najbardziej doniosłe wydarzenie w historii ludzkości, przyjmij zaproszenie Jezusa. Pobiegnij do Niego. Niech nie powstrzymuje cię poczucie własnej niegodności. Biegnij, by przyjąć Jego nieskończone miłosierdzie. Biegnij, by przyjąć Go jako Chleb Żywy we Mszy świętej.
Gdy Piotr i Jan przybiegli do grobu, ich serca napełniły się nadzieją. W dzisiejszą Niedzielę Wielkanocną i my także złóżmy nadzieję w Tym, który „zasiada po prawicy Boga” (Kol 3,1). Jeśli pobiegniemy do Jezusa, znajdziemy Go. On zmartwychwstał. On żyje. I chce nam pomagać, tak jak pomagał tym wszystkim, którzy do Niego przychodzili.
„Panie, wierzę, że Ty zmartwychwstałeś. Dziękuję Ci za to, że przyzywasz mnie do siebie”.
Dz 10,34a.37-43
Ps 118,1-2.16-17.22-23
Kol 3,1-4 lub 1 Kor 5,6b-8

 


MAGAZYN:

Przyjaźń „w trzy pary oczu”

Wspomnienie o ks. Bronisławie Bozowskim

W Apokalipsie św. Jana znajdujemy opis zwierząt, które były pełne oczu, oraz Baranka o siedmiorgu oczach. Lektura tych opisów może przyprawić czasami o dreszcz niepokoju. I to pomimo świadomości, że w księdze tej obowiązuje język symboli. Tymczasem kiedy myślę o przyjaźni, która przez lat dziewiętnaście łączyła mnie z księdzem o czterdzieści dwa lata starszym ode mnie, nie potrafię o niej myśleć inaczej, jak tylko przywołując „trzy pary oczu”. Było to jego stałe powiedzenie, kierowane zresztą nie tylko do mnie, ale do wszystkich spośród około pięciu tysięcy osób, które weszły z nim w bliższy kontakt. W ten sposób zaznaczał, że nasza bliska więź ma sens nie tylko międzyludzki. Nie tylko poziomy, ale i pionowy, ponieważ Pan Bóg zawsze na nas zerka. Ujmował to też inaczej, mówiąc że nasza przyjaźń nie polega na patrzeniu sobie w oczy, lecz na wspólnym patrzeniu w jedną stronę. Bronek, bo tak mu było na imię, żył i poruszał się w ciągłym poczuciu Bożej obecności. Tak więc te trzy pary oczu, to nie była tylko gra słów, ale praktykowana przez niego na co dzień pobożność. W centrum naszych spotkań był zawsze Bóg i Jego sprawy, chociaż oczywiście pływało to w sosie spraw osobistych oraz rozmaitych spraw aktualnych i historycznych najróżniejszego kalibru. Bronek za wszystkich swoich przyjaciół modlił się codziennie, a całe ściany w swoim pokoju miał obwieszone ich zdjęciami.
Kiedy go poznałem, miałem lat 17, a on 59. Była to idealna sytuacja na stworzenie relacji paternalistycznej, tymczasem od pierwszego dnia zostałem potraktowany jako równorzędny partner. Przynajmniej tak to wtedy odczuwałem. Dzisiaj, gdy osiągnąłem jego wiek, patrzę na to z innej perspektywy: Bronek był moim mistrzem w taki sposób, żebym tego nie odczuwał. Kiedy żegnaliśmy się przed moim dłuższym wyjazdem za ocean, a jak się okazało, było to nasze ostatnie spotkanie, ponieważ dwa tygodnie później zmarł, powiedział: „Dziękuję ci za wszystko, co od ciebie otrzymałem”. Słowa te bardzo mnie zaskoczyły i wciąż nie do końca je rozumiem. Wiem, jak wiele od niego otrzymałem, ale co on mógł otrzymać ode mnie? Chyba, że próbuję spojrzeć na nie z punktu widzenia św. Pawła, który napisał, że Bóg „mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej niż to, o co my prosimy czy rozumiemy” (Ef, 3,20). Pan Bóg może działać przez nas bez naszej wiedzy i zgody. Jako Stwórca ma do tego prawo. I często się nami posługuje, chociaż nie mamy o tym pojęcia. Pewnie tak było w relacji między nami. Nie miałem już szansy z Bronkiem wyjaśnić naszego pożegnania. Mam go w oczach jak mnie błogosławi w korytarzyku u sióstr urszulanek na Wiślanej na dwa dni przed moim wyjazdem. I to ostatnie jego zdanie, które zapadło mi w pamięć niewyjaśnione. 
Ksiądz Bozowski łowił przyjaciół na wiele sposobów. Jednym z nich były kazania utrzymywane w formie gawędy o Bogu, w których odwoływał się często do autentycznych przeżyć swoich licznych rozmówców. Był doskonałym kaznodzieją, wymieniany jest pośród największych kaznodziejów polskich XX wieku. Standardowo gawędy te zamykały się w czterdziestu minutach. Niejednokrotnie jednak uczciwie na początku Mszy ostrzegał, że poruszy temat trudny i nie będzie mówił krócej niż godzinę. Jeśli więc komuś się spieszy, niech poszuka sobie innego kościoła. Nie zauważyłem, żeby ktoś wychodził. Wręcz przeciwnie, ludzie przyjeżdżali z daleka, a po Mszy godzinami czekali na możliwość rozmowy z nim lub spowiedzi. Na schodkach oficyny sióstr wizytek, gdzie miał swój pokój, ludzie czekali na spotkanie często do północy. Ksiądz Jan Twardowski, który też tam mieszkał, zwykle w niedzielę uciekał z domu, bo nie był w stanie tego wytrzymać. I tak było wszędzie, gdzie Bronek pomieszkiwał. Ciągnął się za nim ogon przyjaciół, nazywany przez niego „szarańczą”. 
Zastanawiałem się nieraz nad magnetyczną siłą jego kazań. Na pewno bardzo przystępnie mówił o naszych kontaktach z Bogiem, tłumaczył, jak je budować i jak z Nim można zwyczajnie żyć. Jednocześnie pokazywał ludzi od ich najlepszej strony. Bronek uważał, że każdy człowiek chce dobrze, tylko nie zawsze mu się to udaje.
Drugim sposobem łowienia przyjaciół było po prostu zaczepianie ludzi – na ulicy, przez okno ich mieszkania, nawet w kinie. Piszę tylko o tym, czego sam byłem świadkiem. Potrafił przełamywać bariery wieku i wykształcenia, dostosowując się do możliwości rozmówcy. Zaczynał od spraw banalnych, dotyczących życia codziennego, i starał się doprowadzić po jakimś czasie do dialogu o sprawach duchowych, o wierze. Świadomie użyłem słowa „dialog”, ponieważ sądzę, że oddaje ono postawę Bronka w rozmowach z ludźmi. On po prostu był ciekaw Pana Boga. Interesowało go, co inni o Nim myślą, jakie miejsce zajmuje On w ich życiu. Dostrzegał w ludziach ich religijność i wydobywał z nich to, co było przedtem przez nich nieuświadomione lub nienazwane. 
Oczywiście w kręgu przyjaciół Bronka nie brakowało osób świętych, jednak nie stronił on od przyjaźni z ludźmi, którzy nie tylko błądzili życiowo i nie tylko się nie nawracali, ale i takich, którzy się od Boga odwracali. Nie znaczy to, że przyklepywał ich błędy. Nie mogli liczyć na akceptację zła w swoim życiu, jednak Bronek nie odmawiał im swojej przyjaźni. Zawsze jakby cierpliwie czekał z nadzieją na naprawę ich życia i nie rezygnował. To samo dotyczyło otwarcia Bronkowych przyjaciół na Boga. Niektórzy z nich mieli z tym kłopot. Zdarzało się nawet, że prosił zaprzyjaźnioną a niewierzącą osobę, żeby służyła mu do Mszy. To może skrajny przykład jego liczenia na przebudzenie czyjegoś serca. 
To, co wyżej napisałem, bynajmniej nie oznacza, że Bronek miał luźny stosunek do spraw wiary i moralności. Sam przestrzegał ascetycznej niemal dyscypliny, poczynając od bardzo skromnego, wręcz ubogiego stylu życia, a kończąc na układaniu własnego życia duchowego zgodnie z biegiem roku liturgicznego. Ubóstwo Bronka wiązało się dodatkowo z jego całkowitą rezygnacją z jakiejkolwiek prywatności. Będąc bardzo wymagającym wobec siebie, w stosunku do innych osób stosował taryfę ulgową, metodę małych kroków. Nie rezygnował z naprowadzania ich na dobre rozwiązanie. Dobierał propozycje naprawy i rozwoju życia duchowego swoich przyjaciół do ich możliwości, mając na uwadze szerszą perspektywę. Mogę to powiedzieć na podstawie osobistego doświadczenia, a także historii, o których mi opowiadał, nie podając oczywiście informacji zbyt osobistych. Nie będzie chyba zdradą tajemnicy spowiedzi wyjawienie tego, że w każdej z nich kwitował moje grzechy zapytaniem: „Co zrobiłeś ostatnio dla Chrystusa?”. Tak postawiona sprawa zmuszała mnie do zastanowienia się nad moim życiem bardziej niż surowa pokuta. 
Nie sposób w krótkim wspomnieniu oddać postać tak wielowymiarową, jaką był ks. Bronisław Bozowski. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jego szczególny rys, jakim była wielka wrażliwość na cierpienie. Kiedy o tym myślę, przychodzi mi do głowy jedno porównanie: wobec cierpienia był on jak membrana. Uderzało w niego każde cierpienie, o którym słyszał, i widać było, że bardzo je przeżywał. Skarżył się nieraz, jak bardzo mu ciężko jest unieść ból tych wszystkich samobójców, których zdjęcia także wisiały na ścianach jego pokoju. Wielu osobom towarzyszył w chorobach terminalnych. Cierpiał z tymi, których małżeństwa się rozpadły. Potrafił też w kręgu przyjaciół utrzymać osoby psychicznie zaburzone. Cierpienie ludzkie łączyło się dla niego ściśle z cierpieniem Jezusa. W trakcie Mszy odprawianych w swoim mieszkaniu niejeden raz miał w czasie Przeistoczenia łzy w oczach. Czasem do przewidzianych słów konsekracji dodawał kilkuzdaniowy komentarz o tym, że zmiażdżenie winogron, niezbędne do wytworzenia wina, obrazuje zmiażdżenie Jezusa cierpieniem. Ta wrażliwość była również fundamentem wielu jego przyjaźni zbudowanych na wspieraniu cierpiących i pocieszaniu ich.
Nasza przyjaźń trwała 19 lat. To był mój przyjaciel, jak to się mówi, do grobowej deski. Choć nie jest to do końca prawda, bo nasza przyjaźń trwa nadal. Ponieważ w odczuciu wielu przyjaciół Bronek odszedł w opinii świętości, próbowaliśmy zbierać świadectwa o nim. Przy tej okazji poznałem sporo osób, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Ich opowiadania o Bronku, chociaż różniące się w szczegółach i sytuacjach, są takie same jak moje wspomnienie. Moi rozmówcy podkreślali jego zaangażowanie w ich życie, w ich zmartwienia i radości. A przede wszystkim to, że ukazał im bardzo bliską i przyjazną twarz Pana Boga. ▐


Ks. Bronisław Bozowski (1908 – 1987) podczas wojny był we Francji kaznodzieją i katechetą liceum im. C. Norwida w Villard de Lans. Po powrocie do Polski w 1947 roku pracował w Rabce, a następnie w Warszawie. Przez wiele lat był rezydentem przy kościele sióstr wizytek na Krakowskim Przedmieściu, gdzie każdej niedzieli o godzinie 12 odprawiał Mszę i wygłaszał słynne kazania, które przyciągały licznych wiernych. Garnęli się do niego ludzie wszystkich opcji politycznych oraz wszystkich warstw, a on zawsze starał się znaleźć dla nich czas. Uczył przede wszystkim przyjaźni z Panem Bogiem, pomagał, wspierał, łagodził konflikty. W testamencie polecał swoim przyjaciołom „po prostu i serdecznie starać się żyć w przyjaźni z Bogiem – i wszystkimi ludźmi – nikogo nie uważać za wroga czy obcego”. Jak ktoś o nim powiedział – dobroć Boża odbijała się w nim jak w lustrze i na tym polegała siła jego oddziaływania.
Powstałe po jego śmierci Stowarzyszenie Przyjaciół Księdza Bronisława Bozowskiego podjęło starania o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego. Część jego kazań została wydana w formie książkowej, a w Warszawie upamiętniono go, wytyczając Ścieżkę im. ks. Bronka Bozowskiego na skarpie nieopodal miejsca, gdzie mieszkał.


On był gotowy, ja nie

Opowieść żołnierza

Jestem żołnierzem. Już jak byłem małym chłopcem, marzyłem o tym, żeby być obrońcą Ojczyzny. Tak byłem wychowany – w świadomości, że w Polsce ziemia jest przesiąknięta krwią jej obrońców, że to wielka wartość. Miałem 19 lat, kiedy zgłosiłem się na ochotnika do wojska. W czasie rekrutacji powiedziałem, że chcę zostać komandosem. I to się udało, założyłem bordowy beret. Byłem dumny jak nigdy. Wkrótce zostałem skoczkiem, a później instruktorem spadochronowym. Moje młodzieńcze marzenia, marzenia chłopaka, który szuka wyzwań, adrenaliny, się spełniły. Wojsko to była dla mnie jedna wielka przygoda. W 1996 roku wyjechałem na moją pierwszą misję zagraniczną do Bośni i Hercegowiny, już po skończonej wojnie. Przyszywając sobie do munduru orła z napisem „Poland”, poczułem się bardzo dumny, że mogę być reprezentantem mojego kraju. Wszyscy – my, żołnierze – czuliśmy, że jesteśmy częścią ważnej operacji, że to niezwykłe. Pojechałem wtedy na jedną zmianę, a zostałem na trzy. A potem wyjechałem do Afganistanu, gdzie w sumie spędziłem blisko dwa lata.

MISJA W AFGANISTANIE
W Afganistanie byliśmy częścią dużej operacji natowskiej. W polsko-amerykańskich bazach dzieliliśmy wojskowe życie na wszystkich szczeblach. Największa amerykańska baza Bagram w Afganistanie to baza przerzutowa sił natowskich, gdzie żołnierze przechodzą szkolenia adaptacyjne zaraz po przyjeździe. Człowiek zderza się tam z niesamowitą machiną militarną – dyscyplina, organizacja i siła – to wszystko robi wielkie wrażenie. Po kilku dniach w Bagram przelatuje się śmigłowcami do własnych baz, gdzie już się pełni służbę. Podczas pierwszej misji byłem w prowincji Paktika w małej bazie, około 100-150 żołnierzy, na pustyni. Gorąco, kraj egzotyczny, żółwie, wielbłądy... a do tego strefa działań wojennych. Patrole przedłużały się czasem do kilku dni w wyniku ostrzału albo nawet jakiejś zwykłej awarii samochodu. Jeździliśmy po pustyni, zawsze off road (poza drogami, na przełaj), aby uniknąć min, pułapek i zasadzek. Poczułem, że jesteśmy tam potrzebni, kiedy pojechaliśmy na jeden z pierwszych patroli. Była już zima, spadł śnieg, osłanialiśmy jakąś wioskę podczas dostarczania pomocy humanitarnej. Pamiętam, że koło naszego pojazdu kręciło się kilkanaścioro dzieciaków. Na bosaka, a było z minus 15 stopni. Wiem, że dzisiaj połowa tych dzieciaków nie żyje, z powodu skrajnie trudnych warunków życia. Co czwarte afgańskie dziecko umiera, zanim skończy 5 lat. A my dostarczaliśmy tam transporty z lekami, budowaliśmy studnie. Starałem się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. To była służba drugiemu człowiekowi, służba, z której można być dumnym. 
Na misji bardzo ważne są relacje z innymi żołnierzami. Tam wszystko robisz na poważnie i to od ciebie może zależeć czyjeś życie, a często rzeczywiście zależy. Dzielisz przestrzeń w pojeździe opancerzonym, który wyjeżdża w strefę działań wojennych, w tym samym momencie możecie zginąć, osłaniacie się wzajemnie. Powstają mocne więzi – braterstwo broni. Sam tego doświadczyłem.

NIE BYŁEM SAM
Wydarzenie, które zmieniło moje życie, miało miejsce 28 sierpnia 2013 roku podczas mojej trzeciej misji w Afganistanie w Ghazni, bazie liczącej ponad trzy tysiące personelu. Miałem 35 lat, byłem doświadczonym żołnierzem, oficerem operacyjnym. Pracowałem w Centrum Operacji Taktycznych w systemie zmianowym i akurat miałem wolne. Właśnie wróciłem z biegania (trenowałem do maratonu) do campu mieszkalnego, kiedy doszło do potężnego wybuchu, gdzieś bardzo blisko. Tak mocnego, że telefon wypadł mi z ręki, a z okien wyleciały szyby. Zgodnie z procedurą, podczas ataku rakietowego, ostrzeliwania bazy – co wówczas zdarzało się niemal codziennie – należało biec do schronów, żeby uniknąć rażenia odłamkami. A ja zamiast do schronu, instynktownie pobiegłem w stronę wybuchu. Może dlatego, że wcześniej byłem zwiadowcą w plutonie rozpoznawczym i miałem odruch, żeby sprawdzić, co się dzieje. Już po kilkudziesięciu metrach zobaczyłem dużą wyrwę w masywnym murze otaczającym bazę. Uświadomiłem sobie, że to bezpośredni atak terrorystyczny. Jak się potem okazało, ciężarówka wypełniona materiałami wybuchowymi rozsadziła mur. Wróciłem szybko po kamizelkę, hełm i broń, i pobiegłem z powrotem w stronę miejsca wybuchu. Tymczasem większość żołnierzy i personelu – zgodnie z procedurami – przebywała w schronach, bo nie wiedzieli, co się stało. Oddziały szybkiego reagowania były z drugiej strony bazy, a przez wyrwę w murze wlewali się uzbrojeni terroryści z ładunkami wybuchowymi. Byłem jednym z kilku żołnierzy, którzy chwycili za broń. 
Walczymy i zatrzymujemy napastników między kontenerami, które były w tej części bazy. Trwa wymiana ognia z różnych kierunków, jednocześnie baza cały czas jest ostrzeliwana rakietami z zewnątrz. Nagle widzę, że mam nogi we krwi, a ciągle byłem w krótkich spodenkach po tym bieganiu. W mojej strefie ucichło, więc się wycofuję. I może bym już nie wracał na pole walki, ale zobaczyłem ludzi ukrytych w schronie, personel cywilny. Zdaję sobie sprawę, że jeśli któryś terrorysta wedrze się do takiego schronu pełnego ludzi i tam się wysadzi, to oni wszyscy zginą. To są ułamki sekund, zmieniam magazynek i wracam walczyć. Podjechały już dwa polskie pojazdy sił szybkiego reagowania i prowadzą ostrzał wyrwy, ale na terenie bazy wciąż są terroryści. A ja wiem, gdzie są – między kontenerami – i tam biegnę. 
To był moment, kiedy spotkałem mojego Anioła Stróża. Młody żołnierz amerykański biegnie za mną. Odwracam się, uśmiechamy się do siebie. Pamiętam ten jego serdeczny uśmiech i te białe zęby. Jego uśmiech mówił, że wszystko będzie w porządku: nie jesteś sam. W wojsku zawsze działa się we dwóch: jeśli ja jestem oczami, to ktoś zabezpiecza mi tyły. Pobiegłem walczyć sam, ale już nie byłem sam. Jakby to sam Jezus nie zostawił mnie samego... 
Trwa walka, strzelanina ze wszystkich stron, dużo się dzieje, a my jesteśmy we dwóch, przeszukujemy linie kontenerów. Ja jestem z przodu, ten chłopak z tyłu, widzimy porozrywane szczątki terrorystów, którzy się wysadzili, idziemy dalej. Przede mną pojawia się ostatni z terrorystów, prowadzę do niego ogień, ktoś inny też do niego strzela, taki ogień krzyżowy. Jestem ranny, kończy mi się amunicja, karabin wypada mi z rąk, a z tyłu słyszę jakiś odgłos, chyba wybuchu. Potem robi się cicho, jeden z przyjaciół prowadzi mnie do amerykańskiego szpitala, bo jest bliżej. Dla mnie to koniec akcji.
Ale ten ostatni strzał, ten ostatni wybuch z tyłu za mną to był kontakt z terrorystą, którego nie zauważyliśmy i minęliśmy. Za moimi plecami był wtedy Michael, ten amerykański chłopak... Jestem już na łóżku szpitalnym, kiedy go przynoszą, kładą na łóżku obok mnie i lekarz mówi, że on nie żyje. Odtwarzam sobie całą sytuację i jest dla mnie oczywiste, że gdyby on nie biegł za mną, to ja byłbym ostatni i to do Polski wróciłaby trumna przykryta flagą. 
Ten chłopak umarł w wyniku odniesionych obrażeń, miał bardzo dużo obrażeń na całym ciele. Okazało się, że był bez kamizelki i bez hełmu. On nawet nie wrócił po kamizelkę i hełm, tylko wziął broń i pobiegł, by ratować innych ludzi. To było niezwykłe. Później jego rodzice mówili, z takim pokojem w sercu, że on po prostu taki był. Taki był ten chłopak. Taki był Michael Ollis. Miał 24 lata.
Zostałem przeniesiony do polskiego szpitala, przyszli tam koledzy Michaela, szukając żołnierza, z którym był w czasie akcji. Powiedziałem im wtedy, że Michael to prawdziwy bohater, uratował mi życie. Tak mocno to wtedy czułem. Wcześniej nie znałem Michaela osobiście, pewnie gdzieś tam się mijaliśmy w bazie. Poznaliśmy się wtedy, gdy on pobiegł za mną. Tu się spotkaliśmy, w działaniu, w walce. Wciąż pamiętam ten uśmiech, białe zęby. Jego koledzy opowiadali, że nieraz mówili Michaelowi: „Jak będziesz tak często mył zęby, to nas zdradzisz kiedyś w nocy”.

„WITAJ W RODZINIE”
Sam nie byłem poważnie ranny, głównie rany odłamkowe, pozszywali mi je i po tygodniu wyszedłem ze szpitala. Chciałem zostać do końca mojej zmiany, razem z kolegami, ale przyszło polecenie z kraju, żebym wrócił „celem wizyty zagranicznej”. Okazało się, że mam lecieć do Stanów Zjednoczonych na wręczanie rodzicom Michaela odznaczenia nadanego pośmiertnie ich synowi. Byłem wtedy w kiepskim stanie psychicznym, miałem stany depresyjne. To były już objawy PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) – zespołu stresu pourazowego, który często dotyka ludzi na skutek doznanej traumy, działań wojennych, zagrożenia życia. Obawiałem się spotkania z rodzicami Michaela, pytania: „Czemu ty żyjesz, a nasz syn nie?”. Było to trochę ponad miesiąc po wydarzeniach, jeszcze kurz nie opadł…
Jestem w holu naszego konsulatu w Nowym Jorku. Kupa fleszy. Wchodzą rodzice Michaela, zbliżają się do mnie
i... przytulają mnie. Robert, tata tego chłopaka, mówi: „Witaj w rodzinie, witaj nasz nowy przyjacielu. Thank you for your service”. Dzięki za twoją służbę. I patrzy na mnie z czułością ojca.
Jak ja mam mówić o tych słowach, które powiedział do mnie Robert Ollis? To było ogromne świadectwo wiary: „Dziękujemy Ci za to, że jesteś, za to, że byłeś z naszym synem do końca”. Nie było żadnych wyrzutów, nie trzeba było nic tłumaczyć. Nie było ważne, czy zginął 10 metrów za mną czy 5, czy w wyniku ostrzału czy wybuchu. To nie było ważne. Oni byli tak bardzo dumni, cały czas dumni ze swojego syna, z tego, czego dokonał. To mnie niesłychanie cały czas porusza. Cały czas jestem za to wdzięczny Bogu. Dzisiaj patrzę na to oczyma wiary. I tak patrzył Robert. Powiedział mi: „Wiem, że przeżyliśmy tę naszą tragedię w domu tylko dzięki Bogu i dzięki wierze”. Rodzice Michaela to głęboko wierzący katolicy, ludzie niezwykli, żyjący wiarą. Wtedy nie rozumiałem tego do końca, a to Jezus działał w ich sercach: „Przygotowałem to dziecko po to, żeby już królował ze mną w niebie. A dla was mam po prostu jeszcze inny plan”. Pogodzili się z tym, a przecież ludzie całe życie nie potrafią się pogodzić z mniejszymi sprawami. 
Amerykanie mają też takie podejście do służby, do wojska. Te słowa: Thank you for your service, słyszałem wielokrotnie. Oni są dumni ze swoich żołnierzy, tak rozumieją patriotyzm. W czasie operacji afgańskiej przez 10 lat zginęło ponad 2500 amerykańskich żołnierzy. Michael jest jednym z nich i ma pomnik w Nowym Jorku, na Staten Island. Byłem na odsłonięciu tego pomnika, bardzo wzruszająca uroczystość, mnóstwo ludzi. Oni są bardzo dumni z tych, którzy oddali swoje życie na służbie.

WYCHODZENIE Z MROKU
Po powrocie do kraju moja depresja się nasiliła, zacząłem mieć lęki, fobię społeczną. PTSD, a pewnie też konsekwencje grzechu, życia z dala od Boga. Przez wiele miesięcy nie mogłem spać, chciałem odebrać sobie życie, byłem na silnych lekach, na jakiś czas wylądowałem w szpitalu. Raz było lepiej, raz gorzej, taka huśtawka. Mroczny czas. Ale Bóg na to pozwolił, bo wiedział, że jak będę chory, to zacznę Go szukać. On czekał na to. Teraz w tej chorobie widzę łaskę, która pozwoliła mi zbliżyć się do Niego. 
Przeniosłem się do innej jednostki i tam spotkałem człowieka żyjącego wiarą. Jego życie było dla mnie świadectwem wiary. On, widząc w jakim jestem stanie, powiedział mi, żebym poszedł na Mszę z modlitwą o uzdrowienie. Nie wiedziałem, co to takiego, ale poszedłem. W czasie wystawienia Jezusa w Najświętszym Sakramencie modliłem się tak prosto, z serca: „Jezu, tylko Ty znasz moje serce, wiesz, co się ze mną dzieje, tylko Ty możesz mnie uzdrowić”. Zawierzyłem Jezusowi całe swoje życie, choć nie byłem tego do końca świadomy. 
To było około roku po powrocie z Afganistanu. Urodził mi się drugi syn, któremu daliśmy imię Michael, zdrobniale Mike. W ogóle o tym nie rozmawiając, oboje z żoną tak postanowiliśmy, to było dla nas oczywiste. Ze Stanów przyszedł prezent – miś uszyty z munduru Michaela przez jego mamę... Jakiś czas potem byłem w Stanach na spotkaniu z Polonią, na które byli też zaproszeni rodzice Michaela. I na tym spotkaniu Robert Ollis powiedział: „Bóg zawsze działał w sposób tajemniczy i doskonały, i nie po to zabrał nam nasze dziecko, żeby zostawić pustkę. W tę pustkę dał nam Karola, dał nam jego żonę, Basię, dał nam nowych wnuków w Polsce, a szczególnie imiennika naszego syna, Michaela”. A na końcu dodał: „I dał nam Polskę”. Oni w ogóle nigdy wcześniej w Polsce nie byli, a teraz stali się takimi ambasadorami polskości w Stanach. 
Czemu tak przyjęli to wszystko, co się wydarzyło? Teraz to wiem: bo w ich życiu Bóg jest na pierwszym miejscu. Jak Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na właściwym. Strata dziecka, jedynego synka, była dla nich ciosem, ogromną tragedią, ale dzięki wierze poznali, że to był doskonały plan na życie ich syna. Ich syn był już gotowy. Ja nie. Ja to czuję teraz, wtedy tego nie czułem, nie rozumiałem. Jak to? Wasze dziecko nie żyje i to jest doskonały plan Pana Boga? Nie rozumiałem, choć byłem katolikiem, wychowałem się w chrześcijańskiej rodzinie.
Teraz odkrywam moje kolejne powołanie – do tego, by mówić o tym wszystkim. By mówić o Bogu w moim życiu, o Bogu w ich życiu. I że, paradoksalnie, w tych najtrudniejszych chwilach Bóg jest najbliżej. Zanim do tego doszedłem, minęło jeszcze trochę czasu. To był proces, który już wtedy się zaczął. Wówczas tylko widziałem, że ludzie patrzą na mnie jak na chorego, byłem zresztą cały czas chory, brałem leki. W końcu postanowiłem odejść z armii. Okazało się jednak, że samo pożegnanie było dla mnie nie lada wyzwaniem, czułem, że zupełnie nie jestem w stanie tego zrobić. Mocno szukałem jakiejś pomocy – tak naprawdę szukałem Boga. I trafiłem do wspólnoty – ktoś, chyba przez internet, zachęcił mnie, żebym poszedł na spotkanie Szkoły Nowej Ewangelizacji w Krakowie. Poszedłem tam i zobaczyłem rzeczy niezwykłe. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem modlitwy wstawienniczej. Po prostu ktoś mi powiedział: „Tu jest ojciec duszpasterz, idź, niech się nad tobą pomodli”. Czułem mocno, że on stoi przed Bogiem i wstawia się za mną. Podczas tej modlitwy dostałem moc, stanąłem na nogi. Już mogłem iść do jednostki wszystko zakończyć, już się nie bałem, miałem w sobie ogień, jak przed laty. To był cud. Wielki cud.

„IDŹ I GŁOŚ”
Później trafiłem na rekolekcje – pierwsze rekolekcje w ogóle w tej wspólnocie i Bóg do mnie wyraźnie powiedział: „Idź i głoś”. A ja wtedy: „Panie Boże, kto? Ja? Przecież się nie nadaję!”. Ale jednocześnie – chciałem tego. Podziwiałem liderów, którzy mówią o Bogu z taką mocą i z taką lekkością, młodzi ludzie. Chciałem, ale myślałem, że to na pewno nie jest dla mnie. Jednak Bóg nie powołuje doskonałych. On udoskonala powołanych i pokazuje mi to każdego dnia. Mocno zaangażowałem się w tę wspólnotę, w Szkołę Nowej Ewangelizacji. Prowadzimy kursy ewangelizacyjne w Polsce. Miałem też zaszczyt mówić o Bogu w swoim życiu w Irlandii, we Francji. Jedziemy tam, gdzie nas zapraszają, żebyśmy podzielili się wiarą. Na takie zaproszenia reaguję tak, jakby to Jezus do mnie dzwonił: „Przyjdź i mów o Mnie”. Chcę o Nim mówić. Wiem, że Jezus umarł za wszystkie nasze grzechy – także za te, które dopiero popełnimy. Czy może być lepsza wiadomość? I o tym mówię. 
Byłem niedawno w Lublinie, pierwszy raz w życiu, i mówiłem o Nim. Głosiłem Pana w Paryżu – to niesamowite uczucie, dzielić się z ludźmi tym, co otrzymałem. Na spotkaniu w więzieniu dosłownie czułem, jak unosi się Duch Święty. Niektórzy, skazani na 15, 25 lat więzienia, płakali i mówili, że przyniosłem im Boga i wiarę. To nie jest moje. Bóg powiedział mi: „Mów, a Ja będę działał”. To jest Jego plan, doskonały plan na moje życie. On daje wszystko, żeby wypełnić swoją obietnicę. On mi ją złożył – powiedział, że będę głosił: „Idź i głoś, bo Ja cię powołuję, bo twoje imię wyryłem na mojej dłoni, bo jesteś moim ukochanym dzieckiem”. 
Oczywiście, że pojawiają się trudności, wątpliwości. Dzisiaj to też wiem – to jest walka. Jesteśmy na wojnie. Jestem na wojnie, wiem też na jakiej. Na tej, która została już wygrana. Na krzyżu. I to chcę mówić do ludzi, bo to mówi do nich Jezus: „Jesteś cenny, bo jesteś dzieckiem Boga i dziedzicem królestwa Bożego”. Moje doświadczenia wojskowe pozwalają mi zobaczyć, że w walce duchowej jest tak samo. Strzela do nas szatan, ale mamy tarczę – słowo Boże. Jesteśmy uzbrojeni. Teraz to widzę. Do mnie też strzelano tymi pociskami złego i nic mi się nie stało. Bo jestem Jego dzieckiem. Bo Mu zaufałem. Nasuwa mi się taki obraz: kiedy mój mały Mike zaczynał chodzić, zamykał oczy, wyciągał rączki i biegł przez pokój – bo wiedział, że tata czeka i że go złapie. Ufność Bogu właśnie na tym polega. Ja też dzisiaj zamykam oczy. Przecież to On mnie prowadzi. Co może mi się stać?

NOWE ŻYCIE
W moim życiu wszystko się zmieniło. Mieszkamy teraz w innym miejscu, mamy innych ludzi wokół siebie – wszystko jest nowe. Cały czas na nowo zakochuję się w mojej żonie, to największy przyjaciel, którego Bóg mi dał, wielki dar. Niedawno spotkałem przypadkiem koleżankę, która jest w Domowym Kościele, a ona podziękowała mi za moje świadectwo, które oglądała w internecie. I powiedziała: „Ale wiesz, że tutaj u nas, w rodzinnej miejscowości, większość mówi, że zwariowałeś”. A ja dostałem taki pokój w sercu i uśmiech. Co może być dobrego z Nazaretu, Panie...
Wiem, że jest nas więcej. Dziękuję Bogu, że jestem dzisiaj w tej drużynie. Być wariatem dla Jezusa i w Jego drużynie to jest niesłychany zaszczyt. Nie ma większego zaszczytu na ziemi niż ten – być powołanym, żeby Mu służyć. Zresztą de facto wszyscy jesteśmy do tego samego powołani. A co się dzieje potem? On na nas czeka. Powiedział, że mamy tam mieszkanie i że do nieba idziemy nie po to, żeby służyć Bogu, ale żeby z Nim królować. Tam jest nasz prawdziwy dom, do którego wracamy. 
A tu, na ziemi… jesteśmy powołani do świętości i do głoszenia Ewangelii. To właśnie robimy we wspólnocie Szkoła Nowej Ewangelizacji w Krakowie. Założyliśmy niedawno stowarzyszenie przy wspólnocie, żeby móc lepiej działać, służyć ludziom, także zbierać środki na wyjazdy ewangelizacyjne, prowadzenie kursów Nowe życie czy Emaus, zakładanie nowych wspólnot. To wszystko prowadzi Pan Bóg. Cztery lata temu było nas 10 osób, teraz jest koło 100. Niezwykła jest świadomość, że to my, najzwyczajniejsi grzeszni ludzie, piszemy swoim życiem ciąg dalszy Dziejów Apostolskich. ▐

Sklep internetowy Shoper.pl