E-BOOK
7.38
PLN
Słowo wśród nas Nr 4 (296) 2018 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 4 (296) 2018 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 7,38 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO KWIETNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Kwietniowy numer „Słowa wśród nas” rozpoczyna się Niedzielą Zmartwychwstania Pańskiego i poświęcony jest wielkanocnemu przesłaniu nadziei. Artykuły mówią o „żywej nadziei”, czyli pewności naszego przeznaczenia do „dziedzictwa niezniszczalnego” w niebie. 

W Magazynie znajduje się artykuł o przemianie, której doznał zabójca św. Marii Goretti, a także dwa poruszające świadectwa nawrócenia. Ponadto krótki tekst o adoracji, który proponuje spojrzenie na adorację w perspektywie widzenia Oblicza Jezusa.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny, omówienie polecanej przez nas lektury – prostej i bardzo wartościowej książki Didiera van Havre „Pokochać Mszę Świętą” oraz krzyżówkę.

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Uzdrowiona przeszłość, obiecująca przyszłość
Wielkanocne przesłanie nadziei................................... 4

Żywa nadzieja
Duch Święty i nadzieja nieba...................................... 9

Świętowanie nadziei
Msza święta odsłania nam Boży plan.........................13

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 kwietnia........................ 17

MAGAZYN

Morderca św. Marii Goretti
Jak Aleksander Serenelli stał się nowym człowiekiem
Jay Sappington........................ 44

Spragniony łaski
Alkoholik odkrywa w Bogu sens swojej samotności
Colin O’Brien......................................................... 49

Miejsce, w którym uczę się miłości......................... 53

O adoracji
Oblicze Oblubieńca – Dorota Szczerba..................... 60

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Wielkanoc przynosi nam radość ze zmartwychwstania Jezusa i wielką nadzieję dla nas wszystkich. Przypomnijmy sobie, dlaczego.
W Ewangelii według Mateusza Jezus mówi swoim Apostołom, że musi udać się do Jerozolimy, gdzie wiele wycierpi, zostanie zabity, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie (Mt 16,21). Ze wszystkich czterech Ewangelii dowiadujemy się, że Jezus był świadom zbliżającej się śmierci. Nie była to pomyłka ani „wypadek przy pracy”. Jezus chciał umrzeć, aby nikt z nas „nie zginął”, ale by każdy „został przez Niego zbawiony” (J 3,16.17). Na tym właśnie polegała istota Bożego planu – na świat został posłany Jezus, „Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29), jako ofiara odkupieńcza za wszystkich ludzi.
Wielkanoc przypomina nam, że wraz z Jezusem, który powstał z martwych (Rz 6,4), także i my możemy powstać do nowego życia. Daje nam nadzieję na przebaczenie, uwolnienie od poczucia krzywdy z powodu dawnych zranień, na moc Ducha Świętego w codziennych zmaganiach, a przede wszystkim – obietnicę życia wiecznego!
W Niedzielę Wielkanocną Jezus pozwolił nam wznieść się ponad dramat Kalwarii. Mówiąc: „Dokonało się!” (J 19,30), ogłosił swój triumf nad grzechem, szatanem i śmiercią. A teraz zwraca się do nas wszystkich słowami: „Pokój wam!” (Łk 24,36).
Złożenie nadziei w Jezusie i Jego zmartwychwstaniu to nie pobożne życzenie, ale konkret wynikający z naszej wiary i ufności w Boże obietnice. Zmartwychwstanie Jezusa jest bowiem źródłem „żywej nadziei”, że jesteśmy przeznaczeni do „dziedzictwa niezniszczalnego, niepokalanego i niewiędnącego, które jest zachowane dla nas w niebie” (1 P 1,3-4).
Muszę przyznać, że w miarę upływu lat coraz bardziej dotykają mnie problemy świata. Odczuwam ciężar tak wielu wojen, straszliwej nędzy, krzywd, podziałów, przemocy… Tak wiele dzieci Bożych doznaje cierpienia, tak wielu ludzi jest samotnych, nieszczęśliwych, tylu znajduje się w rozpaczliwym położeniu.
Jednak ten ciężar nie przytłacza mnie ani nie paraliżuje. Przeciwnie, mobilizuje mnie do działania, a przede wszystkim do codziennej modlitwy o to, by Bóg położył kres temu złu. Pomaga mi także pamiętać o słowach wypowiedzianych przez Jezusa do uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze” (J 14,1).
Pomimo tych wszystkich problemów, które nas nękają, zachowuję w sercu wiarę i nadzieję, ponieważ wiem, że Jezus, zmartwychwstały Pan, kocha każdego z nas. I wiem, że On nigdy nas nie opuści.
Na tym właśnie polega wielkanocna nadzieja, która nas odnawia, napełnia radością i posyła do świata, abyśmy mogli dzielić się nią z innymi.
Jezus zmartwychwstał! W Nim złóżmy naszą nadzieję!
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY:

UZDROWIONA PRZESZŁOŚĆ, OBIECUJĄCA PRZYSZŁOŚĆ

Wielkanocne przesłanie nadziei

Radosnych świąt wielkanocnych! Dziś w kościołach całego świata chrześcijanie gromadzą się, by wysłuchać ewangelicznego przesłania o tym, że Chrystus powstał z martwych. Jest to dzień ponad wszystkie dni; dzień, kiedy to cieszymy się ze zmartwychwstania Jezusa, który wybawił nas od grzechu i śmierci.
Świętując Wielkanoc, nie tylko wspominamy wydarzenie historyczne, które miało miejsce dwa tysiące lat temu. Mówiąc „Chrystus zmartwychwstał!”, z radością wyznajemy wiarę w to, że On żyje dziś, że zbawia nas codziennie. Cieszymy się z Jego obietnicy, że będzie z każdym z nas „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Cieszymy się wreszcie z tego, że Jezus przyjdzie ponownie w chwale i zabierze nas ze sobą do nieba. Dlatego Wielkanoc jest jednoczesnym świętowaniem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
W tym wielkanocnym wydaniu naszego pisma skupimy się na darze nadziei – darze, który przyniosło nam zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią, i który kieruje nas ku przyszłości.

WDZIĘCZNOŚĆ ZA PRZESZŁOŚĆ, NADZIEJA NA PRZYSZŁOŚĆ
Czy byłeś kiedykolwiek w trudnej sytuacji, bez żadnej nadziei na zmianę? Czułeś się wtedy jak w pułapce.
Z twego serca odpłynęła wszelka radość. Dalsza droga wydawała ci się ciemna i groźna, tak że aż bałeś się postawić kolejny krok.
A teraz pomyśl, co się dzieje, gdy twoje serce jest przepełnione nadzieją. Przyszłość wydaje ci się jasna i obiecująca. Jesteś gotów zmierzyć się z przeszkodami, które staną na twojej drodze. Patrzysz wstecz na swoją przeszłość w poczuciu wdzięczności za wszelkie dobro, którego doświadczyłeś, ale także za trudności, które cię ukształtowały.
To nadzieja pomaga nam dostrzec dobro w naszej przeszłości, która uformowała nas takimi, jakimi jesteśmy. Łatwiej nam zobaczyć, że Pan był z nami przez cały czas, błogosławiąc nam w do-
brych chwilach i niosąc nas w trudnych. Jeśli jednak brakuje nam nadziei, skupiamy się na negatywnych aspektach naszej przeszłości, tracąc z oczu wierność Boga i Jego obietnicę, że będzie z nami zawsze.

OPOWIEŚĆ O NADZIEI
Dobrą ilustracją tego, jakie znaczenie ma nadzieja, jest spotkanie Jezusa z uczniami idącymi do Emaus (Łk 24,13-35). Wszyscy znamy tę historię, jak w Niedzielę Wielkanocną Jezus spotkał dwóch uczniów na drodze do Emaus,
a oni Go nie poznali. Wiemy, że byli smutni, gdyż Jezus został ukrzyżowany, a tym samym wszystkie ich nadzieje spełzły na niczym. Sądzili, że był Mesjaszem, tymczasem okazał się kolejnym pobożnym rabbim.
Kiedy tak szli razem, Jezus powiedział im, że śmierć Mesjasza była częścią Bożego planu. Wyjaśnił, że już Mojżesz i prorocy zapowiadali ten plan, jak i to, że Mesjasz zmartwychwstanie. Słowa Jezusa były tak przekonujące, że uczniowie zaprosili go na wspólny posiłek. Kiedy pobłogosławił chleb, otworzyły się ich oczy i rozpoznali Go. Zdumieni i przejęci, pospieszyli z powrotem do Jerozolimy, by opowiedzieć o tym spotkaniu Piotrowi i pozostałym.
W drodze powrotnej uczniowie uświadomili sobie, jak pałały ich serca, gdy Jezus do nich mówił (Łk 24,32). Kiedy w zupełnie nowy sposób ukazywał im to, co zaszło, i wyjaśniał wspaniały Boży plan na przyszłość, odżyła
w nich nadzieja. Dobra Nowina, jaką usłyszeli, ukoiła ich smutek. A kiedy Jezus pobłogosławił i połamał chleb, ich serca doznały przemiany. Byli gotowi znowu pójść za Nim.
Tak więc w drodze do Emaus Jezus nie tylko nauczał uczniów, ale przywracał im nadzieję – a czynił to uzdrawiając ich wspomnienia. Pomógł im zobaczyć przeszłość Jego oczami. Pokazał, z jaką troską i cierpliwością Bóg działał w ich życiu, by doprowadzić ich tam, gdzie znajdują się obecnie. Dowodził, że ich nadzieje złożone w Mesjaszu wcale nie były płonne. Wyjaśniając przeszłość, jednocześnie dawał nadzieję na przyszłość.

UZDROWIONE WSPOMNIENIA, NOWE PERSPEKTYWY
My także, podobnie jak uczniowie z Emaus, mamy za sobą wydarzenia, które pozostawiły w nas smutek, sprawiły, że czujemy się porzuceni czy zdradzeni. Pamięć o nich może rzucić cień na nasz stosunek do przyszłości. Niektóre z tych zranień są na tyle drobne, że zapominamy o nich po paru dniach, inne jednak trwają w nas latami. I te niedawne, jak u uczniów z Emaus, i te sprzed wielu lat mogą wywierać na nas wpływ jeszcze długo po tym, kiedy miały miejsce.
Historia z Emaus ukazuje, że nawet jeśli nasza przeszłość wydaje nam się ponura, Jezus może rzucić na nią nowe światło. On idzie wraz z nami i słucha, gdy otwieramy przed Nim serca. Uzdrawia nasze bolesne wspomnienia i przywraca nam nadzieję.
Jeśli chcesz doświadczyć takiego uzdrowienia, zaproś Jezusa do swojej przeszłości i przeżyj ją raz jeszcze wraz z Nim. Czy zadane ci kiedyś krzywdy do dziś wywołują w tobie niepokój i lęk? A może zerwana znajomość sprawiła, że jesteś cyniczny i obrażony na cały świat? Może problemy finansowe czy sytuacja w pracy doprowadzają cię do kresu wytrzymałości? Cokolwiek by to było, przeżyj w myślach tę sytuację jeszcze raz, ale tym razem nie sam, lecz z Jezusem. Opowiedz Mu, co się stało i dlaczego sprawia ci to ból. Przyznaj, że wciąż cierpisz z powodu tamtej sytuacji i poproś Go, by zabrał twój ból.
Nie bój się też dłuższych chwil ciszy. Po prostu trwaj w obecności Pana i pozwól Mu działać. Jeśli masz wrażenie, że odbierasz jakieś Jego słowa czy gesty, zapamiętaj to lub zapisz. Może czujesz, że kładzie ci rękę na ramieniu i przytula cię do serca uświadamiając ci, że był wtedy z tobą, odczuwał twój ból i modlił się za ciebie do Ojca. Może czujesz, że słabnie twoja złość wobec tego, kto cię zranił.
Nie martw się też, jeśli nie od razu poczujesz się lepiej. Otwarcie serca na tyle, by Jezus mógł zacząć w Nim działać, wymaga zwykle czasu. Jeśli widzisz, że ten sposób modlitwy przynosi owoce, praktykuj go regularnie.
Z czasem ból przeszłości zacznie słabnąć i poczujesz, że jest ci lżej na sercu. Zaczniesz widzieć, że wciąż masz powody do nadziei – gdyż Jezus, zmartwychwstały Pan, jest z tobą i nigdy cię nie opuści.

WIELKANOC JEST NASZĄ NADZIEJĄ
Wielkanoc jest dla nas źródłem nadziei. Wielkanocne przesłanie głosi, że Jezus nie tylko umarł na krzyżu, zmartwychwstał i wstąpił do nieba, ale także pokonał grzech i powrócił do nas. Ukazując się Piotrowi, Marii Magdalenie, uczniom idącym do Emaus i wielu innym, dał dowód, że wciąż angażuje się w nasze życie, że wciąż chce nas uzdrawiać i prowadzić. Oznajmił, że ma wspaniałe plany co do naszej przyszłości i dlatego możemy żywić nadzieję.
Podczas swojej pierwszej papieskiej Wigilii Paschalnej Ojciec Święty Franciszek powiedział: „Trzeba pamiętać o tym, co Bóg uczynił dla mnie, dla nas, pamiętać o przebytej drodze – to właśnie otwiera szeroko serce i daje nadzieję na przyszłość” (Wigilia Paschalna, 30 marca 2013). Wspominaj przeszłość. Zobacz w niej Boże działanie. Spójrz na drogę, jaką przebyłeś, i proś Jezusa, aby wyrwał ci z serca żądło bolesnych wspomnień. Im częściej będziesz to robić, tym mocniejsza będzie twoja nadzieja na przyszłość.

WSPANIAŁA PRZYSZŁOŚĆ
Pozwól więc Jezusowi przyjść do ciebie w tym wielkanocnym czasie. Pozwól Mu pokazać ci, jak wspaniała może być twoja przyszłość. Pozwól, by pomógł ci sprostać wyzwaniom, jakie stawia przed tobą życie. Uwierz, że On towarzyszy ci na każdym kroku, tak jak towarzyszył kiedyś uczniom idącym do Emaus. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ

Niedziela, 1 kwietnia
Zmartwychwstanie Pańskie
Dz 10,34a.37-43
… nie całemu ludowi, ale nam. (Dz 10,41)
Skupimy się dziś na jednym wersecie dzisiejszego pierwszego czytania. Przemawiając do setnika i jego rodziny, św. Piotr mówi, że zmartwychwstały Jezus ukazał się „nie całemu ludowi”, ale jedynie swoim uczniom, „wybranym uprzednio przez Boga na świadków” (Dz 10,41). Nie ukazał się ani faryzeuszom, ani mieszkańcom Aten czy Aleksandrii, ani nawet tym wszystkim, których uzdrowił i uwolnił od złych duchów. Ukazał się jedynie ścisłemu gronu wybranych.
Następne słowa Piotra są jeszcze bardziej zaskakujące: mówi, że Bóg rozkazał jemu i pozostałym uczniom „ogłosić ludowi i dać świadectwo” (Dz 10,42). Zamiast uroczyście ogłosić z nieba zmartwychwstanie Jezusa, Bóg polecił czynić to wybranym uprzednio „na świadków” uczniom, którzy byli zwyczajnymi, szarymi ludźmi, podobnymi do nas.
Dlaczego Bóg przyjął tak niepewną, a wręcz ryzykowną strategię? Być może nigdy nie dowiemy się tego do końca, ale rozważmy przynajmniej dwie możliwości.
Po pierwsze, Jezus chciał, byśmy doświadczali Jego miłości poprzez siebie nawzajem. Byśmy odczuwali Jego obecność poprzez ofiarność, czułość i pokorę naszych braci. Dlatego jednoczy nas w Kościele i pragnie przez nas przemieniać świat. Dlatego też gromadzi nas przy ołtarzu jako rodzinę dzieci Bożych.
Po drugie, Jezus miał do swoich uczniów zaufanie. Był pewien, że przy pomocy Jego Ducha Piotr, Maria Magdalena i pozostali dokonają rzeczy wielkich i wspaniałych. On ufa także tobie. Wie, że nie wszystko zawsze ci się udaje, ale tak samo było z Apostołami. Wie jednak także, że jeśli włożysz całe serce w to, by miłować ludzi, jak On ich miłuje, twoje życie nie będzie bezowocne.
Chrystus zmartwychwstał! Niech ta prawda przemienia nasze życie!
„Jezu, dziękuję Ci za to, że wybrałeś także mnie do głoszenia dobrej nowiny o Twoim zmartwychwstaniu”.
Ps 118,1-2.16-17.22-23
Kol 3,1-4 lub 1 Kor 5,6b-8
J 20,1-9 lub (wieczorem)
Łk 24,13-35
▌Poniedziałek, 2 kwietnia
Mt 28,8-15
A oto Jezus stanął przed nimi. (Mt 28,9)
Od wieków wierzący całego świata w swoim osobistym poszukiwaniu zmartwychwstałego Pana podążają śladami Marii Magdaleny. Nie chodzi tu o pielgrzymowanie do Ziemi Świętej – choć oczywiście byłoby wspaniale tam się udać. Mówimy o czymś tak zwyczajnym, jak rozpoczynanie dnia modlitwą.
Wyjaśnijmy tę analogię. Co rano podnosimy się ze „śmierci” snu, aby wyjść na spotkanie kolejnego dnia, jak ewangeliczne kobiety, które o świcie ruszyły do grobu Jezusa, by namaścić Jego ciało. Gdy zastały grób pusty i wracały, by oznajmić to uczniom, Jezus „stanął przed nimi” (Mt 28,9). Ten sam Jezus chce wyjść na spotkanie także tobie – gdy przygotowujesz śniadanie czy spieszysz się do pracy, On jest z tobą. Spróbuj to sobie uświadomić i znaleźć chwilę dla Niego, zanim wpadniesz w wir codziennych zajęć.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus przemówił jako pierwszy. Pozdrowił kobiety, prawdopodobnie każdą z nich po imieniu. A kiedy one zorientowały się, kto do nich mówi, ogarnęła je radość i padły przed Nim na kolana w uwielbieniu. Ale nie był to jeszcze koniec spotkania. Jezus wiedział, co przeżywają, jak wiele uczuć nimi miota. Chcąc je uspokoić, powiedział: „Nie bójcie się!” (Mt 28,10). 
Podobnie jest i z nami – kiedy odczuwamy obecność Jezusa, nasze serca wypełnia radość. Jego słowo niesie nam pokój, nadzieję, daje siły do wypełniania codziennych obowiązków.
Jezus przekazuje ci tę samą dobrą nowinę, którą w Niedzielę Wielkanocną usłyszały Maria Magdalena i jej towarzyszka. Ten, który z miłości do nas pokonał grzech i śmierć, jest zawsze z tobą i nigdy cię nie opuści.
Co rano Jezus wychodzi ci naprzeciw ze swoim pozdrowieniem. Mówi, byś przestał się lękać i otworzył się na Niego i Jego łaskę. Postaraj się więc znaleźć każdego ranka czas na trwanie przed Nim w ciszy i wsłuchiwanie się w Jego głos. Pozwól Mu „stanąć przed tobą” na początku każdego dnia. On ma ci tak wiele do powiedzenia!
„Jezu, chcę Cię spotkać dzisiejszego ranka, gdy «staniesz przede mną»”.
Dz 2.14.22b-32
Ps 16,1-2.5.7-11

▌Poniedziałek, 9 kwietnia
Zwiastowanie Pańskie
Łk 1,26-38
Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą. (Łk 1,28)
Święta Maryjo, zadziwia nas ogrom łask, jakich Bóg Ci udzielił. Powiedziałaś „tak” aniołowi, chociaż niewiele wiedziałaś o tym, jak będzie wyglądała Twoja przyszłość wedle Bożego planu. Dziękuję Ci za ten niezwykły przykład ufności! Ja tak często próbuję kontrolować najdrobniejsze szczegóły mojego życia. Trudno mi zaufać, że wszystko jest w rękach Jezusa. Maryjo, módl się, abym zaufał, że Bóg ma moc nad wszystkim, co dzieje się w moim życiu.
Maryjo, Ty okazałaś taką odwagę! Chociaż zdawałaś sobie sprawę z trudności, jakie mogą Cię spotkać, odważyłaś się przyjąć wolę Boga. Dziękuję Ci za to, że wybrałaś Boży plan pomimo związanej z nim niepewności. Czasami brakuje mi odwagi w wierze, zwłaszcza gdy się boję, że inni nie zaaprobują mojego pójścia za Twoim Synem. Często łatwiej mi posłuchać ich opinii, niż dochować wierności Panu. Maryjo, wyproś mi taką odwagę, jaką Ty miałaś, abym mógł mężnie stawiać kolejne kroki na drodze wiary.
Maryjo, Ty odłożyłaś swoje własne plany, aby wypełnić wolę Boga. Choć Twoja przyszłość z Józefem wydawała się już ustalona, odpowiedziałaś „tak” na Boży plan, choć oznaczało to zgodę na coś nowego, nieznanego i niełatwego. Dziękuję Ci za Twoją bezinteresowność! Mnie wcale nie jest łatwo odłożyć swoje plany, gdy czuję, że Pan wzywa mnie do czegoś innego. A przecież chciałbym, aby moje plany były zgodne z planami Pana. Maryjo, uproś mi otwartość i dyspozycyjność. Módl się, abym umiał dostosować moje plany do planów Boga.
Maryjo, Ty już w tak młodym wieku z radością pełniłaś wolę Boga! Nie tylko przyjęłaś Jego plan, ale znalazłaś w nim radość – nawet gdy wiele jego elementów pozostawało dla Ciebie tajemnicą. Dziękuję Ci za to, że dałaś nam przykład, jak mamy kochać Boga i służyć Mu całym sercem. Ja, próbując wypełniać Boży plan, czuję często opór, mam ochotę pójść w inną stronę. Pomóż mi, Maryjo, przyjmować wolę Boga z taką miłością, z jaką Ty wypowiedziałaś Mu swoje „fiat”.
„Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami”.
Iz 7,10-14
Ps 40,7-11
Hbr 10,4-10

▌Niedziela, 15 kwietnia
Dz 3,13-15.17-19
Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych. (Dz 3,15)
Zastanówmy się chwilę nad kontekstem dzisiejszego czytania. Piotr właśnie uzdrowił chromego od urodzenia. Uradowany uzdrowieniem, człowiek ten zaczyna spontanicznie skakać i tańczyć w świątyni, gdzie gromadzi się wokół niego spory tłum. Wszyscy świadkowie tej niecodziennej sceny nie posiadają się ze zdumienia. A ściśle rzecz biorąc, wszyscy oprócz Piotra. „Dlaczego dziwicie się temu?” (Dz 3,12) – pyta. Jest oczywiście uszczęśliwiony, ale wydaje się bardziej zaskoczony zdziwieniem zebranych niż cudem, którego właśnie dokonał!
Dlaczego Piotr nie był zaskoczony? Odpowiedź znajdujemy w jego własnych słowach skierowanych do tłumu. Co najmniej trzykrotnie Piotr ogłasza coś o wiele bardziej zadziwiającego niż ten cud: Po tym wszystkim, co zrobiliśmy Jezusowi, Bóg wskrzesił Go z martwych i dał nam jako Zbawiciela! „Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych” (Dz 3,15) – oznajmia z mocą Piotr. Bóg odpowiedział na nasze okrucieństwo swoją miłością.
Dramatyczne wydarzenia Wielkiego Piątku, Niedzieli Wielkanocnej i Zesłania Ducha Świętego uświadomiły Piotrowi, jak wielkoduszny i miłosierny jest Bóg. Pamiętajmy, że Piotr zaparł się Jezusa i uciekł przy Jego aresztowaniu. On, „Skała” Kościoła, trząsł się ze strachu. Jednak Jezus wybaczył mu i przyjął go z powrotem. Tak więc po tym wszystkim, co widział i czego doświadczył, Piotra nie było w stanie już nic zadziwić. Wiedział, że Bóg pragnie dla swojego ludu jedynie dobra.
To zdumiewająca dobra nowina Ewangelii: Boże miłosierdzie jest niewyczerpane. Bóg wziął na siebie nasze grzechy, zgładził je, a zamiast kary i odpłaty obdarzył nas uzdrowieniem i przebaczeniem.
Pamiętaj o tym podczas dzisiejszej Mszy świętej – nawet gdyby twoje grzechy były najgorsze, nawet gdybyś uważał, że nie zasługujesz już na nic, odpowiedź Boga jest jednoznaczna i zadziwiająca: jest On gotów ci przebaczyć i dać swojego Syna, Jezusa, w pokornej postaci chleba i wina.
„Dziękuję Ci, Ojcze, za to, że odpłacasz miłością za moje grzechy! Panie, chcę iść drogą Twojego miłosierdzia”.
Ps 4,2.4.9
1 J 2,1-5
Łk 24,35-48

▌Niedziela, 22 kwietnia
Dz 4,8-12
Przesłuchujecie nas dzisiaj w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek odzyskał zdrowie. (Dz 4,9)
Piotr właśnie uzdrowił chromego człowieka. Świadkowie tego cudu wpadli w podziw, ale przełożeni ludu i starsi poczuli się urażeni, gdyż Piotr powiedział, że to Jezus, którego oni ukrzyżowali, uzdrowił chorego. Nic dziwnego, że Piotr został aresztowany!
Jezus codziennie uzdalnia nas do dokonywania dobrych czynów, do tego, byśmy szli i pomagali potrzebującym. Jak powiedział papież Franciszek: „Dla Jezusa liczy się przede wszystkim dotarcie do oddalonych i ich zbawienie, leczenie ran chorych, włączenie wszystkich na nowo do rodziny Bożej!” (Homilia, 15 lutego 2015).
Jak często przypomina nam Ojciec Święty, istnieje ścisła relacja pomiędzy napełnieniem Bożą miłością a pragnieniem czynienia dobra innym. Im mocniej doświadczamy miłości Boga, tym bardziej pragniemy ją odwzajemnić – darem uwielbienia i darem dobrych uczynków.
W przeciwieństwie do Piotra najprawdopodobniej nie zostaniemy aresztowani i wtrąceni do więzienia za dokonywanie dobrych czynów w imię Jezusa. Jednak nasze dobre czyny mogą mieć takie same skutki jak za czasów Piotra. Mogą kruszyć ludzkie serca. Mogą ukazać ludziom, jak prawdziwa i potężna jest miłość Boga. Mogą też wzbudzić pewien opór, ale nawet to nie ograniczy mocy naszego świadectwa.
Módl się więc codziennie o to, by Jezus napełniał cię swoją miłością. Jego miłość jest katalizatorem, który pobudza do miłowania innych i służenia im. Po-
maga dostrzegać ich potrzeby i podsuwa okazje do czynienia dobra.
Jezus chce, abyśmy pełnili dobre czyny. Jeśli nawet nie mamy odwagi Piotra, z pewnością stać nas na proste gesty miłości i życzliwości. Zacznij więc od dzisiaj. Staraj się okazywać innym serdeczność, życzliwość, pomoc, współczucie. Uczynki miłości są zaraźliwe. Może się zdarzyć, że już dziś twój życzliwy gest przybliży kogoś do Boga.
„Panie, napełnij mnie Twoją miłością i naucz czynić dobro innym”.
Ps 118,1.8-9.21-23.26.28
1 J 3,1-2
J 10,11-18

 

MAGAZYN:

Morderca św. Marii Goretti

Jak Aleksander Serenelli stał się nowym człowiekiem

W 1902 roku Aleksander Serenelli, dwudziestoletni włoski dzierżawca, zdobył sobie ponurą sławę jako zabójca młodej dziewczyny, Marii Goretti. Skazany za popełnioną zbrodnię, spędził w więzieniu dwadzieścia siedem lat. W jego życiu nastąpił jednak nieoczekiwany zwrot, który mógł być wyreżyserowany jedynie przez Boga. Aleksander został świadkiem w procesie beatyfikacyjnym zamordowanej przez siebie dziewczyny i przez resztę życia miał wielkie nabożeństwo do tej, którą później wyniesiono na ołtarze jako świętą.
Historia św. Marii Goretti jest dobrze znana. Mniej znana jest natomiast historia tego, jak jej zabójca zmienił swoje życie.

NIEDOSZŁY TOPIELEC
Cecylia Serenelli z błędnym wzrokiem umieściła swego maleńkiego synka w wiadrze wiszącym u studni. Jeden z jej synów od niedawna przebywał w zakładzie zamkniętym z powodu choroby psychicznej. Wkrótce miała tam się znaleźć także Cecylia. Spuściła wiadro do studni i po chwili usłyszała plusk wody. „Lepiej dla niego umrzeć, niż żyć i cierpieć” – mruknęła i odeszła.
Wkrótce nadbiegł starszy brat zaalarmowany krzykiem przerażonego niemowlęcia. Uratował Aleksandra przed utonięciem w studni, nie mógł go jednak ocalić przed zatonięciem w grzechu, który w przyszłości zawładnął jego życiem. Tego mógł dokonać tylko Bóg.

NĘDZA, HARÓWKA I SAMOTNOŚĆ
Pod koniec XIX wieku życie we Włoszech było ciężkie, szczególnie dla ubogich – a rodzina Aleksandra należała do najuboższych. Wiele razy przeprowadzali się w poszukiwaniu pracy. Mając zaledwie trzynaście lat, Aleksander zaczął pracować na łodziach rybackich. Nauczył się tam twardej mowy i nieokrzesanych obyczajów rybaków. Mimo to był spokojnym chłopcem, który w wolnym czasie szukał samotności, przeglądając popularne czasopisma i gazety.
Kiedy Aleksander miał siedemnaście lat, wraz ze swoim ojcem, Giovannim, przeprowadził się w pobliże Rzymu. Giovanni usłyszał o możliwości wydzierżawienia tam gruntu. W ramach umowy właściciel pozwolił ojcu i synowi zamieszkać w stojącej nieopodal opuszczonej fabryce. Serenelli dzielili to nietypowe lokum z innymi dzierżawcami, rodziną Goretti – Luigim, Assuntą i szóstką ich dzieci.
Praca w polu była wyczerpująca, a warunki bytowe jeszcze gorsze. Grunty znajdowały się na bagiennym, pełnym komarów terenie. Luigi Goretti wkrótce zachorował na malarię i zmarł, pozostawiając żonę i dzieci na łasce losu. Pragnąc za wszelką cenę wyżywić swoją rodzinę, Assunta pracowała w polu wraz z Serenellimi i innymi mężczyznami. Jej najstarsza córka, dziesięcioletnia Maria, zajmowała się dziećmi i przyrządzaniem posiłków dla obu rodzin. Maria była dojrzała jak na swój wiek oraz bardzo oddana Jezusowi i Maryi.

ZBRODNIA ALEKSANDRA
Po wyczerpującej pracy na polu obie rodziny spotykały się na wspólnym Różańcu. Chodziły też na Mszę do oddalonego o dziesięć kilometrów najbliższego kościoła. Aleksander szanował te zwyczaje, ale wciąż izolował się od innych ludzi. Często siedział w swoim pokoju, którego ściany obwieszone były nieprzyzwoitymi zdjęciami kobiet. Wycinał je z czasopism dawanych mu przez ojca – co zaczął robić jeszcze jako chłopiec, gdy pracował z rybakami.
Z czasem natrętne myśli o kobietach stały się dla Aleksandra obsesją. Nie dawał sobie rady z pożądliwością i agresją, a obiektem tych pragnień stała się jedenastoletnia wówczas Maria. Przez kilka miesięcy tłumił w sobie te pożądania, w końcu jednak uległ im i chciał wziąć Marię siłą. Oczekiwał łatwego zwycięstwa, jednak Maria zdołała go odepchnąć. „Nie!” – krzyknęła. „Nigdy! To jest grzech!”.
W ciągu następnych kilku tygodni Aleksander próbował zniewolić ją jeszcze dwukrotnie, ale w obu sytuacjach dzielnie mu się przeciwstawiła. Jej opór tylko go rozgniewał. W końcu naostrzył jedno z narzędzi rolniczych, tak by mogło służyć za broń, i ukrył je przy sobie. Pewnego dnia, gdy wszyscy byli
w polu, wciągnął Marię do domu i zaatakował ją po raz kolejny. Kiedy znowu mu się oparła, zadał jej czternaście ciosów. Maria zmarła nazajutrz, wcześniej jednak zdążyła powiedzieć: „Przebaczam Aleksandrowi i chcę, żeby na zawsze był ze mną w niebie”.

UWIĘZIONY W SAMYM SOBIE
Po sześciu miesiącach Aleksander stanął przed sądem za morderstwo. Assunta prosiła o lekki wyrok, skazano go jednak na trzydzieści lat ciężkich robót. Chociaż życie na farmie było brutalne, to warunki, w jakich żyli i pracowali włoscy więźniowie na przełomie XIX i XX wieku, były jeszcze gorsze. Zresztą postawa Aleksandra tylko pogarszała jego sytuację. Rozumiał swój grzech i odczuwał skruchę, ale nie dawał tego po sobie poznać. Powiedział później: „Pycha kazała mi nosić na twarzy maskę zatwardziałego kryminalisty”. Zamiast wyrazić żal, śpiewał nieprzyzwoite piosenki. Obrażał personel i innych więźniów. Rzucił się nawet na księdza, który go odwiedził.
Zachowanie Aleksandra było tak agresywne, że przez trzy lata trzymano go w całkowitym odosobnieniu. Co gorsza, był on uwięziony w samym sobie, pławiąc się w cierpieniu, które sam sobie zadawał. Wreszcie, w 1908 roku, przyśnił mu się pewien sen. We śnie Aleksander znalazł się w pięknym ogrodzie, gdzie zobaczył idącą ku niemu, ubraną na biało Marię Goretti. Po drodze zbierała lilie i wręczała je mu po jednej – było ich czternaście, tyle, ile ran zadał jej sześć lat wcześniej. Kiedy przyjmował lilie, każda z nich zamieniała się w płomień. Po przebudzeniu zrozumiał, że zarówno Maria, jak i Pan Bóg przebaczyli mu to, co uczynił.
Aleksander na jakiś czas zatrzymał ten sen dla siebie, jednak jego zachowanie zaczęło się zmieniać. Gniew stopniowo topniał. Przestał być agresywny, stał się łagodniejszy. Jego przemiana była na tyle widoczna, że zwolniono go z więzienia trzy lata wcześniej, w roku 1929: dwa lata darowano mu za dobre sprawowanie, a trzeci – w ramach ogólnej amnestii dla wszystkich więźniów po zwycięstwie Włoch w I wojnie światowej.

ALEKSANDER I ASSUNTA
Przez kilka lat po swoim uwolnieniu Aleksander utrzymywał się głównie z prac dorywczych. Pochłaniało go jednak coś o wiele ważniejszego niż praca. Jego serce nie było jeszcze całkowicie wolne. W Wigilię Bożego Narodzenia 1934 roku zebrał całą swoją odwagę i wyruszył do miasta, gdzie Assunta, matka Marii, pracowała u proboszcza.
Z niepokojem zastukał do drzwi plebanii. Gdy się otworzyły, ujrzał Assuntę, z twarzą steraną wiekiem i cierpieniem. Spuścił głowę. 
– Poznajesz mnie, Assunto?
– Tak – odrzekła. Ona także dostrzegła ślady cierpienia na jego twarzy.
– Przebaczysz mi? – zapytał z drżeniem Aleksander. Gdyby odważył się spojrzeć w oczy Assunty, nie musiałby się bać. Odpowiedziała mu szybko i z dobrocią.
– Skoro Bóg ci przebaczył, to jak ja mogłabym nie przebaczyć?
Natłok galopujących myśli i uczuć wypełnił serce Aleksandra. Wreszcie mógł być naprawdę wolny.
Aleksander i Assunta rozmawiali na plebanii cały wieczór. Następnie poszli na pasterkę i uklękli obok siebie, przystępując do Komunii. Był to widomy znak działania Boga, który doprowadził jedno z nich do przebaczenia,
a drugie, po latach, do skruchy. Aleksander powtórzył swoje przeprosiny wobec wszystkich zebranych w kościele. Wreszcie ulżyło mu na sercu i mógł rozpocząć nowe, spokojne życie.
Po kilku latach zdecydował się zamieszkać i pracować w pobliskim klasztorze kapucynów. Wykonywał tam prace fizyczne, zaspokajając w ten sposób praktyczne potrzeby braci, którzy dzięki temu mogli poświęcić się modlitwie.

Z MORDERCY BRAT
Dzieci wyglądające przez okna swoich klas mogły zobaczyć spokojnego staruszka pracującego na klasztornych gruntach, gdzie znajdowała się ich szkoła. Przychodząc do szkoły czy
z niej wychodząc, widziały, jak otwiera furtę różnym ludziom i nosi bagaże. Nie przychodziło im nawet na myśl, że kiedyś był agresywnym więźniem. Znały go jedynie jako „wujka Aleksandra”, dobrego, łagodnego „świeckiego brata” posługującego kapucynom.
Prosta powierzchowność Aleksandra skrywała głębokie życie duchowe. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i odmawiał Różaniec ze swoją nową rodziną braci kapucynów. Był świadkiem w procesie beatyfikacyjnym Marii Goretti, który doprowadził do jej wyniesienia na ołtarze. Modlił się do niej prywatnie, a także od czasu do czasu odwiedzał Assuntę. Wreszcie, 6 maja 1970 roku, zmarł spokojnie w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat – z wieloma oznakami świętości.

CZYNIENIE DOBRA PRAWDZIWĄ POCIECHĄ
W rzeczach Aleksandra znaleziono list napisany przez niego siedem lat wcześniej. W liście krótko opisał historię swego grzechu i otrzymanego przebaczenia oraz wyznał, że oczekuje śmierci jako „czasu, w którym zostanie dopuszczony do oglądania Boga”. Zakończył ten swoisty testament następującymi słowami: „Oby wszyscy, którzy przeczytają ten mój list, zapragnęli pójść za błogosławioną nauką, by unikać zła i czynić dobro. Oby wszyscy uwierzyli wiarą dzieci, że religia ze swoimi zasadami nie jest czymś, bez czego można się obejść. Przeciwnie, jest ona prawdziwą pociechą i jedyną pewną drogą we wszystkich okolicznościach życiowych – nawet najbardziej bolesnych”.
W czasach swego burzliwego dzieciństwa, ciężkiej harówki na roli w młodości oraz dwudziestu siedmiu lat odsiadywania wyroku za morderstwo Aleksander Serenelli nie wydawał się obiecującym kandydatem do spokojnego, świątobliwego życia przy kapucyńskim klasztorze. Jednak Boże miłosierdzie, które dotknęło go za pośrednictwem jego ofiary, jej matki i Kościoła, ocaliło go od zatracenia. Zrozumiał, że droga, którą wzgardził przed laty, a którą wybrała Maria, była o wiele lepsza i nią wytrwale podążał. ▐

Spragniony
łaski

Alkoholik odkrywa w Bogu
sens swojej samotności

Wielu alkoholików ulega złudzeniu, że alkohol pomoże im dopasować się do świata i przezwyciężyć doskwierające poczucie samotności. Złudzenie to stało się podstawą mojego stylu życia, gdy w wieku dwudziestu pięciu lat przeprowadziłem się do Nowego Jorku. Jednak ani morze wypitego alkoholu, ani przygodny seks, ani drogie ciuchy nie były w stanie wypełnić mojej samotności. W ośmiomilionowym mieście najbardziej samotny czujesz się w środku tłumu.

„DLA CIEBIE, NA KOSZT FIRMY”
Tuż przed moimi dwudziestymi siódmymi urodzinami miały miejsce ataki z 11 września 2001 roku. Patrząc na dym i popiół unoszące się nad wieżowcami World Trade Center, czułem wzbierający we mnie lęk, niepokój i udrękę. Z tej jesieni najbardziej utkwił mi w pamięci widok kilkudziesięciu strażaków w ich charakterystycznych niebieskich mundurach, wypełniających pub niedaleko mojego biura przez kilka tygodni. Codziennie z pobliskiej katedry św. Patryka wychodziły pogrzeby nowych ofiar. A ja każdego wieczoru piłem i obserwowałem, co się działo, otępiały i wyczerpany.
Następny rok przyniósł jeszcze więcej nieudanych związków, pogłębił moją depresję i praktycznie każdy dzień rozpoczynałem z kacem. Z okazji moich kolejnych urodzin postanowiłem wziąć sobie dwa dni wolnego z pracy, aby „uczcić” tę okazję porządnym pijaństwem. Słońce prażyło bezlitośnie pierwszego dnia, gdy krążyłem od baru do baru. Kiedy nadszedł wieczór, poczułem, jak przygniata mnie sierpniowa duchota, wzmocniona jeszcze mieszanką ginu i antydepresantów, którą się uraczyłem.
Czułem się tak fatalnie, że myśl o kolacji dla dwojga, którą zamówiłem w klubie jazzowym w Greenwich Village, wprawiała mnie w popłoch. Przyszedłem tam jednak wcześnie i usiadłem przy barze, od razu informując barmankę, że świętuję urodziny. Dziewczyna napełniła kieliszek zielonym płynem i powiedziała: „To dla ciebie, od firmy. Wszystkiego najlepszego!”. Podniosłem drinka do ust i nagle usłyszałem w swoim wnętrzu głos, który mówił: „Koniec. To jest twój ostatni kieliszek”.

WSZECHWIEDZĄCY GŁOS
Odstawiłem kieliszek i spojrzałem na niego. Ogarnęło mnie dziwne uczucie nadziei i niedowierzania. Czy to oznacza, że będę żył w trzeźwości? A może umrę? Głos tego nie sprecyzował, a mnie zdecydowanie łatwiej było wyobrazić sobie własną śmierć niż życie w trzeźwości. Wychyliłem drinka jednym haustem i czekałem, co się stanie. Tak bardzo chciałem uwierzyć w to, co mówił głos. Nagle wszystko pociemniało, jakbym znalazł się w tunelu. Nie umarłem jednak, lecz pobiegłem do męskiej toalety i zwymiotowałem.
Był to naprawdę mój ostatni kieliszek. Głos, który usłyszałem, wzbudził we mnie nagłe pragnienie uwolnienia się od alkoholu. Czułem, że otrzymałem szansę zaczęcia od nowa, i nie chciałem jej zmarnować.
Kilka tygodni później kobieta, z którą byłem związany, pewnego niedzielnego poranka zaproponowała mi pójście do kościoła, żeby posłuchać chóru. Chorał gregoriański i polifonia poruszyły mnie tak bardzo, że wróciłem tam w następną niedzielę i jeszcze w następną. Zacząłem przychodzić na Mszę nawet w tygodniu po to, żeby posłuchać muzyki.
Stopniowo zacząłem słuchać także tego, co działo się pomiędzy pieśniami. W końcu nadszedł dzień, w którym usłyszałem historię o tym, jak Jezus wskrzesił z martwych córkę Jaira (Mk 5,35-43). Powiedział: „Nie bój się, wierz tylko!” (Mk 5,36). W tym momencie zrozumiałem, że jest to ten sam wszechwiedzący głos, który oznajmił, że to mój ostatni kieliszek. Zrozumiałem, że Jezus przez cały czas przygotowywał mnie do tego, bym poczuł w sobie zupełnie inne pragnienie.

„CIEBIE PRAGNIE
MOJA DUSZA”
W Adwencie 2003 roku dowiedziałem się, że aby przyjmować Komunię świętą, trzeba być w stanie łaski. Znalazłem więc kościół franciszkański w pobliżu Penn Station i dotarłem tam na dziesięć minut przed końcem dyżuru w konfesjonale. Powiedziałem księdzu siedzącemu po drugiej stronie kratki: „Ostatni raz byłem u spowiedzi szesnaście lat temu” i usłyszałem, jak bierze głęboki wdech. Kiedy powiedziałem, że nie bardzo wiem, co mam mówić, poradził mi z życzliwością, żebym wyznał mu ogólnie swoje grzechy, przechodząc przez Dziesięć Przykazań.
„Jak one brzmią?” – zapytałem. Ksiądz cierpliwie przeprowadził mnie kolejno przez wszystkie i wyjaśnił, że Jezus przebacza mi nawet te grzechy, których nie potrafię sobie przypomnieć. Kiedy odczytałem akt skruchy i otrzymałem rozgrzeszenie, powiedział: „Nie było tak źle, prawda? Budynek się na ciebie nie zawalił”. Wyszedłem z kościoła, czując się lekki i szczęśliwy. Spojrzałem w niebo, z którego spadały właśnie czyste, białe płatki śniegu.
Najbliższej wiosny zacząłem modlić się Liturgią godzin. Wkrótce też doceniłem porządek, jaki wprowadzała ona w mój dzień. Siadałem przy wyjściu ewakuacyjnym budynku, w którym mieszkałem, modląc się psalmami w blasku słońca. Zaczynałem doświadczać tego, że Bóg mówi do mnie przez swoje słowa. Zwłaszcza psalmy przemawiały do mnie w sposób bardzo osobisty: „Boże, mój Boże, szukam Ciebie i pragnie Ciebie moja dusza. Ciało moje tęskni za Tobą” (Ps 63,2).
Słowa psalmów przestały być dla mnie starożytnymi tekstami sprzed tysięcy lat. Były podstawą mojej nowej relacji z Kościołem wszystkich wieków. Nie byłem sam w moim doświadczeniu pragnienia Boga. Byłem w dobrym towarzystwie króla Dawida!

NOWE ŻYCIE
W DŁONIACH JEZUSA
Nowo odkryta wiara była dla mnie wielką pomocą w wychodzeniu z alkoholizmu. Wspólnota Anonimowych Alkoholików była ważna, ale to ksiądz i znajomi z kościoła najbardziej pomogli mi w zachowaniu trzeźwości. Wskazywali mi wciąż nowe sprawy do przemyślenia i mobilizowali do odpowiedzialności. Dzięki nim, a także lekturom duchowym, dowiedziałem się o potrzebie pokory oraz pojednania z ludźmi, których skrzywdziłem. A co najważniejsze, dowiedziałem się, że trzeba żyć dla innych, a nie dla siebie.
Poprzez codzienną modlitwę, udział we Mszy świętej i śpiew w chórze zacząłem służyć Kościołowi. Praktyki te stały się wyrazem mojej katolickiej wiary i fundamentem mojego życia. Pomogły mi zobaczyć w zupełnie nowym świetle samotność, zawody miłosne, a także napełniały mnie radością.
Zawsze wydawało mi się, że są to moje sprawy prywatne, które nikogo nie interesują. Uświadomiłem sobie jednak, że Jezus widział moją nędzę i że ona Go obchodziła. To Jego głos przemówił do mnie w barze na Manhattanie! To On wezwał mnie przez piękno muzyki. To On wszedł podczas Mszy w moje życie, aby obdarzyć mnie swoim. Odszukał mnie w barze w Greenwich Village, tak jak kiedyś trędowatych i prostytutki. I chociaż wciąż bywają w moim życiu chwile, w których doświadczam głębokiej samotności, to dziś widzę
w niej sens. Nauczyłem się oddawać ją Jezusowi jako mój udział w Jego życiu, śmierci i zmartwychwstaniu.
Zgodnie z „Wielką Księgą” Anonimowych Alkoholików: „W Bożych dłoniach twoja ciemna przeszłość staje się twoim największym majątkiem – kluczem do życia i szczęścia dla innych”. Jest tak dlatego, że w dłoniach Jezusa zostajemy stworzeni na nowo i obdarzeni nowym życiem. ▐

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 4 (296) 2018 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO KWIETNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Kwietniowy numer „Słowa wśród nas” rozpoczyna się Niedzielą Zmartwychwstania Pańskiego i poświęcony jest wielkanocnemu przesłaniu nadziei. Artykuły mówią o „żywej nadziei”, czyli pewności naszego przeznaczenia do „dziedzictwa niezniszczalnego” w niebie. 

W Magazynie znajduje się artykuł o przemianie, której doznał zabójca św. Marii Goretti, a także dwa poruszające świadectwa nawrócenia. Ponadto krótki tekst o adoracji, który proponuje spojrzenie na adorację w perspektywie widzenia Oblicza Jezusa.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny, omówienie polecanej przez nas lektury – prostej i bardzo wartościowej książki Didiera van Havre „Pokochać Mszę Świętą” oraz krzyżówkę.

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Uzdrowiona przeszłość, obiecująca przyszłość
Wielkanocne przesłanie nadziei................................... 4

Żywa nadzieja
Duch Święty i nadzieja nieba...................................... 9

Świętowanie nadziei
Msza święta odsłania nam Boży plan.........................13

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 kwietnia........................ 17

MAGAZYN

Morderca św. Marii Goretti
Jak Aleksander Serenelli stał się nowym człowiekiem
Jay Sappington........................ 44

Spragniony łaski
Alkoholik odkrywa w Bogu sens swojej samotności
Colin O’Brien......................................................... 49

Miejsce, w którym uczę się miłości......................... 53

O adoracji
Oblicze Oblubieńca – Dorota Szczerba..................... 60

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Wielkanoc przynosi nam radość ze zmartwychwstania Jezusa i wielką nadzieję dla nas wszystkich. Przypomnijmy sobie, dlaczego.
W Ewangelii według Mateusza Jezus mówi swoim Apostołom, że musi udać się do Jerozolimy, gdzie wiele wycierpi, zostanie zabity, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie (Mt 16,21). Ze wszystkich czterech Ewangelii dowiadujemy się, że Jezus był świadom zbliżającej się śmierci. Nie była to pomyłka ani „wypadek przy pracy”. Jezus chciał umrzeć, aby nikt z nas „nie zginął”, ale by każdy „został przez Niego zbawiony” (J 3,16.17). Na tym właśnie polegała istota Bożego planu – na świat został posłany Jezus, „Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29), jako ofiara odkupieńcza za wszystkich ludzi.
Wielkanoc przypomina nam, że wraz z Jezusem, który powstał z martwych (Rz 6,4), także i my możemy powstać do nowego życia. Daje nam nadzieję na przebaczenie, uwolnienie od poczucia krzywdy z powodu dawnych zranień, na moc Ducha Świętego w codziennych zmaganiach, a przede wszystkim – obietnicę życia wiecznego!
W Niedzielę Wielkanocną Jezus pozwolił nam wznieść się ponad dramat Kalwarii. Mówiąc: „Dokonało się!” (J 19,30), ogłosił swój triumf nad grzechem, szatanem i śmiercią. A teraz zwraca się do nas wszystkich słowami: „Pokój wam!” (Łk 24,36).
Złożenie nadziei w Jezusie i Jego zmartwychwstaniu to nie pobożne życzenie, ale konkret wynikający z naszej wiary i ufności w Boże obietnice. Zmartwychwstanie Jezusa jest bowiem źródłem „żywej nadziei”, że jesteśmy przeznaczeni do „dziedzictwa niezniszczalnego, niepokalanego i niewiędnącego, które jest zachowane dla nas w niebie” (1 P 1,3-4).
Muszę przyznać, że w miarę upływu lat coraz bardziej dotykają mnie problemy świata. Odczuwam ciężar tak wielu wojen, straszliwej nędzy, krzywd, podziałów, przemocy… Tak wiele dzieci Bożych doznaje cierpienia, tak wielu ludzi jest samotnych, nieszczęśliwych, tylu znajduje się w rozpaczliwym położeniu.
Jednak ten ciężar nie przytłacza mnie ani nie paraliżuje. Przeciwnie, mobilizuje mnie do działania, a przede wszystkim do codziennej modlitwy o to, by Bóg położył kres temu złu. Pomaga mi także pamiętać o słowach wypowiedzianych przez Jezusa do uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze” (J 14,1).
Pomimo tych wszystkich problemów, które nas nękają, zachowuję w sercu wiarę i nadzieję, ponieważ wiem, że Jezus, zmartwychwstały Pan, kocha każdego z nas. I wiem, że On nigdy nas nie opuści.
Na tym właśnie polega wielkanocna nadzieja, która nas odnawia, napełnia radością i posyła do świata, abyśmy mogli dzielić się nią z innymi.
Jezus zmartwychwstał! W Nim złóżmy naszą nadzieję!
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY:

UZDROWIONA PRZESZŁOŚĆ, OBIECUJĄCA PRZYSZŁOŚĆ

Wielkanocne przesłanie nadziei

Radosnych świąt wielkanocnych! Dziś w kościołach całego świata chrześcijanie gromadzą się, by wysłuchać ewangelicznego przesłania o tym, że Chrystus powstał z martwych. Jest to dzień ponad wszystkie dni; dzień, kiedy to cieszymy się ze zmartwychwstania Jezusa, który wybawił nas od grzechu i śmierci.
Świętując Wielkanoc, nie tylko wspominamy wydarzenie historyczne, które miało miejsce dwa tysiące lat temu. Mówiąc „Chrystus zmartwychwstał!”, z radością wyznajemy wiarę w to, że On żyje dziś, że zbawia nas codziennie. Cieszymy się z Jego obietnicy, że będzie z każdym z nas „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Cieszymy się wreszcie z tego, że Jezus przyjdzie ponownie w chwale i zabierze nas ze sobą do nieba. Dlatego Wielkanoc jest jednoczesnym świętowaniem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
W tym wielkanocnym wydaniu naszego pisma skupimy się na darze nadziei – darze, który przyniosło nam zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią, i który kieruje nas ku przyszłości.

WDZIĘCZNOŚĆ ZA PRZESZŁOŚĆ, NADZIEJA NA PRZYSZŁOŚĆ
Czy byłeś kiedykolwiek w trudnej sytuacji, bez żadnej nadziei na zmianę? Czułeś się wtedy jak w pułapce.
Z twego serca odpłynęła wszelka radość. Dalsza droga wydawała ci się ciemna i groźna, tak że aż bałeś się postawić kolejny krok.
A teraz pomyśl, co się dzieje, gdy twoje serce jest przepełnione nadzieją. Przyszłość wydaje ci się jasna i obiecująca. Jesteś gotów zmierzyć się z przeszkodami, które staną na twojej drodze. Patrzysz wstecz na swoją przeszłość w poczuciu wdzięczności za wszelkie dobro, którego doświadczyłeś, ale także za trudności, które cię ukształtowały.
To nadzieja pomaga nam dostrzec dobro w naszej przeszłości, która uformowała nas takimi, jakimi jesteśmy. Łatwiej nam zobaczyć, że Pan był z nami przez cały czas, błogosławiąc nam w do-
brych chwilach i niosąc nas w trudnych. Jeśli jednak brakuje nam nadziei, skupiamy się na negatywnych aspektach naszej przeszłości, tracąc z oczu wierność Boga i Jego obietnicę, że będzie z nami zawsze.

OPOWIEŚĆ O NADZIEI
Dobrą ilustracją tego, jakie znaczenie ma nadzieja, jest spotkanie Jezusa z uczniami idącymi do Emaus (Łk 24,13-35). Wszyscy znamy tę historię, jak w Niedzielę Wielkanocną Jezus spotkał dwóch uczniów na drodze do Emaus,
a oni Go nie poznali. Wiemy, że byli smutni, gdyż Jezus został ukrzyżowany, a tym samym wszystkie ich nadzieje spełzły na niczym. Sądzili, że był Mesjaszem, tymczasem okazał się kolejnym pobożnym rabbim.
Kiedy tak szli razem, Jezus powiedział im, że śmierć Mesjasza była częścią Bożego planu. Wyjaśnił, że już Mojżesz i prorocy zapowiadali ten plan, jak i to, że Mesjasz zmartwychwstanie. Słowa Jezusa były tak przekonujące, że uczniowie zaprosili go na wspólny posiłek. Kiedy pobłogosławił chleb, otworzyły się ich oczy i rozpoznali Go. Zdumieni i przejęci, pospieszyli z powrotem do Jerozolimy, by opowiedzieć o tym spotkaniu Piotrowi i pozostałym.
W drodze powrotnej uczniowie uświadomili sobie, jak pałały ich serca, gdy Jezus do nich mówił (Łk 24,32). Kiedy w zupełnie nowy sposób ukazywał im to, co zaszło, i wyjaśniał wspaniały Boży plan na przyszłość, odżyła
w nich nadzieja. Dobra Nowina, jaką usłyszeli, ukoiła ich smutek. A kiedy Jezus pobłogosławił i połamał chleb, ich serca doznały przemiany. Byli gotowi znowu pójść za Nim.
Tak więc w drodze do Emaus Jezus nie tylko nauczał uczniów, ale przywracał im nadzieję – a czynił to uzdrawiając ich wspomnienia. Pomógł im zobaczyć przeszłość Jego oczami. Pokazał, z jaką troską i cierpliwością Bóg działał w ich życiu, by doprowadzić ich tam, gdzie znajdują się obecnie. Dowodził, że ich nadzieje złożone w Mesjaszu wcale nie były płonne. Wyjaśniając przeszłość, jednocześnie dawał nadzieję na przyszłość.

UZDROWIONE WSPOMNIENIA, NOWE PERSPEKTYWY
My także, podobnie jak uczniowie z Emaus, mamy za sobą wydarzenia, które pozostawiły w nas smutek, sprawiły, że czujemy się porzuceni czy zdradzeni. Pamięć o nich może rzucić cień na nasz stosunek do przyszłości. Niektóre z tych zranień są na tyle drobne, że zapominamy o nich po paru dniach, inne jednak trwają w nas latami. I te niedawne, jak u uczniów z Emaus, i te sprzed wielu lat mogą wywierać na nas wpływ jeszcze długo po tym, kiedy miały miejsce.
Historia z Emaus ukazuje, że nawet jeśli nasza przeszłość wydaje nam się ponura, Jezus może rzucić na nią nowe światło. On idzie wraz z nami i słucha, gdy otwieramy przed Nim serca. Uzdrawia nasze bolesne wspomnienia i przywraca nam nadzieję.
Jeśli chcesz doświadczyć takiego uzdrowienia, zaproś Jezusa do swojej przeszłości i przeżyj ją raz jeszcze wraz z Nim. Czy zadane ci kiedyś krzywdy do dziś wywołują w tobie niepokój i lęk? A może zerwana znajomość sprawiła, że jesteś cyniczny i obrażony na cały świat? Może problemy finansowe czy sytuacja w pracy doprowadzają cię do kresu wytrzymałości? Cokolwiek by to było, przeżyj w myślach tę sytuację jeszcze raz, ale tym razem nie sam, lecz z Jezusem. Opowiedz Mu, co się stało i dlaczego sprawia ci to ból. Przyznaj, że wciąż cierpisz z powodu tamtej sytuacji i poproś Go, by zabrał twój ból.
Nie bój się też dłuższych chwil ciszy. Po prostu trwaj w obecności Pana i pozwól Mu działać. Jeśli masz wrażenie, że odbierasz jakieś Jego słowa czy gesty, zapamiętaj to lub zapisz. Może czujesz, że kładzie ci rękę na ramieniu i przytula cię do serca uświadamiając ci, że był wtedy z tobą, odczuwał twój ból i modlił się za ciebie do Ojca. Może czujesz, że słabnie twoja złość wobec tego, kto cię zranił.
Nie martw się też, jeśli nie od razu poczujesz się lepiej. Otwarcie serca na tyle, by Jezus mógł zacząć w Nim działać, wymaga zwykle czasu. Jeśli widzisz, że ten sposób modlitwy przynosi owoce, praktykuj go regularnie.
Z czasem ból przeszłości zacznie słabnąć i poczujesz, że jest ci lżej na sercu. Zaczniesz widzieć, że wciąż masz powody do nadziei – gdyż Jezus, zmartwychwstały Pan, jest z tobą i nigdy cię nie opuści.

WIELKANOC JEST NASZĄ NADZIEJĄ
Wielkanoc jest dla nas źródłem nadziei. Wielkanocne przesłanie głosi, że Jezus nie tylko umarł na krzyżu, zmartwychwstał i wstąpił do nieba, ale także pokonał grzech i powrócił do nas. Ukazując się Piotrowi, Marii Magdalenie, uczniom idącym do Emaus i wielu innym, dał dowód, że wciąż angażuje się w nasze życie, że wciąż chce nas uzdrawiać i prowadzić. Oznajmił, że ma wspaniałe plany co do naszej przyszłości i dlatego możemy żywić nadzieję.
Podczas swojej pierwszej papieskiej Wigilii Paschalnej Ojciec Święty Franciszek powiedział: „Trzeba pamiętać o tym, co Bóg uczynił dla mnie, dla nas, pamiętać o przebytej drodze – to właśnie otwiera szeroko serce i daje nadzieję na przyszłość” (Wigilia Paschalna, 30 marca 2013). Wspominaj przeszłość. Zobacz w niej Boże działanie. Spójrz na drogę, jaką przebyłeś, i proś Jezusa, aby wyrwał ci z serca żądło bolesnych wspomnień. Im częściej będziesz to robić, tym mocniejsza będzie twoja nadzieja na przyszłość.

WSPANIAŁA PRZYSZŁOŚĆ
Pozwól więc Jezusowi przyjść do ciebie w tym wielkanocnym czasie. Pozwól Mu pokazać ci, jak wspaniała może być twoja przyszłość. Pozwól, by pomógł ci sprostać wyzwaniom, jakie stawia przed tobą życie. Uwierz, że On towarzyszy ci na każdym kroku, tak jak towarzyszył kiedyś uczniom idącym do Emaus. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ

Niedziela, 1 kwietnia
Zmartwychwstanie Pańskie
Dz 10,34a.37-43
… nie całemu ludowi, ale nam. (Dz 10,41)
Skupimy się dziś na jednym wersecie dzisiejszego pierwszego czytania. Przemawiając do setnika i jego rodziny, św. Piotr mówi, że zmartwychwstały Jezus ukazał się „nie całemu ludowi”, ale jedynie swoim uczniom, „wybranym uprzednio przez Boga na świadków” (Dz 10,41). Nie ukazał się ani faryzeuszom, ani mieszkańcom Aten czy Aleksandrii, ani nawet tym wszystkim, których uzdrowił i uwolnił od złych duchów. Ukazał się jedynie ścisłemu gronu wybranych.
Następne słowa Piotra są jeszcze bardziej zaskakujące: mówi, że Bóg rozkazał jemu i pozostałym uczniom „ogłosić ludowi i dać świadectwo” (Dz 10,42). Zamiast uroczyście ogłosić z nieba zmartwychwstanie Jezusa, Bóg polecił czynić to wybranym uprzednio „na świadków” uczniom, którzy byli zwyczajnymi, szarymi ludźmi, podobnymi do nas.
Dlaczego Bóg przyjął tak niepewną, a wręcz ryzykowną strategię? Być może nigdy nie dowiemy się tego do końca, ale rozważmy przynajmniej dwie możliwości.
Po pierwsze, Jezus chciał, byśmy doświadczali Jego miłości poprzez siebie nawzajem. Byśmy odczuwali Jego obecność poprzez ofiarność, czułość i pokorę naszych braci. Dlatego jednoczy nas w Kościele i pragnie przez nas przemieniać świat. Dlatego też gromadzi nas przy ołtarzu jako rodzinę dzieci Bożych.
Po drugie, Jezus miał do swoich uczniów zaufanie. Był pewien, że przy pomocy Jego Ducha Piotr, Maria Magdalena i pozostali dokonają rzeczy wielkich i wspaniałych. On ufa także tobie. Wie, że nie wszystko zawsze ci się udaje, ale tak samo było z Apostołami. Wie jednak także, że jeśli włożysz całe serce w to, by miłować ludzi, jak On ich miłuje, twoje życie nie będzie bezowocne.
Chrystus zmartwychwstał! Niech ta prawda przemienia nasze życie!
„Jezu, dziękuję Ci za to, że wybrałeś także mnie do głoszenia dobrej nowiny o Twoim zmartwychwstaniu”.
Ps 118,1-2.16-17.22-23
Kol 3,1-4 lub 1 Kor 5,6b-8
J 20,1-9 lub (wieczorem)
Łk 24,13-35
▌Poniedziałek, 2 kwietnia
Mt 28,8-15
A oto Jezus stanął przed nimi. (Mt 28,9)
Od wieków wierzący całego świata w swoim osobistym poszukiwaniu zmartwychwstałego Pana podążają śladami Marii Magdaleny. Nie chodzi tu o pielgrzymowanie do Ziemi Świętej – choć oczywiście byłoby wspaniale tam się udać. Mówimy o czymś tak zwyczajnym, jak rozpoczynanie dnia modlitwą.
Wyjaśnijmy tę analogię. Co rano podnosimy się ze „śmierci” snu, aby wyjść na spotkanie kolejnego dnia, jak ewangeliczne kobiety, które o świcie ruszyły do grobu Jezusa, by namaścić Jego ciało. Gdy zastały grób pusty i wracały, by oznajmić to uczniom, Jezus „stanął przed nimi” (Mt 28,9). Ten sam Jezus chce wyjść na spotkanie także tobie – gdy przygotowujesz śniadanie czy spieszysz się do pracy, On jest z tobą. Spróbuj to sobie uświadomić i znaleźć chwilę dla Niego, zanim wpadniesz w wir codziennych zajęć.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus przemówił jako pierwszy. Pozdrowił kobiety, prawdopodobnie każdą z nich po imieniu. A kiedy one zorientowały się, kto do nich mówi, ogarnęła je radość i padły przed Nim na kolana w uwielbieniu. Ale nie był to jeszcze koniec spotkania. Jezus wiedział, co przeżywają, jak wiele uczuć nimi miota. Chcąc je uspokoić, powiedział: „Nie bójcie się!” (Mt 28,10). 
Podobnie jest i z nami – kiedy odczuwamy obecność Jezusa, nasze serca wypełnia radość. Jego słowo niesie nam pokój, nadzieję, daje siły do wypełniania codziennych obowiązków.
Jezus przekazuje ci tę samą dobrą nowinę, którą w Niedzielę Wielkanocną usłyszały Maria Magdalena i jej towarzyszka. Ten, który z miłości do nas pokonał grzech i śmierć, jest zawsze z tobą i nigdy cię nie opuści.
Co rano Jezus wychodzi ci naprzeciw ze swoim pozdrowieniem. Mówi, byś przestał się lękać i otworzył się na Niego i Jego łaskę. Postaraj się więc znaleźć każdego ranka czas na trwanie przed Nim w ciszy i wsłuchiwanie się w Jego głos. Pozwól Mu „stanąć przed tobą” na początku każdego dnia. On ma ci tak wiele do powiedzenia!
„Jezu, chcę Cię spotkać dzisiejszego ranka, gdy «staniesz przede mną»”.
Dz 2.14.22b-32
Ps 16,1-2.5.7-11

▌Poniedziałek, 9 kwietnia
Zwiastowanie Pańskie
Łk 1,26-38
Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą. (Łk 1,28)
Święta Maryjo, zadziwia nas ogrom łask, jakich Bóg Ci udzielił. Powiedziałaś „tak” aniołowi, chociaż niewiele wiedziałaś o tym, jak będzie wyglądała Twoja przyszłość wedle Bożego planu. Dziękuję Ci za ten niezwykły przykład ufności! Ja tak często próbuję kontrolować najdrobniejsze szczegóły mojego życia. Trudno mi zaufać, że wszystko jest w rękach Jezusa. Maryjo, módl się, abym zaufał, że Bóg ma moc nad wszystkim, co dzieje się w moim życiu.
Maryjo, Ty okazałaś taką odwagę! Chociaż zdawałaś sobie sprawę z trudności, jakie mogą Cię spotkać, odważyłaś się przyjąć wolę Boga. Dziękuję Ci za to, że wybrałaś Boży plan pomimo związanej z nim niepewności. Czasami brakuje mi odwagi w wierze, zwłaszcza gdy się boję, że inni nie zaaprobują mojego pójścia za Twoim Synem. Często łatwiej mi posłuchać ich opinii, niż dochować wierności Panu. Maryjo, wyproś mi taką odwagę, jaką Ty miałaś, abym mógł mężnie stawiać kolejne kroki na drodze wiary.
Maryjo, Ty odłożyłaś swoje własne plany, aby wypełnić wolę Boga. Choć Twoja przyszłość z Józefem wydawała się już ustalona, odpowiedziałaś „tak” na Boży plan, choć oznaczało to zgodę na coś nowego, nieznanego i niełatwego. Dziękuję Ci za Twoją bezinteresowność! Mnie wcale nie jest łatwo odłożyć swoje plany, gdy czuję, że Pan wzywa mnie do czegoś innego. A przecież chciałbym, aby moje plany były zgodne z planami Pana. Maryjo, uproś mi otwartość i dyspozycyjność. Módl się, abym umiał dostosować moje plany do planów Boga.
Maryjo, Ty już w tak młodym wieku z radością pełniłaś wolę Boga! Nie tylko przyjęłaś Jego plan, ale znalazłaś w nim radość – nawet gdy wiele jego elementów pozostawało dla Ciebie tajemnicą. Dziękuję Ci za to, że dałaś nam przykład, jak mamy kochać Boga i służyć Mu całym sercem. Ja, próbując wypełniać Boży plan, czuję często opór, mam ochotę pójść w inną stronę. Pomóż mi, Maryjo, przyjmować wolę Boga z taką miłością, z jaką Ty wypowiedziałaś Mu swoje „fiat”.
„Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami”.
Iz 7,10-14
Ps 40,7-11
Hbr 10,4-10

▌Niedziela, 15 kwietnia
Dz 3,13-15.17-19
Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych. (Dz 3,15)
Zastanówmy się chwilę nad kontekstem dzisiejszego czytania. Piotr właśnie uzdrowił chromego od urodzenia. Uradowany uzdrowieniem, człowiek ten zaczyna spontanicznie skakać i tańczyć w świątyni, gdzie gromadzi się wokół niego spory tłum. Wszyscy świadkowie tej niecodziennej sceny nie posiadają się ze zdumienia. A ściśle rzecz biorąc, wszyscy oprócz Piotra. „Dlaczego dziwicie się temu?” (Dz 3,12) – pyta. Jest oczywiście uszczęśliwiony, ale wydaje się bardziej zaskoczony zdziwieniem zebranych niż cudem, którego właśnie dokonał!
Dlaczego Piotr nie był zaskoczony? Odpowiedź znajdujemy w jego własnych słowach skierowanych do tłumu. Co najmniej trzykrotnie Piotr ogłasza coś o wiele bardziej zadziwiającego niż ten cud: Po tym wszystkim, co zrobiliśmy Jezusowi, Bóg wskrzesił Go z martwych i dał nam jako Zbawiciela! „Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych” (Dz 3,15) – oznajmia z mocą Piotr. Bóg odpowiedział na nasze okrucieństwo swoją miłością.
Dramatyczne wydarzenia Wielkiego Piątku, Niedzieli Wielkanocnej i Zesłania Ducha Świętego uświadomiły Piotrowi, jak wielkoduszny i miłosierny jest Bóg. Pamiętajmy, że Piotr zaparł się Jezusa i uciekł przy Jego aresztowaniu. On, „Skała” Kościoła, trząsł się ze strachu. Jednak Jezus wybaczył mu i przyjął go z powrotem. Tak więc po tym wszystkim, co widział i czego doświadczył, Piotra nie było w stanie już nic zadziwić. Wiedział, że Bóg pragnie dla swojego ludu jedynie dobra.
To zdumiewająca dobra nowina Ewangelii: Boże miłosierdzie jest niewyczerpane. Bóg wziął na siebie nasze grzechy, zgładził je, a zamiast kary i odpłaty obdarzył nas uzdrowieniem i przebaczeniem.
Pamiętaj o tym podczas dzisiejszej Mszy świętej – nawet gdyby twoje grzechy były najgorsze, nawet gdybyś uważał, że nie zasługujesz już na nic, odpowiedź Boga jest jednoznaczna i zadziwiająca: jest On gotów ci przebaczyć i dać swojego Syna, Jezusa, w pokornej postaci chleba i wina.
„Dziękuję Ci, Ojcze, za to, że odpłacasz miłością za moje grzechy! Panie, chcę iść drogą Twojego miłosierdzia”.
Ps 4,2.4.9
1 J 2,1-5
Łk 24,35-48

▌Niedziela, 22 kwietnia
Dz 4,8-12
Przesłuchujecie nas dzisiaj w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek odzyskał zdrowie. (Dz 4,9)
Piotr właśnie uzdrowił chromego człowieka. Świadkowie tego cudu wpadli w podziw, ale przełożeni ludu i starsi poczuli się urażeni, gdyż Piotr powiedział, że to Jezus, którego oni ukrzyżowali, uzdrowił chorego. Nic dziwnego, że Piotr został aresztowany!
Jezus codziennie uzdalnia nas do dokonywania dobrych czynów, do tego, byśmy szli i pomagali potrzebującym. Jak powiedział papież Franciszek: „Dla Jezusa liczy się przede wszystkim dotarcie do oddalonych i ich zbawienie, leczenie ran chorych, włączenie wszystkich na nowo do rodziny Bożej!” (Homilia, 15 lutego 2015).
Jak często przypomina nam Ojciec Święty, istnieje ścisła relacja pomiędzy napełnieniem Bożą miłością a pragnieniem czynienia dobra innym. Im mocniej doświadczamy miłości Boga, tym bardziej pragniemy ją odwzajemnić – darem uwielbienia i darem dobrych uczynków.
W przeciwieństwie do Piotra najprawdopodobniej nie zostaniemy aresztowani i wtrąceni do więzienia za dokonywanie dobrych czynów w imię Jezusa. Jednak nasze dobre czyny mogą mieć takie same skutki jak za czasów Piotra. Mogą kruszyć ludzkie serca. Mogą ukazać ludziom, jak prawdziwa i potężna jest miłość Boga. Mogą też wzbudzić pewien opór, ale nawet to nie ograniczy mocy naszego świadectwa.
Módl się więc codziennie o to, by Jezus napełniał cię swoją miłością. Jego miłość jest katalizatorem, który pobudza do miłowania innych i służenia im. Po-
maga dostrzegać ich potrzeby i podsuwa okazje do czynienia dobra.
Jezus chce, abyśmy pełnili dobre czyny. Jeśli nawet nie mamy odwagi Piotra, z pewnością stać nas na proste gesty miłości i życzliwości. Zacznij więc od dzisiaj. Staraj się okazywać innym serdeczność, życzliwość, pomoc, współczucie. Uczynki miłości są zaraźliwe. Może się zdarzyć, że już dziś twój życzliwy gest przybliży kogoś do Boga.
„Panie, napełnij mnie Twoją miłością i naucz czynić dobro innym”.
Ps 118,1.8-9.21-23.26.28
1 J 3,1-2
J 10,11-18

 

MAGAZYN:

Morderca św. Marii Goretti

Jak Aleksander Serenelli stał się nowym człowiekiem

W 1902 roku Aleksander Serenelli, dwudziestoletni włoski dzierżawca, zdobył sobie ponurą sławę jako zabójca młodej dziewczyny, Marii Goretti. Skazany za popełnioną zbrodnię, spędził w więzieniu dwadzieścia siedem lat. W jego życiu nastąpił jednak nieoczekiwany zwrot, który mógł być wyreżyserowany jedynie przez Boga. Aleksander został świadkiem w procesie beatyfikacyjnym zamordowanej przez siebie dziewczyny i przez resztę życia miał wielkie nabożeństwo do tej, którą później wyniesiono na ołtarze jako świętą.
Historia św. Marii Goretti jest dobrze znana. Mniej znana jest natomiast historia tego, jak jej zabójca zmienił swoje życie.

NIEDOSZŁY TOPIELEC
Cecylia Serenelli z błędnym wzrokiem umieściła swego maleńkiego synka w wiadrze wiszącym u studni. Jeden z jej synów od niedawna przebywał w zakładzie zamkniętym z powodu choroby psychicznej. Wkrótce miała tam się znaleźć także Cecylia. Spuściła wiadro do studni i po chwili usłyszała plusk wody. „Lepiej dla niego umrzeć, niż żyć i cierpieć” – mruknęła i odeszła.
Wkrótce nadbiegł starszy brat zaalarmowany krzykiem przerażonego niemowlęcia. Uratował Aleksandra przed utonięciem w studni, nie mógł go jednak ocalić przed zatonięciem w grzechu, który w przyszłości zawładnął jego życiem. Tego mógł dokonać tylko Bóg.

NĘDZA, HARÓWKA I SAMOTNOŚĆ
Pod koniec XIX wieku życie we Włoszech było ciężkie, szczególnie dla ubogich – a rodzina Aleksandra należała do najuboższych. Wiele razy przeprowadzali się w poszukiwaniu pracy. Mając zaledwie trzynaście lat, Aleksander zaczął pracować na łodziach rybackich. Nauczył się tam twardej mowy i nieokrzesanych obyczajów rybaków. Mimo to był spokojnym chłopcem, który w wolnym czasie szukał samotności, przeglądając popularne czasopisma i gazety.
Kiedy Aleksander miał siedemnaście lat, wraz ze swoim ojcem, Giovannim, przeprowadził się w pobliże Rzymu. Giovanni usłyszał o możliwości wydzierżawienia tam gruntu. W ramach umowy właściciel pozwolił ojcu i synowi zamieszkać w stojącej nieopodal opuszczonej fabryce. Serenelli dzielili to nietypowe lokum z innymi dzierżawcami, rodziną Goretti – Luigim, Assuntą i szóstką ich dzieci.
Praca w polu była wyczerpująca, a warunki bytowe jeszcze gorsze. Grunty znajdowały się na bagiennym, pełnym komarów terenie. Luigi Goretti wkrótce zachorował na malarię i zmarł, pozostawiając żonę i dzieci na łasce losu. Pragnąc za wszelką cenę wyżywić swoją rodzinę, Assunta pracowała w polu wraz z Serenellimi i innymi mężczyznami. Jej najstarsza córka, dziesięcioletnia Maria, zajmowała się dziećmi i przyrządzaniem posiłków dla obu rodzin. Maria była dojrzała jak na swój wiek oraz bardzo oddana Jezusowi i Maryi.

ZBRODNIA ALEKSANDRA
Po wyczerpującej pracy na polu obie rodziny spotykały się na wspólnym Różańcu. Chodziły też na Mszę do oddalonego o dziesięć kilometrów najbliższego kościoła. Aleksander szanował te zwyczaje, ale wciąż izolował się od innych ludzi. Często siedział w swoim pokoju, którego ściany obwieszone były nieprzyzwoitymi zdjęciami kobiet. Wycinał je z czasopism dawanych mu przez ojca – co zaczął robić jeszcze jako chłopiec, gdy pracował z rybakami.
Z czasem natrętne myśli o kobietach stały się dla Aleksandra obsesją. Nie dawał sobie rady z pożądliwością i agresją, a obiektem tych pragnień stała się jedenastoletnia wówczas Maria. Przez kilka miesięcy tłumił w sobie te pożądania, w końcu jednak uległ im i chciał wziąć Marię siłą. Oczekiwał łatwego zwycięstwa, jednak Maria zdołała go odepchnąć. „Nie!” – krzyknęła. „Nigdy! To jest grzech!”.
W ciągu następnych kilku tygodni Aleksander próbował zniewolić ją jeszcze dwukrotnie, ale w obu sytuacjach dzielnie mu się przeciwstawiła. Jej opór tylko go rozgniewał. W końcu naostrzył jedno z narzędzi rolniczych, tak by mogło służyć za broń, i ukrył je przy sobie. Pewnego dnia, gdy wszyscy byli
w polu, wciągnął Marię do domu i zaatakował ją po raz kolejny. Kiedy znowu mu się oparła, zadał jej czternaście ciosów. Maria zmarła nazajutrz, wcześniej jednak zdążyła powiedzieć: „Przebaczam Aleksandrowi i chcę, żeby na zawsze był ze mną w niebie”.

UWIĘZIONY W SAMYM SOBIE
Po sześciu miesiącach Aleksander stanął przed sądem za morderstwo. Assunta prosiła o lekki wyrok, skazano go jednak na trzydzieści lat ciężkich robót. Chociaż życie na farmie było brutalne, to warunki, w jakich żyli i pracowali włoscy więźniowie na przełomie XIX i XX wieku, były jeszcze gorsze. Zresztą postawa Aleksandra tylko pogarszała jego sytuację. Rozumiał swój grzech i odczuwał skruchę, ale nie dawał tego po sobie poznać. Powiedział później: „Pycha kazała mi nosić na twarzy maskę zatwardziałego kryminalisty”. Zamiast wyrazić żal, śpiewał nieprzyzwoite piosenki. Obrażał personel i innych więźniów. Rzucił się nawet na księdza, który go odwiedził.
Zachowanie Aleksandra było tak agresywne, że przez trzy lata trzymano go w całkowitym odosobnieniu. Co gorsza, był on uwięziony w samym sobie, pławiąc się w cierpieniu, które sam sobie zadawał. Wreszcie, w 1908 roku, przyśnił mu się pewien sen. We śnie Aleksander znalazł się w pięknym ogrodzie, gdzie zobaczył idącą ku niemu, ubraną na biało Marię Goretti. Po drodze zbierała lilie i wręczała je mu po jednej – było ich czternaście, tyle, ile ran zadał jej sześć lat wcześniej. Kiedy przyjmował lilie, każda z nich zamieniała się w płomień. Po przebudzeniu zrozumiał, że zarówno Maria, jak i Pan Bóg przebaczyli mu to, co uczynił.
Aleksander na jakiś czas zatrzymał ten sen dla siebie, jednak jego zachowanie zaczęło się zmieniać. Gniew stopniowo topniał. Przestał być agresywny, stał się łagodniejszy. Jego przemiana była na tyle widoczna, że zwolniono go z więzienia trzy lata wcześniej, w roku 1929: dwa lata darowano mu za dobre sprawowanie, a trzeci – w ramach ogólnej amnestii dla wszystkich więźniów po zwycięstwie Włoch w I wojnie światowej.

ALEKSANDER I ASSUNTA
Przez kilka lat po swoim uwolnieniu Aleksander utrzymywał się głównie z prac dorywczych. Pochłaniało go jednak coś o wiele ważniejszego niż praca. Jego serce nie było jeszcze całkowicie wolne. W Wigilię Bożego Narodzenia 1934 roku zebrał całą swoją odwagę i wyruszył do miasta, gdzie Assunta, matka Marii, pracowała u proboszcza.
Z niepokojem zastukał do drzwi plebanii. Gdy się otworzyły, ujrzał Assuntę, z twarzą steraną wiekiem i cierpieniem. Spuścił głowę. 
– Poznajesz mnie, Assunto?
– Tak – odrzekła. Ona także dostrzegła ślady cierpienia na jego twarzy.
– Przebaczysz mi? – zapytał z drżeniem Aleksander. Gdyby odważył się spojrzeć w oczy Assunty, nie musiałby się bać. Odpowiedziała mu szybko i z dobrocią.
– Skoro Bóg ci przebaczył, to jak ja mogłabym nie przebaczyć?
Natłok galopujących myśli i uczuć wypełnił serce Aleksandra. Wreszcie mógł być naprawdę wolny.
Aleksander i Assunta rozmawiali na plebanii cały wieczór. Następnie poszli na pasterkę i uklękli obok siebie, przystępując do Komunii. Był to widomy znak działania Boga, który doprowadził jedno z nich do przebaczenia,
a drugie, po latach, do skruchy. Aleksander powtórzył swoje przeprosiny wobec wszystkich zebranych w kościele. Wreszcie ulżyło mu na sercu i mógł rozpocząć nowe, spokojne życie.
Po kilku latach zdecydował się zamieszkać i pracować w pobliskim klasztorze kapucynów. Wykonywał tam prace fizyczne, zaspokajając w ten sposób praktyczne potrzeby braci, którzy dzięki temu mogli poświęcić się modlitwie.

Z MORDERCY BRAT
Dzieci wyglądające przez okna swoich klas mogły zobaczyć spokojnego staruszka pracującego na klasztornych gruntach, gdzie znajdowała się ich szkoła. Przychodząc do szkoły czy
z niej wychodząc, widziały, jak otwiera furtę różnym ludziom i nosi bagaże. Nie przychodziło im nawet na myśl, że kiedyś był agresywnym więźniem. Znały go jedynie jako „wujka Aleksandra”, dobrego, łagodnego „świeckiego brata” posługującego kapucynom.
Prosta powierzchowność Aleksandra skrywała głębokie życie duchowe. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i odmawiał Różaniec ze swoją nową rodziną braci kapucynów. Był świadkiem w procesie beatyfikacyjnym Marii Goretti, który doprowadził do jej wyniesienia na ołtarze. Modlił się do niej prywatnie, a także od czasu do czasu odwiedzał Assuntę. Wreszcie, 6 maja 1970 roku, zmarł spokojnie w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat – z wieloma oznakami świętości.

CZYNIENIE DOBRA PRAWDZIWĄ POCIECHĄ
W rzeczach Aleksandra znaleziono list napisany przez niego siedem lat wcześniej. W liście krótko opisał historię swego grzechu i otrzymanego przebaczenia oraz wyznał, że oczekuje śmierci jako „czasu, w którym zostanie dopuszczony do oglądania Boga”. Zakończył ten swoisty testament następującymi słowami: „Oby wszyscy, którzy przeczytają ten mój list, zapragnęli pójść za błogosławioną nauką, by unikać zła i czynić dobro. Oby wszyscy uwierzyli wiarą dzieci, że religia ze swoimi zasadami nie jest czymś, bez czego można się obejść. Przeciwnie, jest ona prawdziwą pociechą i jedyną pewną drogą we wszystkich okolicznościach życiowych – nawet najbardziej bolesnych”.
W czasach swego burzliwego dzieciństwa, ciężkiej harówki na roli w młodości oraz dwudziestu siedmiu lat odsiadywania wyroku za morderstwo Aleksander Serenelli nie wydawał się obiecującym kandydatem do spokojnego, świątobliwego życia przy kapucyńskim klasztorze. Jednak Boże miłosierdzie, które dotknęło go za pośrednictwem jego ofiary, jej matki i Kościoła, ocaliło go od zatracenia. Zrozumiał, że droga, którą wzgardził przed laty, a którą wybrała Maria, była o wiele lepsza i nią wytrwale podążał. ▐

Spragniony
łaski

Alkoholik odkrywa w Bogu
sens swojej samotności

Wielu alkoholików ulega złudzeniu, że alkohol pomoże im dopasować się do świata i przezwyciężyć doskwierające poczucie samotności. Złudzenie to stało się podstawą mojego stylu życia, gdy w wieku dwudziestu pięciu lat przeprowadziłem się do Nowego Jorku. Jednak ani morze wypitego alkoholu, ani przygodny seks, ani drogie ciuchy nie były w stanie wypełnić mojej samotności. W ośmiomilionowym mieście najbardziej samotny czujesz się w środku tłumu.

„DLA CIEBIE, NA KOSZT FIRMY”
Tuż przed moimi dwudziestymi siódmymi urodzinami miały miejsce ataki z 11 września 2001 roku. Patrząc na dym i popiół unoszące się nad wieżowcami World Trade Center, czułem wzbierający we mnie lęk, niepokój i udrękę. Z tej jesieni najbardziej utkwił mi w pamięci widok kilkudziesięciu strażaków w ich charakterystycznych niebieskich mundurach, wypełniających pub niedaleko mojego biura przez kilka tygodni. Codziennie z pobliskiej katedry św. Patryka wychodziły pogrzeby nowych ofiar. A ja każdego wieczoru piłem i obserwowałem, co się działo, otępiały i wyczerpany.
Następny rok przyniósł jeszcze więcej nieudanych związków, pogłębił moją depresję i praktycznie każdy dzień rozpoczynałem z kacem. Z okazji moich kolejnych urodzin postanowiłem wziąć sobie dwa dni wolnego z pracy, aby „uczcić” tę okazję porządnym pijaństwem. Słońce prażyło bezlitośnie pierwszego dnia, gdy krążyłem od baru do baru. Kiedy nadszedł wieczór, poczułem, jak przygniata mnie sierpniowa duchota, wzmocniona jeszcze mieszanką ginu i antydepresantów, którą się uraczyłem.
Czułem się tak fatalnie, że myśl o kolacji dla dwojga, którą zamówiłem w klubie jazzowym w Greenwich Village, wprawiała mnie w popłoch. Przyszedłem tam jednak wcześnie i usiadłem przy barze, od razu informując barmankę, że świętuję urodziny. Dziewczyna napełniła kieliszek zielonym płynem i powiedziała: „To dla ciebie, od firmy. Wszystkiego najlepszego!”. Podniosłem drinka do ust i nagle usłyszałem w swoim wnętrzu głos, który mówił: „Koniec. To jest twój ostatni kieliszek”.

WSZECHWIEDZĄCY GŁOS
Odstawiłem kieliszek i spojrzałem na niego. Ogarnęło mnie dziwne uczucie nadziei i niedowierzania. Czy to oznacza, że będę żył w trzeźwości? A może umrę? Głos tego nie sprecyzował, a mnie zdecydowanie łatwiej było wyobrazić sobie własną śmierć niż życie w trzeźwości. Wychyliłem drinka jednym haustem i czekałem, co się stanie. Tak bardzo chciałem uwierzyć w to, co mówił głos. Nagle wszystko pociemniało, jakbym znalazł się w tunelu. Nie umarłem jednak, lecz pobiegłem do męskiej toalety i zwymiotowałem.
Był to naprawdę mój ostatni kieliszek. Głos, który usłyszałem, wzbudził we mnie nagłe pragnienie uwolnienia się od alkoholu. Czułem, że otrzymałem szansę zaczęcia od nowa, i nie chciałem jej zmarnować.
Kilka tygodni później kobieta, z którą byłem związany, pewnego niedzielnego poranka zaproponowała mi pójście do kościoła, żeby posłuchać chóru. Chorał gregoriański i polifonia poruszyły mnie tak bardzo, że wróciłem tam w następną niedzielę i jeszcze w następną. Zacząłem przychodzić na Mszę nawet w tygodniu po to, żeby posłuchać muzyki.
Stopniowo zacząłem słuchać także tego, co działo się pomiędzy pieśniami. W końcu nadszedł dzień, w którym usłyszałem historię o tym, jak Jezus wskrzesił z martwych córkę Jaira (Mk 5,35-43). Powiedział: „Nie bój się, wierz tylko!” (Mk 5,36). W tym momencie zrozumiałem, że jest to ten sam wszechwiedzący głos, który oznajmił, że to mój ostatni kieliszek. Zrozumiałem, że Jezus przez cały czas przygotowywał mnie do tego, bym poczuł w sobie zupełnie inne pragnienie.

„CIEBIE PRAGNIE
MOJA DUSZA”
W Adwencie 2003 roku dowiedziałem się, że aby przyjmować Komunię świętą, trzeba być w stanie łaski. Znalazłem więc kościół franciszkański w pobliżu Penn Station i dotarłem tam na dziesięć minut przed końcem dyżuru w konfesjonale. Powiedziałem księdzu siedzącemu po drugiej stronie kratki: „Ostatni raz byłem u spowiedzi szesnaście lat temu” i usłyszałem, jak bierze głęboki wdech. Kiedy powiedziałem, że nie bardzo wiem, co mam mówić, poradził mi z życzliwością, żebym wyznał mu ogólnie swoje grzechy, przechodząc przez Dziesięć Przykazań.
„Jak one brzmią?” – zapytałem. Ksiądz cierpliwie przeprowadził mnie kolejno przez wszystkie i wyjaśnił, że Jezus przebacza mi nawet te grzechy, których nie potrafię sobie przypomnieć. Kiedy odczytałem akt skruchy i otrzymałem rozgrzeszenie, powiedział: „Nie było tak źle, prawda? Budynek się na ciebie nie zawalił”. Wyszedłem z kościoła, czując się lekki i szczęśliwy. Spojrzałem w niebo, z którego spadały właśnie czyste, białe płatki śniegu.
Najbliższej wiosny zacząłem modlić się Liturgią godzin. Wkrótce też doceniłem porządek, jaki wprowadzała ona w mój dzień. Siadałem przy wyjściu ewakuacyjnym budynku, w którym mieszkałem, modląc się psalmami w blasku słońca. Zaczynałem doświadczać tego, że Bóg mówi do mnie przez swoje słowa. Zwłaszcza psalmy przemawiały do mnie w sposób bardzo osobisty: „Boże, mój Boże, szukam Ciebie i pragnie Ciebie moja dusza. Ciało moje tęskni za Tobą” (Ps 63,2).
Słowa psalmów przestały być dla mnie starożytnymi tekstami sprzed tysięcy lat. Były podstawą mojej nowej relacji z Kościołem wszystkich wieków. Nie byłem sam w moim doświadczeniu pragnienia Boga. Byłem w dobrym towarzystwie króla Dawida!

NOWE ŻYCIE
W DŁONIACH JEZUSA
Nowo odkryta wiara była dla mnie wielką pomocą w wychodzeniu z alkoholizmu. Wspólnota Anonimowych Alkoholików była ważna, ale to ksiądz i znajomi z kościoła najbardziej pomogli mi w zachowaniu trzeźwości. Wskazywali mi wciąż nowe sprawy do przemyślenia i mobilizowali do odpowiedzialności. Dzięki nim, a także lekturom duchowym, dowiedziałem się o potrzebie pokory oraz pojednania z ludźmi, których skrzywdziłem. A co najważniejsze, dowiedziałem się, że trzeba żyć dla innych, a nie dla siebie.
Poprzez codzienną modlitwę, udział we Mszy świętej i śpiew w chórze zacząłem służyć Kościołowi. Praktyki te stały się wyrazem mojej katolickiej wiary i fundamentem mojego życia. Pomogły mi zobaczyć w zupełnie nowym świetle samotność, zawody miłosne, a także napełniały mnie radością.
Zawsze wydawało mi się, że są to moje sprawy prywatne, które nikogo nie interesują. Uświadomiłem sobie jednak, że Jezus widział moją nędzę i że ona Go obchodziła. To Jego głos przemówił do mnie w barze na Manhattanie! To On wezwał mnie przez piękno muzyki. To On wszedł podczas Mszy w moje życie, aby obdarzyć mnie swoim. Odszukał mnie w barze w Greenwich Village, tak jak kiedyś trędowatych i prostytutki. I chociaż wciąż bywają w moim życiu chwile, w których doświadczam głębokiej samotności, to dziś widzę
w niej sens. Nauczyłem się oddawać ją Jezusowi jako mój udział w Jego życiu, śmierci i zmartwychwstaniu.
Zgodnie z „Wielką Księgą” Anonimowych Alkoholików: „W Bożych dłoniach twoja ciemna przeszłość staje się twoim największym majątkiem – kluczem do życia i szczęścia dla innych”. Jest tak dlatego, że w dłoniach Jezusa zostajemy stworzeni na nowo i obdarzeni nowym życiem. ▐

Sklep internetowy Shoper.pl