Czasopisma
6.5
PLN
Słowo wśród nas Nr 11 (303) 2018
Słowo wśród nas Nr 11 (303) 2018
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Zaprenumeruj
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 6,50 zł

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LISTOPADOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Listopadowy numer „Słowa wśród nas”, zatytułowany: „Wysłuchaj nas, Panie”, jest poświęcony modlitwie wstawienniczej – czyli modlitwie za innych w ich różnorakich intencjach. W głównych artykułach zobaczymy, co mówi na ten temat Pismo Święte, jak sam Jezus modlił się za swoich uczniów, dlaczego potrzebne jest nasze wstawianie się za innych i jak to możemy robić.
W Magazynie proponujemy artykuł o św. Katarzynie Sieneńskiej, interesujące świadectwo na temat dzielenia życia z osobami z niepełnosprawnością intelektualną we wspólnocie Arka oraz dwie odpowiedzi Czytelników na naszą ankietę „Błogosławieństwo starości”.
Ponadto w numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy książkę Gillesa Jeanguenina „Strach przed diabłem”, ciekawa pozycję dotycząca nie tyle diabła, co strachu towarzyszącego człowiekowi od zarania dziejów do współczesności i sposobach radzenia sobie z nim.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Tajemnica modlitwy wstawienniczej
Wiara, która porusza góry............................................ 4

Modlitwa wstawiennicza niesie nadzieję
Módlmy się i nie ustawajmy........................................ 9

Ważne elementy modlitwy wstawienniczej
Módlmy się z wiarą i zaufaniem.................................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 listopada.................................29

MAGAZYN

Najtrudniejsze przykazanie
Jak św. Katarzyna Sieneńska nauczyła się kochać
bez wzajemności – Christopher M. Bellitto.................................47

„Panie, błogosław nam rękoma Twoich biednych”
– Bogna Paszkiewicz................................................. 51

„Duch nie podlega starzeniu się” – odpowiedź
na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 57

„Nie poddaję się starości” – odpowiedź
na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 59

Nasze lektury............................................................ 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!


Nietrudno zauważyć, jak wiele razy w Piśmie Świętym jest mowa o modlitwie wstawienniczej. Przykładowo Abraham wstawiał się do Boga za mieszkańcami Sodomy (Rdz 18,23-33). Jakub zachęcał nas do modlitwy za siebie nawzajem, a zwłaszcza do błagania Boga o przywrócenie zdrowia chorym (Jk 5,16). Paweł prosił Kościół w Efezie o modlitwę za siebie, aby Duch Święty dał mu odwagę do głoszenia Ewangelii (Ef 6,18-20). A Jezus wzniósł modlitwę wstawienniczą na zupełnie nowy poziom, polecając nam modlić się za naszych nieprzyjaciół (Mt 5,44).
Dlaczego mamy modlić się za innych? Odpowiedź jest oczywista – dlatego że wielu ludzi potrzebuje naszej modlitwy. Jednak wstawianie się za innymi zawiera w sobie jeszcze inne błogosławieństwo. Kiedy modlimy się za innych, coś zmienia się w nas samych. Modlitwa wstawiennicza pomaga nam kształtować w sobie miłość, miłosierdzie i współczucie, upodabniając nas w ten sposób do Chrystusa. Sprawia, że przekraczamy samych siebie – zamiast martwić się o siebie, skupiamy całą swoją uwagę na tym, za kogo się modlimy, przyczyniając się tym samym do budowania Kościoła.
Dziś, przy wszechobecnych środkach przekazu, w jakiś sposób uczestniczymy we wszystkim, co dzieje się na świecie. Jaśniej niż kiedykolwiek widzimy ludzkie nieszczęścia, szerzące się w wielu rejonach ubóstwo, wojny, konflikty . Ludzie cierpią od strefy Gazy po Nikaraguę, od Sudanu Południowego po Appalachy. Historie osób uginających się pod ciężarem nieuleczalnych chorób, bezrobocia, wykorzystywania, głodu, samotności wydają się mnożyć bez końca.
Jednak chociaż może nas przytłaczać ten ogrom nieszczęść, nie powinniśmy tracić nadziei. Nasz Bóg jest wszechpotężny. On wie, co dzieje się na świecie, i zaprasza nas do współpracy. Prosi, abyśmy codziennie znajdowali czas na otwarcie serca na wszystkie te potrzeby i modlitwę w ich intencji.
Pismo Święte mówi nam, że Bóg szuka po całej ziemi człowieka, który by „postawił mur i stanął w wyłomie” (Ez 22,30) pomiędzy ludem a całym jego udręczeniem, tym wszystkim, co mu zagraża z powodu jego grzechów. W Starym Testamencie Bóg znalazł takich ludzi – byli nimi prorok Daniel (Dn 9,1-19) czy kapłan Ezdrasz (Ezd 9,5-15). Na koniec „w wyłomie” stanął Jego Syn, Jezus, który „wciąż żyje, aby się wstawiać za nimi” (Hbr 7,25).
Dziś to właśnie nas Bóg prosi, abyśmy postawili mur i stanęli w wyłomie. Za każdym razem, gdy czynimy dobro, uczestniczymy we Mszy świętej, troszczymy się o potrzeby bliskich lub przychodzimy z pomocą potrzebującym, pomagamy wznosić mur, którego budulcem jest miłość i świętość. Jednakże ten mur nie jest jeszcze ukończony. Wciąż, jak uświadamiają nam to codzienne wiadomości, istnieją w nim wyłomy. Poprzez naszą modlitwę wstawienniczą prosimy Boga, aby chronił swój lud aż do dnia, w którym mur zostanie ukończony – do dnia, w którym Jezus powróci w chwale.
Budujmy więc ten mur i stawajmy w jego wyłomach. Módlmy się: „Oto jestem, Ojcze! Przychodzę prosić Cię w potrzebach Kościoła i świata. Wysłuchaj mnie, Panie!”.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


ARTYKUŁY:

Tajemnica modlitwy wstawienniczej

Wiara, która porusza góry

Ja za nimi proszę (…) i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie. (J 17,9.20)
Jezus wypowiedział te słowa w noc przed swoją śmiercią, podczas uczty paschalnej spożywanej ze swoimi uczniami, na krótko przed wyjściem do Ogrodu Oliwnego. Sam fakt, że Jezus zaczął się modlić, nie jest niczym zaskakującym. Modlił się przecież stale. Trwał zawsze w bliskości Ojca, aby móc otwierać się na Jego wolę i mieć ufność w Jego miłości. Zaskakujące jest natomiast to, o co się modlił tej nocy. Prosił za swoich uczniów – i prosił za każdego z nas!
Nieczęsto zdarza nam się myśleć o Jezusie, który wstawia się za nami. Czy nie jest On jedno z Ojcem? Skoro tak doskonale znał wolę Bożą, to dlaczego uznał za stosowne prosić Ojca za nas wszystkich?
Dochodzimy tu do tajemnicy modlitwy wstawienniczej. Z jednej strony wierzymy, że Bóg wie o nas wszystko i ma dla nas doskonały plan, tak że nie ma żadnej potrzeby, aby skłaniać Go do wprowadzania w nim zmian. Jednak z drugiej strony wiemy, że nawet sam Jezus praktykował modlitwę wstawienniczą, prosząc Ojca o interwencję w rozmaitych sytuacjach. Próbując zgłębić tę tajemnicę, będziemy zastanawiać się nad tym, dlaczego mamy modlić się za innych, a także nad tym, czy nasze modlitwy mogą być równie skuteczne jak modlitwa Jezusa.

JEZUS, NASZ POŚREDNIK
W starożytnym Izraelu pośrednictwo i wstawianie się za ludem było rolą kapłana. To on miał stawać przed Bogiem
i błagać Go w imieniu całego ludu. Kapłan wypełniał swoje obowiązki, składając liczne ofiary, mające na celu przebłaganie i wstawiennictwo (Ez 44,15-16).
Z kolei w Nowym Testamencie, w Liście do Hebrajczyków, czytamy: „Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych (…) nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie” (Hbr 9,11-12). Jezus dopełnił dzieła kapłanów Starego Testamentu, a teraz siedzi po prawicy Boga, gdzie „wciąż żyje, aby się wstawiać za nami” (por. Hbr 7,25).
Kiedyś przed Bogiem stawali jedynie kapłani, ale dziś wstawia się za nami także Jezus, Boży Syn. Zasiadając po prawicy Ojca, przedstawia nas Bogu, ze wszystkimi naszymi grzechami i potrzebami. I podobnie jak kompetentny adwokat występuje w obronie klienta, tak Jezus staje obok nas i mówi w naszym imieniu. A ponieważ On jest zawsze z nami, możemy bez obawy przedstawiać Bogu wszystkie nasze sprawy. Obecność Jezusa przy Ojcu, pewność Jego wstawiennictwa sprawiają, że możemy z ufnością przybliżać się do tronu Boga i otwierać przed Nim nasze serca. Czyńmy to, „abyśmy doznali miłosierdzia i znaleźli łaskę pomocy w stosownej chwili” (Hbr 4,16).

JAK MAŁE DZIECI
W Kazaniu na Górze Jezus powiedział do nas: „Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą” (Mt 7,11). A zatem sam Jezus zachęca nas, byśmy przychodzili do Boga ze swoimi sprawami, tak jak dzieci przychodzą ze swoimi sprawami do rodziców, a dzieci zwracają się do mamy i taty ze wszystkim – z rozbitym kolanem, bolącym gardłem, trudną pracą domową i kłótnią z przyjacielem. My możemy podobnie traktować naszego Ojca niebieskiego. Nie musimy się krępować ani zastanawiać, czy nasza prośba jest dostatecznie ważna, by Bóg zechciał się nią zainteresować.
Św. Augustyn powiedział kiedyś: „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga. Pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”. Czy nie w taki właśnie sposób myślą i postępują małe dzieci? Zwykle próbują same rozwiązać problem, ale kiedy sprawa staje się dla nich zbyt skomplikowana, biegną do rodziców. Jako rodzice wiemy dobrze, że jeśli za bardzo będą polegać na sobie, szybko zabrną w ślepy zaułek i nie będą umiały sobie poradzić. Dlatego staramy się im pomagać. Pamiętamy jednak również, że jeśli będziemy wszystko za nie robić, nigdy nie staną się samodzielne.
Bóg udzielił nam wielu darów – daru inteligencji, rozumu, wyobraźni, intuicji – abyśmy nauczyli się myśleć i działać samodzielnie. Abyśmy korzystając z tych darów próbowali stawiać czoło wyzwaniom, jakie niesie życie. Jednocześnie jednak pragnie, abyśmy przychodzili do Niego ze wszystkimi swoimi sprawami, szukając u Niego pomocy i prowadzenia. Czasami, odpowiadając na nasze prośby, Bóg rozwiązuje problem od razu, czasami pozwala nam samym szukać rozwiązania, abyśmy wzrastali i dojrzewali.
Przypuśćmy, że szukasz nowej pracy. Oczywiście powinieneś poprosić Boga o pomoc. Ale powinieneś też składać podania i CV oraz chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. Jednak dzięki temu, że zapraszasz do tego procesu Boga, możesz przechodzić przez to wszystko z większym pokojem i zaufaniem. Wiesz, że jest z tobą Bóg, który będzie cię wspierał i prowadził.

Z UFNOŚCIĄ
Modlitwa prośby to coś więcej niż tylko przedstawianie swoich potrzeb i oczekiwanie na Bożą interwencję. Jest ona aktem wiary i ufności, że Ten, do którego się modlimy, jest wszechmocny i nieskończenie kochający.
Ufność oznacza więc wiarę w to, że wszechmogący Bóg ma moc odpowiedzieć na nasze modlitwy. Oznacza wiarę w to, że Bóg chce dawać nam dobre rzeczy – w wielu formach i na wiele sposobów. Oznacza też wiarę, że Ojciec niebieski nigdy nie zapomina o swoich dzieciach.
Być może nigdy nie zrozumiemy, dlaczego niektóre z naszych modlitw wydają się niewysłuchane. Między innymi dlatego Pismo Święte mówi o „tajemnicy” Bożego planu zbawienia. Ten plan tak bardzo przerasta nasze rozumienie, że nie jesteśmy w stanie w pełni ogarnąć jego wielkości i głębi. Czasami pozostaje nam jedynie zaufać Bogu, jak dziecko ufa swemu ojcu. Pozostaje wierzyć, że Bóg kieruje wszystkim dla naszego dobra (Rz 8,28). „Tajemnicy” niewysłuchanych modlitw nie należy odczytywać jako wyrazu obojętności, odrzucenia czy braku miłości ze strony Boga.

Z WIARĄ
Zuzanna wierzyła w Boga, ale jej wiara była bardzo słaba. Kiedy zdiagnozowano u niej raka, kilka osób z parafii zaproponowało jej wspólną modlitwę, podczas której uświadomili jej na nowo kilka prostych, podstawowych prawd wiary: Bóg jest żywą Osobą, kocha nas i wie, co dzieje się w naszym życiu. Okazana Zuzannie miłość i modlitwa braci z parafii umocniła jej wiarę. Z mniejszym niż dotąd lękiem zmagała się z chorobą.
Jednocześnie poprawiał się również jej stan fizyczny. Dziś, po dwudziestu latach i dwóch nawrotach raka, choroba jest w stanie remisji, zaś Zuzanna jest o wiele szczęśliwszą, pełną pokoju kobietą. A wszystko to zaczęło się od propozycji kilku osób, które zechciały otoczyć ją modlitwą, gdy była chora.
Aby zobaczyć odpowiedź Boga na modlitwę, nie trzeba być herosem wiary, ale potrzeba mobilizacji całej wiary, jaką mamy – nawet jeśli jest ona niewielka. Kiedy tak się modlimy, kiedy szukamy Pana całym sercem, On nas tam znajdzie i wysłucha naszej modlitwy w najlepszy dla nas sposób.
Bóg pragnie, abyśmy zawsze wybierali wiarę, ufność i pewność, a nie troski, zwątpienie i lęk. Oczywiście często bywa to trudne, ale pamiętajmy, że wiara jest darem Boga. Nie jest czymś, co musimy sami z siebie wykrzesać, lecz potężną łaską, która pomaga nam uporać się z życiowymi problemami. Oznacza to, że możemy spokojnie zanosić nasze modlitwy do Pana, składając je z ufnością u Jego stóp.

ZACZNIJMY DZISIAJ
Nie ograniczajmy modlitwy wstawienniczej do najtrudniejszych sytuacji. Módlmy się codziennie za współmałżonka i rodzinę, za swoich przyjaciół, sąsiadów i we wszystkich potrzebach świata. To właśnie polecił nam Jezus, ucząc modlić się o chleb powszedni i zachowanie od złego. Zacznij więc od dzisiaj. Zrób sobie listę najważniejszych intencji i powierzaj je Bogu codziennie. I pamiętaj, że nie ma takiej prośby, która byłaby dla Niego zbyt mało ważna lub niegodna Jego uwagi. ▐

 

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

▌Czwartek, 1 listopada
Wszystkich Świętych
Ap 7,2-4.9-14
Potem ujrzałem: a oto wielki tłum. (Ap 7,9)
Czego potrzeba, żeby zostać świętym? Przed definitywnym ogłoszeniem, że dana osoba jest w niebie i można od-
dawać jej cześć publiczną, Kościół przeprowadza bardzo dokładne badanie, zwane procesem kanonizacyjnym. Analizowane są wszystkie pisma pozostawione przez tę osobę. Szuka się cudów, zbiera zeznania świadków – rodziny i przyjaciół kandydata oraz innych osób, które go znały. Wyznacza się nawet „adwokata diabła”, którego zadaniem jest znajdowanie argumentów przeciwko kanonizacji – tak by mieć pewność, że niczego nie pominięto. Kiedy spełnione są wszystkie wymagania, papież ogłasza danego kandydata świętym, ukazując go jako wzór dla wszystkich wierzących.
Gdyby jednak to rygorystyczne dochodzenie doprowadziło nas do wniosku, że świętość jest czymś niezwykle rzadkim, byłby to wniosek mylny. Dziś niezliczone rzesze mężczyzn i kobiet wyśpiewują w niebie tę samą pieśń triumfu, co „oficjalni” święci. To także tych anonimowych, nieuznanych oficjalnie świętych czcimy w dzisiejszej uroczystości. Są ich miliony, z każdego stulecia i każdego pokolenia od czasu narodzin Kościoła.
Czego więc potrzeba, żeby zostać „nieoficjalnym” świętym? Rozejrzyj się wokoło, a zobaczysz. Pomyśl o ludziach, których miłość do Chrystusa stała się dla ciebie inspiracją. Pomyśl o tych, których ofiarna służba zrobiła na tobie głębokie wrażenie, albo o tych, którzy mobilizowali cię do trwania w wierze. Tacy ludzie są darem od Boga. Zachęcają nas do dobrego i kierują nasz wzrok ku niebu.
Dziś dziękujemy Bogu za łaski otrzymane za pośrednictwem także tych „nieoficjalnych” świętych. Ale może warto w tym dniu zastanowić się, jaki wpływ my sami wywieramy na innych. Choć pewnie nie uważasz się za świętego, to świadectwo twego życia może mieć dla kogoś znaczenie. Jezus nazwał błogosławionym każdego, kto jest ubogi w duchu, miłosierny, czystego serca, kto wnosi w swoje otoczenie pokój. A świętość zawsze promieniuje na innych.
„Jezu, dziękuję Ci za świętych, których postawiłeś na mojej drodze. Pozwól mi też kiedyś dołączyć do ich wielkiego tłumu w niebie”.
Ps 24,1-6
1 J 3,1-3
Mt 5,1-12a

▌Piątek, 2 listopada
Wszystkich wiernych zmarłych
Mdr 3,1-6.9
Nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. (Mdr 3,4)
Cukierki w kształcie czaszek, dekoracje w kształcie szkieletów, groby ozdobione kwiatami i ofiarami z ulubionych potraw – tak w Meksyku obchodzi się Dia de los Muertos (Dzień Zmarłych). Jest to dla nas nieco kontrowersyjny sposób oddawania czci członkom rodziny, którzy już odeszli.
Podczas tego meksykańskiego Dnia Zmarłych obchodzonego 2 listopada, we wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych, czaszki i szkielety przypominają o tym, jak krótkie jest ludzkie życie. Kwiaty i potrawy przywodzą na myśl dobre wspomnienia związane z bliskimi zmarłymi i są wyrazem wdzięczności za ich życie. Dzisiejsze wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych, w jaki-
kolwiek sposób obchodzone, jest okazją do tego, by wspominać zmarłych i modlić się za nich. Przypomina ono, że zmarli wciąż są z nami na zasadzie świętych obcowania. Przypomina też, że możemy nieść im pomoc przez modlitwę. Taki jest też sens dzisiejszego wspomnienia liturgicznego. Wypływa ono z podstawowego ludzkiego pragnienia, by zachować więź z bliskimi zmarłymi i wyrazić im naszą wdzięczność.
To pragnienie łączności ze zmarłymi wynika z wiary, że chociaż nie da się uniknąć śmierci, nie jest ona końcem wszystkiego. Strata bliskiej osoby może być wielkim dramatem, ale wiara mówi nam, że „dusze sprawiedliwych są w ręku Boga” (Mdr 3,1). Wierzymy, że „po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich” (Mdr 3,5). Wierzymy, że zostaliśmy stworzeni do nieśmiertelności i nosimy w sobie tęsknotę za przebywaniem z Bogiem w radości nieba. Wspominamy naszych zmarłych, chcąc poczuć ich bliskość w naszych sercach – a tym samym poczuć w sercach bliskość nieba.
Jeśli więc straciłeś bliską osobę, wiedz, że ona tak naprawdę nie odeszła. Jest z tobą we wspomnieniach, które zachowałeś, w cechach czy zwyczajach, jakie od niej przejąłeś, a przede wszystkim możesz mieć z nią łączność w Chrystusie. Ta łączność umacnia się, gdy wstawiasz się za nią, prosząc, by jak najszybciej weszła do chwały nieba, i gdy ufasz, że tam zobaczysz się z nią ponownie.
„Jezu, wprowadź moich bliskich zmarłych do chwały nieba. Pozwól im oglądać Ciebie twarzą w twarz”.
Ps 103,8.10.13-18
2 Kor 4,14--5,1
J 14,1-6

▌Niedziela, 4 listopada
Pwt 6,2-6
Będziesz się bał Pana, Boga swego. (Pwt 6,2)
Co to znaczy bać się Pana? Czy rzeczywiście mamy się Go lękać? Cóż, na pewno nie możemy umniejszać znaczenia tych słów, ponieważ pojawiają się one w Piśmie Świętym ponad trzysta razy. Jednak bojaźń Boża nie ma nic wspólnego z życiem w nieustannym lęku. Oznacza natomiast głęboki szacunek należny majestatowi Boga.
Bojaźń Boża jest czymś innym niż ziemski lęk, który wszyscy znamy z doświadczenia. Wiąże się ona z pozytywnym, a nie negatywnym nastawieniem. Nie oddziela nas od Boga, ale, przeciwnie, umacnia naszą wiarę i pogłębia naszą relację z Nim. Pomaga nam mówić „nie” różnym grzesznym pożądaniom. Jest dla nas bardziej ochroną niż formą opresji. To właśnie bojaźń Boża każe nam strzec się, by nie powiedzieć lub nie uczynić niczego, co mogłoby nas oddzielić od naszego niebieskiego Ojca.
Podobną „miłującą bojaźń” budzą w dzieciach rodzice. Uczą oni swoje dzieci, że istnieją pewne granice w mo-
wie i zachowaniu, których nie wolno im przekraczać, jeśli mają wyrosnąć na odpowiedzialnych, szanowanych ludzi. Dzieci zdają sobie sprawę, że przekroczenie tych granic niesie za sobą określone przykre konsekwencje. W ten sposób „miłująca bojaźń” staje się w nich
fundamentem mądrości. Podobnie Pismo Święte uczy nas, że „początkiem mądrości jest bojaźń Pana” (Syr 1,14).
Bojaźń Pana jest środkiem wychowawczym, który pomaga nam bezpiecznie wzrastać w wierze. I podobnie jak wszystkie inne środki wychowawcze, jest skuteczna we właściwym czasie. Ostatecznie bojaźń Boża powinna ustąpić miejsca miłości, gdyż „doskonała miłość usuwa lęk” (1 J 4,18). Oczywiście proces ten trwa przez całe życie, ale fakt, że nawet bojaźń Boża blednie w obliczu miłości, jest bardzo podnoszący na duchu.
Weźmy więc sobie do serca największe przykazania Boga: „Będziesz (…) miłował Pana, Boga twojego,
z całego swego serca” (Pwt 6,5) oraz „Będziesz miłował bliźniego jak siebie samego” (Kpł 19,18).
„Jezu, naucz mnie pełnić przykazania miłości”.
Ps 18,2-4.47.51
Hbr 7,23-28
Mk 12,28b-34

▌Niedziela, 11 listopada
Mk 12,38-44
Wrzuciła wszystko, co miała. (Mk 12,44)
„Nie ma takiego ryzyka, którego człowiek prawdziwie mądry nie podjąłby, jeśli w grę wchodzi dobro Ojczyzny. Najchwalebniejszą rzeczą umysłu szlachetnego jest poświęcenie sprawom publicznym swego majątku i życia. Wszyscy, którzy marzą o zapewnieniu sobie nieśmiertelności, powinni przejąć się tą głęboką i szlachetną myślą, że przez Rzeczpospolitą należy rozumieć coś, czemu warto całkowicie się oddać i poświęcić” – tak pisał kanonizowany dwa i pół roku temu wielki polski patriota, św. Stanisław Papczyński, założyciel Zgromadzenia Księży Marianów.
Obchodzona dziś przez nas setna rocznica odzyskania niepodległości, nie będąc świętem kościelnym, nie ma własnych, specjalnie dobranych czytań.
W naszych kościołach rozbrzmiewa dziś ta sama Ewangelia, co na całym świecie – Ewangelia o tym, że najwięcej daje nie ten, kogo dar jest po ludzku najwspanialszy, lub ten, kto czyni wokół swego daru najwięcej hałasu, ale ten, kto nie dbając o rozgłos, oddaje wszystko.
Jednak dziś, kiedy wspominamy z wdzięcznością tak wielu często bezimiennych rodaków, którzy oddali wszystko, co mogli – życie, zdrowie, siły, majątek, zdolności – dla wolności i pomyślności Ojczyzny, ta Ewangelia ma szczególną wymowę. Uświadamia nam, że ofiarność i poświęcenie nigdy nie idą na marne, nawet gdyby wydawało się, że nie mają sensu. Bóg widzi,
a Ojczyzna pamięta – jak wskazuje na to dzisiejsze święto.
Współcześnie, gdy liczy się przede wszystkim skuteczność, wydajność i osiągane wyniki, ofiarność zdecydowanie nie jest w modzie. Jednak dzisiejsza Ewangelia, tak mocno potwierdzona doświadczeniem naszego narodu, uczy, że to poświęcenie dla dobra wspólnego, a nie troska wyłącznie o własny interes, przynosi owoce, jakich oczekuje Bóg.
Ciesząc się dziś owocami ofiarnej pracy naszych przodków, prośmy Pana, aby także i nasze pokolenie, nie szczędząc sił, umiało zgodnie współpracować dla dobra tych wszystkich z którymi Bóg nas połączył w jednej Ojczyźnie.
„Najlepszy i największy Ojcze, spraw, aby Polska, Ojczyzna nasza, rozkwitła, rozbieżne żądania się połączyły, zwaśnione umysły się pojednały (…) by miłość dobra wspólnego roz
gorzała we wszystkich sercach”.
(św. Stanisław Papczyński)
1 Krl 17,10-16
Ps 146,6-10
Hbr 9,24-28

▌Niedziela, 18 listopada
Mk 13,24-32
Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie (…) tylko Ojciec. (Mk 13,32)
Czy mówiąc, że „nikt nie wie”, kiedy nastąpi Jego powtórne przyjście, Jezus naprawdę miał na myśli także siebie? Wygląda na to, że tak. Przypomniał nam przez to, że poddał się ograniczeniom naszej ludzkiej natury. Będąc w pełni Bogiem, był także w pełni człowiekiem. A to pociągało za sobą określone ograniczenia. Dlatego, na przykład, w Ewangelii według Łukasza czytamy, że Jezus wzrastał w mądrości i łasce „u Boga i u ludzi” (Łk 2,52).
Dziś Jezus już wie, kiedy powróci w chwale. Problem polega jednak na tym, że my dalej tego nie wiemy!
Na przestrzeni dziejów wielu ludzi usiłowało przewidzieć datę końca świata. Św. Paweł sądził, że nastąpi on niebawem. Św. Hipolit z Rzymu i św. Ireneusz z Lyonu uważali, że nastąpi on w 500 roku po Chrystusie. John Wesley, pierwszy metodysta, przewidywał, że będzie to w 1836 roku. Świadkowie Jehowy, niektórzy baptyści, liderzy nieoficjalnych wspólnot –
a prócz tego cała masa ludzi niezrównoważonych psychicznie – także wyznaczali swoje terminy. Kiedy ich kalkulacje okazywały się błędne, wielu z nich wskazywało następne daty, by po raz kolejny zawieść swoich zwolenników.
Bywają też bardziej ostrożni wierzący. Pamiętając, że na krótko przed końcem mają się pojawić konkretne znaki, wskazują na różne wydarzenia, takie jak wojna na Bliskim Wschodzie, susza w Afryce, trzęsienie ziemi w Peru czy inne klęski. Pojawienie się tych znaków ma zwiastować, że przyjście Jezusa jest już bardzo blisko.
Jednak nikt z ludzi nie wie, kiedy Jezus powróci. Może to nastąpić równie dobrze dzisiaj, jak za kilka tysięcy lat.
Św. Franciszek miał nieco inną wizję tej sprawy. Dla niego najważniejsze było to, by stale być gotowym na ten moment. Pewnego razu gdy pracował w ogrodzie, pewien brat zapytał go: „Co byś zrobił, gdybyś dowiedział się, że Jezus powróci dzisiaj?”. „Dalej kopałbym ogród” – odrzekł Franciszek. Miał poczucie, że robi wszystko, żeby być przygotowanym na to wydarzenie, i nie ma już nic więcej do zrobienia.
Jezus przyjdzie powtórnie. Postępujmy więc tak, jak chrześcijanie wszystkich wieków – bądźmy gotowi na Jego przyjście.
„Przyjdź, Panie Jezu!”
Dn 12,1-3
Ps 16, 5.8-11
Hbr 10,11-14.18

▌Niedziela, 25 listopada
Jezusa Chrystusa,
Króla wszechświata
J 18,33b-37
Królestwo moje nie jest z tego świata. (J 18,36)
Pismo Święte mówi, że założycielem pierwszego miasta (Rdz 4,17) był Kain, zabójca swego brata, Abla. Odtąd we wszystkich znanych nam królestwach, państwach i społecznościach tego świata była stosowana przemoc. Każdy władca, jakiego znamy z imienia, korzystał z jakiejś formy przemocy, aby „zapewnić pokój” i utrzymać władzę. Nawet wielki król Dawid doradzał swemu synowi, Salomonowi, aby po jego śmierci pozbył się przeciwnika politycznego, umacniając w ten sposób swoją władzę (1 Krl 2).
Nic więc dziwnego, że Jezus powiedział, że Jego królestwo „nie jest z tego świata” (J 18,36)! Przyszedł On jako „Książę Pokoju” (Iz 9,5), a nie bezwzględny dyktator. I dlatego dzisiejsza uroczystość Chrystusa Króla ma tak doniosłe znaczenie. Czcimy dziś Króla odmiennego od wszystkich innych władców, Króla, który ustanawia całkowicie nowy rodzaj królestwa.
Królowanie Jezusa jest niepodobne do żadnego z tych, jakie znamy z historii. Zamiast podporządkować ludzi sobie, sam poddał się ich władzy – nawet gdy znaczyło to skazanie Go przez nich na śmierć. A gdy oparł się pokusie ziemskiego panowania, Bóg wskrzesił Go z martwych i ustanowił jedynym prawowitym Królem nad całym stworzeniem.
Jakim królestwem włada Jezus? Królestwem nawróconych serc. Królestwem ludzi, którzy wyrzekając się grzechu i przemocy, usiłują żyć w pokoju i sprawiedliwości.
Oczywiście nie jesteśmy doskonali. Wciąż popełniamy grzechy. Wciąż uciekamy się do przemocy – a przynajmniej do jej bardziej subtelnych form – aby przeprowadzić swoją wolę. Jednak zamiast utrzymywać nas w ryzach groźbami użycia siły, Jezus, nasz Król, odnosi się do nas z dobrocią, miłością oraz z niepojętym wręcz miłosierdziem. Kruszy nasze serca i prosi, abyś-
my miłowali się wzajemnie, tak jak On umiłował nas – miłością pokorną, która uważa innych za lepszych od siebie.
Jezus, Król wszechświata, przyszedł, aby pokonać grzech miłością, przemoc pokojem, a niesprawiedliwość miłosierdziem. Jego królestwo nie jest z tego świata. Jest o wiele wspanialsze!
„Jezu, Ty jesteś moim Królem! Przyjdź i zapanuj w moim sercu”.
Dn 7,13-14
Ps 93,1-2.5
Ap 1,5-8


MAGAZYN:

„Panie, błogosław nam rękoma Twoich biednych!”

Przez ponad 15 lat pracowałam w katolickim wydawnictwie i zajmowałam się jako redaktor słowem pisanym. Poprawiałam teksty nadsyłane przez autorów – komentarze biblijno-liturgiczne, a więc nie treści miałkie, lecz dotyczące spraw najważniejszych. Mimo to po kilkunastu latach pracy zaczęłam tracić poczucie wartości słowa. Redagowane teksty (poza nielicznymi wyjątkami) z roku na rok wydawały mi się coraz bardziej abstrakcyjne, wydumane, nieprawdziwe… Tyle gładkich pięknych słów o Bogu, o miłości,
o oddawaniu życia. Tak łatwo je przelewać na papier... Ale czy one mają cokolwiek wspólnego z moją rzeczywistością? Ogarniało mnie coraz większe znużenie, po którym przyszła nuda, zniecierpliwienie i frustracja. Wypaliłam się.
W relacji z Panem Bogiem również pogrążałam się w coraz głębszym kryzysie. Wiele z tego, w co wierzyłam od lat, zaczęło budzić moje wątpliwości. Na płaszczyźnie rozumowej nie byłam w stanie znaleźć rozwiązań, które dawałyby mi pewność. Próbowałam się oprzeć na swoim doświadczeniu Pana Boga, który mnie nigdy nie zawiódł; zwłaszcza w chwilach najtrudniejszych zawsze był blisko. Moje zaufanie było jednak bardzo chwiejne. Do tego doszło zakończenie związku, z którym wiązałam nadzieje na przyszłość. Poczułam, że grunt usunął mi się spod nóg. Marzyłam, żeby Pan Bóg ukrócił moją udrękę i zabrał z tego świata. Po jakimś czasie mój stan psychiczny wprawdzie się poprawił, ale za to poważnie zachorowałam fizycznie. Siedem tygodni spędziłam w szpitalu, kolejne trzy w domu, a potem jeszcze przez rok zażywałam silne leki.
Czas choroby był okazją, by z pewnego dystansu przyjrzeć się swojej sytuacji. Dopiero wtedy dotarło do mnie z całą wyrazistością, jak jestem zmęczona dotychczasową pracą i jak bardzo potrzebuję zmiany. Przyszło mi na myśl, aby zrobić sobie „rok szabatowy”, spędzić go w jakiejś wspólnocie, dać sobie czas, by na nowo poszukać swojej drogi. Ale jak? Z kiepskim zdrowiem, z kredytem hipotecznym na karku, z doświadczeniem pracy w jednym tylko zawodzie… Miałam mglisty pomysł, że może dobrze by było popracować w „sektorze pomocowym”, w jakiejś fundacji, ale jak się z takiej pracy utrzymać?
Mimo że każde rozwiązanie wydawało mi się nierealne, nadal szukałam. Przeglądałam w Internecie strony różnych wspólnot życia, aż natrafiłam na L’Arche (Arkę). Od dawna wiedziałam o istnieniu Arki – wspólnoty, w której osoby z niepełnosprawnością intelektualną dzielą życie z pełnosprawnymi. Teraz jednak byłam zaskoczona, że wspólnota jest w Polsce, i to w czterech miejscach. Przyszło mi na myśl, że pobyt w takiej wspólnocie byłby odpowiednim środkiem zaradczym na moje zmęczenie intelektualne i samotność. Spodziewałam się, że w takim miejscu będę mogła spotkać Boga w prostocie, bez elokwencji i estetycznego blichtru. Zamiast mnożyć słowa, piękne teorie o oddawaniu życia, o miłości – będę miała szansę nauczyć się kochać i dawać życie. Zamiast z dystansu zachwycać się Chrystusem ubogim – spotkać Go w ubogich i odrzuconych. Zamiast wiele mówić, czy raczej pisać – po prostu być z drugim człowiekiem... Napisałam więc list i bardzo szybko otrzymałam odpowiedź z propozycją przyjazdu „zapoznawczego” na kilka dni. Miesiąc później już byłam na miejscu.
Dotąd prawie nie miałam do czynienia z osobami z niepełnosprawnością intelektualną i byłam zupełnie nieprzygotowana na odmienny rodzaj kontaktu niż ten, do którego przywykłam. Cała moja wiedza i „wygadanie” były tu kompletnie nieprzydatne. Niektórzy z domowników przywitali mnie z radością, inni przeciwnie – z rezerwą i niechęcią. Rezerwa była zrozumiała – nie znaliśmy się, potrzebowaliśmy czasu, żeby się ze sobą oswoić. To było trudne. Ponadto podczas tego mojego pierwszego pobytu miało miejsce tragiczne wydarzenie: zmarł nagle jeden z domowników. Nie zdążyłam nawet z nim porozmawiać. Czułam się bardzo zagubiona w tej nowej i dramatycznej rzeczywistości. Czułam lęk przed wszystkimi, przez ściśnięte gardło z tru-
dem wydobywałam słowa. Mimo to, wyjeżdżając po pięciu dniach, wiedziałam, że wrócę.
Tym, co najmocniej mnie poruszyło podczas pierwszego krótkiego pobytu w L’Arche, była wspólna wieczorna modlitwa, wstrząsająca w swojej prostocie. Odczytano Ewangelię z dnia,
a potem każdy przedstawiał swoje prośby. Część osób mówiła bardzo niewyraźnie, tak że nie dało się ich zrozumieć. Ale ich prośby były prawdziwe. Potem dziesiątka Różańca i odśpiewanie „Hymnu Arki”. Większość śpiewających okropnie fałszowała, tak że zupełnie nie mogłam się zorientować, jaka jest melodia. Natomiast słowa wycisnęły mi z oczu łzy:

O Maryjo, pobłogosław dom nasz, prosimy Cię, zachowaj go w czystym sercu swym.
Niech się stanie prawdziwym ogniskiem, schronieniem dla Twych biednych i maluczkich.
Niech znajdą w nim źródło życia i nadziei.
Niech będzie schronieniem dla tych, których doświadczasz, by znaleźli tutaj radość, pocieszenie.

Panie, błogosław nam rękoma Twoich biednych! Panie, uśmiechnij się w spojrzeniu Twoich biednych!
O Maryjo, otwórz nasze serca, niech będą ciche i pokorne,
zawsze gotowe przyjąć z miłością i współczuciem wszystkich biednych, których do nas posyłasz.
Daj nam serca pełne pokoju, byśmy ich kochali, służyli, byli pojednaniem.
Pomóż nam widzieć w braciach, którzy cierpią, żywą obecność pokornego Jezusa.
Panie, błogosław nam rękoma Twoich biednych! Panie, uśmiechnij się w spojrzeniu Twoich biednych!
Panie, któregoś dnia do królestwa Twoich biednych przyjmij nas. Amen.

Przez kolejne lata wciąż wracam do tych słów, by przypominać sobie to, co w Arce najważniejsze: że w osobach z niepełnosprawnością intelektualną, pogardzanych i odrzucanych przez świat, spotykam „pokornego Jezusa”. Że z Bożą pomocą chcę, by te osoby znalazły tu „radość, pocieszenie”. Że mam być pojednaniem… I aby to było możliwe, proszę o serce pełne pokoju. Wreszcie, że Pan błogosławi mi rękoma tych ubogich i że sama jestem uboga i potrzebująca… Ilekroć śpiewam arkowy hymn, przypominam sobie, po co tu jestem i do czego Pan Bóg mnie powołuje. W codzienności, natłoku obowiązków i zmęczeniu łatwo o tym zapomnieć.
Przez pierwsze pół roku przyjeżdżałam do Arki okazjonalnie w weekendy, a następnie porzuciłam pracę w redakcji i zamieszkałam w domu wspólnoty. Od tamtej pory minęły trzy lata. Początkowo myślałam, że będę tu tylko przez rok; teraz widzę, że trzy lata i więcej to za mało, żeby nauczyć się kochać. Wciąż muszę na nowo podejmować refleksję nad sobą i dokonywać autokorekty mojego postępowania. Uczę się przede wszystkim rezygnować z siebie (np. ze swojej przewagi intelektualnej), żeby stworzyć drugiemu przestrzeń do zaistnienia, by nie przytłaczać sobą. To jest to samo, co czyni wobec nas Chrystus. Widzi i może więcej od nas, ale schodzi do naszego poziomu, żeby nas pociągnąć, zachęcić do rozwoju. Uczę się współczucia wobec słabości drugiego – tak łatwo narzucać komuś swoje standardy i wymagania, lecz dla drugiej osoby to jest opresyjne, a nie życiodajne. To znów jest obszar wymagający rezygnacji z siebie. Nieustannie zderzając się z cudzą kruchością i ograniczeniami, odkrywam też własne i uczę się je akceptować. Wielokrotnie też doświadczam wsparcia (modlitwy, pociechy) ze strony osób, które świat uważa za bezużyteczne jak zbędny balast.
Odkrywam wielką pokorę Pana Boga, który dla nas, tak słabych, wcielił się i stał się człowiekiem. Patrzę czasem na jedną z osób w naszym domu, która jest tak bardzo „uboga w duchu”, że nic nie ma odwagi zrobić, jeśli się nie upewni, czy ma to robić i jak. Zapytana, czego chce, nie umie udzielić odpowiedzi, ponieważ nie wie, czego ma chcieć. W niej, tak bezradnej, jest obecny Chrystus! We mnie, niepewnej, wciąż przeżywającej wahania i wątpliwości też! Dla niej On ma cierpliwość i nieskończone miłosierdzie – i dla mnie też.
We wspólnocie każdy jest inny i każdy ma odmienne talenty. Wciąż doświadczam tego, jak uzupełniamy się nawzajem i udzielamy sobie wsparcia. Ktoś umie rysować, ktoś inny ma pomysły na zorganizowanie wspólnego czasu, a jeszcze komuś innemu wspaniale wychodzi publiczne dawanie świadectwa o życiu w Arce, np. w kościele. Osobiście odkryłam we wspólnocie, że mam talent kulinarny. Przez lata uważałam, że nie umiem i nie lubię gotować, ponadto mieszkałam sama i nie chciało mi się przygotowywać posiłków tylko dla siebie. Teraz gotuję często, czasem nawet dla kilkunastu osób – i lubię to! Mam satysfakcję, że innym smakują przygotowane przeze mnie posiłki. Wydaje mi się, że mogłabym się bardziej otworzyć na wykorzystanie talentu plastycznego, wciąż jednak nie wyleczyłam się dostatecznie z perfekcjonizmu, by zawiesić autocenzurę i dać się ponieść ekspresji. Zachęcają mnie do tego nasi domownicy, wręczając mi swoje rysunki jako wyraz sympatii i oczekując, że ja im też coś narysuję.
Arka jest też miejscem nieustannego ćwiczenia się w cierpliwości. Niektóre osoby zadają wciąż te same pytania, pomimo że już wiele razy otrzymały odpowiedź. Inne tak bardzo pragną uwagi, że opowiadają niestworzone historie… Trudno ich słuchać, zwłaszcza gdy w tym momencie jest coś pilnego do zrobienia. Czasem bardzo brakuje mi cierpliwości i daję wyraz swojej irytacji, a potem tego żałuję. Jednak zamiast wyrzutów i pretensji wciąż na nowo otrzymuję przebaczenie i afirmację. Bardzo mnie wzruszyło, gdy na laurce imieninowej jedna z tych osób napisała o mnie: „jest uśmiechnięta, fajna”. Było to akurat
w momencie gdy czułam się wredną jędzą. W jednej chwili moje serce zostało uleczone i otrzymałam nowe zasoby miłości.
Minęły trzy lata od mojego przyjścia do wspólnoty L’Arche. Jak długo jeszcze? To Pan Bóg wie. Wiele może się we mnie zmienić dzięki byciu tutaj. Na lepsze. Wciąż dziękuję za niespodziewany dar wspólnoty. Byłam intelektualistką
i indywidualistką – kto mógł przypuszczać, że odnajdę się w takim miejscu? Ale Pan Bóg lubi zaskakiwać. I wciąż na nowo daje mi szansę, prowadząc ku życiu pełnemu, prawdziwemu.
Bogna Paszkiewicz
Wspólnota L’Arche w Poznaniu


L’ARCHE
Pierwszą wspólnotę L’Arche założył Jean Vanier w 1964 roku w Trosly-Breuil, we Francji. Zainspirowany przez o. Thomasa Philippe’a OP, zamieszkał on z Rafaelem Simi i Philipem Seux, dwoma mężczyznami z niepełnosprawnością intelektualną, pragnąc wraz z nimi stworzyć prawdziwy dom, w którym będą się czuli bezpieczni i kochani. Świadectwo życia Jeana i jego towarzyszy zachęciło wielu innych do pójścia w ich ślady. Dziś L’Arche jest międzynarodową federacją zrzeszającą 150 wspólnot w 40 krajach. W Polsce są 4 wspólnoty: w Śledziejowicach pod Krakowem, w Poznaniu, Wrocławiu i Warszawie, a kolejne właśnie powstają.
We wspólnotach L’Arche osoby z niepełnosprawnością intelektualną i pełnosprawne dzielą zwykłe, codzienne życie. Cieszy ich unikalna wartość każdej osoby i wierzą w to, że potrzebują siebie nawzajem. Misją L’Arche jest przyjmowanie i głoszenie daru osoby z niepełnosprawnością intelektualną, odkrywanego we wzajemnych relacjach. Relacje te są źródłem przemiany serca i odpowiedzią na Boże wezwanie. Członkowie L’Arche angażują się w swoich środowiskach, współpracując na rzecz tworzenia bardziej ludzkiego społeczeństwa.
Wspólnoty L’Arche nie mogłyby istnieć bez ludzi, którzy ofiarowują swój czas, by spędzić go z osobami dotkniętymi niepełnosprawnością intelektualną. Niektórzy oddają rok, dwa ze swego życia, a niekiedy więcej, mieszkając w domach wspólnoty. Inni wspierają wspólnotę jako wolontariusze, pomagając od czasu do czasu w pracach domowych, zapraszając stałych mieszkańców na wspólne wyjścia lub angażując się w organizację niektórych wydarzeń. Wszyscy, którzy chcieliby się zaangażować w budowanie wspólnot L’Arche, są do tego serdecznie zaproszeni! Bliższe informacje można znaleźć na stronie internetowej: www.larche.org.pl lub telefonując do poszczególnych wspólnot:
Wspólnota L’Arche w Poznaniu:
507 851 246
Wspólnota L’Arche w Śledziejowicacach: 12 288 24 70
Wspólnota L’Arche w Warszawie: 512 933 244
Wspólnota L’Arche we Wrocławiu: 502 071238

 

 

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 11 (303) 2018



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LISTOPADOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Listopadowy numer „Słowa wśród nas”, zatytułowany: „Wysłuchaj nas, Panie”, jest poświęcony modlitwie wstawienniczej – czyli modlitwie za innych w ich różnorakich intencjach. W głównych artykułach zobaczymy, co mówi na ten temat Pismo Święte, jak sam Jezus modlił się za swoich uczniów, dlaczego potrzebne jest nasze wstawianie się za innych i jak to możemy robić.
W Magazynie proponujemy artykuł o św. Katarzynie Sieneńskiej, interesujące świadectwo na temat dzielenia życia z osobami z niepełnosprawnością intelektualną we wspólnocie Arka oraz dwie odpowiedzi Czytelników na naszą ankietę „Błogosławieństwo starości”.
Ponadto w numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy książkę Gillesa Jeanguenina „Strach przed diabłem”, ciekawa pozycję dotycząca nie tyle diabła, co strachu towarzyszącego człowiekowi od zarania dziejów do współczesności i sposobach radzenia sobie z nim.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Tajemnica modlitwy wstawienniczej
Wiara, która porusza góry............................................ 4

Modlitwa wstawiennicza niesie nadzieję
Módlmy się i nie ustawajmy........................................ 9

Ważne elementy modlitwy wstawienniczej
Módlmy się z wiarą i zaufaniem.................................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 listopada.................................29

MAGAZYN

Najtrudniejsze przykazanie
Jak św. Katarzyna Sieneńska nauczyła się kochać
bez wzajemności – Christopher M. Bellitto.................................47

„Panie, błogosław nam rękoma Twoich biednych”
– Bogna Paszkiewicz................................................. 51

„Duch nie podlega starzeniu się” – odpowiedź
na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 57

„Nie poddaję się starości” – odpowiedź
na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 59

Nasze lektury............................................................ 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!


Nietrudno zauważyć, jak wiele razy w Piśmie Świętym jest mowa o modlitwie wstawienniczej. Przykładowo Abraham wstawiał się do Boga za mieszkańcami Sodomy (Rdz 18,23-33). Jakub zachęcał nas do modlitwy za siebie nawzajem, a zwłaszcza do błagania Boga o przywrócenie zdrowia chorym (Jk 5,16). Paweł prosił Kościół w Efezie o modlitwę za siebie, aby Duch Święty dał mu odwagę do głoszenia Ewangelii (Ef 6,18-20). A Jezus wzniósł modlitwę wstawienniczą na zupełnie nowy poziom, polecając nam modlić się za naszych nieprzyjaciół (Mt 5,44).
Dlaczego mamy modlić się za innych? Odpowiedź jest oczywista – dlatego że wielu ludzi potrzebuje naszej modlitwy. Jednak wstawianie się za innymi zawiera w sobie jeszcze inne błogosławieństwo. Kiedy modlimy się za innych, coś zmienia się w nas samych. Modlitwa wstawiennicza pomaga nam kształtować w sobie miłość, miłosierdzie i współczucie, upodabniając nas w ten sposób do Chrystusa. Sprawia, że przekraczamy samych siebie – zamiast martwić się o siebie, skupiamy całą swoją uwagę na tym, za kogo się modlimy, przyczyniając się tym samym do budowania Kościoła.
Dziś, przy wszechobecnych środkach przekazu, w jakiś sposób uczestniczymy we wszystkim, co dzieje się na świecie. Jaśniej niż kiedykolwiek widzimy ludzkie nieszczęścia, szerzące się w wielu rejonach ubóstwo, wojny, konflikty . Ludzie cierpią od strefy Gazy po Nikaraguę, od Sudanu Południowego po Appalachy. Historie osób uginających się pod ciężarem nieuleczalnych chorób, bezrobocia, wykorzystywania, głodu, samotności wydają się mnożyć bez końca.
Jednak chociaż może nas przytłaczać ten ogrom nieszczęść, nie powinniśmy tracić nadziei. Nasz Bóg jest wszechpotężny. On wie, co dzieje się na świecie, i zaprasza nas do współpracy. Prosi, abyśmy codziennie znajdowali czas na otwarcie serca na wszystkie te potrzeby i modlitwę w ich intencji.
Pismo Święte mówi nam, że Bóg szuka po całej ziemi człowieka, który by „postawił mur i stanął w wyłomie” (Ez 22,30) pomiędzy ludem a całym jego udręczeniem, tym wszystkim, co mu zagraża z powodu jego grzechów. W Starym Testamencie Bóg znalazł takich ludzi – byli nimi prorok Daniel (Dn 9,1-19) czy kapłan Ezdrasz (Ezd 9,5-15). Na koniec „w wyłomie” stanął Jego Syn, Jezus, który „wciąż żyje, aby się wstawiać za nimi” (Hbr 7,25).
Dziś to właśnie nas Bóg prosi, abyśmy postawili mur i stanęli w wyłomie. Za każdym razem, gdy czynimy dobro, uczestniczymy we Mszy świętej, troszczymy się o potrzeby bliskich lub przychodzimy z pomocą potrzebującym, pomagamy wznosić mur, którego budulcem jest miłość i świętość. Jednakże ten mur nie jest jeszcze ukończony. Wciąż, jak uświadamiają nam to codzienne wiadomości, istnieją w nim wyłomy. Poprzez naszą modlitwę wstawienniczą prosimy Boga, aby chronił swój lud aż do dnia, w którym mur zostanie ukończony – do dnia, w którym Jezus powróci w chwale.
Budujmy więc ten mur i stawajmy w jego wyłomach. Módlmy się: „Oto jestem, Ojcze! Przychodzę prosić Cię w potrzebach Kościoła i świata. Wysłuchaj mnie, Panie!”.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


ARTYKUŁY:

Tajemnica modlitwy wstawienniczej

Wiara, która porusza góry

Ja za nimi proszę (…) i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie. (J 17,9.20)
Jezus wypowiedział te słowa w noc przed swoją śmiercią, podczas uczty paschalnej spożywanej ze swoimi uczniami, na krótko przed wyjściem do Ogrodu Oliwnego. Sam fakt, że Jezus zaczął się modlić, nie jest niczym zaskakującym. Modlił się przecież stale. Trwał zawsze w bliskości Ojca, aby móc otwierać się na Jego wolę i mieć ufność w Jego miłości. Zaskakujące jest natomiast to, o co się modlił tej nocy. Prosił za swoich uczniów – i prosił za każdego z nas!
Nieczęsto zdarza nam się myśleć o Jezusie, który wstawia się za nami. Czy nie jest On jedno z Ojcem? Skoro tak doskonale znał wolę Bożą, to dlaczego uznał za stosowne prosić Ojca za nas wszystkich?
Dochodzimy tu do tajemnicy modlitwy wstawienniczej. Z jednej strony wierzymy, że Bóg wie o nas wszystko i ma dla nas doskonały plan, tak że nie ma żadnej potrzeby, aby skłaniać Go do wprowadzania w nim zmian. Jednak z drugiej strony wiemy, że nawet sam Jezus praktykował modlitwę wstawienniczą, prosząc Ojca o interwencję w rozmaitych sytuacjach. Próbując zgłębić tę tajemnicę, będziemy zastanawiać się nad tym, dlaczego mamy modlić się za innych, a także nad tym, czy nasze modlitwy mogą być równie skuteczne jak modlitwa Jezusa.

JEZUS, NASZ POŚREDNIK
W starożytnym Izraelu pośrednictwo i wstawianie się za ludem było rolą kapłana. To on miał stawać przed Bogiem
i błagać Go w imieniu całego ludu. Kapłan wypełniał swoje obowiązki, składając liczne ofiary, mające na celu przebłaganie i wstawiennictwo (Ez 44,15-16).
Z kolei w Nowym Testamencie, w Liście do Hebrajczyków, czytamy: „Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych (…) nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie” (Hbr 9,11-12). Jezus dopełnił dzieła kapłanów Starego Testamentu, a teraz siedzi po prawicy Boga, gdzie „wciąż żyje, aby się wstawiać za nami” (por. Hbr 7,25).
Kiedyś przed Bogiem stawali jedynie kapłani, ale dziś wstawia się za nami także Jezus, Boży Syn. Zasiadając po prawicy Ojca, przedstawia nas Bogu, ze wszystkimi naszymi grzechami i potrzebami. I podobnie jak kompetentny adwokat występuje w obronie klienta, tak Jezus staje obok nas i mówi w naszym imieniu. A ponieważ On jest zawsze z nami, możemy bez obawy przedstawiać Bogu wszystkie nasze sprawy. Obecność Jezusa przy Ojcu, pewność Jego wstawiennictwa sprawiają, że możemy z ufnością przybliżać się do tronu Boga i otwierać przed Nim nasze serca. Czyńmy to, „abyśmy doznali miłosierdzia i znaleźli łaskę pomocy w stosownej chwili” (Hbr 4,16).

JAK MAŁE DZIECI
W Kazaniu na Górze Jezus powiedział do nas: „Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą” (Mt 7,11). A zatem sam Jezus zachęca nas, byśmy przychodzili do Boga ze swoimi sprawami, tak jak dzieci przychodzą ze swoimi sprawami do rodziców, a dzieci zwracają się do mamy i taty ze wszystkim – z rozbitym kolanem, bolącym gardłem, trudną pracą domową i kłótnią z przyjacielem. My możemy podobnie traktować naszego Ojca niebieskiego. Nie musimy się krępować ani zastanawiać, czy nasza prośba jest dostatecznie ważna, by Bóg zechciał się nią zainteresować.
Św. Augustyn powiedział kiedyś: „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga. Pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”. Czy nie w taki właśnie sposób myślą i postępują małe dzieci? Zwykle próbują same rozwiązać problem, ale kiedy sprawa staje się dla nich zbyt skomplikowana, biegną do rodziców. Jako rodzice wiemy dobrze, że jeśli za bardzo będą polegać na sobie, szybko zabrną w ślepy zaułek i nie będą umiały sobie poradzić. Dlatego staramy się im pomagać. Pamiętamy jednak również, że jeśli będziemy wszystko za nie robić, nigdy nie staną się samodzielne.
Bóg udzielił nam wielu darów – daru inteligencji, rozumu, wyobraźni, intuicji – abyśmy nauczyli się myśleć i działać samodzielnie. Abyśmy korzystając z tych darów próbowali stawiać czoło wyzwaniom, jakie niesie życie. Jednocześnie jednak pragnie, abyśmy przychodzili do Niego ze wszystkimi swoimi sprawami, szukając u Niego pomocy i prowadzenia. Czasami, odpowiadając na nasze prośby, Bóg rozwiązuje problem od razu, czasami pozwala nam samym szukać rozwiązania, abyśmy wzrastali i dojrzewali.
Przypuśćmy, że szukasz nowej pracy. Oczywiście powinieneś poprosić Boga o pomoc. Ale powinieneś też składać podania i CV oraz chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. Jednak dzięki temu, że zapraszasz do tego procesu Boga, możesz przechodzić przez to wszystko z większym pokojem i zaufaniem. Wiesz, że jest z tobą Bóg, który będzie cię wspierał i prowadził.

Z UFNOŚCIĄ
Modlitwa prośby to coś więcej niż tylko przedstawianie swoich potrzeb i oczekiwanie na Bożą interwencję. Jest ona aktem wiary i ufności, że Ten, do którego się modlimy, jest wszechmocny i nieskończenie kochający.
Ufność oznacza więc wiarę w to, że wszechmogący Bóg ma moc odpowiedzieć na nasze modlitwy. Oznacza wiarę w to, że Bóg chce dawać nam dobre rzeczy – w wielu formach i na wiele sposobów. Oznacza też wiarę, że Ojciec niebieski nigdy nie zapomina o swoich dzieciach.
Być może nigdy nie zrozumiemy, dlaczego niektóre z naszych modlitw wydają się niewysłuchane. Między innymi dlatego Pismo Święte mówi o „tajemnicy” Bożego planu zbawienia. Ten plan tak bardzo przerasta nasze rozumienie, że nie jesteśmy w stanie w pełni ogarnąć jego wielkości i głębi. Czasami pozostaje nam jedynie zaufać Bogu, jak dziecko ufa swemu ojcu. Pozostaje wierzyć, że Bóg kieruje wszystkim dla naszego dobra (Rz 8,28). „Tajemnicy” niewysłuchanych modlitw nie należy odczytywać jako wyrazu obojętności, odrzucenia czy braku miłości ze strony Boga.

Z WIARĄ
Zuzanna wierzyła w Boga, ale jej wiara była bardzo słaba. Kiedy zdiagnozowano u niej raka, kilka osób z parafii zaproponowało jej wspólną modlitwę, podczas której uświadomili jej na nowo kilka prostych, podstawowych prawd wiary: Bóg jest żywą Osobą, kocha nas i wie, co dzieje się w naszym życiu. Okazana Zuzannie miłość i modlitwa braci z parafii umocniła jej wiarę. Z mniejszym niż dotąd lękiem zmagała się z chorobą.
Jednocześnie poprawiał się również jej stan fizyczny. Dziś, po dwudziestu latach i dwóch nawrotach raka, choroba jest w stanie remisji, zaś Zuzanna jest o wiele szczęśliwszą, pełną pokoju kobietą. A wszystko to zaczęło się od propozycji kilku osób, które zechciały otoczyć ją modlitwą, gdy była chora.
Aby zobaczyć odpowiedź Boga na modlitwę, nie trzeba być herosem wiary, ale potrzeba mobilizacji całej wiary, jaką mamy – nawet jeśli jest ona niewielka. Kiedy tak się modlimy, kiedy szukamy Pana całym sercem, On nas tam znajdzie i wysłucha naszej modlitwy w najlepszy dla nas sposób.
Bóg pragnie, abyśmy zawsze wybierali wiarę, ufność i pewność, a nie troski, zwątpienie i lęk. Oczywiście często bywa to trudne, ale pamiętajmy, że wiara jest darem Boga. Nie jest czymś, co musimy sami z siebie wykrzesać, lecz potężną łaską, która pomaga nam uporać się z życiowymi problemami. Oznacza to, że możemy spokojnie zanosić nasze modlitwy do Pana, składając je z ufnością u Jego stóp.

ZACZNIJMY DZISIAJ
Nie ograniczajmy modlitwy wstawienniczej do najtrudniejszych sytuacji. Módlmy się codziennie za współmałżonka i rodzinę, za swoich przyjaciół, sąsiadów i we wszystkich potrzebach świata. To właśnie polecił nam Jezus, ucząc modlić się o chleb powszedni i zachowanie od złego. Zacznij więc od dzisiaj. Zrób sobie listę najważniejszych intencji i powierzaj je Bogu codziennie. I pamiętaj, że nie ma takiej prośby, która byłaby dla Niego zbyt mało ważna lub niegodna Jego uwagi. ▐

 

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

▌Czwartek, 1 listopada
Wszystkich Świętych
Ap 7,2-4.9-14
Potem ujrzałem: a oto wielki tłum. (Ap 7,9)
Czego potrzeba, żeby zostać świętym? Przed definitywnym ogłoszeniem, że dana osoba jest w niebie i można od-
dawać jej cześć publiczną, Kościół przeprowadza bardzo dokładne badanie, zwane procesem kanonizacyjnym. Analizowane są wszystkie pisma pozostawione przez tę osobę. Szuka się cudów, zbiera zeznania świadków – rodziny i przyjaciół kandydata oraz innych osób, które go znały. Wyznacza się nawet „adwokata diabła”, którego zadaniem jest znajdowanie argumentów przeciwko kanonizacji – tak by mieć pewność, że niczego nie pominięto. Kiedy spełnione są wszystkie wymagania, papież ogłasza danego kandydata świętym, ukazując go jako wzór dla wszystkich wierzących.
Gdyby jednak to rygorystyczne dochodzenie doprowadziło nas do wniosku, że świętość jest czymś niezwykle rzadkim, byłby to wniosek mylny. Dziś niezliczone rzesze mężczyzn i kobiet wyśpiewują w niebie tę samą pieśń triumfu, co „oficjalni” święci. To także tych anonimowych, nieuznanych oficjalnie świętych czcimy w dzisiejszej uroczystości. Są ich miliony, z każdego stulecia i każdego pokolenia od czasu narodzin Kościoła.
Czego więc potrzeba, żeby zostać „nieoficjalnym” świętym? Rozejrzyj się wokoło, a zobaczysz. Pomyśl o ludziach, których miłość do Chrystusa stała się dla ciebie inspiracją. Pomyśl o tych, których ofiarna służba zrobiła na tobie głębokie wrażenie, albo o tych, którzy mobilizowali cię do trwania w wierze. Tacy ludzie są darem od Boga. Zachęcają nas do dobrego i kierują nasz wzrok ku niebu.
Dziś dziękujemy Bogu za łaski otrzymane za pośrednictwem także tych „nieoficjalnych” świętych. Ale może warto w tym dniu zastanowić się, jaki wpływ my sami wywieramy na innych. Choć pewnie nie uważasz się za świętego, to świadectwo twego życia może mieć dla kogoś znaczenie. Jezus nazwał błogosławionym każdego, kto jest ubogi w duchu, miłosierny, czystego serca, kto wnosi w swoje otoczenie pokój. A świętość zawsze promieniuje na innych.
„Jezu, dziękuję Ci za świętych, których postawiłeś na mojej drodze. Pozwól mi też kiedyś dołączyć do ich wielkiego tłumu w niebie”.
Ps 24,1-6
1 J 3,1-3
Mt 5,1-12a

▌Piątek, 2 listopada
Wszystkich wiernych zmarłych
Mdr 3,1-6.9
Nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. (Mdr 3,4)
Cukierki w kształcie czaszek, dekoracje w kształcie szkieletów, groby ozdobione kwiatami i ofiarami z ulubionych potraw – tak w Meksyku obchodzi się Dia de los Muertos (Dzień Zmarłych). Jest to dla nas nieco kontrowersyjny sposób oddawania czci członkom rodziny, którzy już odeszli.
Podczas tego meksykańskiego Dnia Zmarłych obchodzonego 2 listopada, we wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych, czaszki i szkielety przypominają o tym, jak krótkie jest ludzkie życie. Kwiaty i potrawy przywodzą na myśl dobre wspomnienia związane z bliskimi zmarłymi i są wyrazem wdzięczności za ich życie. Dzisiejsze wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych, w jaki-
kolwiek sposób obchodzone, jest okazją do tego, by wspominać zmarłych i modlić się za nich. Przypomina ono, że zmarli wciąż są z nami na zasadzie świętych obcowania. Przypomina też, że możemy nieść im pomoc przez modlitwę. Taki jest też sens dzisiejszego wspomnienia liturgicznego. Wypływa ono z podstawowego ludzkiego pragnienia, by zachować więź z bliskimi zmarłymi i wyrazić im naszą wdzięczność.
To pragnienie łączności ze zmarłymi wynika z wiary, że chociaż nie da się uniknąć śmierci, nie jest ona końcem wszystkiego. Strata bliskiej osoby może być wielkim dramatem, ale wiara mówi nam, że „dusze sprawiedliwych są w ręku Boga” (Mdr 3,1). Wierzymy, że „po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich” (Mdr 3,5). Wierzymy, że zostaliśmy stworzeni do nieśmiertelności i nosimy w sobie tęsknotę za przebywaniem z Bogiem w radości nieba. Wspominamy naszych zmarłych, chcąc poczuć ich bliskość w naszych sercach – a tym samym poczuć w sercach bliskość nieba.
Jeśli więc straciłeś bliską osobę, wiedz, że ona tak naprawdę nie odeszła. Jest z tobą we wspomnieniach, które zachowałeś, w cechach czy zwyczajach, jakie od niej przejąłeś, a przede wszystkim możesz mieć z nią łączność w Chrystusie. Ta łączność umacnia się, gdy wstawiasz się za nią, prosząc, by jak najszybciej weszła do chwały nieba, i gdy ufasz, że tam zobaczysz się z nią ponownie.
„Jezu, wprowadź moich bliskich zmarłych do chwały nieba. Pozwól im oglądać Ciebie twarzą w twarz”.
Ps 103,8.10.13-18
2 Kor 4,14--5,1
J 14,1-6

▌Niedziela, 4 listopada
Pwt 6,2-6
Będziesz się bał Pana, Boga swego. (Pwt 6,2)
Co to znaczy bać się Pana? Czy rzeczywiście mamy się Go lękać? Cóż, na pewno nie możemy umniejszać znaczenia tych słów, ponieważ pojawiają się one w Piśmie Świętym ponad trzysta razy. Jednak bojaźń Boża nie ma nic wspólnego z życiem w nieustannym lęku. Oznacza natomiast głęboki szacunek należny majestatowi Boga.
Bojaźń Boża jest czymś innym niż ziemski lęk, który wszyscy znamy z doświadczenia. Wiąże się ona z pozytywnym, a nie negatywnym nastawieniem. Nie oddziela nas od Boga, ale, przeciwnie, umacnia naszą wiarę i pogłębia naszą relację z Nim. Pomaga nam mówić „nie” różnym grzesznym pożądaniom. Jest dla nas bardziej ochroną niż formą opresji. To właśnie bojaźń Boża każe nam strzec się, by nie powiedzieć lub nie uczynić niczego, co mogłoby nas oddzielić od naszego niebieskiego Ojca.
Podobną „miłującą bojaźń” budzą w dzieciach rodzice. Uczą oni swoje dzieci, że istnieją pewne granice w mo-
wie i zachowaniu, których nie wolno im przekraczać, jeśli mają wyrosnąć na odpowiedzialnych, szanowanych ludzi. Dzieci zdają sobie sprawę, że przekroczenie tych granic niesie za sobą określone przykre konsekwencje. W ten sposób „miłująca bojaźń” staje się w nich
fundamentem mądrości. Podobnie Pismo Święte uczy nas, że „początkiem mądrości jest bojaźń Pana” (Syr 1,14).
Bojaźń Pana jest środkiem wychowawczym, który pomaga nam bezpiecznie wzrastać w wierze. I podobnie jak wszystkie inne środki wychowawcze, jest skuteczna we właściwym czasie. Ostatecznie bojaźń Boża powinna ustąpić miejsca miłości, gdyż „doskonała miłość usuwa lęk” (1 J 4,18). Oczywiście proces ten trwa przez całe życie, ale fakt, że nawet bojaźń Boża blednie w obliczu miłości, jest bardzo podnoszący na duchu.
Weźmy więc sobie do serca największe przykazania Boga: „Będziesz (…) miłował Pana, Boga twojego,
z całego swego serca” (Pwt 6,5) oraz „Będziesz miłował bliźniego jak siebie samego” (Kpł 19,18).
„Jezu, naucz mnie pełnić przykazania miłości”.
Ps 18,2-4.47.51
Hbr 7,23-28
Mk 12,28b-34

▌Niedziela, 11 listopada
Mk 12,38-44
Wrzuciła wszystko, co miała. (Mk 12,44)
„Nie ma takiego ryzyka, którego człowiek prawdziwie mądry nie podjąłby, jeśli w grę wchodzi dobro Ojczyzny. Najchwalebniejszą rzeczą umysłu szlachetnego jest poświęcenie sprawom publicznym swego majątku i życia. Wszyscy, którzy marzą o zapewnieniu sobie nieśmiertelności, powinni przejąć się tą głęboką i szlachetną myślą, że przez Rzeczpospolitą należy rozumieć coś, czemu warto całkowicie się oddać i poświęcić” – tak pisał kanonizowany dwa i pół roku temu wielki polski patriota, św. Stanisław Papczyński, założyciel Zgromadzenia Księży Marianów.
Obchodzona dziś przez nas setna rocznica odzyskania niepodległości, nie będąc świętem kościelnym, nie ma własnych, specjalnie dobranych czytań.
W naszych kościołach rozbrzmiewa dziś ta sama Ewangelia, co na całym świecie – Ewangelia o tym, że najwięcej daje nie ten, kogo dar jest po ludzku najwspanialszy, lub ten, kto czyni wokół swego daru najwięcej hałasu, ale ten, kto nie dbając o rozgłos, oddaje wszystko.
Jednak dziś, kiedy wspominamy z wdzięcznością tak wielu często bezimiennych rodaków, którzy oddali wszystko, co mogli – życie, zdrowie, siły, majątek, zdolności – dla wolności i pomyślności Ojczyzny, ta Ewangelia ma szczególną wymowę. Uświadamia nam, że ofiarność i poświęcenie nigdy nie idą na marne, nawet gdyby wydawało się, że nie mają sensu. Bóg widzi,
a Ojczyzna pamięta – jak wskazuje na to dzisiejsze święto.
Współcześnie, gdy liczy się przede wszystkim skuteczność, wydajność i osiągane wyniki, ofiarność zdecydowanie nie jest w modzie. Jednak dzisiejsza Ewangelia, tak mocno potwierdzona doświadczeniem naszego narodu, uczy, że to poświęcenie dla dobra wspólnego, a nie troska wyłącznie o własny interes, przynosi owoce, jakich oczekuje Bóg.
Ciesząc się dziś owocami ofiarnej pracy naszych przodków, prośmy Pana, aby także i nasze pokolenie, nie szczędząc sił, umiało zgodnie współpracować dla dobra tych wszystkich z którymi Bóg nas połączył w jednej Ojczyźnie.
„Najlepszy i największy Ojcze, spraw, aby Polska, Ojczyzna nasza, rozkwitła, rozbieżne żądania się połączyły, zwaśnione umysły się pojednały (…) by miłość dobra wspólnego roz
gorzała we wszystkich sercach”.
(św. Stanisław Papczyński)
1 Krl 17,10-16
Ps 146,6-10
Hbr 9,24-28

▌Niedziela, 18 listopada
Mk 13,24-32
Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie (…) tylko Ojciec. (Mk 13,32)
Czy mówiąc, że „nikt nie wie”, kiedy nastąpi Jego powtórne przyjście, Jezus naprawdę miał na myśli także siebie? Wygląda na to, że tak. Przypomniał nam przez to, że poddał się ograniczeniom naszej ludzkiej natury. Będąc w pełni Bogiem, był także w pełni człowiekiem. A to pociągało za sobą określone ograniczenia. Dlatego, na przykład, w Ewangelii według Łukasza czytamy, że Jezus wzrastał w mądrości i łasce „u Boga i u ludzi” (Łk 2,52).
Dziś Jezus już wie, kiedy powróci w chwale. Problem polega jednak na tym, że my dalej tego nie wiemy!
Na przestrzeni dziejów wielu ludzi usiłowało przewidzieć datę końca świata. Św. Paweł sądził, że nastąpi on niebawem. Św. Hipolit z Rzymu i św. Ireneusz z Lyonu uważali, że nastąpi on w 500 roku po Chrystusie. John Wesley, pierwszy metodysta, przewidywał, że będzie to w 1836 roku. Świadkowie Jehowy, niektórzy baptyści, liderzy nieoficjalnych wspólnot –
a prócz tego cała masa ludzi niezrównoważonych psychicznie – także wyznaczali swoje terminy. Kiedy ich kalkulacje okazywały się błędne, wielu z nich wskazywało następne daty, by po raz kolejny zawieść swoich zwolenników.
Bywają też bardziej ostrożni wierzący. Pamiętając, że na krótko przed końcem mają się pojawić konkretne znaki, wskazują na różne wydarzenia, takie jak wojna na Bliskim Wschodzie, susza w Afryce, trzęsienie ziemi w Peru czy inne klęski. Pojawienie się tych znaków ma zwiastować, że przyjście Jezusa jest już bardzo blisko.
Jednak nikt z ludzi nie wie, kiedy Jezus powróci. Może to nastąpić równie dobrze dzisiaj, jak za kilka tysięcy lat.
Św. Franciszek miał nieco inną wizję tej sprawy. Dla niego najważniejsze było to, by stale być gotowym na ten moment. Pewnego razu gdy pracował w ogrodzie, pewien brat zapytał go: „Co byś zrobił, gdybyś dowiedział się, że Jezus powróci dzisiaj?”. „Dalej kopałbym ogród” – odrzekł Franciszek. Miał poczucie, że robi wszystko, żeby być przygotowanym na to wydarzenie, i nie ma już nic więcej do zrobienia.
Jezus przyjdzie powtórnie. Postępujmy więc tak, jak chrześcijanie wszystkich wieków – bądźmy gotowi na Jego przyjście.
„Przyjdź, Panie Jezu!”
Dn 12,1-3
Ps 16, 5.8-11
Hbr 10,11-14.18

▌Niedziela, 25 listopada
Jezusa Chrystusa,
Króla wszechświata
J 18,33b-37
Królestwo moje nie jest z tego świata. (J 18,36)
Pismo Święte mówi, że założycielem pierwszego miasta (Rdz 4,17) był Kain, zabójca swego brata, Abla. Odtąd we wszystkich znanych nam królestwach, państwach i społecznościach tego świata była stosowana przemoc. Każdy władca, jakiego znamy z imienia, korzystał z jakiejś formy przemocy, aby „zapewnić pokój” i utrzymać władzę. Nawet wielki król Dawid doradzał swemu synowi, Salomonowi, aby po jego śmierci pozbył się przeciwnika politycznego, umacniając w ten sposób swoją władzę (1 Krl 2).
Nic więc dziwnego, że Jezus powiedział, że Jego królestwo „nie jest z tego świata” (J 18,36)! Przyszedł On jako „Książę Pokoju” (Iz 9,5), a nie bezwzględny dyktator. I dlatego dzisiejsza uroczystość Chrystusa Króla ma tak doniosłe znaczenie. Czcimy dziś Króla odmiennego od wszystkich innych władców, Króla, który ustanawia całkowicie nowy rodzaj królestwa.
Królowanie Jezusa jest niepodobne do żadnego z tych, jakie znamy z historii. Zamiast podporządkować ludzi sobie, sam poddał się ich władzy – nawet gdy znaczyło to skazanie Go przez nich na śmierć. A gdy oparł się pokusie ziemskiego panowania, Bóg wskrzesił Go z martwych i ustanowił jedynym prawowitym Królem nad całym stworzeniem.
Jakim królestwem włada Jezus? Królestwem nawróconych serc. Królestwem ludzi, którzy wyrzekając się grzechu i przemocy, usiłują żyć w pokoju i sprawiedliwości.
Oczywiście nie jesteśmy doskonali. Wciąż popełniamy grzechy. Wciąż uciekamy się do przemocy – a przynajmniej do jej bardziej subtelnych form – aby przeprowadzić swoją wolę. Jednak zamiast utrzymywać nas w ryzach groźbami użycia siły, Jezus, nasz Król, odnosi się do nas z dobrocią, miłością oraz z niepojętym wręcz miłosierdziem. Kruszy nasze serca i prosi, abyś-
my miłowali się wzajemnie, tak jak On umiłował nas – miłością pokorną, która uważa innych za lepszych od siebie.
Jezus, Król wszechświata, przyszedł, aby pokonać grzech miłością, przemoc pokojem, a niesprawiedliwość miłosierdziem. Jego królestwo nie jest z tego świata. Jest o wiele wspanialsze!
„Jezu, Ty jesteś moim Królem! Przyjdź i zapanuj w moim sercu”.
Dn 7,13-14
Ps 93,1-2.5
Ap 1,5-8


MAGAZYN:

„Panie, błogosław nam rękoma Twoich biednych!”

Przez ponad 15 lat pracowałam w katolickim wydawnictwie i zajmowałam się jako redaktor słowem pisanym. Poprawiałam teksty nadsyłane przez autorów – komentarze biblijno-liturgiczne, a więc nie treści miałkie, lecz dotyczące spraw najważniejszych. Mimo to po kilkunastu latach pracy zaczęłam tracić poczucie wartości słowa. Redagowane teksty (poza nielicznymi wyjątkami) z roku na rok wydawały mi się coraz bardziej abstrakcyjne, wydumane, nieprawdziwe… Tyle gładkich pięknych słów o Bogu, o miłości,
o oddawaniu życia. Tak łatwo je przelewać na papier... Ale czy one mają cokolwiek wspólnego z moją rzeczywistością? Ogarniało mnie coraz większe znużenie, po którym przyszła nuda, zniecierpliwienie i frustracja. Wypaliłam się.
W relacji z Panem Bogiem również pogrążałam się w coraz głębszym kryzysie. Wiele z tego, w co wierzyłam od lat, zaczęło budzić moje wątpliwości. Na płaszczyźnie rozumowej nie byłam w stanie znaleźć rozwiązań, które dawałyby mi pewność. Próbowałam się oprzeć na swoim doświadczeniu Pana Boga, który mnie nigdy nie zawiódł; zwłaszcza w chwilach najtrudniejszych zawsze był blisko. Moje zaufanie było jednak bardzo chwiejne. Do tego doszło zakończenie związku, z którym wiązałam nadzieje na przyszłość. Poczułam, że grunt usunął mi się spod nóg. Marzyłam, żeby Pan Bóg ukrócił moją udrękę i zabrał z tego świata. Po jakimś czasie mój stan psychiczny wprawdzie się poprawił, ale za to poważnie zachorowałam fizycznie. Siedem tygodni spędziłam w szpitalu, kolejne trzy w domu, a potem jeszcze przez rok zażywałam silne leki.
Czas choroby był okazją, by z pewnego dystansu przyjrzeć się swojej sytuacji. Dopiero wtedy dotarło do mnie z całą wyrazistością, jak jestem zmęczona dotychczasową pracą i jak bardzo potrzebuję zmiany. Przyszło mi na myśl, aby zrobić sobie „rok szabatowy”, spędzić go w jakiejś wspólnocie, dać sobie czas, by na nowo poszukać swojej drogi. Ale jak? Z kiepskim zdrowiem, z kredytem hipotecznym na karku, z doświadczeniem pracy w jednym tylko zawodzie… Miałam mglisty pomysł, że może dobrze by było popracować w „sektorze pomocowym”, w jakiejś fundacji, ale jak się z takiej pracy utrzymać?
Mimo że każde rozwiązanie wydawało mi się nierealne, nadal szukałam. Przeglądałam w Internecie strony różnych wspólnot życia, aż natrafiłam na L’Arche (Arkę). Od dawna wiedziałam o istnieniu Arki – wspólnoty, w której osoby z niepełnosprawnością intelektualną dzielą życie z pełnosprawnymi. Teraz jednak byłam zaskoczona, że wspólnota jest w Polsce, i to w czterech miejscach. Przyszło mi na myśl, że pobyt w takiej wspólnocie byłby odpowiednim środkiem zaradczym na moje zmęczenie intelektualne i samotność. Spodziewałam się, że w takim miejscu będę mogła spotkać Boga w prostocie, bez elokwencji i estetycznego blichtru. Zamiast mnożyć słowa, piękne teorie o oddawaniu życia, o miłości – będę miała szansę nauczyć się kochać i dawać życie. Zamiast z dystansu zachwycać się Chrystusem ubogim – spotkać Go w ubogich i odrzuconych. Zamiast wiele mówić, czy raczej pisać – po prostu być z drugim człowiekiem... Napisałam więc list i bardzo szybko otrzymałam odpowiedź z propozycją przyjazdu „zapoznawczego” na kilka dni. Miesiąc później już byłam na miejscu.
Dotąd prawie nie miałam do czynienia z osobami z niepełnosprawnością intelektualną i byłam zupełnie nieprzygotowana na odmienny rodzaj kontaktu niż ten, do którego przywykłam. Cała moja wiedza i „wygadanie” były tu kompletnie nieprzydatne. Niektórzy z domowników przywitali mnie z radością, inni przeciwnie – z rezerwą i niechęcią. Rezerwa była zrozumiała – nie znaliśmy się, potrzebowaliśmy czasu, żeby się ze sobą oswoić. To było trudne. Ponadto podczas tego mojego pierwszego pobytu miało miejsce tragiczne wydarzenie: zmarł nagle jeden z domowników. Nie zdążyłam nawet z nim porozmawiać. Czułam się bardzo zagubiona w tej nowej i dramatycznej rzeczywistości. Czułam lęk przed wszystkimi, przez ściśnięte gardło z tru-
dem wydobywałam słowa. Mimo to, wyjeżdżając po pięciu dniach, wiedziałam, że wrócę.
Tym, co najmocniej mnie poruszyło podczas pierwszego krótkiego pobytu w L’Arche, była wspólna wieczorna modlitwa, wstrząsająca w swojej prostocie. Odczytano Ewangelię z dnia,
a potem każdy przedstawiał swoje prośby. Część osób mówiła bardzo niewyraźnie, tak że nie dało się ich zrozumieć. Ale ich prośby były prawdziwe. Potem dziesiątka Różańca i odśpiewanie „Hymnu Arki”. Większość śpiewających okropnie fałszowała, tak że zupełnie nie mogłam się zorientować, jaka jest melodia. Natomiast słowa wycisnęły mi z oczu łzy:

O Maryjo, pobłogosław dom nasz, prosimy Cię, zachowaj go w czystym sercu swym.
Niech się stanie prawdziwym ogniskiem, schronieniem dla Twych biednych i maluczkich.
Niech znajdą w nim źródło życia i nadziei.
Niech będzie schronieniem dla tych, których doświadczasz, by znaleźli tutaj radość, pocieszenie.

Panie, błogosław nam rękoma Twoich biednych! Panie, uśmiechnij się w spojrzeniu Twoich biednych!
O Maryjo, otwórz nasze serca, niech będą ciche i pokorne,
zawsze gotowe przyjąć z miłością i współczuciem wszystkich biednych, których do nas posyłasz.
Daj nam serca pełne pokoju, byśmy ich kochali, służyli, byli pojednaniem.
Pomóż nam widzieć w braciach, którzy cierpią, żywą obecność pokornego Jezusa.
Panie, błogosław nam rękoma Twoich biednych! Panie, uśmiechnij się w spojrzeniu Twoich biednych!
Panie, któregoś dnia do królestwa Twoich biednych przyjmij nas. Amen.

Przez kolejne lata wciąż wracam do tych słów, by przypominać sobie to, co w Arce najważniejsze: że w osobach z niepełnosprawnością intelektualną, pogardzanych i odrzucanych przez świat, spotykam „pokornego Jezusa”. Że z Bożą pomocą chcę, by te osoby znalazły tu „radość, pocieszenie”. Że mam być pojednaniem… I aby to było możliwe, proszę o serce pełne pokoju. Wreszcie, że Pan błogosławi mi rękoma tych ubogich i że sama jestem uboga i potrzebująca… Ilekroć śpiewam arkowy hymn, przypominam sobie, po co tu jestem i do czego Pan Bóg mnie powołuje. W codzienności, natłoku obowiązków i zmęczeniu łatwo o tym zapomnieć.
Przez pierwsze pół roku przyjeżdżałam do Arki okazjonalnie w weekendy, a następnie porzuciłam pracę w redakcji i zamieszkałam w domu wspólnoty. Od tamtej pory minęły trzy lata. Początkowo myślałam, że będę tu tylko przez rok; teraz widzę, że trzy lata i więcej to za mało, żeby nauczyć się kochać. Wciąż muszę na nowo podejmować refleksję nad sobą i dokonywać autokorekty mojego postępowania. Uczę się przede wszystkim rezygnować z siebie (np. ze swojej przewagi intelektualnej), żeby stworzyć drugiemu przestrzeń do zaistnienia, by nie przytłaczać sobą. To jest to samo, co czyni wobec nas Chrystus. Widzi i może więcej od nas, ale schodzi do naszego poziomu, żeby nas pociągnąć, zachęcić do rozwoju. Uczę się współczucia wobec słabości drugiego – tak łatwo narzucać komuś swoje standardy i wymagania, lecz dla drugiej osoby to jest opresyjne, a nie życiodajne. To znów jest obszar wymagający rezygnacji z siebie. Nieustannie zderzając się z cudzą kruchością i ograniczeniami, odkrywam też własne i uczę się je akceptować. Wielokrotnie też doświadczam wsparcia (modlitwy, pociechy) ze strony osób, które świat uważa za bezużyteczne jak zbędny balast.
Odkrywam wielką pokorę Pana Boga, który dla nas, tak słabych, wcielił się i stał się człowiekiem. Patrzę czasem na jedną z osób w naszym domu, która jest tak bardzo „uboga w duchu”, że nic nie ma odwagi zrobić, jeśli się nie upewni, czy ma to robić i jak. Zapytana, czego chce, nie umie udzielić odpowiedzi, ponieważ nie wie, czego ma chcieć. W niej, tak bezradnej, jest obecny Chrystus! We mnie, niepewnej, wciąż przeżywającej wahania i wątpliwości też! Dla niej On ma cierpliwość i nieskończone miłosierdzie – i dla mnie też.
We wspólnocie każdy jest inny i każdy ma odmienne talenty. Wciąż doświadczam tego, jak uzupełniamy się nawzajem i udzielamy sobie wsparcia. Ktoś umie rysować, ktoś inny ma pomysły na zorganizowanie wspólnego czasu, a jeszcze komuś innemu wspaniale wychodzi publiczne dawanie świadectwa o życiu w Arce, np. w kościele. Osobiście odkryłam we wspólnocie, że mam talent kulinarny. Przez lata uważałam, że nie umiem i nie lubię gotować, ponadto mieszkałam sama i nie chciało mi się przygotowywać posiłków tylko dla siebie. Teraz gotuję często, czasem nawet dla kilkunastu osób – i lubię to! Mam satysfakcję, że innym smakują przygotowane przeze mnie posiłki. Wydaje mi się, że mogłabym się bardziej otworzyć na wykorzystanie talentu plastycznego, wciąż jednak nie wyleczyłam się dostatecznie z perfekcjonizmu, by zawiesić autocenzurę i dać się ponieść ekspresji. Zachęcają mnie do tego nasi domownicy, wręczając mi swoje rysunki jako wyraz sympatii i oczekując, że ja im też coś narysuję.
Arka jest też miejscem nieustannego ćwiczenia się w cierpliwości. Niektóre osoby zadają wciąż te same pytania, pomimo że już wiele razy otrzymały odpowiedź. Inne tak bardzo pragną uwagi, że opowiadają niestworzone historie… Trudno ich słuchać, zwłaszcza gdy w tym momencie jest coś pilnego do zrobienia. Czasem bardzo brakuje mi cierpliwości i daję wyraz swojej irytacji, a potem tego żałuję. Jednak zamiast wyrzutów i pretensji wciąż na nowo otrzymuję przebaczenie i afirmację. Bardzo mnie wzruszyło, gdy na laurce imieninowej jedna z tych osób napisała o mnie: „jest uśmiechnięta, fajna”. Było to akurat
w momencie gdy czułam się wredną jędzą. W jednej chwili moje serce zostało uleczone i otrzymałam nowe zasoby miłości.
Minęły trzy lata od mojego przyjścia do wspólnoty L’Arche. Jak długo jeszcze? To Pan Bóg wie. Wiele może się we mnie zmienić dzięki byciu tutaj. Na lepsze. Wciąż dziękuję za niespodziewany dar wspólnoty. Byłam intelektualistką
i indywidualistką – kto mógł przypuszczać, że odnajdę się w takim miejscu? Ale Pan Bóg lubi zaskakiwać. I wciąż na nowo daje mi szansę, prowadząc ku życiu pełnemu, prawdziwemu.
Bogna Paszkiewicz
Wspólnota L’Arche w Poznaniu


L’ARCHE
Pierwszą wspólnotę L’Arche założył Jean Vanier w 1964 roku w Trosly-Breuil, we Francji. Zainspirowany przez o. Thomasa Philippe’a OP, zamieszkał on z Rafaelem Simi i Philipem Seux, dwoma mężczyznami z niepełnosprawnością intelektualną, pragnąc wraz z nimi stworzyć prawdziwy dom, w którym będą się czuli bezpieczni i kochani. Świadectwo życia Jeana i jego towarzyszy zachęciło wielu innych do pójścia w ich ślady. Dziś L’Arche jest międzynarodową federacją zrzeszającą 150 wspólnot w 40 krajach. W Polsce są 4 wspólnoty: w Śledziejowicach pod Krakowem, w Poznaniu, Wrocławiu i Warszawie, a kolejne właśnie powstają.
We wspólnotach L’Arche osoby z niepełnosprawnością intelektualną i pełnosprawne dzielą zwykłe, codzienne życie. Cieszy ich unikalna wartość każdej osoby i wierzą w to, że potrzebują siebie nawzajem. Misją L’Arche jest przyjmowanie i głoszenie daru osoby z niepełnosprawnością intelektualną, odkrywanego we wzajemnych relacjach. Relacje te są źródłem przemiany serca i odpowiedzią na Boże wezwanie. Członkowie L’Arche angażują się w swoich środowiskach, współpracując na rzecz tworzenia bardziej ludzkiego społeczeństwa.
Wspólnoty L’Arche nie mogłyby istnieć bez ludzi, którzy ofiarowują swój czas, by spędzić go z osobami dotkniętymi niepełnosprawnością intelektualną. Niektórzy oddają rok, dwa ze swego życia, a niekiedy więcej, mieszkając w domach wspólnoty. Inni wspierają wspólnotę jako wolontariusze, pomagając od czasu do czasu w pracach domowych, zapraszając stałych mieszkańców na wspólne wyjścia lub angażując się w organizację niektórych wydarzeń. Wszyscy, którzy chcieliby się zaangażować w budowanie wspólnot L’Arche, są do tego serdecznie zaproszeni! Bliższe informacje można znaleźć na stronie internetowej: www.larche.org.pl lub telefonując do poszczególnych wspólnot:
Wspólnota L’Arche w Poznaniu:
507 851 246
Wspólnota L’Arche w Śledziejowicacach: 12 288 24 70
Wspólnota L’Arche w Warszawie: 512 933 244
Wspólnota L’Arche we Wrocławiu: 502 071238

 

 

Sklep internetowy Shoper.pl