E-BOOK
7.38
PLN
Słowo wśród nas Nr 11 (267) 2015 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 11 (267) 2015 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 7,38 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LISTOPADOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Listopadowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Wszystko mogę w Chrystusie”. Te słowa, nawiązujące do słów św. Pawła: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13), mogą być pomocą dla wielu z nas, zwłaszcza tych niepewnych siebie, poranionych przez życie, pełnych niepokoju i wątpliwości. W artykułach znajdziemy odpowiedź na pytanie jak rozumieć te słowa, jak wprowadzić je we własne życie. Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych. W Magazynie umieściliśmy tekst o niezwykłych losach odnowiciela Karmelu na ziemiach polskich, św. Rafale Kalinowskim. Jego życie świadczy o tym, że nigdy nie jest za późno na oddanie się Bogu a zawierzenie przynosi obfite owoce. Ponadto świadectwa Czytelników, w tym odpowiedź na naszą ankietę „Bóg żyje i działa”.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Wszystko mogę w Chrystusie .................................. 4
Pokonać górę strachu
Damy radę – w Chrystusie ......................................... 9
Wszystko, co dobre...
Droga do pokoju i wiary w siebie ............................. 15


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 listopada .................................................. 20


MAGAZYN

Owoce zawierzenia Bożej Opatrzności Św. Rafał Kalinowski – Anna Kamińska .................. 47
Świętość całkiem blisko Życie wiary mojego psychicznie chorego syna – Stanley D. Truskie .................................................... 54
Świadectwo wiary mojej Mamy – Elżbieta Antkowiak....................................................... 58
Miłosierdzie Boże i wstawiennictwo Maryi nie zna granic – odpowiedź na ankietę „Bóg żyje i działaˮ ............... 60
Nasza ankieta ........................................................... 62
Krzyżówka ................................................................ 63
Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Któregoś dnia byłem w szkółce dla psów. Przyglądałem się treningowi dwóch psów tej samej rasy. Jeden z nich nie bał się niczego. Robił wszystko – przebiegał trasę z przeszkodami, przeskakiwał mały staw, czołgał się pod płotem – tylko po to, by zasłużyć na pochwałę, pogłaskanie po łbie i nagrodę od trenerki.
Drugi pies, przeciwnie. Nie był w stanie wykonać żadnego z jej poleceń. Po prostu siedział na ziemi i się nie ruszał. Widziałem, że brakuje mu pewności siebie. Zapytałem o to trenerkę, a ona odpowiedziała: „Ten pies został zraniony. Poprzedni właściciel znęcał się nad nim i to pozostawiło w nim głęboki ślad. Myślę jednak, że będzie w stanie przezwyciężyć te zranienia dzięki treningowi, rehabilitacji i miłości”.
Niektórzy z nas uważają, że mogą zrobić wszystko sami z siebie. Tak jak tego pierwszego psa przepełnia ich odwaga i pewność siebie. Inni, przeciwnie, tracą pewność i wiarę w swoje możliwości, kiedy tylko stają wobec jakiegoś wyzwania. Tak jak ten drugi pies nawet nie próbują się z nim zmierzyć.
Św. Paweł napisał: „Wszystko mogę w Tym [Chrystusie], który mnie umacnia” (Flp 4,13). Gdyby żył dziś, zapewne wezwałby tych z pierwszej grupy do pokory i uznania, że wszystkie nasze talenty i dary pochodzą od Boga. Natomiast tym z drugiej grupy powiedziałby, że dadzą radę pokonywać przeszkody i odnosić zwycięstwa dzięki łasce i mocy Pana.
Co to znaczy robić wszystko w Chrystusie? Początek leży w naszej więzi z Jezusem. Zaczyna się, kiedy rozmawiamy z Nim i słuchamy Jego głosu. Dzięki temu zostajemy napełnieni Jego łaską i pokojem. Potem Boża łaska zmienia nas i kształtuje. Pobudza, byśmy skupiali umysły na tym, „co prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie” ( Flp 4,8). Zmiany te prowadzą nas do pogłębienia modlitwy, a to z kolei sprawia, że jeszcze bardziej koncentrujemy się na Panu – i w ten sposób nieustannie wzrastamy w wierze.
Wzrastając w wierze, człowiek pewny siebie staje się bardziej pokorny, ponieważ rozumie, że Tym, który daje mu odwagę i siłę, jest Chrystus. Natomiast ten wycofany, niepewny swoich możliwości, dzięki wzrostowi w wierze jest gotów podejmować nowe wyzwania, gdyż wie już, że Chrystus pomoże mu im sprostać.
Zatem niezależnie od tego, czy jesteś z natury człowiekiem odważnym i pewnym siebie, czy też brakuje ci wiary we własne możliwości, pozwól Duchowi Świętemu działać w tobie. Podejmij kroki, zarówno w modlitwie, jak i w swoim codziennym życiu, które dadzą ci pewność, że wszystko możesz w Chrystusie. Niech Bóg błogosławi nam ufnością i wiarą!

Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY:

Art.1
WSZYSTKO MOGĘ W CHRYSTUSIE
Jaką jesteś osobą? Człowiekiem czynu? Pewnym siebie, przekonanym, że wszystko, co zamierzysz, możesz osiągnąć? Czy też kimś wiecznie zamartwiającym się, kto zawsze koncentruje się na swoich brakach? Niektórzy z nas myślą, że mogą zrobić niemal wszystko. Inni uważają, że nie potrafią zrobić prawie nic. Niektórzy prą naprzód, niewiele myśląc o konsekwencjach, podczas gdy pozostali są tak zatrwożeni, iż zdają się nie móc wykrzesać odrobiny pewności siebie.
W tym numerze „Słowa wśród nas” skupimy się na rozważaniu jednego z najbardziej obiecujących fragmentów Nowego Testamentu: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13), odnosząc go do tych, którzy sądzą, że „mogą”, oraz do tych, którzy uważają, że „nie mogą”. Urywek ten zachęca tych, którzy sądzą, że „mogą”, aby zbadali źródło swojej pewności siebie. Jednocześnie wzywa tych, którzy uważają, że „nie mogą”, by pozbyli się swoich obaw i wątpliwości i zaczęli działać w Chrystusie.

„MOGĘ”
Św. Paweł działał. Głosił. Zakładał wspólnoty chrześcijańskie w Azji Mniejszej i Europie. Pisał długie, pełne głębi listy. Zwalczał jednego po drugim przeciwników wiary. Ani zajadłe groźby, ani noce w więzieniu, ani kamienowanie czy ciężkie pobicie nie zdołały pohamować siły przebicia i energii tego człowieka. Widać wyraźnie – to był mężczyzna pewny siebie! Jednak robiąc to wszystko, uznał, że wszelkie jego dokonania i cała pewność siebie są jak „śmieci” (Flp 3,8). Poszedł nawet jeszcze dalej, mówiąc, że: „we mnie… nie mieszka dobro” (Rz 7,18).
Czy to nie brzmi jak zaprzeczenie sobie? Czyż Paweł nie używał swojej wiedzy i umiejętności, by napisać te wszystkie pełne mocy listy? Czyż nie czerpał ze swojego rabinicznego wykształcenia, kiedy formułował swoją teologię? Czyż nie potrzebował mnóstwa pewności siebie, aby głosić Ewangelię z taką śmiałością?
Tu wcale nie ma sprzeczności. Paweł wiedział, że jest szafarzem Bożej łaski i darów (1 Kor 4,1). Rozumiał, że mógł się urodzić gdzieś indziej niż w Tarsie, pochodzić z rodziny bez powiązań z Jerozolimą i bez perspektyw na dalszą edukację. Wiedział, że wszystko, co posiada – rozum, zdrowie, błyskotliwość – pochodzi od Boga. To dlatego mógł osiągnąć tak wiele, a mimo to nie przypisywać sobie za to zasługi.
Jeśli widzisz, że oczekujesz uznania, pieniędzy czy innego rodzaju nagrody za dobrze wykonane zadanie, to warto sprawdzić, czy działasz w Chrystusie, czy też w sobie. Nie chodzi o to, że Jezus sprzeciwia się uznaniu czy wynagrodzeniu, także materialnemu. Chodzi o to, że kiedy tego rodzaju cele stają się twoją główną czy jedyną motywacją, rodzi się bardzo poważne pytanie: Komu przypadnie za to chwała?
Pragnienie uznania i zapłaty jest dobre, dopóki nie przysłania Pana. Właśnie dlatego Paweł używał przesadnych określeń, takich jak „śmieci” czy „we mnie nie mieszka dobro”, mimo pełnej świadomości tego, że jest utalentowany i czyni wiele dobra. Być może te mocne słowa na swój temat pomagały mu w zachowaniu właściwej perspektywy.
Gdybyśmy myśleli tylko o tym, że możemy wszystko, lecz nie uznali, iż potrzebujemy mocy Chrystusa, to doszlibyśmy do wniosku, że nasze dokonania są tylko nasze. A to jedynie karmiłoby naszą miłość własną, która oddziela nas od innych ludzi i zamyka na miłość Boga.

▌ „NIE MOGĘ”
Przeciwności są częścią naszego życia. Stajemy wobec nich każdego dnia. Niektórzy rozkwitają, mierząc się z tru-
dnymi sytuacjami i przezwyciężając je. Dla wielu jednak wygląda to zupełnie inaczej. W obliczu trudności tracą pewność siebie. Niektórzy nawet czują się pokonani, zanim cokolwiek zaczną. Cichy głosik w nich mówi: „Nie mogę. Po prostu nie potrafię. Chciałbym móc, ale nie mogę”.
W pewnym opowiadaniu dla dzieci niebieska lokomotywa miała przewieźć duży ładunek zabawek na wysoką, stromą górę. Udało się jej pokonać tę ogromną przeszkodę dzięki temu, że raz po raz powtarzała sobie: „Dam radę! Dam radę!”. Czy nie byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli w taki sam sposób przezwyciężać wszystkie przeciwności? Jednak nie zawsze jest aż tak łatwo. Niektórych z nas wcześniejsze porażki przekonały, że nie możemy, nie damy rady. Mówimy samym sobie, że się do niczego nie nadajemy. Rezygnujemy z podjęcia ryzyka ze strachu, że nam się nie uda. Wolimy nie stawiać czoła wyzwaniu.
Pismo Święte przytacza historię człowieka, który dał jednemu ze swoich służących sumę pieniędzy odpowiadającą około trzymiesięcznym zarobkom. Zamiast ją zainwestować, ryzykując jej utratę, służący postanowił ukryć całą kwotę. Usłyszawszy, co się stało, pan rozgniewał się. Odebrał pieniądze temu słudze i dał je drugiemu, który wcześniej pomnożył to, co otrzymał (Łk 19,11-26).
Ta przypowieść przynosi pewne ważne przemyślenia. Jeśli uważasz, że „nie możesz”, i potem tak jest rzeczywiście, to wcześniej czy później stracisz nawet to małe „mogę”, które masz. Jeśli natomiast myślisz, że „możesz” – choćby z pewną dozą wątpliwości – i zaczniesz, i spróbujesz to zrobić, to Bóg będzie bardziej zadowolony, nawet jeśli ci się nie uda, niż gdybyś w ogóle nie spróbował. Ponadto zdobędziesz doświadczenie i w przyszłości będziesz zdolny zrobić więcej!
Gdy głos „nie mogę” odzywa się i usiłuje cię przekonać, że nie potrafisz tego zrobić, odpowiedz słowami: „Wiem, że w Chrystusie mogę”. To coś dużo więcej niż motywowanie samego siebie. To wyznanie wiary zakorzenionej w obietnicach Ewangelii. wyrażenie ufności, że potrafimy zrobić to, o co prosi nas Bóg, ponieważ Jezus daje nam swoją Boską moc.

▌ STAĆ NA WŁAŚCIWYM
FUNDAMENCIE
Przez kilka następnych dni postaraj się przeznaczyć nieco czasu modlitwy na przebadanie swoich motywacji. Jeżeli masz skłonność do pewności siebie, spróbuj zadać sobie pytanie: „Czy to ja jestem punktem centralnym mojego życia, czy jest nim Pan?”. Poproś Jezusa o dar pokory, byś mógł – na podobieństwo św. Pawła – niestrudzenie pracować i robić wspaniałe rzeczy dla Boga, jednak ze świadomością, iż twoje talenty i zdolności są darami od Boga, powierzonymi ci, abyś mógł oddawać Mu chwałę. Staraj się więc zaczynać dzień od modlitwy, mówiąc Jezusowi, że chcesz robić wszystko dla Niego, ponieważ On dał ci tak wiele.
Ci, którzy mają tendencję do wątpliwości albo strachu, niech zapytają samych siebie: „Jak często myślę, że nie potrafię podjąć wyzwania – że jest za trudne? Jak często mówię sobie: «Nie jestem wart; nie potrafię pokonać tego lęku, urazy czy poczucia winy»?”. Jeśli to twój przypadek, pora odrzucić te głosy potępienia i zniechęcenia. Spróbuj rozpoczynać dzień modlitwą, mówiąc: „Nie jestem beznadziejny i bezradny. Mam wiele darów i talentów. Wszystko mogę zrobić w Chrystusie, który mnie umacnia!”.
Jezus powiedział kiedyś, że wiara może przenosić góry. Pamiętając o tym, spróbujmy patrzeć na „góry”, przed którymi co dzień stajemy, i mówić: „W Chrystusie potrafię wypełnić moje obowiązki, rozwiązać moje problemy i pokonać przeciwności, które są przede mną”.

▌ ZAWSZE SIĘ RADUJCIE
– W CHRYSTUSIE
W każdym czasie i miejscu chrześcijanie doświadczają, co to znaczy móc robić wszystko „w Chrystusie”. Podobnie jak umiał to św. Paweł, uczą się akceptować to, co mają, i każdą sytuację, w jakiej się znajdą (Flp 4,12). Uczą się, jak radzić sobie z życiowymi wzlotami i upadkami. Uczą się, że umiejętność stawiania czoła wyzwaniom nie pochodzi z tego, co oni mogą, ale z tego, co Jezus może czynić z nimi, w nich i przez nich.
Jezus ma cudowny plan dla życia każdego z nas. Ponieważ jednak na tym świecie istnieją pokusy, grzech i złe duchy, Jezus wie, że oprócz czasu radości będziemy doświadczać okresów smutku i trudności. Mimo to chce, żebyśmy „zawsze się radowali” (por. Flp 4,4), zarówno w dobrych, jak i w złych czasach. Pragnie, abyśmy się cieszyli, że możemy doświadczać w sobie Bożego pokoju, bez względu na to, co się wydarza.
Kiedy przeżywasz chwile szczęśliwe, usiądź i ciesz się nimi. Smakuj je. A gdy nadchodzi czas trudny, pamiętaj o tym, że Jezus również cierpiał. A skoro sam cierpiał, to wie dobrze, co przeżywamy. Współczuje nam, cierpi wraz z nami i zawsze jest blisko, gotów nas pocieszać i dodawać nam sił.
To wspaniała obietnica chrześcijańskiego życia. Jeśli przyjmiemy modlitwę św. Pawła za swoją własną – że możemy wszystko w Chrystusie, który nas umacnia – będziemy żeglować nawet po najbardziej wzburzonych wodach życia dużo spokojniej i z większym powodzeniem, ponieważ Jezus jest z na-
mi, pomagając nam robić to, czego nigdy nie dokonalibyśmy własnymi siłami. ▐

Art. 2
POKONAĆ GÓRĘ STRACHU
DAMY RADĘ - W CHRYSTUSIE

W czerwcu 1924 roku, w wieku trzydziestu ośmiu lat, zmarł George Mallory – jeden z największych brytyjskich wspinaczy wysokogórskich. Po dwóch wcześniejszych nieudanych próbach usiłował raz jeszcze zdobyć szczyt Mount Everestu i zaginął. Dopiero w 1999 roku jego zamarznięte ciało odkryła inna wyprawa – zaledwie sześćset metrów od szczytu.
Jakiś czas po zaginięciu Mallory’e- go przyjaciele zorganizowali w Anglii bankiet na jego cześć. Obecni byli niektórzy uczestnicy tamtej nieszczęśliwej wyprawy – ci, którzy przeżyli. Pod koniec bankietu jeden z ocalałych członków zespołu wstał i zaczął oglądać rozwieszone na ścianach zdjęcia Mallory’ego i kolegów. Potem, ze łzami w oczach, spojrzał na ogromne zdjęcie Mount Everestu wiszące za stołem bankietowym. „Mount Everest – powiedział – pokonałeś nas raz, pokonałeś drugi i trzeci raz, ale pewnego dnia my pokonamy ciebie, ponieważ ty już nie możesz stać się większy, a my możemy!”
Dla wielu z nas strach jest takim Mount Everestem naszego życia. Podobnie jak ta wyniosła góra, przygniata i paraliżuje nas, przekonując, że nagroda nie jest warta ryzyka.
Oczywiście wszyscy w takiej czy innej formie doświadczamy strachu. Zachodzi jednak różnica między zwykłymi obawami, które są normalną częścią życia na tym świecie, a skrajnymi lękami, które mogą nas krępować przez całe lata. Jeśli znajdujesz się w tej „skrajnej” kategorii – cierpiąc z powodu nieracjonalnego lęku przed ciemnością, przed spotykaniem ludzi, przed porażką, przed czymkolwiek, co cię przeraża – powiedz sobie: „Wszystko mogę w Chrystusie, który mnie umacnia”.

STRACH: DAR CZY UTRAPIENIE?
W rzeczywistości strach może być bardzo użytecznym darem od Pana. To strach ostrzega, żeby być ostrożnym, żeby rozważyć bieżące zagrożenia, podjąć odpowiednie środki ochrony samego siebie. Strach może działać jako obrona przed nieznanym i odgrywać ważną rolę w uczeniu nas przezorności i mądrości.
Problem pojawia się wtedy, gdy pozwalamy, by obawy kierowały nami w przesadny i nierozsądny sposób. Kiedy tak się dzieje, strach staje się czynnikiem kontrolującym w naszym życiu – filtrem, przez który musi przejść każda myśl i emocja.
Co powoduje, że dar strachu wymyka nam się z rąk i odgrywa tak dominującą rolę w naszym życiu? Na to pytanie można odpowiedzieć w bardzo różny sposób, jednak najistotniejszym czynnikiem są nasze własne wspomnienia. Pomyśl o tych wszystkich bolesnych czy traumatycznych wydarzeniach przechowywanych w twojej pamięci. A teraz wyobraź sobie, jak by to było, gdyby tylko jedno z tych wspomnień – i strach, który ono wywołuje – pozostawało na pierwszym planie w twoim umyśle, nawiedzając i nękając cię przez cały czas. Wyobraź sobie, jak by to było, gdybyś nie mógł cieszyć się życiem z powodu nieustannej obawy przed ponownym przeżywaniem bólu z przeszłości. Wyobraź sobie, jak by to było, gdybyś nie miał śmiałości, by podjąć jakiekolwiek nowe przedsięwzięcie z lęku przed powtórzeniem tej samej porażki, która cię kiedyś tak dotkliwie zraniła.
Nic dziwnego, że List do Hebrajczyków przedstawia diabła jako trzymającego ludzi w niewoli strachu, a zwłaszcza – strachu przed śmiercią (Hbr 2,14-15). Jedną z najczęstszych i najbardziej przebiegłych strategii szatana jest żerowanie na naszych wspomnieniach. Przepada on za oskarżaniem nas, za wydobywaniem wszelkich negatywnych aspektów naszego życia – po to, by nas sparaliżować i zniechęcić do podjęcia działań. Wydaje się, że spośród wszystkich środków ze swego arsenału szatan najczęściej i najskuteczniej wykorzystuje właśnie strach.

ŚWIADECTWO: TOM I HELENA
Pewien lekarz o imieniu Tom i jego żona Helena przez ponad rok zmagali się z narastającymi konfliktami i niechęcią wobec siebie nawzajem. Sprawy przybrały tak zły obrót, że Helena postanowiła opuścić Toma i trójkę ich dzieci dla innego mężczyzny, z którym spotykała się potajemnie od jakiegoś czasu. Tom pozostał z ogromnym poczuciem winy; czuł, że brak czasu dla rodziny, spowodowany zbytnim zaangażowaniem w pracę zawodową, był powodem, dla którego Helena porzuciła jego i dzieci.
Był zdruzgotany, a na dodatek uświadomił sobie, że nie ma do kogo się zwrócić. Większość osób z jego parafii zaczęła go po cichu unikać. Znajomi plotkowali o nim za jego plecami. Nawet członkowie rodziny trzymali się na dystans. Zamiast udzielić wsparcia jemu i jego dzieciom, wydawało się, że wszyscy są gotowi tylko go potępiać jako życiowego nieudacznika.
Lekarz, który poświęcił się pomaganiu ludziom, teraz sam czuł się niechciany i ignorowany. „Jak mam wychować moje trzy dziewczynki, skoro nawet nie potrafiłem utrzymać w całości mojego małżeństwa? Jak pacjenci mogą mi jeszcze ufać?” – zastanawiał się. Każdego wieczoru kładł się do łóżka z poczuciem porażki, winy i lęku o przyszłość swojej rodziny.
Historia ta jednak tu się nie kończy. Po trzech miesiącach udręki uznał, że nie może dalej tak żyć. Bał się, że zniszczy swoją praktykę lekarską, zrazi do siebie córki i zrujnuje swoje życie, jeżeli czegoś nie zmieni.
Widząc, jak stan Toma coraz bardziej się pogarsza, kolega ze szpitala zachęcił go, żeby przeczytał, i to niejeden raz, czwarty rozdział Listu św. Pawła do Filipian. Kiedy Tom doszedł do zdania: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, dostrzegł promyk nadziei, której nie doświadczał już od długiego czasu. Pierwszy raz od wielu miesięcy zaczął wierzyć, że jest jakieś światełko na końcu tunelu. Od tej pory każdego dnia modlił się tymi słowami.
W dzienniku modlitewnym jeden z wpisów Toma brzmi tak, jakby Jezus mówił do niego: „Tom, możesz się cieszyć we Mnie. Nie musisz niepokoić się o wychowanie swoich dzieci. Nie bój się. Ja jestem z tobą. Proś Mnie o pomoc. Zaufaj, że mój pokój strzeże życia twojego i twoich dzieci. Po prostu staraj się robić to, co szlachetne i godne uznania we wszystkich sprawach. Pozwól mi wykonać w tobie to dzieło, które zamierzyłem”.
Kiedy Tom rozważał ten krótki urywek z Biblii, stopniowo zaczynał odzyskiwać pewność siebie. Zobaczył, że może iść naprzód i wychować swoje córki na mądre, uczciwe, dobrze przygotowane do życia kobiety. Jego strach, przygnębienie i poczucie winy słabły, a jego dom stawał się na nowo miejscem błogosławieństwa. Jedna z córek w prezencie urodzinowym wyhaftowała mu serwetkę z tą śmiałą proklamacją św. Pawła.
Z czasem słowa Wszystko mogę… doprowadziły Toma do proszenia Boga o pomoc w przebaczeniu Helenie
i o uwolnienie nagromadzonego gniewu i żalu wobec niej. Obecnie, po dziesięciu latach, dzieci Toma są już dorosłe, jego praktyka lekarska nadal rozkwita, a co najważniejsze, w jego sercu gości pokój.

„JESTEM Z TOBĄ”
To, co Bóg uczynił dla Toma, może uczynić dla każdego z nas. Prawdą jest, że my możemy zrobić wszystko – nawet przezwyciężyć największy strach – w Chrystusie, ponieważ On jest z nami, by pomagać nam w robieniu rzeczy, których nie bylibyśmy w stanie zrobić sami. Oczywiście, czasem możemy ponieść porażkę. Oczywiście, niekiedy może nas opanować strach. Oczywiście, szatan może w niektórych sytuacjach zdobyć przewagę. Jednak zawsze możemy z powrotem wstać i spróbować raz jeszcze, ponieważ Jezus jest z nami, pomagając nam i wzmacniając naszą wiarę.
Bóg chce nas nauczyć mówienia: „Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza” (Ps 23,4). Pragnie nas nauczyć, byśmy wyznawali: „Pan światłem i zbawieniem moim: kogóż mam się lękać? Pan obroną mojego życia: przed kim mam się trwożyć?” (Ps 27,1). Chce także nauczyć nas mówić: „Nie lękam się tysięcy strachów, choć przeciw mnie się ustawiają” (por. Ps 3,7). Szatan, przeciwnie, ma zupełnie inny zamysł. Chce nas paraliżować lękiem i niepokojem, tak byśmy trzymali się z dala od Pana.
Jeżeli jest jakaś dziedzina twojego życia, w której strach trzyma cię w niewoli, może właśnie teraz przyszła pora, by się z tym zmierzyć. Na stronie 12. zamieszczamy propozycję prostego sposobu, który pomoże ci przezwyciężać lęki i otwierać się na uzdrawiającą moc Boga. Z nadzieją i z ufnością proś Ducha Świętego, aby zburzył każdą twierdzę, jaką lęk zbudował w twoim życiu. Z taką pewnością, jaka pobudzała św. Pawła, idź naprzód i zwyciężaj górę strachu. Jezus ma cały ekwipunek, jakiego potrzebujesz, i jest gotów wspinać się razem z tobą – przez całą drogę aż na sam szczyt. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Niedziela, 1 listopada
Wszystkich Świętych
Ap 7,2-4.9-14
Zbawienie u Boga naszego. (Ap 7,10)


Dzisiaj czcimy wszystkich świętych, którzy stanowią dla nas i dla całego Kościoła wielkie „mnóstwo świad-
ków” (Hbr 12,1). Chyba nie zastanawiamy się nad tym zbyt często, ale właśnie teraz miliony świętych mężczyzn i kobiet, którzy są w niebie, modlą się za nas i dopingują nas. Możliwe, że mówią do każdego z nas: „Nie poddawaj się! Pozostań blisko Jezusa! Naprawdę warto!”.
Ci święci to przeważnie ludzie tacy jak my – tyle tylko, że znajdują się już w niebie. Ich życie na ziemi było takie jak nasze – mieli podobne pragnienia, wątpliwości i zmagania w naśladowaniu Jezusa. Jesteś żoną, matką, nauczycielem? W takim razie warto, byś dowiedział się, jak radziła sobie św. Elżbieta Anna Seton. Modlisz się w intencji członków rodziny, którzy odeszli od wiary? Proś św. Monikę, żeby też się za nimi wstawiała. Zmagasz się, dzieląc czas między modlitwę, pracę i odpoczynek? Pozwól, by pomógł ci św. Benedykt.
Dzisiejsza uroczystość przypomina nam, że święci w niebie to nie tylko ci, których znają wszyscy, jak Matka Teresa, Franciszek z Asyżu czy Antoni z Padwy. Ale także nasi zmarli rodzice, dziadkowie, starzy przyjaciele i dawni duszpasterze. Ci, którzy byli nam najbliżsi za życia, nadal są nam bliscy duchem – to jakby nasza niebiańska grupa wsparcia! Patrzą na nas z miłością i troską, i pragną widzieć, jak wzrastamy ku pełni miłości Chrystusa.
Czyż Boży plan nie jest cudowny? Stwórca całego wszechświata obdarował nas wszystkich życiem. Dał nam rodziny i przyjaciół, rozmaite dary i talenty, których możemy używać, by Go wysławiać. A kiedy odwróciliśmy się od Niego przez grzech, posłał do nas swojego Syna, aby nas zbawił. Nieustannie obdarza nas swoją łaską i umacnia przez sakramenty, ponieważ pragnie, abyśmy żyli z Nim w niebie – na zawsze!
„Dziękuję Ci, Boże, za tych wszystkich świętych, którzy modlą się za mnie i pomagają mi każdego dnia. Wysławiam Cię, Panie, i uwielbiam, bo przygotowałeś mi w niebie miejsce, gdzie będę mógł wychwalać Cię przez całą wieczność.”
Ps 24,1-6
1 J 3,1-3
Mt 5,1-12a


Poniedziałek, 2 listopada
Wszystkich wiernych zmarłych
Ps 27,1.4.7-9.13-14


Wierzę, iż będę oglądał dobra Pańskie w ziemi żyjących. (Ps 27,13)
W tym dniu modlitwy za tych, którzy nas poprzedzili w drodze do domu Ojca, zastanawiamy się nad biegiem życia ziemskiego – naszego i naszych bliskich. Często jest w nim tyle nieoczekiwanych zwrotów, że zaczynamy myśleć o nim jak o serii zupełnie przypadkowych wydarzeń. Wiara jednak przypomina nam, że życie nie kończy się tutaj i warto patrzeć na to, co się dzieje,
w perspektywie wieczności. To, co czasem nazywamy zbiegiem okoliczności, może się okazać sposobnością dla Boga, by zwrócić nam uwagę na to, co zwykle pozostaje niewidoczne dla naszych oczu.
Jezus, nasz Zbawiciel, towarzyszy nam na każdym kroku tej drogi. Jest we wszystkim, w każdym wydarzeniu. Prowadzi nas coraz bliżej do siebie i Ojca. Nigdy nie mówił, że ta droga będzie łatwa – raczej uprzedzał, że jest ona wąska i stroma. Ma nas przecież przygotować do spotkania z Bogiem, do pełnego zjednoczenia z Nim. Warto iść tą drogą, bez względu na spotykające nas trudności, gdyż Jezus jest z nami. Obiecał, że nigdy nas nie zostawi samych, że pozostanie z nami „aż do skończenia świata” (Mt 28,20).
Odszedł do nieba, żeby przygotować nam miejsce, ponieważ pragnie, żebyśmy byli tam, gdzie On. Zapewniał też, że w domu Jego Ojca nie zabraknie dla nas miejsca, gdyż jest tam „mieszkań wiele” (J 14,2).
Niebo jest krainą żyjących, do której zostaliśmy zaproszeni. Sam Bóg pragnie, byśmy tam dotarli. I chociaż na naszej ziemskiej drodze co krok spotykają nas niespodzianki – jedne miłe, inne trudne czy nawet bolesne – to Jezus cały czas obdarza nas hojnie swoją łaską i błogosławieństwem, byśmy mieli siłę iść. On nigdy nie zawodzi i zawsze dotrzymuje obietnic. Możemy z ufnością wędrować, choćby „przez ciemną dolinę” (Ps 23,4), pewni Jego obecności i pomocy, aż dojdziemy tam, gdzie zobaczymy Boga twarzą w twarz, i gdzie czekać będą na nas nasi bliscy wraz ze wszystkimi wiernymi, którzy opuścili ziemię przed nami.
„Dziękuję Ci, Panie, za Twoją wierność! Jezu, ufam, że przyprowadzisz mnie do domu, bym był na zawsze
z Tobą.”
Hi 19,1.23-27a
1 Kor 15,20-24a.25-28
Łk 23,44-46.50.52-53; 24,1-6a

 

Niedziela, 8 listopada
Hbr 9,24-28


Chrystus… drugi raz ukaże się… dla zbawienia tych, którzy Go oczekują. (Hbr 9,28)
Listopad to ostatni miesiąc roku kościelnego, czas, kiedy zastanawiamy się nad powtórnym przyjściem Jezusa, nad śmiercią i życiem, które ma nadejść. W swoim pierwszym przyjściu Jezus pojawił się na świecie pokornie, jako dziecko. Jego powrót będzie zupełnie inny. Przyjdzie w chwale jako Sędzia i Władca całego stworzenia.
Prorocy Starego Testamentu przepowiadali „nowe niebo i nową ziemię”. Izajasz prorokował, że kiedy Mesjasz przyjdzie w chwale, cała ziemia stanie się nowa. Nie będzie więcej wojen ani między ludźmi, ani między narodami. Zło zostanie zniszczone. „Wilk zamieszka wraz z barankiem” (Iz 11,6), zakróluje pokój.
W Nowym Testamencie w Księdze Apokalipsy św. Jana mamy jeszcze bogatszy zestaw obrazów. Św. Jan pisze: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową… i Miasto Święte” (Ap 21,1.2). Widział miejsce, gdzie Bóg „otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu” (Ap 21,4). Czyż ten opis nie budzi w nas tęsknoty za nadejściem tego królestwa!? 
Zamiast odsuwać od siebie wszelkie myśli o śmierci i umieraniu, sięgajmy do takich fragmentów Pisma Świętego. Przyjmujmy z radością myśl o tym, że pewnego dnia będziemy z Jezusem i z utęsknieniem wyczekujmy Jego przyjścia. Zawsze pozostanie pewien element obawy na myśl o śmierci i nigdy nasz lęk przed nieznanym całkowicie nie ustąpi. Jednak strach nie musi nas zniewalać, ponieważ czcimy Boga, który jest wierny i miłosierny.
Pismo Święte zawiera taką obietnicę: „Jeżeli więc ustami swymi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie” (Rz 10,9). A to jest „darem Boga”
(Ef 2,8). Przyjmijmy wszyscy ten dar i wyczekujmy na nasz niebiański dom!
„Jezu, wierzę w Ciebie! Napełnij moje serce tęsknotą za niebem”.
1 Krl 17,10-16
Ps 146,6-10
Mk 12,38-44

 

Niedziela, 15 listopada
Mk 13,24-32


Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach, z wielką mocą i chwałą. (Mk 13,26)
Większość z nas lubi mieć kontrolę nad swoim życiem. Staramy się robić to, co sprzyja szczęściu, bezpieczeństwu, pokojowi, a jednocześnie unikać problemów, zagrożeń i cierpienia. Skupiając się nad zapewnieniem sobie pomyślności na tym świecie, zwykle niewiele uwagi poświęcamy myśleniu o drugim przyjściu Jezusa czy o przyszłym życiu w niebie.
Warto trudzić się nad tym, by poprawić siebie i świat wokół nas. Pismo Święte wzywa, byśmy „zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (Rdz 1,28). Bóg zaprasza nas, żebyśmy używali darów rozumu, wyobraźni i kreatywności, aby czynić ten świat coraz lepszym miejscem. Jednak wielu świętych – którzy służyli pomocą innym w ich codziennym życiu – jednocześnie pragnęło gorąco być z Jezusem na zawsze w niebie. Podobnie jak św. Paweł, który mówił: „Pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele – to bardziej dla was konieczne” (Flp 1,23).
Czy możesz sobie wyobrazić miejsce, gdzie wszystkie nasze problemy – choroby, cierpienie, śmierć, urazy, podziały, wojny, bieda, przestępstwa, zabójstwa – zostaną na zawsze pokonane? Miejsce, gdzie ludzie kochają się nawzajem zawsze, codziennie? Miejsce, gdzie każda więź jest idealna? To ta właśnie wizja oczarowała świętych i napełniła ich tęsknotą za niebem. Wizja ta popchnęła ich również do tego, aby dzielić się z innymi dobrą nowiną o niebie.
Zatem kiedy zbliżamy się do końca kolejnego roku kościelnego, poświęćmy trochę czasu na to, by wyobrazić sobie, jak piękne jest niebo. Jesteśmy na etapie pielgrzymowania do nieba. Im więcej o tym myślimy i działamy w tym duchu, tym bardziej zachęcamy innych ludzi – dzięki naszej miłości i służbie – by przyłączyli się do nas w drodze.
„Jezu, daj mi przebłysk chwały nieba. Panie, chcę być z Tobą na zawsze!”
Dn 12,1-3
Ps 16,5.8-11
Hbr 10,11-14.18

 

Niedziela, 22 listopada
Jezusa Chrystusa,
Króla wszechświata
Ap 1,5-8


Łaska wam i pokój… od Jezusa Chrystusa, Świadka Wiernego, Pierworodnego umarłych i Władcy królów ziemi. (Ap 1,4.5)
Św. Jan maluje bardzo piękny obraz Chrystusa Króla, którego uroczystość dziś obchodzimy. Jest On Pierworodnym, Wiernym, Władcą, który „uczynił nas królestwem” (Ap 1,6). Czytając ten fragment, może nam się wydawać, że Jezus jako Król zasiada na swoim tronie w chwale, a my cieszymy się życiem w Jego królestwie. 
Ale niezupełnie tak jest, prawda? Doświadczamy tego, że nadal na świecie istnieje cierpienie, szerzy się zło i grzech. Więcej, wiemy, że pokusa i grzech są ciągle obecne w naszym własnym życiu! To wszystko wydaje się sprzecznością.
Ale nie jest. Chociaż bowiem Jezus jest naprawdę Królem królów i Panem panów, to jeszcze nie powrócił w chwale, aby wziąć w posiadanie swoje królestwo. A to oznacza, że Jego wróg, diabeł, wciąż pozostaje tutaj, wciągając nas w walkę ze swoimi kłamstwami i pokusami. Wie on dobrze, że jeżeli zdoła wypełnić nasze umysły wątpliwościami, zamartwianiem się i myślami skupionymi na sobie samych, to staniemy się obojętni na Boga, głusi na obecność Ducha Świętego, i będziemy żyć wyłącznie dla samych siebie.
Właśnie dlatego Eucharystia jest tak ważna. W czasie Mszy świętej upamiętniamy i świętujemy moc zmartwychwstania Jezusa. Więcej jeszcze – przyjmujemy Jezusa pod postaciami chleba i wina, karmimy się Jego słowem, a On przychodzi ze swoją łaską, aby nas umocnić do walki ze złem. 
Kiedy więc przyjdziesz dziś na Mszę świętą, zrób to z otwartym sercem. Przyjdź przed twojego Króla i pozwól, by napełnił swoją obecnością twoje serce i umysł. Przyjdź i wyznaj, że życie w Jego łasce jest jedyną drogą, na której możesz wygrać tę walkę. Polegaj na Nim, ufaj Mu i wzywaj Go, a On przyjdzie, by cię obronić przed zakusami Złego.
„Chwała Ci, Jezu, Królu! Jesteś moim pocieszeniem w nieszczęściu
i moją siłą w walce!”
Dn 7,13-14
Ps 93,1-2.5
J 18,33b-37

 

Niedziela, 29 listopada
Łk 21,25-28.34-36


Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. (Łk 21,27)
Rozpoczynamy dziś okres Adwentu – radosnego, pełnego nadziei oczekiwania na przyjście Jezusa. 
Przyjście, a może przychodzenie Chrystusa, następuje w potrójny sposób. Czekamy na pamiątkę Jego narodzin na ziemi – święta Bożego Narodzenia, które będziemy obchodzić już za cztery tygodnie. Dzięki temu wydarzeniu Jezus staje się Emmanuelem, „Bogiem z nami”, dzieli nasz człowieczy los, doświadcza tego wszystkiego, co my. 
Wiemy też, że Chrystus powróci kiedyś na ziemię w chwale i majestacie, aby w pełni zapanowało królestwo Boże. To zapowiada dzisiejszy fragment Ewangelii. Przypomina o znakach, jakie będą temu towarzyszyć, o potrzebie czujności, byśmy byli przygotowani na spotkanie Pana.
Jednak spotkanie z Chrystusem może mieć miejsce w każdej chwili – dla każdego z nas w innym miejscu i czasie. To jest ten trzeci sposób przyjścia Chrystusa, który można nazwać właśnie „przychodzeniem”. Pisze o tym św. Paweł w przypadającym na dziś urywku Listu do Tesaloniczan. Wzywa nie tylko pierwszych chrześcijan, ale nas wszystkich: „Stawajcie się coraz doskonalszymi!” (1 Tes 4,1).
Bóg jest święty, ponad wszystko ŚWIĘTY. Święty, czyli oddzielony od tego, co grzeszne. Dlatego mamy dążyć do świętości, aby móc doświadczać wspólnoty z naszym niebieskim Ojcem. Dbać o kształtowanie w sobie pragnienia podobania się Bogu i pełnienia Jego woli, które rodzi się w nas dzięki trwaniu w wierze i łasce Bożej. Duch Święty skłania nas, byśmy uznali Jezusa za swojego Pana, zaufali Mu bez reszty i postępowali na drodze uświęcenia. Nasze uświęcenie jest dziełem Ducha Świętego, ale nie dokona się bez naszej współpracy z łaską. Apostoł prosi więc Pana o utwierdzenie naszych serc, tak by stały się „nienaganne w świętości wobec Boga, Ojca naszego” (1 Tes 3,13), jednocześnie zachęcając nas do coraz większej doskonałości.
To wzrastanie w doskonałości odbywa się zawsze na drodze miłości – wobec bliźnich i wobec Boga. To Bóg pierwszy wychodzi z inicjatywą do każdego z nas. Prośmy Go zatem z ufnością o miłosierdzie nad nami.
„Daj mi poznać Twoje drogi, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami. Prowadź mnie w prawdzie według Twych pouczeń, Boże i Zbawco, w Tobie mam nadzieję.” (Ps 25,4-5)
Jr 33,14-16
Ps 25,4-5.8-10.14
1 Tes 3,12--4,2


MAGAZYN:

OWOCE ZAWIERZENIA BOŻEJ OPATRZNOŚCI
ŚW, RAFAŁ KALINOWSKI

Droga Józefa Kalinowskiego do świętości nie była prosta. Jako młodzieniec na wiele lat porzucił praktyki religijne, był carskim oficerem i jednym z przywódców Powstania Styczniowego, zesłańcem i nauczycielem w arystokratycznej rodzinie… Zanim w wieku 42 lat wstąpił do zakonu karmelitów bosych, miał za sobą dramatyczne doświadczenia związane z losem Polaków w tamtych czasach. A czasy były niełatwe: Polska podzielona między trzech zaborców, tłumione dążenia niepodległościowe, a w Królestwie Polskim i na Litwie planowa rusyfikacja, wzmożona po upadku Powstania Listopadowego.


DZIECIŃSTWO I MŁODOŚĆ
Józef przyszedł na świat w Wilnie w 1835 roku. Brak matki, która zmarła wkrótce po porodzie, kompensowała troskliwa opieka ojca, Andrzeja Kalinowskiego, oraz kolejnych dwóch jego żon. Ponoć szczególnie ostatnia – Zofia Puttkamer, córka słynnej Maryli Wereszczakówny (miłości Mickiewicza) – umiała stworzyć w domu ciepłą atmosferę, zaszczepić religijność i patriotyzm. Z sercem zajęła się całą gromadką, Józef bowiem miał już starszego brata i trójkę przyrodniego rodzeństwa. Później przybyła jeszcze czwórka dzieci. Choć ojcu trudno było z nauczycielskiej posady utrzymać tak dużą rodzinę, jednak bardzo starał się o wykształcenie synów. Józefa, który ze złotym medalem ukończył Instytut Szlachecki w Wilnie, pociągały nauki ścisłe, jednak dalsza edukacja w tym kierunku wiązała się z trudną decyzją – na studia trzeba było jechać w głąb Rosji, rozstając się z rodziną. 
Wybór padł na Petersburg. Tam Józef rozpoczął naukę w Mikołajewskiej Szkole Inżynierskiej, co wiązało się ze wstąpieniem do wojska. Miał wtedy 18 lat. W Petersburgu mieszkało i kształciło się wielu Polaków, kwitło życie towarzyskie, od którego Józef nie stronił. Nauka szła mu dobrze i po czterech latach ukończył Akademię, otrzymując stopień porucznika. W tym czasie przeżył zawód miłosny, który wytrącił go z równowagi. Pełen wewnętrznych rozterek, doświadczył kryzysu wiary. 
Na przemian szukał pociechy w rozrywkach albo pogrążał się w gorzkich rozmyślaniach nad brakiem sensu własnego życia. 
W końcu zmęczony tym wszystkim wyjechał z Petersburga i podjął pracę przy wytyczaniu linii kolejowej Kursk – Kijów. Dużo czasu spędzał samotnie i wiele czytał – po polsku, rosyjsku, francusku, a nawet angielsku. Był to dla niego okres głębokiego wejrzenia w siebie. Lektura „Wyznań” św. Augustyna zbliżyła go ku sprawom duchowym, lecz był to dopiero początek drogi. 
Kolejnym miejscem pobytu młodego oficera stała się twierdza w Brześciu nad Bugiem, gdzie między innymi nadzorował pracę skazańców. Litując się nad ich losem, odczuł potrzebę działania na rzecz tych, którzy znajdowali się w gorszym położeniu niż on sam. Zaopiekował się kilkunastoletnim chłopcem, chcąc zapewnić mu podstawowe wykształcenie, założył też niedzielną szkółkę dla rzemieślników. Wyjazd na leczenie do Ciechocinka okazał się kolejnym etapem na jego duchowej drodze. Od znajomej otrzymał Nowy Testament, a słowo Boże trafiło na podatny grunt. W Józefie krzepło pragnienie pracy dla innych i przekonanie, że tylko wiara może nadać sens ludzkiemu życiu.

POWSTANIE STYCZNIOWE
W tym czasie w społeczeństwie narastały nastroje niepodległościowe. Wyrosło nowe pokolenie, gotowe zbrojnie walczyć z zaborcą. Trwały spotkania, dysputy, tworzyła się konspiracja. Mundur rosyjskiego oficera ciążył Józefowi coraz bardziej. Gdy w styczniu 1863 roku wybuchło powstanie, postarał się o zwolnienie ze służby wojskowej, co, ze względu na jego problemy ze zdrowiem, udało się uzyskać w maju 1863 roku. Dalsze wydarzenia potoczyły się szybko. 
W Warszawie Kalinowski został namówiony do przyjęcia stanowiska w tajnym Rządzie Narodowym. Mianowano go naczelnikiem Wydziału Wojny na Litwie. Choć jego stosunek do powstania był sceptyczny, postanowił jednak służyć swym wojskowym doświadczeniem. Tym bardziej, że do walki wyruszyli już jego młodsi bracia, kuzyni i przyjaciele. Przyjazd do Wilna i rozeznanie się w sytuacji utwierdziły Józefa w przekonaniu o słabości i niedoświadczeniu oddziałów powstańczych i wielkiej przewadze regularnego wojska rosyjskiego. W tej sytuacji, aby oszczędzić młodych powstańców, starał się wpłynąć na ograniczanie działań militarnych. W czerwcu 1863 roku na placu Łukiskim w Wilnie był świadkiem powieszenia rannego generała Zygmunta Sierakowskiego, dowódcy powstania na Żmudzi. Ten barbarzyński akt wstrząsnął Józefem. Wtedy właśnie zrodziła się w nim myśl o poświęceniu się służbie Bożej. Tylko w taki sposób widział możliwość przeciwstawienia się wszechobecnemu złu. 
Jednocześnie jednak, choć świadomie wybierał drogę wiary, nie mógł się zdobyć na prostą, zdawałoby się sprawę – odbycie spowiedzi, której przed laty zaniechał. W tym czasie w wileńskim więzieniu, czekając na wywózkę, siedział jego kuzyn i przyjaciel z lat szkolnych, Jakub Gieysztor. Józef zapragnął wyposażyć go w drogę na zesłanie w jakąś niosącą pociechę i umocnienie pamiątkę. Poprosił swoją młodszą siostrę, aby na ten cel oddała własny krzyżyk z relikwiami. W zamian obiecał jej odbycie spowiedzi (o co od dawna nalegała), co też uczynił w dniu Wniebowzięcia NMP w 1863 roku – po raz pierwszy od 10 lat. „Co się Bogu podobało dokonać w mej duszy w czasie chwil spędzonych u stóp spowiednika (...), może wypowiedzieć tylko ten, kto podobnych chwil doświadczył” – napisał później we wspomnieniach. To był moment duchowego przełomu. Odtąd codziennie uczestniczył we Mszy świętej, co tydzień się spowiadał. 
Po aresztowaniu i straceniu ostatniego przywódcy powstańczego na Litwie w marcu 1864 roku, dowództwo objął Józef. Wkrótce Rosjanie trafili także na jego ślad i został aresztowany. Zrazu wyparł się wszystkiego, lecz po namyśle postanowił wszelkie zarzuty wziąć na siebie, aby ocalić innych. Uznany winnym „pełnienia obowiązków kierownika sił zbrojnych na Litwie”, został skazany na karę śmierci. Dzięki intensywnym zabiegom rodziny wyrok zmieniono na 10 lat ciężkich robót na Syberii. Miał 28 lat, gdy w lipcu 1864 roku został wywieziony na katorgę.

KATORGA NA SYBERII 
Szczególnie boleśnie Józef przeżył rozstanie „ze wszystkim, co zasila duszę” – trwogą przejmowała go perspektywa życia bez sakramentów. Jak pisał: „Tylko wiara w łaskę Bożą, która sama przychodzi w potrzebie, utrzymać może w spokoju ducha”. Droga na miejsce katorgi trwała 9 miesięcy – pociągiem, statkiem, kibitką, saniami, pieszo... aż do Irkucka, dokąd dotarł przed Wielkanocą 1865 roku. Tysiące kilometrów oddzieliły go od kraju, pociechą w rozłące były tylko listy. Dzięki zabiegom rodziny Józef został skierowany do stosunkowo lekkiej pracy w warzelni soli w Usolu nad Angarą, gdzie przebywało wielu dobrze już zorganizowanych polskich zesłańców (w tym kuzyn, któremu ongiś podarował krzyżyk z relikwiami), a zesłani księża potajemnie organizowali życie religijne. Wszystkich jednak trawiła tęsknota za krajem, a trudne położenie powodowało konflikty i niesnaski. Józef został wybrany jednym z sędziów do rozstrzygania sporów, co świadczyło o zaufaniu i szacunku, jakim darzyli go współwięźniowie. Zachowane listy ukazują go jako człowieka wiary, troszczącego się o innych: „Wielu często mnie martwi swoją obojętnością w rzeczach wiary; pocieszam siebie tym, że sam byłem nie lepszym, bodaj nawet gorszym, nie tylko więc oni mnie tym nie odstręczają, ale nawet pociągają”. Śpieszył też zawsze z pomocą, dzieląc się z potrzebującymi wszystkim, co miał. W Usolu w czasie wolnym od pracy młody zesłaniec kształcił siebie i innych, studiował dzieła teologiczne przesyłane przez bliskich, organizował wykłady i dyskusje, uczył dzieci zesłańców. Nade wszystko jednak modlił się: „Oprócz modlitwy nic nie mam, co bym ofiarował Panu Bogu: uważać ją mogę za jedyny mój datek… Cierpieć i modlić się tylko mi zostaje. Większych jednak skarbów nie miałem nigdy i nie chcę więcej”. Przez towarzyszy uważany był niemal za świętego, o czym świadczy wezwanie włączone przez nich do modlitwy: „Przez modlitwy Kalinowskiego wysłuchaj nas, Panie”. Sam Józef widział, że te „sześć lat przebytych w istotnym grobie… ma także swój pewny urok: niemoc osobista wobec zewnętrznych okoliczności, ubezwładniając wolę, czyni ją poddaną Bogu w takiej zupełności, że każda chwila jest ciągłym polecaniem się Bożej Opatrzności”.
Z biegiem czasu warunki pobytu na zesłaniu ulegały poprawie. Ukaz amnestyjny zwalniał Józefa z najcięższych prac. Po sześciu latach katorgi pozwolono mu na zamieszkanie w Irkucku. Przez kolejne cztery utrzymywał się ucząc dzieci, a także współpracując z innym zesłańcem – Benedyktem Dybowskim, przyrodnikiem i badaczem Syberii. Dojrzewało w nim powołanie do stanu kapłańskiego, „najpiękniejszą książką” stał się dla niego brewiarz. Dzięki opiece, jaką otoczył osieroconego chłopca, zrozumiał „ile to trwogi i troskliwości kosztują dzieci rodziców, kiedy mnie obce dziecko tak obchodzi”. Problem wychowania młodzieży leżał mu bardzo na sercu, o czym pisał w listach: „niedawno przyszedłem do przekonania, że to, co mam w sobie dobrego, to głównie z domu wyniosłem, że istotnym skarbem jest dobre wychowanie”, i że błędem jest zbyt wczesne opuszczanie domu rodzinnego przez młodzież, która traci z nim więź i szuka pociechy „w niewłaściwych źródłach”. 
Dzięki zabiegom Józefa i jego rodziny udało mu się uzyskać zgodę na urlop w kraju, a następnie, w 1874 roku – umorzenie zesłania. Miał wtedy 39 lat i gorąco pragnął poświęcić się życiu zakonnemu.

WYCHOWAWCA
Nie wolno mu było powrócić na Litwę, zatrzymał się więc u swego brata Gabriela w Warszawie. Przed pójściem za głosem powołania wstrzymywało go pragnienie spłacenia długów, jakie zaciągnęła rodzina (sama znajdująca się w opłakanej sytuacji materialnej) na wspieranie go podczas zesłania. Doskonałą okazją do tego była propozycja zostania opiekunem szesnastoletniego Augusta Czartoryskiego, wnuka księcia Adama Czartoryskiego, który w paryskim Hotelu Lambert stworzył jeszcze po Powstaniu Listopadowym główne centrum polskiej emigracji. W ten sposób Józef Kalinowski miał trafić w najprzedniejsze kręgi europejskiej arystokracji. Nowy wychowawca został w Paryżu przyjęty serdecznie. Kolejne trzy lata mocno zbliżyły do siebie opiekuna i wychowanka. Józef Kalinowski odkrył w chorym na gruźlicę chłopcu dużą wrażliwość religijną i intuicyjnie podążył w wychowaniu tą drogą, która i jemu samemu była najbliższa. Choć ojciec pragnął z syna uczynić męża stanu, ostatecznie stało się inaczej. August Czartoryski kilka lat później wybrał życie zakonne u salezjanów, zmarł młodo w opinii świętości i został beatyfikowany. Tymczasem Józef Kalinowski po trzech latach pracy w charakterze wychowawcy, spłaciwszy rodzinne długi, mógł wreszcie zrealizować swoje pragnienie. Rozważał wstąpienie do różnych zakonów, ostatecznie zwrócił się w stronę duchowości karmelitańskiej.

W KARMELU
Po kasacie zakonów na ziemiach polskich, dokonanej przez zaborców, ostał się tylko jeden czynny klasztor męski karmelitanów – w Czernej, a i on skazany był na wymarcie – żyło w nim już tylko sześciu starych mnichów bez prawa przyjmowania kogokolwiek do nowicjatu. W tej sytuacji w krakowskim klasztorze karmelitanek siostry podjęły nieustającą krucjatę modlitewną o odpowiedniego człowieka, który by ocalił męski Karmel w Czernej. Ich modlitwy nie pozostały bez odpowiedzi. 
W lipcu 1877 roku Józef Kalinowski został przyjęty do nowicjatu w Grazu w Austrii, a w listopadzie otrzymał habit zakonny i imię Rafał od św. Józefa. Miał wówczas 42 lata. Po rocznej próbie został dopuszczony do ślubów i przeniesiony do Györ na Węgrzech, aby odbyć studia filozoficzne. Tam w 1881 roku złożył śluby wieczyste i został wysłany do Czernej pod Krakowem. O. Rafał, mianowany przeorem, skierował swe siły na podźwignięcie klasztoru. W krótkim czasie został wizytatorem klasztorów, spowiednikiem sióstr, założycielem i fundatorem nowych domów karmelitanek w Przemyślu i we Lwowie. W 1892 roku założył niższe seminarium duchowne w Wadowicach, a potem nowy klasztor, którego został przeorem. Słusznie widzi się w nim odnowiciela zakonu karmelitańskiego na ziemiach polskich. 
O. Rafał Kalinowski całego siebie oddał innym. Niezwykle ceniony był jako spowiednik i kierownik duchowy. Znał nędzę materialną i duchową, był świadom własnych słabości, co sprawiało, że dobrze rozumiał ludzi, a oni garnęli się do niego. Żył w opinii świętości,
a spotkani ludzie często przy nim klękali i prosili o błogosławieństwo. Mimo kruchego zdrowia swój 30-letni pobyt w Karmelu poświęcił ciężkiej pracy, służąc z oddaniem Bogu i ludziom. Pod koniec życia spisał swoje wspomnienia, zachowała się też jego obfita korespondencja. Zmarł 15 listopada 1907 roku w Wadowicach, a został pochowany w Czernej. Jan Paweł II beatyfikował go w Krakowie w 1983 i kanonizował w Rzymie w 1991 roku.

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 11 (267) 2015 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LISTOPADOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Listopadowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Wszystko mogę w Chrystusie”. Te słowa, nawiązujące do słów św. Pawła: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13), mogą być pomocą dla wielu z nas, zwłaszcza tych niepewnych siebie, poranionych przez życie, pełnych niepokoju i wątpliwości. W artykułach znajdziemy odpowiedź na pytanie jak rozumieć te słowa, jak wprowadzić je we własne życie. Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych. W Magazynie umieściliśmy tekst o niezwykłych losach odnowiciela Karmelu na ziemiach polskich, św. Rafale Kalinowskim. Jego życie świadczy o tym, że nigdy nie jest za późno na oddanie się Bogu a zawierzenie przynosi obfite owoce. Ponadto świadectwa Czytelników, w tym odpowiedź na naszą ankietę „Bóg żyje i działa”.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Wszystko mogę w Chrystusie .................................. 4
Pokonać górę strachu
Damy radę – w Chrystusie ......................................... 9
Wszystko, co dobre...
Droga do pokoju i wiary w siebie ............................. 15


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 listopada .................................................. 20


MAGAZYN

Owoce zawierzenia Bożej Opatrzności Św. Rafał Kalinowski – Anna Kamińska .................. 47
Świętość całkiem blisko Życie wiary mojego psychicznie chorego syna – Stanley D. Truskie .................................................... 54
Świadectwo wiary mojej Mamy – Elżbieta Antkowiak....................................................... 58
Miłosierdzie Boże i wstawiennictwo Maryi nie zna granic – odpowiedź na ankietę „Bóg żyje i działaˮ ............... 60
Nasza ankieta ........................................................... 62
Krzyżówka ................................................................ 63
Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

Któregoś dnia byłem w szkółce dla psów. Przyglądałem się treningowi dwóch psów tej samej rasy. Jeden z nich nie bał się niczego. Robił wszystko – przebiegał trasę z przeszkodami, przeskakiwał mały staw, czołgał się pod płotem – tylko po to, by zasłużyć na pochwałę, pogłaskanie po łbie i nagrodę od trenerki.
Drugi pies, przeciwnie. Nie był w stanie wykonać żadnego z jej poleceń. Po prostu siedział na ziemi i się nie ruszał. Widziałem, że brakuje mu pewności siebie. Zapytałem o to trenerkę, a ona odpowiedziała: „Ten pies został zraniony. Poprzedni właściciel znęcał się nad nim i to pozostawiło w nim głęboki ślad. Myślę jednak, że będzie w stanie przezwyciężyć te zranienia dzięki treningowi, rehabilitacji i miłości”.
Niektórzy z nas uważają, że mogą zrobić wszystko sami z siebie. Tak jak tego pierwszego psa przepełnia ich odwaga i pewność siebie. Inni, przeciwnie, tracą pewność i wiarę w swoje możliwości, kiedy tylko stają wobec jakiegoś wyzwania. Tak jak ten drugi pies nawet nie próbują się z nim zmierzyć.
Św. Paweł napisał: „Wszystko mogę w Tym [Chrystusie], który mnie umacnia” (Flp 4,13). Gdyby żył dziś, zapewne wezwałby tych z pierwszej grupy do pokory i uznania, że wszystkie nasze talenty i dary pochodzą od Boga. Natomiast tym z drugiej grupy powiedziałby, że dadzą radę pokonywać przeszkody i odnosić zwycięstwa dzięki łasce i mocy Pana.
Co to znaczy robić wszystko w Chrystusie? Początek leży w naszej więzi z Jezusem. Zaczyna się, kiedy rozmawiamy z Nim i słuchamy Jego głosu. Dzięki temu zostajemy napełnieni Jego łaską i pokojem. Potem Boża łaska zmienia nas i kształtuje. Pobudza, byśmy skupiali umysły na tym, „co prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie” ( Flp 4,8). Zmiany te prowadzą nas do pogłębienia modlitwy, a to z kolei sprawia, że jeszcze bardziej koncentrujemy się na Panu – i w ten sposób nieustannie wzrastamy w wierze.
Wzrastając w wierze, człowiek pewny siebie staje się bardziej pokorny, ponieważ rozumie, że Tym, który daje mu odwagę i siłę, jest Chrystus. Natomiast ten wycofany, niepewny swoich możliwości, dzięki wzrostowi w wierze jest gotów podejmować nowe wyzwania, gdyż wie już, że Chrystus pomoże mu im sprostać.
Zatem niezależnie od tego, czy jesteś z natury człowiekiem odważnym i pewnym siebie, czy też brakuje ci wiary we własne możliwości, pozwól Duchowi Świętemu działać w tobie. Podejmij kroki, zarówno w modlitwie, jak i w swoim codziennym życiu, które dadzą ci pewność, że wszystko możesz w Chrystusie. Niech Bóg błogosławi nam ufnością i wiarą!

Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY:

Art.1
WSZYSTKO MOGĘ W CHRYSTUSIE
Jaką jesteś osobą? Człowiekiem czynu? Pewnym siebie, przekonanym, że wszystko, co zamierzysz, możesz osiągnąć? Czy też kimś wiecznie zamartwiającym się, kto zawsze koncentruje się na swoich brakach? Niektórzy z nas myślą, że mogą zrobić niemal wszystko. Inni uważają, że nie potrafią zrobić prawie nic. Niektórzy prą naprzód, niewiele myśląc o konsekwencjach, podczas gdy pozostali są tak zatrwożeni, iż zdają się nie móc wykrzesać odrobiny pewności siebie.
W tym numerze „Słowa wśród nas” skupimy się na rozważaniu jednego z najbardziej obiecujących fragmentów Nowego Testamentu: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13), odnosząc go do tych, którzy sądzą, że „mogą”, oraz do tych, którzy uważają, że „nie mogą”. Urywek ten zachęca tych, którzy sądzą, że „mogą”, aby zbadali źródło swojej pewności siebie. Jednocześnie wzywa tych, którzy uważają, że „nie mogą”, by pozbyli się swoich obaw i wątpliwości i zaczęli działać w Chrystusie.

„MOGĘ”
Św. Paweł działał. Głosił. Zakładał wspólnoty chrześcijańskie w Azji Mniejszej i Europie. Pisał długie, pełne głębi listy. Zwalczał jednego po drugim przeciwników wiary. Ani zajadłe groźby, ani noce w więzieniu, ani kamienowanie czy ciężkie pobicie nie zdołały pohamować siły przebicia i energii tego człowieka. Widać wyraźnie – to był mężczyzna pewny siebie! Jednak robiąc to wszystko, uznał, że wszelkie jego dokonania i cała pewność siebie są jak „śmieci” (Flp 3,8). Poszedł nawet jeszcze dalej, mówiąc, że: „we mnie… nie mieszka dobro” (Rz 7,18).
Czy to nie brzmi jak zaprzeczenie sobie? Czyż Paweł nie używał swojej wiedzy i umiejętności, by napisać te wszystkie pełne mocy listy? Czyż nie czerpał ze swojego rabinicznego wykształcenia, kiedy formułował swoją teologię? Czyż nie potrzebował mnóstwa pewności siebie, aby głosić Ewangelię z taką śmiałością?
Tu wcale nie ma sprzeczności. Paweł wiedział, że jest szafarzem Bożej łaski i darów (1 Kor 4,1). Rozumiał, że mógł się urodzić gdzieś indziej niż w Tarsie, pochodzić z rodziny bez powiązań z Jerozolimą i bez perspektyw na dalszą edukację. Wiedział, że wszystko, co posiada – rozum, zdrowie, błyskotliwość – pochodzi od Boga. To dlatego mógł osiągnąć tak wiele, a mimo to nie przypisywać sobie za to zasługi.
Jeśli widzisz, że oczekujesz uznania, pieniędzy czy innego rodzaju nagrody za dobrze wykonane zadanie, to warto sprawdzić, czy działasz w Chrystusie, czy też w sobie. Nie chodzi o to, że Jezus sprzeciwia się uznaniu czy wynagrodzeniu, także materialnemu. Chodzi o to, że kiedy tego rodzaju cele stają się twoją główną czy jedyną motywacją, rodzi się bardzo poważne pytanie: Komu przypadnie za to chwała?
Pragnienie uznania i zapłaty jest dobre, dopóki nie przysłania Pana. Właśnie dlatego Paweł używał przesadnych określeń, takich jak „śmieci” czy „we mnie nie mieszka dobro”, mimo pełnej świadomości tego, że jest utalentowany i czyni wiele dobra. Być może te mocne słowa na swój temat pomagały mu w zachowaniu właściwej perspektywy.
Gdybyśmy myśleli tylko o tym, że możemy wszystko, lecz nie uznali, iż potrzebujemy mocy Chrystusa, to doszlibyśmy do wniosku, że nasze dokonania są tylko nasze. A to jedynie karmiłoby naszą miłość własną, która oddziela nas od innych ludzi i zamyka na miłość Boga.

▌ „NIE MOGĘ”
Przeciwności są częścią naszego życia. Stajemy wobec nich każdego dnia. Niektórzy rozkwitają, mierząc się z tru-
dnymi sytuacjami i przezwyciężając je. Dla wielu jednak wygląda to zupełnie inaczej. W obliczu trudności tracą pewność siebie. Niektórzy nawet czują się pokonani, zanim cokolwiek zaczną. Cichy głosik w nich mówi: „Nie mogę. Po prostu nie potrafię. Chciałbym móc, ale nie mogę”.
W pewnym opowiadaniu dla dzieci niebieska lokomotywa miała przewieźć duży ładunek zabawek na wysoką, stromą górę. Udało się jej pokonać tę ogromną przeszkodę dzięki temu, że raz po raz powtarzała sobie: „Dam radę! Dam radę!”. Czy nie byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli w taki sam sposób przezwyciężać wszystkie przeciwności? Jednak nie zawsze jest aż tak łatwo. Niektórych z nas wcześniejsze porażki przekonały, że nie możemy, nie damy rady. Mówimy samym sobie, że się do niczego nie nadajemy. Rezygnujemy z podjęcia ryzyka ze strachu, że nam się nie uda. Wolimy nie stawiać czoła wyzwaniu.
Pismo Święte przytacza historię człowieka, który dał jednemu ze swoich służących sumę pieniędzy odpowiadającą około trzymiesięcznym zarobkom. Zamiast ją zainwestować, ryzykując jej utratę, służący postanowił ukryć całą kwotę. Usłyszawszy, co się stało, pan rozgniewał się. Odebrał pieniądze temu słudze i dał je drugiemu, który wcześniej pomnożył to, co otrzymał (Łk 19,11-26).
Ta przypowieść przynosi pewne ważne przemyślenia. Jeśli uważasz, że „nie możesz”, i potem tak jest rzeczywiście, to wcześniej czy później stracisz nawet to małe „mogę”, które masz. Jeśli natomiast myślisz, że „możesz” – choćby z pewną dozą wątpliwości – i zaczniesz, i spróbujesz to zrobić, to Bóg będzie bardziej zadowolony, nawet jeśli ci się nie uda, niż gdybyś w ogóle nie spróbował. Ponadto zdobędziesz doświadczenie i w przyszłości będziesz zdolny zrobić więcej!
Gdy głos „nie mogę” odzywa się i usiłuje cię przekonać, że nie potrafisz tego zrobić, odpowiedz słowami: „Wiem, że w Chrystusie mogę”. To coś dużo więcej niż motywowanie samego siebie. To wyznanie wiary zakorzenionej w obietnicach Ewangelii. wyrażenie ufności, że potrafimy zrobić to, o co prosi nas Bóg, ponieważ Jezus daje nam swoją Boską moc.

▌ STAĆ NA WŁAŚCIWYM
FUNDAMENCIE
Przez kilka następnych dni postaraj się przeznaczyć nieco czasu modlitwy na przebadanie swoich motywacji. Jeżeli masz skłonność do pewności siebie, spróbuj zadać sobie pytanie: „Czy to ja jestem punktem centralnym mojego życia, czy jest nim Pan?”. Poproś Jezusa o dar pokory, byś mógł – na podobieństwo św. Pawła – niestrudzenie pracować i robić wspaniałe rzeczy dla Boga, jednak ze świadomością, iż twoje talenty i zdolności są darami od Boga, powierzonymi ci, abyś mógł oddawać Mu chwałę. Staraj się więc zaczynać dzień od modlitwy, mówiąc Jezusowi, że chcesz robić wszystko dla Niego, ponieważ On dał ci tak wiele.
Ci, którzy mają tendencję do wątpliwości albo strachu, niech zapytają samych siebie: „Jak często myślę, że nie potrafię podjąć wyzwania – że jest za trudne? Jak często mówię sobie: «Nie jestem wart; nie potrafię pokonać tego lęku, urazy czy poczucia winy»?”. Jeśli to twój przypadek, pora odrzucić te głosy potępienia i zniechęcenia. Spróbuj rozpoczynać dzień modlitwą, mówiąc: „Nie jestem beznadziejny i bezradny. Mam wiele darów i talentów. Wszystko mogę zrobić w Chrystusie, który mnie umacnia!”.
Jezus powiedział kiedyś, że wiara może przenosić góry. Pamiętając o tym, spróbujmy patrzeć na „góry”, przed którymi co dzień stajemy, i mówić: „W Chrystusie potrafię wypełnić moje obowiązki, rozwiązać moje problemy i pokonać przeciwności, które są przede mną”.

▌ ZAWSZE SIĘ RADUJCIE
– W CHRYSTUSIE
W każdym czasie i miejscu chrześcijanie doświadczają, co to znaczy móc robić wszystko „w Chrystusie”. Podobnie jak umiał to św. Paweł, uczą się akceptować to, co mają, i każdą sytuację, w jakiej się znajdą (Flp 4,12). Uczą się, jak radzić sobie z życiowymi wzlotami i upadkami. Uczą się, że umiejętność stawiania czoła wyzwaniom nie pochodzi z tego, co oni mogą, ale z tego, co Jezus może czynić z nimi, w nich i przez nich.
Jezus ma cudowny plan dla życia każdego z nas. Ponieważ jednak na tym świecie istnieją pokusy, grzech i złe duchy, Jezus wie, że oprócz czasu radości będziemy doświadczać okresów smutku i trudności. Mimo to chce, żebyśmy „zawsze się radowali” (por. Flp 4,4), zarówno w dobrych, jak i w złych czasach. Pragnie, abyśmy się cieszyli, że możemy doświadczać w sobie Bożego pokoju, bez względu na to, co się wydarza.
Kiedy przeżywasz chwile szczęśliwe, usiądź i ciesz się nimi. Smakuj je. A gdy nadchodzi czas trudny, pamiętaj o tym, że Jezus również cierpiał. A skoro sam cierpiał, to wie dobrze, co przeżywamy. Współczuje nam, cierpi wraz z nami i zawsze jest blisko, gotów nas pocieszać i dodawać nam sił.
To wspaniała obietnica chrześcijańskiego życia. Jeśli przyjmiemy modlitwę św. Pawła za swoją własną – że możemy wszystko w Chrystusie, który nas umacnia – będziemy żeglować nawet po najbardziej wzburzonych wodach życia dużo spokojniej i z większym powodzeniem, ponieważ Jezus jest z na-
mi, pomagając nam robić to, czego nigdy nie dokonalibyśmy własnymi siłami. ▐

Art. 2
POKONAĆ GÓRĘ STRACHU
DAMY RADĘ - W CHRYSTUSIE

W czerwcu 1924 roku, w wieku trzydziestu ośmiu lat, zmarł George Mallory – jeden z największych brytyjskich wspinaczy wysokogórskich. Po dwóch wcześniejszych nieudanych próbach usiłował raz jeszcze zdobyć szczyt Mount Everestu i zaginął. Dopiero w 1999 roku jego zamarznięte ciało odkryła inna wyprawa – zaledwie sześćset metrów od szczytu.
Jakiś czas po zaginięciu Mallory’e- go przyjaciele zorganizowali w Anglii bankiet na jego cześć. Obecni byli niektórzy uczestnicy tamtej nieszczęśliwej wyprawy – ci, którzy przeżyli. Pod koniec bankietu jeden z ocalałych członków zespołu wstał i zaczął oglądać rozwieszone na ścianach zdjęcia Mallory’ego i kolegów. Potem, ze łzami w oczach, spojrzał na ogromne zdjęcie Mount Everestu wiszące za stołem bankietowym. „Mount Everest – powiedział – pokonałeś nas raz, pokonałeś drugi i trzeci raz, ale pewnego dnia my pokonamy ciebie, ponieważ ty już nie możesz stać się większy, a my możemy!”
Dla wielu z nas strach jest takim Mount Everestem naszego życia. Podobnie jak ta wyniosła góra, przygniata i paraliżuje nas, przekonując, że nagroda nie jest warta ryzyka.
Oczywiście wszyscy w takiej czy innej formie doświadczamy strachu. Zachodzi jednak różnica między zwykłymi obawami, które są normalną częścią życia na tym świecie, a skrajnymi lękami, które mogą nas krępować przez całe lata. Jeśli znajdujesz się w tej „skrajnej” kategorii – cierpiąc z powodu nieracjonalnego lęku przed ciemnością, przed spotykaniem ludzi, przed porażką, przed czymkolwiek, co cię przeraża – powiedz sobie: „Wszystko mogę w Chrystusie, który mnie umacnia”.

STRACH: DAR CZY UTRAPIENIE?
W rzeczywistości strach może być bardzo użytecznym darem od Pana. To strach ostrzega, żeby być ostrożnym, żeby rozważyć bieżące zagrożenia, podjąć odpowiednie środki ochrony samego siebie. Strach może działać jako obrona przed nieznanym i odgrywać ważną rolę w uczeniu nas przezorności i mądrości.
Problem pojawia się wtedy, gdy pozwalamy, by obawy kierowały nami w przesadny i nierozsądny sposób. Kiedy tak się dzieje, strach staje się czynnikiem kontrolującym w naszym życiu – filtrem, przez który musi przejść każda myśl i emocja.
Co powoduje, że dar strachu wymyka nam się z rąk i odgrywa tak dominującą rolę w naszym życiu? Na to pytanie można odpowiedzieć w bardzo różny sposób, jednak najistotniejszym czynnikiem są nasze własne wspomnienia. Pomyśl o tych wszystkich bolesnych czy traumatycznych wydarzeniach przechowywanych w twojej pamięci. A teraz wyobraź sobie, jak by to było, gdyby tylko jedno z tych wspomnień – i strach, który ono wywołuje – pozostawało na pierwszym planie w twoim umyśle, nawiedzając i nękając cię przez cały czas. Wyobraź sobie, jak by to było, gdybyś nie mógł cieszyć się życiem z powodu nieustannej obawy przed ponownym przeżywaniem bólu z przeszłości. Wyobraź sobie, jak by to było, gdybyś nie miał śmiałości, by podjąć jakiekolwiek nowe przedsięwzięcie z lęku przed powtórzeniem tej samej porażki, która cię kiedyś tak dotkliwie zraniła.
Nic dziwnego, że List do Hebrajczyków przedstawia diabła jako trzymającego ludzi w niewoli strachu, a zwłaszcza – strachu przed śmiercią (Hbr 2,14-15). Jedną z najczęstszych i najbardziej przebiegłych strategii szatana jest żerowanie na naszych wspomnieniach. Przepada on za oskarżaniem nas, za wydobywaniem wszelkich negatywnych aspektów naszego życia – po to, by nas sparaliżować i zniechęcić do podjęcia działań. Wydaje się, że spośród wszystkich środków ze swego arsenału szatan najczęściej i najskuteczniej wykorzystuje właśnie strach.

ŚWIADECTWO: TOM I HELENA
Pewien lekarz o imieniu Tom i jego żona Helena przez ponad rok zmagali się z narastającymi konfliktami i niechęcią wobec siebie nawzajem. Sprawy przybrały tak zły obrót, że Helena postanowiła opuścić Toma i trójkę ich dzieci dla innego mężczyzny, z którym spotykała się potajemnie od jakiegoś czasu. Tom pozostał z ogromnym poczuciem winy; czuł, że brak czasu dla rodziny, spowodowany zbytnim zaangażowaniem w pracę zawodową, był powodem, dla którego Helena porzuciła jego i dzieci.
Był zdruzgotany, a na dodatek uświadomił sobie, że nie ma do kogo się zwrócić. Większość osób z jego parafii zaczęła go po cichu unikać. Znajomi plotkowali o nim za jego plecami. Nawet członkowie rodziny trzymali się na dystans. Zamiast udzielić wsparcia jemu i jego dzieciom, wydawało się, że wszyscy są gotowi tylko go potępiać jako życiowego nieudacznika.
Lekarz, który poświęcił się pomaganiu ludziom, teraz sam czuł się niechciany i ignorowany. „Jak mam wychować moje trzy dziewczynki, skoro nawet nie potrafiłem utrzymać w całości mojego małżeństwa? Jak pacjenci mogą mi jeszcze ufać?” – zastanawiał się. Każdego wieczoru kładł się do łóżka z poczuciem porażki, winy i lęku o przyszłość swojej rodziny.
Historia ta jednak tu się nie kończy. Po trzech miesiącach udręki uznał, że nie może dalej tak żyć. Bał się, że zniszczy swoją praktykę lekarską, zrazi do siebie córki i zrujnuje swoje życie, jeżeli czegoś nie zmieni.
Widząc, jak stan Toma coraz bardziej się pogarsza, kolega ze szpitala zachęcił go, żeby przeczytał, i to niejeden raz, czwarty rozdział Listu św. Pawła do Filipian. Kiedy Tom doszedł do zdania: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, dostrzegł promyk nadziei, której nie doświadczał już od długiego czasu. Pierwszy raz od wielu miesięcy zaczął wierzyć, że jest jakieś światełko na końcu tunelu. Od tej pory każdego dnia modlił się tymi słowami.
W dzienniku modlitewnym jeden z wpisów Toma brzmi tak, jakby Jezus mówił do niego: „Tom, możesz się cieszyć we Mnie. Nie musisz niepokoić się o wychowanie swoich dzieci. Nie bój się. Ja jestem z tobą. Proś Mnie o pomoc. Zaufaj, że mój pokój strzeże życia twojego i twoich dzieci. Po prostu staraj się robić to, co szlachetne i godne uznania we wszystkich sprawach. Pozwól mi wykonać w tobie to dzieło, które zamierzyłem”.
Kiedy Tom rozważał ten krótki urywek z Biblii, stopniowo zaczynał odzyskiwać pewność siebie. Zobaczył, że może iść naprzód i wychować swoje córki na mądre, uczciwe, dobrze przygotowane do życia kobiety. Jego strach, przygnębienie i poczucie winy słabły, a jego dom stawał się na nowo miejscem błogosławieństwa. Jedna z córek w prezencie urodzinowym wyhaftowała mu serwetkę z tą śmiałą proklamacją św. Pawła.
Z czasem słowa Wszystko mogę… doprowadziły Toma do proszenia Boga o pomoc w przebaczeniu Helenie
i o uwolnienie nagromadzonego gniewu i żalu wobec niej. Obecnie, po dziesięciu latach, dzieci Toma są już dorosłe, jego praktyka lekarska nadal rozkwita, a co najważniejsze, w jego sercu gości pokój.

„JESTEM Z TOBĄ”
To, co Bóg uczynił dla Toma, może uczynić dla każdego z nas. Prawdą jest, że my możemy zrobić wszystko – nawet przezwyciężyć największy strach – w Chrystusie, ponieważ On jest z nami, by pomagać nam w robieniu rzeczy, których nie bylibyśmy w stanie zrobić sami. Oczywiście, czasem możemy ponieść porażkę. Oczywiście, niekiedy może nas opanować strach. Oczywiście, szatan może w niektórych sytuacjach zdobyć przewagę. Jednak zawsze możemy z powrotem wstać i spróbować raz jeszcze, ponieważ Jezus jest z nami, pomagając nam i wzmacniając naszą wiarę.
Bóg chce nas nauczyć mówienia: „Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza” (Ps 23,4). Pragnie nas nauczyć, byśmy wyznawali: „Pan światłem i zbawieniem moim: kogóż mam się lękać? Pan obroną mojego życia: przed kim mam się trwożyć?” (Ps 27,1). Chce także nauczyć nas mówić: „Nie lękam się tysięcy strachów, choć przeciw mnie się ustawiają” (por. Ps 3,7). Szatan, przeciwnie, ma zupełnie inny zamysł. Chce nas paraliżować lękiem i niepokojem, tak byśmy trzymali się z dala od Pana.
Jeżeli jest jakaś dziedzina twojego życia, w której strach trzyma cię w niewoli, może właśnie teraz przyszła pora, by się z tym zmierzyć. Na stronie 12. zamieszczamy propozycję prostego sposobu, który pomoże ci przezwyciężać lęki i otwierać się na uzdrawiającą moc Boga. Z nadzieją i z ufnością proś Ducha Świętego, aby zburzył każdą twierdzę, jaką lęk zbudował w twoim życiu. Z taką pewnością, jaka pobudzała św. Pawła, idź naprzód i zwyciężaj górę strachu. Jezus ma cały ekwipunek, jakiego potrzebujesz, i jest gotów wspinać się razem z tobą – przez całą drogę aż na sam szczyt. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Niedziela, 1 listopada
Wszystkich Świętych
Ap 7,2-4.9-14
Zbawienie u Boga naszego. (Ap 7,10)


Dzisiaj czcimy wszystkich świętych, którzy stanowią dla nas i dla całego Kościoła wielkie „mnóstwo świad-
ków” (Hbr 12,1). Chyba nie zastanawiamy się nad tym zbyt często, ale właśnie teraz miliony świętych mężczyzn i kobiet, którzy są w niebie, modlą się za nas i dopingują nas. Możliwe, że mówią do każdego z nas: „Nie poddawaj się! Pozostań blisko Jezusa! Naprawdę warto!”.
Ci święci to przeważnie ludzie tacy jak my – tyle tylko, że znajdują się już w niebie. Ich życie na ziemi było takie jak nasze – mieli podobne pragnienia, wątpliwości i zmagania w naśladowaniu Jezusa. Jesteś żoną, matką, nauczycielem? W takim razie warto, byś dowiedział się, jak radziła sobie św. Elżbieta Anna Seton. Modlisz się w intencji członków rodziny, którzy odeszli od wiary? Proś św. Monikę, żeby też się za nimi wstawiała. Zmagasz się, dzieląc czas między modlitwę, pracę i odpoczynek? Pozwól, by pomógł ci św. Benedykt.
Dzisiejsza uroczystość przypomina nam, że święci w niebie to nie tylko ci, których znają wszyscy, jak Matka Teresa, Franciszek z Asyżu czy Antoni z Padwy. Ale także nasi zmarli rodzice, dziadkowie, starzy przyjaciele i dawni duszpasterze. Ci, którzy byli nam najbliżsi za życia, nadal są nam bliscy duchem – to jakby nasza niebiańska grupa wsparcia! Patrzą na nas z miłością i troską, i pragną widzieć, jak wzrastamy ku pełni miłości Chrystusa.
Czyż Boży plan nie jest cudowny? Stwórca całego wszechświata obdarował nas wszystkich życiem. Dał nam rodziny i przyjaciół, rozmaite dary i talenty, których możemy używać, by Go wysławiać. A kiedy odwróciliśmy się od Niego przez grzech, posłał do nas swojego Syna, aby nas zbawił. Nieustannie obdarza nas swoją łaską i umacnia przez sakramenty, ponieważ pragnie, abyśmy żyli z Nim w niebie – na zawsze!
„Dziękuję Ci, Boże, za tych wszystkich świętych, którzy modlą się za mnie i pomagają mi każdego dnia. Wysławiam Cię, Panie, i uwielbiam, bo przygotowałeś mi w niebie miejsce, gdzie będę mógł wychwalać Cię przez całą wieczność.”
Ps 24,1-6
1 J 3,1-3
Mt 5,1-12a


Poniedziałek, 2 listopada
Wszystkich wiernych zmarłych
Ps 27,1.4.7-9.13-14


Wierzę, iż będę oglądał dobra Pańskie w ziemi żyjących. (Ps 27,13)
W tym dniu modlitwy za tych, którzy nas poprzedzili w drodze do domu Ojca, zastanawiamy się nad biegiem życia ziemskiego – naszego i naszych bliskich. Często jest w nim tyle nieoczekiwanych zwrotów, że zaczynamy myśleć o nim jak o serii zupełnie przypadkowych wydarzeń. Wiara jednak przypomina nam, że życie nie kończy się tutaj i warto patrzeć na to, co się dzieje,
w perspektywie wieczności. To, co czasem nazywamy zbiegiem okoliczności, może się okazać sposobnością dla Boga, by zwrócić nam uwagę na to, co zwykle pozostaje niewidoczne dla naszych oczu.
Jezus, nasz Zbawiciel, towarzyszy nam na każdym kroku tej drogi. Jest we wszystkim, w każdym wydarzeniu. Prowadzi nas coraz bliżej do siebie i Ojca. Nigdy nie mówił, że ta droga będzie łatwa – raczej uprzedzał, że jest ona wąska i stroma. Ma nas przecież przygotować do spotkania z Bogiem, do pełnego zjednoczenia z Nim. Warto iść tą drogą, bez względu na spotykające nas trudności, gdyż Jezus jest z nami. Obiecał, że nigdy nas nie zostawi samych, że pozostanie z nami „aż do skończenia świata” (Mt 28,20).
Odszedł do nieba, żeby przygotować nam miejsce, ponieważ pragnie, żebyśmy byli tam, gdzie On. Zapewniał też, że w domu Jego Ojca nie zabraknie dla nas miejsca, gdyż jest tam „mieszkań wiele” (J 14,2).
Niebo jest krainą żyjących, do której zostaliśmy zaproszeni. Sam Bóg pragnie, byśmy tam dotarli. I chociaż na naszej ziemskiej drodze co krok spotykają nas niespodzianki – jedne miłe, inne trudne czy nawet bolesne – to Jezus cały czas obdarza nas hojnie swoją łaską i błogosławieństwem, byśmy mieli siłę iść. On nigdy nie zawodzi i zawsze dotrzymuje obietnic. Możemy z ufnością wędrować, choćby „przez ciemną dolinę” (Ps 23,4), pewni Jego obecności i pomocy, aż dojdziemy tam, gdzie zobaczymy Boga twarzą w twarz, i gdzie czekać będą na nas nasi bliscy wraz ze wszystkimi wiernymi, którzy opuścili ziemię przed nami.
„Dziękuję Ci, Panie, za Twoją wierność! Jezu, ufam, że przyprowadzisz mnie do domu, bym był na zawsze
z Tobą.”
Hi 19,1.23-27a
1 Kor 15,20-24a.25-28
Łk 23,44-46.50.52-53; 24,1-6a

 

Niedziela, 8 listopada
Hbr 9,24-28


Chrystus… drugi raz ukaże się… dla zbawienia tych, którzy Go oczekują. (Hbr 9,28)
Listopad to ostatni miesiąc roku kościelnego, czas, kiedy zastanawiamy się nad powtórnym przyjściem Jezusa, nad śmiercią i życiem, które ma nadejść. W swoim pierwszym przyjściu Jezus pojawił się na świecie pokornie, jako dziecko. Jego powrót będzie zupełnie inny. Przyjdzie w chwale jako Sędzia i Władca całego stworzenia.
Prorocy Starego Testamentu przepowiadali „nowe niebo i nową ziemię”. Izajasz prorokował, że kiedy Mesjasz przyjdzie w chwale, cała ziemia stanie się nowa. Nie będzie więcej wojen ani między ludźmi, ani między narodami. Zło zostanie zniszczone. „Wilk zamieszka wraz z barankiem” (Iz 11,6), zakróluje pokój.
W Nowym Testamencie w Księdze Apokalipsy św. Jana mamy jeszcze bogatszy zestaw obrazów. Św. Jan pisze: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową… i Miasto Święte” (Ap 21,1.2). Widział miejsce, gdzie Bóg „otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu” (Ap 21,4). Czyż ten opis nie budzi w nas tęsknoty za nadejściem tego królestwa!? 
Zamiast odsuwać od siebie wszelkie myśli o śmierci i umieraniu, sięgajmy do takich fragmentów Pisma Świętego. Przyjmujmy z radością myśl o tym, że pewnego dnia będziemy z Jezusem i z utęsknieniem wyczekujmy Jego przyjścia. Zawsze pozostanie pewien element obawy na myśl o śmierci i nigdy nasz lęk przed nieznanym całkowicie nie ustąpi. Jednak strach nie musi nas zniewalać, ponieważ czcimy Boga, który jest wierny i miłosierny.
Pismo Święte zawiera taką obietnicę: „Jeżeli więc ustami swymi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie” (Rz 10,9). A to jest „darem Boga”
(Ef 2,8). Przyjmijmy wszyscy ten dar i wyczekujmy na nasz niebiański dom!
„Jezu, wierzę w Ciebie! Napełnij moje serce tęsknotą za niebem”.
1 Krl 17,10-16
Ps 146,6-10
Mk 12,38-44

 

Niedziela, 15 listopada
Mk 13,24-32


Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach, z wielką mocą i chwałą. (Mk 13,26)
Większość z nas lubi mieć kontrolę nad swoim życiem. Staramy się robić to, co sprzyja szczęściu, bezpieczeństwu, pokojowi, a jednocześnie unikać problemów, zagrożeń i cierpienia. Skupiając się nad zapewnieniem sobie pomyślności na tym świecie, zwykle niewiele uwagi poświęcamy myśleniu o drugim przyjściu Jezusa czy o przyszłym życiu w niebie.
Warto trudzić się nad tym, by poprawić siebie i świat wokół nas. Pismo Święte wzywa, byśmy „zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (Rdz 1,28). Bóg zaprasza nas, żebyśmy używali darów rozumu, wyobraźni i kreatywności, aby czynić ten świat coraz lepszym miejscem. Jednak wielu świętych – którzy służyli pomocą innym w ich codziennym życiu – jednocześnie pragnęło gorąco być z Jezusem na zawsze w niebie. Podobnie jak św. Paweł, który mówił: „Pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele – to bardziej dla was konieczne” (Flp 1,23).
Czy możesz sobie wyobrazić miejsce, gdzie wszystkie nasze problemy – choroby, cierpienie, śmierć, urazy, podziały, wojny, bieda, przestępstwa, zabójstwa – zostaną na zawsze pokonane? Miejsce, gdzie ludzie kochają się nawzajem zawsze, codziennie? Miejsce, gdzie każda więź jest idealna? To ta właśnie wizja oczarowała świętych i napełniła ich tęsknotą za niebem. Wizja ta popchnęła ich również do tego, aby dzielić się z innymi dobrą nowiną o niebie.
Zatem kiedy zbliżamy się do końca kolejnego roku kościelnego, poświęćmy trochę czasu na to, by wyobrazić sobie, jak piękne jest niebo. Jesteśmy na etapie pielgrzymowania do nieba. Im więcej o tym myślimy i działamy w tym duchu, tym bardziej zachęcamy innych ludzi – dzięki naszej miłości i służbie – by przyłączyli się do nas w drodze.
„Jezu, daj mi przebłysk chwały nieba. Panie, chcę być z Tobą na zawsze!”
Dn 12,1-3
Ps 16,5.8-11
Hbr 10,11-14.18

 

Niedziela, 22 listopada
Jezusa Chrystusa,
Króla wszechświata
Ap 1,5-8


Łaska wam i pokój… od Jezusa Chrystusa, Świadka Wiernego, Pierworodnego umarłych i Władcy królów ziemi. (Ap 1,4.5)
Św. Jan maluje bardzo piękny obraz Chrystusa Króla, którego uroczystość dziś obchodzimy. Jest On Pierworodnym, Wiernym, Władcą, który „uczynił nas królestwem” (Ap 1,6). Czytając ten fragment, może nam się wydawać, że Jezus jako Król zasiada na swoim tronie w chwale, a my cieszymy się życiem w Jego królestwie. 
Ale niezupełnie tak jest, prawda? Doświadczamy tego, że nadal na świecie istnieje cierpienie, szerzy się zło i grzech. Więcej, wiemy, że pokusa i grzech są ciągle obecne w naszym własnym życiu! To wszystko wydaje się sprzecznością.
Ale nie jest. Chociaż bowiem Jezus jest naprawdę Królem królów i Panem panów, to jeszcze nie powrócił w chwale, aby wziąć w posiadanie swoje królestwo. A to oznacza, że Jego wróg, diabeł, wciąż pozostaje tutaj, wciągając nas w walkę ze swoimi kłamstwami i pokusami. Wie on dobrze, że jeżeli zdoła wypełnić nasze umysły wątpliwościami, zamartwianiem się i myślami skupionymi na sobie samych, to staniemy się obojętni na Boga, głusi na obecność Ducha Świętego, i będziemy żyć wyłącznie dla samych siebie.
Właśnie dlatego Eucharystia jest tak ważna. W czasie Mszy świętej upamiętniamy i świętujemy moc zmartwychwstania Jezusa. Więcej jeszcze – przyjmujemy Jezusa pod postaciami chleba i wina, karmimy się Jego słowem, a On przychodzi ze swoją łaską, aby nas umocnić do walki ze złem. 
Kiedy więc przyjdziesz dziś na Mszę świętą, zrób to z otwartym sercem. Przyjdź przed twojego Króla i pozwól, by napełnił swoją obecnością twoje serce i umysł. Przyjdź i wyznaj, że życie w Jego łasce jest jedyną drogą, na której możesz wygrać tę walkę. Polegaj na Nim, ufaj Mu i wzywaj Go, a On przyjdzie, by cię obronić przed zakusami Złego.
„Chwała Ci, Jezu, Królu! Jesteś moim pocieszeniem w nieszczęściu
i moją siłą w walce!”
Dn 7,13-14
Ps 93,1-2.5
J 18,33b-37

 

Niedziela, 29 listopada
Łk 21,25-28.34-36


Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. (Łk 21,27)
Rozpoczynamy dziś okres Adwentu – radosnego, pełnego nadziei oczekiwania na przyjście Jezusa. 
Przyjście, a może przychodzenie Chrystusa, następuje w potrójny sposób. Czekamy na pamiątkę Jego narodzin na ziemi – święta Bożego Narodzenia, które będziemy obchodzić już za cztery tygodnie. Dzięki temu wydarzeniu Jezus staje się Emmanuelem, „Bogiem z nami”, dzieli nasz człowieczy los, doświadcza tego wszystkiego, co my. 
Wiemy też, że Chrystus powróci kiedyś na ziemię w chwale i majestacie, aby w pełni zapanowało królestwo Boże. To zapowiada dzisiejszy fragment Ewangelii. Przypomina o znakach, jakie będą temu towarzyszyć, o potrzebie czujności, byśmy byli przygotowani na spotkanie Pana.
Jednak spotkanie z Chrystusem może mieć miejsce w każdej chwili – dla każdego z nas w innym miejscu i czasie. To jest ten trzeci sposób przyjścia Chrystusa, który można nazwać właśnie „przychodzeniem”. Pisze o tym św. Paweł w przypadającym na dziś urywku Listu do Tesaloniczan. Wzywa nie tylko pierwszych chrześcijan, ale nas wszystkich: „Stawajcie się coraz doskonalszymi!” (1 Tes 4,1).
Bóg jest święty, ponad wszystko ŚWIĘTY. Święty, czyli oddzielony od tego, co grzeszne. Dlatego mamy dążyć do świętości, aby móc doświadczać wspólnoty z naszym niebieskim Ojcem. Dbać o kształtowanie w sobie pragnienia podobania się Bogu i pełnienia Jego woli, które rodzi się w nas dzięki trwaniu w wierze i łasce Bożej. Duch Święty skłania nas, byśmy uznali Jezusa za swojego Pana, zaufali Mu bez reszty i postępowali na drodze uświęcenia. Nasze uświęcenie jest dziełem Ducha Świętego, ale nie dokona się bez naszej współpracy z łaską. Apostoł prosi więc Pana o utwierdzenie naszych serc, tak by stały się „nienaganne w świętości wobec Boga, Ojca naszego” (1 Tes 3,13), jednocześnie zachęcając nas do coraz większej doskonałości.
To wzrastanie w doskonałości odbywa się zawsze na drodze miłości – wobec bliźnich i wobec Boga. To Bóg pierwszy wychodzi z inicjatywą do każdego z nas. Prośmy Go zatem z ufnością o miłosierdzie nad nami.
„Daj mi poznać Twoje drogi, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami. Prowadź mnie w prawdzie według Twych pouczeń, Boże i Zbawco, w Tobie mam nadzieję.” (Ps 25,4-5)
Jr 33,14-16
Ps 25,4-5.8-10.14
1 Tes 3,12--4,2


MAGAZYN:

OWOCE ZAWIERZENIA BOŻEJ OPATRZNOŚCI
ŚW, RAFAŁ KALINOWSKI

Droga Józefa Kalinowskiego do świętości nie była prosta. Jako młodzieniec na wiele lat porzucił praktyki religijne, był carskim oficerem i jednym z przywódców Powstania Styczniowego, zesłańcem i nauczycielem w arystokratycznej rodzinie… Zanim w wieku 42 lat wstąpił do zakonu karmelitów bosych, miał za sobą dramatyczne doświadczenia związane z losem Polaków w tamtych czasach. A czasy były niełatwe: Polska podzielona między trzech zaborców, tłumione dążenia niepodległościowe, a w Królestwie Polskim i na Litwie planowa rusyfikacja, wzmożona po upadku Powstania Listopadowego.


DZIECIŃSTWO I MŁODOŚĆ
Józef przyszedł na świat w Wilnie w 1835 roku. Brak matki, która zmarła wkrótce po porodzie, kompensowała troskliwa opieka ojca, Andrzeja Kalinowskiego, oraz kolejnych dwóch jego żon. Ponoć szczególnie ostatnia – Zofia Puttkamer, córka słynnej Maryli Wereszczakówny (miłości Mickiewicza) – umiała stworzyć w domu ciepłą atmosferę, zaszczepić religijność i patriotyzm. Z sercem zajęła się całą gromadką, Józef bowiem miał już starszego brata i trójkę przyrodniego rodzeństwa. Później przybyła jeszcze czwórka dzieci. Choć ojcu trudno było z nauczycielskiej posady utrzymać tak dużą rodzinę, jednak bardzo starał się o wykształcenie synów. Józefa, który ze złotym medalem ukończył Instytut Szlachecki w Wilnie, pociągały nauki ścisłe, jednak dalsza edukacja w tym kierunku wiązała się z trudną decyzją – na studia trzeba było jechać w głąb Rosji, rozstając się z rodziną. 
Wybór padł na Petersburg. Tam Józef rozpoczął naukę w Mikołajewskiej Szkole Inżynierskiej, co wiązało się ze wstąpieniem do wojska. Miał wtedy 18 lat. W Petersburgu mieszkało i kształciło się wielu Polaków, kwitło życie towarzyskie, od którego Józef nie stronił. Nauka szła mu dobrze i po czterech latach ukończył Akademię, otrzymując stopień porucznika. W tym czasie przeżył zawód miłosny, który wytrącił go z równowagi. Pełen wewnętrznych rozterek, doświadczył kryzysu wiary. 
Na przemian szukał pociechy w rozrywkach albo pogrążał się w gorzkich rozmyślaniach nad brakiem sensu własnego życia. 
W końcu zmęczony tym wszystkim wyjechał z Petersburga i podjął pracę przy wytyczaniu linii kolejowej Kursk – Kijów. Dużo czasu spędzał samotnie i wiele czytał – po polsku, rosyjsku, francusku, a nawet angielsku. Był to dla niego okres głębokiego wejrzenia w siebie. Lektura „Wyznań” św. Augustyna zbliżyła go ku sprawom duchowym, lecz był to dopiero początek drogi. 
Kolejnym miejscem pobytu młodego oficera stała się twierdza w Brześciu nad Bugiem, gdzie między innymi nadzorował pracę skazańców. Litując się nad ich losem, odczuł potrzebę działania na rzecz tych, którzy znajdowali się w gorszym położeniu niż on sam. Zaopiekował się kilkunastoletnim chłopcem, chcąc zapewnić mu podstawowe wykształcenie, założył też niedzielną szkółkę dla rzemieślników. Wyjazd na leczenie do Ciechocinka okazał się kolejnym etapem na jego duchowej drodze. Od znajomej otrzymał Nowy Testament, a słowo Boże trafiło na podatny grunt. W Józefie krzepło pragnienie pracy dla innych i przekonanie, że tylko wiara może nadać sens ludzkiemu życiu.

POWSTANIE STYCZNIOWE
W tym czasie w społeczeństwie narastały nastroje niepodległościowe. Wyrosło nowe pokolenie, gotowe zbrojnie walczyć z zaborcą. Trwały spotkania, dysputy, tworzyła się konspiracja. Mundur rosyjskiego oficera ciążył Józefowi coraz bardziej. Gdy w styczniu 1863 roku wybuchło powstanie, postarał się o zwolnienie ze służby wojskowej, co, ze względu na jego problemy ze zdrowiem, udało się uzyskać w maju 1863 roku. Dalsze wydarzenia potoczyły się szybko. 
W Warszawie Kalinowski został namówiony do przyjęcia stanowiska w tajnym Rządzie Narodowym. Mianowano go naczelnikiem Wydziału Wojny na Litwie. Choć jego stosunek do powstania był sceptyczny, postanowił jednak służyć swym wojskowym doświadczeniem. Tym bardziej, że do walki wyruszyli już jego młodsi bracia, kuzyni i przyjaciele. Przyjazd do Wilna i rozeznanie się w sytuacji utwierdziły Józefa w przekonaniu o słabości i niedoświadczeniu oddziałów powstańczych i wielkiej przewadze regularnego wojska rosyjskiego. W tej sytuacji, aby oszczędzić młodych powstańców, starał się wpłynąć na ograniczanie działań militarnych. W czerwcu 1863 roku na placu Łukiskim w Wilnie był świadkiem powieszenia rannego generała Zygmunta Sierakowskiego, dowódcy powstania na Żmudzi. Ten barbarzyński akt wstrząsnął Józefem. Wtedy właśnie zrodziła się w nim myśl o poświęceniu się służbie Bożej. Tylko w taki sposób widział możliwość przeciwstawienia się wszechobecnemu złu. 
Jednocześnie jednak, choć świadomie wybierał drogę wiary, nie mógł się zdobyć na prostą, zdawałoby się sprawę – odbycie spowiedzi, której przed laty zaniechał. W tym czasie w wileńskim więzieniu, czekając na wywózkę, siedział jego kuzyn i przyjaciel z lat szkolnych, Jakub Gieysztor. Józef zapragnął wyposażyć go w drogę na zesłanie w jakąś niosącą pociechę i umocnienie pamiątkę. Poprosił swoją młodszą siostrę, aby na ten cel oddała własny krzyżyk z relikwiami. W zamian obiecał jej odbycie spowiedzi (o co od dawna nalegała), co też uczynił w dniu Wniebowzięcia NMP w 1863 roku – po raz pierwszy od 10 lat. „Co się Bogu podobało dokonać w mej duszy w czasie chwil spędzonych u stóp spowiednika (...), może wypowiedzieć tylko ten, kto podobnych chwil doświadczył” – napisał później we wspomnieniach. To był moment duchowego przełomu. Odtąd codziennie uczestniczył we Mszy świętej, co tydzień się spowiadał. 
Po aresztowaniu i straceniu ostatniego przywódcy powstańczego na Litwie w marcu 1864 roku, dowództwo objął Józef. Wkrótce Rosjanie trafili także na jego ślad i został aresztowany. Zrazu wyparł się wszystkiego, lecz po namyśle postanowił wszelkie zarzuty wziąć na siebie, aby ocalić innych. Uznany winnym „pełnienia obowiązków kierownika sił zbrojnych na Litwie”, został skazany na karę śmierci. Dzięki intensywnym zabiegom rodziny wyrok zmieniono na 10 lat ciężkich robót na Syberii. Miał 28 lat, gdy w lipcu 1864 roku został wywieziony na katorgę.

KATORGA NA SYBERII 
Szczególnie boleśnie Józef przeżył rozstanie „ze wszystkim, co zasila duszę” – trwogą przejmowała go perspektywa życia bez sakramentów. Jak pisał: „Tylko wiara w łaskę Bożą, która sama przychodzi w potrzebie, utrzymać może w spokoju ducha”. Droga na miejsce katorgi trwała 9 miesięcy – pociągiem, statkiem, kibitką, saniami, pieszo... aż do Irkucka, dokąd dotarł przed Wielkanocą 1865 roku. Tysiące kilometrów oddzieliły go od kraju, pociechą w rozłące były tylko listy. Dzięki zabiegom rodziny Józef został skierowany do stosunkowo lekkiej pracy w warzelni soli w Usolu nad Angarą, gdzie przebywało wielu dobrze już zorganizowanych polskich zesłańców (w tym kuzyn, któremu ongiś podarował krzyżyk z relikwiami), a zesłani księża potajemnie organizowali życie religijne. Wszystkich jednak trawiła tęsknota za krajem, a trudne położenie powodowało konflikty i niesnaski. Józef został wybrany jednym z sędziów do rozstrzygania sporów, co świadczyło o zaufaniu i szacunku, jakim darzyli go współwięźniowie. Zachowane listy ukazują go jako człowieka wiary, troszczącego się o innych: „Wielu często mnie martwi swoją obojętnością w rzeczach wiary; pocieszam siebie tym, że sam byłem nie lepszym, bodaj nawet gorszym, nie tylko więc oni mnie tym nie odstręczają, ale nawet pociągają”. Śpieszył też zawsze z pomocą, dzieląc się z potrzebującymi wszystkim, co miał. W Usolu w czasie wolnym od pracy młody zesłaniec kształcił siebie i innych, studiował dzieła teologiczne przesyłane przez bliskich, organizował wykłady i dyskusje, uczył dzieci zesłańców. Nade wszystko jednak modlił się: „Oprócz modlitwy nic nie mam, co bym ofiarował Panu Bogu: uważać ją mogę za jedyny mój datek… Cierpieć i modlić się tylko mi zostaje. Większych jednak skarbów nie miałem nigdy i nie chcę więcej”. Przez towarzyszy uważany był niemal za świętego, o czym świadczy wezwanie włączone przez nich do modlitwy: „Przez modlitwy Kalinowskiego wysłuchaj nas, Panie”. Sam Józef widział, że te „sześć lat przebytych w istotnym grobie… ma także swój pewny urok: niemoc osobista wobec zewnętrznych okoliczności, ubezwładniając wolę, czyni ją poddaną Bogu w takiej zupełności, że każda chwila jest ciągłym polecaniem się Bożej Opatrzności”.
Z biegiem czasu warunki pobytu na zesłaniu ulegały poprawie. Ukaz amnestyjny zwalniał Józefa z najcięższych prac. Po sześciu latach katorgi pozwolono mu na zamieszkanie w Irkucku. Przez kolejne cztery utrzymywał się ucząc dzieci, a także współpracując z innym zesłańcem – Benedyktem Dybowskim, przyrodnikiem i badaczem Syberii. Dojrzewało w nim powołanie do stanu kapłańskiego, „najpiękniejszą książką” stał się dla niego brewiarz. Dzięki opiece, jaką otoczył osieroconego chłopca, zrozumiał „ile to trwogi i troskliwości kosztują dzieci rodziców, kiedy mnie obce dziecko tak obchodzi”. Problem wychowania młodzieży leżał mu bardzo na sercu, o czym pisał w listach: „niedawno przyszedłem do przekonania, że to, co mam w sobie dobrego, to głównie z domu wyniosłem, że istotnym skarbem jest dobre wychowanie”, i że błędem jest zbyt wczesne opuszczanie domu rodzinnego przez młodzież, która traci z nim więź i szuka pociechy „w niewłaściwych źródłach”. 
Dzięki zabiegom Józefa i jego rodziny udało mu się uzyskać zgodę na urlop w kraju, a następnie, w 1874 roku – umorzenie zesłania. Miał wtedy 39 lat i gorąco pragnął poświęcić się życiu zakonnemu.

WYCHOWAWCA
Nie wolno mu było powrócić na Litwę, zatrzymał się więc u swego brata Gabriela w Warszawie. Przed pójściem za głosem powołania wstrzymywało go pragnienie spłacenia długów, jakie zaciągnęła rodzina (sama znajdująca się w opłakanej sytuacji materialnej) na wspieranie go podczas zesłania. Doskonałą okazją do tego była propozycja zostania opiekunem szesnastoletniego Augusta Czartoryskiego, wnuka księcia Adama Czartoryskiego, który w paryskim Hotelu Lambert stworzył jeszcze po Powstaniu Listopadowym główne centrum polskiej emigracji. W ten sposób Józef Kalinowski miał trafić w najprzedniejsze kręgi europejskiej arystokracji. Nowy wychowawca został w Paryżu przyjęty serdecznie. Kolejne trzy lata mocno zbliżyły do siebie opiekuna i wychowanka. Józef Kalinowski odkrył w chorym na gruźlicę chłopcu dużą wrażliwość religijną i intuicyjnie podążył w wychowaniu tą drogą, która i jemu samemu była najbliższa. Choć ojciec pragnął z syna uczynić męża stanu, ostatecznie stało się inaczej. August Czartoryski kilka lat później wybrał życie zakonne u salezjanów, zmarł młodo w opinii świętości i został beatyfikowany. Tymczasem Józef Kalinowski po trzech latach pracy w charakterze wychowawcy, spłaciwszy rodzinne długi, mógł wreszcie zrealizować swoje pragnienie. Rozważał wstąpienie do różnych zakonów, ostatecznie zwrócił się w stronę duchowości karmelitańskiej.

W KARMELU
Po kasacie zakonów na ziemiach polskich, dokonanej przez zaborców, ostał się tylko jeden czynny klasztor męski karmelitanów – w Czernej, a i on skazany był na wymarcie – żyło w nim już tylko sześciu starych mnichów bez prawa przyjmowania kogokolwiek do nowicjatu. W tej sytuacji w krakowskim klasztorze karmelitanek siostry podjęły nieustającą krucjatę modlitewną o odpowiedniego człowieka, który by ocalił męski Karmel w Czernej. Ich modlitwy nie pozostały bez odpowiedzi. 
W lipcu 1877 roku Józef Kalinowski został przyjęty do nowicjatu w Grazu w Austrii, a w listopadzie otrzymał habit zakonny i imię Rafał od św. Józefa. Miał wówczas 42 lata. Po rocznej próbie został dopuszczony do ślubów i przeniesiony do Györ na Węgrzech, aby odbyć studia filozoficzne. Tam w 1881 roku złożył śluby wieczyste i został wysłany do Czernej pod Krakowem. O. Rafał, mianowany przeorem, skierował swe siły na podźwignięcie klasztoru. W krótkim czasie został wizytatorem klasztorów, spowiednikiem sióstr, założycielem i fundatorem nowych domów karmelitanek w Przemyślu i we Lwowie. W 1892 roku założył niższe seminarium duchowne w Wadowicach, a potem nowy klasztor, którego został przeorem. Słusznie widzi się w nim odnowiciela zakonu karmelitańskiego na ziemiach polskich. 
O. Rafał Kalinowski całego siebie oddał innym. Niezwykle ceniony był jako spowiednik i kierownik duchowy. Znał nędzę materialną i duchową, był świadom własnych słabości, co sprawiało, że dobrze rozumiał ludzi, a oni garnęli się do niego. Żył w opinii świętości,
a spotkani ludzie często przy nim klękali i prosili o błogosławieństwo. Mimo kruchego zdrowia swój 30-letni pobyt w Karmelu poświęcił ciężkiej pracy, służąc z oddaniem Bogu i ludziom. Pod koniec życia spisał swoje wspomnienia, zachowała się też jego obfita korespondencja. Zmarł 15 listopada 1907 roku w Wadowicach, a został pochowany w Czernej. Jan Paweł II beatyfikował go w Krakowie w 1983 i kanonizował w Rzymie w 1991 roku.

Sklep internetowy Shoper.pl