Słowo wśród nas - nr archiwalne
5.9
PLN
Słowo wśród nas Nr 3 (271) 2016
Słowo wśród nas Nr 3 (271) 2016
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 5,90 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO MARCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Czym jest nawrócenie? Czy to dzieło nasze, czy też Boga? Autor artykułów zawartych w marcowym numerze „Słowa wśród nas”, ks. Robert Skrzypczak, pokazuje, że to nie żadne nakazy, ale dopiero odkrycie przebaczającej, bezwarunkowej miłości Boga wzbudza w nas pragnienie odwzajemnienia tej miłości i daje siłę do zerwania z grzechem. 

Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych.
W Magazynie znajduje się m.in. artykuł o Piotrze Faberze – jednym z ulubionych świętych papieża Franciszka, rachunek sumienia, a także świadectwo więźnia oraz poruszająca odpowiedź na naszą ankietę „Bóg żyje i działa”. Zachęcamy wszystkich do podzielenia się swoim świadectwem.
Ponadto krzyżówka biblijna oraz kalendarz liturgiczny.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY


Na ścieżkach nawrócenia
Odkrycie miłości Boga
ks. Robert Skrzypczak.............................................. 4


Ze śmierci grzechu do życia w łasce
Nawrócenie pierwsze i drugie
ks. Robert Skrzypczak.............................................. 9


Z krzyża widać więcej
Paschalna droga nawrócenia
ks. Robert Skrzypczak............................................ 15


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 31 marca ................................... 21


MAGAZYN


„Wszędzie jest jakieś dobro do zrobienia”
Piotr Faber – jeden z ulubionych świętych papieża
Franciszka – Jim Manney ...................................48


Twoja dłoń mnie prowadzi
Wielkopostny rachunek sumienia ................................... 53


Wystarczająco dobry dla Boga
Moja droga do przebaczenia – Kyle Bremmeyr ................................... 55


900 gramów miłościodpowiedź na ankietę
„Bóg żyje i działa”......................................................... 59


Nasze lektury............................................................... 62


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

LIST

Drodzy Czytelnicy!

„Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). Te słowa, tak dobrze nam znane, stanowią zaproszenie, a jednocześnie wyzwanie skierowane przez Jezusa do tych, którzy pragną być nie tylko Jego wyznawcami, ale i uczniami. Są zaproszeniem do przemiany życia, do tego, by odwrócić się od zła, a swoje serce skierować ku Bogu. Są wyzwaniem, ponieważ droga nawrócenia nie jest łatwa, wymaga wysiłku, zaparcia się samych siebie i podjęcia walki ze słabością i grzechem.
Słowa te słyszymy już na samym początku Wielkiego Postu, błogosławionego czasu łaski i przemiany życia. Tym razem przeżywamy go w czasie szczególnym – w Roku Świętym, ogłoszonym przez papieża Franciszka jako nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia. Jest to okazja, by na nowo uświadomić sobie, jak wielkie jest miłosierdzie Ojca, który nas stworzył, który przebacza nam nasze grzechy, który wydał za nas swojego Syna, abyśmy uwolnieni z więzów śmierci, mogli żyć w wolności dzieci Bożych! Jak niepojęta jest miłość Jezusa, który dobrowolnie oddał za nas, grzeszników, swoje życie, otwierając przed nami bramy nieba! W Nim, który dla naszego zbawienia stał się człowiekiem, możemy odkryć miłosierne oblicze naszego Ojca niebieskiego.
Uświadomienie sobie tej miłosiernej miłości naszego Stwórcy do nas, grzeszników, i pragnienie jej odwzajemnienia jest pierwszym krokiem na drodze naszego nawrócenia. Prawdziwe nawrócenie to nie powierzchowny retusz, ale gruntowna przemiana życia, uzdrawiająca zmiana sposobu myślenia, postrzegania siebie
i Boga, bliźnich i całego świata. To nie tylko odrzucenie jakiegoś konkretnego grzechu czy złego nawyku, ale zwrócenie się całym sobą ku Bogu, przylgnięcie do Niego, nawiązanie z Nim życiodajnej relacji. Podejmowane przez nas, w odpowiedzi na miłość Boga, wielkopostne umartwienia i uczynki miłosierdzia sprawiają, że – jak pisze św. Paweł – umiera w nas stary, a rodzi się nowy człowiek, że odkrywamy sens wyrzeczeń, cierpienia i wartość Chrystusowego krzyża, który nam, wierzącym, daje męstwo i siłę, aby przeciwstawić się złu.
O tym właśnie mówią artykuły zawarte w tym numerze naszego pisma, o których napisanie poprosiliśmy ks. dra hab. Roberta Skrzypczaka, duszpasterza akademickiego i wykładowcę teologii dogmatycznej. Mamy nadzieję, że ich lektura pomoże nam wszystkim przeżyć z wiarą, nadzieją i miłością ten święty czas Wielkiego Postu w nadzwyczajnym Roku Miłosierdzia, byśmy mogli odkryć i skosztować jak dobry jest Pan.

ks. Adam Stankiewicz MIC

ARTYKUŁY
I
NA ŚCIEŻKACH NAWRÓCENIA
Odkrycie miłości Boga

Słowo „nawrócenie” już od dawna wypadło ze słownika pojęć poprawnych, nawet wśród katolików. To słowo nieprzyjemne, zgoła nieprzyzwoite. Wielu kaznodziejów go nie używa, by kogoś przypadkiem nie urazić. Słuchacze próbują go nie zauważać, bo powoduje dziwny dyskomfort, czasem podenerwowanie: Źle mnie oceniają? Mają mi coś do zarzucenia? Znów czegoś ode mnie wymagają? I tak będzie zawsze, dopóki nie odkryjemy na nowo, że wzywanie do nawrócenia samo w sobie jest moralizatorstwem, czyli domaganiem się od człowieka tego, czego on nie potrafi i na co nie musi mieć ochoty. Natomiast nabiera innej rangi i kolorytu wówczas, gdy pojawia się na właściwym miejscu, mianowicie jako element składowy Dobrej Nowiny o zwycięstwie Chrystusa nad złem i śmiercią. Bez Ducha Chrystusa zmartwychwstałego nawrócenie staje się czymś w rodzaju przeterminowanego lekarstwa.

SKUTEK GŁOSZENIA EWANGELII
Zauważmy, że u początku spisanej Ewangelii pojawia się Jan Chrzciciel, posłany, aby przygotować drogę Mesjaszowi. W jaki sposób tego dokonuje? Wyprowadza on ludzi na pustynię, posługuje się profetycznym znakiem zanurzania ich w wodach Jordanu i głosi: „Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie” (Mt 3,2). Sam Jezus zaś, po uwięzieniu Jana, rozpoczyna swą publiczną działalność, podejmując to samo wezwanie: „Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie” (Mt 4,17). Kiedy zgromadzi wokół siebie pierwszych uczniów, wnet zacznie ich rozsyłać po dwóch do miast i wiosek ze słowem Dobrej Nowiny. Ewangelista Łukasz napisze wówczas, że chodzili oni, „głosząc Ewangelię” (Łk 9,6), Marek zaś stwierdzi, że „wyszli i wzywali do nawrócenia” (Mk 6,12). Jeszcze ściślejszy związek przepowiadanej Ewangelii z nawróceniem ujawni się w doświadczeniu Apostołów po zmartwychwstaniu Chrystusa. Najpierw oni sami usłyszą od Niego wielkanocny kerygmat: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom” (Łk 24, 46), aby w dalszej kolejności przepowiadać Ukrzyżowanego i przeszywać ludziom serca słowem o miłości Boga, jaką zechciał objawić w wyprowadzeniu swego Syna ze śmierci do życia. Dotknięci do żywego, słuchacze pytali wówczas Apostołów: Co mamy czynić? I słyszeli: „Nawróćcie się!” (Dz 2, 38).

PRZEMIANA MYŚLENIA
Czym jest nawrócenie? Nowy Testament posługuje się greckim słowem metanoia, co oznacza zmianę sposobu myślenia. Nie chodzi więc o jakieś zewnętrzne, powierzchowne przedsięwzięcia. Zmiana ma dotknąć w człowieku samych podstaw, uzdrowić go u korzeni, dając mu nowy sposób patrzenia na siebie, a także postrzegania świata, innych, Boga. Nie polega tylko na odrzuceniu jakiegoś grzechu, choć samo to wydaje się już ze wszech miar dobre i uzasadnione, ale na zwróceniu się ku Bogu, przylgnięciu do Niego. Samo odwrócenie się od jednego grzechu może szybko skutkować popadnięciem w inny. Przestał ktoś kląć, w zamian za to zaczął sądzić i plotkować. Wydobył się z nałogu picia czy lubieżności, aby runąć w samouwielbienie, pychę i patrzenie na innych z góry. Pokonał ktoś jawne wybuchy gniewu, by zamienić je na skrytą złośliwość i cierpką obłudę. Coś takiego przydarzyło się pewnemu pustelnikowi, który modlił się i błagał Pana, by uwolnił go od natrętnych pokus i walk wewnętrznych. Bóg wreszcie postanowił wysłuchać jego nalegań. Lecz gdy tylko skończył się ucisk duchowy i zapanował psychiczny komfort, biedak szybko się zorientował, że powoli zaczął zanurzać się w gnuśność i wyniosłość, w modlitwę wdarła się rutyna, a inni wydawali mu się nie do zniesienia z powodu ich licznych wad. Począł więc prosić Pana o przywrócenie starych zmagań, dostrzegł bowiem, że wcześniej, choć każdego dnia musiał podejmować walkę z samym sobą i wiele się modlić, to jednak czuł się bliżej wewnętrznej prawdy i bardziej kochał bliźniego.

POWRÓT DO DOMU
Nawrócenie to przede wszystkim zakorzenienie się w Bogu, nawiązanie życiodajnej i uzdrawiającej relacji z Nim. To odnalezienie sposobu na życie w miłości i miłosierdziu Tego, który ratuje i osłania. Dlatego też bardzo trafny jest hebrajski odpowiednik słowa „nawrócenie” – teszuwa – jakim posługuje się Stary Testament i tradycja żydowska. Teszuwa oznacza powrót do domu, łaskę odnalezienia doń zagubionej uprzednio drogi. Taką teszuwę przeżył Dawid, kiedy powrócił do szczerej, pokornej relacji z Bogiem po tym, jak zagubił się w kombinowaniu i tuszowaniu własnych występków, które doprowadziły go aż do cudzołóstwa, a w konsekwencji do poplamienia rąk niewinnie przelaną krwią. Powrócił, bo Bóg wyszedł po niego. Drogę powrotu wskazał mu prorok, pokazując mu jego własny grzech i wzbudzając w nim szczerą skruchę i pragnienie pokuty.
Teszuwa wyłania się także z treści Jezusowych przypowieści. Kiedy syn marnotrawny wyrwał się do życia na własny rachunek, zafascynowany faktem, iż ani nie musi nikogo słuchać, ani z nikim się liczyć, i na skutek swych błędów zagubił się w odległych stronach, wówczas jego ojciec nie przekreślił go, lecz wyszedł mu naprzeciw, aby ten mógł bezpiecznie wrócić do domu. Tak samo owca zagubiona nie została spisana na straty, lecz powróciła do zagrody dzięki temu, że dobry pasterz podjął trud odszukania jej. W obydwu przypadkach powrót grzesznika do domu spotkał się z radością i czułością Boga.
Nawrócenie nie musi zatem oznaczać napadu wyrzutów sumienia i użalania się nad sobą, ale ponowne ulokowanie życia w miłości Trójcy Świętej. „Tylko nie rozpaczaj!” – mawiali ojcowie pustyni do początkujących uczniów, którzy grzeszyli. Jak bowiem pouczał św. Jan Klimak, „nawrócenie jest córką nadziei i odrzuceniem rozpaczy”. Nie polega wcale na tym, że człowiek odnosi się do siebie z nienawiścią, lecz odwrotnie: zaczyna się bardziej akceptować. Otrzymuje dar nowej afirmacji życia. Pod warunkiem jednak, że będzie patrzeć w górę: na Chrystusa, który go kocha, a nie w dół: na własne wady, czy też wstecz: zadręczając się wyrzutami. Że będzie bardziej zwracać uwagę nie na to, kim się nie stał, ale na to, kim może się stać dzięki łasce Boga.

▌TRUCIZNA SCHLEBIANIA
Dlaczego taką niechęć budzi rozprawianie o potrzebie nawrócenia, a tym bardziej wezwanie kogoś do tego, by się nawrócił? W moim przekonaniu wszystkiemu winne jest schlebianie innym i sobie samemu. Kiedy wychodzę z założenia, że jestem kimś dobrym i mam wiele walorów, wówczas nawet gdy w moim życiu dopuszczę się różnych krętactw i zaniedbań, będę je banalizował i mówił: „Bez przesady, przecież nic szczególnego się nie stało. Nie odbiegam od normy. Nikogo przecież nie zabiłem ani nie okradłem”. Im bardziej wierzę w to, że jestem kimś dobrym, kimś „w porządku”, tym bardziej jestem skłonny do udzielania sobie rozgrzeszeń. Im mniej dostrzegam w sobie mankamentów, tym mniej potrzebuję się zmieniać. I tym bardziej irytuje mnie słuchanie o grzechach i o pokutowaniu. To oczywiste. „Świętym wcale nie zamierzam być, zresztą w moim przypadku nie zachodzi konieczność”. I tym sposobem życie składa się tylko z dwóch stanów: bądź neurotycznego poczucia winy, bądź neurotycznego poczucia bezgrzeszności: „Ja nie mam sobie nic do wyrzucenia”. Wewnętrzne schlebianie polega na przymusie codziennego wystawiania sobie dobrego świadectwa i unikania jakiejkolwiek konfrontacji z prawdą o sobie samym. Jak w przypadku pewnego króla, który utrzymywał przy życium i hołubił tylko tych malarzy, którzy malowali mu piękne portrety. Realiści mieli „ciężkie życie”.

JESTEM GRZESZNIKIEM
Nawrócenie zaczyna się od dostrzeżenia swej autentycznej rzeczywistości. Bóg rzuca światło na moje życie i szuka mnie w prawdzie o mnie samym. Póki brak światła, mogę żyć w pomieszczeniu pełnym brudu i pajęczyn. Pogrążony w ciemności, przyzwyczajam się do własnych wad i przeciętności. Zresztą także inni mnie namawiają do takiej przeciętności własną niechęcią do porządku. Lecz kiedy ktoś otworzy drzwi i rzuci snop światła w głąb mego pokoju, zacznę widzieć każdy pyłek kurzu. Dlatego też im bardziej człowiek zbliża się do Boga, tym lepiej i wyraźniej dostrzega swą grzeszność. I w pierwszym odruchu takie odkrycie może wywoływać zaniepokojenie: „Jakże to, im bliżej Boga jestem, tym gorszy się staję?”. Oczywiście nie gorszy, ale mniej ślepy. Tak zareagował prorok Izajasz. Po tym jak dane mu było oglądać chwałę Bożą i serafinów, wpadł w panikę i narzekał: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach” (Iz 6,5). Szymon Piotr natomiast, widząc miłość Boga w osobie Nauczyciela z Nazaretu, który wszedł do jego łodzi i uczynił znak – obfity połów ryb w Jeziorze Galilejskim – upadł na duchu, mówiąc: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).

ZWYCIĘŻYĆ BESTIĘ
Gnóthi seauton! „Poznaj samego siebie!” – zachęcali się nawzajem pierwsi chrześcijanie. Kto poznał siebie samego, zna również i czasy, w których żyje. A kto poznał swoje czasy, jest wytrwały i nie da się zwieść zgubnym ideom. Potrafi toczyć wewnętrzną walkę. Jednym z wiodących celów strategicznych tej walki jest zwyciężanie w sobie bestii. Grzech uczynił człowieka zwierzęciem. Pozwalając sobie na zakamuflowane przesiąkanie złem, przechodzimy od antropologii do zoologii. Życie w Chrystusie wyrywa ludzi ze zezwierzęcenia, ze zbydlęcenia. Przykładem tego niech będzie św. Honorat, mnich z V wieku, którego jego współcześni nazywali „lekarstwem na czarownicę Kirke”. Chodziło o słynną postać z Odysei Homera – czarownicę Kirke. Żyła ona na wyspie Aja, zapraszała ludzi do jedzenia i picia, po czym zamieniała ich w zwierzęta. W zależności od ich głównych wad ktoś stawał się wieprzem, ktoś wilkiem, szczurem, lwem, hieną, lisem… Kirke zamieniała ludzi w bestie, zaś Honorat zamieniał bestie w ludzi. Wnosząc w ich życie Chrystusa, w miejsce wad zasiewał cnoty. Chodzi, oczywiście, o przemianę wewnętrzną, nie o pozory. Z takiego wewnętrznego nawrócenia bierze się lepszy świat. ▐


II
ZE ŚMIERCI GRZECHU DO ŻYCIA W ŁASCE
Nawrócenie pierwsze i drugie

Dlaczego tak istotne jest odkrycie, że jestem grzesznikiem? Wciąż narzuca się rozumowanie, że grzesznik to złoczyńca lub winowajca. W wielu przypadkach to są oczywiście synonimy. Lecz za tym określeniem kryje się o wiele więcej.

UKĄSZENIE ŚMIERCI
Nie muszę czuć się obwiniany, by dostrzec mój własny grzech. To prawda, że grzech ujawnia się w konkretnych uczynkach, przeważnie łamiących przykazania Boże i reguły dobrego współistnienia z ludźmi, lecz jeszcze radykalniej grzech odsłania pewną głębszą rzeczywistość. Mianowicie taką, że jesteśmy ludźmi oszukanymi, którzy uwierzyli w fałszywą nowinę: „Nie umrzesz!”. Jest to kłamstwo, którym wąż zwiódł pierwszych ludzi w raju i którym szatan zwodzi następne pokolenia ludzkie, łącznie z nami. W naszym sercu utknęło to kłamstwo, będące de facto szatańską formą schlebiania nam. Jeśli bowiem „nie umrzesz”, to znaczy że od nikogo ani od niczego nie zależysz, nikt ani nic nie będzie ci mówił, co jest dobre, a co złe. Nikt nie ma prawa ci rozkazywać ani cię ograniczać: ty jesteś bogiem twojego życia. I sam najlepiej potrafisz ocenić, co jest dla ciebie dobre i właściwe.
Za tym kłamstwem ukrywa się dramat brawurowego, aroganckiego oderwania się człowieka od swojego Boga i Stwórcy, a przez to zanegowania własnych korzeni – Miłości. Ten dramat przyjmuje postać przewrotnego paradoksu: Jeśli Bóg stał się dla mnie rywalem i konkurencją, a z drugiej strony ja sam zaczynam czuć się bogiem dla siebie samego – zatem: nie może być dwóch Bogów! I choć tego nigdy głośno nie wyrażam ani nawet w myślach nie werbalizuję, to w głębi takie właśnie noszę przekonanie. A zatem kto mnie zatrzyma? Powaga grzechu nie polega tylko na tym, że przekraczamy takie czy inne przykazanie Boga. Kiedy popełniam grzech, wypieram się swych związków z Bożą miłością. W konsekwencji umieram w najgłębszej warstwie mego istnienia, przestaję żyć w wymiarze, do którego zostałem powołany, staczam się w samotność i egoizm, w powierzchowność istnienia. Bo „kto nie miłuje, trwa w śmierci” (por. 1 J 3,14). Najpoważniejsze jest to, iż można tkwić w takim stanie latami, cierpiąc i nie zdając sobie sprawy, dlaczego tak jest. Narkotyzując się złudzeniem: jestem dobry, jestem OK. I nosząc w sobie to okrutne ukąszenie śmierci, mimo bezgranicznego apetytu na życie.

NAWRÓĆ MNIE,
A WRÓCĘ DO CIEBIE
Dlatego też przyjście Chrystusa na świat jest dla nas wszystkich Dobrą Nowiną. Bo Chrystus umarł za grzeszników, aby zniszczyć w nich śmierć i dać nowy sposób życia: życie wieczne. Wzrusza mnie do głębi każdego roku śpiewany podczas Wigilii Paschalnej fragment wielkanocnego śpiewu Exsultet: „by wyzwolić niewolnika, poświęciłeś Syna”. Właśnie tak, Bóg poprzez przejście Chrystusa ze śmierci do życia rodzi nas na nowo i przyjmuje za swoich synów. Poprzez Ewangelię jesteśmy zrodzeni na nowo (1 Kor 4,15). Owocem Paschy Chrystusa jest nawrócenie, ale nie jako pewna poprawa, zmiana na lepsze, jakieś podreperowanie dotychczasowego stylu życia, tylko jako zrodzenie nowego człowieka, gruntowna przemiana: z egoisty – w potrafiącego kochać, z prześladowcy – w kogoś, kto pozwala się prześladować, bo umie reagować jak Chrystus, bo kocha nieprzyjaciół!
„Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg” (Łk 18,19) – mówi Jezus. Przekonuje się o tym bogaty młodzieniec, który miał o sobie jak najlepsze zdanie do momentu spotkania z Chrystusem. Ale Ten uwolnił go od złudzeń i trucizny samoschlebiania, aby podarować mu możliwość uchwycenia się nowej drogi. Bo za łaską Boga idzie odkrycie, że „my wszyscy byliśmy skalani,
a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata” (Iz 64,5). Kto zaś woli się „pobożnie” oszukiwać i budować na sobie samym własną doskonałość, może od Chrystusa usłyszeć: „Nigdy [cię] nie znałem” (por. Mt 7, 23).

NOWY POCZĄTEK
Nie ma nawrócenia bez interwencji Boga. Jeśli sam chcesz próbować być dobrym człowiekiem i w dodatku chrześcijaninem, „urodzisz” dziwoląga i takie będziesz miał osiągnięcie. Dlatego też, aby nawrócenie mogło się w nas na serio rozpocząć, nieraz trzeba doświadczyć jakiegoś kryzysu, tak jak Izrael potrzebował wygnania, by w kruchości życia zapragnął szczerze odnaleźć Pana i naprawdę Go słuchać. Tak samo Szaweł musiał spaść z konia, aby zderzyć się z prawdą, którą dotąd cały czas negował.
Ile oporu Bóg w nas napotyka: „Mnie nie można zrzucić z konia”, „Jestem panem sytuacji”, „Wiem dobrze, co mam robić”. Bronimy swej małej, ale za to własnej pozycji. Dlatego też Panu Bogu nie pozostaje nieraz nic innego, jak zakwestionować to nasze myślenie. Podejść z tyłu i nas zaskoczyć: małym kryzysem małżeńskim, kłopotem wychowawczym z dzieckiem, nadwyrężoną reputacją, odrobiną wstydu, szczyptą upokorzenia czy też jakimś innym rozczarowaniem samym sobą... I wówczas otwierają się nam oczy, a wraz z nimi otwiera się przed nami nowy horyzont. Taki jest nieraz nasz „nowy początek”. Ewangelia powoli zaczyna wchodzić w nasze życie, spulchniać je, przenikać, przeobrażać.
Rzecz jasna, nawrócenie nie dokonuje się „na komendę” ani też „raz, a dobrze”. Jest stałym procesem przechodzenia ze śmierci grzechu do życia w łasce Chrystusa, procesem upraszczania się w nas głębokich splotów przyczyn i skutków, ran i przyzwyczajeń, powolnym zstępowaniem uzdrawiającego światła Chrystusa w głąb naszej biografii i naszej osobowości, aż wszystko zostanie przepojone absolutną i bezwarunkową miłością Boga Stwórcy. Łańcuch nieodwracalnych konieczności i mechanizmów przerywa przebaczenie grzechów. Przebaczenie ze strony Boga jest duchowym antybiotykiem, wygładza blizny urazów i lęków, umożliwia pojednanie się z innymi, podejście z życzliwością do niedawnego jeszcze wroga. Budzi w sercu duchową wiosnę, prowadzi do celu pokuty, jakim wcale nie jest przygnębienie i potępianie siebie samego, lecz całkiem przeciwnie – paraklesis, czyli ukojenie i pocieszenie, potrzeba święta.

DWA NAWRÓCENIA
Tradycja Kościoła wyróżnia dwa typy nawrócenia. Pierwsze jest przejściem z grzechu niewiary i życia pogańskiego do stanu łaski tych, którzy uwierzyli w Chrystusa jako Zbawiciela, a wyznacza je sakrament chrztu – przyjęty bądź na nowo świadomie odkryty. Drugie nawrócenie wiąże się z faktem, że – jak opisuje Katechizm Kościoła Katolickiego – „nowe życie otrzymane w sakramentach wtajemniczenia chrześcijańskiego nie wyeliminowało jednak kruchości i słabości natury ludzkiej ani jej skłonności do grzechu, którą tradycja nazywa pożądliwością. Pozostaje ona w ochrzczonych, by podjęli z nią walkę w życiu chrześcijańskim, przechodząc próby z pomocą łaski Chrystusa. Tą walką jest wysiłek nawrócenia, mający na uwadze świętość i życie wieczne, do którego Pan nieustannie nas powołuje (KKK, 1426)”.
Owo drugie nawrócenie jest budzone i wspomagane przez sakrament pokuty – stanowiący rodzaj lecznicy – poprzez który Bóg swoim miłosierdziem, przy mojej współpracy, sukcesywnie odnosi zwycięstwa i szykuje mnie do kolejnych walk z wrogami nadziei we mnie. Toteż ogromny postęp na drodze stawania się chrześcijaninem wiąże się z uznaniem się za grzesznika, to jest tego, który potrzebuje Zbawiciela. Jak pouczali ojcowie pustyni, człowiek uwikłany w jakikolwiek poważny grzech, w momencie gdy wyzna „zgrzeszyłem”, natychmiast doznaje pomocy z góry. Dlatego też św. Jan Chryzostom napominał: „Nie mów, że jesteś słaby, powiedz, że jesteś grzesznikiem”.

RADOŚĆ I ŁZY
Nawrócenie potrzebuje skruchy. Człowiek, który grzeszy bez jakichkolwiek skrupułów, licząc, że będzie mu to odpuszczone w przyszłości, jest głupcem. Bo nikt nie zna „miary swoich grzechów”, podobnie jak nikt nie zna miary Bożej wspaniałomyślności. Świętych kierowników duchowych najbardziej martwiła tzw. sklerokardia, czyli serce niewrażliwe i obojętne. Objawami „serca sklerotycznego” są: utrata zainteresowania wolą Bożą i nadmierne zainteresowanie wszystkim, co oferuje świat, a co od Boga oddala.
Psalmista woła do Pana: „Przywróć mi radość mojego zbawienia”. Symptomem szczerego zbliżania się do Boga jest, jak mówił św. Jan Klimak, „radosny smutek”, radość i łzy. Samą czynność wyznawania swoich grzechów przez nawracającego się brata po odbytym okresie pokuty pierwsi chrześcijanie nazywali „exomologesis”, to znaczy opowiedzenie o swoich grzechach połączone z wyrażeniem dziękczynienia za dar Boga. Wyznanie własnych win stawało się zarazem okazją do wyznania wiary w Chrystusa miłującego grzesznika. W ten sposób przeżyty sakrament pokuty z całą pewnością zapewnia radość przystępowania do konfesjonału. Nie dostarcza też nikomu skojarzeń ani z kozetką psychoanalityka, ani z prokuratorskim przesłuchaniem. Żadnej traumy.
Oczywiście jest miejsce na łzy, lecz są to łzy „nowego chrztu”. Dziecko płacze, gdy przychodzi na świat, chrześcijanin płacze, gdy odradza się do nowego życia. Bo pokuta odnawia chrzest, jest umową z Bogiem o nowe życie. Taki święty smutek – penthos – to nie bolesne użalanie się z powodu jakiejś straty czy krzywdy, ale bezcenna łaska Boga, radość, że Bóg do tego stopnia okazał się miłosierny. Wielu świętych miało dar łez. Św. Atanazy, widząc je na policzkach św. Antoniego, mawiał: „Oblicze obmyte łzami wyraża wieczyste piękno”. Doskonale wiedział, że tamten poszedł na pustynię, by opłakiwać swoje grzechy.

NA CAŁE ŻYCIE
Nawrócenie jest zatem darem Boga na całe życie, jest permanentną drogą chodzenia śladami Chrystusa i dorastania do Jego miary. W momencie gdy tracę potrzebę nawracania się, przestaję być de facto chrześcijaninem. Tracę z pola widzenia Chrystusa ukrzyżowanego za mnie i zamieniam się na powrót w zadowolonego z siebie faryzeusza. Jak mawiał św. Marek pustelnik: „Nie jesteśmy potępiani za ilość naszych wykroczeń przeciwko przykazaniom, lecz za naszą odmowę nawrócenia”. Do jakiego stopnia tajemnicę stale skruszonego serca przeżywali przed nami chrześcijanie, niech przybliży nam jeszcze jeden epizod z życia ojców pustyni. Otóż kiedy umierał mnich Sisoes, zgromadzeni wokół niego bracia pytali: „Z kim rozmawiasz, ojcze?”. „Z aniołami – odpowiedział. – Proszę ich o trochę więcej czasu na pokutę”. „Nie potrzebujesz już się nawracać” – zawołali. Na to starzec: „Naprawdę, nie mam świadomości, żebym choć trochę zaczął”. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ

Niedziela, 6 marca
Łk 15,1-3.11-31
Zastanowił się… (Łk 15,17)
Raz na jakiś czas każdy z nas zastanawia się nad swoim życiem. Ludzie przezorni robią to regularnie, a ci, którzy żyją daną chwilą, jedynie w czasach kryzysu, ale nikt nie jest w stanie od tego uciec.
Syn marnotrawny należał do tej drugiej grupy. Zaczął zastanawiać się nad sobą dopiero wtedy, gdy dopro-
wadził się do stanu skrajnej nędzy. Z pewnością czuł się jak nieudacznik
i sądził, że jego relacja z ojcem jest już nie do naprawienia. Rozumował jednak tak: „Nawet ostatni sługa w domu mojego ojca jest traktowany lepiej niż ja w tej chwili. Nawet najsmutniejszy jego mieszkaniec jest szczęśliwszy niż ja”. Wyruszył więc w drogę do domu.
Może nie był do końca szczery. Może w rzeczywistości nie żałował za swoje grzechy, a jedynie chciał szczęśliwszego, wygodniejszego życia. Nie miało to znaczenia. Liczyło się to, że zapragnął wyjść z niewoli, w której się znajdował. Niezależnie od tego, czy jego motywy były czyste, mieszane czy całkowicie egoistyczne, to przecież powrócił do ojca. Reszta jest już historią. Oczywiście ojciec nie potraktował go jak zwykłego sługi. Przyjął go z radością i wyprawił wielką ucztę z okazji jego powrotu.
Kiedy odwracamy się od swoich grzechów, Ojciec niebieski przyjmuje nas z taką samą radością. Nie wypowiada ani jednego słowa wzgardy czy odrzucenia. Nie kwestionuje naszych motywacji. Przyjmuje nas serdecznie i traktuje jak swoje dzieci, którymi przecież jesteśmy. Liczy się jedynie to, że wróciliśmy do domu. Ojciec wie, że jeśli pozostaniemy przy Nim, ostatecznie wszystko dobrze się ułoży.
Nie czekaj ze zmianami, aż nadejdzie kryzys. Już dziś zatrzymaj się na chwilę i przeanalizuj wszystkie dziedziny swojego życia – pracę, relacje rodzinne, finanse, odpoczynek. Nie zapomnij też o swoim życiu duchowym. A potem zwróć się do swego Ojca w niebie i poproś Go o łaskę. Pozostań z Nim, w Jego domu, a będziesz o wie-
le szczęśliwszy.
„Oto jestem, Ojcze. Pozwól mi dziś doświadczyć Twojego miłosierdzia”.
Joz 5,9a.10-12
Ps 34,2-7
2 Kor 5,17-21

Niedziela, 13 marca
Flp 3,8-14
Pędzę, abym też to zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. (Flp 3,12)
W chrześcijańskich programach radiowych i telewizyjnych słyszymy czasem: „Przyjąłem Jezusa”, „Odnalazłem mojego Zbawiciela”, „Nawróciłem się”. Jednak św. Paweł wyraża to zupełnie inaczej: „Zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa” (Flp 3,12). Czy wiesz, że Jezus przyszedł także do ciebie? Odnalazł cię. Wziął w posiadanie twoje życie. Umarł za ciebie, gdy jeszcze byłeś daleko od Niego. A teraz prosi cię, byś – za przykładem Pawła – wytężył swoje siły, by coraz pełniej doświadczać w sobie Jego życia.
Pełnia życia Jezusa w nas to ciągłe przyjmowanie Jego łaski i miłosierdzia. Wylewa je na nas ten sam Bóg, który z własnej woli przebaczył bohaterce dzisiejszej Ewangelii – kobiecie schwytanej na cudzołóstwie. Choć była ona winna, Jezus jej nie potępił. „Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8,11) – powiedział. To samo mówi dziś do ciebie: „Idź i walcz o wzrost mojego życia w tobie. Przyjmij moje miłosierdzie i krocz naprzód w mojej łasce”.
Dzisiejszy psalm wspomina reakcję Izraelitów po powrocie z wygnania: „Usta nasze były pełne śmiechu, a język wołał pełen radości” (Ps 126,2). Jest to także twoje dziedzictwo. Odkupiony przez Chrystusa, masz wspaniałą obietnicę życia wiecznego. Masz Ducha Świętego przekonującego cię o Bożej miłości. Masz aniołów i świętych, którzy modlą się za ciebie. To tak wiele powodów do radości! Wszystkie one są aktualne, gdy codziennie stajesz przed Panem, aby prosić Go o prowadzenie.
Życie Chrystusa w tobie to także Jego moc i opieka. Ten sam Bóg, który otworzył Izraelitom drogę przez Morze Czerwone, otworzy drogę także przed tobą (Iz 43,16-21). On otworzy źródło wody na pustyniach twojego życia i stru-
mienie uzdrawiających wód w miejscach, gdzie zostałeś zraniony.
Jezus, który cię zdobył, nie zamierza wypuścić cię ze swych rąk. Pędź, jak św. Paweł, ku wyznaczonej ci mecie, aby życie Chrystusa wzrastało w tobie.
„Jezu, należę do Ciebie. Tobie pragnę oddać całe moje życie. Nie wypuszczaj mnie ze swoich rąk”.
Iz 43,16-21
Ps 126,1-2.4-6
J 8,1-11

Niedziela, 20 marca
Niedziela Palmowa
Flp 2,6-11
Ogołocił samego siebie. (Flp 2,7)
W ten szczególny, wypełniony łaską dzień rozważmy jeden prosty werset z dzisiejszego drugiego czytania. Co miał na myśli św. Paweł, mówiąc, że Jezus „ogołocił samego siebie”?
Po pierwsze, Paweł mówi nam, że Jezus zawsze był i jest Bogiem. Nie został, tak jak my, stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Mógł dalej „na równi być z Bogiem” (Flp 2,6), ale postanowił stać się człowiekiem. Ogołocił się ze wszystkich przywilejów, jakie miał w niebie. Przyjmując ludzkie ciało, poddał się jego ograniczeniom. Poznał, co to głód, zmęczenie i ból. Zaakceptował to, że może być tylko w jednym miejscu naraz. Ten, który dotąd cieszył się chwałą oddawaną Mu przez aniołów w niebie, teraz sam rozeznawał wolę Ojca na modlitwie.
Ale Jezus posunął się jeszcze dalej. Przyszedł nie jako potężny władca, obsługiwany przez zastępy dworzan, posiadający wspaniały pałac i wielką armię. Urodził się w prostej, ubogiej rodzinie. Stał się rzemieślnikiem w małej, nieznanej mieścinie na okupowanym terytorium. Nie miał prawie nic. Nawet grób został Mu ofiarowany!
Jezus wyrzekł się wszystkiego – i uczynił to dla nas. Przyszedł z nieba na ziemię, abyśmy my mogli pójść z ziemi do nieba. Zaznał nienawiści, abyśmy my mogli poznać miłość. Został potępiony, abyśmy my mogli być ułaskawieni. Umarł, abyśmy mogli mieć życie wieczne. Ogołocił się ze wszystkiego, aby dać nam wszystko.
Dziś Jezus prosi nas, abyśmy stali się podobni do Niego. Prosi, byśmy służyli innym, zamiast oczekiwać od nich usługiwania nam, byśmy uniżając samych siebie, troszczyli się o Kościół oraz o ubogich i potrzebujących. Obyśmy nigdy nie zapominali o tym, co Jezus dla nas uczynił. Oby miłość i pokora z jaką ogołocił się ze wszystkiego, skłoniła nas do bardziej wielkodusznego dawania siebie w służbie Jemu i Jego ludowi.
„Jezu, dziękuję Ci za Twoją ofiarę miłości. Naucz mnie miłować innych, tak jak Ty mnie umiłowałeś”.
Iz 50,4-7
Ps 22,8-9.17-20.23-24
Łk 22,14--23,56

Czwartek, 24 marca
Wielki Czwartek
J 13,1-15
Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? (J 13,12)
Wielki Czwartek jest jednym z najbardziej doniosłych i znaczących dni w całym życiu Jezusa! Mnogość ważnych wydarzeń, jakie miały miejsce w tym dniu, jest naprawdę imponująca! Spróbujmy je wyliczyć: Jezus umył nogi Apostołom i polecił im czynić to samo sobie nawzajem, ustanowił Eucharystię, ustanowił kapłaństwo, wskazał na swego zdrajcę, wskazał na szczególną rolę Piotra jako tego, który będzie „utwierdzać swoich braci”, przeżył agonię w Ogrójcu, został pojmany, przeżył sfingowany proces przed Sanhedrynem, spędził noc w więzieniu, wyszydzony i poniżany przez pilnujących Go strażników.
A i to nie wszystko. Przecież Jezus w tym dniu także nauczał. Dał nam „nowe przykazanie” miłości wzajemnej
(J 13,34). Nazwał nas swymi przyjaciółmi. Obiecał zesłać Ducha Świętego, który pomoże nam żyć według Jego przykazań. Modlił się, abyśmy byli jedno.
Wszystkie wydarzenia tego dnia, wszystko, co czynił Jezus, płynęło z Jego miłości do nas i posłuszeństwa woli Ojca. Pragnął, by Jego lud był zjednoczony w miłości wokół Eucharystii i kapłaństwa służebnego. Przypieczętował to obietnicą zesłania Ducha Świętego, który uzdolni nas do czynienia tego wszystkiego, o co prosił nas Jezus tego dnia.
Z pewnością dzień ten był dla Jezusa bardzo trudny. Jednak pomimo bólu był on także wypełniony miłością. Jezus uczynił i zniósł to wszystko, ponieważ „do końca [nas] umiłował” (por. J 13,1). Wspominajmy więc to, co wydarzyło się tego dnia, wszystkie słowa i czyny Jezusa. Ceńmy je sobie i celebrujmy w świętej liturgii.
„Dziękuję Ci, Jezu, za to, że do końca mnie umiłowałeś. Dziękuję Ci, że nazwałeś mnie swoim przyjacielem i zapraszasz do budowania swego Kościoła”.
Wj 12,1-8.11-14
Ps 116,12-13.15-18
1 Kor 11,23-26

Piątek, 25 marca
Wielki Piątek
J 18,1--19,42
Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. (J 19,35)
Żyjąca w V wieku pątniczka Egeria w swoim Itinerarium opisała poruszające obchody Wielkiego Piątku w Jerozolimie. Według jej relacji pielgrzymi po całonocnym czuwaniu nad ranem udawali się do Ogrodu Oliwnego, gdzie: „najpierw ma miejsce modlitwa i odmówiony zostaje hymn, potem czyta się z Ewangelii ustęp o pojmaniu Pana. Podczas jego odczytywania podnosi się taki jęk, takie biadanie i płacz całego ludu, że słyszą go chyba wszyscy w samym mieście. Począwszy od tej godziny, idą pieszo do miasta z hymnami i przybywają do bram o tej godzinie, gdy człowiek może już rozpoznać człowieka. Stąd idą przez całe miasto, wszyscy co do jednego, wielcy i mniejsi, bogaci i biedacy, wszyscy są tam obecni”.
Zebrani udawali się następnie do Bazyliki Krzyża, gdzie po ucałowaniu przez wszystkich obecnych relikwii Krzyża świętego odbywała się rozbudowana liturgia słowa. „Przy poszczególnych lekcjach i modlitwach – pisze Egeria – takie jest wzruszenie całego ludu i takie słyszeć się dają westchnienia, że aż podziw bierze. Nie ma nikogo, kto by, wielki czy mały, owego dnia, w owe trzy godziny tak gorzkie, nie zapłakał”.
W naszej ojczyźnie Wielki Piątek jest dla wielu normalnym dniem pracy, a parafialne liturgie Męki Pańskiej nie są ani tak rozbudowane, ani tak emocjonalne. Może trudno jest nam oderwać myśli od gorączki świątecznych przygotowań, a już sam udział w liturgii czy Drodze Krzyżowej wymaga od nas dużego wysiłku organizacyjnego. Zdobądźmy się jednak na to, by dzisiaj być przy Panu, posłuchać ewangelicznego opisu Jego męki (lub choćby go przeczytać), z wdzięcznością ucałować Jego krzyż. Nie tylko dlatego, że tak trzeba, że taki jest zwyczaj, ale również, by miłość Jezusa stała się dla nas żywa.
Św. Jan, jedyny z Apostołów, który miał odwagę stanąć pod krzyżem, opisał to, co zobaczył, w określonym celu – „abyście i wy wierzyli” (J 19,35). Dajmy sobie szansę, by przekonało nas jego świadectwo. Może to właśnie jest ten Wielki Piątek, w którym męka Jezusa rzeczywiście poruszy nasze serce, jak poruszała starożytnych pielgrzymów?
„Panie Jezu, porusz moje serce, abym widząc, co dla mnie uczyniłeś, zapragnął odtąd naprawdę żyć dla Ciebie”.
Iz 52,13--53,12
Ps 31,2.6.12-13.15-17.25
Hbr 4,14-16; 5,7-9

Sobota, 26 marca
Wigilia Paschalna
Ps 118,1-2.16-17.22-23
Nie umrę, lecz będę żył i głosił dzieła Pańskie. (Ps 118,17)
Dziś w nocy, po całodziennym oczekiwaniu w ciszy, będziemy celebrować punkt zwrotny w całej historii ludzkości – powstanie z martwych naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
Wiadomo, że w czasach Jezusa oczekiwanie na przyjście Mesjasza było bardzo żywe. Zdarzali się też tacy, którzy twierdzili, że są mesjaszami. Józef Flawiusz, historyk żyjący zaledwie kilkadziesiąt lat po Chrystusie, odnotował, że aż czternastu mężczyzn podawało się za mesjaszów! Niektórzy z nich cieszyli się dużą popularnością i mieli spore grono uczniów, jednak dzisiaj nikt już o nich nie pamięta.
Jak więc Jezus, cieśla z Nazaretu, zdołał dowieść prawdziwości swego mesjańskiego posłannictwa?
Był On ubogim rzemieślnikiem z małego galilejskiego miasteczka, który spędził trzy lata przemierzając Palestynę, nauczając i uzdrawiając, przy czym popadł w konflikt z żydowskimi przywódcami religijnymi. Choć przyciągał do siebie tłumy, miał niewielu uczniów, a część z tych, których miał na początku, wkrótce się od Niego odwróciła. Ale to On powstał z martwych, a grupa Jego Apostołów pozostała Mu wierna i kontynuowała Jego misję także w obliczu prześladowań i męczeńskiej śmierci. To On okazał się prawdziwym Mesjaszem.
Najbardziej przekonującym dowodem, że Jezus jest Mesjaszem, są zastępy chrześcijan, którzy w ciągu wieków głosili dobrą nowinę o miłosiernej miłości Boga – pomimo przeciwności i zagrożenia życia. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską za wiarę w Jezusa. Także i dziś chrześcijanie żyjący na całym świecie świadczą swoim życiem, a w pewnych rejonach kuli ziemskiej także męczeńską śmiercią o swojej wierności Jezusowi. Samo nasze istnienie, jako pojedynczych chrześcijan i jako Kościoła w całości, potwierdza prawdę, że Jezus jest Synem Bożym i Panem stworzenia.
Jutro będziemy przeżywać Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Rano, zanim jeszcze wstaniesz, przypomnij sobie, że masz swoje miejsce w królestwie Jezusa. Ciesz się zwycięstwem Jego zmartwychwstania i niech radość płynąca z tej dobrej nowiny da ci siłę do wypełniania swojego powołania.
„Panie Jezu, daj mi radość i odwagę do wyjścia z mojego Wieczernika i dzielenia się z innymi Twoim przesłaniem miłości”.
Zob. Słowo Boże na każdy dzień

Niedziela, 27 marca
Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego
Kol 3,1-4
Wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. (Kol 3,3)
Czy słyszałeś powiedzenie: „Historię piszą zwycięzcy”? Historia zbawienia, wielki epos opowiadający o działaniu Boga w dziejach ludzkości, jest historią Bożego zwycięstwa. Co roku Kościół przypomina na nowo kilka kluczowych rozdziałów tej pasjonującej historii. Na przykład w Adwencie wspominamy te jej rozdziały, które doprowadziły do narodzenia Jezusa. Wielki Post doprowadza ją do momentu Jego śmierci krzyżowej. Natomiast dzisiaj rozpoczynamy nowy rozdział: pięćdziesiąt dni Okresu Wielkanocnego. Jeszcze wczoraj Jezus leżał martwy w grobie – ale to jest już przeszłość. On zmartwychwstał i oto zaczyna się nowa opowieść!
Tajemnicą sukcesu wielkich opowieści są ich bohaterowie. Dotyczy to także dzisiejszych czytań. Proś Ducha Świętego, aby otworzył na nie twoje serce. Przeczytaj pierwsze czytanie i posłuchaj, jak Piotr daje świadectwo o Zmartwychwstaniu. W drugim czytaniu zobacz Jezusa takiego, jakim Paweł opisuje Go mieszkańcom Kolosów – siedzącego po prawicy Ojca na tronie niebieskim. Następnie zagłęb się w słowa Ewangelii. Pobiegnij wraz z Piotrem i Janem do grobu Jezusa i łapiąc oddech, oprzyj się na kamieniu odsuniętym od grobu.
Najwspanialsze w tym najnowszym rozdziale historii zbawienia jest jednak to, że wciąż się jeszcze nie zakończył. Co więcej, również i ty jesteś jego bohaterem! Jezus zmartwychwstał, a Jego Duch został wylany na świat – w tym także na ciebie! Historia Bożego zwycięstwa toczy się więc również dzięki tobie!
Czy Jezus nie jest wspaniały? Nie tylko przebaczył ci wszystkie grzechy i wybawił cię od śmierci wiecznej, ale zaprasza cię, byś stał się częścią najpiękniejszej historii, jaką napisano od zarania dziejów. Stawia cię w samym centrum historii zbawienia i prosi, abyś napisał kolejną stronę najbardziej chwalebnego z jej rozdziałów. Przyjmijmy to zaproszenie. Oddajmy się Jezusowi. Przyjmijmy Go do naszego życia, aby stało się ono fascynującą historią Jego miłości i łaski. Wesołych Świąt Wielkanocnych!
„Dziękuję Ci, Jezu, za to, że uczyniłeś mnie częścią Twojej historii! Panie, niech dobra nowina o zbawieniu zabrzmi dziś z mocą w całym Twoim Kościele!”
Dz 10,34a.37-43
Ps 118,1-2.16-17.22-23
(lub) 1 Kor 5,6b-8
J 20,1-9

MAGAZYN:

WYSTARCZAJĄCO DOBRY DLA BOGA
Moja droga do przebaczenia

Nigdy nie sądziłem, że skończę w więzieniu. Oglądałem w telewizji filmy o walkach gangsterskich i bójkach na noże w więzieniach, więc z lękiem oczekiwałem wyroku. Siedząc na krześle zakuty w kajdanki, patrzyłem na sędzinę, mając nadzieję, że wyda ona najlżejszy z możliwych wyroków – pięć lat w więzieniu federalnym.
W tym czasie mieszkałem sam, monitorowany za pomocą e-obrączki na kostce, kończąc studia magisterskie
w zakresie terapii osób uzależnionych. Ponad rok wcześniej rozwiodłem się z żoną. Przestałem też chodzić do kościoła i stroniłem od dawnych przyjaciół. Tego dnia w sądzie jedynymi, którzy udzielali mi wsparcia, byli moi rodzice.
Prokurator wniósł o maksymalny wymiar kary w wysokości piętnastu lat, ale sędzina skazała mnie na dziesięć plus pięć lat nadzoru policyjnego. Utkwiło mi szczególnie jedno zdanie, które powiedziała: „Daję ci dziesięć lat, bo i tak wiem, że to schrzanisz. A wtedy poślę cię za kratki do końca życia”. Postanowiłem dowieść jej, że nie ma racji.

POCZĄTKI POPRAWY
Rozpocząłem odsiadywanie wyroku 1 kwietnia, ale bynajmniej nie był to żart. Przez sześć miesięcy byłem tak przerażony, że prawie nie opuszczałem celi, choć nie była zamknięta na klucz. Pełniony przeze mnie obowiązek stróża zmuszał mnie jedynie do wychodzenia na krótki czas w nocy. Doprowadzało to do szału mojego współlokatora, który pewnego dnia powiedział mi: „Słuchaj, jesteś tu na dziesięć lat. Musisz w końcu wyjść i zacząć coś robić”.
Zapisałem się więc na zajęcia proponowane przez więzienny wydział edukacji. Odkryłem też wspólnotę katolicką, która w soboty spotykała się w kaplicy na Różańcu i Mszy niedzielnej. Na początku poszedłem tylko dlatego, by stworzyć pozory, że chcę się poprawić. Sądziłem, że to posunięcie pozwoli mi lepiej wypaść w oczach władz więziennych, a także w oczach Boga. W rzeczywistości religia była mi potrzebna po to, by usprawiedliwić samego siebie i uwolnić się od poczucia winy. Wciąż byłem wściekły na mojego adwokata i sędzinę – uważałem, że skoro był to mój pierwszy konflikt z prawem i nie użyłem wobec nikogo siły, zasługiwałem na łagodniejszy wyrok.
Kilka miesięcy później podczas liturgii wielkanocnych w kaplicy kapelan powiedział coś, co trafiło mi do serca. Stwierdził, że chociaż zdaje sobie sprawę, że trudno jest przebywać z dala od naszych rodzin i tradycji, to pobyt w więzieniu daje nam szansę odkrycia prawdziwego sensu Wielkanocy. Jego kazanie przypomniało mi mojego dziadka Polaka, który bardzo kochał te święta.
Dziadek zmarł nagle w Wielki Czwartek, kiedy miałem dziewiętnaście lat. Od tego czasu nasze tradycje rodzinne zaczęły wygasać. Kaszanki i placki piwne, które zawsze smażył, odeszły w niepamięć. Nasi kuzyni przestali przychodzić na wielkanocne obiady, które stały się przez to mniej uroczyste. Atmosfera była przygnębiająca. Chodziłem jeszcze z babcią do kościoła, ale to już nie było to samo.
Jednak po kilkunastu latach od śmierci dziadka wybrałem się do Polski w odwiedziny do przyjaciela. Odkryłem tam bogate dziedzictwo kulturowe, związane z obchodzeniem Wielkiego Tygodnia. Widziałem, z jaką starannością przygotowywano koszyczki wielkanocne z symbolicznymi pokarmami: kiełbasa jako znak Bożej hojności, jajka symbolizujące zmartwychwstanie i nowe życie itd. Przypomniało mi to wielkanocne przesłanie o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, które było tak ważne dla naszej rodziny w czasach mojej młodości.
Niestety moja wiara uległa załamaniu po ślubie, który zawarłem w 2004 roku. Napięcie emocjonalne, które cztery lata później doprowadziło do naszego rozwodu, sprawiło, że odizolowałem się od ludzi. Obwiniałem Boga o to, co się stało, i dałem sobie spokój z wiarą, jeszcze zanim trafiłem do więzienia. Nawet gdy już zacząłem chodzić do kaplicy więziennej, był jeszcze we mnie gniew na Boga. Jednak wielkanocne kazanie kapelana ożywiło dobre wspomnienia i wzbudziło nadzieję.

WYSTARCZAJĄCO DOBRY
DLA BOGA
Po upływie dwóch lat odsiadywania wyroku wziąłem z kaplicy czasopismo, w którym znalazłem reklamę książki Droga Jezusa na krzyż, komentarza biblijnego, który ukazuje mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Wielki Post i Wielkanoc także dla chrześcijan w więzieniu są czasem szczególnym, pomyślałem więc, że będzie to dobry materiał do przygotowania kursu dla więźniów. Poprosiłem mamę, żeby przysłała mi tę książkę. Przez rok wraz z kapelanem przygotowaliśmy ośmiotygodniowy kurs nadający się zarówno dla więźniów katolików, jak i protestantów. Przed Wielkim Postem 2014 roku rozpoczęliśmy zapisy.
Martwiłem się, że dyskusja skończy się klapą. Jest raczej rzadkością, żeby osadzeni otwierali się i szczerze dzielili sprawami osobistymi. Kiedy jednak przyszedł czas na odniesienie tekstów Pisma Świętego do naszego życia w więzieniu, zaczęli się dzielić – i to z serca. Był śmiech, łzy i chwile pełnej szacunku ciszy po szczerym wyznaniu któregoś z więźniów. Na czwartych zajęciach omawialiśmy scenę pojmania i osądzenia Jezusa. Jest to obraz, który więźniowie mogą sobie łatwo wyobrazić – Jezus stoi związany przed swoimi oskarżycielami i otrzymuje wyrok śmierci. Co przedziwne, nie tylko przyjmuje wyrok, ale przebacza tak sędziemu, jak i prokuratorowi. Pomyślałem o swoim własnym procesie, który wzbudził we mnie tyle rozgoryczenia. Po medytacji na temat procesu Jezusa, zapragnąłem Go naśladować.
Na tych samych zajęciach rozważaliśmy również werset Pisma Świętego: „Jeśliby nawet kto zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca – Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko nasze, lecz również za grzechy całego świata” (1 J 2,1-2).
Jezus wycierpiał to wszystko, abym ja mógł otrzymać przebaczenie grzechów. Nie uznał swojego wyroku za rażący błąd wadliwego systemu, ale go przyjął, by uwolnić mnie od winy. Wraz z moimi braćmi ze studium biblijnego zdaliśmy sobie sprawę, że skoro Bóg może nam przebaczyć, to dlaczego my nie możemy przebaczyć innym? Skoro jesteśmy wystarczająco dobrzy dla Boga, to dlaczego nie mielibyśmy być wystarczająco dobrzy dla samych siebie?

WYBACZYĆ SOBIE I INNYM
Był to dla mnie punkt zwrotny. Teraz widzę, że głównym przesłaniem Wielkanocy jest przebaczenie. To, że jestem przestępcą, nie oznacza, że pójdę do piekła. Jest ktoś, kto mi przebacza, kto mnie rozumie – i tym Kimś jest Bóg! Ja także przebaczyłem sobie i przyjąłem swój wyrok. Niezależnie od tego, co myśli o mnie moja sędzina, nie czuję już do niej nienawiści.
Teraz żyję w więziennych murach z poczuciem celu. Kiedy przychodzą nowi więźniowie, staram się im pomóc. Prowadzę kolejne kursy biblijne. W pierwszym uczestniczyło osiem osób, w ostatnim już dwadzieścia trzy, z którymi wspólnie przeżywaliśmy nowe narodziny duchowe. Wiem, że po wyjściu z więzienia nie będzie nam łatwo. Byli więźniowie nie cieszą się zaufaniem. Wielu będzie patrzeć na nas z podejrzliwością, w tym także nasze własne rodziny. Będę żyć z etykietką przestępcy. Jestem bezdomny i trudno mi będzie znaleźć pracę. W takich okolicznościach nie jest łatwo przebaczyć samemu sobie. Jednak wiedząc, że Jezus zadośćuczynił za mój grzech, nie muszę patrzeć z drżeniem ani w przyszłość, ani w przeszłość. Nie jestem człowiekiem potępionym, lecz zbawionym przez Jezusa. ▐


NASZA ANKIETA:

900 GRAMÓW MIŁOŚCI
Już wówczas gdy byłam dzieckiem i myślami wybiegałam w przyszłość, moim największym marzeniem była rodzina. W moim domu rodzinnym życie było szczęśliwe i pogodne: kochający rodzice, rodzeństwo, wzajemna miłość i życzliwość. Utwierdzało mnie to w przekonaniu, że w rodzinę warto „inwestować”. Dziecięce zabawy w dom, robienie zakupów z klocków i gotowanie w wymyślonych naczyniach dawały mi wiele radości.
Pan Bóg powoli spełniał moje marzenia. Wyszłam za mąż, na świat przychodziła kolejno czwórka dzieci: Marcin, Ania, Magda i Łukasz. Najszczęśliwsze chwile to te, kiedy byliśmy wszyscy razem, po całym dniu pracy, nauki i obowiązków. Oprócz tych własnych, Pan Bóg powierzył mi jeszcze sporą gromadkę dzieci, bo zostałam nauczycielem – katechetą. Nasze życie rodzinne było więc mocno związane z parafią. Lubiliśmy z mężem podejmować nowe wyzwania w życiu parafialnym. Mąż, oprócz wykonywania swojej pracy zawodowej, posługiwał w zakrystii, razem prowadziliśmy różne grupy, organizowaliśmy akcje charytatywne, festyny, kiermasze, spotkania dla dzieci z trudnych rodzin i wiele innych. Dużo z tych działań trwa do dziś, niektóre się skończyły, a w ich miejsce przyszły nowe, mój mąż został szafarzem nadzwyczajnym. Taki styl życia dawał nam i nadal daje wiele radości.
Czas biegnie do przodu – dzisiaj nasze dzieci są już dorosłe, a my, pośród dalszych licznych obowiązków, łapiemy te chwile, kiedy możemy cieszyć się wnukami. Bóg dał nam szóstkę wspaniałych istotek: Martynkę, Dominika, Mikołaja, Filipa, Maksymiliana i Jadzię. Kolejne narodzi się już wkrótce.
Jadzia – to właśnie o niej chciałam napisać. Czasami dotykają nas takie doświadczenia, o których nie myślimy, że mogą stać się „naszymi”. To do historii o Jadzi jakże bardzo pasuje tytuł ankiety, w której zachęcacie do pisania świadectw: „Bóg żyje i działa”.
Zimny grudniowy wiatr hulał za oknem szpitala w Cieszynie, kiedy mała Jadzia przyszła na świat. Był piątek 19 grudnia 2014 roku – jeden z kolejnych przedświątecznych dni. Tyle spraw do załatwienia, ostatnie porządki, roraty, zakupy – wszystko po to, aby weekend przeżyć spokojniej, oczekując już powoli Wigilii i Świąt. Wczesny piątkowy poranek nie zapowiadał, aby miało wydarzyć się coś szczególnego. A jednak! W tym dniu nasza wnuczka postanowiła przyjść na świat. Jej mama Ania i tata Jakub przyjęli symptomy rozpoczynającego się porodu z obawą, ale zarazem z głębokim spokojem, wiarą i nadzieją, że mimo wszystko będzie dobrze. Innego zdania byli lekarze. Nie dawali zbyt wielkich szans malutkiej kruszynce, gdyż do przewidywanego dnia narodzin zabrakło aż 15 tygodni! Mimo szybkiej akcji lekarzy w szpitalu w Cieszynie, nie udało się utrzymać życia pod sercem mamy – Jadzia musiała opuścić matczyne „posłanie” i przyszła na świat w 24/25 tygodniu ciąży. Ważyła zaledwie 900 gramów, mierzyła 35 centymetrów i otrzymała 1 punkt w dziesięciopunktowej skali Apgar. Nie oddychała. Zamartwica oddechowa, niewydolność krążeniowo-oddechowa to tylko niektóre objawy towarzyszące narodzinom Jadzi. Oczekiwanie na pierwszy krzyk własnego dziecka to chwile bardzo trudne. Te chwile dłużyły się Ani jak żadne inne i tylko myśl kierowana ku Bogu dawała nadzieję. Boże, pozwól, by żyła! I stało się – po reanimacji Jadzia zapłakała! Na oddziale panowała cisza, nikt nie gratulował narodzin córki – wszyscy milczeli, oczekując, co będzie dalej. A dalej był chrzest – cichy, bez chrzestnych, bez rodziców, bez białego ubranka. Tak sobie myślałam – Ty, Panie, też miałeś takie ciche narodziny, też byłeś nagusieńki w żłobie.
Nikt z nas nie wiedział wówczas, jakie plany ma Pan Bóg wobec tej maleńkiej istotki na najbliższe minuty, godziny, dni, lata. Była kruszynką, przed którą postawiono same znaki zapytania. Najpierw, czy przyjdzie żywa na świat? Potem, czy przeżyje najbliższe godziny? Czy da radę pokonać drogę karetką ze szpitala w Cieszynie do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach? Czy będzie umiała samodzielnie oddychać? Czy wszystkie narządy podejmą pracę, skoro są jeszcze niedojrzałe? Czy system odpornościowy poradzi sobie z wszelkimi przeszkodami? Czy będzie widziała, słyszała? Jednym słowem nawet wówczas, gdy przeżyje, przewidywano mnóstwo wcześniaczych powikłań.
Pierwsze godziny po narodzinach były decydujące i bardzo trudne. Jadzia dała jednak radę! Pokonała pierwszą samodzielną podróż bez mamy, która pozostała w szpitalu po cesarskim cięciu. Od tej chwili Jadzię otaczało w inkubatorze mnóstwo rurek, kabli, miała pełno wkłuć. W Katowicach maleńką kruszynką zajęli się wspaniali lekarze i pielęgniarki. Robili wszystko, aby Jadzia mogła żyć. Ich praca jest niewidoczna dla oczu innych, ale jakże ofiarna i odpowiedzialna. Tam, za murami szpitala, każdego dnia dzieją się te małe – wielkie cuda. Jakże wzruszające były chwile, których byliśmy świadkami, gdy rodzice po wielu miesiącach walki o życie wychodzili ze szpitala ze swoim uratowanym maleństwem.
Nasza rodzina oddała się i zawierzyła wszystko Panu i Jego Matce. Wierzymy też, że oprócz personelu medycznego zajął się Jadzią jeszcze ktoś, kto czuwał nad nią nieustannie – nasz ukochany Ojciec Święty Jan Paweł II. To on wypraszał u Boga wszelkie łaski. Zanosił przed Jego tron modlitwy, które tak wielu ludzi wraz z nami kierowało do Pana. To jego wizerunek towarzyszył Jadzi w każdym inkubatorze. Pielęgniarki przenosiły go zawsze razem z Jadzią! To pod jego wezwaniem jest Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach–Ligocie.
Dla nas, dla naszej rodziny i przyjaciół, którzy towarzyszyli nam w tym trudnym czasie dzień w dzień – to cud, choć nie mamy na to potrzebnych dokumentów. I tym cudem chcemy się dzielić z innymi. Chcemy mówić, że i dzisiaj, tak samo jak dwa tysiące lat temu, Pan Jezus czyni cuda. „Bóg żyje i działa”. Dzisiaj, gdy w świecie szerzy się zło, Pan Bóg jest wyrzucany z państwowych systemów, z rodzin, z ludzkich serc, tym bardziej trzeba mówić o tym, że On jest!
Nasz „dokument na cud” to Jadzia, która przeżyła wiele krytycznych dni i nocy, cudem uniknęła operacji, do której była już przygotowana, gdy małe jelitka przestawały pracować, a sepsa atakowała organizm. Wiele razy jej życie było zagrożone. W wigilijny wieczór, gdy świat zamilkł w blasku świec i bieli opłatka, Jadzi po raz pierwszy przetaczano krew, a potem jeszcze kolejne kilka razy. Intubowano ją kilkakrotnie, gdyż miała problemy z oddychaniem, dostała mnóstwo lekarstw, antybiotyków, kroplówek, specjalne pompy dostarczały jej pożywienie. Przeszła zabieg laserowy na oczka. Nie mogła przebywać w objęciach rodziców, jej codziennością były wkłucia i rurki zamiast ciepła mamy i taty. Jej szpitalny wypis jest bardzo długi.
A jednak dzisiaj jest ze swoimi rodzicami i bratem w domu. Wychodzi na spacerki, lubi jeść, dobrze się rozwija. Jest bardzo pogodnym dzieckiem. Rośnie i nabiera sił, chociaż mówiono, że może być tylko roślinką. Wszelkie wizyty lekarskie u specjalistów kończą się optymistycznie. Serduszko zdrowe, oczka nie wykazują już wad wcześniaczych, mimo wcześniejszej retinopatii drugiego stopnia, uszka i słuch dobre, zabiegi rehabilitacyjne dają pozytywne prognozy na sprawy ruchowe, a Jadzia najbardziej ze wszystkiego lubi, jak się z nią rozmawia. Śmieje się, łapie rączkami, a nawet niedawno, tuż przed swoimi pierwszymi urodzinami, zaczęła urządzać sobie spacerki na własnych nogach. Jest naszym słoneczkiem i znakiem wiary, miłości i nadziei, która nigdy nie gaśnie!
Przez to życiowe doświadczenie cała nasza rodzina jest silniejsza Bogiem, Jego ogromną miłością i sobą nawzajem. To doświadczenie, o którym nieraz gdzieś tam czytaliśmy, współczując jakiejś rodzinie – teraz stało się naszym własnym. Doświadczyliśmy ogromnej mocy modlitwy, wsparcia przyjaciół, znajomych, parafian, kapłanów. Za ten wielki dar i ogromną Bożą ingerencję – chwała Panu!
Iwona

 

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 3 (271) 2016



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO MARCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Czym jest nawrócenie? Czy to dzieło nasze, czy też Boga? Autor artykułów zawartych w marcowym numerze „Słowa wśród nas”, ks. Robert Skrzypczak, pokazuje, że to nie żadne nakazy, ale dopiero odkrycie przebaczającej, bezwarunkowej miłości Boga wzbudza w nas pragnienie odwzajemnienia tej miłości i daje siłę do zerwania z grzechem. 

Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych.
W Magazynie znajduje się m.in. artykuł o Piotrze Faberze – jednym z ulubionych świętych papieża Franciszka, rachunek sumienia, a także świadectwo więźnia oraz poruszająca odpowiedź na naszą ankietę „Bóg żyje i działa”. Zachęcamy wszystkich do podzielenia się swoim świadectwem.
Ponadto krzyżówka biblijna oraz kalendarz liturgiczny.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY


Na ścieżkach nawrócenia
Odkrycie miłości Boga
ks. Robert Skrzypczak.............................................. 4


Ze śmierci grzechu do życia w łasce
Nawrócenie pierwsze i drugie
ks. Robert Skrzypczak.............................................. 9


Z krzyża widać więcej
Paschalna droga nawrócenia
ks. Robert Skrzypczak............................................ 15


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 31 marca ................................... 21


MAGAZYN


„Wszędzie jest jakieś dobro do zrobienia”
Piotr Faber – jeden z ulubionych świętych papieża
Franciszka – Jim Manney ...................................48


Twoja dłoń mnie prowadzi
Wielkopostny rachunek sumienia ................................... 53


Wystarczająco dobry dla Boga
Moja droga do przebaczenia – Kyle Bremmeyr ................................... 55


900 gramów miłościodpowiedź na ankietę
„Bóg żyje i działa”......................................................... 59


Nasze lektury............................................................... 62


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST

Drodzy Czytelnicy!

„Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). Te słowa, tak dobrze nam znane, stanowią zaproszenie, a jednocześnie wyzwanie skierowane przez Jezusa do tych, którzy pragną być nie tylko Jego wyznawcami, ale i uczniami. Są zaproszeniem do przemiany życia, do tego, by odwrócić się od zła, a swoje serce skierować ku Bogu. Są wyzwaniem, ponieważ droga nawrócenia nie jest łatwa, wymaga wysiłku, zaparcia się samych siebie i podjęcia walki ze słabością i grzechem.
Słowa te słyszymy już na samym początku Wielkiego Postu, błogosławionego czasu łaski i przemiany życia. Tym razem przeżywamy go w czasie szczególnym – w Roku Świętym, ogłoszonym przez papieża Franciszka jako nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia. Jest to okazja, by na nowo uświadomić sobie, jak wielkie jest miłosierdzie Ojca, który nas stworzył, który przebacza nam nasze grzechy, który wydał za nas swojego Syna, abyśmy uwolnieni z więzów śmierci, mogli żyć w wolności dzieci Bożych! Jak niepojęta jest miłość Jezusa, który dobrowolnie oddał za nas, grzeszników, swoje życie, otwierając przed nami bramy nieba! W Nim, który dla naszego zbawienia stał się człowiekiem, możemy odkryć miłosierne oblicze naszego Ojca niebieskiego.
Uświadomienie sobie tej miłosiernej miłości naszego Stwórcy do nas, grzeszników, i pragnienie jej odwzajemnienia jest pierwszym krokiem na drodze naszego nawrócenia. Prawdziwe nawrócenie to nie powierzchowny retusz, ale gruntowna przemiana życia, uzdrawiająca zmiana sposobu myślenia, postrzegania siebie
i Boga, bliźnich i całego świata. To nie tylko odrzucenie jakiegoś konkretnego grzechu czy złego nawyku, ale zwrócenie się całym sobą ku Bogu, przylgnięcie do Niego, nawiązanie z Nim życiodajnej relacji. Podejmowane przez nas, w odpowiedzi na miłość Boga, wielkopostne umartwienia i uczynki miłosierdzia sprawiają, że – jak pisze św. Paweł – umiera w nas stary, a rodzi się nowy człowiek, że odkrywamy sens wyrzeczeń, cierpienia i wartość Chrystusowego krzyża, który nam, wierzącym, daje męstwo i siłę, aby przeciwstawić się złu.
O tym właśnie mówią artykuły zawarte w tym numerze naszego pisma, o których napisanie poprosiliśmy ks. dra hab. Roberta Skrzypczaka, duszpasterza akademickiego i wykładowcę teologii dogmatycznej. Mamy nadzieję, że ich lektura pomoże nam wszystkim przeżyć z wiarą, nadzieją i miłością ten święty czas Wielkiego Postu w nadzwyczajnym Roku Miłosierdzia, byśmy mogli odkryć i skosztować jak dobry jest Pan.

ks. Adam Stankiewicz MIC

ARTYKUŁY
I
NA ŚCIEŻKACH NAWRÓCENIA
Odkrycie miłości Boga

Słowo „nawrócenie” już od dawna wypadło ze słownika pojęć poprawnych, nawet wśród katolików. To słowo nieprzyjemne, zgoła nieprzyzwoite. Wielu kaznodziejów go nie używa, by kogoś przypadkiem nie urazić. Słuchacze próbują go nie zauważać, bo powoduje dziwny dyskomfort, czasem podenerwowanie: Źle mnie oceniają? Mają mi coś do zarzucenia? Znów czegoś ode mnie wymagają? I tak będzie zawsze, dopóki nie odkryjemy na nowo, że wzywanie do nawrócenia samo w sobie jest moralizatorstwem, czyli domaganiem się od człowieka tego, czego on nie potrafi i na co nie musi mieć ochoty. Natomiast nabiera innej rangi i kolorytu wówczas, gdy pojawia się na właściwym miejscu, mianowicie jako element składowy Dobrej Nowiny o zwycięstwie Chrystusa nad złem i śmiercią. Bez Ducha Chrystusa zmartwychwstałego nawrócenie staje się czymś w rodzaju przeterminowanego lekarstwa.

SKUTEK GŁOSZENIA EWANGELII
Zauważmy, że u początku spisanej Ewangelii pojawia się Jan Chrzciciel, posłany, aby przygotować drogę Mesjaszowi. W jaki sposób tego dokonuje? Wyprowadza on ludzi na pustynię, posługuje się profetycznym znakiem zanurzania ich w wodach Jordanu i głosi: „Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie” (Mt 3,2). Sam Jezus zaś, po uwięzieniu Jana, rozpoczyna swą publiczną działalność, podejmując to samo wezwanie: „Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie” (Mt 4,17). Kiedy zgromadzi wokół siebie pierwszych uczniów, wnet zacznie ich rozsyłać po dwóch do miast i wiosek ze słowem Dobrej Nowiny. Ewangelista Łukasz napisze wówczas, że chodzili oni, „głosząc Ewangelię” (Łk 9,6), Marek zaś stwierdzi, że „wyszli i wzywali do nawrócenia” (Mk 6,12). Jeszcze ściślejszy związek przepowiadanej Ewangelii z nawróceniem ujawni się w doświadczeniu Apostołów po zmartwychwstaniu Chrystusa. Najpierw oni sami usłyszą od Niego wielkanocny kerygmat: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom” (Łk 24, 46), aby w dalszej kolejności przepowiadać Ukrzyżowanego i przeszywać ludziom serca słowem o miłości Boga, jaką zechciał objawić w wyprowadzeniu swego Syna ze śmierci do życia. Dotknięci do żywego, słuchacze pytali wówczas Apostołów: Co mamy czynić? I słyszeli: „Nawróćcie się!” (Dz 2, 38).

PRZEMIANA MYŚLENIA
Czym jest nawrócenie? Nowy Testament posługuje się greckim słowem metanoia, co oznacza zmianę sposobu myślenia. Nie chodzi więc o jakieś zewnętrzne, powierzchowne przedsięwzięcia. Zmiana ma dotknąć w człowieku samych podstaw, uzdrowić go u korzeni, dając mu nowy sposób patrzenia na siebie, a także postrzegania świata, innych, Boga. Nie polega tylko na odrzuceniu jakiegoś grzechu, choć samo to wydaje się już ze wszech miar dobre i uzasadnione, ale na zwróceniu się ku Bogu, przylgnięciu do Niego. Samo odwrócenie się od jednego grzechu może szybko skutkować popadnięciem w inny. Przestał ktoś kląć, w zamian za to zaczął sądzić i plotkować. Wydobył się z nałogu picia czy lubieżności, aby runąć w samouwielbienie, pychę i patrzenie na innych z góry. Pokonał ktoś jawne wybuchy gniewu, by zamienić je na skrytą złośliwość i cierpką obłudę. Coś takiego przydarzyło się pewnemu pustelnikowi, który modlił się i błagał Pana, by uwolnił go od natrętnych pokus i walk wewnętrznych. Bóg wreszcie postanowił wysłuchać jego nalegań. Lecz gdy tylko skończył się ucisk duchowy i zapanował psychiczny komfort, biedak szybko się zorientował, że powoli zaczął zanurzać się w gnuśność i wyniosłość, w modlitwę wdarła się rutyna, a inni wydawali mu się nie do zniesienia z powodu ich licznych wad. Począł więc prosić Pana o przywrócenie starych zmagań, dostrzegł bowiem, że wcześniej, choć każdego dnia musiał podejmować walkę z samym sobą i wiele się modlić, to jednak czuł się bliżej wewnętrznej prawdy i bardziej kochał bliźniego.

POWRÓT DO DOMU
Nawrócenie to przede wszystkim zakorzenienie się w Bogu, nawiązanie życiodajnej i uzdrawiającej relacji z Nim. To odnalezienie sposobu na życie w miłości i miłosierdziu Tego, który ratuje i osłania. Dlatego też bardzo trafny jest hebrajski odpowiednik słowa „nawrócenie” – teszuwa – jakim posługuje się Stary Testament i tradycja żydowska. Teszuwa oznacza powrót do domu, łaskę odnalezienia doń zagubionej uprzednio drogi. Taką teszuwę przeżył Dawid, kiedy powrócił do szczerej, pokornej relacji z Bogiem po tym, jak zagubił się w kombinowaniu i tuszowaniu własnych występków, które doprowadziły go aż do cudzołóstwa, a w konsekwencji do poplamienia rąk niewinnie przelaną krwią. Powrócił, bo Bóg wyszedł po niego. Drogę powrotu wskazał mu prorok, pokazując mu jego własny grzech i wzbudzając w nim szczerą skruchę i pragnienie pokuty.
Teszuwa wyłania się także z treści Jezusowych przypowieści. Kiedy syn marnotrawny wyrwał się do życia na własny rachunek, zafascynowany faktem, iż ani nie musi nikogo słuchać, ani z nikim się liczyć, i na skutek swych błędów zagubił się w odległych stronach, wówczas jego ojciec nie przekreślił go, lecz wyszedł mu naprzeciw, aby ten mógł bezpiecznie wrócić do domu. Tak samo owca zagubiona nie została spisana na straty, lecz powróciła do zagrody dzięki temu, że dobry pasterz podjął trud odszukania jej. W obydwu przypadkach powrót grzesznika do domu spotkał się z radością i czułością Boga.
Nawrócenie nie musi zatem oznaczać napadu wyrzutów sumienia i użalania się nad sobą, ale ponowne ulokowanie życia w miłości Trójcy Świętej. „Tylko nie rozpaczaj!” – mawiali ojcowie pustyni do początkujących uczniów, którzy grzeszyli. Jak bowiem pouczał św. Jan Klimak, „nawrócenie jest córką nadziei i odrzuceniem rozpaczy”. Nie polega wcale na tym, że człowiek odnosi się do siebie z nienawiścią, lecz odwrotnie: zaczyna się bardziej akceptować. Otrzymuje dar nowej afirmacji życia. Pod warunkiem jednak, że będzie patrzeć w górę: na Chrystusa, który go kocha, a nie w dół: na własne wady, czy też wstecz: zadręczając się wyrzutami. Że będzie bardziej zwracać uwagę nie na to, kim się nie stał, ale na to, kim może się stać dzięki łasce Boga.

▌TRUCIZNA SCHLEBIANIA
Dlaczego taką niechęć budzi rozprawianie o potrzebie nawrócenia, a tym bardziej wezwanie kogoś do tego, by się nawrócił? W moim przekonaniu wszystkiemu winne jest schlebianie innym i sobie samemu. Kiedy wychodzę z założenia, że jestem kimś dobrym i mam wiele walorów, wówczas nawet gdy w moim życiu dopuszczę się różnych krętactw i zaniedbań, będę je banalizował i mówił: „Bez przesady, przecież nic szczególnego się nie stało. Nie odbiegam od normy. Nikogo przecież nie zabiłem ani nie okradłem”. Im bardziej wierzę w to, że jestem kimś dobrym, kimś „w porządku”, tym bardziej jestem skłonny do udzielania sobie rozgrzeszeń. Im mniej dostrzegam w sobie mankamentów, tym mniej potrzebuję się zmieniać. I tym bardziej irytuje mnie słuchanie o grzechach i o pokutowaniu. To oczywiste. „Świętym wcale nie zamierzam być, zresztą w moim przypadku nie zachodzi konieczność”. I tym sposobem życie składa się tylko z dwóch stanów: bądź neurotycznego poczucia winy, bądź neurotycznego poczucia bezgrzeszności: „Ja nie mam sobie nic do wyrzucenia”. Wewnętrzne schlebianie polega na przymusie codziennego wystawiania sobie dobrego świadectwa i unikania jakiejkolwiek konfrontacji z prawdą o sobie samym. Jak w przypadku pewnego króla, który utrzymywał przy życium i hołubił tylko tych malarzy, którzy malowali mu piękne portrety. Realiści mieli „ciężkie życie”.

JESTEM GRZESZNIKIEM
Nawrócenie zaczyna się od dostrzeżenia swej autentycznej rzeczywistości. Bóg rzuca światło na moje życie i szuka mnie w prawdzie o mnie samym. Póki brak światła, mogę żyć w pomieszczeniu pełnym brudu i pajęczyn. Pogrążony w ciemności, przyzwyczajam się do własnych wad i przeciętności. Zresztą także inni mnie namawiają do takiej przeciętności własną niechęcią do porządku. Lecz kiedy ktoś otworzy drzwi i rzuci snop światła w głąb mego pokoju, zacznę widzieć każdy pyłek kurzu. Dlatego też im bardziej człowiek zbliża się do Boga, tym lepiej i wyraźniej dostrzega swą grzeszność. I w pierwszym odruchu takie odkrycie może wywoływać zaniepokojenie: „Jakże to, im bliżej Boga jestem, tym gorszy się staję?”. Oczywiście nie gorszy, ale mniej ślepy. Tak zareagował prorok Izajasz. Po tym jak dane mu było oglądać chwałę Bożą i serafinów, wpadł w panikę i narzekał: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach” (Iz 6,5). Szymon Piotr natomiast, widząc miłość Boga w osobie Nauczyciela z Nazaretu, który wszedł do jego łodzi i uczynił znak – obfity połów ryb w Jeziorze Galilejskim – upadł na duchu, mówiąc: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).

ZWYCIĘŻYĆ BESTIĘ
Gnóthi seauton! „Poznaj samego siebie!” – zachęcali się nawzajem pierwsi chrześcijanie. Kto poznał siebie samego, zna również i czasy, w których żyje. A kto poznał swoje czasy, jest wytrwały i nie da się zwieść zgubnym ideom. Potrafi toczyć wewnętrzną walkę. Jednym z wiodących celów strategicznych tej walki jest zwyciężanie w sobie bestii. Grzech uczynił człowieka zwierzęciem. Pozwalając sobie na zakamuflowane przesiąkanie złem, przechodzimy od antropologii do zoologii. Życie w Chrystusie wyrywa ludzi ze zezwierzęcenia, ze zbydlęcenia. Przykładem tego niech będzie św. Honorat, mnich z V wieku, którego jego współcześni nazywali „lekarstwem na czarownicę Kirke”. Chodziło o słynną postać z Odysei Homera – czarownicę Kirke. Żyła ona na wyspie Aja, zapraszała ludzi do jedzenia i picia, po czym zamieniała ich w zwierzęta. W zależności od ich głównych wad ktoś stawał się wieprzem, ktoś wilkiem, szczurem, lwem, hieną, lisem… Kirke zamieniała ludzi w bestie, zaś Honorat zamieniał bestie w ludzi. Wnosząc w ich życie Chrystusa, w miejsce wad zasiewał cnoty. Chodzi, oczywiście, o przemianę wewnętrzną, nie o pozory. Z takiego wewnętrznego nawrócenia bierze się lepszy świat. ▐


II
ZE ŚMIERCI GRZECHU DO ŻYCIA W ŁASCE
Nawrócenie pierwsze i drugie

Dlaczego tak istotne jest odkrycie, że jestem grzesznikiem? Wciąż narzuca się rozumowanie, że grzesznik to złoczyńca lub winowajca. W wielu przypadkach to są oczywiście synonimy. Lecz za tym określeniem kryje się o wiele więcej.

UKĄSZENIE ŚMIERCI
Nie muszę czuć się obwiniany, by dostrzec mój własny grzech. To prawda, że grzech ujawnia się w konkretnych uczynkach, przeważnie łamiących przykazania Boże i reguły dobrego współistnienia z ludźmi, lecz jeszcze radykalniej grzech odsłania pewną głębszą rzeczywistość. Mianowicie taką, że jesteśmy ludźmi oszukanymi, którzy uwierzyli w fałszywą nowinę: „Nie umrzesz!”. Jest to kłamstwo, którym wąż zwiódł pierwszych ludzi w raju i którym szatan zwodzi następne pokolenia ludzkie, łącznie z nami. W naszym sercu utknęło to kłamstwo, będące de facto szatańską formą schlebiania nam. Jeśli bowiem „nie umrzesz”, to znaczy że od nikogo ani od niczego nie zależysz, nikt ani nic nie będzie ci mówił, co jest dobre, a co złe. Nikt nie ma prawa ci rozkazywać ani cię ograniczać: ty jesteś bogiem twojego życia. I sam najlepiej potrafisz ocenić, co jest dla ciebie dobre i właściwe.
Za tym kłamstwem ukrywa się dramat brawurowego, aroganckiego oderwania się człowieka od swojego Boga i Stwórcy, a przez to zanegowania własnych korzeni – Miłości. Ten dramat przyjmuje postać przewrotnego paradoksu: Jeśli Bóg stał się dla mnie rywalem i konkurencją, a z drugiej strony ja sam zaczynam czuć się bogiem dla siebie samego – zatem: nie może być dwóch Bogów! I choć tego nigdy głośno nie wyrażam ani nawet w myślach nie werbalizuję, to w głębi takie właśnie noszę przekonanie. A zatem kto mnie zatrzyma? Powaga grzechu nie polega tylko na tym, że przekraczamy takie czy inne przykazanie Boga. Kiedy popełniam grzech, wypieram się swych związków z Bożą miłością. W konsekwencji umieram w najgłębszej warstwie mego istnienia, przestaję żyć w wymiarze, do którego zostałem powołany, staczam się w samotność i egoizm, w powierzchowność istnienia. Bo „kto nie miłuje, trwa w śmierci” (por. 1 J 3,14). Najpoważniejsze jest to, iż można tkwić w takim stanie latami, cierpiąc i nie zdając sobie sprawy, dlaczego tak jest. Narkotyzując się złudzeniem: jestem dobry, jestem OK. I nosząc w sobie to okrutne ukąszenie śmierci, mimo bezgranicznego apetytu na życie.

NAWRÓĆ MNIE,
A WRÓCĘ DO CIEBIE
Dlatego też przyjście Chrystusa na świat jest dla nas wszystkich Dobrą Nowiną. Bo Chrystus umarł za grzeszników, aby zniszczyć w nich śmierć i dać nowy sposób życia: życie wieczne. Wzrusza mnie do głębi każdego roku śpiewany podczas Wigilii Paschalnej fragment wielkanocnego śpiewu Exsultet: „by wyzwolić niewolnika, poświęciłeś Syna”. Właśnie tak, Bóg poprzez przejście Chrystusa ze śmierci do życia rodzi nas na nowo i przyjmuje za swoich synów. Poprzez Ewangelię jesteśmy zrodzeni na nowo (1 Kor 4,15). Owocem Paschy Chrystusa jest nawrócenie, ale nie jako pewna poprawa, zmiana na lepsze, jakieś podreperowanie dotychczasowego stylu życia, tylko jako zrodzenie nowego człowieka, gruntowna przemiana: z egoisty – w potrafiącego kochać, z prześladowcy – w kogoś, kto pozwala się prześladować, bo umie reagować jak Chrystus, bo kocha nieprzyjaciół!
„Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg” (Łk 18,19) – mówi Jezus. Przekonuje się o tym bogaty młodzieniec, który miał o sobie jak najlepsze zdanie do momentu spotkania z Chrystusem. Ale Ten uwolnił go od złudzeń i trucizny samoschlebiania, aby podarować mu możliwość uchwycenia się nowej drogi. Bo za łaską Boga idzie odkrycie, że „my wszyscy byliśmy skalani,
a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata” (Iz 64,5). Kto zaś woli się „pobożnie” oszukiwać i budować na sobie samym własną doskonałość, może od Chrystusa usłyszeć: „Nigdy [cię] nie znałem” (por. Mt 7, 23).

NOWY POCZĄTEK
Nie ma nawrócenia bez interwencji Boga. Jeśli sam chcesz próbować być dobrym człowiekiem i w dodatku chrześcijaninem, „urodzisz” dziwoląga i takie będziesz miał osiągnięcie. Dlatego też, aby nawrócenie mogło się w nas na serio rozpocząć, nieraz trzeba doświadczyć jakiegoś kryzysu, tak jak Izrael potrzebował wygnania, by w kruchości życia zapragnął szczerze odnaleźć Pana i naprawdę Go słuchać. Tak samo Szaweł musiał spaść z konia, aby zderzyć się z prawdą, którą dotąd cały czas negował.
Ile oporu Bóg w nas napotyka: „Mnie nie można zrzucić z konia”, „Jestem panem sytuacji”, „Wiem dobrze, co mam robić”. Bronimy swej małej, ale za to własnej pozycji. Dlatego też Panu Bogu nie pozostaje nieraz nic innego, jak zakwestionować to nasze myślenie. Podejść z tyłu i nas zaskoczyć: małym kryzysem małżeńskim, kłopotem wychowawczym z dzieckiem, nadwyrężoną reputacją, odrobiną wstydu, szczyptą upokorzenia czy też jakimś innym rozczarowaniem samym sobą... I wówczas otwierają się nam oczy, a wraz z nimi otwiera się przed nami nowy horyzont. Taki jest nieraz nasz „nowy początek”. Ewangelia powoli zaczyna wchodzić w nasze życie, spulchniać je, przenikać, przeobrażać.
Rzecz jasna, nawrócenie nie dokonuje się „na komendę” ani też „raz, a dobrze”. Jest stałym procesem przechodzenia ze śmierci grzechu do życia w łasce Chrystusa, procesem upraszczania się w nas głębokich splotów przyczyn i skutków, ran i przyzwyczajeń, powolnym zstępowaniem uzdrawiającego światła Chrystusa w głąb naszej biografii i naszej osobowości, aż wszystko zostanie przepojone absolutną i bezwarunkową miłością Boga Stwórcy. Łańcuch nieodwracalnych konieczności i mechanizmów przerywa przebaczenie grzechów. Przebaczenie ze strony Boga jest duchowym antybiotykiem, wygładza blizny urazów i lęków, umożliwia pojednanie się z innymi, podejście z życzliwością do niedawnego jeszcze wroga. Budzi w sercu duchową wiosnę, prowadzi do celu pokuty, jakim wcale nie jest przygnębienie i potępianie siebie samego, lecz całkiem przeciwnie – paraklesis, czyli ukojenie i pocieszenie, potrzeba święta.

DWA NAWRÓCENIA
Tradycja Kościoła wyróżnia dwa typy nawrócenia. Pierwsze jest przejściem z grzechu niewiary i życia pogańskiego do stanu łaski tych, którzy uwierzyli w Chrystusa jako Zbawiciela, a wyznacza je sakrament chrztu – przyjęty bądź na nowo świadomie odkryty. Drugie nawrócenie wiąże się z faktem, że – jak opisuje Katechizm Kościoła Katolickiego – „nowe życie otrzymane w sakramentach wtajemniczenia chrześcijańskiego nie wyeliminowało jednak kruchości i słabości natury ludzkiej ani jej skłonności do grzechu, którą tradycja nazywa pożądliwością. Pozostaje ona w ochrzczonych, by podjęli z nią walkę w życiu chrześcijańskim, przechodząc próby z pomocą łaski Chrystusa. Tą walką jest wysiłek nawrócenia, mający na uwadze świętość i życie wieczne, do którego Pan nieustannie nas powołuje (KKK, 1426)”.
Owo drugie nawrócenie jest budzone i wspomagane przez sakrament pokuty – stanowiący rodzaj lecznicy – poprzez który Bóg swoim miłosierdziem, przy mojej współpracy, sukcesywnie odnosi zwycięstwa i szykuje mnie do kolejnych walk z wrogami nadziei we mnie. Toteż ogromny postęp na drodze stawania się chrześcijaninem wiąże się z uznaniem się za grzesznika, to jest tego, który potrzebuje Zbawiciela. Jak pouczali ojcowie pustyni, człowiek uwikłany w jakikolwiek poważny grzech, w momencie gdy wyzna „zgrzeszyłem”, natychmiast doznaje pomocy z góry. Dlatego też św. Jan Chryzostom napominał: „Nie mów, że jesteś słaby, powiedz, że jesteś grzesznikiem”.

RADOŚĆ I ŁZY
Nawrócenie potrzebuje skruchy. Człowiek, który grzeszy bez jakichkolwiek skrupułów, licząc, że będzie mu to odpuszczone w przyszłości, jest głupcem. Bo nikt nie zna „miary swoich grzechów”, podobnie jak nikt nie zna miary Bożej wspaniałomyślności. Świętych kierowników duchowych najbardziej martwiła tzw. sklerokardia, czyli serce niewrażliwe i obojętne. Objawami „serca sklerotycznego” są: utrata zainteresowania wolą Bożą i nadmierne zainteresowanie wszystkim, co oferuje świat, a co od Boga oddala.
Psalmista woła do Pana: „Przywróć mi radość mojego zbawienia”. Symptomem szczerego zbliżania się do Boga jest, jak mówił św. Jan Klimak, „radosny smutek”, radość i łzy. Samą czynność wyznawania swoich grzechów przez nawracającego się brata po odbytym okresie pokuty pierwsi chrześcijanie nazywali „exomologesis”, to znaczy opowiedzenie o swoich grzechach połączone z wyrażeniem dziękczynienia za dar Boga. Wyznanie własnych win stawało się zarazem okazją do wyznania wiary w Chrystusa miłującego grzesznika. W ten sposób przeżyty sakrament pokuty z całą pewnością zapewnia radość przystępowania do konfesjonału. Nie dostarcza też nikomu skojarzeń ani z kozetką psychoanalityka, ani z prokuratorskim przesłuchaniem. Żadnej traumy.
Oczywiście jest miejsce na łzy, lecz są to łzy „nowego chrztu”. Dziecko płacze, gdy przychodzi na świat, chrześcijanin płacze, gdy odradza się do nowego życia. Bo pokuta odnawia chrzest, jest umową z Bogiem o nowe życie. Taki święty smutek – penthos – to nie bolesne użalanie się z powodu jakiejś straty czy krzywdy, ale bezcenna łaska Boga, radość, że Bóg do tego stopnia okazał się miłosierny. Wielu świętych miało dar łez. Św. Atanazy, widząc je na policzkach św. Antoniego, mawiał: „Oblicze obmyte łzami wyraża wieczyste piękno”. Doskonale wiedział, że tamten poszedł na pustynię, by opłakiwać swoje grzechy.

NA CAŁE ŻYCIE
Nawrócenie jest zatem darem Boga na całe życie, jest permanentną drogą chodzenia śladami Chrystusa i dorastania do Jego miary. W momencie gdy tracę potrzebę nawracania się, przestaję być de facto chrześcijaninem. Tracę z pola widzenia Chrystusa ukrzyżowanego za mnie i zamieniam się na powrót w zadowolonego z siebie faryzeusza. Jak mawiał św. Marek pustelnik: „Nie jesteśmy potępiani za ilość naszych wykroczeń przeciwko przykazaniom, lecz za naszą odmowę nawrócenia”. Do jakiego stopnia tajemnicę stale skruszonego serca przeżywali przed nami chrześcijanie, niech przybliży nam jeszcze jeden epizod z życia ojców pustyni. Otóż kiedy umierał mnich Sisoes, zgromadzeni wokół niego bracia pytali: „Z kim rozmawiasz, ojcze?”. „Z aniołami – odpowiedział. – Proszę ich o trochę więcej czasu na pokutę”. „Nie potrzebujesz już się nawracać” – zawołali. Na to starzec: „Naprawdę, nie mam świadomości, żebym choć trochę zaczął”. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ

Niedziela, 6 marca
Łk 15,1-3.11-31
Zastanowił się… (Łk 15,17)
Raz na jakiś czas każdy z nas zastanawia się nad swoim życiem. Ludzie przezorni robią to regularnie, a ci, którzy żyją daną chwilą, jedynie w czasach kryzysu, ale nikt nie jest w stanie od tego uciec.
Syn marnotrawny należał do tej drugiej grupy. Zaczął zastanawiać się nad sobą dopiero wtedy, gdy dopro-
wadził się do stanu skrajnej nędzy. Z pewnością czuł się jak nieudacznik
i sądził, że jego relacja z ojcem jest już nie do naprawienia. Rozumował jednak tak: „Nawet ostatni sługa w domu mojego ojca jest traktowany lepiej niż ja w tej chwili. Nawet najsmutniejszy jego mieszkaniec jest szczęśliwszy niż ja”. Wyruszył więc w drogę do domu.
Może nie był do końca szczery. Może w rzeczywistości nie żałował za swoje grzechy, a jedynie chciał szczęśliwszego, wygodniejszego życia. Nie miało to znaczenia. Liczyło się to, że zapragnął wyjść z niewoli, w której się znajdował. Niezależnie od tego, czy jego motywy były czyste, mieszane czy całkowicie egoistyczne, to przecież powrócił do ojca. Reszta jest już historią. Oczywiście ojciec nie potraktował go jak zwykłego sługi. Przyjął go z radością i wyprawił wielką ucztę z okazji jego powrotu.
Kiedy odwracamy się od swoich grzechów, Ojciec niebieski przyjmuje nas z taką samą radością. Nie wypowiada ani jednego słowa wzgardy czy odrzucenia. Nie kwestionuje naszych motywacji. Przyjmuje nas serdecznie i traktuje jak swoje dzieci, którymi przecież jesteśmy. Liczy się jedynie to, że wróciliśmy do domu. Ojciec wie, że jeśli pozostaniemy przy Nim, ostatecznie wszystko dobrze się ułoży.
Nie czekaj ze zmianami, aż nadejdzie kryzys. Już dziś zatrzymaj się na chwilę i przeanalizuj wszystkie dziedziny swojego życia – pracę, relacje rodzinne, finanse, odpoczynek. Nie zapomnij też o swoim życiu duchowym. A potem zwróć się do swego Ojca w niebie i poproś Go o łaskę. Pozostań z Nim, w Jego domu, a będziesz o wie-
le szczęśliwszy.
„Oto jestem, Ojcze. Pozwól mi dziś doświadczyć Twojego miłosierdzia”.
Joz 5,9a.10-12
Ps 34,2-7
2 Kor 5,17-21

Niedziela, 13 marca
Flp 3,8-14
Pędzę, abym też to zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. (Flp 3,12)
W chrześcijańskich programach radiowych i telewizyjnych słyszymy czasem: „Przyjąłem Jezusa”, „Odnalazłem mojego Zbawiciela”, „Nawróciłem się”. Jednak św. Paweł wyraża to zupełnie inaczej: „Zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa” (Flp 3,12). Czy wiesz, że Jezus przyszedł także do ciebie? Odnalazł cię. Wziął w posiadanie twoje życie. Umarł za ciebie, gdy jeszcze byłeś daleko od Niego. A teraz prosi cię, byś – za przykładem Pawła – wytężył swoje siły, by coraz pełniej doświadczać w sobie Jego życia.
Pełnia życia Jezusa w nas to ciągłe przyjmowanie Jego łaski i miłosierdzia. Wylewa je na nas ten sam Bóg, który z własnej woli przebaczył bohaterce dzisiejszej Ewangelii – kobiecie schwytanej na cudzołóstwie. Choć była ona winna, Jezus jej nie potępił. „Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8,11) – powiedział. To samo mówi dziś do ciebie: „Idź i walcz o wzrost mojego życia w tobie. Przyjmij moje miłosierdzie i krocz naprzód w mojej łasce”.
Dzisiejszy psalm wspomina reakcję Izraelitów po powrocie z wygnania: „Usta nasze były pełne śmiechu, a język wołał pełen radości” (Ps 126,2). Jest to także twoje dziedzictwo. Odkupiony przez Chrystusa, masz wspaniałą obietnicę życia wiecznego. Masz Ducha Świętego przekonującego cię o Bożej miłości. Masz aniołów i świętych, którzy modlą się za ciebie. To tak wiele powodów do radości! Wszystkie one są aktualne, gdy codziennie stajesz przed Panem, aby prosić Go o prowadzenie.
Życie Chrystusa w tobie to także Jego moc i opieka. Ten sam Bóg, który otworzył Izraelitom drogę przez Morze Czerwone, otworzy drogę także przed tobą (Iz 43,16-21). On otworzy źródło wody na pustyniach twojego życia i stru-
mienie uzdrawiających wód w miejscach, gdzie zostałeś zraniony.
Jezus, który cię zdobył, nie zamierza wypuścić cię ze swych rąk. Pędź, jak św. Paweł, ku wyznaczonej ci mecie, aby życie Chrystusa wzrastało w tobie.
„Jezu, należę do Ciebie. Tobie pragnę oddać całe moje życie. Nie wypuszczaj mnie ze swoich rąk”.
Iz 43,16-21
Ps 126,1-2.4-6
J 8,1-11

Niedziela, 20 marca
Niedziela Palmowa
Flp 2,6-11
Ogołocił samego siebie. (Flp 2,7)
W ten szczególny, wypełniony łaską dzień rozważmy jeden prosty werset z dzisiejszego drugiego czytania. Co miał na myśli św. Paweł, mówiąc, że Jezus „ogołocił samego siebie”?
Po pierwsze, Paweł mówi nam, że Jezus zawsze był i jest Bogiem. Nie został, tak jak my, stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Mógł dalej „na równi być z Bogiem” (Flp 2,6), ale postanowił stać się człowiekiem. Ogołocił się ze wszystkich przywilejów, jakie miał w niebie. Przyjmując ludzkie ciało, poddał się jego ograniczeniom. Poznał, co to głód, zmęczenie i ból. Zaakceptował to, że może być tylko w jednym miejscu naraz. Ten, który dotąd cieszył się chwałą oddawaną Mu przez aniołów w niebie, teraz sam rozeznawał wolę Ojca na modlitwie.
Ale Jezus posunął się jeszcze dalej. Przyszedł nie jako potężny władca, obsługiwany przez zastępy dworzan, posiadający wspaniały pałac i wielką armię. Urodził się w prostej, ubogiej rodzinie. Stał się rzemieślnikiem w małej, nieznanej mieścinie na okupowanym terytorium. Nie miał prawie nic. Nawet grób został Mu ofiarowany!
Jezus wyrzekł się wszystkiego – i uczynił to dla nas. Przyszedł z nieba na ziemię, abyśmy my mogli pójść z ziemi do nieba. Zaznał nienawiści, abyśmy my mogli poznać miłość. Został potępiony, abyśmy my mogli być ułaskawieni. Umarł, abyśmy mogli mieć życie wieczne. Ogołocił się ze wszystkiego, aby dać nam wszystko.
Dziś Jezus prosi nas, abyśmy stali się podobni do Niego. Prosi, byśmy służyli innym, zamiast oczekiwać od nich usługiwania nam, byśmy uniżając samych siebie, troszczyli się o Kościół oraz o ubogich i potrzebujących. Obyśmy nigdy nie zapominali o tym, co Jezus dla nas uczynił. Oby miłość i pokora z jaką ogołocił się ze wszystkiego, skłoniła nas do bardziej wielkodusznego dawania siebie w służbie Jemu i Jego ludowi.
„Jezu, dziękuję Ci za Twoją ofiarę miłości. Naucz mnie miłować innych, tak jak Ty mnie umiłowałeś”.
Iz 50,4-7
Ps 22,8-9.17-20.23-24
Łk 22,14--23,56

Czwartek, 24 marca
Wielki Czwartek
J 13,1-15
Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? (J 13,12)
Wielki Czwartek jest jednym z najbardziej doniosłych i znaczących dni w całym życiu Jezusa! Mnogość ważnych wydarzeń, jakie miały miejsce w tym dniu, jest naprawdę imponująca! Spróbujmy je wyliczyć: Jezus umył nogi Apostołom i polecił im czynić to samo sobie nawzajem, ustanowił Eucharystię, ustanowił kapłaństwo, wskazał na swego zdrajcę, wskazał na szczególną rolę Piotra jako tego, który będzie „utwierdzać swoich braci”, przeżył agonię w Ogrójcu, został pojmany, przeżył sfingowany proces przed Sanhedrynem, spędził noc w więzieniu, wyszydzony i poniżany przez pilnujących Go strażników.
A i to nie wszystko. Przecież Jezus w tym dniu także nauczał. Dał nam „nowe przykazanie” miłości wzajemnej
(J 13,34). Nazwał nas swymi przyjaciółmi. Obiecał zesłać Ducha Świętego, który pomoże nam żyć według Jego przykazań. Modlił się, abyśmy byli jedno.
Wszystkie wydarzenia tego dnia, wszystko, co czynił Jezus, płynęło z Jego miłości do nas i posłuszeństwa woli Ojca. Pragnął, by Jego lud był zjednoczony w miłości wokół Eucharystii i kapłaństwa służebnego. Przypieczętował to obietnicą zesłania Ducha Świętego, który uzdolni nas do czynienia tego wszystkiego, o co prosił nas Jezus tego dnia.
Z pewnością dzień ten był dla Jezusa bardzo trudny. Jednak pomimo bólu był on także wypełniony miłością. Jezus uczynił i zniósł to wszystko, ponieważ „do końca [nas] umiłował” (por. J 13,1). Wspominajmy więc to, co wydarzyło się tego dnia, wszystkie słowa i czyny Jezusa. Ceńmy je sobie i celebrujmy w świętej liturgii.
„Dziękuję Ci, Jezu, za to, że do końca mnie umiłowałeś. Dziękuję Ci, że nazwałeś mnie swoim przyjacielem i zapraszasz do budowania swego Kościoła”.
Wj 12,1-8.11-14
Ps 116,12-13.15-18
1 Kor 11,23-26

Piątek, 25 marca
Wielki Piątek
J 18,1--19,42
Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. (J 19,35)
Żyjąca w V wieku pątniczka Egeria w swoim Itinerarium opisała poruszające obchody Wielkiego Piątku w Jerozolimie. Według jej relacji pielgrzymi po całonocnym czuwaniu nad ranem udawali się do Ogrodu Oliwnego, gdzie: „najpierw ma miejsce modlitwa i odmówiony zostaje hymn, potem czyta się z Ewangelii ustęp o pojmaniu Pana. Podczas jego odczytywania podnosi się taki jęk, takie biadanie i płacz całego ludu, że słyszą go chyba wszyscy w samym mieście. Począwszy od tej godziny, idą pieszo do miasta z hymnami i przybywają do bram o tej godzinie, gdy człowiek może już rozpoznać człowieka. Stąd idą przez całe miasto, wszyscy co do jednego, wielcy i mniejsi, bogaci i biedacy, wszyscy są tam obecni”.
Zebrani udawali się następnie do Bazyliki Krzyża, gdzie po ucałowaniu przez wszystkich obecnych relikwii Krzyża świętego odbywała się rozbudowana liturgia słowa. „Przy poszczególnych lekcjach i modlitwach – pisze Egeria – takie jest wzruszenie całego ludu i takie słyszeć się dają westchnienia, że aż podziw bierze. Nie ma nikogo, kto by, wielki czy mały, owego dnia, w owe trzy godziny tak gorzkie, nie zapłakał”.
W naszej ojczyźnie Wielki Piątek jest dla wielu normalnym dniem pracy, a parafialne liturgie Męki Pańskiej nie są ani tak rozbudowane, ani tak emocjonalne. Może trudno jest nam oderwać myśli od gorączki świątecznych przygotowań, a już sam udział w liturgii czy Drodze Krzyżowej wymaga od nas dużego wysiłku organizacyjnego. Zdobądźmy się jednak na to, by dzisiaj być przy Panu, posłuchać ewangelicznego opisu Jego męki (lub choćby go przeczytać), z wdzięcznością ucałować Jego krzyż. Nie tylko dlatego, że tak trzeba, że taki jest zwyczaj, ale również, by miłość Jezusa stała się dla nas żywa.
Św. Jan, jedyny z Apostołów, który miał odwagę stanąć pod krzyżem, opisał to, co zobaczył, w określonym celu – „abyście i wy wierzyli” (J 19,35). Dajmy sobie szansę, by przekonało nas jego świadectwo. Może to właśnie jest ten Wielki Piątek, w którym męka Jezusa rzeczywiście poruszy nasze serce, jak poruszała starożytnych pielgrzymów?
„Panie Jezu, porusz moje serce, abym widząc, co dla mnie uczyniłeś, zapragnął odtąd naprawdę żyć dla Ciebie”.
Iz 52,13--53,12
Ps 31,2.6.12-13.15-17.25
Hbr 4,14-16; 5,7-9

Sobota, 26 marca
Wigilia Paschalna
Ps 118,1-2.16-17.22-23
Nie umrę, lecz będę żył i głosił dzieła Pańskie. (Ps 118,17)
Dziś w nocy, po całodziennym oczekiwaniu w ciszy, będziemy celebrować punkt zwrotny w całej historii ludzkości – powstanie z martwych naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
Wiadomo, że w czasach Jezusa oczekiwanie na przyjście Mesjasza było bardzo żywe. Zdarzali się też tacy, którzy twierdzili, że są mesjaszami. Józef Flawiusz, historyk żyjący zaledwie kilkadziesiąt lat po Chrystusie, odnotował, że aż czternastu mężczyzn podawało się za mesjaszów! Niektórzy z nich cieszyli się dużą popularnością i mieli spore grono uczniów, jednak dzisiaj nikt już o nich nie pamięta.
Jak więc Jezus, cieśla z Nazaretu, zdołał dowieść prawdziwości swego mesjańskiego posłannictwa?
Był On ubogim rzemieślnikiem z małego galilejskiego miasteczka, który spędził trzy lata przemierzając Palestynę, nauczając i uzdrawiając, przy czym popadł w konflikt z żydowskimi przywódcami religijnymi. Choć przyciągał do siebie tłumy, miał niewielu uczniów, a część z tych, których miał na początku, wkrótce się od Niego odwróciła. Ale to On powstał z martwych, a grupa Jego Apostołów pozostała Mu wierna i kontynuowała Jego misję także w obliczu prześladowań i męczeńskiej śmierci. To On okazał się prawdziwym Mesjaszem.
Najbardziej przekonującym dowodem, że Jezus jest Mesjaszem, są zastępy chrześcijan, którzy w ciągu wieków głosili dobrą nowinę o miłosiernej miłości Boga – pomimo przeciwności i zagrożenia życia. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską za wiarę w Jezusa. Także i dziś chrześcijanie żyjący na całym świecie świadczą swoim życiem, a w pewnych rejonach kuli ziemskiej także męczeńską śmiercią o swojej wierności Jezusowi. Samo nasze istnienie, jako pojedynczych chrześcijan i jako Kościoła w całości, potwierdza prawdę, że Jezus jest Synem Bożym i Panem stworzenia.
Jutro będziemy przeżywać Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Rano, zanim jeszcze wstaniesz, przypomnij sobie, że masz swoje miejsce w królestwie Jezusa. Ciesz się zwycięstwem Jego zmartwychwstania i niech radość płynąca z tej dobrej nowiny da ci siłę do wypełniania swojego powołania.
„Panie Jezu, daj mi radość i odwagę do wyjścia z mojego Wieczernika i dzielenia się z innymi Twoim przesłaniem miłości”.
Zob. Słowo Boże na każdy dzień

Niedziela, 27 marca
Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego
Kol 3,1-4
Wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. (Kol 3,3)
Czy słyszałeś powiedzenie: „Historię piszą zwycięzcy”? Historia zbawienia, wielki epos opowiadający o działaniu Boga w dziejach ludzkości, jest historią Bożego zwycięstwa. Co roku Kościół przypomina na nowo kilka kluczowych rozdziałów tej pasjonującej historii. Na przykład w Adwencie wspominamy te jej rozdziały, które doprowadziły do narodzenia Jezusa. Wielki Post doprowadza ją do momentu Jego śmierci krzyżowej. Natomiast dzisiaj rozpoczynamy nowy rozdział: pięćdziesiąt dni Okresu Wielkanocnego. Jeszcze wczoraj Jezus leżał martwy w grobie – ale to jest już przeszłość. On zmartwychwstał i oto zaczyna się nowa opowieść!
Tajemnicą sukcesu wielkich opowieści są ich bohaterowie. Dotyczy to także dzisiejszych czytań. Proś Ducha Świętego, aby otworzył na nie twoje serce. Przeczytaj pierwsze czytanie i posłuchaj, jak Piotr daje świadectwo o Zmartwychwstaniu. W drugim czytaniu zobacz Jezusa takiego, jakim Paweł opisuje Go mieszkańcom Kolosów – siedzącego po prawicy Ojca na tronie niebieskim. Następnie zagłęb się w słowa Ewangelii. Pobiegnij wraz z Piotrem i Janem do grobu Jezusa i łapiąc oddech, oprzyj się na kamieniu odsuniętym od grobu.
Najwspanialsze w tym najnowszym rozdziale historii zbawienia jest jednak to, że wciąż się jeszcze nie zakończył. Co więcej, również i ty jesteś jego bohaterem! Jezus zmartwychwstał, a Jego Duch został wylany na świat – w tym także na ciebie! Historia Bożego zwycięstwa toczy się więc również dzięki tobie!
Czy Jezus nie jest wspaniały? Nie tylko przebaczył ci wszystkie grzechy i wybawił cię od śmierci wiecznej, ale zaprasza cię, byś stał się częścią najpiękniejszej historii, jaką napisano od zarania dziejów. Stawia cię w samym centrum historii zbawienia i prosi, abyś napisał kolejną stronę najbardziej chwalebnego z jej rozdziałów. Przyjmijmy to zaproszenie. Oddajmy się Jezusowi. Przyjmijmy Go do naszego życia, aby stało się ono fascynującą historią Jego miłości i łaski. Wesołych Świąt Wielkanocnych!
„Dziękuję Ci, Jezu, za to, że uczyniłeś mnie częścią Twojej historii! Panie, niech dobra nowina o zbawieniu zabrzmi dziś z mocą w całym Twoim Kościele!”
Dz 10,34a.37-43
Ps 118,1-2.16-17.22-23
(lub) 1 Kor 5,6b-8
J 20,1-9

MAGAZYN:

WYSTARCZAJĄCO DOBRY DLA BOGA
Moja droga do przebaczenia

Nigdy nie sądziłem, że skończę w więzieniu. Oglądałem w telewizji filmy o walkach gangsterskich i bójkach na noże w więzieniach, więc z lękiem oczekiwałem wyroku. Siedząc na krześle zakuty w kajdanki, patrzyłem na sędzinę, mając nadzieję, że wyda ona najlżejszy z możliwych wyroków – pięć lat w więzieniu federalnym.
W tym czasie mieszkałem sam, monitorowany za pomocą e-obrączki na kostce, kończąc studia magisterskie
w zakresie terapii osób uzależnionych. Ponad rok wcześniej rozwiodłem się z żoną. Przestałem też chodzić do kościoła i stroniłem od dawnych przyjaciół. Tego dnia w sądzie jedynymi, którzy udzielali mi wsparcia, byli moi rodzice.
Prokurator wniósł o maksymalny wymiar kary w wysokości piętnastu lat, ale sędzina skazała mnie na dziesięć plus pięć lat nadzoru policyjnego. Utkwiło mi szczególnie jedno zdanie, które powiedziała: „Daję ci dziesięć lat, bo i tak wiem, że to schrzanisz. A wtedy poślę cię za kratki do końca życia”. Postanowiłem dowieść jej, że nie ma racji.

POCZĄTKI POPRAWY
Rozpocząłem odsiadywanie wyroku 1 kwietnia, ale bynajmniej nie był to żart. Przez sześć miesięcy byłem tak przerażony, że prawie nie opuszczałem celi, choć nie była zamknięta na klucz. Pełniony przeze mnie obowiązek stróża zmuszał mnie jedynie do wychodzenia na krótki czas w nocy. Doprowadzało to do szału mojego współlokatora, który pewnego dnia powiedział mi: „Słuchaj, jesteś tu na dziesięć lat. Musisz w końcu wyjść i zacząć coś robić”.
Zapisałem się więc na zajęcia proponowane przez więzienny wydział edukacji. Odkryłem też wspólnotę katolicką, która w soboty spotykała się w kaplicy na Różańcu i Mszy niedzielnej. Na początku poszedłem tylko dlatego, by stworzyć pozory, że chcę się poprawić. Sądziłem, że to posunięcie pozwoli mi lepiej wypaść w oczach władz więziennych, a także w oczach Boga. W rzeczywistości religia była mi potrzebna po to, by usprawiedliwić samego siebie i uwolnić się od poczucia winy. Wciąż byłem wściekły na mojego adwokata i sędzinę – uważałem, że skoro był to mój pierwszy konflikt z prawem i nie użyłem wobec nikogo siły, zasługiwałem na łagodniejszy wyrok.
Kilka miesięcy później podczas liturgii wielkanocnych w kaplicy kapelan powiedział coś, co trafiło mi do serca. Stwierdził, że chociaż zdaje sobie sprawę, że trudno jest przebywać z dala od naszych rodzin i tradycji, to pobyt w więzieniu daje nam szansę odkrycia prawdziwego sensu Wielkanocy. Jego kazanie przypomniało mi mojego dziadka Polaka, który bardzo kochał te święta.
Dziadek zmarł nagle w Wielki Czwartek, kiedy miałem dziewiętnaście lat. Od tego czasu nasze tradycje rodzinne zaczęły wygasać. Kaszanki i placki piwne, które zawsze smażył, odeszły w niepamięć. Nasi kuzyni przestali przychodzić na wielkanocne obiady, które stały się przez to mniej uroczyste. Atmosfera była przygnębiająca. Chodziłem jeszcze z babcią do kościoła, ale to już nie było to samo.
Jednak po kilkunastu latach od śmierci dziadka wybrałem się do Polski w odwiedziny do przyjaciela. Odkryłem tam bogate dziedzictwo kulturowe, związane z obchodzeniem Wielkiego Tygodnia. Widziałem, z jaką starannością przygotowywano koszyczki wielkanocne z symbolicznymi pokarmami: kiełbasa jako znak Bożej hojności, jajka symbolizujące zmartwychwstanie i nowe życie itd. Przypomniało mi to wielkanocne przesłanie o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, które było tak ważne dla naszej rodziny w czasach mojej młodości.
Niestety moja wiara uległa załamaniu po ślubie, który zawarłem w 2004 roku. Napięcie emocjonalne, które cztery lata później doprowadziło do naszego rozwodu, sprawiło, że odizolowałem się od ludzi. Obwiniałem Boga o to, co się stało, i dałem sobie spokój z wiarą, jeszcze zanim trafiłem do więzienia. Nawet gdy już zacząłem chodzić do kaplicy więziennej, był jeszcze we mnie gniew na Boga. Jednak wielkanocne kazanie kapelana ożywiło dobre wspomnienia i wzbudziło nadzieję.

WYSTARCZAJĄCO DOBRY
DLA BOGA
Po upływie dwóch lat odsiadywania wyroku wziąłem z kaplicy czasopismo, w którym znalazłem reklamę książki Droga Jezusa na krzyż, komentarza biblijnego, który ukazuje mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Wielki Post i Wielkanoc także dla chrześcijan w więzieniu są czasem szczególnym, pomyślałem więc, że będzie to dobry materiał do przygotowania kursu dla więźniów. Poprosiłem mamę, żeby przysłała mi tę książkę. Przez rok wraz z kapelanem przygotowaliśmy ośmiotygodniowy kurs nadający się zarówno dla więźniów katolików, jak i protestantów. Przed Wielkim Postem 2014 roku rozpoczęliśmy zapisy.
Martwiłem się, że dyskusja skończy się klapą. Jest raczej rzadkością, żeby osadzeni otwierali się i szczerze dzielili sprawami osobistymi. Kiedy jednak przyszedł czas na odniesienie tekstów Pisma Świętego do naszego życia w więzieniu, zaczęli się dzielić – i to z serca. Był śmiech, łzy i chwile pełnej szacunku ciszy po szczerym wyznaniu któregoś z więźniów. Na czwartych zajęciach omawialiśmy scenę pojmania i osądzenia Jezusa. Jest to obraz, który więźniowie mogą sobie łatwo wyobrazić – Jezus stoi związany przed swoimi oskarżycielami i otrzymuje wyrok śmierci. Co przedziwne, nie tylko przyjmuje wyrok, ale przebacza tak sędziemu, jak i prokuratorowi. Pomyślałem o swoim własnym procesie, który wzbudził we mnie tyle rozgoryczenia. Po medytacji na temat procesu Jezusa, zapragnąłem Go naśladować.
Na tych samych zajęciach rozważaliśmy również werset Pisma Świętego: „Jeśliby nawet kto zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca – Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko nasze, lecz również za grzechy całego świata” (1 J 2,1-2).
Jezus wycierpiał to wszystko, abym ja mógł otrzymać przebaczenie grzechów. Nie uznał swojego wyroku za rażący błąd wadliwego systemu, ale go przyjął, by uwolnić mnie od winy. Wraz z moimi braćmi ze studium biblijnego zdaliśmy sobie sprawę, że skoro Bóg może nam przebaczyć, to dlaczego my nie możemy przebaczyć innym? Skoro jesteśmy wystarczająco dobrzy dla Boga, to dlaczego nie mielibyśmy być wystarczająco dobrzy dla samych siebie?

WYBACZYĆ SOBIE I INNYM
Był to dla mnie punkt zwrotny. Teraz widzę, że głównym przesłaniem Wielkanocy jest przebaczenie. To, że jestem przestępcą, nie oznacza, że pójdę do piekła. Jest ktoś, kto mi przebacza, kto mnie rozumie – i tym Kimś jest Bóg! Ja także przebaczyłem sobie i przyjąłem swój wyrok. Niezależnie od tego, co myśli o mnie moja sędzina, nie czuję już do niej nienawiści.
Teraz żyję w więziennych murach z poczuciem celu. Kiedy przychodzą nowi więźniowie, staram się im pomóc. Prowadzę kolejne kursy biblijne. W pierwszym uczestniczyło osiem osób, w ostatnim już dwadzieścia trzy, z którymi wspólnie przeżywaliśmy nowe narodziny duchowe. Wiem, że po wyjściu z więzienia nie będzie nam łatwo. Byli więźniowie nie cieszą się zaufaniem. Wielu będzie patrzeć na nas z podejrzliwością, w tym także nasze własne rodziny. Będę żyć z etykietką przestępcy. Jestem bezdomny i trudno mi będzie znaleźć pracę. W takich okolicznościach nie jest łatwo przebaczyć samemu sobie. Jednak wiedząc, że Jezus zadośćuczynił za mój grzech, nie muszę patrzeć z drżeniem ani w przyszłość, ani w przeszłość. Nie jestem człowiekiem potępionym, lecz zbawionym przez Jezusa. ▐


NASZA ANKIETA:

900 GRAMÓW MIŁOŚCI
Już wówczas gdy byłam dzieckiem i myślami wybiegałam w przyszłość, moim największym marzeniem była rodzina. W moim domu rodzinnym życie było szczęśliwe i pogodne: kochający rodzice, rodzeństwo, wzajemna miłość i życzliwość. Utwierdzało mnie to w przekonaniu, że w rodzinę warto „inwestować”. Dziecięce zabawy w dom, robienie zakupów z klocków i gotowanie w wymyślonych naczyniach dawały mi wiele radości.
Pan Bóg powoli spełniał moje marzenia. Wyszłam za mąż, na świat przychodziła kolejno czwórka dzieci: Marcin, Ania, Magda i Łukasz. Najszczęśliwsze chwile to te, kiedy byliśmy wszyscy razem, po całym dniu pracy, nauki i obowiązków. Oprócz tych własnych, Pan Bóg powierzył mi jeszcze sporą gromadkę dzieci, bo zostałam nauczycielem – katechetą. Nasze życie rodzinne było więc mocno związane z parafią. Lubiliśmy z mężem podejmować nowe wyzwania w życiu parafialnym. Mąż, oprócz wykonywania swojej pracy zawodowej, posługiwał w zakrystii, razem prowadziliśmy różne grupy, organizowaliśmy akcje charytatywne, festyny, kiermasze, spotkania dla dzieci z trudnych rodzin i wiele innych. Dużo z tych działań trwa do dziś, niektóre się skończyły, a w ich miejsce przyszły nowe, mój mąż został szafarzem nadzwyczajnym. Taki styl życia dawał nam i nadal daje wiele radości.
Czas biegnie do przodu – dzisiaj nasze dzieci są już dorosłe, a my, pośród dalszych licznych obowiązków, łapiemy te chwile, kiedy możemy cieszyć się wnukami. Bóg dał nam szóstkę wspaniałych istotek: Martynkę, Dominika, Mikołaja, Filipa, Maksymiliana i Jadzię. Kolejne narodzi się już wkrótce.
Jadzia – to właśnie o niej chciałam napisać. Czasami dotykają nas takie doświadczenia, o których nie myślimy, że mogą stać się „naszymi”. To do historii o Jadzi jakże bardzo pasuje tytuł ankiety, w której zachęcacie do pisania świadectw: „Bóg żyje i działa”.
Zimny grudniowy wiatr hulał za oknem szpitala w Cieszynie, kiedy mała Jadzia przyszła na świat. Był piątek 19 grudnia 2014 roku – jeden z kolejnych przedświątecznych dni. Tyle spraw do załatwienia, ostatnie porządki, roraty, zakupy – wszystko po to, aby weekend przeżyć spokojniej, oczekując już powoli Wigilii i Świąt. Wczesny piątkowy poranek nie zapowiadał, aby miało wydarzyć się coś szczególnego. A jednak! W tym dniu nasza wnuczka postanowiła przyjść na świat. Jej mama Ania i tata Jakub przyjęli symptomy rozpoczynającego się porodu z obawą, ale zarazem z głębokim spokojem, wiarą i nadzieją, że mimo wszystko będzie dobrze. Innego zdania byli lekarze. Nie dawali zbyt wielkich szans malutkiej kruszynce, gdyż do przewidywanego dnia narodzin zabrakło aż 15 tygodni! Mimo szybkiej akcji lekarzy w szpitalu w Cieszynie, nie udało się utrzymać życia pod sercem mamy – Jadzia musiała opuścić matczyne „posłanie” i przyszła na świat w 24/25 tygodniu ciąży. Ważyła zaledwie 900 gramów, mierzyła 35 centymetrów i otrzymała 1 punkt w dziesięciopunktowej skali Apgar. Nie oddychała. Zamartwica oddechowa, niewydolność krążeniowo-oddechowa to tylko niektóre objawy towarzyszące narodzinom Jadzi. Oczekiwanie na pierwszy krzyk własnego dziecka to chwile bardzo trudne. Te chwile dłużyły się Ani jak żadne inne i tylko myśl kierowana ku Bogu dawała nadzieję. Boże, pozwól, by żyła! I stało się – po reanimacji Jadzia zapłakała! Na oddziale panowała cisza, nikt nie gratulował narodzin córki – wszyscy milczeli, oczekując, co będzie dalej. A dalej był chrzest – cichy, bez chrzestnych, bez rodziców, bez białego ubranka. Tak sobie myślałam – Ty, Panie, też miałeś takie ciche narodziny, też byłeś nagusieńki w żłobie.
Nikt z nas nie wiedział wówczas, jakie plany ma Pan Bóg wobec tej maleńkiej istotki na najbliższe minuty, godziny, dni, lata. Była kruszynką, przed którą postawiono same znaki zapytania. Najpierw, czy przyjdzie żywa na świat? Potem, czy przeżyje najbliższe godziny? Czy da radę pokonać drogę karetką ze szpitala w Cieszynie do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach? Czy będzie umiała samodzielnie oddychać? Czy wszystkie narządy podejmą pracę, skoro są jeszcze niedojrzałe? Czy system odpornościowy poradzi sobie z wszelkimi przeszkodami? Czy będzie widziała, słyszała? Jednym słowem nawet wówczas, gdy przeżyje, przewidywano mnóstwo wcześniaczych powikłań.
Pierwsze godziny po narodzinach były decydujące i bardzo trudne. Jadzia dała jednak radę! Pokonała pierwszą samodzielną podróż bez mamy, która pozostała w szpitalu po cesarskim cięciu. Od tej chwili Jadzię otaczało w inkubatorze mnóstwo rurek, kabli, miała pełno wkłuć. W Katowicach maleńką kruszynką zajęli się wspaniali lekarze i pielęgniarki. Robili wszystko, aby Jadzia mogła żyć. Ich praca jest niewidoczna dla oczu innych, ale jakże ofiarna i odpowiedzialna. Tam, za murami szpitala, każdego dnia dzieją się te małe – wielkie cuda. Jakże wzruszające były chwile, których byliśmy świadkami, gdy rodzice po wielu miesiącach walki o życie wychodzili ze szpitala ze swoim uratowanym maleństwem.
Nasza rodzina oddała się i zawierzyła wszystko Panu i Jego Matce. Wierzymy też, że oprócz personelu medycznego zajął się Jadzią jeszcze ktoś, kto czuwał nad nią nieustannie – nasz ukochany Ojciec Święty Jan Paweł II. To on wypraszał u Boga wszelkie łaski. Zanosił przed Jego tron modlitwy, które tak wielu ludzi wraz z nami kierowało do Pana. To jego wizerunek towarzyszył Jadzi w każdym inkubatorze. Pielęgniarki przenosiły go zawsze razem z Jadzią! To pod jego wezwaniem jest Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach–Ligocie.
Dla nas, dla naszej rodziny i przyjaciół, którzy towarzyszyli nam w tym trudnym czasie dzień w dzień – to cud, choć nie mamy na to potrzebnych dokumentów. I tym cudem chcemy się dzielić z innymi. Chcemy mówić, że i dzisiaj, tak samo jak dwa tysiące lat temu, Pan Jezus czyni cuda. „Bóg żyje i działa”. Dzisiaj, gdy w świecie szerzy się zło, Pan Bóg jest wyrzucany z państwowych systemów, z rodzin, z ludzkich serc, tym bardziej trzeba mówić o tym, że On jest!
Nasz „dokument na cud” to Jadzia, która przeżyła wiele krytycznych dni i nocy, cudem uniknęła operacji, do której była już przygotowana, gdy małe jelitka przestawały pracować, a sepsa atakowała organizm. Wiele razy jej życie było zagrożone. W wigilijny wieczór, gdy świat zamilkł w blasku świec i bieli opłatka, Jadzi po raz pierwszy przetaczano krew, a potem jeszcze kolejne kilka razy. Intubowano ją kilkakrotnie, gdyż miała problemy z oddychaniem, dostała mnóstwo lekarstw, antybiotyków, kroplówek, specjalne pompy dostarczały jej pożywienie. Przeszła zabieg laserowy na oczka. Nie mogła przebywać w objęciach rodziców, jej codziennością były wkłucia i rurki zamiast ciepła mamy i taty. Jej szpitalny wypis jest bardzo długi.
A jednak dzisiaj jest ze swoimi rodzicami i bratem w domu. Wychodzi na spacerki, lubi jeść, dobrze się rozwija. Jest bardzo pogodnym dzieckiem. Rośnie i nabiera sił, chociaż mówiono, że może być tylko roślinką. Wszelkie wizyty lekarskie u specjalistów kończą się optymistycznie. Serduszko zdrowe, oczka nie wykazują już wad wcześniaczych, mimo wcześniejszej retinopatii drugiego stopnia, uszka i słuch dobre, zabiegi rehabilitacyjne dają pozytywne prognozy na sprawy ruchowe, a Jadzia najbardziej ze wszystkiego lubi, jak się z nią rozmawia. Śmieje się, łapie rączkami, a nawet niedawno, tuż przed swoimi pierwszymi urodzinami, zaczęła urządzać sobie spacerki na własnych nogach. Jest naszym słoneczkiem i znakiem wiary, miłości i nadziei, która nigdy nie gaśnie!
Przez to życiowe doświadczenie cała nasza rodzina jest silniejsza Bogiem, Jego ogromną miłością i sobą nawzajem. To doświadczenie, o którym nieraz gdzieś tam czytaliśmy, współczując jakiejś rodzinie – teraz stało się naszym własnym. Doświadczyliśmy ogromnej mocy modlitwy, wsparcia przyjaciół, znajomych, parafian, kapłanów. Za ten wielki dar i ogromną Bożą ingerencję – chwała Panu!
Iwona

 

Sklep internetowy Shoper.pl