Czasopisma
6.5
PLN
Słowo wśród nas Nr 12 (304) 2018
Słowo wśród nas Nr 12 (304) 2018
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Zaprenumeruj
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 6,50 zł

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO GRUDNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Grudniowy numer „Słowa wśród nas”, zatytułowaliśmy: „Oto ja, służebnica Pańska”. W Adwencie towarzyszymy Maryi w Jej oczekiwaniu na narodziny Syna. Uczymy się od Niej mówienia Bogu „tak”, pokornego przyjmowania Jego woli, a także rozważania w sercu wszystkiego, co Bóg czyni w naszym życiu – i o tym piszemy w pierwszych dwóch artykułach wstępnych. Trzeci, pod tytułem; „Numer jeden na mojej liście” stanowi osobiste świadectwo więzi z Maryją Joe Difato, amerykańskiego wydawcy naszego pisma. 

W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych.
W Magazynie proponujemy artykuł o dylematach św. Jana Chrzciciela „Czy Ty jesteś Mesjaszem” oraz dwa świadectwa, jedno z nich napisane przez kapelana wojskowego. W ramach Naszych lektur polecamy książkę dla dzieci – pięknie ilustrowaną „Pieśń gwiazd”, doskonały prezent pod choinkę. Ponadto, jak zwykle, zamieszczamy Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Zachowywała wszystkie te sprawy w swoim sercu
Wraz z Maryją rozważamy tajemnicę Bożego Narodzenia............................ 4

Bądź pozdrowiona, łaski pełna
Maryja uczy nas żyć w pokoju Chrystusa.................. 10

Numer jeden na mojej liście
Szczególne miejsce Maryi w moim sercu...................16

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 grudnia...................21

MAGAZYN

Czy Ty jesteś Mesjaszem?
Dylematy Jana Chrzciciela – O. George Montague SM...................49

Świąteczna lekcja gościnności
– Donna Marie Klein................................................. 54

„Odbuduj mój dom”
Jak św. Franciszek z Asyżu pomógł mi podjąć nową służbę po wojnie – O. Conrad Targonski OFM......... 57

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................. 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Gdyby zapytano mnie, który ze świętych wywarł największy wpływ na moje życie, odpowiedziałbym bez chwili wahania, że Najświętsza Maryja Panna. Wierzę, że Jej wstawiennictwo ratowało mnie wielokrotnie, począwszy od chwili, kiedy jako zaledwie roczne dziecko zapadłem na chorobę zagrażającą życiu. Jednak czczę Maryję nie tylko dlatego, że mi pomagała. Jeszcze ważniejsze jest dla mnie to, jaka Ona jest – że jest tak bardzo kochająca i współczująca, pełna pokoju, pokorna, posłuszna i rozmodlona.
Maryja jest jedną z najbardziej czczonych osób, jakie kiedykolwiek przyszły na świat. Rzeczywiście, błogosławią Ją „wszystkie pokolenia” (Łk 1,48). Także dziś, w świecie, który coraz bardziej oddala się od Boga, ludzie ze wszystkich krajów podziwiają tę młodą Dziewczynę z Nazaretu. Wydaje się, że nikt nie ma Jej nic do zarzucenia!
W pierwszych dwóch artykułach naszego adwentowego numeru chcemy przyjrzeć się temu, w jaki sposób Maryja przeżywała swoją wiarę. Zobaczymy Jej wielką ufność w Panu, gdy powiedziała aniołowi swoje „tak”. Zobaczymy, jak rozważała i chowała w sercu wszystko, co Bóg czynił w Jej życiu. Wreszcie, w ostatnim artykule, pragnę podzielić się tym, w jaki sposób Maryja wpłynęła na moje własne życie.
Co roku podczas Bożego Narodzenia świętujemy „radość wielką” (Łk 2,10) z narodzenia Jezusa, naszego Zbawiciela. Nikt na świecie nie doświadczył mocniej tej dobrej nowiny niż Maryja. Obyśmy wszyscy uczyli się nosić Jezusa w naszych sercach z taką miłością i pokorą, z jaką Maryja nosiła Go w swoim łonie.
***
W grudniu 1981 roku wydrukowaliśmy i rozprowadziliśmy tysiąc egzemplarzy pierwszego numeru naszego pisma. Dziś, po trzydziestu siedmiu latach, drukujemy ponad 700 tysięcy egzemplarzy miesięcznie, rozprowadzając je wśród czytelników w ponad stu krajach, a w Adwencie i Wielkim Poście drukujemy dodatkowy milion egzemplarzy. Jest dla nas oczywiste, że Bóg błogosławił nam w ciągu tych lat – i, jak ufam, błogosławił przez to pismo także Wam wszystkim. Dlatego z mieszanymi uczuciami informuję, że jest to mój ostatni numer jako wydawcy „Słowa wśród nas”.
Chcę podziękować Wam wszystkim za modlitwy, a także za tysiące listów i wiadomości elektronicznych, jakie do mnie wysyłaliście. Nie zawsze byłem w stanie odpowiedzieć, ale czytałem je wszystkie i każda z nich poruszała moje serce.
Chcę Was także zapewnić, że pismo jest w dobrych rękach. Odchodząc, przekazuję odpowiedzialność za „Słowo wśród nas” prezesowi naszej firmy, Jeffowi Smithowi; redaktorowi naczelnemu, Leo Zanchettinowi; sekretarzowi redakcji, Susan Heuver oraz redaktorce odpowiedzialnej, Patricii Mitchell, z którymi pracuję od kilkudziesięciu lat. Wszyscy oni zaangażowani są w misję „Słowa wśród nas” równie głęboko jak ja i jestem przekonany, że pozostaną wierni Bożym planom co do tej publikacji.
W imieniu całej amerykańskiej redakcji naszego pisma życzę Wam wszystkim wesołych i błogosławionych świąt Bożego Narodzenia. Oby Bóg udzielił Wam pokoju, głębokiej radości i łaski spotkania z Nim.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY WSTĘPNE:

NUMER JEDEN NA MOJEJ LIŚCIE

Szczególne miejsce Maryi w moim sercu

Zawsze kiedy zbliża się Adwent, częściej przychodzi mi na myśl Najświętsza Maryja Panna. Podziwiam Jej otwartość na Boga. Podziwiam to, jak opierała się grzechowi przez całe swoje życie. Podziwiam Jej nieustanne trwanie w bliskości Boga, a zwłaszcza wtedy, gdy stała pod krzyżem swego Syna.
Szczerze mówiąc, Maryja zawsze zajmowała szczególne miejsce w moim sercu. Myślę, że do mojego chrztu w Duchu Świętym w 1971 roku, była dla mnie nawet ważniejsza od Jezusa – co, jak dziś sądzę, wcale nie było po Jej myśli.
W tym ostatnim artykule chcę opowiedzieć wam krótko o swojej relacji z Maryją, w tym także o kilku wydarzeniach z mojego życia, w których Jej rola okazała się kluczowa.

CUD MARYI?
Urodziłem się z wodogłowiem, czyli, jak się to potocznie mówi, z „wodą w mózgu”, choć w rzeczywistości chodzi tu o płyn mózgowo-rdzeniowy. Wodogłowie powoduje ucisk na tkanki mózgowe i może spowodować uszkodzenie mózgu. W celu zmniejszenia ciśnienia lekarze wywiercili mi w czaszce cztery otwory, ale niewiele to pomogło. Oczekiwano, że umrę przed ukończeniem drugiego roku życia. Uznano, że jedyne, co można dla mnie zrobić, to podawać mi lek, który łagodził objawy, nie lecząc samej choroby.
W tej trudnej sytuacji moja matka, Edith, modliła się do Maryi o moje uzdrowienie. Stosowany lek nie przynosił mi żadnej ulgi, powodował natomiast to, że ciągle wymiotowałem. W końcu mama powiedziała do Maryi: „Jeśli Joe jeszcze raz zwróci to lekarstwo, uznam to za znak od Ciebie i przestanę mu je podawać”. Dokładnie w tym momencie zwymiotowałem ponownie – i mama przestała podawać mi lek.
W ciągu dwudziestu czterech godzin mój organizm zaczął samoczynnie redukować ciśnienie płynu. Lekarze nie potrafili tego wyjaśnić. „To jest zupełnie inne dziecko” – powiedzieli mamie, kiedy przyszła ze mną na kolejne badanie. Czy był to cud? Czy Maryja naprawdę zaniosła Jezusowi modlitwy mojej mamy i uprosiła moje uzdrowienie? A może był to po prostu zbieg okoliczności? Nie da się tego stwierdzić na pewno, ale ja głęboko wierzę, że był to dar od Maryi.

RODZINA, KTÓRA MODLI SIĘ
RAZEM…
Kiedy założyłem rodzinę i na świat zaczęły przychodzić dzieci, moja żona Felicia i ja bardzo chcieliśmy, aby poznały Maryję jako kochającą Matkę. Dlatego w każdą niedzielę po Mszy świętej śpiewaliśmy kilka pieśni i wspólnie odmawialiśmy Różaniec, a dopiero potem jedliśmy późne śniadanie. Dzieci uwielbiały Różaniec – być może dlatego, że po jego zakończeniu zawsze pojawiały się pączki!
Kiedy dziś wspominamy te czasy, moje dzieci nie potrafią sobie przypomnieć żadnych wpajanych im przeze mnie wielkich mądrości, ale wszystkie pamiętają Różaniec. Pamiętają, jak rozważaliśmy kolejne tajemnice, i mówią, że to rozbudziło w nich miłość do Maryi. Także jedna z moich wnuczek twierdzi, że Maryja jest jej ulubioną postacią.
Wspólna modlitwa różańcowa była też doskonałym sposobem przekazywania dzieciom przesłania Ewangelii. Rozważając tajemnice radosne, uczyły się o przyjściu Syna Bożego na świat. Przez tajemnice światła poznawały Jezusa, który nauczał i uzdrawiał. Tajemnice bolesne otwierały im oczy na Jego mękę i śmierć. A tajemnice chwalebne mówiły o nadziei życia wiecznego w niebie wraz z Jezusem i Maryją.
Czasami modlitwa była dla nas przyjemnością, ale wiele razy było wręcz przeciwnie. Dzieci są tylko dziećmi. Bywają rozbrykane, zwłaszcza gdy wiedzą, że nadchodzi czas posiłku. Biją się i kłócą. Nie zawsze mają ochotę się modlić. Ale jedno jest pewne – wspólny Różaniec pomógł naszym dzieciom wzrastać w wierze. Czas rodzinnej modlitwy umacniał w nich miłość do Jezusa – i do Jego Matki.

MARYJA PRZYCHODZI
Z POMOCĄ W CIERPIENIU
Maryja troszczy się o nas tak, jak każda matka troszczy się o swoje dzieci. Cieszy się, gdy wszystko układa nam
się dobrze. Pomyśl, z jaką przyjemnością patrzyła na Jezusa uczącego się ciesielki w warsztacie Józefa czy poznającego Pisma. Wyobraź sobie Jej uśmiech, gdy widziała uzdrowienia dokonywane przez Syna i słuchała nauk, głoszonych przez Niego z mocą. Wyobraź sobie Jej radość, gdy zmartwychwstały Jezus przyszedł do Niej w Niedzielę Wielkanocną.
Każda matka potwierdzi jednak, że choć cieszy się radościami swoich dzieci, to jeszcze mocniej przeżywa ich nieszczęścia. Chce być przy swoim dziecku, żeby je ukoić i pocieszyć. Oddałaby wszystko, aby ulżyć jego cierpieniu. I taka właśnie jest miłość Maryi. Matka Boża nie tylko raduje się z nami, ale także cierpi z nami. Nie ujmując niczego Jezusowi – i nie sądzę, żeby miał On coś przeciwko temu, co powiem teraz o Jego Matce – w matczynej miłości jest coś niezwykle czułego, coś, co koi życiowe rany spowodowane cierpieniem.
Mogę zaświadczyć o tym z pierwszej ręki. U mojej najmłodszej córki, Christine, w wieku zaledwie trzech lat stwierdzono rzadką odmianę raka oczu. Kiedy przechodziła radioterapię, Felicia pomalowała opatrunek gipsowy, który Christine musiała mieć na sobie podczas zabiegu, nazywając go „welonem Maryi”. Ten opatrunek, który pomagał Christine leżeć nieruchomo pod wielkim, budzącym lęk aparatem do naświetlania, był dla niej symbolem opieki Maryi i dziewczynka cieszyła się, że jest do Niej podobna.
Niestety terapia nie powiodła się i w wieku pięciu lat Christine straciła oboje oczu. Były to jedne z najboleśniejszych lat mojego życia. Spędziłem na modlitwie niezliczone godziny, prosząc Jezusa i Maryję o uzdrowienie córki – i czynię to do dziś.
Moja wiara przechodziła kryzys. „Jak Bóg mógł zrobić coś takiego mojej dziewczynce? Jak Bóg może oczekiwać ode mnie głoszenia innym, że On ich kocha i ma dla ich życia wspaniały plan, jeśli Jego plan dla mojej małej Christine wcale nie okazał się taki doskonały?” – pytałem.
Jednak dzięki modlitwie moich braci i sióstr w Panu oraz łasce Bożej zdołałem ostatecznie przezwyciężyć kryzys wiary. I tu także ważną rolę odegrała Maryja. Za każdym razem, gdy zwracałem się do Niej w modlitwie, czułem, jak mówi do mnie: „Joe, wiem, przez co przechodzisz. Znam twój ból. Moją duszę też przeniknęło cierpienie. Jestem z tobą”.

WZÓR MODLITWY
WSTAWIENNICZEJ
Znamy wszyscy historię o uczcie weselnej w Kanie, gdzie Jezus przemienił wodę w wino (J 2,1-11). Był to pierwszy cud Jezusa, a wydarzył się on dzięki naleganiu Jego Matki, Maryi. Ta przepiękna historia mówi nam, że Maryja jest nieustępliwa w swoich prośbach. Nie zniechęciła się, gdy Jezus powiedział do Niej: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto?”, lecz powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,4.5). Wiedziała, że Jezus Jej wysłucha.
Św. Ludwik de Montfort (1673-1716) pisał o tym, jak Maryja bierze nasze modlitwy i je udoskonala – mniej więcej tak, jak Jezus przemienił wodę w wino. Twierdził, że Maryja oczyszcza nasze modlitwy z egoizmu, a następnie przedstawia je Jezusowi. Uzupełnia je też swoją własną modlitwą, tak że gdy zanosi je Jezusowi, są wzbogacone o Jej wstawiennictwo. A kto może mieć większy wpływ na Jezusa niż Maryja?
W mojej codziennej modlitwie zawsze poświęcam trochę czasu na modlitwę wstawienniczą. Proszę Maryję, aby prosiła Jezusa o uzdrowienie oczu mojej córki. (Proszę też Jezusa bezpośrednio, ale myślę, że nie zaszkodzi poprosić również Jego Matkę). Potem proszę Matkę łaski Bożej, aby prosiła Jezusa o nowy wylew łaski na Kościół i głębokie nawrócenia. Proszę Matkę Pokoju, aby modliła się o kres wszystkich wojen, nędzy i aborcji.

NUMER JEDEN NA LIŚCIE
Jeśli policzyć moją matkę, żonę, siostry, córki, synowe i wnuczki, w moim życiu jest dwanaście kobiet. Jednak numerem pierwszym na tej liście jest Maryja i zawsze nim pozostanie. Zasługuje Ona na to miejsce nie tylko ze względu na wszystko, co uczyniła w moim życiu, ale przede wszystkim dlatego, że zrezygnowała ze swoich planów, aby przyjąć plan Boga. Z tego powodu w czasie, gdy przygotowujemy się do świąt Bożego Narodzenia, chcę prosić was wszystkich, abyście wraz ze mną w szczególny sposób uczcili Maryję. Dziękujmy wspólnie za Jej matczyną troskę, za Jej wierną modlitwę i niewzruszoną miłość do nas wszystkich. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Sobota, 1 grudnia
Ap 22,1-7
Pan Bóg będzie świecił nad nimi i będą królować na wieki wieków. (Ap 22,5)
Czy jesteś może jednym z tych czytelników, którzy nie potrafią powstrzymać się przed zajrzeniem na koniec książki, aby z góry wiedzieć, czy na pewno wszystko skończy się dobrze, a pozytywny bohater odniesie zwycięstwo nad przeciwnikami?
Można uznać, że czytana dziś wizja św. Jana jest takim właśnie szczęśliwym zakończeniem historii ludzkości. Ukazuje ona ostateczne zwycięstwo pozytywnych bohaterów – Jezusa i Jego zwolenników. I nie jest przypadkiem, że czytamy te słowa w ostatnim dniu roku liturgicznego. Kościół pragnie nam przez to pokazać, dokąd zmierza nasze życie. Pragnie obudzić w nas poczucie nadziei i radosnego oczekiwania, by towarzyszyło nam ono we wszystkich dniach nadchodzącego roku.
Wyobraźmy sobie, jak wspaniałe będzie ostateczne zwycięstwo Boga! Rozważając dzisiejsze czytanie, nabierzmy ducha i wychwalajmy Boga za wszystko, co dla nas zaplanował.
Dzięki Ci, Panie, za ochłodę „rzeki wody życia, lśniącej jak kryształ” (Ap 22,1). Nie muszę już bezskutecznie tęsknić za sensem, miłością, radością. Ty dajesz mi poczucie spełnienia; Twoja rzeka gasi moje pragnienie Ciebie.
Wysławiamy Cię, Panie, bo Twoje „drzewo życia” (Ap 22,2) daje nam uzdrowienie i siłę. Nie jesteśmy już odcięci od niego przez grzech; dostęp do tego błogosławionego drzewa jest otwarty. Znowu oferujesz nam jego rozkoszny owoc!
Ale to jeszcze nie wszystko, Panie. Mówisz mi, że „nic godnego klątwy już nie będzie” (Ap 22,3) w moim życiu. W niebie nie będzie już śmierci, chorób ani nieszczęść. Otrzesz z moich oczu wszelką łzę, a „śmierci już nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu” (Ap 21,4).
Panie, Ty obiecujesz również, że „już nocy nie będzie” (Ap 22,5), gdyż Ty sam będziesz świecił nad nami. Nie będzie już zamętu! Nie będzie pokus! Nie będzie ciemności, winy ani grzechu!
O Panie, jak wielki jest mój podziw!
Obiecałeś, że stanę przed Twoim niebieskim tronem i wreszcie zobaczę Cię twarzą w twarz. Nie będzie już zasłony między nami. Zobaczę Cię i będę całkowicie do Ciebie należeć!
Dziękuję Ci, Panie, za tę wizję, która daje mi radość, nadzieję i moc. Dziękuję Ci, Jezu, za to, że jesteś ze mną tu, na ziemi, i czynisz wszystko, aby moja wędrówka mogła zakończyć się szczęśliwie!
„Jezu, dziękuję Ci za obietnicę nieba! Ufam Tobie, Panie!”
Ps 95,1-7
Łk 21,34-36

Niedziela, 2 grudnia
Jr 33,14-16
Oto nadchodzą dni – wyrocznia Pana… (Jr 33,14)
Zwykle odbieramy historię Bożego narodzenia jako jeden prosty ciąg wydarzeń. W rzeczywistości jednak składa się ona z wielu pojedynczych historii, z których każda mówi nam coś wyjątkowego o przyjściu na świat Chrystusa. Scena zwiastowania ukazuje otwarcie Maryi na Boże plany. Historia Zachariasza i Elżbiety opowiada o Janie Chrzcicielu – poprzedniku Jezusa – który został powołany jeszcze w łonie matki. Opowieści o pasterzach i mędrcach przekonują nas, że warto jest szukać Jezusa.
Ale jest jeszcze inna historia, o której nie myślimy zbyt często. Jest to historia właściciela gospody, który zamknął drzwi przed Maryją i Józefem, zmuszając ich do szukania schronienia w grocie. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że ów gospodarz znalazł jednak dla nich miejsce. To jego gospoda byłaby czczona przez cały świat. Na jej miejscu wybudowano by wspaniały kościół, do którego pielgrzymowałyby kolejne pokolenia wiernych.
W tym rozpoczynającym się Adwencie nie naśladujmy właściciela gospody, który zmarnował niepowtarzalną okazję przez to, że nie znalazł miejsca dla Jezusa.
Wielu z nas w czasie nadchodzących świąt spotka się z rodziną i przyjaciółmi. Każdy, kto był już gospodarzem takich spotkań, wie dobrze, jak wiele czasu pochłaniają przygotowania. Chcemy przecież odpowiednio przyjąć naszych gości; chcemy, by wszystko było jak należy. I chociaż wymaga to wiele pracy, podejmujemy ją chętnie, a perspektywa ujrzenia bliskich zgromadzonych przy świątecznym stole czyni ją dla nas lżejszą.
Przyjmijmy tę samą postawę wobec Jezusa. Trwajmy w radosnym oczekiwaniu, nawet jeśli będzie wymagało to od nas większego wysiłku. Wykorzystujmy wszelkie okazje do dłuższej modlitwy, czytania Pisma Świętego, a jeśli to tylko możliwe, weźmy udział w roratach i rekolekcjach adwentowych. Starajmy się też okazywać więcej miłości tym, których mamy wokół siebie.
Dzisiejsze pierwsze czytanie mówi nam, że „nadchodzą dni” (Jr 33,14), w których Bóg nawiedzi swój lud. Poświęćmy nachodzące dni Adwentu na przygotowanie naszych serc, aby Jezus znalazł w nich dla siebie otwarty i wygodny dom.
„Panie, pomóż mi w tym rozpoczynającym się Adwencie znajdować czas dla Ciebie”.
Ps 25,4-5.8-10.14
1 Tes 3,12--4,2
Łk 21,25-28.34-36

Poniedziałek, 3 grudnia
Iz 2,1-5
Wszystkie narody do niej popłyną. (Iz 2,3)
Blisko osiemset lat przed Chrystusem prorok Izajasz przepowiadał, że całe narody przybędą do Izraela, aby uczyć się dróg Bożych. „Bo Prawo pochodzi z Syjonu i słowo Pańskie – z Jeruzalem” (Iz 2,4) – głosił, przewidując, że to słowo pociągnie wszystkich do Boga. Dziś, gdy od czasów Izajasza dzielą nas niemal trzy tysiąclecia, jego proroctwo jest ciągle aktualne, będąc przykładem tego, jak Stary Testament wypełnia się w Jezusie. To Jego Dobra Nowina „wystrzela ponad pagórki”, przyciągając do Niego ludzi wszystkich pokoleń.
Ewangelia idzie w świat, a „narody do niej płyną”. Jest to wciąż powracający temat w Piśmie Świętym. W Księdze Rodzaju Bóg mówi Abrahamowi, że „przez niego otrzymają błogosławieństwo wszystkie ludy ziemi” (Rdz 18,18). Następnie w Księdze Wyjścia widzimy tłum cudzoziemców wychodzących wraz z Izraelitami z Egiptu, aby czcić Boga (Wj 12,38). Jeszcze później Moabitka Rut opuszcza swoją ojczyznę i swoich bogów, aby wraz ze swą teściową, Noemi, udać się do Izraela (Rt 1,16). Stary Testament zawiera wiele innych, podobnych historii.
Z kolei w dzisiejszej Ewangelii widzimy, jak Jezus uzdrawia sługę rzymskiego setnika – poganina, niemającego bezpośrednich powiązań z ludem przymierza. Jezus stwierdza jednak, że „wielu przyjdzie ze wschodu i z zachodu” (Mt 8,11), aby zasiąść do stołu w królestwie Bożym. Wreszcie w Księdze Apokalipsy widzimy wielki tłum „z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków” (Ap 7,9), zgromadzony przed tronem Boga w chwale nieba.
Dziś Ewangelia idzie w świat poprzez misjonarzy pracujących w obcych krajach, przez ludzi dzielących się miłością Chrystusa na ulicach naszych miast, w schroniskach dla bezdomnych, więzieniach czy szpitalach. Dzięki posłudze tych niezliczonych ewangelizatorów ludzie „płyną” do Boga.
Ty także masz do odegrania konkretną rolę. Nie musisz być prorokiem ani misjonarzem, żeby głosić swoim życiem Dobrą Nowinę o Chrystusie.
Możesz spełniać codzienne akty miłości i dobroci wobec ludzi żyjących wokół ciebie. Możesz odwiedzić chorą sąsiadkę i obiecać jej modlitwę – a nawet pomodlić się razem z nią. Możesz zaprosić samotną osobę z pracy na wspólny wyjazd. Możesz pomóc w przygotowaniu dzieci i młodzieży do sakramentów w swojej parafii lub włączyć się w realizację innych inicjatyw parafialnych.
Poprzez te wszystkie działania Ewangelia może docierać do ludzi, którzy dzięki temu przybliżą się do Boga.
„Panie, uczyń mnie świadkiem Twojej miłości”.
Ps 122,1-2.4-9
Mt 8,5-11

Sobota, 8 grudnia
Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny
Ef 1,3-6.11-12
W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata. (Ef 1,4)
Przypomnij sobie sytuację, w której padł na ciebie jakiś zaszczytny wybór. Może pracodawca wybrał cię spośród innych kandydatów na prestiżowe stanowisko. Może zostałeś kapitanem drużyny, liderem wspólnoty, przewodniczącym jakiegoś gremium, które wybrało cię ze względu na twoje zdolności kierowania zespołem. Są to zazwyczaj bardzo przyjemne chwile. Przypomnij sobie to uczucie, kiedy uświadomiłeś sobie, że twój przyszły mąż (czy żona) wybrał właśnie ciebie, aby spędzić z tobą resztę życia.
Wierzymy, że Bóg wybrał Maryję na Matkę Boga jeszcze przed założeniem świata. I ponieważ wybrał Ją do tak wyjątkowej roli, przygotował Ją w szczególny sposób. Zachował Ją od grzechu pierworodnego i powierzył pobożnym, wiernym rodzicom.
Ten sam Bóg, który wybrał Maryję, wybrał również ciebie – i to także „przed założeniem świata”. Znał cię. Chciał twojego przyjścia na świat. Pragnął ciebie tak bardzo, że posłał swego Syna, aby cię odkupił, tak byś dzięki temu mógł przebywać z Nim na wieki.
Fakt, że zostałeś wybrany przez Boga „przed założeniem świata”, oznacza, że jesteś kochany nie za to, czego dokonałeś, ale za to, kim jesteś. To, że masz dzisiaj imponujące CV i kierujesz zespołem ludzi, w ostatecznym rozrachunku nie ma większego znaczenia. Wszystkie te zaszczyty i honory bledną wobec tego, że Bóg cię wybrał i kocha takiego, jakim jesteś. Nie jesteś małym pionkiem zagubionym w masie ludzkości. Masz wielką wartość w oczach Bożych.

Niedziela, 16 grudnia
Flp 4,4-7
Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! (Flp 4,4)
Św. Paweł wierzył, że radość jest postawą, którą powinniśmy pielęgnować zawsze, nawet jeśli sprawy nie układają się po naszej myśli. W stosunkowo krótkim Liście do Filipian wspomina o radości aż piętnaście razy, a nie zapominajmy, że Paweł pisał ten list podczas pobytu w więzieniu! Nie pozwalał jednak, by okoliczności zewnętrzne pozbawiły go radości.
W jaki sposób udawało mu się zachować radość? Po pierwsze, cieszył się miłością Jezusa. Cofając się o zaledwie dwa rozdziały Listu do Filipian, znajdziemy hymn wysławiający Jezusa, który zechciał ogołocić samego siebie, stać się człowiekiem i umrzeć za nas na krzyżu (Flp 2,7-8). W następnym zaś rozdziale Paweł pisze: „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana” (Flp 3,8). Myśl o miłości Jezusa – miłości, która dobrowolnie oddaje siebie – nieustannie napełniała go radością.
Po drugie, Paweł radował się także wiarą Filipian. Byli oni jego radością i chwałą (Flp 4,1). Byli jego drogimi przyjaciółmi, mającymi „udział w szerzeniu Ewangelii” (Flp 1,5). Paweł cieszył się z tego, że jego bracia i siostry kochają go i wspierają na drodze wiary.
Wszyscy przeżywamy próby i cierpienia, ale Jezus wzywa nas do radości niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy zbierają się nad nami chmury – a już zwłaszcza w czasie, gdy przygotowujemy się do świąt Bożego Narodzenia. Gdyby Paweł był dzisiaj z nami, zachęcałby nas do patrzenia na wszystko, co się dzieje, na całe nasze życie przez pryzmat Bożej miłości. Zachęcałby do powierzenia Bogu wszystkich naszych lęków i zachowania pokoju wewnętrznego w każdej sytuacji. Zachęcałby nas do modlitwy w trudnych chwilach i szukania nawet wtedy powodów do radości.
Jezus tak wiele dla nas uczynił. Doceńmy to, ciesząc się Jego miłością – i dzieląc się tą radością z ludźmi, których mamy wokół siebie.
„Panie, pomóż mi trwać w radości, zwłaszcza gdy staję wobec trudnych wyzwań życiowych”.
So 3,14-17
(Ps) Iz 12,2-6
Łk 3,10-18

Wybranie przez Boga oznacza również to, że ma On plan i cel dla twojego życia. Ty sam i twoja życiowa misja nie są bez znaczenia. Każdy z nas, jak mówi papież Franciszek, „jest misją; jest planem Ojca, by odzwierciedlać, ucieleśniać w danym momencie dziejów, pewien aspekt Ewangelii” (Gaudete et exsultate, 19).
Dziś, radując się wyjątkową rolą Maryi w Bożym planie, proś Boga, aby pokazał ci, jak bardzo jesteś dla Niego ważny. Proś Go, by objawił ci swoją niewyobrażalną miłość, którą umiłował cię przed założeniem świata.
„Święta Maryjo, módl się za mnie, abym zrozumiał, jak wspaniale jest być wybranym przez Boga!”
Rdz 3,9-15
Ps 98,1-4
Łk 1,26-38

Niedziela, 23 grudnia
Hbr 10,5-10
Usuwa jedną ofiarę, aby ustanowić inną. (Hbr 10,9)
Dziś, dwa dni przed uroczystością Bożego Narodzenia, czytania mszalne mówią nam o nowości, jaką niosą narodziny Jezusa. Autor Listu do Hebrajczyków powiada, że Jezus przyszedł, aby usunąć jedną ofiarę, a ustanowić nową, inną. O jakie ofiary tu chodzi?
Pierwszą ofiarą, usuniętą przez Jezusa, jest cały system darów i całopaleń dokonywanych w świątyni jerozolimskiej (Hbr 10,8). Nadszedł już kres składania byków i kozłów w ofierze za grzechy. W miejsce tych ofiar Jezus ustanowił nową ofiarę: „Oto idę, aby spełnić wolę Twoją” (Hbr 10,9). Zastąpił niezliczone ofiary swoją własną ufnością i posłuszeństwem.
Bóg nie potrzebuje naszych ofiar. Nie musimy Go przekonywać, że jesteśmy godni Jego miłości. Nie musimy wykazywać się przed Nim, wyrzekając się wszystkiego czy zapracowując się na śmierć. On oczywiście cieszy się, widząc, jak Jego dzieci zdobywają się na ofiary dla dobra Kościoła, ale nie uzależnia od tego swojej miłości. Nie jest ona czymś, na co musimy sobie zasłużyć. Przyjmujemy ją jako hojny dar Boga – tak jak przyjmuje się prezenty złożone pod choinką.
Oczywiście nasze ofiary sprawiają radość Panu – zwłaszcza ofiary ponoszone na rzecz naszych rodzin i ludzi ubogich. Ale Boże Narodzenie podkreśla przede wszystkim miłość Jezusa, a nie nasze wysiłki; Jego ofiarność, a nie nasz trud. Zamiast żądać ofiar od nas, Jezus uczynił coś wręcz przeciwnego – sam ofiarował się za nas, stając się człowiekiem. Zamiast odrzucić nas z powodu naszych grzechów, przybliżył się do nas, aby nas odkupić. Nie naszymi ofiarami, nie naszym cierpieniem, ale swoją miłością i ofiarą.
Już jutro będziemy obchodzić Wigilię Bożego Narodzenia. Jezus po raz kolejny dokona rzeczy nowej. Wpatruj się w Niego. Pozwól Mu objawić ci tę nowość – miłość, która zbawia, i posłuszeństwo, które uświęca.
„Jezu, dziękuję Ci za Twoją miłość. Dziękuję Ci za Twoją ofiarę. Dziękuję Ci za to, że wypełniłeś wolę Ojca”.
Mi 5,1-4a
Ps 80,2-3.15-16.18-19
Łk 1,39-45

Poniedziałek, 24 grudnia
2 Sm 7,1-5.8b-12.14a.16
Sam Pan dom ci zbuduje. (2 Sm 7,11)
Po latach intryg politycznych, ciągłych ucieczek i toczenia niekończących się wojen król Dawid mógł wreszcie odetchnąć. Zarówno jego osobiści nieprzyjaciele, jak i wrogowie kraju zostali pokonani, a w Jerozolimie zapanował pokój. Król miał już nawet swój pałac! Teraz, po wszystkich poniesionych trudach, przyszedł czas, aby wybudować świątynię dla Pana – wspaniałą budowlę godną Boga, który dał Dawidowi tron.
Jednak plan Boga był inny. To Bóg miał wybudować dom dla Dawida. Miał uczynić Dawida głową dynastii, która przetrwa tak długo, jak królestwo Izraela. A w tej dynastii Bóg wzbudzi „potomka”, którego „tron będzie utwierdzony na wieki” (2 Sm 7,12.16).
Być może i ty dziś, w przeddzień Bożego Narodzenia, czujesz się trochę tak jak król Dawid. Przez cały Adwent przygotowywałeś się na przyjście Jezusa nie tylko duchowo. Kupowałeś prezenty, wysyłałeś życzenia świąteczne, szykowałeś rodzinne spotkania.
Ale może także musiałeś się zmagać z napięciami w rodzinie, problemami finansowymi, samotnością czy zawiedzionymi oczekiwaniami. Życie nie zawsze jest łatwe, a święta często uświadamiają nam to w gorzki sposób.
Niezależnie od twojego dzisiejszego stanu Bóg wie, jak wiele trudu sobie zadałeś. To, czy czujesz się przygotowany na dzisiejszy wieczór, czy też nie, nie ma już większego znaczenia. Spróbuj choć na krótką chwilę odsunąć na bok wszystkie zajęcia i odetchnąć przy Nim. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś, a teraz pozwól, by Jezus zajął się tobą. Pozwól, by wybudował w tobie swój dom – swoje miejsce spoczynku w twoim sercu.
Spróbuj więc wyciszyć się wewnętrznie, nawet jeśli masz jeszcze dużo pracy. Przeczytaj na przykład historię narodzin Jezusa z Ewangelii Mateusza i Łukasza. Albo rozważ tajemnice radosne Różańca. Możesz też posłuchać Mesjasza Haendla czy swoich ulubionych kolęd albo po prostu posiedzieć w ciszy, wpatrując się w szopkę. Nie koncentruj się na prośbach. Po prostu wycisz swoje serce i pozwól Jezusowi zatroszczyć się o ciebie.
„Oto jestem, Panie. Przyjdź i zbuduj swój dom we mnie”.
Ps 89,2-5.27.29
Łk 1,67-79

Wtorek, 25 grudnia
Narodzenie Pańskie
J 1,1-18
A Słowo stało się ciałem (…) I oglądaliśmy Jego chwałę. (J 1,14)
Wprawdzie „Boga nikt nigdy nie widział” (J 1,18), ale dziś, świętując narodziny Jezusa, słyszymy, że „Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę” (J 1,14). Widzimy bowiem Jezusa, który jest „odbiciem” istoty Boga i „odblaskiem Jego chwały” (Hbr 1,3). Obchodząc uroczystość Narodzenia Pańskiego, spróbujmy zatrzymać się przez chwilę, aby kontemplować chwałę Pana.
Możemy ujrzeć chwałę Bożą oczami Apostołów, którzy poszli za Jezusem. Widzieli, jak uzdrawia chorych, rozmnaża pożywienie, zamienia wodę w wino. Widzieli, jak wskrzesza umarłych. Widzieli Go przemienionego – gdy Jego twarz lśniła jak słońce, a szaty stały się białe jak światło (Mt 17,2). Widzieli Go zmartwychwstałego w chwale w Niedzielę Wielkanocną.
Możemy ujrzeć chwałę Bożą w objawieniach maryjnych, jakie miały miejsce w Lourdes, Fatimie czy Gwadelupie. Chwała Boża objawia się tam poprzez rozkwitłe w sposób cudowny kwiaty, tańczące słońce oraz tysiące uzdrowień i nawróceń.
Jednak dziś najprostszym sposobem ujrzenia chwały Bożej jest dla nas adoracja Dzieciątka w żłóbku. Trudno patrzeć na stajenkę betlejemską bez poruszenia serca. Pokora Boga, który uniżył samego siebie i zamieszkał pośród nas po to, by nas wywyższyć, ukazuje Jego chwałę bardziej niż wszystkie cuda i objawienia. Dlaczego? Ponieważ żłóbek nie jest znakiem mocy, ale pokornej i bezbronnej miłości.
Te wszystkie cudowne znaki nie przemówiłyby do naszych serc, gdyby nie objawiały Boga pełnego miłości. Dlatego dziś, obchodząc Boże Narodzenie, patrzmy na żłóbek, prosząc Ducha Świętego, Tego, który zechciał „olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Jezusa Chrystusa” , aby objawił nam chwałę Jego miłości i miłosierdzia (2 Kor 4,6).
„Jezu, otwórz mi oczy, abym ujrzał Twoją chwałę w Dzieciątku złożonym w żłóbku”.
Iz 52,7-10
Ps 98,1-6
Hbr 1,1-6

Piątek, 28 grudnia
Świętych Młodzianków męczenników
Mt 2,13-18
Wtedy Herod, widząc, że go mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. (Mt 2,16)
Król Herod był człowiekiem porywczym i okrutnym, a do tego żył w lęku przed utratą tronu. Gdy dochodziły do niego pogłoski o tym, że ktoś spiskuje przeciwko niemu i zamierza go obalić, wpadał w furię i zarządzał natychmiastową egzekucję rzekomego spiskowca – nawet jeśli pogłoski nie były prawdziwe. Taki los spotkał między innymi trzech jego synów i jedną z jego dziesięciu żon. Rozkaz zabicia kilkudziesięciu chłopców w Betlejem pasował do jego charakteru.
Co konkretnie wywołało gniew Heroda? Co skłoniło go do tak nagłego i bezwzględnego wystąpienia przeciwko niewinnym dzieciom? Był to prawdopodobnie lęk. Jak mówi przysłowie, kto mieczem wojuje, od miecza ginie, i Herod miał głęboko w sercu przeczucie, że kiedyś miecz obróci się przeciwko niemu. Żył więc w paranoicznym lęku i nieustannej trwodze.
To ciekawe, że lęk często kryje się za innymi emocjami, takimi jak złość, uraza, apatia czy niepokój. Czasami nawet go sobie nie uświadamiamy! Na przykład reagujemy przesadnie na niegrzeczne zachowanie dziecka, ponieważ boimy się, że będzie miało problemy z dyscypliną w szkole. Obrażamy się bez powodu, ponieważ nosimy w sobie głęboki lęk przed odrzuceniem. Rezygnujemy z prób pomocy znajomemu, którego spotkało nieszczęście, gdyż boimy się, że nie staniemy na wysokości zadania.
Nasze lęki raczej nie doprowadzą nas aż tak daleko, jak króla Heroda. Mogą jednak wyrządzić wiele szkód nam samym i bliskim nam ludziom. Pierwszą z nich jest zwykle przekonanie, że nie mamy żadnej drogi wyjścia. Czujemy się tak zniewoleni lękiem, że nie jesteśmy już w stanie nawet wyobrazić sobie życia bez niego. A jednak jest to możliwe, gdyż dla Boga wszystko jest możliwe.
Lęk nie musi tobą rządzić – a zwłaszcza ten ukryty, zagrzebany głęboko! Dziś na modlitwie zapytaj Jezusa, czy nie nosisz w sobie jakichś nienazwanych lęków, i posłuchaj, co On wkłada ci w serce. Jeśli coś przychodzi ci na myśl, proś Jezusa o pomoc. Może nie od razu poczujesz się lepiej, ale nie poddawaj się – proś wytrwale!
„Jezu, nie chcę żyć w niewoli lęku. Wyzwól mnie ze wszystkiego, co mnie więzi”.
1 J 1,5--2,2
Ps 124,2-5.7-8

 

MAGAZYN:

CZY TY JESTEŚ MESJASZEM?
Dylematy Jana Chrzciciela


Jest zimno i ciemno. Już od miesiąca nie widziałem słońca. Ani też księżyca czy gwiazd. Nie mam pojęcia, która jest godzina, chyba że akurat przynoszą mi jedyny w ciągu doby posiłek – wtedy wiem, że jest dzień.
A kiedy Herod przychodzi zadawać mi pytania, wiem, że na pewno jest noc, ponieważ tylko wtedy może wymknąć się spod kurateli Herodiady, która nie ścierpiałaby żadnych jego kontaktów ze mną.
Witajcie w lochach Macherontu. Tak, to straszne miejsce. Ale nigdy dotąd nie doceniałem daru czasu tak bardzo, jak teraz. Mam doskonałą okazję do rozmyślań, a trzeba przyznać, że mam wiele do przemyślenia. Opuściłem swoją wioskę w górzystej krainie nieopodal Jerozolimy w odpowiedzi na Boże wezwanie do wyjścia na pustynię. Teraz jednak zmagam się z samym Bogiem i z moim powołaniem. Nie chodzi mi nawet o więzienie. Zastanawiam się, czy dobrze odczytałem swoją misję.
Przez wszystkie te lata studiowałem proroków i głosiłem rychłe nadejście Mesjasza. Wzywałem ludzi do nawrócenia, aby mogli uniknąć grożącego im spalenia ogniem sądu Bożego. Ale z wieści przynoszonych przez moich uczniów wynika, że działalność mego krewnego, Jezusa, nie do końca zgadza się z tym, co głosiłem. Czy rzeczywiście to On jest Pomazańcem Boga? A jeśli tak, to jak będzie wyglądało królestwo Boże?

INACZEJ,
NIŻ SIĘ SPODZIEWAŁEM
Pozwólcie, że wyjaśnię. Moje powołanie sięga czasów dzieciństwa. Mój ojciec był kapłanem – nie dzięki święceniom, ale dlatego, że pochodził z kapłańskiego rodu. Odkąd zaczął uczyć mnie Tory, zafascynowali mnie prorocy. Najbardziej lubiłem Jeremiasza, gdyż prorokował o sądzie Bożym. Byłem zafascynowany jego przesłaniem, a zwłaszcza tą jego częścią, która mówi o pustyni – że jest ona miejscem, gdzie Bóg zacznie odnawiać swój lud. Jeremiasz nigdy się nie ożenił. Ja także czułem, że żona i dzieci utrudniłyby mi pójście za głosem Boga.
Wkrótce po moim bar micwa moi rodzice odeszli do Pana. Chcieli mnie przygarnąć krewni, ale ja miałem inny pomysł. Tak wielu w Izraelu uważało się za lud wybrany przez Boga, a jednocześnie łamało Jego przykazania. Sądzili, że On o to nie dba. Nawet niektórzy z kapłanów świątynnych uważali, że aby być miłym Bogu, wystarczy składać Mu przepisane ofiary. Wielu z nich wypełniało pieczołowicie nasze umiłowane rytuały, ale wcale nie zależało im na tym, by zachować czystość serca.
Moje serce zaczął poruszać Duch proroków. Ogień sądu był tak blisko, że niemal czułem jego żar. Opuściłem swą otoczoną winnicami wioskę, aby wyruszyć na pustynię nad Jordanem. Żyłem tam przez lata, odziany w skóry, żywiąc się szarańczą i miodem leśnym, i nasłuchiwałem głosu Pana. W końcu nie mogłem dłużej milczeć – zacząłem ryczeć jak pustynny lew. Zewsząd, nawet z Jerozolimy, schodzili się ludzie, aby usłyszeć, co takiego mam im do powiedzenia. Niektórzy z nich zostali moimi uczniami. Moje wołanie: „Nawróćcie się!”, dotykało serc wielu ludzi, którzy wyznawali swoje grzechy, a ja na znak ich oczyszczenia obmywałem ich w rzece.
Miałem pewność, że czynię coś wyjątkowego. Nie był to rodzaj rytualnego obmycia, jakiego dokonywano w mykwie przed wejściem do świątyni. Nie była to też ofiara przebłagalna, mająca zadośćuczynić za ludzkie winy. Było to przygotowanie na przyjście Mesjasza Bożego. Niektórzy wyobrażali Go sobie jako króla zdobywcę. Ale nie ja. Ja wierzyłem, że będzie On świętym Sędzią.
Przeżyłem prawdziwy wstrząs, kiedy ten Sędzia, Jezus z Nazaretu, przyszedł poprosić mnie o chrzest! Dzień był gorący, a kolejka chętnych tak długa, że nie od razu zauważyłem, Kto do niej dołączył. Nagle podniosłem głowę i oto stał przede mną On – Mesjasz, Pomazaniec Boży. „To nie w porządku” – pomyślałem.

CHRZEST NOWEGO ŻYCIA
„Zaraz, zaraz – wykrztusiłem. – To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie jako penitent razem ze wszystkimi”.
Zszedł z brzegu do błotnistej wody, brodząc w moim kierunku. Powiedziałem do Niego cicho: „Nie powinienem tego robić. Nie jestem godzien nawet rozwiązać Ci rzemyka u sandałów”.
„Tak trzeba – odrzekł. – Przychodzę wziąć na siebie grzechy mego ludu i całego świata. Zaprawdę powiadam ci, Janie, że stanę przed Ojcem zamiast nich”. Wzdrygnąłem się na myśl, że ogień, jaki zapowiadałem, może dotknąć Jego samego – Człowieka, z którym łączyły mnie więzy krwi.
Kiedy moja dłoń delikatnie zanurzyła Jego głowę w wodzie, wyglądał, jakby umierał, jakby dławiły Go wszystkie grzechy ludzkości. Ale nie pozostał długo pod powierzchnią. Gdy się wynurzył, tryskał życiem i radością. Grzechy zostały zatopione. Tego właśnie pragnął.
Potem wydarzyły się trzy rzeczy. Najpierw ujrzałem niebo rozdarte na dwoje, z którego emanowało oślepiające światło. Na Jego głowie spoczęła gołębica, przypominająca mi tamtą gołębicę, która kiedyś powróciła do Noego, ogłaszając nowe stworzenie. A potem rozległ się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”.
Czułem się tak, jakbym to ja sam został zanurzony – nie w wodzie, ale w wielkiej i potężnej miłości. Na chwilę zapomniałem o szalach sprawiedliwości. Zapomniałem o ogniu Bożego gniewu. Tu działo się coś o wiele większego i bardziej tajemniczego niż to, co objawił mi Bóg. Ten dzień stał się dla nas obu początkiem drogi – dla Niego drogi działalności publicznej, dla mnie drogi odkrywania prawdy.
Po naszym rozstaniu dalej pościłem, modliłem się i głosiłem nawrócenie. W międzyczasie niektórzy z moich najlepszych uczniów przeszli do Jezusa. Wiedziałem, że tak będzie. Podczas gdy On ewangelizował w miastach, ja trzymałem się pustyni. Był to mój dom i miejsce, gdzie – jak sądziłem – wezwał mnie Bóg, abym przygotował drogę Panu. Nie widziałem przed sobą innej drogi.

POSŁUGA MIŁOSIERDZIA
Pewnego razu któryś z penitentów przyniósł mi nowinę, która potwierdziła potrzebę publicznej pokuty. Król Herod Antypas zabrał żonę swemu bratu i poślubił ją. Kiedy po kilku dniach przejeżdżał w pobliżu królewski rydwan, zawołałem: „Nie wolno ci mieć żony swego brata! Nawróć się!”. Nazajutrz przybyli żołnierze Heroda i zabrali mnie do Macherontu.
Bóg okazał się jednak łaskawy, gdyż Herod wykazuje się dużą ciekawością. Odwiedza mnie nawet tu, w lochu, by zadawać mi pytania. Pozwala też na odwiedziny moich uczniów. W zeszłym miesiącu kazałem im powrócić do Galilei i szukać znaków Bożego sądu, którego, jak byłem przekonany, Jezus musiał dokonywać. Powiedziałem im: „Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym” (Mt 3,12). „Wróćcie i opowiedzcie mi o tym, jak On to robi” – poleciłem. Kiedy wrócili trzy tygodnie temu, byłem zdumiony tym, co od nich usłyszałem. Jezus nie tylko uzdrawiał chorych, ale także chodził na przyjęcia do znanych grzeszników, takich jak celnicy. Upominał uczonych w Piśmie i faryzeuszy, a bronił cudzołożnych kobiet na ulicach.
„Panie Boże – pytałem. – Czyżbym źle odczytał Pisma? Jak On może być Mesjaszem?”
Zmagałem się z tym pytaniem przez wiele bezsennych nocy. Jego działalność była zupełnie inna, niż się spodziewałem. Czy wskazałem niewłaściwą Osobę? Czy moja nadzieja złożona w Jezusie była płonna? Postanowiłem dociec, czy całe dzieło mojego życia nie poszło na marne. W zeszłym tygodniu zdecydowałem się posłać do Jezusa uczniów z prostym lecz odważnym pytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” (Mt 11,3). Jego odpowiedź miała przesądzić sprawę.

DOBRA NOWINA W DZIAŁANIU!
„I co powiedział?” – zapytałem ich z niepokojem, gdy tylko powrócili.
„Że jesteś prorokiem, a nawet więcej niż prorokiem” – odrzekli.
„Tak, ale czy On jest Tym, którego przepowiadali prorocy? – nalegałem. – Tym, który wprowadzi królestwo Boże?”
Powtórzyli mi więc odpowiedź Jezusa: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię”. A potem dodał jeszcze: „A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie” (Mt 11,5-6).
To ostatnie zdanie poruszyło mnie do żywego. Jak mogłem Go tak zupełnie nie zrozumieć? Powiedział mi: „Spójrz na owoce mojej posługi. Ludzie odzyskują zdrowie, nadzieję, rozpoczynają nowe życie”. Mesjasz przyszedł, by dokonać czegoś jeszcze wspanialszego niż to, czego się spodziewałem. Widzę teraz, że nie tylko nie zrozumiałem Jezusa, ale też błędnie odczytałem proroków, przynajmniej tam, gdzie mówią o nowym życiu. Jezus nie tylko zacytował obietnice dane Izraelowi, ale wypełnił je zgodnie z tym, co mówili wszyscy prorocy o Bożym miłosierdziu. Nawet mój ukochany Jeremiasz pisał: „Oto wyszli z płaczem, lecz wśród pociech ich przyprowadzę” (Jr 31,9). „Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też podtrzymywałem dla ciebie łaskawość” (Jr 31,3).
Łzy napływają mi do oczu. Może to dlatego, że zaczynam widzieć oczami Jezusa. Przypomina mi się Jego chrzest. Czuję ciepło w sercu. Widzę niebo otwarte, z którego zstępuje gołębica. Słyszę głos Ojca i Jego miłosierdzie roztapia moją surowość. To miłość, nie gniew, zdobędzie świat. Groziłem sądem i zebrałem garstkę uczniów. On głosi miłosierdzie i biegnie do Niego cały świat. Ja także, choć jestem w łańcuchach. ▐

 

„ODBUDUJ MÓJ DOM”
Jak św. Franciszek z Asyżu pomógł mi podjąć nową służbę po wojnie

Św. Franciszek kojarzy się nam przede wszystkim z kaznodzieją przemawiającym do ptaków i biedaczyną, który wyrzekł się majątku należnego mu z urodzenia. Ma on jednak jeszcze inną, dla mnie szczególnie ważną tożsamość, a mianowicie jest weteranem wojennym. Podobnie jak święci Ignacy Loyola czy Marcin z Tours, Franciszek powrócił z pola bitwy jako inny człowiek. Będąc weteranem wojny w Iraku, mogę się z nim w jakimś sensie identyfikować.
Ostatecznie Franciszek odbudował swoje życie dzięki interwencji Boga – tak samo stało się ze mną. Tylko że w moim procesie uzdrowienia właśnie Franciszek odegrał ważną rolę. Pomógł mi znaleźć nową służbę, kiedy już odszedłem ze służby czynnej.

„PIELĘGNUJ
DUCHA MODLITWY”
Moja przygoda z wojskiem rozpoczęła się w 1986 roku. Od dwunastu lat byłem franciszkaninem. Moja codzienna poranna rutyna wyglądała w taki sposób, że najpierw czytałem Pismo Święte, a następnie wychodziłem pobiegać po mieście. Był to dla mnie cenny czas, w którym rozważałem przeczytane słowo. Pewnego dnia podczas porannego joggingu wszedłem do Ośrodka Rezerwy Marynarki Wojennej, żeby napić się wody – i wyszedłem z informacjami na temat posługi kapelanów w wojsku.
Postanowiłem się zgłosić. Niedługo potem zostałem mianowany kapelanem Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych i odkryłem, że ten rodzaj posługi kapłańskiej bardzo mi odpowiada. Lubiłem aktywność fizyczną, a ponieważ osiągnąłem pełnoletniość podczas wojny wietnamskiej (choć nie służyłem w wojsku), chciałem „wypełnić swoją powinność”. W 2004 roku otrzymałem szansę i to niezwykle trudną – mój regiment został wysłany za granicę, aby uczestniczyć w operacji Iracka Wolność.
Wyznaczono nas do najtrudniejszej misji bojowej w wojnie irackiej – bitwy o Faludżę. Jako jedyny ksiądz katolicki na terenie działań bojowych, musiałem wciąż przenosić się z miejsca na miejsce, nawet gdy wszędzie wokół mnie kolejne eksplozje raniły i zabijały ludzi.
Był to dla mnie wyjątkowo trudny czas, w którym utrzymywałem równowagę duchową dzięki trzymaniu się rady moich franciszkańskich przełożonych: „W każdych okolicznościach pielęgnuj ducha modlitwy”. Ta rada pozwoliła mi zachować przytomność umysłu, kiedy całymi dniami stykałem się ze śmiercią. Modliłem się Liturgią godzin w pojeździe terenowym, w temperaturze prawie czterdziestu stopni Celsjusza. Modliłem się z rannymi i konającymi. Stała modlitwa pomagała mi służyć nawet w najbardziej traumatycznych, wstrząsających sytuacjach.

ŚW. FRANCISZEK,
ZRANIONY WOJOWNIK
W tych chwilach misji, gdy możliwy był dostęp do komputera, czekałem w długich kolejkach, żeby sprawdzić pocztę elektroniczną. Przesyłane mi przez mojego kierownika duchowego w Stanach refleksje na temat bojowych doświadczeń św. Franciszka stały się dla mnie drugim źródłem pokarmu duchowego.
Mój kierownik duchowy opisywał św. Franciszka jako lubiącego rozrywki hulakę, który pragnął zostać rycerzem, ale przekonał się, że nie jest to wcale takie wspaniałe. Franciszek przez rok był jeńcem wojennym i ten czas naznaczył go na całe życie. Wrócił do domu poważniejszy, nawet przygaszony. Jeszcze po latach, będąc już zakonnikiem, miewał koszmary nocne, w których chodziły po nim szczury. Czy był to zespół stresu pourazowego? Nigdy się tego nie dowiemy, ale jest to możliwe.
Wojenne doświadczenia Franciszka znalazły we mnie żywy oddźwięk. Gdy wojna szalała w najlepsze, dowiedziałem się, że umiera moja matka, i pojechałem na krótki urlop do domu, żeby się z nią pożegnać. Moja rodzina uznała, że wyglądam strasznie. Jeśli wyglądałem przynajmniej w połowie tak źle, jak się czułem, mieli rację. Wszędzie, gdzie się udałem, stykałem się ze śmiercią, a każda tragedia powodowała, że traciłem cząstkę siebie. Mój kierownik duchowy porównywał te zranienia do stygmatów. Zachęcał mnie też do dalszej refleksji nad życiem św. Franciszka.

REFLEKSJE
W ŚWIĘTYCH MIEJSCACH
Po wojnie w Iraku jeszcze przez pięć lat pozostawałem w służbie czynnej. Powoli dochodziłem do siebie, zaczynając od powrotu do ćwiczeń fizycznych. Jak powiedział jeden terapeuta, moje ciało wróciło do domu na długo przed duszą. Dopiero po przejściu na emeryturę w lipcu 2010 roku zacząłem leczyć głębokie rany wewnętrzne spowodowane doświadczeniami wojennymi.
W tym celu poprosiłem przełożonych o pozwolenie na 800-kilometrową pieszą pielgrzymkę szlakiem Camino de Santiago w Hiszpanii – którym podobno pielgrzymował także św. Franciszek. Te kilka tygodni spędziłem na samotnej modlitwie i refleksji. Kiedy czułem się wyczerpany i byłem już gotów zrezygnować, mój towarzysz drogi powtarzał: „Idź dalej”. Przyjmowałem te słowa jako pochodzące od Boga. Tak więc pielgrzymowałem dalej, opowiadałem swoją historię innym pielgrzymom i słuchałem ich historii. Przez te spotkania Bóg pokazywał mi, że wszyscy jesteśmy poranieni i potrzebujemy uzdrowienia.
Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy otrzymałem nowe światło dotyczące św. Franciszka, które ogromnie mi pomogło. Dotyczyło one obrazu ran wojennych jako swego rodzaju stygmatów, czyli ran Chrystusa. Podobnie jak rany Jezusa nigdy nie zniknęły – nawet po zmartwychwstaniu – tak i zranienia spowodowane wojną nigdy nie znikną do końca. Prawda ta urzeczywistniła się także we Franciszku – pierwszej osobie (i jednocześnie weteranie wojennym), o której wiemy, że posiadała stygmaty.
Jednak w przypadku Franciszka rany nabrały sensu dzięki jego służbie braciom. Po doświadczeniach wojennych Franciszek z całych sił starał się naśladować Jezusa, służąc z miłością swoim braciom. Wszystkie jego działania – odbudowa kaplicy w San Damiano czy założenie zakonu franciszkańskiego – wyrosły z pragnienia służby, pomimo doznanych zranień. My, weterani wojenni, także znajdujemy sens w służbie po powrocie z wojny – nawet jeśli nasze zranienia są ciągle niezabliźnione.

„ODBUDUJ MÓJ DOM”
Doświadczenie wędrówki do Santiago de Compostela okazało się dla mnie tak uzdrawiające, że kierownik franciszkańskiego biura pielgrzymkowego poprosił mnie o prowadzenie pielgrzymek do Asyżu dla weteranów wojennych. Podczas tych wyjazdów udajemy się śladami św. Franciszka z pola bitwy, przez więzienie, aż do LaVerna, gdzie otrzymał stygmaty.
Jednym z najbardziej wzruszających przystanków jest miasteczko Poggio Bustone. To tam Franciszek doświadczył przebaczenia wszystkich swoich dawnych grzechów – także tych popełnionych w czasie bitwy – i to doświadczenie zmieniło jego życie. Wielu weteranów powierza tam Bogu swoje własne zmagania z grzeszną przeszłością, otrzymując dar Bożego przebaczenia i pokoju.
Dla nich i dla mnie te uzdrawiające podróże są żywym doświadczeniem słów skierowanych przez Jezusa do Franciszka w zrujnowanej kaplicy San Damiano: „Odbuduj mój dom”. Franciszek sądził, że Jezus mówi o materialnym domu Bożym, i rzeczywiście tak było. Ale Jezus zapraszał go także – i zaprasza każdego z nas – do odbudowy samego siebie oraz do odbudowy Kościoła i świata, poprzez ponowne oddanie swego życia na służbę. Prowadząc te pielgrzymki, odkryłem dla siebie nowe miejsce służby. ▐

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 12 (304) 2018



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO GRUDNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Grudniowy numer „Słowa wśród nas”, zatytułowaliśmy: „Oto ja, służebnica Pańska”. W Adwencie towarzyszymy Maryi w Jej oczekiwaniu na narodziny Syna. Uczymy się od Niej mówienia Bogu „tak”, pokornego przyjmowania Jego woli, a także rozważania w sercu wszystkiego, co Bóg czyni w naszym życiu – i o tym piszemy w pierwszych dwóch artykułach wstępnych. Trzeci, pod tytułem; „Numer jeden na mojej liście” stanowi osobiste świadectwo więzi z Maryją Joe Difato, amerykańskiego wydawcy naszego pisma. 

W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych.
W Magazynie proponujemy artykuł o dylematach św. Jana Chrzciciela „Czy Ty jesteś Mesjaszem” oraz dwa świadectwa, jedno z nich napisane przez kapelana wojskowego. W ramach Naszych lektur polecamy książkę dla dzieci – pięknie ilustrowaną „Pieśń gwiazd”, doskonały prezent pod choinkę. Ponadto, jak zwykle, zamieszczamy Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Zachowywała wszystkie te sprawy w swoim sercu
Wraz z Maryją rozważamy tajemnicę Bożego Narodzenia............................ 4

Bądź pozdrowiona, łaski pełna
Maryja uczy nas żyć w pokoju Chrystusa.................. 10

Numer jeden na mojej liście
Szczególne miejsce Maryi w moim sercu...................16

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 grudnia...................21

MAGAZYN

Czy Ty jesteś Mesjaszem?
Dylematy Jana Chrzciciela – O. George Montague SM...................49

Świąteczna lekcja gościnności
– Donna Marie Klein................................................. 54

„Odbuduj mój dom”
Jak św. Franciszek z Asyżu pomógł mi podjąć nową służbę po wojnie – O. Conrad Targonski OFM......... 57

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................. 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Gdyby zapytano mnie, który ze świętych wywarł największy wpływ na moje życie, odpowiedziałbym bez chwili wahania, że Najświętsza Maryja Panna. Wierzę, że Jej wstawiennictwo ratowało mnie wielokrotnie, począwszy od chwili, kiedy jako zaledwie roczne dziecko zapadłem na chorobę zagrażającą życiu. Jednak czczę Maryję nie tylko dlatego, że mi pomagała. Jeszcze ważniejsze jest dla mnie to, jaka Ona jest – że jest tak bardzo kochająca i współczująca, pełna pokoju, pokorna, posłuszna i rozmodlona.
Maryja jest jedną z najbardziej czczonych osób, jakie kiedykolwiek przyszły na świat. Rzeczywiście, błogosławią Ją „wszystkie pokolenia” (Łk 1,48). Także dziś, w świecie, który coraz bardziej oddala się od Boga, ludzie ze wszystkich krajów podziwiają tę młodą Dziewczynę z Nazaretu. Wydaje się, że nikt nie ma Jej nic do zarzucenia!
W pierwszych dwóch artykułach naszego adwentowego numeru chcemy przyjrzeć się temu, w jaki sposób Maryja przeżywała swoją wiarę. Zobaczymy Jej wielką ufność w Panu, gdy powiedziała aniołowi swoje „tak”. Zobaczymy, jak rozważała i chowała w sercu wszystko, co Bóg czynił w Jej życiu. Wreszcie, w ostatnim artykule, pragnę podzielić się tym, w jaki sposób Maryja wpłynęła na moje własne życie.
Co roku podczas Bożego Narodzenia świętujemy „radość wielką” (Łk 2,10) z narodzenia Jezusa, naszego Zbawiciela. Nikt na świecie nie doświadczył mocniej tej dobrej nowiny niż Maryja. Obyśmy wszyscy uczyli się nosić Jezusa w naszych sercach z taką miłością i pokorą, z jaką Maryja nosiła Go w swoim łonie.
***
W grudniu 1981 roku wydrukowaliśmy i rozprowadziliśmy tysiąc egzemplarzy pierwszego numeru naszego pisma. Dziś, po trzydziestu siedmiu latach, drukujemy ponad 700 tysięcy egzemplarzy miesięcznie, rozprowadzając je wśród czytelników w ponad stu krajach, a w Adwencie i Wielkim Poście drukujemy dodatkowy milion egzemplarzy. Jest dla nas oczywiste, że Bóg błogosławił nam w ciągu tych lat – i, jak ufam, błogosławił przez to pismo także Wam wszystkim. Dlatego z mieszanymi uczuciami informuję, że jest to mój ostatni numer jako wydawcy „Słowa wśród nas”.
Chcę podziękować Wam wszystkim za modlitwy, a także za tysiące listów i wiadomości elektronicznych, jakie do mnie wysyłaliście. Nie zawsze byłem w stanie odpowiedzieć, ale czytałem je wszystkie i każda z nich poruszała moje serce.
Chcę Was także zapewnić, że pismo jest w dobrych rękach. Odchodząc, przekazuję odpowiedzialność za „Słowo wśród nas” prezesowi naszej firmy, Jeffowi Smithowi; redaktorowi naczelnemu, Leo Zanchettinowi; sekretarzowi redakcji, Susan Heuver oraz redaktorce odpowiedzialnej, Patricii Mitchell, z którymi pracuję od kilkudziesięciu lat. Wszyscy oni zaangażowani są w misję „Słowa wśród nas” równie głęboko jak ja i jestem przekonany, że pozostaną wierni Bożym planom co do tej publikacji.
W imieniu całej amerykańskiej redakcji naszego pisma życzę Wam wszystkim wesołych i błogosławionych świąt Bożego Narodzenia. Oby Bóg udzielił Wam pokoju, głębokiej radości i łaski spotkania z Nim.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY WSTĘPNE:

NUMER JEDEN NA MOJEJ LIŚCIE

Szczególne miejsce Maryi w moim sercu

Zawsze kiedy zbliża się Adwent, częściej przychodzi mi na myśl Najświętsza Maryja Panna. Podziwiam Jej otwartość na Boga. Podziwiam to, jak opierała się grzechowi przez całe swoje życie. Podziwiam Jej nieustanne trwanie w bliskości Boga, a zwłaszcza wtedy, gdy stała pod krzyżem swego Syna.
Szczerze mówiąc, Maryja zawsze zajmowała szczególne miejsce w moim sercu. Myślę, że do mojego chrztu w Duchu Świętym w 1971 roku, była dla mnie nawet ważniejsza od Jezusa – co, jak dziś sądzę, wcale nie było po Jej myśli.
W tym ostatnim artykule chcę opowiedzieć wam krótko o swojej relacji z Maryją, w tym także o kilku wydarzeniach z mojego życia, w których Jej rola okazała się kluczowa.

CUD MARYI?
Urodziłem się z wodogłowiem, czyli, jak się to potocznie mówi, z „wodą w mózgu”, choć w rzeczywistości chodzi tu o płyn mózgowo-rdzeniowy. Wodogłowie powoduje ucisk na tkanki mózgowe i może spowodować uszkodzenie mózgu. W celu zmniejszenia ciśnienia lekarze wywiercili mi w czaszce cztery otwory, ale niewiele to pomogło. Oczekiwano, że umrę przed ukończeniem drugiego roku życia. Uznano, że jedyne, co można dla mnie zrobić, to podawać mi lek, który łagodził objawy, nie lecząc samej choroby.
W tej trudnej sytuacji moja matka, Edith, modliła się do Maryi o moje uzdrowienie. Stosowany lek nie przynosił mi żadnej ulgi, powodował natomiast to, że ciągle wymiotowałem. W końcu mama powiedziała do Maryi: „Jeśli Joe jeszcze raz zwróci to lekarstwo, uznam to za znak od Ciebie i przestanę mu je podawać”. Dokładnie w tym momencie zwymiotowałem ponownie – i mama przestała podawać mi lek.
W ciągu dwudziestu czterech godzin mój organizm zaczął samoczynnie redukować ciśnienie płynu. Lekarze nie potrafili tego wyjaśnić. „To jest zupełnie inne dziecko” – powiedzieli mamie, kiedy przyszła ze mną na kolejne badanie. Czy był to cud? Czy Maryja naprawdę zaniosła Jezusowi modlitwy mojej mamy i uprosiła moje uzdrowienie? A może był to po prostu zbieg okoliczności? Nie da się tego stwierdzić na pewno, ale ja głęboko wierzę, że był to dar od Maryi.

RODZINA, KTÓRA MODLI SIĘ
RAZEM…
Kiedy założyłem rodzinę i na świat zaczęły przychodzić dzieci, moja żona Felicia i ja bardzo chcieliśmy, aby poznały Maryję jako kochającą Matkę. Dlatego w każdą niedzielę po Mszy świętej śpiewaliśmy kilka pieśni i wspólnie odmawialiśmy Różaniec, a dopiero potem jedliśmy późne śniadanie. Dzieci uwielbiały Różaniec – być może dlatego, że po jego zakończeniu zawsze pojawiały się pączki!
Kiedy dziś wspominamy te czasy, moje dzieci nie potrafią sobie przypomnieć żadnych wpajanych im przeze mnie wielkich mądrości, ale wszystkie pamiętają Różaniec. Pamiętają, jak rozważaliśmy kolejne tajemnice, i mówią, że to rozbudziło w nich miłość do Maryi. Także jedna z moich wnuczek twierdzi, że Maryja jest jej ulubioną postacią.
Wspólna modlitwa różańcowa była też doskonałym sposobem przekazywania dzieciom przesłania Ewangelii. Rozważając tajemnice radosne, uczyły się o przyjściu Syna Bożego na świat. Przez tajemnice światła poznawały Jezusa, który nauczał i uzdrawiał. Tajemnice bolesne otwierały im oczy na Jego mękę i śmierć. A tajemnice chwalebne mówiły o nadziei życia wiecznego w niebie wraz z Jezusem i Maryją.
Czasami modlitwa była dla nas przyjemnością, ale wiele razy było wręcz przeciwnie. Dzieci są tylko dziećmi. Bywają rozbrykane, zwłaszcza gdy wiedzą, że nadchodzi czas posiłku. Biją się i kłócą. Nie zawsze mają ochotę się modlić. Ale jedno jest pewne – wspólny Różaniec pomógł naszym dzieciom wzrastać w wierze. Czas rodzinnej modlitwy umacniał w nich miłość do Jezusa – i do Jego Matki.

MARYJA PRZYCHODZI
Z POMOCĄ W CIERPIENIU
Maryja troszczy się o nas tak, jak każda matka troszczy się o swoje dzieci. Cieszy się, gdy wszystko układa nam
się dobrze. Pomyśl, z jaką przyjemnością patrzyła na Jezusa uczącego się ciesielki w warsztacie Józefa czy poznającego Pisma. Wyobraź sobie Jej uśmiech, gdy widziała uzdrowienia dokonywane przez Syna i słuchała nauk, głoszonych przez Niego z mocą. Wyobraź sobie Jej radość, gdy zmartwychwstały Jezus przyszedł do Niej w Niedzielę Wielkanocną.
Każda matka potwierdzi jednak, że choć cieszy się radościami swoich dzieci, to jeszcze mocniej przeżywa ich nieszczęścia. Chce być przy swoim dziecku, żeby je ukoić i pocieszyć. Oddałaby wszystko, aby ulżyć jego cierpieniu. I taka właśnie jest miłość Maryi. Matka Boża nie tylko raduje się z nami, ale także cierpi z nami. Nie ujmując niczego Jezusowi – i nie sądzę, żeby miał On coś przeciwko temu, co powiem teraz o Jego Matce – w matczynej miłości jest coś niezwykle czułego, coś, co koi życiowe rany spowodowane cierpieniem.
Mogę zaświadczyć o tym z pierwszej ręki. U mojej najmłodszej córki, Christine, w wieku zaledwie trzech lat stwierdzono rzadką odmianę raka oczu. Kiedy przechodziła radioterapię, Felicia pomalowała opatrunek gipsowy, który Christine musiała mieć na sobie podczas zabiegu, nazywając go „welonem Maryi”. Ten opatrunek, który pomagał Christine leżeć nieruchomo pod wielkim, budzącym lęk aparatem do naświetlania, był dla niej symbolem opieki Maryi i dziewczynka cieszyła się, że jest do Niej podobna.
Niestety terapia nie powiodła się i w wieku pięciu lat Christine straciła oboje oczu. Były to jedne z najboleśniejszych lat mojego życia. Spędziłem na modlitwie niezliczone godziny, prosząc Jezusa i Maryję o uzdrowienie córki – i czynię to do dziś.
Moja wiara przechodziła kryzys. „Jak Bóg mógł zrobić coś takiego mojej dziewczynce? Jak Bóg może oczekiwać ode mnie głoszenia innym, że On ich kocha i ma dla ich życia wspaniały plan, jeśli Jego plan dla mojej małej Christine wcale nie okazał się taki doskonały?” – pytałem.
Jednak dzięki modlitwie moich braci i sióstr w Panu oraz łasce Bożej zdołałem ostatecznie przezwyciężyć kryzys wiary. I tu także ważną rolę odegrała Maryja. Za każdym razem, gdy zwracałem się do Niej w modlitwie, czułem, jak mówi do mnie: „Joe, wiem, przez co przechodzisz. Znam twój ból. Moją duszę też przeniknęło cierpienie. Jestem z tobą”.

WZÓR MODLITWY
WSTAWIENNICZEJ
Znamy wszyscy historię o uczcie weselnej w Kanie, gdzie Jezus przemienił wodę w wino (J 2,1-11). Był to pierwszy cud Jezusa, a wydarzył się on dzięki naleganiu Jego Matki, Maryi. Ta przepiękna historia mówi nam, że Maryja jest nieustępliwa w swoich prośbach. Nie zniechęciła się, gdy Jezus powiedział do Niej: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto?”, lecz powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,4.5). Wiedziała, że Jezus Jej wysłucha.
Św. Ludwik de Montfort (1673-1716) pisał o tym, jak Maryja bierze nasze modlitwy i je udoskonala – mniej więcej tak, jak Jezus przemienił wodę w wino. Twierdził, że Maryja oczyszcza nasze modlitwy z egoizmu, a następnie przedstawia je Jezusowi. Uzupełnia je też swoją własną modlitwą, tak że gdy zanosi je Jezusowi, są wzbogacone o Jej wstawiennictwo. A kto może mieć większy wpływ na Jezusa niż Maryja?
W mojej codziennej modlitwie zawsze poświęcam trochę czasu na modlitwę wstawienniczą. Proszę Maryję, aby prosiła Jezusa o uzdrowienie oczu mojej córki. (Proszę też Jezusa bezpośrednio, ale myślę, że nie zaszkodzi poprosić również Jego Matkę). Potem proszę Matkę łaski Bożej, aby prosiła Jezusa o nowy wylew łaski na Kościół i głębokie nawrócenia. Proszę Matkę Pokoju, aby modliła się o kres wszystkich wojen, nędzy i aborcji.

NUMER JEDEN NA LIŚCIE
Jeśli policzyć moją matkę, żonę, siostry, córki, synowe i wnuczki, w moim życiu jest dwanaście kobiet. Jednak numerem pierwszym na tej liście jest Maryja i zawsze nim pozostanie. Zasługuje Ona na to miejsce nie tylko ze względu na wszystko, co uczyniła w moim życiu, ale przede wszystkim dlatego, że zrezygnowała ze swoich planów, aby przyjąć plan Boga. Z tego powodu w czasie, gdy przygotowujemy się do świąt Bożego Narodzenia, chcę prosić was wszystkich, abyście wraz ze mną w szczególny sposób uczcili Maryję. Dziękujmy wspólnie za Jej matczyną troskę, za Jej wierną modlitwę i niewzruszoną miłość do nas wszystkich. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Sobota, 1 grudnia
Ap 22,1-7
Pan Bóg będzie świecił nad nimi i będą królować na wieki wieków. (Ap 22,5)
Czy jesteś może jednym z tych czytelników, którzy nie potrafią powstrzymać się przed zajrzeniem na koniec książki, aby z góry wiedzieć, czy na pewno wszystko skończy się dobrze, a pozytywny bohater odniesie zwycięstwo nad przeciwnikami?
Można uznać, że czytana dziś wizja św. Jana jest takim właśnie szczęśliwym zakończeniem historii ludzkości. Ukazuje ona ostateczne zwycięstwo pozytywnych bohaterów – Jezusa i Jego zwolenników. I nie jest przypadkiem, że czytamy te słowa w ostatnim dniu roku liturgicznego. Kościół pragnie nam przez to pokazać, dokąd zmierza nasze życie. Pragnie obudzić w nas poczucie nadziei i radosnego oczekiwania, by towarzyszyło nam ono we wszystkich dniach nadchodzącego roku.
Wyobraźmy sobie, jak wspaniałe będzie ostateczne zwycięstwo Boga! Rozważając dzisiejsze czytanie, nabierzmy ducha i wychwalajmy Boga za wszystko, co dla nas zaplanował.
Dzięki Ci, Panie, za ochłodę „rzeki wody życia, lśniącej jak kryształ” (Ap 22,1). Nie muszę już bezskutecznie tęsknić za sensem, miłością, radością. Ty dajesz mi poczucie spełnienia; Twoja rzeka gasi moje pragnienie Ciebie.
Wysławiamy Cię, Panie, bo Twoje „drzewo życia” (Ap 22,2) daje nam uzdrowienie i siłę. Nie jesteśmy już odcięci od niego przez grzech; dostęp do tego błogosławionego drzewa jest otwarty. Znowu oferujesz nam jego rozkoszny owoc!
Ale to jeszcze nie wszystko, Panie. Mówisz mi, że „nic godnego klątwy już nie będzie” (Ap 22,3) w moim życiu. W niebie nie będzie już śmierci, chorób ani nieszczęść. Otrzesz z moich oczu wszelką łzę, a „śmierci już nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu” (Ap 21,4).
Panie, Ty obiecujesz również, że „już nocy nie będzie” (Ap 22,5), gdyż Ty sam będziesz świecił nad nami. Nie będzie już zamętu! Nie będzie pokus! Nie będzie ciemności, winy ani grzechu!
O Panie, jak wielki jest mój podziw!
Obiecałeś, że stanę przed Twoim niebieskim tronem i wreszcie zobaczę Cię twarzą w twarz. Nie będzie już zasłony między nami. Zobaczę Cię i będę całkowicie do Ciebie należeć!
Dziękuję Ci, Panie, za tę wizję, która daje mi radość, nadzieję i moc. Dziękuję Ci, Jezu, za to, że jesteś ze mną tu, na ziemi, i czynisz wszystko, aby moja wędrówka mogła zakończyć się szczęśliwie!
„Jezu, dziękuję Ci za obietnicę nieba! Ufam Tobie, Panie!”
Ps 95,1-7
Łk 21,34-36

Niedziela, 2 grudnia
Jr 33,14-16
Oto nadchodzą dni – wyrocznia Pana… (Jr 33,14)
Zwykle odbieramy historię Bożego narodzenia jako jeden prosty ciąg wydarzeń. W rzeczywistości jednak składa się ona z wielu pojedynczych historii, z których każda mówi nam coś wyjątkowego o przyjściu na świat Chrystusa. Scena zwiastowania ukazuje otwarcie Maryi na Boże plany. Historia Zachariasza i Elżbiety opowiada o Janie Chrzcicielu – poprzedniku Jezusa – który został powołany jeszcze w łonie matki. Opowieści o pasterzach i mędrcach przekonują nas, że warto jest szukać Jezusa.
Ale jest jeszcze inna historia, o której nie myślimy zbyt często. Jest to historia właściciela gospody, który zamknął drzwi przed Maryją i Józefem, zmuszając ich do szukania schronienia w grocie. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że ów gospodarz znalazł jednak dla nich miejsce. To jego gospoda byłaby czczona przez cały świat. Na jej miejscu wybudowano by wspaniały kościół, do którego pielgrzymowałyby kolejne pokolenia wiernych.
W tym rozpoczynającym się Adwencie nie naśladujmy właściciela gospody, który zmarnował niepowtarzalną okazję przez to, że nie znalazł miejsca dla Jezusa.
Wielu z nas w czasie nadchodzących świąt spotka się z rodziną i przyjaciółmi. Każdy, kto był już gospodarzem takich spotkań, wie dobrze, jak wiele czasu pochłaniają przygotowania. Chcemy przecież odpowiednio przyjąć naszych gości; chcemy, by wszystko było jak należy. I chociaż wymaga to wiele pracy, podejmujemy ją chętnie, a perspektywa ujrzenia bliskich zgromadzonych przy świątecznym stole czyni ją dla nas lżejszą.
Przyjmijmy tę samą postawę wobec Jezusa. Trwajmy w radosnym oczekiwaniu, nawet jeśli będzie wymagało to od nas większego wysiłku. Wykorzystujmy wszelkie okazje do dłuższej modlitwy, czytania Pisma Świętego, a jeśli to tylko możliwe, weźmy udział w roratach i rekolekcjach adwentowych. Starajmy się też okazywać więcej miłości tym, których mamy wokół siebie.
Dzisiejsze pierwsze czytanie mówi nam, że „nadchodzą dni” (Jr 33,14), w których Bóg nawiedzi swój lud. Poświęćmy nachodzące dni Adwentu na przygotowanie naszych serc, aby Jezus znalazł w nich dla siebie otwarty i wygodny dom.
„Panie, pomóż mi w tym rozpoczynającym się Adwencie znajdować czas dla Ciebie”.
Ps 25,4-5.8-10.14
1 Tes 3,12--4,2
Łk 21,25-28.34-36

Poniedziałek, 3 grudnia
Iz 2,1-5
Wszystkie narody do niej popłyną. (Iz 2,3)
Blisko osiemset lat przed Chrystusem prorok Izajasz przepowiadał, że całe narody przybędą do Izraela, aby uczyć się dróg Bożych. „Bo Prawo pochodzi z Syjonu i słowo Pańskie – z Jeruzalem” (Iz 2,4) – głosił, przewidując, że to słowo pociągnie wszystkich do Boga. Dziś, gdy od czasów Izajasza dzielą nas niemal trzy tysiąclecia, jego proroctwo jest ciągle aktualne, będąc przykładem tego, jak Stary Testament wypełnia się w Jezusie. To Jego Dobra Nowina „wystrzela ponad pagórki”, przyciągając do Niego ludzi wszystkich pokoleń.
Ewangelia idzie w świat, a „narody do niej płyną”. Jest to wciąż powracający temat w Piśmie Świętym. W Księdze Rodzaju Bóg mówi Abrahamowi, że „przez niego otrzymają błogosławieństwo wszystkie ludy ziemi” (Rdz 18,18). Następnie w Księdze Wyjścia widzimy tłum cudzoziemców wychodzących wraz z Izraelitami z Egiptu, aby czcić Boga (Wj 12,38). Jeszcze później Moabitka Rut opuszcza swoją ojczyznę i swoich bogów, aby wraz ze swą teściową, Noemi, udać się do Izraela (Rt 1,16). Stary Testament zawiera wiele innych, podobnych historii.
Z kolei w dzisiejszej Ewangelii widzimy, jak Jezus uzdrawia sługę rzymskiego setnika – poganina, niemającego bezpośrednich powiązań z ludem przymierza. Jezus stwierdza jednak, że „wielu przyjdzie ze wschodu i z zachodu” (Mt 8,11), aby zasiąść do stołu w królestwie Bożym. Wreszcie w Księdze Apokalipsy widzimy wielki tłum „z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków” (Ap 7,9), zgromadzony przed tronem Boga w chwale nieba.
Dziś Ewangelia idzie w świat poprzez misjonarzy pracujących w obcych krajach, przez ludzi dzielących się miłością Chrystusa na ulicach naszych miast, w schroniskach dla bezdomnych, więzieniach czy szpitalach. Dzięki posłudze tych niezliczonych ewangelizatorów ludzie „płyną” do Boga.
Ty także masz do odegrania konkretną rolę. Nie musisz być prorokiem ani misjonarzem, żeby głosić swoim życiem Dobrą Nowinę o Chrystusie.
Możesz spełniać codzienne akty miłości i dobroci wobec ludzi żyjących wokół ciebie. Możesz odwiedzić chorą sąsiadkę i obiecać jej modlitwę – a nawet pomodlić się razem z nią. Możesz zaprosić samotną osobę z pracy na wspólny wyjazd. Możesz pomóc w przygotowaniu dzieci i młodzieży do sakramentów w swojej parafii lub włączyć się w realizację innych inicjatyw parafialnych.
Poprzez te wszystkie działania Ewangelia może docierać do ludzi, którzy dzięki temu przybliżą się do Boga.
„Panie, uczyń mnie świadkiem Twojej miłości”.
Ps 122,1-2.4-9
Mt 8,5-11

Sobota, 8 grudnia
Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny
Ef 1,3-6.11-12
W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata. (Ef 1,4)
Przypomnij sobie sytuację, w której padł na ciebie jakiś zaszczytny wybór. Może pracodawca wybrał cię spośród innych kandydatów na prestiżowe stanowisko. Może zostałeś kapitanem drużyny, liderem wspólnoty, przewodniczącym jakiegoś gremium, które wybrało cię ze względu na twoje zdolności kierowania zespołem. Są to zazwyczaj bardzo przyjemne chwile. Przypomnij sobie to uczucie, kiedy uświadomiłeś sobie, że twój przyszły mąż (czy żona) wybrał właśnie ciebie, aby spędzić z tobą resztę życia.
Wierzymy, że Bóg wybrał Maryję na Matkę Boga jeszcze przed założeniem świata. I ponieważ wybrał Ją do tak wyjątkowej roli, przygotował Ją w szczególny sposób. Zachował Ją od grzechu pierworodnego i powierzył pobożnym, wiernym rodzicom.
Ten sam Bóg, który wybrał Maryję, wybrał również ciebie – i to także „przed założeniem świata”. Znał cię. Chciał twojego przyjścia na świat. Pragnął ciebie tak bardzo, że posłał swego Syna, aby cię odkupił, tak byś dzięki temu mógł przebywać z Nim na wieki.
Fakt, że zostałeś wybrany przez Boga „przed założeniem świata”, oznacza, że jesteś kochany nie za to, czego dokonałeś, ale za to, kim jesteś. To, że masz dzisiaj imponujące CV i kierujesz zespołem ludzi, w ostatecznym rozrachunku nie ma większego znaczenia. Wszystkie te zaszczyty i honory bledną wobec tego, że Bóg cię wybrał i kocha takiego, jakim jesteś. Nie jesteś małym pionkiem zagubionym w masie ludzkości. Masz wielką wartość w oczach Bożych.

Niedziela, 16 grudnia
Flp 4,4-7
Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! (Flp 4,4)
Św. Paweł wierzył, że radość jest postawą, którą powinniśmy pielęgnować zawsze, nawet jeśli sprawy nie układają się po naszej myśli. W stosunkowo krótkim Liście do Filipian wspomina o radości aż piętnaście razy, a nie zapominajmy, że Paweł pisał ten list podczas pobytu w więzieniu! Nie pozwalał jednak, by okoliczności zewnętrzne pozbawiły go radości.
W jaki sposób udawało mu się zachować radość? Po pierwsze, cieszył się miłością Jezusa. Cofając się o zaledwie dwa rozdziały Listu do Filipian, znajdziemy hymn wysławiający Jezusa, który zechciał ogołocić samego siebie, stać się człowiekiem i umrzeć za nas na krzyżu (Flp 2,7-8). W następnym zaś rozdziale Paweł pisze: „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana” (Flp 3,8). Myśl o miłości Jezusa – miłości, która dobrowolnie oddaje siebie – nieustannie napełniała go radością.
Po drugie, Paweł radował się także wiarą Filipian. Byli oni jego radością i chwałą (Flp 4,1). Byli jego drogimi przyjaciółmi, mającymi „udział w szerzeniu Ewangelii” (Flp 1,5). Paweł cieszył się z tego, że jego bracia i siostry kochają go i wspierają na drodze wiary.
Wszyscy przeżywamy próby i cierpienia, ale Jezus wzywa nas do radości niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy zbierają się nad nami chmury – a już zwłaszcza w czasie, gdy przygotowujemy się do świąt Bożego Narodzenia. Gdyby Paweł był dzisiaj z nami, zachęcałby nas do patrzenia na wszystko, co się dzieje, na całe nasze życie przez pryzmat Bożej miłości. Zachęcałby do powierzenia Bogu wszystkich naszych lęków i zachowania pokoju wewnętrznego w każdej sytuacji. Zachęcałby nas do modlitwy w trudnych chwilach i szukania nawet wtedy powodów do radości.
Jezus tak wiele dla nas uczynił. Doceńmy to, ciesząc się Jego miłością – i dzieląc się tą radością z ludźmi, których mamy wokół siebie.
„Panie, pomóż mi trwać w radości, zwłaszcza gdy staję wobec trudnych wyzwań życiowych”.
So 3,14-17
(Ps) Iz 12,2-6
Łk 3,10-18

Wybranie przez Boga oznacza również to, że ma On plan i cel dla twojego życia. Ty sam i twoja życiowa misja nie są bez znaczenia. Każdy z nas, jak mówi papież Franciszek, „jest misją; jest planem Ojca, by odzwierciedlać, ucieleśniać w danym momencie dziejów, pewien aspekt Ewangelii” (Gaudete et exsultate, 19).
Dziś, radując się wyjątkową rolą Maryi w Bożym planie, proś Boga, aby pokazał ci, jak bardzo jesteś dla Niego ważny. Proś Go, by objawił ci swoją niewyobrażalną miłość, którą umiłował cię przed założeniem świata.
„Święta Maryjo, módl się za mnie, abym zrozumiał, jak wspaniale jest być wybranym przez Boga!”
Rdz 3,9-15
Ps 98,1-4
Łk 1,26-38

Niedziela, 23 grudnia
Hbr 10,5-10
Usuwa jedną ofiarę, aby ustanowić inną. (Hbr 10,9)
Dziś, dwa dni przed uroczystością Bożego Narodzenia, czytania mszalne mówią nam o nowości, jaką niosą narodziny Jezusa. Autor Listu do Hebrajczyków powiada, że Jezus przyszedł, aby usunąć jedną ofiarę, a ustanowić nową, inną. O jakie ofiary tu chodzi?
Pierwszą ofiarą, usuniętą przez Jezusa, jest cały system darów i całopaleń dokonywanych w świątyni jerozolimskiej (Hbr 10,8). Nadszedł już kres składania byków i kozłów w ofierze za grzechy. W miejsce tych ofiar Jezus ustanowił nową ofiarę: „Oto idę, aby spełnić wolę Twoją” (Hbr 10,9). Zastąpił niezliczone ofiary swoją własną ufnością i posłuszeństwem.
Bóg nie potrzebuje naszych ofiar. Nie musimy Go przekonywać, że jesteśmy godni Jego miłości. Nie musimy wykazywać się przed Nim, wyrzekając się wszystkiego czy zapracowując się na śmierć. On oczywiście cieszy się, widząc, jak Jego dzieci zdobywają się na ofiary dla dobra Kościoła, ale nie uzależnia od tego swojej miłości. Nie jest ona czymś, na co musimy sobie zasłużyć. Przyjmujemy ją jako hojny dar Boga – tak jak przyjmuje się prezenty złożone pod choinką.
Oczywiście nasze ofiary sprawiają radość Panu – zwłaszcza ofiary ponoszone na rzecz naszych rodzin i ludzi ubogich. Ale Boże Narodzenie podkreśla przede wszystkim miłość Jezusa, a nie nasze wysiłki; Jego ofiarność, a nie nasz trud. Zamiast żądać ofiar od nas, Jezus uczynił coś wręcz przeciwnego – sam ofiarował się za nas, stając się człowiekiem. Zamiast odrzucić nas z powodu naszych grzechów, przybliżył się do nas, aby nas odkupić. Nie naszymi ofiarami, nie naszym cierpieniem, ale swoją miłością i ofiarą.
Już jutro będziemy obchodzić Wigilię Bożego Narodzenia. Jezus po raz kolejny dokona rzeczy nowej. Wpatruj się w Niego. Pozwól Mu objawić ci tę nowość – miłość, która zbawia, i posłuszeństwo, które uświęca.
„Jezu, dziękuję Ci za Twoją miłość. Dziękuję Ci za Twoją ofiarę. Dziękuję Ci za to, że wypełniłeś wolę Ojca”.
Mi 5,1-4a
Ps 80,2-3.15-16.18-19
Łk 1,39-45

Poniedziałek, 24 grudnia
2 Sm 7,1-5.8b-12.14a.16
Sam Pan dom ci zbuduje. (2 Sm 7,11)
Po latach intryg politycznych, ciągłych ucieczek i toczenia niekończących się wojen król Dawid mógł wreszcie odetchnąć. Zarówno jego osobiści nieprzyjaciele, jak i wrogowie kraju zostali pokonani, a w Jerozolimie zapanował pokój. Król miał już nawet swój pałac! Teraz, po wszystkich poniesionych trudach, przyszedł czas, aby wybudować świątynię dla Pana – wspaniałą budowlę godną Boga, który dał Dawidowi tron.
Jednak plan Boga był inny. To Bóg miał wybudować dom dla Dawida. Miał uczynić Dawida głową dynastii, która przetrwa tak długo, jak królestwo Izraela. A w tej dynastii Bóg wzbudzi „potomka”, którego „tron będzie utwierdzony na wieki” (2 Sm 7,12.16).
Być może i ty dziś, w przeddzień Bożego Narodzenia, czujesz się trochę tak jak król Dawid. Przez cały Adwent przygotowywałeś się na przyjście Jezusa nie tylko duchowo. Kupowałeś prezenty, wysyłałeś życzenia świąteczne, szykowałeś rodzinne spotkania.
Ale może także musiałeś się zmagać z napięciami w rodzinie, problemami finansowymi, samotnością czy zawiedzionymi oczekiwaniami. Życie nie zawsze jest łatwe, a święta często uświadamiają nam to w gorzki sposób.
Niezależnie od twojego dzisiejszego stanu Bóg wie, jak wiele trudu sobie zadałeś. To, czy czujesz się przygotowany na dzisiejszy wieczór, czy też nie, nie ma już większego znaczenia. Spróbuj choć na krótką chwilę odsunąć na bok wszystkie zajęcia i odetchnąć przy Nim. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś, a teraz pozwól, by Jezus zajął się tobą. Pozwól, by wybudował w tobie swój dom – swoje miejsce spoczynku w twoim sercu.
Spróbuj więc wyciszyć się wewnętrznie, nawet jeśli masz jeszcze dużo pracy. Przeczytaj na przykład historię narodzin Jezusa z Ewangelii Mateusza i Łukasza. Albo rozważ tajemnice radosne Różańca. Możesz też posłuchać Mesjasza Haendla czy swoich ulubionych kolęd albo po prostu posiedzieć w ciszy, wpatrując się w szopkę. Nie koncentruj się na prośbach. Po prostu wycisz swoje serce i pozwól Jezusowi zatroszczyć się o ciebie.
„Oto jestem, Panie. Przyjdź i zbuduj swój dom we mnie”.
Ps 89,2-5.27.29
Łk 1,67-79

Wtorek, 25 grudnia
Narodzenie Pańskie
J 1,1-18
A Słowo stało się ciałem (…) I oglądaliśmy Jego chwałę. (J 1,14)
Wprawdzie „Boga nikt nigdy nie widział” (J 1,18), ale dziś, świętując narodziny Jezusa, słyszymy, że „Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę” (J 1,14). Widzimy bowiem Jezusa, który jest „odbiciem” istoty Boga i „odblaskiem Jego chwały” (Hbr 1,3). Obchodząc uroczystość Narodzenia Pańskiego, spróbujmy zatrzymać się przez chwilę, aby kontemplować chwałę Pana.
Możemy ujrzeć chwałę Bożą oczami Apostołów, którzy poszli za Jezusem. Widzieli, jak uzdrawia chorych, rozmnaża pożywienie, zamienia wodę w wino. Widzieli, jak wskrzesza umarłych. Widzieli Go przemienionego – gdy Jego twarz lśniła jak słońce, a szaty stały się białe jak światło (Mt 17,2). Widzieli Go zmartwychwstałego w chwale w Niedzielę Wielkanocną.
Możemy ujrzeć chwałę Bożą w objawieniach maryjnych, jakie miały miejsce w Lourdes, Fatimie czy Gwadelupie. Chwała Boża objawia się tam poprzez rozkwitłe w sposób cudowny kwiaty, tańczące słońce oraz tysiące uzdrowień i nawróceń.
Jednak dziś najprostszym sposobem ujrzenia chwały Bożej jest dla nas adoracja Dzieciątka w żłóbku. Trudno patrzeć na stajenkę betlejemską bez poruszenia serca. Pokora Boga, który uniżył samego siebie i zamieszkał pośród nas po to, by nas wywyższyć, ukazuje Jego chwałę bardziej niż wszystkie cuda i objawienia. Dlaczego? Ponieważ żłóbek nie jest znakiem mocy, ale pokornej i bezbronnej miłości.
Te wszystkie cudowne znaki nie przemówiłyby do naszych serc, gdyby nie objawiały Boga pełnego miłości. Dlatego dziś, obchodząc Boże Narodzenie, patrzmy na żłóbek, prosząc Ducha Świętego, Tego, który zechciał „olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Jezusa Chrystusa” , aby objawił nam chwałę Jego miłości i miłosierdzia (2 Kor 4,6).
„Jezu, otwórz mi oczy, abym ujrzał Twoją chwałę w Dzieciątku złożonym w żłóbku”.
Iz 52,7-10
Ps 98,1-6
Hbr 1,1-6

Piątek, 28 grudnia
Świętych Młodzianków męczenników
Mt 2,13-18
Wtedy Herod, widząc, że go mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. (Mt 2,16)
Król Herod był człowiekiem porywczym i okrutnym, a do tego żył w lęku przed utratą tronu. Gdy dochodziły do niego pogłoski o tym, że ktoś spiskuje przeciwko niemu i zamierza go obalić, wpadał w furię i zarządzał natychmiastową egzekucję rzekomego spiskowca – nawet jeśli pogłoski nie były prawdziwe. Taki los spotkał między innymi trzech jego synów i jedną z jego dziesięciu żon. Rozkaz zabicia kilkudziesięciu chłopców w Betlejem pasował do jego charakteru.
Co konkretnie wywołało gniew Heroda? Co skłoniło go do tak nagłego i bezwzględnego wystąpienia przeciwko niewinnym dzieciom? Był to prawdopodobnie lęk. Jak mówi przysłowie, kto mieczem wojuje, od miecza ginie, i Herod miał głęboko w sercu przeczucie, że kiedyś miecz obróci się przeciwko niemu. Żył więc w paranoicznym lęku i nieustannej trwodze.
To ciekawe, że lęk często kryje się za innymi emocjami, takimi jak złość, uraza, apatia czy niepokój. Czasami nawet go sobie nie uświadamiamy! Na przykład reagujemy przesadnie na niegrzeczne zachowanie dziecka, ponieważ boimy się, że będzie miało problemy z dyscypliną w szkole. Obrażamy się bez powodu, ponieważ nosimy w sobie głęboki lęk przed odrzuceniem. Rezygnujemy z prób pomocy znajomemu, którego spotkało nieszczęście, gdyż boimy się, że nie staniemy na wysokości zadania.
Nasze lęki raczej nie doprowadzą nas aż tak daleko, jak króla Heroda. Mogą jednak wyrządzić wiele szkód nam samym i bliskim nam ludziom. Pierwszą z nich jest zwykle przekonanie, że nie mamy żadnej drogi wyjścia. Czujemy się tak zniewoleni lękiem, że nie jesteśmy już w stanie nawet wyobrazić sobie życia bez niego. A jednak jest to możliwe, gdyż dla Boga wszystko jest możliwe.
Lęk nie musi tobą rządzić – a zwłaszcza ten ukryty, zagrzebany głęboko! Dziś na modlitwie zapytaj Jezusa, czy nie nosisz w sobie jakichś nienazwanych lęków, i posłuchaj, co On wkłada ci w serce. Jeśli coś przychodzi ci na myśl, proś Jezusa o pomoc. Może nie od razu poczujesz się lepiej, ale nie poddawaj się – proś wytrwale!
„Jezu, nie chcę żyć w niewoli lęku. Wyzwól mnie ze wszystkiego, co mnie więzi”.
1 J 1,5--2,2
Ps 124,2-5.7-8

 

MAGAZYN:

CZY TY JESTEŚ MESJASZEM?
Dylematy Jana Chrzciciela


Jest zimno i ciemno. Już od miesiąca nie widziałem słońca. Ani też księżyca czy gwiazd. Nie mam pojęcia, która jest godzina, chyba że akurat przynoszą mi jedyny w ciągu doby posiłek – wtedy wiem, że jest dzień.
A kiedy Herod przychodzi zadawać mi pytania, wiem, że na pewno jest noc, ponieważ tylko wtedy może wymknąć się spod kurateli Herodiady, która nie ścierpiałaby żadnych jego kontaktów ze mną.
Witajcie w lochach Macherontu. Tak, to straszne miejsce. Ale nigdy dotąd nie doceniałem daru czasu tak bardzo, jak teraz. Mam doskonałą okazję do rozmyślań, a trzeba przyznać, że mam wiele do przemyślenia. Opuściłem swoją wioskę w górzystej krainie nieopodal Jerozolimy w odpowiedzi na Boże wezwanie do wyjścia na pustynię. Teraz jednak zmagam się z samym Bogiem i z moim powołaniem. Nie chodzi mi nawet o więzienie. Zastanawiam się, czy dobrze odczytałem swoją misję.
Przez wszystkie te lata studiowałem proroków i głosiłem rychłe nadejście Mesjasza. Wzywałem ludzi do nawrócenia, aby mogli uniknąć grożącego im spalenia ogniem sądu Bożego. Ale z wieści przynoszonych przez moich uczniów wynika, że działalność mego krewnego, Jezusa, nie do końca zgadza się z tym, co głosiłem. Czy rzeczywiście to On jest Pomazańcem Boga? A jeśli tak, to jak będzie wyglądało królestwo Boże?

INACZEJ,
NIŻ SIĘ SPODZIEWAŁEM
Pozwólcie, że wyjaśnię. Moje powołanie sięga czasów dzieciństwa. Mój ojciec był kapłanem – nie dzięki święceniom, ale dlatego, że pochodził z kapłańskiego rodu. Odkąd zaczął uczyć mnie Tory, zafascynowali mnie prorocy. Najbardziej lubiłem Jeremiasza, gdyż prorokował o sądzie Bożym. Byłem zafascynowany jego przesłaniem, a zwłaszcza tą jego częścią, która mówi o pustyni – że jest ona miejscem, gdzie Bóg zacznie odnawiać swój lud. Jeremiasz nigdy się nie ożenił. Ja także czułem, że żona i dzieci utrudniłyby mi pójście za głosem Boga.
Wkrótce po moim bar micwa moi rodzice odeszli do Pana. Chcieli mnie przygarnąć krewni, ale ja miałem inny pomysł. Tak wielu w Izraelu uważało się za lud wybrany przez Boga, a jednocześnie łamało Jego przykazania. Sądzili, że On o to nie dba. Nawet niektórzy z kapłanów świątynnych uważali, że aby być miłym Bogu, wystarczy składać Mu przepisane ofiary. Wielu z nich wypełniało pieczołowicie nasze umiłowane rytuały, ale wcale nie zależało im na tym, by zachować czystość serca.
Moje serce zaczął poruszać Duch proroków. Ogień sądu był tak blisko, że niemal czułem jego żar. Opuściłem swą otoczoną winnicami wioskę, aby wyruszyć na pustynię nad Jordanem. Żyłem tam przez lata, odziany w skóry, żywiąc się szarańczą i miodem leśnym, i nasłuchiwałem głosu Pana. W końcu nie mogłem dłużej milczeć – zacząłem ryczeć jak pustynny lew. Zewsząd, nawet z Jerozolimy, schodzili się ludzie, aby usłyszeć, co takiego mam im do powiedzenia. Niektórzy z nich zostali moimi uczniami. Moje wołanie: „Nawróćcie się!”, dotykało serc wielu ludzi, którzy wyznawali swoje grzechy, a ja na znak ich oczyszczenia obmywałem ich w rzece.
Miałem pewność, że czynię coś wyjątkowego. Nie był to rodzaj rytualnego obmycia, jakiego dokonywano w mykwie przed wejściem do świątyni. Nie była to też ofiara przebłagalna, mająca zadośćuczynić za ludzkie winy. Było to przygotowanie na przyjście Mesjasza Bożego. Niektórzy wyobrażali Go sobie jako króla zdobywcę. Ale nie ja. Ja wierzyłem, że będzie On świętym Sędzią.
Przeżyłem prawdziwy wstrząs, kiedy ten Sędzia, Jezus z Nazaretu, przyszedł poprosić mnie o chrzest! Dzień był gorący, a kolejka chętnych tak długa, że nie od razu zauważyłem, Kto do niej dołączył. Nagle podniosłem głowę i oto stał przede mną On – Mesjasz, Pomazaniec Boży. „To nie w porządku” – pomyślałem.

CHRZEST NOWEGO ŻYCIA
„Zaraz, zaraz – wykrztusiłem. – To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie jako penitent razem ze wszystkimi”.
Zszedł z brzegu do błotnistej wody, brodząc w moim kierunku. Powiedziałem do Niego cicho: „Nie powinienem tego robić. Nie jestem godzien nawet rozwiązać Ci rzemyka u sandałów”.
„Tak trzeba – odrzekł. – Przychodzę wziąć na siebie grzechy mego ludu i całego świata. Zaprawdę powiadam ci, Janie, że stanę przed Ojcem zamiast nich”. Wzdrygnąłem się na myśl, że ogień, jaki zapowiadałem, może dotknąć Jego samego – Człowieka, z którym łączyły mnie więzy krwi.
Kiedy moja dłoń delikatnie zanurzyła Jego głowę w wodzie, wyglądał, jakby umierał, jakby dławiły Go wszystkie grzechy ludzkości. Ale nie pozostał długo pod powierzchnią. Gdy się wynurzył, tryskał życiem i radością. Grzechy zostały zatopione. Tego właśnie pragnął.
Potem wydarzyły się trzy rzeczy. Najpierw ujrzałem niebo rozdarte na dwoje, z którego emanowało oślepiające światło. Na Jego głowie spoczęła gołębica, przypominająca mi tamtą gołębicę, która kiedyś powróciła do Noego, ogłaszając nowe stworzenie. A potem rozległ się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”.
Czułem się tak, jakbym to ja sam został zanurzony – nie w wodzie, ale w wielkiej i potężnej miłości. Na chwilę zapomniałem o szalach sprawiedliwości. Zapomniałem o ogniu Bożego gniewu. Tu działo się coś o wiele większego i bardziej tajemniczego niż to, co objawił mi Bóg. Ten dzień stał się dla nas obu początkiem drogi – dla Niego drogi działalności publicznej, dla mnie drogi odkrywania prawdy.
Po naszym rozstaniu dalej pościłem, modliłem się i głosiłem nawrócenie. W międzyczasie niektórzy z moich najlepszych uczniów przeszli do Jezusa. Wiedziałem, że tak będzie. Podczas gdy On ewangelizował w miastach, ja trzymałem się pustyni. Był to mój dom i miejsce, gdzie – jak sądziłem – wezwał mnie Bóg, abym przygotował drogę Panu. Nie widziałem przed sobą innej drogi.

POSŁUGA MIŁOSIERDZIA
Pewnego razu któryś z penitentów przyniósł mi nowinę, która potwierdziła potrzebę publicznej pokuty. Król Herod Antypas zabrał żonę swemu bratu i poślubił ją. Kiedy po kilku dniach przejeżdżał w pobliżu królewski rydwan, zawołałem: „Nie wolno ci mieć żony swego brata! Nawróć się!”. Nazajutrz przybyli żołnierze Heroda i zabrali mnie do Macherontu.
Bóg okazał się jednak łaskawy, gdyż Herod wykazuje się dużą ciekawością. Odwiedza mnie nawet tu, w lochu, by zadawać mi pytania. Pozwala też na odwiedziny moich uczniów. W zeszłym miesiącu kazałem im powrócić do Galilei i szukać znaków Bożego sądu, którego, jak byłem przekonany, Jezus musiał dokonywać. Powiedziałem im: „Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym” (Mt 3,12). „Wróćcie i opowiedzcie mi o tym, jak On to robi” – poleciłem. Kiedy wrócili trzy tygodnie temu, byłem zdumiony tym, co od nich usłyszałem. Jezus nie tylko uzdrawiał chorych, ale także chodził na przyjęcia do znanych grzeszników, takich jak celnicy. Upominał uczonych w Piśmie i faryzeuszy, a bronił cudzołożnych kobiet na ulicach.
„Panie Boże – pytałem. – Czyżbym źle odczytał Pisma? Jak On może być Mesjaszem?”
Zmagałem się z tym pytaniem przez wiele bezsennych nocy. Jego działalność była zupełnie inna, niż się spodziewałem. Czy wskazałem niewłaściwą Osobę? Czy moja nadzieja złożona w Jezusie była płonna? Postanowiłem dociec, czy całe dzieło mojego życia nie poszło na marne. W zeszłym tygodniu zdecydowałem się posłać do Jezusa uczniów z prostym lecz odważnym pytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” (Mt 11,3). Jego odpowiedź miała przesądzić sprawę.

DOBRA NOWINA W DZIAŁANIU!
„I co powiedział?” – zapytałem ich z niepokojem, gdy tylko powrócili.
„Że jesteś prorokiem, a nawet więcej niż prorokiem” – odrzekli.
„Tak, ale czy On jest Tym, którego przepowiadali prorocy? – nalegałem. – Tym, który wprowadzi królestwo Boże?”
Powtórzyli mi więc odpowiedź Jezusa: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię”. A potem dodał jeszcze: „A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie” (Mt 11,5-6).
To ostatnie zdanie poruszyło mnie do żywego. Jak mogłem Go tak zupełnie nie zrozumieć? Powiedział mi: „Spójrz na owoce mojej posługi. Ludzie odzyskują zdrowie, nadzieję, rozpoczynają nowe życie”. Mesjasz przyszedł, by dokonać czegoś jeszcze wspanialszego niż to, czego się spodziewałem. Widzę teraz, że nie tylko nie zrozumiałem Jezusa, ale też błędnie odczytałem proroków, przynajmniej tam, gdzie mówią o nowym życiu. Jezus nie tylko zacytował obietnice dane Izraelowi, ale wypełnił je zgodnie z tym, co mówili wszyscy prorocy o Bożym miłosierdziu. Nawet mój ukochany Jeremiasz pisał: „Oto wyszli z płaczem, lecz wśród pociech ich przyprowadzę” (Jr 31,9). „Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też podtrzymywałem dla ciebie łaskawość” (Jr 31,3).
Łzy napływają mi do oczu. Może to dlatego, że zaczynam widzieć oczami Jezusa. Przypomina mi się Jego chrzest. Czuję ciepło w sercu. Widzę niebo otwarte, z którego zstępuje gołębica. Słyszę głos Ojca i Jego miłosierdzie roztapia moją surowość. To miłość, nie gniew, zdobędzie świat. Groziłem sądem i zebrałem garstkę uczniów. On głosi miłosierdzie i biegnie do Niego cały świat. Ja także, choć jestem w łańcuchach. ▐

 

„ODBUDUJ MÓJ DOM”
Jak św. Franciszek z Asyżu pomógł mi podjąć nową służbę po wojnie

Św. Franciszek kojarzy się nam przede wszystkim z kaznodzieją przemawiającym do ptaków i biedaczyną, który wyrzekł się majątku należnego mu z urodzenia. Ma on jednak jeszcze inną, dla mnie szczególnie ważną tożsamość, a mianowicie jest weteranem wojennym. Podobnie jak święci Ignacy Loyola czy Marcin z Tours, Franciszek powrócił z pola bitwy jako inny człowiek. Będąc weteranem wojny w Iraku, mogę się z nim w jakimś sensie identyfikować.
Ostatecznie Franciszek odbudował swoje życie dzięki interwencji Boga – tak samo stało się ze mną. Tylko że w moim procesie uzdrowienia właśnie Franciszek odegrał ważną rolę. Pomógł mi znaleźć nową służbę, kiedy już odszedłem ze służby czynnej.

„PIELĘGNUJ
DUCHA MODLITWY”
Moja przygoda z wojskiem rozpoczęła się w 1986 roku. Od dwunastu lat byłem franciszkaninem. Moja codzienna poranna rutyna wyglądała w taki sposób, że najpierw czytałem Pismo Święte, a następnie wychodziłem pobiegać po mieście. Był to dla mnie cenny czas, w którym rozważałem przeczytane słowo. Pewnego dnia podczas porannego joggingu wszedłem do Ośrodka Rezerwy Marynarki Wojennej, żeby napić się wody – i wyszedłem z informacjami na temat posługi kapelanów w wojsku.
Postanowiłem się zgłosić. Niedługo potem zostałem mianowany kapelanem Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych i odkryłem, że ten rodzaj posługi kapłańskiej bardzo mi odpowiada. Lubiłem aktywność fizyczną, a ponieważ osiągnąłem pełnoletniość podczas wojny wietnamskiej (choć nie służyłem w wojsku), chciałem „wypełnić swoją powinność”. W 2004 roku otrzymałem szansę i to niezwykle trudną – mój regiment został wysłany za granicę, aby uczestniczyć w operacji Iracka Wolność.
Wyznaczono nas do najtrudniejszej misji bojowej w wojnie irackiej – bitwy o Faludżę. Jako jedyny ksiądz katolicki na terenie działań bojowych, musiałem wciąż przenosić się z miejsca na miejsce, nawet gdy wszędzie wokół mnie kolejne eksplozje raniły i zabijały ludzi.
Był to dla mnie wyjątkowo trudny czas, w którym utrzymywałem równowagę duchową dzięki trzymaniu się rady moich franciszkańskich przełożonych: „W każdych okolicznościach pielęgnuj ducha modlitwy”. Ta rada pozwoliła mi zachować przytomność umysłu, kiedy całymi dniami stykałem się ze śmiercią. Modliłem się Liturgią godzin w pojeździe terenowym, w temperaturze prawie czterdziestu stopni Celsjusza. Modliłem się z rannymi i konającymi. Stała modlitwa pomagała mi służyć nawet w najbardziej traumatycznych, wstrząsających sytuacjach.

ŚW. FRANCISZEK,
ZRANIONY WOJOWNIK
W tych chwilach misji, gdy możliwy był dostęp do komputera, czekałem w długich kolejkach, żeby sprawdzić pocztę elektroniczną. Przesyłane mi przez mojego kierownika duchowego w Stanach refleksje na temat bojowych doświadczeń św. Franciszka stały się dla mnie drugim źródłem pokarmu duchowego.
Mój kierownik duchowy opisywał św. Franciszka jako lubiącego rozrywki hulakę, który pragnął zostać rycerzem, ale przekonał się, że nie jest to wcale takie wspaniałe. Franciszek przez rok był jeńcem wojennym i ten czas naznaczył go na całe życie. Wrócił do domu poważniejszy, nawet przygaszony. Jeszcze po latach, będąc już zakonnikiem, miewał koszmary nocne, w których chodziły po nim szczury. Czy był to zespół stresu pourazowego? Nigdy się tego nie dowiemy, ale jest to możliwe.
Wojenne doświadczenia Franciszka znalazły we mnie żywy oddźwięk. Gdy wojna szalała w najlepsze, dowiedziałem się, że umiera moja matka, i pojechałem na krótki urlop do domu, żeby się z nią pożegnać. Moja rodzina uznała, że wyglądam strasznie. Jeśli wyglądałem przynajmniej w połowie tak źle, jak się czułem, mieli rację. Wszędzie, gdzie się udałem, stykałem się ze śmiercią, a każda tragedia powodowała, że traciłem cząstkę siebie. Mój kierownik duchowy porównywał te zranienia do stygmatów. Zachęcał mnie też do dalszej refleksji nad życiem św. Franciszka.

REFLEKSJE
W ŚWIĘTYCH MIEJSCACH
Po wojnie w Iraku jeszcze przez pięć lat pozostawałem w służbie czynnej. Powoli dochodziłem do siebie, zaczynając od powrotu do ćwiczeń fizycznych. Jak powiedział jeden terapeuta, moje ciało wróciło do domu na długo przed duszą. Dopiero po przejściu na emeryturę w lipcu 2010 roku zacząłem leczyć głębokie rany wewnętrzne spowodowane doświadczeniami wojennymi.
W tym celu poprosiłem przełożonych o pozwolenie na 800-kilometrową pieszą pielgrzymkę szlakiem Camino de Santiago w Hiszpanii – którym podobno pielgrzymował także św. Franciszek. Te kilka tygodni spędziłem na samotnej modlitwie i refleksji. Kiedy czułem się wyczerpany i byłem już gotów zrezygnować, mój towarzysz drogi powtarzał: „Idź dalej”. Przyjmowałem te słowa jako pochodzące od Boga. Tak więc pielgrzymowałem dalej, opowiadałem swoją historię innym pielgrzymom i słuchałem ich historii. Przez te spotkania Bóg pokazywał mi, że wszyscy jesteśmy poranieni i potrzebujemy uzdrowienia.
Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy otrzymałem nowe światło dotyczące św. Franciszka, które ogromnie mi pomogło. Dotyczyło one obrazu ran wojennych jako swego rodzaju stygmatów, czyli ran Chrystusa. Podobnie jak rany Jezusa nigdy nie zniknęły – nawet po zmartwychwstaniu – tak i zranienia spowodowane wojną nigdy nie znikną do końca. Prawda ta urzeczywistniła się także we Franciszku – pierwszej osobie (i jednocześnie weteranie wojennym), o której wiemy, że posiadała stygmaty.
Jednak w przypadku Franciszka rany nabrały sensu dzięki jego służbie braciom. Po doświadczeniach wojennych Franciszek z całych sił starał się naśladować Jezusa, służąc z miłością swoim braciom. Wszystkie jego działania – odbudowa kaplicy w San Damiano czy założenie zakonu franciszkańskiego – wyrosły z pragnienia służby, pomimo doznanych zranień. My, weterani wojenni, także znajdujemy sens w służbie po powrocie z wojny – nawet jeśli nasze zranienia są ciągle niezabliźnione.

„ODBUDUJ MÓJ DOM”
Doświadczenie wędrówki do Santiago de Compostela okazało się dla mnie tak uzdrawiające, że kierownik franciszkańskiego biura pielgrzymkowego poprosił mnie o prowadzenie pielgrzymek do Asyżu dla weteranów wojennych. Podczas tych wyjazdów udajemy się śladami św. Franciszka z pola bitwy, przez więzienie, aż do LaVerna, gdzie otrzymał stygmaty.
Jednym z najbardziej wzruszających przystanków jest miasteczko Poggio Bustone. To tam Franciszek doświadczył przebaczenia wszystkich swoich dawnych grzechów – także tych popełnionych w czasie bitwy – i to doświadczenie zmieniło jego życie. Wielu weteranów powierza tam Bogu swoje własne zmagania z grzeszną przeszłością, otrzymując dar Bożego przebaczenia i pokoju.
Dla nich i dla mnie te uzdrawiające podróże są żywym doświadczeniem słów skierowanych przez Jezusa do Franciszka w zrujnowanej kaplicy San Damiano: „Odbuduj mój dom”. Franciszek sądził, że Jezus mówi o materialnym domu Bożym, i rzeczywiście tak było. Ale Jezus zapraszał go także – i zaprasza każdego z nas – do odbudowy samego siebie oraz do odbudowy Kościoła i świata, poprzez ponowne oddanie swego życia na służbę. Prowadząc te pielgrzymki, odkryłem dla siebie nowe miejsce służby. ▐

Sklep internetowy Shoper.pl