E-BOOK
6.7
PLN
Słowo wśród nas Nr 3 (319) 2020 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 3 (319) 2020 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 6,70 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO MARCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Marcowy numer nosi tytuł: „Pójdź za Mną”. To wezwanie Jezusa, skierowane do prostego rybaka imieniem Szymon, szczególnie mocno wybrzmiewa u progu Wielkiego Postu. W artykułach przypominamy drogę Szymona, który poszedł za Jezusem i został Piotrem. Piszemy o tym, że Jezus swoje wezwanie kieruje do każdego z nas. A kiedy odpowiadamy na nie i zapraszamy Go do swojego życia - podobnie jak Szymon zaprosił Jezusa do swojej łodzi - stopniowo dokonuje się w nas głęboka przemiana. Szymon nie od razu stał się Piotrem, jednak Jezus nie zrezygnował z niego, nawet pomimo jego upadków - aż Piotr stał się pierwszym spośród Apostołów, głoszącym z mocą Ewangelię. Podobnie i my, przemieniani łaską Bożą, możemy zostać misjonarzami Pana w naszej codzienności.
Magazyn otwiera artykuł „Od poszukiwaczki prawdy do świętej”, poświęcony Edycie Stein i jej drodze do klasztoru i na krzyż. Ponadto znajdziemy w nim dwa poruszające świadectwa: „Opowieść autostopowiczki” i „Malarz z pasją” oraz Wielkopostny rachunek sumienia. W dziale Nasze lektury polecamy książkę Piotra Kieniewicza MIC „Panie, Ty wszystko wiesz” – opowieść o dziele zbawienia i miłości Boga do człowieka. 
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.

 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Z nauczycielem w łodzi
Łaska obecności Jezusa............................................... 4

Wypłyń na głębię
Łaska posłuszeństwa.................................................. 10

Wyjdź z łodzi
Łaska misji....................................................................15

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

Od 1 do 30 marca....................................................................19

MAGAZYN

Od poszukiwaczki prawdy do świętej
Droga Edyty Stein do klasztoru i na krzyż
– Anne Costa............................................................. 47

Opowieść autostopowiczki
Bóg wciąż szuka i znajduje zagubionych
– Joy Mc Cuen........................................................... 52

Malarz z misją
Jak w więzieniu rozstałem się z ateizmem
– John Jay Sheppard.................................................. 56

Powróćcie do Mnie całym swym sercem
Wielkopostny rachunek sumienia.............................. 60

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

Drodzy Bracia i Siostry!

Na czym tak naprawdę polega Wielki Post? Na tym, abyśmy pozwolili przemienić się Jezusowi, jak Jego pierwsi uczniowie, i rzeczywiście za Nim poszli. W Ewangelii spotykamy uczniów, których postawy mogą być dla nas inspirujące. Jedni, aby pójść za Jezusem, opuścili swoje rodziny, inni porzucili zajęcia dające im utrzymanie. Ostatecznie wielu z nich oddało życie za Jezusa i Ewangelię. To prawdziwie heroiczni świadkowie wiary! Swoim życiem pokazali, jak głęboka przemiana może dokonać się w człowieku, który powierzy się Jezusowi i pójdzie za Nim.
Jednym z nich jest św. Piotr. Na kartach Ewangelii często się z nim spotykamy, a jego historia jest niezwykle porywająca. Dlaczego Piotr nas fascynuje? Ponieważ jest tak bardzo prawdziwy! W jednej chwili z wielką gorliwością idzie za Panem, a w następnej całkowicie zawodzi. Jest w nim mieszanka siły i słabości, podobnie jak w każdym z nas.
Piotr był tak poruszony nauką Jezusa, że porzucił wszystko, aby stać się jednym z Jego pierwszych uczniów. Jednocześnie był całkowicie świadom swojej niegodności, o czym świadczy jego wyznanie: „Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8). Pomimo to Jezus w pewnym momencie nazwał go „opoką” swego Kościoła, którego nie przemogą bramy piekielne. Jednak już chwilę później ten sam Piotr próbował powstrzymać Jezusa przed wypełnieniem Jego misji i otrzymał za to surowe napomnienie: „Zejdź mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku” (Mt 16,23). To nauka przemieniająca do głębi. Następnie w dramatycznych chwilach w Jerozolimie, gdy opowiedzenie się za Jezusem mogło być naprawdę niebezpieczne, Piotr wyparł się tego, że jest Jego uczniem. Przecież słyszał wcześniej słowa Jezusa: „Kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,33), a mimo to tak właśnie postąpił! Nie minęło jednak wiele czasu, i kogo spotykamy głoszącego zmartwychwstałego Chrystusa wielkim tłumom w dzień Pięćdziesiątnicy i wtrąconego do więzienia z powodu Ewangelii? Tak jest, naszego brata Piotra!
Każdy z nas w jakimś stopniu jest „Piotrem”. Każde „tak” powiedziane Bogu, każda modlitwa osobista lub wspólna z bliskimi czy przyjaciółmi, każde dobro dane innym i każdy „kubek świeżej wody” podany spragnionemu, sprawiają wielką radość Jezusowi. Natomiast każde niemiłosierne słowo, każdy czyn wypływający
z egoizmu czy lęku, każdy popełniany przez nas grzech pokazuje, jak bardzo jesteśmy słabi i potrzebujemy upomnień – tak jak potrzebował ich Piotr.
W naszych wielkopostnych artykułach chcemy zaprosić wszystkich do wyruszenia w drogę razem z Piotrem. Wraz z nim wsiądziemy do łodzi, w której już czeka na nas Jezus, aby słuchać Jego nauki i odkrywać łaskę posłuszeństwa. I wraz z nim – przemienieni słowem i łaską – gdy nadejdzie czas, wysiądziemy z łodzi, aby stać się misjonarzami Pana w naszej codzienności.
Prośmy więc Jezusa, aby nas przemienił, jak przemienił naszego brata, św. Piotra. A jeśli poczujesz, że droga staje się zbyt trudna, wyobraź sobie Piotra, który idzie obok ciebie i mówi: „Skoro Jezus mógł przemienić mnie, to może przemienić każdego!”.
Niech Bóg błogosławi wam i waszym bliskim przez cały Wielki Post.
Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith

ARTYKUŁY:

Z Nauczycielem w łodzi

Łaska obecności Jezusa


Była to długa bezowocna noc. Szymon i jego brat Andrzej wypłynęli na połów, ale daremnie zarzucali sieci – ryby omijały je z daleka. Teraz wraz z innymi rybakami płukali sieci przy brzegu. Szymon nie mógł się już doczekać końca tej pracy. To, czego potrzebował, to porządne śniadanie i parę godzin snu. Niektóre noce były właśnie takie. Może jutro będą mieli więcej szczęścia.
Słysząc jakieś zamieszanie na brzegu, Szymon oderwał wzrok od sieci. „No tak... To ten Jezus, Nauczyciel, który naucza i uzdrawia chorych” – pomyślał. Jezusa, jak zwykle, oblegał tłum rozentuzjazmowanych ludzi, pragnących ujrzeć cuda i posłuchać tego, co ma do powiedzenia. Kiedy się zbliżył, spojrzał wprost na Szymona i skinął na niego ręką. „Czego On ode mnie chce?” – pomyślał rybak. „Czy mógłbyś nieco odpłynąć?” – zapytał Jezus wsiadając do jego łodzi. „Ludzie będą mogli lepiej mnie słyszeć, jeśli będę mówił znad wody”. Szymon marzył jedynie o tym, by wrócić do domu, rzucić się na posłanie i zasnąć, czuł jednak, że nie może odmówić. Odbił więc od brzegu, a Jezus zwrócił się w stronę tłumu i przysiadłszy na burcie łodzi, zaczął nauczać. Szymon słyszał Go już wcześniej, ale tym razem słowa Nauczyciela wyjątkowo przykuły jego uwagę. Po prostu nie mógł Go nie słuchać.
Wiemy, co wydarzyło się dalej. Od tego momentu życie Szymona wywróciło się do góry nogami – z inicjatywy Jezusa. To On sam go odnalazł. Wszedł prosto do łodzi, do miejsca, w którym Szymon czuł się najbardziej u siebie, gdzie upływała większa część jego życia. Szymon zapraszając Jezusa do swojej łodzi, tak naprawdę zaprosił Go do swojej codzienności.
W tegorocznym Wielkim Poście chcemy przyjrzeć się temu, jak Jezus wybrał Piotra, odnalazł go, a następnie wszedł do jego łodzi – i do jego życia. Chcemy też zobaczyć, gdzie i jak Bóg szukał nas w przeszłości, gdzie szuka nas teraz i jak łaska okresu Wielkiego Postu może nam pomóc pójść za Nim.

JEZUS, KTÓRY PODEJMUJE
INICJATYWĘ
Powróćmy teraz do sceny nad jeziorem. Jak sądzisz, o czym mógł myśleć Jezus tego poranka, przeciskając się wśród tłumów? Czy uważasz, że wybrał łódź Szymona przypadkiem? Z pewnością na brzegu było co najmniej kilku lub kilkunastu innych rybaków, którzy także mieli łodzie i mogli z Nim wypłynąć tego poranka.
To nie był przypadek. Jezus świadomie skierował się do Piotra i jego brata Andrzeja. Wielu ludzi chodziło za Nim, ale On od tych dwóch rybaków zapragnął czegoś więcej. Chciał ich bliskości i przyjaźni. Dlatego właśnie podszedł i odezwał się wprost do nich, a potem wsiadł do ich łodzi!
Taki właśnie jest Jezus – zawsze pierwszy podejmuje inicjatywę. I postępuje tak wobec każdego z nas. Chce wejść z nami w bliską relację. Przychodzi i pyta, czy Go przyjmiemy. Nie stoi gdzieś daleko, na obrzeżach naszego życia, czekając aż Go zauważymy. Puka do drzwi naszych domów, naszych miejsc pracy, naszych rodzin, a przede wszystkim do drzwi naszych serc. Wybiera nas nie ze względu na to, co możemy dla Niego zrobić, ale z powodu swojej wielkiej miłości do każdego z nas.
W Ewangelii znajdujemy wiele innych podobnych opowieści. Pewnego dnia w Kafarnaum Jezus podszedł do Mateusza, celnika wykonującego swoją zyskowną, acz niezbyt chlubną pracę, i powiedział do niego: „Pójdź za Mną!” (Mt 9,9). Był też inny celnik, w Jerychu, o imieniu Zacheusz. Gdy Jezus przybył do tego miasta, człowiek ten bardzo zapragnął zobaczyć, kim jest Nauczyciel, o którym tyle słyszał. Ponieważ był niskiego wzrostu, a tłum zasłaniał mu Jezusa, wspiął się na sykomorę, aby choć spojrzeć na Niego. A Jezus widząc jego pragnienie, powiedział: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” (Łk 19,5). I podobnie jak w przypadku Piotra, również życie obydwu celników, Mateusza i Zacheusza, uległo całkowitej przemianie.

JEZUS, KTÓRY PRZEMIENIA
ŻYCIE
Może masz za sobą podobnie poruszające spotkanie z Jezusem, a może nie, jednak pozostaje prawdą, że Jezus nie przychodzi do nas tylko jeden raz. On ciągle na nowo „wsiada” do naszej „łodzi”. Naturalnie, jako taktowny gość nigdy nie wdziera się siłą do naszego życia. Najpierw pyta, a następnie czeka na nasze zaproszenie – a potem następny raz i jeszcze kolejny.
Zwłaszcza teraz, w okresie Wielkiego Postu, Jezus chce przychodzić do twego życia i oddziaływać na wszystkie jego obszary – marzenia i pragnienia, przemyślenia i lęki, nawyki i postawy. Chce umocnić swoją łaską wszelkie dobro i uzdrowić to, co pogrążone w ciemności; chce oczyścić i odnowić każde twoje pragnienie, słowo i czyn.
Nie sądź, że Jezus oczekuje od ciebie natychmiastowej świętości. On wie, że jest to zadanie na całe życie. Spójrz na Piotra. Tamtego dnia na łodzi zadecydował, że zostanie uczniem Jezusa, ale musiał długo jeszcze wzrastać w wierze, czasami w niezwykle dramatycznych sytuacjach. Po tym pierwszym spotkaniu jeszcze nie raz przeżywał wewnętrzne zmagania. Gdy wysiadł z łodzi, by pójść za Jezusem, podążyły za nim również jego grzechy i skłonności, a szczególnie ta do polegania na sobie. Jezus nie wybrał Piotra ze względu na jego doskonałość i nie rezygnował z niego, gdy upadał. Przyszedł do grzeszników, a Piotr był jednym z nich.

JEZUS WIERNY I CIERPLIWY
Przejdźmy teraz do innej przejmującej sceny z udziałem Jezusa i Piotra. Oto Piotr zrobił coś absolutnie nie do pomyślenia. Po trzech latach spędzonych z Jezusem dzień po dniu, po tylu cudach, których był świadkiem, po wyznaniu, że Jezus jest Mesjaszem, po ujrzeniu przemienienia na górze Tabor, wreszcie po gorliwej deklaracji, że nigdy się Go nie zaprze – w chwili pojmania Jezusa opuścił Go!
A potem trzykrotnie się Go wyparł… Wydaje się, że ta porażka mocno bolała Piotra i ciążyła mu na sercu nawet po spotkaniu ze zmartwychwstałym Panem. Może dlatego Jan Ewangelista opowiada, jak Jezus jeszcze raz szukał i odnalazł Piotra w miejscu najbardziej mu bliskim i bezpiecznym, czyli w jego własnej łodzi (por. J 21,2-19). Piotr powrócił bowiem nad jezioro i do swojego dawnego, tak dobrze znanego zajęcia, pociągając za sobą sześciu innych uczniów.
A Jezus wiedząc, że właśnie tam odnajdzie Piotra i pozostałych uczniów, czekał już na nich. Stojąc na brzegu zawołał i zapytał, czy coś złowili, choć dobrze wiedział, że połów był nieudany. Polecił, by zarzucili sieci jeszcze raz. A kiedy to uczynili, złowili tyle ryb, że ledwo zdołali wyciągnąć sieci.
Wtedy Jan rozpoznał Jezusa w mężczyźnie stojącym na brzegu, a kiedy to głośno powiedział, Piotr wyskoczył z łodzi, żeby jak najszybciej, choćby wpław, dostać się na brzeg. Po wspólnym śniadaniu Jezus wziął go na bok i trzy razy zapytał: „Czy miłujesz mnie?”. I Piotr, tak jak trzykrotnie zaparł się Jezusa, tak teraz trzykrotnie potwierdził: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21,15-17). 
Jezus nigdy nie zrezygnował z Piotra, szukał go w dalszym ciągu. Ani trzykrotne zaparcie się Piotra, ani jego wcześniejsze grzechy, nie powstrzymały Jezusa przed wyjściem mu na spotkanie. W dodatku chciał nie tylko przekazać mu swoje przebaczenie, ale także powierzyć misję głoszenia Dobrej Nowiny: „Paś baranki moje… Paś owce moje” (J 21,15-17).
Oto jak wspaniały jest nasz Bóg! Szuka nas nawet wtedy, gdy sami czujemy się niegodni. Szuka nas, kiedy zgrzeszyliśmy, nawet jeśli zawiedliśmy Go tak poważnie jak Piotr. Jezus nigdy nie zapomina o tym „tak”, jakie daliśmy Mu w przeszłości. Dlatego nie przestaje nas szukać i pytać, czy zechcemy Go wziąć do swojej łodzi.

WIELKOPOSTNE
WYPATRYWANIE JEZUSA
W Wielkim Poście Jezus szuka każdego z nas jeszcze intensywniej. Szuka cię także wtedy, gdy jesteś na życiowym rozdrożu, czy nie możesz poradzić sobie z powtarzającym się grzechem. Szuka cię także wtedy, gdy przeżywasz błogosławiony czas, pełen radości
i uniesienia. Wciąż pragnie udzielać ci swojej łaski – łaski Jego obecności.
Wypatruj Go więc, ponieważ będzie przychodził do miejsc, gdzie czujesz się najbardziej u siebie. Może to być twoja kuchnia, miejsce pracy albo ulubiony fotel pod oknem. Będzie szukał cię w twojej codzienności, tak jak szukał Piotra na brzegu jeziora.
Ale możesz spotykać Jezusa nie tylko w zwyczajnych wydarzeniach swojego życia. Wielki Post jest szczególnym czasem, sprzyjającym spotkaniu z Jezusem poprzez modlitwę i post. On będzie mówił do ciebie podczas lektury Pisma Świętego, odmawiania Różańca, odprawiania Drogi Krzyżowej. Przemówi do ciebie osobiście, przekazując ci swoje przebaczenie w sakramencie pojednania. Spotkasz Go, świadcząc pomoc potrzebującym w twoim otoczeniu.
Cokolwiek będziesz robił, wypatruj Go otwartym, wyczekującym sercem. Nie pozwól, aby cię minął! Niech nie powstrzyma cię natłok zajęć ani codzienne troski. Przyjmij Go w swojej łodzi. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
▌Niedziela, 1 marca
Mt 4,1-11
Jeśli jesteś Synem Bożym… (Mt 4,3)
Co to za Ojciec, który wysyła Syna na pustynię i każe mu tam głodować? Jeśli jesteś Synem Bożym, to wykorzystaj swoją moc, przemień kamienie w chleb! Taką przemyślną strategię zastosował diabeł, jakby licząc na to, że uda mu się zasiać w umyśle Jezusa ziarno zwątpienia w miłość i dobroć Boga. Gdyby zdołał zachwiać zaufaniem Jezusa do Ojca, to może odstąpiłby On od wierności i posłuszeństwa Ojcu? Pokusy są coraz bardziej przewrotne aż do finalnej zagrywki: Bóg wcale Ci nie pomaga, pozostawia Cię tu na pastwę głodu i upokorzenia. Czy warto być Mu wiernym? Ja mogę dać Ci o wiele więcej, więc dlaczego nie miałbyś oddać mi pokłonu? To przecież niewiele...
Jest to ta sama strategia, jaką zastosował wąż wobec Adama i Ewy: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział…?” (Rdz 3,1). Bóg wie, że jeśli zjecie ten owoc, będziecie tacy jak On. Zyskacie Jego moc, będziecie wiedzieć to, co On. Chce wam w tym przeszkodzić, żebyście Mu nie dorównali.
Ale tam, gdzie zawiedli nasi pierwsi rodzice, Jezus zwyciężył, a przez to otworzył także i nam drogę do zwycięstwa. Odparł diabelskie pokusy przy pomocy narzędzia, którym my także możemy się posłużyć. Jest nim nasza wiara i mocne w niej trwanie. Po czterdziestu dniach przebywania na pustyni Jezus był głodny i wyczerpany, ale wiedział, czego Bóg od Niego oczekuje, toteż mocno przylgnął do Jego woli i Jego obietnic.
Starcie zakończyło się zwycięstwem Jezusa. Za każdym razem, gdy odrzucał perfidne słowa diabła, rozlegały się anielskie śpiewy niosące pociechę i wielbiące Boga. Ostatecznie był to przecież fragment walki dobra ze złem, walki złych mocy z Bożym planem zbawienia każdego człowieka.
Nie łudź się zatem, że w tym Wielkim Poście unikniesz pokus, nawet jeśli dotąd sądziłeś, że nie jesteś kuszony. Diabeł będzie próbował przekonać cię, że Bogu na tobie nie zależy lub że zachowywanie przykazań nie jest czymś ważnym i w niczym ci nie pomoże. Nie wierz w to! Trwaj mocno w swoich wielkopostnych postanowieniach. Bądź wierny modlitwie. A jeśli zdarzy ci się upaść, pamiętaj, że wciąż jesteś dzieckiem Bożym. On cię kocha i zawsze jest gotów ci pomóc. Może nawet posłać anioła, aby cię pocieszył!
„Panie, umocnij mnie swoją łaską, abym w czasie Wielkiego Postu mógł przezwyciężyć wszelkie pokusy”.
Rdz 2,7-9; 3,1-7
Ps 51,3-6.12-14.17
Rz 5,12-19

▌Wtorek, 3 marca
Mt 6,7-15
Jeśli nie przebaczycie ludziom, Ojciec wasz nie przebaczy wam także waszych przewinień. (Mt 6,15)
Spóźniasz się przez kogoś na ważne spotkanie. Mąż zapomina o twoich urodzinach. Syn odpowiada niegrzecznie na twoją prośbę. W takich i podobnych sytuacjach nie jest tak trudno przebaczyć. W końcu każdemu może się zdarzyć jakieś potknięcie i nie dzieje się nic aż tak wielkiego.
Ale gdybyś w dzieciństwie został wykorzystany seksualnie? Gdybyś mieszkał z surowym rodzicem, który nigdy nie okazywałby ci czułości? Gdyby okazało się, że twoja żona czy mąż oszukiwali cię przez całe lata? Czy łatwo byłoby ci wypowiedzieć te dwa pełne mocy słowa: „Przebaczam ci”?
Wiemy, że należy przebaczać – Jezus mówi o tym wprost – ale czasem, z różnych względów, nie możemy się na to zdobyć, zwłaszcza od razu.
W wielu wypadkach przebaczenie jest procesem wymagającym postawienia wielu małych kroków, zanim zdobędziemy się na wielki skok miłosierdzia i przebaczenia. I to jest w porządku. Jezus zna nasze serca i nigdy nie oczekuje od nas rzeczy niemożliwych.
Jakie kroki możemy więc podjąć? Pierwszym i najważniejszym jest modlitwa. Otwierajmy się przed Jezusem w ciszy naszych serc prosząc Go, by okazał nam swoją miłość i łaskę. Potem prośmy o dar szczerego pragnienia przebaczenia. Już taka prosta modlitwa wystarczy, by Pan zaczął uzdrawiać nasze rany, a doświadczając Jego uzdrawiającej miłości, z czasem znajdziemy w sobie siłę do przebaczenia.
Wiemy wszyscy, że jesteśmy zaproszeni do tego, aby stawać się miłosiernymi, jak miłosierny jest nasz Ojciec niebieski (por. Łk 6,36). Szczególną formą miłosierdzia jest przebaczenie i Bóg wzywa nas, abyśmy wybaczali codziennie, każdemu, aż 77 razy, czyli zawsze, a szczególnie naszym krzywdzicielom i to w tych najtrudniejszych sytuacjach. To nie jest łatwe i nie dokonuje się błyskawicznie. Wymaga z naszej strony ogromnej wewnętrznej pracy, aż do zaparcia się samego siebie. Lecz najważniejsze jest to, byśmy zdecydowali się wejść na drogę przebaczenia i starali się jak najwierniej nią iść. 
Niezależnie od etapu, na jakim jesteś w tej chwili, dziś masz wspaniałą okazję, by postawić kolejny krok. Nie musi on być specjalnie radykalny. To sam Bóg będzie działał w tobie radykalnie, jeśli Go o to poprosisz.
„Jezu, uczyń moje serce miłosiernym na wzór Twojego serca. Naucz mnie przebaczać”.
Iz 55,10-11
Ps 34,4-7.16-19

▌Środa, 4 marca
Św. Kazimierza Królewicza, patrona Polski
J 15,9-17
Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem. (J 15,16)
Nie mamy powodu wątpić, że św. Kazimierz Królewicz był człowiekiem wybranym przez Boga. „Pośród braci wybijał się Kazimierz; był młodzieńcem szlachetnym, rzadkich zdolności, nadzwyczajnej pamięci i wielkiej pobożności” – pisał o nim Jan Długosz, wychowawca królewskich synów. Nieudana wyprawa na Węgry, której przewodził w wieku 13 lat, wstrząsnęła nim. Widok wojennych gwałtów i grabieży skierował myśli wrażliwego młodzieńca ku sprawom duchowym. Dużo się modlił i pościł, chętnie przebywał wśród ubogich, rozdając jałmużnę. Gorąca pobożność nie przeszkadzała mu jednak w chętnym podejmowaniu obowiązków publicznych. Gdy jego ojciec, król Kazimierz Jagiellończyk, musiał zająć się sprawami państwowymi na Litwie, synowi powierzył rządy w Koronie, z czym ten z powodzeniem sobie poradził. Po dwóch latach został odwołany do Wilna i tu również jego działania zyskały uznanie. Nawet chorując już na gruźlicę nadal brał udział w zarządzaniu państwem. Kiedy umarł w wieku 26 lat, wedle powszechnej opinii był już dojrzały dla nieba.
Dziś jednak te słowa Ewangelii skierowane są nie tylko do osób formatu królewicza Kazimierza, lecz także do mnie, do ciebie i do wszystkich, którzy zechcą je przyjąć. W przeciwieństwie do nas, Bóg nie faworyzuje tych milszych, zdolniejszych, bardziej udanych. Nie przeszkadza mu nasza niegodność, grzeszność czy miernota. Przeszkodą może być jedynie to, że sami ten wybór odrzucimy.
Co jest znakiem wybrania? Przede wszystkim gotowość słuchania Jego słowa. „Nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15,15) – mówi Pan. Słuchając, poznajemy plan Boga wobec nas. Poznajemy Jego miłość objawioną nam w Synu. Zaczynamy wypełniać Jego przykazania, nie z musu jak niewolnicy, ale w odpowiedzi na Jego miłość – w przekonaniu, że wytyczają nam one drogę życia, która się Jemu podoba, a nam daje radość i pokój.
Czy chcesz być przyjacielem Boga jak św. Kazimierz? Jest w nim wiele cech, które możemy naśladować, jak odpowiedzialność za losy ojczyzny, obowiązkowość, troska u ubogich, cierpliwe znoszenie dolegliwości. Ale przede wszystkim jest on dla nas wzorem głębokiej przyjaźni z Bogiem. Dla Niego św. Kazimierz w swoim niezwykle czynnym życiu znajdował czas na modlitwę, dla Niego pragnął prowadzić czyste życie, dla Niego się trudził. I jest to możliwe dla każdego, niezależnie od epoki, miejsca czy stanu życia.
Święci nie są nam dani po to, by ich podziwiać, ale po to, by nas pociągnąć do Boga i przekonać, że On także
i w nas chce mieć swoich przyjaciół;
że nie zastrzega swoich darów dla garstki wybranych, ale chce rozdawać je obficie nam wszystkim – o ile zechcemy je przyjąć.
„Panie, spraw, by przykład świętych pobudzał mnie do coraz większej przyjaźni z Tobą”.
Flp 3,8-14
Ps 15.1-5

▌Niedziela, 8 marca
Mt 17,1-9
Jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty… (Mt 17,4)
„Jakie trzy namioty? No tak, znowu Piotr wyrywa się nieproszony z jakąś bzdurą” – myślimy sobie. Ale czy rzeczywiście jego propozycja nie miała sensu?
Niekoniecznie. Pamiętajmy, że Jezus sam poprowadził Piotra oraz Jakuba i Jana na szczyt góry. Będąc tam, uczniowie ujrzeli Mojżesza i Eliasza rozmawiających z Jezusem, skąpanym w chwale Ojca. Piotr nie do końca rozumiał, co się dzieje, ale czuł, że na pewno dzieje się coś nadzwyczajnego. Był tak zachwycony, że spontanicznie zapragnął rozbić namioty i pozostać na tym miejscu.
To „szczytowe” doświadczenie musiało niezwykle podbudować Piotra. Ujrzał chwałę Bożą! Usłyszał Boga mówiącego, że Jezus jest Jego umiłowanym Synem, którego należy słuchać! Wszystko to było bardzo dobre. Czy więc Piotr musiał zejść z góry i dalej podążać za Jezusem – aż po krzyż? Tak, ale najwyraźniej potrzebny był mu również pobyt na górze, umocnienie i napełnienie łaską, skoro zabrał go tam Jezus.
Jezus zaprasza także i ciebie do wspólnej wędrówki na szczyt góry. Prosi, byś codziennie znajdował dla Niego czas. Módl się. Bierz udział we Mszy świętej. Rozważaj Jego słowo. Trwaj w Jego obecności, pełen szacunku i podziwu dla tego, kim On jest. Ale nie poprzestań na tym. Bóg ma dziś dla ciebie przesłanie. Chce dotykać twojego serca i mówić do ciebie. Piotr usłyszał słowa: „To jest mój Syn umiłowany” (Mt 17,5); ty możesz wsłuchać się w głos Ducha Świętego, który mówi: „Oto Baranek Boży”, kiedy przyjmujesz Jezusa w Komunii świętej, lub: „Idźcie w pokoju Chrystusa”, kiedy nadchodzi czas zejścia z góry.
Pamiętaj, że oddalenie się na modlitwę nie jest egoizmem ani ucieczką od problemów. Zawsze dobrze jest pobyć z Panem na osobności, o ile tylko jesteś gotów następnie powrócić z Nim do świata.
„Panie, kocham Cię i chcę codziennie znajdować czas na spotkanie z Tobą”.
Rdz 12,1-4a
Ps 33,4-5.18-20.22
2 Tm 1,8b-10

▌Wtorek, 10 marca
Iz 1,10.16-20
Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją. (Iz 1,18)
Bóg tu nie przebiera w słowach. Za pośrednictwem proroka Izajasza ubolewa nad tym, że Jego wybrany lud popełnia grzechy, które są „jak szkarłat”. To wstrząsający obraz! Ale Bóg, który zna grzechy swojego ludu i nazywa je po imieniu, daje mu szansę nawrócenia i przemiany. Woła jak surowy, ale kochający ojciec: „Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie!” (Iz 1,18). Rozsądźmy, kto ma rację. Ustalmy, na czym stoimy.
Izajasz określa nawrócenie hebrajskim słowem teszuba, którego odpowiednikiem jest greckie słowo metanoia. Znaczy ono dosłownie: „odwrócić się i pójść w przeciwnym kierunku”. To słowo – wraz z całym czytanym dziś proroctwem Izajasza – pokazuje nam, że nawrócenie nie polega tylko na rozpoznaniu swojej winy i wyznaniu jej. Polega także na podjęciu konkretnych kroków w celu odwrócenia się od zła.
W jakich dziedzinach twojego życia Pan zaprasza cię do zawrócenia i pójścia w przeciwnym kierunku? W odpowiedzi na to pytanie pomoże ci rachunek sumienia. Może też Duch Święty pokaże ci podczas modlitwy jakiś drobiazg, który lekceważysz czy usprawiedliwiasz sam przed sobą? A może pokaże ci też coś znacznie większego, co ma wpływ także na innych albo odgradza cię od nich i wymaga poważnych zmian?
Cokolwiek Pan podsunie ci na myśl, idź z tym do spowiedzi. Szczerze i po prostu wyznaj to przed kapłanem. Przyjmij Boże przebaczenie i staraj się odwrócić od zła, choćby miało to polegać tylko na postawieniu pierwszego kroku. Może to być próba naprawienia relacji poprzez zdobycie się na długo odkładaną rozmowę telefoniczną. Może przyznanie się przed żoną czy mężem do problemu, który cię dręczy, i poproszenie o wsparcie.
Nigdy nie jest za późno, by odwrócić się od zła i prosić Boga o pomoc. To przecież właśnie po to Bóg „Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16). Cokolwiek uczyniłeś, zawsze możesz przyjść z tym do Boga Ojca, a On sprawi, że twoje grzechy „jak śnieg wybieleją” (Iz 1,18). Łaska sakramentu pojednania da ci siłę do przemiany.
Nie marnuj Bożego miłosierdzia. Nabierz odwagi i wyznaj swój grzech, aby Bóg mógł cię oczyścić. A potem odwróć się od zła, które czyniłeś, i idź w przeciwnym kierunku.
„Panie, pokaż mi, w jakiej dziedzinie najbardziej oczekujesz ode mnie nawrócenia”.
Ps 50,8-9.16-17.21.23
Mt 23,1-12

▌Niedziela, 15 marca
J 4,5-42
Daj Mi pić! (J 4,7)
Jezus i jego uczniowie od rana byli w drodze. Słońce stało już wysoko na niebie i paliło mocno. Wędrowcy byli zgrzani, zakurzeni i spragnieni. Siadając przy studni Jakuba, Jezus z pewnością miał ogromną ochotę na łyk chłodnej wody.
Kiedy jednak poprosił o wodę przybyłą do studni Samarytankę, chodziło Mu o coś więcej niż zaspokojenie pragnienia ciała. Jak pisała św. Teresa z Lisieux: „Mówiąc: «Daj Mi pić!», Stwórca świata domagał się miłości od swego biednego stworzenia. On pragnął miłości”.
Możemy zastanawiać się dlaczego Jezus miałby pragnąć miłości od kobiety, która nie tylko była pogardzaną przez Żydów Samarytanką, ale miała niechlubną przeszłość, a obecnie żyła z mężczyzną, który nie był jej mężem? Ponieważ taki właśnie jest Jezus. Wraz z Ojcem i Duchem Świętym miłuje każdego z nas. Niezależnie od tego, kim jesteśmy i jakie grzechy mamy na sumieniu, On, który jest miłością, nie może nie szukać naszej miłości. On pragnie każdego z nas.
Jak więc możemy zaspokoić pragnienie Jezusa? Spędzając z Nim czas na modlitwie. Lecz nie traktujmy jej jako powinności czy obowiązku, czegoś, co „jesteśmy winni” Bogu. Myślmy raczej, że jest to czas, w którym pozwalamy Jezusowi cieszyć się nami. On kocha nas tak bardzo, że nigdy nie jest Mu dosyć naszej niepodzielnej uwagi. Kocha nas tak bardzo, że pragnie, abyśmy odłożyli na chwilę nasze obowiązki i byli tylko przy Nim.
Ofiaruj Jezusowi „napój”, o który prosi. Nawet jeśli na modlitwie nie czujesz nic szczególnego, uwierz, że twoja obecność sprawia Mu radość. On cieszy się przebywając z tobą! A kiedy tak przy Nim trwasz, daje ci „wodę żywą”, która zaspokoi twoje najgłębsze potrzeby i pragnienia oraz stanie się w tobie „źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu” (J 4,10.14).
„Jezu, obym pragnął Ciebie tak bardzo, jak Ty pragniesz mnie”.
Wj 17,3-7
Ps 95,1-2.6-9
Rz 5,1-2.5-8

▌Niedziela, 22 marca
J 9,1-41
Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu. (J 9,41)
Czy masz dobry wzrok? Co widzisz, rozglądając się po świecie wokół siebie? Taki temat porusza dzisiejsza Ewangelia. Na początku opowiadania spotykamy człowieka, którego wszyscy uważają za grzesznika, ponieważ jest niewidomy (por. J 9,2). Jednak na końcu Jezus mówi, że to ci, którzy twierdzą, iż widzą, są naprawdę pogrążeni w ciemności.
Kogo zobaczyli w tym człowieku faryzeusze? Zobaczyli grzesznika, ponieważ był niewidomy, co uznali za Bożą karę, ale także dlatego, że ośmielił się zakwestionować ich autorytet. Dlatego też zwymyślali go i wyrzucili z synagogi.
Podobnie zresztą potraktowali Jezusa. Jego również uznali za grzesznika, ponieważ dokonał uzdrowienia w szabat, czyli w czasie, kiedy Żydowi nie wolno było wykonywać żadnej pracy. Przecież żaden sprawiedliwy Żyd nie odważyłby się na złamanie Prawa Mojżeszowego! To, co zobaczyli, sprowokowało ich do jeszcze bardziej zawziętego prześladowania Jezusa.
A kogo zobaczył w niewidomym Jezus? Z pewnością nie „grzesznika”, którego należy potępić i wyrzucić, ale dziecko Boże potrzebujące uzdrowienia i zbawienia. To, co zobaczył, sprowokowało Go do okazania miłosierdzia.
A kogo zobaczył w Jezusie niewidomy? Nie „grzesznika” łamiącego szabat, ale Mesjasza niosącego wolność i odnowę. To, co zobaczył, sprowokowało Go do pokornego oddania Mu czci.
A ty, co widzisz?
Jezus chce, abyś patrzył na świat tak jak On. Chce, abyś widział w ludziach nie grzeszników osądzonych przez Boga, ale braci i siostry, którym ofiarowane jest to samo miłosierdzie, które i ty otrzymałeś. Chce, abyś powstrzymał się od ferowania wyroków i okazywał innym dobroć. Ponieważ tak patrzy na nich Jezus i ponieważ tak samo patrzy na ciebie.
Wpatrując się w krzyż i w konsekrowaną Hostię podczas dzisiejszej Mszy świętej, pozwól, by spoczęło na tobie miłujące spojrzenie Jezusa. Niech On uzdrawia twoją ślepotę, abyś mógł zobaczyć świat Jego oczami.
„Jezu, otwórz mi oczy! Pomóż mi widzieć to, co Ty widzisz”.
1 Sm 16,1b.6-7.10-13b
Ps 23,1-6
Ef 5,8-14

▌Środa, 25 marca
Zwiastowanie Pańskie
Łk 1,26-38
Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą. (Łk 1,28)
Jak sądzisz, dlaczego anioł Gabriel pozdrowił Maryję właśnie tymi słowami? Być może chciał dać Jej do zrozumienia, że Bóg już udzielił Jej potrzebnej łaski do wyrażenia zgody na to, by przez Nią przyszedł na świat Syn Boży. Może też chciał zapewnić Ją, że może liczyć na Bożą obecność w każdej chwili, nie tylko w tym błogosławionym momencie.
Maryja prawdopodobnie mogła dokładnie przemyśleć słowa anioła dopiero później, kiedy już zgodziła się na Boży plan. Z pewnością myślała o nich często, gdy Dziecko rozwijało się w Jej łonie. Wiedziała, że to, o co poprosił Ją Bóg, nie będzie łatwe. Bez wątpienia Jej Dziecko było wyjątkowe. Jak poradzić sobie z wychowaniem przyszłego króla, który – jak zapowiedział anioł – ma zasiąść na tronie Dawida (Łk 1,32)?
Gdy takie pytania powodowały zamęt w Jej myślach, powracała do słów anioła, przypominając sobie, że Bóg jest z Nią i napełnia Ją swoją łaską.
Kiedy Pan poprosił cię o coś trudnego? Może wychowujesz niepełnosprawne dziecko, opiekujesz się chorym współmałżonkiem czy rodzicem, czy próbujesz ratować swoje małżeństwo? Wszyscy napotykamy sytuacje, w których to, o co prosi Bóg, wydaje się całkowicie nas przerastać. Musimy mówić Panu swoje „tak” nie jeden raz, ale wiele razy, walcząc o to, by w posłuszeństwie przyjąć Jego plan.
Ale to, co powiedział anioł do Maryi, w pewnym sensie odnosi się również i do nas. Maryja została poczęta bez grzechu pierworodnego, ale my także, na chrzcie świętym, zostaliśmy napełnieni łaską Bożą.
Bóg w nas mieszka. A to oznacza, że On jest zawsze z nami, a Jego łaska jest zawsze do naszej dyspozycji.
Maryja powiedziała „tak” na słowa anioła, dzięki temu Jezus przyszedł na świat, aby nas zbawić i podzielić się z nami swoim Boskim życiem. Teraz możemy kroczyć naprzód w wierze, dzień po dniu i krok po kroku, aby czynić to, o co Bóg nas prosi. Bo my także zostaliśmy napełnieni Jego łaską!
„Panie, dziękuję Ci za to, że uzdalniasz mnie swoją łaską, abym zgadzał się na Twoją wolę co do mojego życia”.
Iz 7,10-14
Ps 40,7-11
Hbr 10,4-10

▌Niedziela, 29 marca
J 11,1-45
Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! (J 11,43)
Z homilii papieża Franciszka (6 kwietnia 2014): Wszyscy mamy w sobie takie obszary, takie części serca, które nie są żywe, które są trochę martwe… Ale jeśli przywiążemy się do tych grobów i będziemy strzec ich w sobie, nie pozwalając, by nasze serca powstały na nowo do życia, ulegniemy zatwardziałości i nasza dusza zacznie się psuć, „cuchnąć”, jak powiedziała Marta, wydawać odór osoby przywiązanej do grzechu. I ma to związek z Wielkim Postem. Ponieważ wszyscy (…) możemy usłyszeć to, co powiedział Jezus do Łazarza: „Zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!»” (J 11,43).
Zachęcam was dziś do zastanowienia się przez chwilę: Gdzie jest martwa część mojej duszy? Gdzie jest mój grób? Jaka część mojego serca stała się zatwardziała przez przywiązanie do grzechu, tego czy innego? I zgódźmy się na to, by Pan usunął ten kamień, aby zabrał kamień wstydu i powiedział do nas, jak kiedyś powiedział do Łazarza: „Wyjdź!”; aby cała nasza dusza została uzdrowiona, została wskrzeszona miłością Jezusa, mocą Jezusa. On ma moc nam przebaczyć. Wszyscy tego potrzebujemy! Każdy z nas. Wszyscy jesteśmy grzesznikami, ale uważajmy, aby nie stać się grzesznikami zatwardziałymi. Jesteśmy grzesznikami, ale On nam przebacza. Usłyszmy ten głos Jezusa, który mocą Boga woła do nas: „Wyjdź!”. Wyjdź z tego grobu, który masz w sobie. Wyjdź. Daję ci życie, daję ci szczęście, Błogosławię cię, pragnę cię dla siebie.
Oby Pan dziś, w tę niedzielę, która mówi tak wiele o zmartwychwstaniu, dał nam wszystkim łaskę powstania z naszych grzechów, wyjścia z naszych grobów na głos Jezusa, który wzywa nas do wyjścia i do pójścia za Nim.
„Jezu, słyszę Twój głos. Pomóż mi powstać z moich grzechów”.
Ez 37,12-14
Ps 130,1-8
Rz 8,8-11


MAGAZYN:
Od poszukiwaczki prawdy do świętej

Droga Edyty Stein do klasztoru i na krzyż

Gdybyś mógł popatrzeć na różne sceny z życia Edyty Stein, widziałbyś, jak zmieniała się wraz z upływem czasu.
W 1893 roku ujrzałbyś zapłakaną dwulatkę stojącą nad grobem ojca. Dwa lata później rezolutną czterolatkę bawiącą się z ciotecznym rodzeństwem w rodzinnym składzie drewna. W kolejnych latach – wrażliwe dziecko zanurzone w wierze ojców, a następnie dociekliwą nastolatkę odrzucającą judaizm, aby odtąd polegać tylko na sobie. W 1911 roku spotkałbyś Edytę na uniwersytecie pogrążoną w ożywionej dyskusji z innymi studentami filozofii, a w latach I wojny światowej –przy łóżku rannego żołnierza w szpitalu polowym, spełniającą patriotyczny obowiązek jako sanitariuszka. Przenosząc się do roku 1933 zobaczyłbyś ją znacznie bardziej wyciszoną, przyjmującą habit karmelitanki w czasach, gdy jej rodzinną ziemię ogarniało szaleństwo nazizmu.
W miarę upływu lat Edyta coraz bardziej dojrzewała, pogłębiała się jej ufność i pokój, wypływające z wiary w Jezusa Chrystusa. Kiedy w otaczającym ją świecie mnożyły się słowa nienawiści i akty przemocy, ona odpowiadała słowami nadziei i uczynkami miłości. Chrystus był prawdziwie obecny wszędzie tam, gdzie świadectwo jej ufności głosiło swoje milczące kazanie.

UCZENNICA CHRYSTUSA
Edyta zawsze ceniła sobie naukę. Bardzo wcześnie zaczęła domagać się posłania do szkoły, gdzie szybko przewyższyła starszych uczniów. Choć w wieku czternastu lat zarzuciła modlitwę, pozostała jednak bardzo wrażliwa duchowo. Jej modlitwą stało się poszukiwanie prawdy. Głęboko pragnęła zrozumieć sens życia, aż w końcu nieustanne dociekania doprowadziły ją do stanu graniczącego z depresją kliniczną. Pomimo napadów melancholii Edyta była lubiana i szanowana przez przyjaciół i współpracowników podczas studiów we Wrocławiu a następnie w Getyndze i Fryburgu. Wolna od uprzedzeń nawiązywała ciepłe i głębokie przyjaźnie, które stopniowo doprowadziły ją do namysłu nad chrześcijaństwem.
Latem 1921 roku Edyta przebywała u swojej przyjaciółki, Jadwigi Conrad-Martius, byłej ateistki, nawróconej na luteranizm i dającej pociągający przykład żywej wiary. Pewnego dnia, z nudów przeglądając książki na regale, wzięła sobie do czytania autobiografię św. Teresy z Avili. Książka tak bardzo ją pochłonęła, że przeczytała ją w ciągu jednej nocy. Jak później wspominała: „Gdy zamykałam książkę, powiedziałam do siebie: «To jest prawda»”. 
W św. Teresie z Avili Edyta odnalazła pokrewną duszę. Obie nosiły w sobie palące pragnienie poznania siebie, zwłaszcza poprzez pogłębianie życia wewnętrznego. Edyta w czasie studiów doktorskich u prof. Husserla we Fryburgu zajmowała się nową dziedziną filozofii, zwaną fenomenologią, która koncentrowała się na analizie sposobu, w jaki człowiek postrzega świat. Podobnie św. Teresa z Avili zagłębiała się w dziedzinę ludzkich serc i dusz, odkrywając w nich przestrzeń do spotkania z Bogiem. Edyta poczuła się wciągnięta w ten dyskurs i odnalazła w nim to, czego szukała.
Niezwłocznie zaopatrzyła się w egzemplarz Katechizmu, zaczęła spotkania z miejscowym księdzem i w ciągu roku została katoliczką. Nawrócenie Edyty było bolesne i niezrozumiałe dla jej matki, gorliwej Żydówki. Łączenie posłuszeństwa wymogom sumienia z szacunkiem dla matki było dla Edyty źródłem niepokoju i przygnębienia. Jednak podobnie jak Żydzi z Nowego Testamentu, którzy ryzykując utratą rodziny i dobrego imienia stawali się uczniami Chrystusa, również ona przyjęła tę trudną sytuację jako sposobność do dawania świadectwa.

NARZĘDZIE W RĘKACH BOGA
Po nawróceniu Edyta zaangażowała swój wybitny intelekt w formowanie młodzieży. Przyjęła posadę w szkole dominikańskiej w Spirze, której uczennice rozkwitały pod jej kierunkiem. Jak gdyby nadrabiając stracony czas, Edyta spędzała wiele nocy modląc się w ciszy przed Najświętszym Sakramentem, a za dnia prowadziła lekcje, nie wykazując zmęczenia. „Wszystko to zależy od zachowania w sercu małego kącika, w którym możesz codziennie rozmawiać z Bogiem, jak gdyby nic innego nie istniało” – mawiała.
Edyta kontynuowała też pracę naukową, szukając w niej jednak bardziej okazji do służenia Bogu niż spełnienia osobistych ambicji. Między innymi prowadziła wnikliwe studia nad dziełami św. Tomasza z Akwinu. Otrzymywała coraz liczniejsze zaproszenia do głoszenia wykładów w kręgach katolickich, pisała artykuły, miała audycje w radiu. Edyta była „w świecie, ale nie ze świata”. Jak sama mówiła, czuła się coraz bardziej wyobcowana – zwłaszcza, że w Niemczech zaczęły się aresztowania księży i zakonnic, niszczenie edukacji katolickiej i eliminowanie innych kościelnych form pracy z młodzieżą. Osiągnęła to, na czym niegdyś tak jej zależało – szerokie uznanie w świecie akademickim – ale coraz bardziej dojrzewało w niej pragnienie pójścia w ślady św. Teresy i wstąpienia do zakonu karmelitańskiego.

PRZYGOTOWANA
NA PRZEŚLADOWANIE
Gdy w 1933 roku Hitler dochodził do władzy, Edyta modliła się i śledziła sytuację. W Wielki Czwartek podczas Mszy, kiedy powierzała Bogu sytuację zagrożonych Żydów, zobaczyła krzyż Jezusa nałożony na jej naród jako wielki ciężar cierpienia. Co zrozumiałe, większość jej rodaków nie zidentyfikowałaby się z tym obrazem, ale – jak pisała – „ci, którzy są w stanie to zrozumieć, powinni wziąć ten krzyż dobrowolnie na siebie w imieniu wszystkich”.
Była zdecydowana przyjąć każde cierpienie ciała lub ducha jako duchową ofiarę składaną w imieniu całego narodu żydowskiego. Widziała wartość rozczarowań i trudności, o ile zwracały jej spojrzenie ku zbawczej męce Chrystusa, która była dla niej zarówno siłą, jak i wspólną misją.
Kiedy Edyta powróciła do pracy po feriach wielkanocnych, bolesnym ciosem stało się dla niej nowe prawo, wydane w Niemczech, zabraniające Żydom sprawowania funkcji publicznych, co oznaczało, że nie mogła już nauczać. Otrzymana dymisja zamiast ją załamać, zmobilizowała do skontaktowania się z karmelitankami w Kolonii. Tego samego roku wstąpiła do klasztoru jako postulantka, niezdarna w pracach domowych, ale pełna pogody ducha. Pięć lat później, w wieku czterdziestu dwóch lat, została siostrą Teresą Benedyktą od Krzyża. Imię, które przyjęła przy ślubach wieczystych, było wyrazem jej pragnienia bliskiego złączenia się z Chrystusem w tym trudnym okresie dziejów. Edyta wyznała wtedy, że wreszcie poczuła pokój, jak ktoś, kto osiągnął swój cel.

PRZEZNACZONA NA KRZYŻ
W klasztorze w Kolonii żydowskie pochodzenie Edyty oraz fakt, że była powszechnie znana, czyniły ją łatwym celem dla nazistów. W trosce o jej bezpieczeństwo została przeniesiona w 1939 roku do holenderskiego klasztoru w Echt. Po jakimś czasie dołączyła do niej jej starsza siostra Róża, która pod wpływem Edyty przyjęła chrzest i wstąpiła do Trzeciego Zakonu Karmelitańskiego.
Edyta przeczuwała swoją przedwczesną śmierć. W czerwcu tego roku spisała testament wyznając: „Proszę Pana, żeby zechciał przyjąć moje cierpienie i umieranie ku swej chwale i uwielbieniu… za naród żydowski… za wyzwolenie Niemiec i pokój na całym świecie”.
Kiedy przeorysza poprosiła ją o napisanie medytacji dla sióstr, Edyta zachęciła je do wytrwałej ufności i modlitwy: „Im bardziej jakaś epoka jest pogrążona w nocy grzechu i oddzielona od Boga, tym bardziej potrzebuje dusz zjednoczonych z Bogiem. Rozstrzygające wydarzenia w dziejach świata rozgrywają się w istocie przy współdziałaniu dusz, których nie wymienia żaden podręcznik historii”.
Edyta była zdania, że modlitwy jej samej i innych sióstr odgrywają wielką rolę w zmaganiach pomiędzy dobrem a złem. W tym czasie opracowała swoje ostatnie dzieło, zatytułowane „Wiedza krzyża”, które było próbą przybliżenia nauki św. Jana od Krzyża współczesnemu czytelnikowi. Wraz ze św. Janem zgłębiała tajemnicę, że im cięższy krzyż dźwigamy, tym większe jest w nas Chrystusowe zwycięstwo.

ŻYWA OFIARA
W 1942 roku, kiedy Edycie i Róży polecono zgłosić się w celu deportacji, podporządkowały się bez oporu. Jednak ich aresztowanie w klasztorze 2 sierpnia było zaskoczeniem. Wraz z innymi katolikami żydowskiego pochodzenia zostały uwięzione w odwecie za ogłoszenie przez episkopat holenderski listu pasterskiego w obronie Żydów. Siostrom dano jedynie pięć minut na spakowanie rzeczy, po czym zabrano je do pociągu wiozącego je do obozu przejściowego w Westerbork.
Wszystkie relacje z tamtych dni ukazują Edytę jako pełną pokoju, rozmodloną i zaradną. Kiedy matki w obozie ulegały rozpaczy, Edyta czesała główki ich udręczonych dzieci. Każdy, kto się z nią zetknął, był pod wrażeniem jej dobroci. W transporcie do Auschwitz Edyta z pewnością rozumiała, że jedzie na śmierć. Nie bała się jednak, gdyż Bóg już dawno udzielił jej łaski ofiarowania życia Jezusowi w akcie wstawiennictwa.
Edyta Stein została beatyfikowana w 1987 roku, a kanonizowana w 1998. Święty papież Jan Paweł II w homilii beatyfikacyjnej uczcił ją jako „córkę narodu żydowskiego”, która „wychowana w surowej szkole tradycji Izraela (…), wykazała heroiczność ducha w czasie swej drogi do obozu zagłady. Zjednoczona z ukrzyżowanym Panem, dała swe życie «za prawdziwy pokój» i «za naród»”. Jej spuścizna jako filozofa, poszukiwacza prawdy, teologa, nauczycielki, córki Abrahama, karmelitanki i męczennicy przemawia do wielu ludzi, zarówno w Kościele, jak i poza nim, a szczególnie do tych, którzy ubolewają nad ciemnościami tego świata. Dla nich wszystkich jest ona znakiem pokoju, siły i pokory duszy zjednoczonej z Chrystusem.
Edyta pozostaje prawdziwym świadkiem dla nas wszystkich, którzy przyjmujemy Jezusa i z ufnością budujemy na Nim jako na naszym fundamencie, biorąc swój krzyż z miłości do Niego oraz w ofierze za innych. ▐

Opowieść autostopowiczki

Bóg wciąż szuka i znajduje zagubionych


Był ciemny, burzliwy wieczór... Nie, nie jest to początek kiepskiego horroru, ale początek historii, która wydarzyła się właśnie
w taką pogodę. Tego konkretnego wieczoru wybrzeże stanu New Jersey zostało nawiedzone przez wyjątkowo gwałtowną i niebezpieczną wichurę z północnego wschodu. Mój mąż i ja jechaliśmy w oślepiającym deszczu, drogą oświetlaną na moment błyskami piorunów, którym towarzyszyły intensywne grzmoty tuż nad naszymi głowami. Nie był to dobry wieczór na przejażdżki, toteż chcieliśmy jak najprędzej znaleźć się w domu.

SAMOTNA AUTOSTOPOWICZKA
Nagle, na poboczu w gęstej ciemności, zauważyliśmy samotną autostopowiczkę. Zwykle nie zabieramy autostopowiczów, ale tym razem oboje czuliśmy przynaglenie Ducha Świętego, aby zatrzymać się i okazać zainteresowanie młodej, przemoczonej dziewczynie. „Zatrzymaj się, kochanie!” – wrzasnęłam. Mąż już naciskał na hamulec.
Ociekająca wodą dziewczyna wsiadła do samochodu. Wykrztusiła z siebie ciche „dziękuję” i opadła na tylne siedzenie. Zauważyliśmy, że krople deszczu na jej twarzy są zmieszane z łzami.
– Wszystko w porządku? – zapytałam.
– Tak.
– Gdzie chcesz dojechać? – zapytał mój mąż. Wymamrotała adres domu, który znajdował się na naszej trasie. Siedziała ze zwieszoną głową, a jej splątane, mokre, ciemne włosy zakrywały większą cześć twarzy. Próbowałam nawiązać z nią kontakt wzrokowy, ale z uporem wpatrywała się w podłogę.
– Mam na imię Joy, a to jest mój mąż, Kent – krzepiącym tonem zagaiłam rozmowę. – A jak ty masz na imię? Żadnej odpowiedzi.
– Czy mogę ci powiedzieć, dlaczego zatrzymaliśmy się, żeby cię zabrać w tę okropną noc? – zapytałam.
– No pewnie – wyszeptała.

MODLITWA W JEJ INTENCJI
Zaczęliśmy więc z mężem mówić jej o miłości Jezusa i o tym, że umarł także za nią. Powiedzieliśmy, że On może jej pomoc w problemach, z którymi się zmaga, i że nic nie jest dla Niego zbyt trudne. Kiedy dzieliliśmy się swoją wiarą, milczała. Nie podała nam swojego imienia ani nie powiedziała, co ją trapi, więc tylko zapisaliśmy jej nasze nazwisko i telefon mówiąc, że może dzwonić do nas o każdej porze, w dzień i w nocy. Jazda do miejsca, jakie nam wskazała, była krótka. Kiedy już dojechaliśmy, szybko otworzyła drzwi i zniknęła w ciemnościach. I na tym się skończyło.
Czemu miało służyć to spotkanie? Czy był to zmarnowany trud? Dlaczego oboje tak mocno czuliśmy, że Bóg chce, żeby ją zabrać? Nie znaliśmy odpowiedzi na te pytania, ale ufaliśmy, że nasza samotna autostopowiczka jest w ręku Boga. Mijały tygodnie i miesiące, a my modliliśmy się za naszego bezimiennego gościa, kiedy tylko Bóg przywiódł ją nam na pamięć.

HISTORII CIĄG DALSZY
Dwa lata później Kent i ja odwiedziliśmy przyjaciół, którzy prowadzą dom dla osób wychodzących z nałogu. Kiedy rozmawialiśmy z nimi w świetlicy, zauważyłam wpatrującą się we mnie młodą dziewczynę. Kiedy spojrzałam na nią, odwróciła wzrok. Po chwili wpatrywała się we mnie znowu.
– To wy! – wykrzyknęła nagle. – To wy jesteście tym małżeństwem, które zabrało mnie na stopa dwa lata temu!
Oboje z mężem byliśmy tak zaskoczeni, że nie wiedzieliśmy, co powiedzieć.
– Pamiętacie mnie? – zapytała. Kent otrząsnął się z szoku jako pierwszy.
– Oczywiście, że pamiętamy – odpowiedział. – Nie poznaliśmy cię, bo wyglądasz teraz jakoś inaczej.
– Tak, jestem inna, i to pod każdym względem – odpowiedziała Joanna i podzieliła się z nami swoją historią. Tego burzowego wieczoru pokłóciła się ze swoim chłopakiem. Wyszła od niego wściekła i poszła w kierunku domu, drogą prowadzącą przez wyspę pomiędzy dwoma zbiornikami wodnymi. Kiedy tak szła, burza zaczęła się wzmagać i Joanna przestraszyła się, że któryś
z gwałtownych podmuchów wiatru może ją przewrócić. Zawołała więc do Boga: „Jeśli Ci na mnie zależy, to przyślij mi kogoś, kto mnie podwiezie”. W tym momencie nadjechał nasz samochód.
Joanna wyznała nam też, że próbowała alkoholu i narkotyków. Kiedy tej nocy dotarła do domu, uklękła przy łóżku i oddała swoje życie Jezusowi. W tej samej chwili doświadczyła głębokiego pokoju i wolności. Pragnąc się z nami skontaktować, włożyła rękę do kieszeni, by odnaleźć kartkę z numerem telefonu, ale jej nie znalazła.
Od tego czasu była trzeźwa i wolna od narkotyków. Nie wiedzieliśmy o tym, że znalazła dom prowadzony przez naszych przyjaciół i mieszkała tam przez rok, dopóki nie wynajęła sobie mieszkania. Przy ich pomocy zdała maturę i znalazła stałą pracę. Od dwóch lat prosiła Boga, aby jeszcze raz postawił nas na jej drodze, aby móc nam opowiedzieć, co Pan uczynił w jej życiu. I oto pojawiliśmy się, odwiedzając przyjaciół dokładnie w tym samym czasie co ona.

CZAS, KTÓRY NIE JEST
STRACONY
W trakcie opowieści Joanny śmialiśmy się, płakaliśmy, rzucaliśmy się sobie na szyję i cieszyliśmy się razem z nią. Wszystkie nasze pytania związane z tym ciemnym, deszczowym wieczorem znalazły wreszcie odpowiedź. Była to lekcja o mocy modlitwy, o nietraceniu nadziei oraz przypomnienie, że dzielenie się wiarą nigdy nie jest stratą czasu.
Nie wszystkie historie znajdują tak satysfakcjonujący epilog. Wiele razy dzielimy się wiarą i pozostaje nam tylko zawierzyć Bogu, który mówi o swoim słowie: „Nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem” (Iz 55,11). Jednak otrzymanie takiego potwierdzenia i zachęty było dla nas wielkim błogosławieństwem. Umocniło ono naszą wiarę w Ojca, który szuka swoich dzieci. Zachęciło nas do dalszego dzielenia się wiarą. Bądźmy więc otwarci na prowadzenie Ducha Świętego i w wolności dzielmy się naszą wiarą „w porę i nie w porę” (2 Tm 4,2). ▐

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 3 (319) 2020 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO MARCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Marcowy numer nosi tytuł: „Pójdź za Mną”. To wezwanie Jezusa, skierowane do prostego rybaka imieniem Szymon, szczególnie mocno wybrzmiewa u progu Wielkiego Postu. W artykułach przypominamy drogę Szymona, który poszedł za Jezusem i został Piotrem. Piszemy o tym, że Jezus swoje wezwanie kieruje do każdego z nas. A kiedy odpowiadamy na nie i zapraszamy Go do swojego życia - podobnie jak Szymon zaprosił Jezusa do swojej łodzi - stopniowo dokonuje się w nas głęboka przemiana. Szymon nie od razu stał się Piotrem, jednak Jezus nie zrezygnował z niego, nawet pomimo jego upadków - aż Piotr stał się pierwszym spośród Apostołów, głoszącym z mocą Ewangelię. Podobnie i my, przemieniani łaską Bożą, możemy zostać misjonarzami Pana w naszej codzienności.
Magazyn otwiera artykuł „Od poszukiwaczki prawdy do świętej”, poświęcony Edycie Stein i jej drodze do klasztoru i na krzyż. Ponadto znajdziemy w nim dwa poruszające świadectwa: „Opowieść autostopowiczki” i „Malarz z pasją” oraz Wielkopostny rachunek sumienia. W dziale Nasze lektury polecamy książkę Piotra Kieniewicza MIC „Panie, Ty wszystko wiesz” – opowieść o dziele zbawienia i miłości Boga do człowieka. 
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.

 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Z nauczycielem w łodzi
Łaska obecności Jezusa............................................... 4

Wypłyń na głębię
Łaska posłuszeństwa.................................................. 10

Wyjdź z łodzi
Łaska misji....................................................................15

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

Od 1 do 30 marca....................................................................19

MAGAZYN

Od poszukiwaczki prawdy do świętej
Droga Edyty Stein do klasztoru i na krzyż
– Anne Costa............................................................. 47

Opowieść autostopowiczki
Bóg wciąż szuka i znajduje zagubionych
– Joy Mc Cuen........................................................... 52

Malarz z misją
Jak w więzieniu rozstałem się z ateizmem
– John Jay Sheppard.................................................. 56

Powróćcie do Mnie całym swym sercem
Wielkopostny rachunek sumienia.............................. 60

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

Drodzy Bracia i Siostry!

Na czym tak naprawdę polega Wielki Post? Na tym, abyśmy pozwolili przemienić się Jezusowi, jak Jego pierwsi uczniowie, i rzeczywiście za Nim poszli. W Ewangelii spotykamy uczniów, których postawy mogą być dla nas inspirujące. Jedni, aby pójść za Jezusem, opuścili swoje rodziny, inni porzucili zajęcia dające im utrzymanie. Ostatecznie wielu z nich oddało życie za Jezusa i Ewangelię. To prawdziwie heroiczni świadkowie wiary! Swoim życiem pokazali, jak głęboka przemiana może dokonać się w człowieku, który powierzy się Jezusowi i pójdzie za Nim.
Jednym z nich jest św. Piotr. Na kartach Ewangelii często się z nim spotykamy, a jego historia jest niezwykle porywająca. Dlaczego Piotr nas fascynuje? Ponieważ jest tak bardzo prawdziwy! W jednej chwili z wielką gorliwością idzie za Panem, a w następnej całkowicie zawodzi. Jest w nim mieszanka siły i słabości, podobnie jak w każdym z nas.
Piotr był tak poruszony nauką Jezusa, że porzucił wszystko, aby stać się jednym z Jego pierwszych uczniów. Jednocześnie był całkowicie świadom swojej niegodności, o czym świadczy jego wyznanie: „Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8). Pomimo to Jezus w pewnym momencie nazwał go „opoką” swego Kościoła, którego nie przemogą bramy piekielne. Jednak już chwilę później ten sam Piotr próbował powstrzymać Jezusa przed wypełnieniem Jego misji i otrzymał za to surowe napomnienie: „Zejdź mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku” (Mt 16,23). To nauka przemieniająca do głębi. Następnie w dramatycznych chwilach w Jerozolimie, gdy opowiedzenie się za Jezusem mogło być naprawdę niebezpieczne, Piotr wyparł się tego, że jest Jego uczniem. Przecież słyszał wcześniej słowa Jezusa: „Kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,33), a mimo to tak właśnie postąpił! Nie minęło jednak wiele czasu, i kogo spotykamy głoszącego zmartwychwstałego Chrystusa wielkim tłumom w dzień Pięćdziesiątnicy i wtrąconego do więzienia z powodu Ewangelii? Tak jest, naszego brata Piotra!
Każdy z nas w jakimś stopniu jest „Piotrem”. Każde „tak” powiedziane Bogu, każda modlitwa osobista lub wspólna z bliskimi czy przyjaciółmi, każde dobro dane innym i każdy „kubek świeżej wody” podany spragnionemu, sprawiają wielką radość Jezusowi. Natomiast każde niemiłosierne słowo, każdy czyn wypływający
z egoizmu czy lęku, każdy popełniany przez nas grzech pokazuje, jak bardzo jesteśmy słabi i potrzebujemy upomnień – tak jak potrzebował ich Piotr.
W naszych wielkopostnych artykułach chcemy zaprosić wszystkich do wyruszenia w drogę razem z Piotrem. Wraz z nim wsiądziemy do łodzi, w której już czeka na nas Jezus, aby słuchać Jego nauki i odkrywać łaskę posłuszeństwa. I wraz z nim – przemienieni słowem i łaską – gdy nadejdzie czas, wysiądziemy z łodzi, aby stać się misjonarzami Pana w naszej codzienności.
Prośmy więc Jezusa, aby nas przemienił, jak przemienił naszego brata, św. Piotra. A jeśli poczujesz, że droga staje się zbyt trudna, wyobraź sobie Piotra, który idzie obok ciebie i mówi: „Skoro Jezus mógł przemienić mnie, to może przemienić każdego!”.
Niech Bóg błogosławi wam i waszym bliskim przez cały Wielki Post.
Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith

ARTYKUŁY:

Z Nauczycielem w łodzi

Łaska obecności Jezusa


Była to długa bezowocna noc. Szymon i jego brat Andrzej wypłynęli na połów, ale daremnie zarzucali sieci – ryby omijały je z daleka. Teraz wraz z innymi rybakami płukali sieci przy brzegu. Szymon nie mógł się już doczekać końca tej pracy. To, czego potrzebował, to porządne śniadanie i parę godzin snu. Niektóre noce były właśnie takie. Może jutro będą mieli więcej szczęścia.
Słysząc jakieś zamieszanie na brzegu, Szymon oderwał wzrok od sieci. „No tak... To ten Jezus, Nauczyciel, który naucza i uzdrawia chorych” – pomyślał. Jezusa, jak zwykle, oblegał tłum rozentuzjazmowanych ludzi, pragnących ujrzeć cuda i posłuchać tego, co ma do powiedzenia. Kiedy się zbliżył, spojrzał wprost na Szymona i skinął na niego ręką. „Czego On ode mnie chce?” – pomyślał rybak. „Czy mógłbyś nieco odpłynąć?” – zapytał Jezus wsiadając do jego łodzi. „Ludzie będą mogli lepiej mnie słyszeć, jeśli będę mówił znad wody”. Szymon marzył jedynie o tym, by wrócić do domu, rzucić się na posłanie i zasnąć, czuł jednak, że nie może odmówić. Odbił więc od brzegu, a Jezus zwrócił się w stronę tłumu i przysiadłszy na burcie łodzi, zaczął nauczać. Szymon słyszał Go już wcześniej, ale tym razem słowa Nauczyciela wyjątkowo przykuły jego uwagę. Po prostu nie mógł Go nie słuchać.
Wiemy, co wydarzyło się dalej. Od tego momentu życie Szymona wywróciło się do góry nogami – z inicjatywy Jezusa. To On sam go odnalazł. Wszedł prosto do łodzi, do miejsca, w którym Szymon czuł się najbardziej u siebie, gdzie upływała większa część jego życia. Szymon zapraszając Jezusa do swojej łodzi, tak naprawdę zaprosił Go do swojej codzienności.
W tegorocznym Wielkim Poście chcemy przyjrzeć się temu, jak Jezus wybrał Piotra, odnalazł go, a następnie wszedł do jego łodzi – i do jego życia. Chcemy też zobaczyć, gdzie i jak Bóg szukał nas w przeszłości, gdzie szuka nas teraz i jak łaska okresu Wielkiego Postu może nam pomóc pójść za Nim.

JEZUS, KTÓRY PODEJMUJE
INICJATYWĘ
Powróćmy teraz do sceny nad jeziorem. Jak sądzisz, o czym mógł myśleć Jezus tego poranka, przeciskając się wśród tłumów? Czy uważasz, że wybrał łódź Szymona przypadkiem? Z pewnością na brzegu było co najmniej kilku lub kilkunastu innych rybaków, którzy także mieli łodzie i mogli z Nim wypłynąć tego poranka.
To nie był przypadek. Jezus świadomie skierował się do Piotra i jego brata Andrzeja. Wielu ludzi chodziło za Nim, ale On od tych dwóch rybaków zapragnął czegoś więcej. Chciał ich bliskości i przyjaźni. Dlatego właśnie podszedł i odezwał się wprost do nich, a potem wsiadł do ich łodzi!
Taki właśnie jest Jezus – zawsze pierwszy podejmuje inicjatywę. I postępuje tak wobec każdego z nas. Chce wejść z nami w bliską relację. Przychodzi i pyta, czy Go przyjmiemy. Nie stoi gdzieś daleko, na obrzeżach naszego życia, czekając aż Go zauważymy. Puka do drzwi naszych domów, naszych miejsc pracy, naszych rodzin, a przede wszystkim do drzwi naszych serc. Wybiera nas nie ze względu na to, co możemy dla Niego zrobić, ale z powodu swojej wielkiej miłości do każdego z nas.
W Ewangelii znajdujemy wiele innych podobnych opowieści. Pewnego dnia w Kafarnaum Jezus podszedł do Mateusza, celnika wykonującego swoją zyskowną, acz niezbyt chlubną pracę, i powiedział do niego: „Pójdź za Mną!” (Mt 9,9). Był też inny celnik, w Jerychu, o imieniu Zacheusz. Gdy Jezus przybył do tego miasta, człowiek ten bardzo zapragnął zobaczyć, kim jest Nauczyciel, o którym tyle słyszał. Ponieważ był niskiego wzrostu, a tłum zasłaniał mu Jezusa, wspiął się na sykomorę, aby choć spojrzeć na Niego. A Jezus widząc jego pragnienie, powiedział: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” (Łk 19,5). I podobnie jak w przypadku Piotra, również życie obydwu celników, Mateusza i Zacheusza, uległo całkowitej przemianie.

JEZUS, KTÓRY PRZEMIENIA
ŻYCIE
Może masz za sobą podobnie poruszające spotkanie z Jezusem, a może nie, jednak pozostaje prawdą, że Jezus nie przychodzi do nas tylko jeden raz. On ciągle na nowo „wsiada” do naszej „łodzi”. Naturalnie, jako taktowny gość nigdy nie wdziera się siłą do naszego życia. Najpierw pyta, a następnie czeka na nasze zaproszenie – a potem następny raz i jeszcze kolejny.
Zwłaszcza teraz, w okresie Wielkiego Postu, Jezus chce przychodzić do twego życia i oddziaływać na wszystkie jego obszary – marzenia i pragnienia, przemyślenia i lęki, nawyki i postawy. Chce umocnić swoją łaską wszelkie dobro i uzdrowić to, co pogrążone w ciemności; chce oczyścić i odnowić każde twoje pragnienie, słowo i czyn.
Nie sądź, że Jezus oczekuje od ciebie natychmiastowej świętości. On wie, że jest to zadanie na całe życie. Spójrz na Piotra. Tamtego dnia na łodzi zadecydował, że zostanie uczniem Jezusa, ale musiał długo jeszcze wzrastać w wierze, czasami w niezwykle dramatycznych sytuacjach. Po tym pierwszym spotkaniu jeszcze nie raz przeżywał wewnętrzne zmagania. Gdy wysiadł z łodzi, by pójść za Jezusem, podążyły za nim również jego grzechy i skłonności, a szczególnie ta do polegania na sobie. Jezus nie wybrał Piotra ze względu na jego doskonałość i nie rezygnował z niego, gdy upadał. Przyszedł do grzeszników, a Piotr był jednym z nich.

JEZUS WIERNY I CIERPLIWY
Przejdźmy teraz do innej przejmującej sceny z udziałem Jezusa i Piotra. Oto Piotr zrobił coś absolutnie nie do pomyślenia. Po trzech latach spędzonych z Jezusem dzień po dniu, po tylu cudach, których był świadkiem, po wyznaniu, że Jezus jest Mesjaszem, po ujrzeniu przemienienia na górze Tabor, wreszcie po gorliwej deklaracji, że nigdy się Go nie zaprze – w chwili pojmania Jezusa opuścił Go!
A potem trzykrotnie się Go wyparł… Wydaje się, że ta porażka mocno bolała Piotra i ciążyła mu na sercu nawet po spotkaniu ze zmartwychwstałym Panem. Może dlatego Jan Ewangelista opowiada, jak Jezus jeszcze raz szukał i odnalazł Piotra w miejscu najbardziej mu bliskim i bezpiecznym, czyli w jego własnej łodzi (por. J 21,2-19). Piotr powrócił bowiem nad jezioro i do swojego dawnego, tak dobrze znanego zajęcia, pociągając za sobą sześciu innych uczniów.
A Jezus wiedząc, że właśnie tam odnajdzie Piotra i pozostałych uczniów, czekał już na nich. Stojąc na brzegu zawołał i zapytał, czy coś złowili, choć dobrze wiedział, że połów był nieudany. Polecił, by zarzucili sieci jeszcze raz. A kiedy to uczynili, złowili tyle ryb, że ledwo zdołali wyciągnąć sieci.
Wtedy Jan rozpoznał Jezusa w mężczyźnie stojącym na brzegu, a kiedy to głośno powiedział, Piotr wyskoczył z łodzi, żeby jak najszybciej, choćby wpław, dostać się na brzeg. Po wspólnym śniadaniu Jezus wziął go na bok i trzy razy zapytał: „Czy miłujesz mnie?”. I Piotr, tak jak trzykrotnie zaparł się Jezusa, tak teraz trzykrotnie potwierdził: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21,15-17). 
Jezus nigdy nie zrezygnował z Piotra, szukał go w dalszym ciągu. Ani trzykrotne zaparcie się Piotra, ani jego wcześniejsze grzechy, nie powstrzymały Jezusa przed wyjściem mu na spotkanie. W dodatku chciał nie tylko przekazać mu swoje przebaczenie, ale także powierzyć misję głoszenia Dobrej Nowiny: „Paś baranki moje… Paś owce moje” (J 21,15-17).
Oto jak wspaniały jest nasz Bóg! Szuka nas nawet wtedy, gdy sami czujemy się niegodni. Szuka nas, kiedy zgrzeszyliśmy, nawet jeśli zawiedliśmy Go tak poważnie jak Piotr. Jezus nigdy nie zapomina o tym „tak”, jakie daliśmy Mu w przeszłości. Dlatego nie przestaje nas szukać i pytać, czy zechcemy Go wziąć do swojej łodzi.

WIELKOPOSTNE
WYPATRYWANIE JEZUSA
W Wielkim Poście Jezus szuka każdego z nas jeszcze intensywniej. Szuka cię także wtedy, gdy jesteś na życiowym rozdrożu, czy nie możesz poradzić sobie z powtarzającym się grzechem. Szuka cię także wtedy, gdy przeżywasz błogosławiony czas, pełen radości
i uniesienia. Wciąż pragnie udzielać ci swojej łaski – łaski Jego obecności.
Wypatruj Go więc, ponieważ będzie przychodził do miejsc, gdzie czujesz się najbardziej u siebie. Może to być twoja kuchnia, miejsce pracy albo ulubiony fotel pod oknem. Będzie szukał cię w twojej codzienności, tak jak szukał Piotra na brzegu jeziora.
Ale możesz spotykać Jezusa nie tylko w zwyczajnych wydarzeniach swojego życia. Wielki Post jest szczególnym czasem, sprzyjającym spotkaniu z Jezusem poprzez modlitwę i post. On będzie mówił do ciebie podczas lektury Pisma Świętego, odmawiania Różańca, odprawiania Drogi Krzyżowej. Przemówi do ciebie osobiście, przekazując ci swoje przebaczenie w sakramencie pojednania. Spotkasz Go, świadcząc pomoc potrzebującym w twoim otoczeniu.
Cokolwiek będziesz robił, wypatruj Go otwartym, wyczekującym sercem. Nie pozwól, aby cię minął! Niech nie powstrzyma cię natłok zajęć ani codzienne troski. Przyjmij Go w swojej łodzi. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
▌Niedziela, 1 marca
Mt 4,1-11
Jeśli jesteś Synem Bożym… (Mt 4,3)
Co to za Ojciec, który wysyła Syna na pustynię i każe mu tam głodować? Jeśli jesteś Synem Bożym, to wykorzystaj swoją moc, przemień kamienie w chleb! Taką przemyślną strategię zastosował diabeł, jakby licząc na to, że uda mu się zasiać w umyśle Jezusa ziarno zwątpienia w miłość i dobroć Boga. Gdyby zdołał zachwiać zaufaniem Jezusa do Ojca, to może odstąpiłby On od wierności i posłuszeństwa Ojcu? Pokusy są coraz bardziej przewrotne aż do finalnej zagrywki: Bóg wcale Ci nie pomaga, pozostawia Cię tu na pastwę głodu i upokorzenia. Czy warto być Mu wiernym? Ja mogę dać Ci o wiele więcej, więc dlaczego nie miałbyś oddać mi pokłonu? To przecież niewiele...
Jest to ta sama strategia, jaką zastosował wąż wobec Adama i Ewy: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział…?” (Rdz 3,1). Bóg wie, że jeśli zjecie ten owoc, będziecie tacy jak On. Zyskacie Jego moc, będziecie wiedzieć to, co On. Chce wam w tym przeszkodzić, żebyście Mu nie dorównali.
Ale tam, gdzie zawiedli nasi pierwsi rodzice, Jezus zwyciężył, a przez to otworzył także i nam drogę do zwycięstwa. Odparł diabelskie pokusy przy pomocy narzędzia, którym my także możemy się posłużyć. Jest nim nasza wiara i mocne w niej trwanie. Po czterdziestu dniach przebywania na pustyni Jezus był głodny i wyczerpany, ale wiedział, czego Bóg od Niego oczekuje, toteż mocno przylgnął do Jego woli i Jego obietnic.
Starcie zakończyło się zwycięstwem Jezusa. Za każdym razem, gdy odrzucał perfidne słowa diabła, rozlegały się anielskie śpiewy niosące pociechę i wielbiące Boga. Ostatecznie był to przecież fragment walki dobra ze złem, walki złych mocy z Bożym planem zbawienia każdego człowieka.
Nie łudź się zatem, że w tym Wielkim Poście unikniesz pokus, nawet jeśli dotąd sądziłeś, że nie jesteś kuszony. Diabeł będzie próbował przekonać cię, że Bogu na tobie nie zależy lub że zachowywanie przykazań nie jest czymś ważnym i w niczym ci nie pomoże. Nie wierz w to! Trwaj mocno w swoich wielkopostnych postanowieniach. Bądź wierny modlitwie. A jeśli zdarzy ci się upaść, pamiętaj, że wciąż jesteś dzieckiem Bożym. On cię kocha i zawsze jest gotów ci pomóc. Może nawet posłać anioła, aby cię pocieszył!
„Panie, umocnij mnie swoją łaską, abym w czasie Wielkiego Postu mógł przezwyciężyć wszelkie pokusy”.
Rdz 2,7-9; 3,1-7
Ps 51,3-6.12-14.17
Rz 5,12-19

▌Wtorek, 3 marca
Mt 6,7-15
Jeśli nie przebaczycie ludziom, Ojciec wasz nie przebaczy wam także waszych przewinień. (Mt 6,15)
Spóźniasz się przez kogoś na ważne spotkanie. Mąż zapomina o twoich urodzinach. Syn odpowiada niegrzecznie na twoją prośbę. W takich i podobnych sytuacjach nie jest tak trudno przebaczyć. W końcu każdemu może się zdarzyć jakieś potknięcie i nie dzieje się nic aż tak wielkiego.
Ale gdybyś w dzieciństwie został wykorzystany seksualnie? Gdybyś mieszkał z surowym rodzicem, który nigdy nie okazywałby ci czułości? Gdyby okazało się, że twoja żona czy mąż oszukiwali cię przez całe lata? Czy łatwo byłoby ci wypowiedzieć te dwa pełne mocy słowa: „Przebaczam ci”?
Wiemy, że należy przebaczać – Jezus mówi o tym wprost – ale czasem, z różnych względów, nie możemy się na to zdobyć, zwłaszcza od razu.
W wielu wypadkach przebaczenie jest procesem wymagającym postawienia wielu małych kroków, zanim zdobędziemy się na wielki skok miłosierdzia i przebaczenia. I to jest w porządku. Jezus zna nasze serca i nigdy nie oczekuje od nas rzeczy niemożliwych.
Jakie kroki możemy więc podjąć? Pierwszym i najważniejszym jest modlitwa. Otwierajmy się przed Jezusem w ciszy naszych serc prosząc Go, by okazał nam swoją miłość i łaskę. Potem prośmy o dar szczerego pragnienia przebaczenia. Już taka prosta modlitwa wystarczy, by Pan zaczął uzdrawiać nasze rany, a doświadczając Jego uzdrawiającej miłości, z czasem znajdziemy w sobie siłę do przebaczenia.
Wiemy wszyscy, że jesteśmy zaproszeni do tego, aby stawać się miłosiernymi, jak miłosierny jest nasz Ojciec niebieski (por. Łk 6,36). Szczególną formą miłosierdzia jest przebaczenie i Bóg wzywa nas, abyśmy wybaczali codziennie, każdemu, aż 77 razy, czyli zawsze, a szczególnie naszym krzywdzicielom i to w tych najtrudniejszych sytuacjach. To nie jest łatwe i nie dokonuje się błyskawicznie. Wymaga z naszej strony ogromnej wewnętrznej pracy, aż do zaparcia się samego siebie. Lecz najważniejsze jest to, byśmy zdecydowali się wejść na drogę przebaczenia i starali się jak najwierniej nią iść. 
Niezależnie od etapu, na jakim jesteś w tej chwili, dziś masz wspaniałą okazję, by postawić kolejny krok. Nie musi on być specjalnie radykalny. To sam Bóg będzie działał w tobie radykalnie, jeśli Go o to poprosisz.
„Jezu, uczyń moje serce miłosiernym na wzór Twojego serca. Naucz mnie przebaczać”.
Iz 55,10-11
Ps 34,4-7.16-19

▌Środa, 4 marca
Św. Kazimierza Królewicza, patrona Polski
J 15,9-17
Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem. (J 15,16)
Nie mamy powodu wątpić, że św. Kazimierz Królewicz był człowiekiem wybranym przez Boga. „Pośród braci wybijał się Kazimierz; był młodzieńcem szlachetnym, rzadkich zdolności, nadzwyczajnej pamięci i wielkiej pobożności” – pisał o nim Jan Długosz, wychowawca królewskich synów. Nieudana wyprawa na Węgry, której przewodził w wieku 13 lat, wstrząsnęła nim. Widok wojennych gwałtów i grabieży skierował myśli wrażliwego młodzieńca ku sprawom duchowym. Dużo się modlił i pościł, chętnie przebywał wśród ubogich, rozdając jałmużnę. Gorąca pobożność nie przeszkadzała mu jednak w chętnym podejmowaniu obowiązków publicznych. Gdy jego ojciec, król Kazimierz Jagiellończyk, musiał zająć się sprawami państwowymi na Litwie, synowi powierzył rządy w Koronie, z czym ten z powodzeniem sobie poradził. Po dwóch latach został odwołany do Wilna i tu również jego działania zyskały uznanie. Nawet chorując już na gruźlicę nadal brał udział w zarządzaniu państwem. Kiedy umarł w wieku 26 lat, wedle powszechnej opinii był już dojrzały dla nieba.
Dziś jednak te słowa Ewangelii skierowane są nie tylko do osób formatu królewicza Kazimierza, lecz także do mnie, do ciebie i do wszystkich, którzy zechcą je przyjąć. W przeciwieństwie do nas, Bóg nie faworyzuje tych milszych, zdolniejszych, bardziej udanych. Nie przeszkadza mu nasza niegodność, grzeszność czy miernota. Przeszkodą może być jedynie to, że sami ten wybór odrzucimy.
Co jest znakiem wybrania? Przede wszystkim gotowość słuchania Jego słowa. „Nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15,15) – mówi Pan. Słuchając, poznajemy plan Boga wobec nas. Poznajemy Jego miłość objawioną nam w Synu. Zaczynamy wypełniać Jego przykazania, nie z musu jak niewolnicy, ale w odpowiedzi na Jego miłość – w przekonaniu, że wytyczają nam one drogę życia, która się Jemu podoba, a nam daje radość i pokój.
Czy chcesz być przyjacielem Boga jak św. Kazimierz? Jest w nim wiele cech, które możemy naśladować, jak odpowiedzialność za losy ojczyzny, obowiązkowość, troska u ubogich, cierpliwe znoszenie dolegliwości. Ale przede wszystkim jest on dla nas wzorem głębokiej przyjaźni z Bogiem. Dla Niego św. Kazimierz w swoim niezwykle czynnym życiu znajdował czas na modlitwę, dla Niego pragnął prowadzić czyste życie, dla Niego się trudził. I jest to możliwe dla każdego, niezależnie od epoki, miejsca czy stanu życia.
Święci nie są nam dani po to, by ich podziwiać, ale po to, by nas pociągnąć do Boga i przekonać, że On także
i w nas chce mieć swoich przyjaciół;
że nie zastrzega swoich darów dla garstki wybranych, ale chce rozdawać je obficie nam wszystkim – o ile zechcemy je przyjąć.
„Panie, spraw, by przykład świętych pobudzał mnie do coraz większej przyjaźni z Tobą”.
Flp 3,8-14
Ps 15.1-5

▌Niedziela, 8 marca
Mt 17,1-9
Jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty… (Mt 17,4)
„Jakie trzy namioty? No tak, znowu Piotr wyrywa się nieproszony z jakąś bzdurą” – myślimy sobie. Ale czy rzeczywiście jego propozycja nie miała sensu?
Niekoniecznie. Pamiętajmy, że Jezus sam poprowadził Piotra oraz Jakuba i Jana na szczyt góry. Będąc tam, uczniowie ujrzeli Mojżesza i Eliasza rozmawiających z Jezusem, skąpanym w chwale Ojca. Piotr nie do końca rozumiał, co się dzieje, ale czuł, że na pewno dzieje się coś nadzwyczajnego. Był tak zachwycony, że spontanicznie zapragnął rozbić namioty i pozostać na tym miejscu.
To „szczytowe” doświadczenie musiało niezwykle podbudować Piotra. Ujrzał chwałę Bożą! Usłyszał Boga mówiącego, że Jezus jest Jego umiłowanym Synem, którego należy słuchać! Wszystko to było bardzo dobre. Czy więc Piotr musiał zejść z góry i dalej podążać za Jezusem – aż po krzyż? Tak, ale najwyraźniej potrzebny był mu również pobyt na górze, umocnienie i napełnienie łaską, skoro zabrał go tam Jezus.
Jezus zaprasza także i ciebie do wspólnej wędrówki na szczyt góry. Prosi, byś codziennie znajdował dla Niego czas. Módl się. Bierz udział we Mszy świętej. Rozważaj Jego słowo. Trwaj w Jego obecności, pełen szacunku i podziwu dla tego, kim On jest. Ale nie poprzestań na tym. Bóg ma dziś dla ciebie przesłanie. Chce dotykać twojego serca i mówić do ciebie. Piotr usłyszał słowa: „To jest mój Syn umiłowany” (Mt 17,5); ty możesz wsłuchać się w głos Ducha Świętego, który mówi: „Oto Baranek Boży”, kiedy przyjmujesz Jezusa w Komunii świętej, lub: „Idźcie w pokoju Chrystusa”, kiedy nadchodzi czas zejścia z góry.
Pamiętaj, że oddalenie się na modlitwę nie jest egoizmem ani ucieczką od problemów. Zawsze dobrze jest pobyć z Panem na osobności, o ile tylko jesteś gotów następnie powrócić z Nim do świata.
„Panie, kocham Cię i chcę codziennie znajdować czas na spotkanie z Tobą”.
Rdz 12,1-4a
Ps 33,4-5.18-20.22
2 Tm 1,8b-10

▌Wtorek, 10 marca
Iz 1,10.16-20
Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją. (Iz 1,18)
Bóg tu nie przebiera w słowach. Za pośrednictwem proroka Izajasza ubolewa nad tym, że Jego wybrany lud popełnia grzechy, które są „jak szkarłat”. To wstrząsający obraz! Ale Bóg, który zna grzechy swojego ludu i nazywa je po imieniu, daje mu szansę nawrócenia i przemiany. Woła jak surowy, ale kochający ojciec: „Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie!” (Iz 1,18). Rozsądźmy, kto ma rację. Ustalmy, na czym stoimy.
Izajasz określa nawrócenie hebrajskim słowem teszuba, którego odpowiednikiem jest greckie słowo metanoia. Znaczy ono dosłownie: „odwrócić się i pójść w przeciwnym kierunku”. To słowo – wraz z całym czytanym dziś proroctwem Izajasza – pokazuje nam, że nawrócenie nie polega tylko na rozpoznaniu swojej winy i wyznaniu jej. Polega także na podjęciu konkretnych kroków w celu odwrócenia się od zła.
W jakich dziedzinach twojego życia Pan zaprasza cię do zawrócenia i pójścia w przeciwnym kierunku? W odpowiedzi na to pytanie pomoże ci rachunek sumienia. Może też Duch Święty pokaże ci podczas modlitwy jakiś drobiazg, który lekceważysz czy usprawiedliwiasz sam przed sobą? A może pokaże ci też coś znacznie większego, co ma wpływ także na innych albo odgradza cię od nich i wymaga poważnych zmian?
Cokolwiek Pan podsunie ci na myśl, idź z tym do spowiedzi. Szczerze i po prostu wyznaj to przed kapłanem. Przyjmij Boże przebaczenie i staraj się odwrócić od zła, choćby miało to polegać tylko na postawieniu pierwszego kroku. Może to być próba naprawienia relacji poprzez zdobycie się na długo odkładaną rozmowę telefoniczną. Może przyznanie się przed żoną czy mężem do problemu, który cię dręczy, i poproszenie o wsparcie.
Nigdy nie jest za późno, by odwrócić się od zła i prosić Boga o pomoc. To przecież właśnie po to Bóg „Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16). Cokolwiek uczyniłeś, zawsze możesz przyjść z tym do Boga Ojca, a On sprawi, że twoje grzechy „jak śnieg wybieleją” (Iz 1,18). Łaska sakramentu pojednania da ci siłę do przemiany.
Nie marnuj Bożego miłosierdzia. Nabierz odwagi i wyznaj swój grzech, aby Bóg mógł cię oczyścić. A potem odwróć się od zła, które czyniłeś, i idź w przeciwnym kierunku.
„Panie, pokaż mi, w jakiej dziedzinie najbardziej oczekujesz ode mnie nawrócenia”.
Ps 50,8-9.16-17.21.23
Mt 23,1-12

▌Niedziela, 15 marca
J 4,5-42
Daj Mi pić! (J 4,7)
Jezus i jego uczniowie od rana byli w drodze. Słońce stało już wysoko na niebie i paliło mocno. Wędrowcy byli zgrzani, zakurzeni i spragnieni. Siadając przy studni Jakuba, Jezus z pewnością miał ogromną ochotę na łyk chłodnej wody.
Kiedy jednak poprosił o wodę przybyłą do studni Samarytankę, chodziło Mu o coś więcej niż zaspokojenie pragnienia ciała. Jak pisała św. Teresa z Lisieux: „Mówiąc: «Daj Mi pić!», Stwórca świata domagał się miłości od swego biednego stworzenia. On pragnął miłości”.
Możemy zastanawiać się dlaczego Jezus miałby pragnąć miłości od kobiety, która nie tylko była pogardzaną przez Żydów Samarytanką, ale miała niechlubną przeszłość, a obecnie żyła z mężczyzną, który nie był jej mężem? Ponieważ taki właśnie jest Jezus. Wraz z Ojcem i Duchem Świętym miłuje każdego z nas. Niezależnie od tego, kim jesteśmy i jakie grzechy mamy na sumieniu, On, który jest miłością, nie może nie szukać naszej miłości. On pragnie każdego z nas.
Jak więc możemy zaspokoić pragnienie Jezusa? Spędzając z Nim czas na modlitwie. Lecz nie traktujmy jej jako powinności czy obowiązku, czegoś, co „jesteśmy winni” Bogu. Myślmy raczej, że jest to czas, w którym pozwalamy Jezusowi cieszyć się nami. On kocha nas tak bardzo, że nigdy nie jest Mu dosyć naszej niepodzielnej uwagi. Kocha nas tak bardzo, że pragnie, abyśmy odłożyli na chwilę nasze obowiązki i byli tylko przy Nim.
Ofiaruj Jezusowi „napój”, o który prosi. Nawet jeśli na modlitwie nie czujesz nic szczególnego, uwierz, że twoja obecność sprawia Mu radość. On cieszy się przebywając z tobą! A kiedy tak przy Nim trwasz, daje ci „wodę żywą”, która zaspokoi twoje najgłębsze potrzeby i pragnienia oraz stanie się w tobie „źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu” (J 4,10.14).
„Jezu, obym pragnął Ciebie tak bardzo, jak Ty pragniesz mnie”.
Wj 17,3-7
Ps 95,1-2.6-9
Rz 5,1-2.5-8

▌Niedziela, 22 marca
J 9,1-41
Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu. (J 9,41)
Czy masz dobry wzrok? Co widzisz, rozglądając się po świecie wokół siebie? Taki temat porusza dzisiejsza Ewangelia. Na początku opowiadania spotykamy człowieka, którego wszyscy uważają za grzesznika, ponieważ jest niewidomy (por. J 9,2). Jednak na końcu Jezus mówi, że to ci, którzy twierdzą, iż widzą, są naprawdę pogrążeni w ciemności.
Kogo zobaczyli w tym człowieku faryzeusze? Zobaczyli grzesznika, ponieważ był niewidomy, co uznali za Bożą karę, ale także dlatego, że ośmielił się zakwestionować ich autorytet. Dlatego też zwymyślali go i wyrzucili z synagogi.
Podobnie zresztą potraktowali Jezusa. Jego również uznali za grzesznika, ponieważ dokonał uzdrowienia w szabat, czyli w czasie, kiedy Żydowi nie wolno było wykonywać żadnej pracy. Przecież żaden sprawiedliwy Żyd nie odważyłby się na złamanie Prawa Mojżeszowego! To, co zobaczyli, sprowokowało ich do jeszcze bardziej zawziętego prześladowania Jezusa.
A kogo zobaczył w niewidomym Jezus? Z pewnością nie „grzesznika”, którego należy potępić i wyrzucić, ale dziecko Boże potrzebujące uzdrowienia i zbawienia. To, co zobaczył, sprowokowało Go do okazania miłosierdzia.
A kogo zobaczył w Jezusie niewidomy? Nie „grzesznika” łamiącego szabat, ale Mesjasza niosącego wolność i odnowę. To, co zobaczył, sprowokowało Go do pokornego oddania Mu czci.
A ty, co widzisz?
Jezus chce, abyś patrzył na świat tak jak On. Chce, abyś widział w ludziach nie grzeszników osądzonych przez Boga, ale braci i siostry, którym ofiarowane jest to samo miłosierdzie, które i ty otrzymałeś. Chce, abyś powstrzymał się od ferowania wyroków i okazywał innym dobroć. Ponieważ tak patrzy na nich Jezus i ponieważ tak samo patrzy na ciebie.
Wpatrując się w krzyż i w konsekrowaną Hostię podczas dzisiejszej Mszy świętej, pozwól, by spoczęło na tobie miłujące spojrzenie Jezusa. Niech On uzdrawia twoją ślepotę, abyś mógł zobaczyć świat Jego oczami.
„Jezu, otwórz mi oczy! Pomóż mi widzieć to, co Ty widzisz”.
1 Sm 16,1b.6-7.10-13b
Ps 23,1-6
Ef 5,8-14

▌Środa, 25 marca
Zwiastowanie Pańskie
Łk 1,26-38
Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą. (Łk 1,28)
Jak sądzisz, dlaczego anioł Gabriel pozdrowił Maryję właśnie tymi słowami? Być może chciał dać Jej do zrozumienia, że Bóg już udzielił Jej potrzebnej łaski do wyrażenia zgody na to, by przez Nią przyszedł na świat Syn Boży. Może też chciał zapewnić Ją, że może liczyć na Bożą obecność w każdej chwili, nie tylko w tym błogosławionym momencie.
Maryja prawdopodobnie mogła dokładnie przemyśleć słowa anioła dopiero później, kiedy już zgodziła się na Boży plan. Z pewnością myślała o nich często, gdy Dziecko rozwijało się w Jej łonie. Wiedziała, że to, o co poprosił Ją Bóg, nie będzie łatwe. Bez wątpienia Jej Dziecko było wyjątkowe. Jak poradzić sobie z wychowaniem przyszłego króla, który – jak zapowiedział anioł – ma zasiąść na tronie Dawida (Łk 1,32)?
Gdy takie pytania powodowały zamęt w Jej myślach, powracała do słów anioła, przypominając sobie, że Bóg jest z Nią i napełnia Ją swoją łaską.
Kiedy Pan poprosił cię o coś trudnego? Może wychowujesz niepełnosprawne dziecko, opiekujesz się chorym współmałżonkiem czy rodzicem, czy próbujesz ratować swoje małżeństwo? Wszyscy napotykamy sytuacje, w których to, o co prosi Bóg, wydaje się całkowicie nas przerastać. Musimy mówić Panu swoje „tak” nie jeden raz, ale wiele razy, walcząc o to, by w posłuszeństwie przyjąć Jego plan.
Ale to, co powiedział anioł do Maryi, w pewnym sensie odnosi się również i do nas. Maryja została poczęta bez grzechu pierworodnego, ale my także, na chrzcie świętym, zostaliśmy napełnieni łaską Bożą.
Bóg w nas mieszka. A to oznacza, że On jest zawsze z nami, a Jego łaska jest zawsze do naszej dyspozycji.
Maryja powiedziała „tak” na słowa anioła, dzięki temu Jezus przyszedł na świat, aby nas zbawić i podzielić się z nami swoim Boskim życiem. Teraz możemy kroczyć naprzód w wierze, dzień po dniu i krok po kroku, aby czynić to, o co Bóg nas prosi. Bo my także zostaliśmy napełnieni Jego łaską!
„Panie, dziękuję Ci za to, że uzdalniasz mnie swoją łaską, abym zgadzał się na Twoją wolę co do mojego życia”.
Iz 7,10-14
Ps 40,7-11
Hbr 10,4-10

▌Niedziela, 29 marca
J 11,1-45
Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! (J 11,43)
Z homilii papieża Franciszka (6 kwietnia 2014): Wszyscy mamy w sobie takie obszary, takie części serca, które nie są żywe, które są trochę martwe… Ale jeśli przywiążemy się do tych grobów i będziemy strzec ich w sobie, nie pozwalając, by nasze serca powstały na nowo do życia, ulegniemy zatwardziałości i nasza dusza zacznie się psuć, „cuchnąć”, jak powiedziała Marta, wydawać odór osoby przywiązanej do grzechu. I ma to związek z Wielkim Postem. Ponieważ wszyscy (…) możemy usłyszeć to, co powiedział Jezus do Łazarza: „Zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!»” (J 11,43).
Zachęcam was dziś do zastanowienia się przez chwilę: Gdzie jest martwa część mojej duszy? Gdzie jest mój grób? Jaka część mojego serca stała się zatwardziała przez przywiązanie do grzechu, tego czy innego? I zgódźmy się na to, by Pan usunął ten kamień, aby zabrał kamień wstydu i powiedział do nas, jak kiedyś powiedział do Łazarza: „Wyjdź!”; aby cała nasza dusza została uzdrowiona, została wskrzeszona miłością Jezusa, mocą Jezusa. On ma moc nam przebaczyć. Wszyscy tego potrzebujemy! Każdy z nas. Wszyscy jesteśmy grzesznikami, ale uważajmy, aby nie stać się grzesznikami zatwardziałymi. Jesteśmy grzesznikami, ale On nam przebacza. Usłyszmy ten głos Jezusa, który mocą Boga woła do nas: „Wyjdź!”. Wyjdź z tego grobu, który masz w sobie. Wyjdź. Daję ci życie, daję ci szczęście, Błogosławię cię, pragnę cię dla siebie.
Oby Pan dziś, w tę niedzielę, która mówi tak wiele o zmartwychwstaniu, dał nam wszystkim łaskę powstania z naszych grzechów, wyjścia z naszych grobów na głos Jezusa, który wzywa nas do wyjścia i do pójścia za Nim.
„Jezu, słyszę Twój głos. Pomóż mi powstać z moich grzechów”.
Ez 37,12-14
Ps 130,1-8
Rz 8,8-11


MAGAZYN:
Od poszukiwaczki prawdy do świętej

Droga Edyty Stein do klasztoru i na krzyż

Gdybyś mógł popatrzeć na różne sceny z życia Edyty Stein, widziałbyś, jak zmieniała się wraz z upływem czasu.
W 1893 roku ujrzałbyś zapłakaną dwulatkę stojącą nad grobem ojca. Dwa lata później rezolutną czterolatkę bawiącą się z ciotecznym rodzeństwem w rodzinnym składzie drewna. W kolejnych latach – wrażliwe dziecko zanurzone w wierze ojców, a następnie dociekliwą nastolatkę odrzucającą judaizm, aby odtąd polegać tylko na sobie. W 1911 roku spotkałbyś Edytę na uniwersytecie pogrążoną w ożywionej dyskusji z innymi studentami filozofii, a w latach I wojny światowej –przy łóżku rannego żołnierza w szpitalu polowym, spełniającą patriotyczny obowiązek jako sanitariuszka. Przenosząc się do roku 1933 zobaczyłbyś ją znacznie bardziej wyciszoną, przyjmującą habit karmelitanki w czasach, gdy jej rodzinną ziemię ogarniało szaleństwo nazizmu.
W miarę upływu lat Edyta coraz bardziej dojrzewała, pogłębiała się jej ufność i pokój, wypływające z wiary w Jezusa Chrystusa. Kiedy w otaczającym ją świecie mnożyły się słowa nienawiści i akty przemocy, ona odpowiadała słowami nadziei i uczynkami miłości. Chrystus był prawdziwie obecny wszędzie tam, gdzie świadectwo jej ufności głosiło swoje milczące kazanie.

UCZENNICA CHRYSTUSA
Edyta zawsze ceniła sobie naukę. Bardzo wcześnie zaczęła domagać się posłania do szkoły, gdzie szybko przewyższyła starszych uczniów. Choć w wieku czternastu lat zarzuciła modlitwę, pozostała jednak bardzo wrażliwa duchowo. Jej modlitwą stało się poszukiwanie prawdy. Głęboko pragnęła zrozumieć sens życia, aż w końcu nieustanne dociekania doprowadziły ją do stanu graniczącego z depresją kliniczną. Pomimo napadów melancholii Edyta była lubiana i szanowana przez przyjaciół i współpracowników podczas studiów we Wrocławiu a następnie w Getyndze i Fryburgu. Wolna od uprzedzeń nawiązywała ciepłe i głębokie przyjaźnie, które stopniowo doprowadziły ją do namysłu nad chrześcijaństwem.
Latem 1921 roku Edyta przebywała u swojej przyjaciółki, Jadwigi Conrad-Martius, byłej ateistki, nawróconej na luteranizm i dającej pociągający przykład żywej wiary. Pewnego dnia, z nudów przeglądając książki na regale, wzięła sobie do czytania autobiografię św. Teresy z Avili. Książka tak bardzo ją pochłonęła, że przeczytała ją w ciągu jednej nocy. Jak później wspominała: „Gdy zamykałam książkę, powiedziałam do siebie: «To jest prawda»”. 
W św. Teresie z Avili Edyta odnalazła pokrewną duszę. Obie nosiły w sobie palące pragnienie poznania siebie, zwłaszcza poprzez pogłębianie życia wewnętrznego. Edyta w czasie studiów doktorskich u prof. Husserla we Fryburgu zajmowała się nową dziedziną filozofii, zwaną fenomenologią, która koncentrowała się na analizie sposobu, w jaki człowiek postrzega świat. Podobnie św. Teresa z Avili zagłębiała się w dziedzinę ludzkich serc i dusz, odkrywając w nich przestrzeń do spotkania z Bogiem. Edyta poczuła się wciągnięta w ten dyskurs i odnalazła w nim to, czego szukała.
Niezwłocznie zaopatrzyła się w egzemplarz Katechizmu, zaczęła spotkania z miejscowym księdzem i w ciągu roku została katoliczką. Nawrócenie Edyty było bolesne i niezrozumiałe dla jej matki, gorliwej Żydówki. Łączenie posłuszeństwa wymogom sumienia z szacunkiem dla matki było dla Edyty źródłem niepokoju i przygnębienia. Jednak podobnie jak Żydzi z Nowego Testamentu, którzy ryzykując utratą rodziny i dobrego imienia stawali się uczniami Chrystusa, również ona przyjęła tę trudną sytuację jako sposobność do dawania świadectwa.

NARZĘDZIE W RĘKACH BOGA
Po nawróceniu Edyta zaangażowała swój wybitny intelekt w formowanie młodzieży. Przyjęła posadę w szkole dominikańskiej w Spirze, której uczennice rozkwitały pod jej kierunkiem. Jak gdyby nadrabiając stracony czas, Edyta spędzała wiele nocy modląc się w ciszy przed Najświętszym Sakramentem, a za dnia prowadziła lekcje, nie wykazując zmęczenia. „Wszystko to zależy od zachowania w sercu małego kącika, w którym możesz codziennie rozmawiać z Bogiem, jak gdyby nic innego nie istniało” – mawiała.
Edyta kontynuowała też pracę naukową, szukając w niej jednak bardziej okazji do służenia Bogu niż spełnienia osobistych ambicji. Między innymi prowadziła wnikliwe studia nad dziełami św. Tomasza z Akwinu. Otrzymywała coraz liczniejsze zaproszenia do głoszenia wykładów w kręgach katolickich, pisała artykuły, miała audycje w radiu. Edyta była „w świecie, ale nie ze świata”. Jak sama mówiła, czuła się coraz bardziej wyobcowana – zwłaszcza, że w Niemczech zaczęły się aresztowania księży i zakonnic, niszczenie edukacji katolickiej i eliminowanie innych kościelnych form pracy z młodzieżą. Osiągnęła to, na czym niegdyś tak jej zależało – szerokie uznanie w świecie akademickim – ale coraz bardziej dojrzewało w niej pragnienie pójścia w ślady św. Teresy i wstąpienia do zakonu karmelitańskiego.

PRZYGOTOWANA
NA PRZEŚLADOWANIE
Gdy w 1933 roku Hitler dochodził do władzy, Edyta modliła się i śledziła sytuację. W Wielki Czwartek podczas Mszy, kiedy powierzała Bogu sytuację zagrożonych Żydów, zobaczyła krzyż Jezusa nałożony na jej naród jako wielki ciężar cierpienia. Co zrozumiałe, większość jej rodaków nie zidentyfikowałaby się z tym obrazem, ale – jak pisała – „ci, którzy są w stanie to zrozumieć, powinni wziąć ten krzyż dobrowolnie na siebie w imieniu wszystkich”.
Była zdecydowana przyjąć każde cierpienie ciała lub ducha jako duchową ofiarę składaną w imieniu całego narodu żydowskiego. Widziała wartość rozczarowań i trudności, o ile zwracały jej spojrzenie ku zbawczej męce Chrystusa, która była dla niej zarówno siłą, jak i wspólną misją.
Kiedy Edyta powróciła do pracy po feriach wielkanocnych, bolesnym ciosem stało się dla niej nowe prawo, wydane w Niemczech, zabraniające Żydom sprawowania funkcji publicznych, co oznaczało, że nie mogła już nauczać. Otrzymana dymisja zamiast ją załamać, zmobilizowała do skontaktowania się z karmelitankami w Kolonii. Tego samego roku wstąpiła do klasztoru jako postulantka, niezdarna w pracach domowych, ale pełna pogody ducha. Pięć lat później, w wieku czterdziestu dwóch lat, została siostrą Teresą Benedyktą od Krzyża. Imię, które przyjęła przy ślubach wieczystych, było wyrazem jej pragnienia bliskiego złączenia się z Chrystusem w tym trudnym okresie dziejów. Edyta wyznała wtedy, że wreszcie poczuła pokój, jak ktoś, kto osiągnął swój cel.

PRZEZNACZONA NA KRZYŻ
W klasztorze w Kolonii żydowskie pochodzenie Edyty oraz fakt, że była powszechnie znana, czyniły ją łatwym celem dla nazistów. W trosce o jej bezpieczeństwo została przeniesiona w 1939 roku do holenderskiego klasztoru w Echt. Po jakimś czasie dołączyła do niej jej starsza siostra Róża, która pod wpływem Edyty przyjęła chrzest i wstąpiła do Trzeciego Zakonu Karmelitańskiego.
Edyta przeczuwała swoją przedwczesną śmierć. W czerwcu tego roku spisała testament wyznając: „Proszę Pana, żeby zechciał przyjąć moje cierpienie i umieranie ku swej chwale i uwielbieniu… za naród żydowski… za wyzwolenie Niemiec i pokój na całym świecie”.
Kiedy przeorysza poprosiła ją o napisanie medytacji dla sióstr, Edyta zachęciła je do wytrwałej ufności i modlitwy: „Im bardziej jakaś epoka jest pogrążona w nocy grzechu i oddzielona od Boga, tym bardziej potrzebuje dusz zjednoczonych z Bogiem. Rozstrzygające wydarzenia w dziejach świata rozgrywają się w istocie przy współdziałaniu dusz, których nie wymienia żaden podręcznik historii”.
Edyta była zdania, że modlitwy jej samej i innych sióstr odgrywają wielką rolę w zmaganiach pomiędzy dobrem a złem. W tym czasie opracowała swoje ostatnie dzieło, zatytułowane „Wiedza krzyża”, które było próbą przybliżenia nauki św. Jana od Krzyża współczesnemu czytelnikowi. Wraz ze św. Janem zgłębiała tajemnicę, że im cięższy krzyż dźwigamy, tym większe jest w nas Chrystusowe zwycięstwo.

ŻYWA OFIARA
W 1942 roku, kiedy Edycie i Róży polecono zgłosić się w celu deportacji, podporządkowały się bez oporu. Jednak ich aresztowanie w klasztorze 2 sierpnia było zaskoczeniem. Wraz z innymi katolikami żydowskiego pochodzenia zostały uwięzione w odwecie za ogłoszenie przez episkopat holenderski listu pasterskiego w obronie Żydów. Siostrom dano jedynie pięć minut na spakowanie rzeczy, po czym zabrano je do pociągu wiozącego je do obozu przejściowego w Westerbork.
Wszystkie relacje z tamtych dni ukazują Edytę jako pełną pokoju, rozmodloną i zaradną. Kiedy matki w obozie ulegały rozpaczy, Edyta czesała główki ich udręczonych dzieci. Każdy, kto się z nią zetknął, był pod wrażeniem jej dobroci. W transporcie do Auschwitz Edyta z pewnością rozumiała, że jedzie na śmierć. Nie bała się jednak, gdyż Bóg już dawno udzielił jej łaski ofiarowania życia Jezusowi w akcie wstawiennictwa.
Edyta Stein została beatyfikowana w 1987 roku, a kanonizowana w 1998. Święty papież Jan Paweł II w homilii beatyfikacyjnej uczcił ją jako „córkę narodu żydowskiego”, która „wychowana w surowej szkole tradycji Izraela (…), wykazała heroiczność ducha w czasie swej drogi do obozu zagłady. Zjednoczona z ukrzyżowanym Panem, dała swe życie «za prawdziwy pokój» i «za naród»”. Jej spuścizna jako filozofa, poszukiwacza prawdy, teologa, nauczycielki, córki Abrahama, karmelitanki i męczennicy przemawia do wielu ludzi, zarówno w Kościele, jak i poza nim, a szczególnie do tych, którzy ubolewają nad ciemnościami tego świata. Dla nich wszystkich jest ona znakiem pokoju, siły i pokory duszy zjednoczonej z Chrystusem.
Edyta pozostaje prawdziwym świadkiem dla nas wszystkich, którzy przyjmujemy Jezusa i z ufnością budujemy na Nim jako na naszym fundamencie, biorąc swój krzyż z miłości do Niego oraz w ofierze za innych. ▐

Opowieść autostopowiczki

Bóg wciąż szuka i znajduje zagubionych


Był ciemny, burzliwy wieczór... Nie, nie jest to początek kiepskiego horroru, ale początek historii, która wydarzyła się właśnie
w taką pogodę. Tego konkretnego wieczoru wybrzeże stanu New Jersey zostało nawiedzone przez wyjątkowo gwałtowną i niebezpieczną wichurę z północnego wschodu. Mój mąż i ja jechaliśmy w oślepiającym deszczu, drogą oświetlaną na moment błyskami piorunów, którym towarzyszyły intensywne grzmoty tuż nad naszymi głowami. Nie był to dobry wieczór na przejażdżki, toteż chcieliśmy jak najprędzej znaleźć się w domu.

SAMOTNA AUTOSTOPOWICZKA
Nagle, na poboczu w gęstej ciemności, zauważyliśmy samotną autostopowiczkę. Zwykle nie zabieramy autostopowiczów, ale tym razem oboje czuliśmy przynaglenie Ducha Świętego, aby zatrzymać się i okazać zainteresowanie młodej, przemoczonej dziewczynie. „Zatrzymaj się, kochanie!” – wrzasnęłam. Mąż już naciskał na hamulec.
Ociekająca wodą dziewczyna wsiadła do samochodu. Wykrztusiła z siebie ciche „dziękuję” i opadła na tylne siedzenie. Zauważyliśmy, że krople deszczu na jej twarzy są zmieszane z łzami.
– Wszystko w porządku? – zapytałam.
– Tak.
– Gdzie chcesz dojechać? – zapytał mój mąż. Wymamrotała adres domu, który znajdował się na naszej trasie. Siedziała ze zwieszoną głową, a jej splątane, mokre, ciemne włosy zakrywały większą cześć twarzy. Próbowałam nawiązać z nią kontakt wzrokowy, ale z uporem wpatrywała się w podłogę.
– Mam na imię Joy, a to jest mój mąż, Kent – krzepiącym tonem zagaiłam rozmowę. – A jak ty masz na imię? Żadnej odpowiedzi.
– Czy mogę ci powiedzieć, dlaczego zatrzymaliśmy się, żeby cię zabrać w tę okropną noc? – zapytałam.
– No pewnie – wyszeptała.

MODLITWA W JEJ INTENCJI
Zaczęliśmy więc z mężem mówić jej o miłości Jezusa i o tym, że umarł także za nią. Powiedzieliśmy, że On może jej pomoc w problemach, z którymi się zmaga, i że nic nie jest dla Niego zbyt trudne. Kiedy dzieliliśmy się swoją wiarą, milczała. Nie podała nam swojego imienia ani nie powiedziała, co ją trapi, więc tylko zapisaliśmy jej nasze nazwisko i telefon mówiąc, że może dzwonić do nas o każdej porze, w dzień i w nocy. Jazda do miejsca, jakie nam wskazała, była krótka. Kiedy już dojechaliśmy, szybko otworzyła drzwi i zniknęła w ciemnościach. I na tym się skończyło.
Czemu miało służyć to spotkanie? Czy był to zmarnowany trud? Dlaczego oboje tak mocno czuliśmy, że Bóg chce, żeby ją zabrać? Nie znaliśmy odpowiedzi na te pytania, ale ufaliśmy, że nasza samotna autostopowiczka jest w ręku Boga. Mijały tygodnie i miesiące, a my modliliśmy się za naszego bezimiennego gościa, kiedy tylko Bóg przywiódł ją nam na pamięć.

HISTORII CIĄG DALSZY
Dwa lata później Kent i ja odwiedziliśmy przyjaciół, którzy prowadzą dom dla osób wychodzących z nałogu. Kiedy rozmawialiśmy z nimi w świetlicy, zauważyłam wpatrującą się we mnie młodą dziewczynę. Kiedy spojrzałam na nią, odwróciła wzrok. Po chwili wpatrywała się we mnie znowu.
– To wy! – wykrzyknęła nagle. – To wy jesteście tym małżeństwem, które zabrało mnie na stopa dwa lata temu!
Oboje z mężem byliśmy tak zaskoczeni, że nie wiedzieliśmy, co powiedzieć.
– Pamiętacie mnie? – zapytała. Kent otrząsnął się z szoku jako pierwszy.
– Oczywiście, że pamiętamy – odpowiedział. – Nie poznaliśmy cię, bo wyglądasz teraz jakoś inaczej.
– Tak, jestem inna, i to pod każdym względem – odpowiedziała Joanna i podzieliła się z nami swoją historią. Tego burzowego wieczoru pokłóciła się ze swoim chłopakiem. Wyszła od niego wściekła i poszła w kierunku domu, drogą prowadzącą przez wyspę pomiędzy dwoma zbiornikami wodnymi. Kiedy tak szła, burza zaczęła się wzmagać i Joanna przestraszyła się, że któryś
z gwałtownych podmuchów wiatru może ją przewrócić. Zawołała więc do Boga: „Jeśli Ci na mnie zależy, to przyślij mi kogoś, kto mnie podwiezie”. W tym momencie nadjechał nasz samochód.
Joanna wyznała nam też, że próbowała alkoholu i narkotyków. Kiedy tej nocy dotarła do domu, uklękła przy łóżku i oddała swoje życie Jezusowi. W tej samej chwili doświadczyła głębokiego pokoju i wolności. Pragnąc się z nami skontaktować, włożyła rękę do kieszeni, by odnaleźć kartkę z numerem telefonu, ale jej nie znalazła.
Od tego czasu była trzeźwa i wolna od narkotyków. Nie wiedzieliśmy o tym, że znalazła dom prowadzony przez naszych przyjaciół i mieszkała tam przez rok, dopóki nie wynajęła sobie mieszkania. Przy ich pomocy zdała maturę i znalazła stałą pracę. Od dwóch lat prosiła Boga, aby jeszcze raz postawił nas na jej drodze, aby móc nam opowiedzieć, co Pan uczynił w jej życiu. I oto pojawiliśmy się, odwiedzając przyjaciół dokładnie w tym samym czasie co ona.

CZAS, KTÓRY NIE JEST
STRACONY
W trakcie opowieści Joanny śmialiśmy się, płakaliśmy, rzucaliśmy się sobie na szyję i cieszyliśmy się razem z nią. Wszystkie nasze pytania związane z tym ciemnym, deszczowym wieczorem znalazły wreszcie odpowiedź. Była to lekcja o mocy modlitwy, o nietraceniu nadziei oraz przypomnienie, że dzielenie się wiarą nigdy nie jest stratą czasu.
Nie wszystkie historie znajdują tak satysfakcjonujący epilog. Wiele razy dzielimy się wiarą i pozostaje nam tylko zawierzyć Bogu, który mówi o swoim słowie: „Nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem” (Iz 55,11). Jednak otrzymanie takiego potwierdzenia i zachęty było dla nas wielkim błogosławieństwem. Umocniło ono naszą wiarę w Ojca, który szuka swoich dzieci. Zachęciło nas do dalszego dzielenia się wiarą. Bądźmy więc otwarci na prowadzenie Ducha Świętego i w wolności dzielmy się naszą wiarą „w porę i nie w porę” (2 Tm 4,2). ▐

Sklep internetowy Shoper.pl