Słowo wśród nas - nr archiwalne
6.5
PLN
Słowo wśród nas Nr 10 (314) 2019
Słowo wśród nas Nr 10 (314) 2019
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 6,50 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO PAŹDZIERNIKOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Październikowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Dusza moja pragnie Ciebie”. Jest to fragment jednego z psalmów: „Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże!” (Ps 42,2). W artykułach początkowych mówimy o tym, że wszyscy, bardziej lub mniej świadomie, pragniemy Boga – Tego, który pierwszy nas umiłował. Pragniemy spotykać Boga dlatego, że On pierwszy zapragnął nas i spotkania z nami. Pokazujemy, jak można spotykać się z Bogiem poprzez modlitwę, adorację, Mszę świętą.
W Magazynie proponujemy artykuł o św. Joannie de Chantal i jej drodze do duchowej wolności, ponadto tekst o praktykowaniu modlitwy serca, świadectwo dotyczące gościnności w życiu chrześcijanina oraz odpowiedź na naszą ankietę „Błogosławieństwo starości” zatytułowaną „Starość – czas na pielgrzymowanie.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy dzieło św. Ludwika Marii Grignion de Montforta „Przedziwny sekret Różańca świętego”.

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

„Pragnę”
Modlitwa – spotkanie z Bogiem................................. 4

„Panie, naucz nas się modlić”
Nauka od Mistrza......................................................... 9

„Listy z domu”
Spotkanie z Bogiem w Piśmie Świętym.....................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 października...................................... 19

MAGAZYN

Serce złączone z Bogiem
Św. Joanna de Chantal j jej droga do duchowej wolności – Jill A. Boughton.................................. 47

Modlitwa serca
Starożytna metoda modlitwy i jej owoce – Joyce Venaglia............................ 53

Otworzyć drzwi
Jak Duch Święty pokazał mi nowe formy gościnności – Meagan Sullivan............................. 56

Starość – czas na pielgrzymowanieodpowiedź na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 60

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

Drodzy Bracia i Siostry!

Kiedy miałem dwadzieścia parę lat, wraz z ojcem poświęcaliśmy wiele czasu pielęgnowaniu trawnika. Przypominam sobie, jak pewnej niedzieli oglądaliśmy razem program sportowy i podczas przerwy tata zerwał się z krzesła, mówiąc: „Weźmy się za grabienie trawnika za domem”. Odpowiedziałem żartobliwie: „Tato, ale dzisiaj jest niedziela, a w niedzielę nie należy pracować”. „Praca jest modlitwą, Jeffrey!” – odpalił. Nie dając za wygraną, odpowiedziałem: „Nie, tato, to modlitwa jest pracą”.
Rzeczywiście modlitwa często wydaje się pracą. Wierność codziennej modlitwie wymaga bowiem pewnej dyscypliny. Już samo znalezienie czasu przeznaczonego tylko dla Boga w naszym zabieganym życiu nie jest łatwe. Jednak błogosławieństwo, jakie niesie modlitwa, aż nadto rekompensuje wszelki włożony wysiłek. W modlitwie łączymy się z aniołami i świętymi w uwielbieniu wszechmogącego Boga. Przynosimy Panu nasze największe troski i najbardziej leżące nam na sercu intencje, prosząc Go o pomoc. Doświadczamy pokoju i radości płynących z osobistego kontaktu z Bogiem. Czasem zdarza się, że słyszymy głos Boga, który do nas mówi!
Szczerze mówiąc, w ciągu czterdziestu lat szukania Pana w codziennej modlitwie ani razu nie usłyszałem fizycznie Jego głosu. Ale Jezus powiedział: „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną” (J 10,27). Jego głos możemy „usłyszeć” na modlitwie, w ciszy serca i umysłu. Czasami jest to głos pociechy. Kiedy indziej głos upomnienia, wskazujący, że w jakimś momencie odwróciliśmy się od Pana. Najczęściej jest to głos zachęty. Nigdy jednak – potępienia.
Głos Pana słyszymy także, kiedy czytamy Pismo Święte. Biblia to zbiór osobistych listów Boga do każdego z nas. Objawia ona najgłębsze myśli Boga; mówi, co sprawia Mu radość, a co smutek. Udziela mądrych wskazań, jak powinniśmy żyć i co to znaczy miłować się wzajemnie, jak On nas umiłował.
Bracia i siostry, codzienne stawanie przed Panem to wielki przywilej! Często na modlitwie powierzam Bogu różne osoby i sytuacje, które mnie czekają, zwłaszcza te trudne. Dzięki temu mam w sercu pokój, ufając, że Bóg będzie mnie prowadził. Błogosławieństwem jest też dla mnie to, że co rano mogę oddawać Bogu chwałę i uwielbiać Go jako Boga wiernego, miłującego i dobrego. Błogosławieństwem jest rozważanie tego wszystkiego, co uczynił dla nas Jezus, oddając swoje życie na krzyżu. A także dziękowanie Panu za to, że przyjął nas do swojej rodziny, Kościoła. Nawet gdyby jakieś nasze konkretne prośby nie zostały wysłuchane, samo trwanie przed Bogiem na modlitwie wystarczy, abyśmy napełnili się Bożym pokojem!
W tym miesiącu znajdź każdego ranka trochę czasu, choćby piętnaście minut, aby stanąć przed Bogiem na modlitwie. Oddaj Mu tę odrobinę twojego czasu, a On odpłaci ci trzydziestokrotnym, sześćdziesięciokrotnym i stukrotnym błogosławieństwem.

Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith


ARTYKUŁY:

„Pragnę”

Modlitwa – spotkanie z Bogiem

Eliza i Jan cieszyli się na powrót do domu z nowo narodzoną Amandą, swoją pierwszą córeczką. Jednak w szpitalu przyszła do nich pielęgniarka z niepokojącą nowiną: „Słuch Amandy nie mieści się w odpowiednich dla noworodków parametrach. Nie musi to od razu oznaczać, że ma niedosłuch, ale powinniście skonsultować się z waszym pediatrą”. Była to pierwsza z wielu trudnych rozmów medycznych, jakie ich czekały.
Okazało się, że Amanda ma poważny ubytek słuchu. Nie wzdrygała się na głośny hałas ani nie patrzyła w kierunku źródła dźwięku. Uśmiechała się na widok twarzy rodziców, ale nie odwracała głowy, kiedy mówili do niej stojąc poza zasięgiem jej wzroku. Rodzice szukali wszelkich możliwych sposobów, aby pomóc swojej córeczce. Konsultowali się z wieloma specjalistami, aż wreszcie Amanda otrzymała aparaty słuchowe.
Eliza trzymała Amandę na kolanach, podczas gdy lekarz zakładał jej aparaty. Jan stał przed Amandą, patrząc jej prosto w oczy. „Amanda, Amanda” – zawołała Eliza zza jej pleców.
„Amanda, gdzie jest mama?” – zapytał Jan. Zero reakcji.
„Amanda, tu jestem” – zawołała Eliza, połykając łzy. Cisza.
Nagle wyraz twarzy Amandy zmienił się i dziewczynka odwróciła się do matki wciąż powtarzającej: „Amanda, tu jestem!”. Na twarzy małej pojawił się uśmiech, a całe jej ciałko aż podskoczyło z przejęcia.
„Amanda!” – zawołał Jan. Amanda gwałtownie odwróciła się do ojca. Rodzice z wielką ulgą zaczęli śmiać się i płakać jednocześnie. Córeczka wreszcie ich usłyszała! Sama Amanda śmiała się i wierciła z zachwytem. Chociaż rodzice od chwili narodzin byli całym jej światem, teraz usłyszała ich po raz pierwszy.
My także możemy przeżyć podobną radość, kiedy po latach starań usłyszymy wreszcie na modlitwie głos Boga.

SPOTKANIE Z BOGIEM
Można się modlić na wiele sposobów. Wszyscy znamy tradycyjne modlitwy, których odmawiania uczyliśmy się w dzieciństwie. Możemy modlić się cicho albo głośno, własnymi słowami albo tekstami z brewiarza czy modlitewnika. Możemy zanosić do Boga gorące prośby, dziękować Mu albo Go uwielbiać. Wszystkie te sposoby modlitwy mają jeden i ten sam cel – spotkanie z Bogiem.
Oto jak opisała modlitwę św. Teresa z Lisieux, karmelitanka żyjąca w XIX wieku: „Dla mnie modlitwa to poryw serca, to proste spojrzenie ku Niebu, to okrzyk wdzięczności i miłości, tak w doświadczeniach, jak i w radości”. Przypomina to trochę doznanie Amandy, gdy po raz pierwszy usłyszała głos swoich rodziców. Jest to doświadczenie serca, które łączy się z samym Bogiem, swoim Ojcem niebieskim.
W tym miesiącu chcemy zastanowić się nad tym, w jaki sposób możemy głębiej doświadczyć obecności Boga na modlitwie, spotkać Go, tak jak św. Teresa, usłyszeć Jego głos, jak Amanda usłyszała swoich rodziców. A także jak odpowiedzieć na ten głos, tak by nasze życie mogło ulec przemianie.

MY PRAGNIEMY BOGA
Pismo Święte mówi, że Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo (Rdz 1,26-27). Naucza, że ukształtował nas tak, byśmy Go szukali i znaleźli. Oznacza to, że głęboko w sercu wszyscy pragniemy zjednoczyć się z Bogiem. Nawet będąc pogrążony w grzechu, człowiek pozostaje obrazem swego Stwórcy. „Zachowuje pragnienie Boga, który powołuje go do istnienia” (KKK, 2566). Jak powiada Kohelet, Bóg „dał (…) naszym sercom pragnienie wieczności” (Koh 3,11, przekł. paulistów), abyśmy przeczuwali, że należymy do wieczności i do wiecznego Boga.
Jednak tęskniąc za Bogiem, nie zawsze uświadamiamy sobie, że to właśnie za Nim tęsknimy. Często staramy się ugasić pragnienie wiecznego Boga za pomocą rzeczy ulotnych. Pociągają nas przyjemności, władza, prestiż i pieniądze, które jednak przynoszą zaspokojenie tylko na krótko. Pełnej satysfakcji nie dają nam nawet takie dobra, jak wykształcenie, osiągnięcia zawodowe, udane życie małżeńskie czy rodzinne. Tęsknimy za czymś więcej, gdyż, jak powiedział św. Augustyn, Bóg stworzył nas dla siebie i niespokojne jest nasze serce, dopóki w Nim nie spocznie.

BÓG PRAGNIE NAS
Ale nie tylko my tęsknimy. Także sam Bóg tęskni za nami! On od zawsze pragnął, abyśmy Go spotkali. Psalm 139 mówi nam, że Bóg wie, kiedy siadamy i kiedy wstajemy, widzi nasze działanie i nasz spoczynek. Nieustannie czuwa nad nami, gotów nam pomóc, abyśmy mogli odnaleźć drogę do Niego.
Od chwili kiedy nasi pierwsi rodzice popadli w grzech, aż po dziś dzień, nasz Bóg woła do każdego z nas: „Gdzie jesteś?” (Rdz 3,9), a także „Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem” (Jl 2,12): „Jeśli nawet człowiek zapomina o swoim Stwórcy lub ukrywa się daleko od Jego Oblicza, czy też – jak mówi Katechizm – „podąża za swoimi bożkami lub oskarża Boga, że go opuścił, to Bóg żywy i prawdziwy niestrudzenie wzywa każdego człowieka do tajemniczego spotkania z Nim na modlitwie” (KKK, 2567).
Tęsknota Jezusa za nami objawiła się najpełniej na krzyżu. Wołając: „Pragnę” (J 19,28), Jezus powiedział, jak bardzo zależy Mu na zjednoczeniu z nami. Dał nam również poznać, jak daleko jest w stanie się posunąć, aby przyprowadzić nas z powrotem do siebie. Także dziś, dwa tysiące lat po tamtych wydarzeniach, Jezus wciąż pragnie naszej miłości. Wciąż pragnie przygarnąć nas do siebie. Tęskni za nami. Jezus tęskni za tobą.

ŻYWA WODA
DLA SPRAGNIONYCH DUSZ
Czy pamiętasz rozmowę Jezusa z Samarytanką (J 4,5-42)? Kiedy odpoczywał przy studni w samarytańskim miasteczku Sychar, podeszła tam pewna kobieta, aby zaczerpnąć wody. Widząc ją, Jezus poprosił: „Daj mi pić!” (J 4,7). Jednak tymi słowami prosił ją
o coś więcej niż o kubek wody w upalny dzień. Jak mówi św. Augustyn: „Ten zaś, który szukał napoju, pragnął wiary samej niewiasty”. A św. Teresa z Lisieux dodaje: „Mówiąc: «Daj mi pić», Stwórca świata domagał się miłości od swego biednego stworzenia. On pragnął miłości”.
W dalszym ciągu dowiadujemy się, że Jezus znał przeszłość tej kobiety. Wiedział, że pięciokrotnie wychodziła za mąż, a człowiek, z którym żyła obecnie, nie był jej mężem. Wiedział, że przychodząc do studni w najgorętszej porze dnia, kiedy nikogo tam nie było, chciała uniknąć krytycznych spojrzeń i uwag. Ale Jezusa nie odstraszyły ani jej dawne grzechy, ani obecna sytuacja. „O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: «Daj Mi się napić» – powiedział – to prosiłabyś Go, a dałby ci wody żywej” (J 4,10). Jego słowa obnażyły pragnienie, które kobieta próbowała ugasić przez kolejne „miłości” swego życia.
Jezus przeprowadził Samarytankę od wstydu i izolacji do relacji miłości z Bogiem. Zapewnił ją, że nigdy nie będzie już musiała pragnąć. Ona natomiast skosztowała żywej wody obecności i miłości Jezusa. Była tym tak przejęta, że pobiegła do miasteczka, by opowiedzieć wszystkim o Jezusie i o żywej wodzie, którą chce im dać (J 4,39-42). Wreszcie odnalazła to, za czym tęskniła całe życie. I wreszcie tam, przy studni, również Bóg zaspokoił swoje pragnienie – pragnienie bycia kochanym przez nią.

MODLITWA – UGASZENIE
OBU PRAGNIEŃ
Jak więc możesz ugasić swoje pragnienie? Jak zaspokoić swoją najgłębszą tęsknotę? Spotykając się z Jezusem na modlitwie. I nie tylko raz, ale każdego dnia – w domu, na Mszy, na adoracji, odmawiając Różaniec i we wszelkich formach modlitwy, jakie praktykujesz. Pamiętaj, że Jezus również pragnie ciebie i dąży do tego spotkania. Możesz, jak Samarytanka, przyjść do Jezusa
i spędzić z Nim czas, możesz z Nim porozmawiać. Zasiadając dzień po dniu na modlitwie u Jego stóp, znajdujesz się w miejscu, gdzie możesz doświadczyć Jego niepojętej miłości do ciebie i „żywej wody” Jego obecności.
Nie znaczy to, że modlitwa zawsze będzie łatwa. Czasami przeżywamy posuchę, rozproszenia, niepokój. Czasami trudno nam znaleźć czas na modlitwę, a czasami ochotę. Może traktujesz modlitwę jako obowiązek religijny, wymaganie, jakie Bóg stawia przed tobą. Może czujesz się winny, że tak mało się modlisz, a może przychodzisz do Boga tylko wtedy, kiedy potrzebujesz od Niego pomocy. Oczywiście Bóg zawsze cieszy się, gdy do Niego przychodzisz, nawet jeśli jest to tylko pięć sekund wołania o pomoc. Ale pragnie o wiele więcej i chce, abyś i ty doświadczył o wiele więcej. Pragnie wymiany miłości, tego „porywu serca”, o którym pisała św. Teresa.
W jaki sposób możemy przychodzić do Ojca niebieskiego i głębiej doświadczać Jego miłości? Jak spotkanie z Nim zaspokaja naszą wewnętrzną tęsknotę i budzi pragnienie jeszcze głębszej relacji?

 

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Wtorek, 1 października
Łk 9,51-56
Weszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by przygotować Mu pobyt. (Łk 9,52)
Kiedy do jakiegoś miasta czy wioski przybywa ważny dygnitarz, władze – a także mieszkańcy – dokładają wszelkich starań, aby wszystko zostało należycie przygotowane na jego przyjazd. Trawniki mają być skoszone, żywopłoty przycięte, ulice zamiecione, a elewacje budynków odnowione. Wszyscy chcą zrobić jak najlepsze wrażenie na dostojnym gościu, nawet jeśli ta „odświętna wersja” miałaby znacznie odbiegać od zwyczajnej codzienności. Także sam dygnitarz prawdopodobnie poczułby się urażony, gdyby uznał, że jego przyjazd nie został odpowiednio przygotowany.
Jezus, przybywając do kolejnych miejscowości, nie miał tego typu wymagań. Pragnął autentycznego spotkania z ludźmi w ich zwyczajnych warunkach. Był gotów iść do każdego. Oczekiwał, że także Jego uczniowie, których wysyłał przed sobą, nie będą patrzeć na nikogo z góry, lecz głosić mieszkańcom dobrą nowinę o Jego przybyciu do nich.
Jednak w dzisiejszej Ewangelii, kiedy mieszkańcy samarytańskiego miasteczka – ze względu na niechęć żywioną do Żydów – odmówili przyjęcia Jezusa, Jakub i Jan wpadli w gniew. Chcieli surowo ukarać niegościnnych Samarytan, sprowadzając na nich ogień z nieba. Spotkało ich za to surowe upomnienie Jezusa.
Teraz Jezus posyła przed sobą ciebie, jak uczniów z dzisiejszej Ewangelii. Twoim zadaniem jest pomóc innym przygotować się na Jego przyjęcie. Wcale nie jest to takie trudne, jak sądzisz.
Po pierwsze, przyjmuj i kochaj innych takimi, jakimi są. Nie czekaj, aż zmienią swoje życie. Nie wywieraj presji ani nie zrzędź. Zaufaj, że Jezus wykorzysta twoje drobne akty życzliwości i miłości, aby doprowadzić ich do głębszej relacji ze sobą.
Po drugie, głoś Dobrą Nowinę. Kiedy nadarzy się sposobność, podziel się tym, co Jezus uczynił w twoim życiu.
Wreszcie, nie oburzaj się, jeśli ktoś nie jest gotów słuchać o Jezusie. Zauważ, że Jezus nie obraził się na Samarytan. Uzdrowił trędowatego Samarytanina (Łk 17,16)! A po swoim zmartwychwstaniu kiedy polecił uczniom iść „na cały świat” (Mk 16,15) i głosić Ewangelię, Apostołowie, wypełniając ten nakaz Jezusa, zanieśli Dobrą Nowinę także do Samarii (Dz 8,25).
Zasiewaj więc ziarna miłości wśród ludzi, których masz wokół siebie. I módl się o żniwo!
„Panie, proszę, posłuż się moimi drobnymi aktami miłości, aby przygotować sobie drogę do ludzkich serc”.
Za 8,20-23
Ps 87,1-7

▌Środa, 2 października
Świętych Aniołów Stróżów
Mt 18,1-5.10
Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego. (Mt 18,10)
Czy pamiętasz Clarence’a? Tak miał na imię Anioł Stróż w klasycznym gwiazdkowym filmie To wspaniałe życie. Kiedy główny bohater, George Bailey, pogrążony w rozpaczy zamierza popełnić samobójstwo, Clarence interweniuje, ocalając mu życie.
Popularność tego filmu może częściowo wynikać z faktu, że nawiązuje on do dwóch ważnych prawd naszej wiary – że Aniołowie Stróże istnieją i że odgrywają ważną rolę w naszym życiu. Wielu ludzi opowiada zadziwiające, a nawet graniczące z cudem historie o tym, jak przyszedł im z pomocą ich Anioł Stróż.
Ci obrońcy i przewodnicy są naszymi stałymi towarzyszami. Od samego początku aż do śmierci nasze życie „jest otoczone opieką i wstawiennictwem aniołów” (KKK, 336). Dlatego chcąc przypomnieć o istnieniu i uczcić tych naszych opiekunów, Kościół co roku obchodzi ich święto.
Św. Bernard z Clairvaux (1090-1153) określał Aniołów Stróżów mianem, które wydaje się wyjątkowo odpowiednie – nazywał ich naszymi protektorami. Pisał: „Wystarczy podążać za nimi, trwać w ich bliskości, a będziemy cieszyć się opieką Najwyższego Boga. Ilekroć więc poczujesz, że nadciąga ciężka pokusa lub wisi nad tobą przygniatający smutek, wzywaj swego protektora, swego przewodnika, swego wspomożyciela” (Kazanie 12 na temat Psalmu 91).
Na pewno należy wzywać swego Anioła Stróża, gdy znajdujemy się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia. Ale możemy iść za radą św. Bernarda także w mniej dramatycznych okolicznościach – kiedy na przykład tracimy panowanie nad sobą w domu czy w pracy i mamy ochotę powiedzieć coś przykrego komuś, kto nas zdenerwował. Nasz Anioł Stróż usłyszy nas, gdy go wezwiemy, i pomoże nam zareagować z miłością. Ten opiekun, jak mówi św. Bernard, „zaniesie nasze prośby do Boga w niebie i powróci do nas z naręczem łask”.
Jak wielka jest miłość Boga do nas, skoro daje każdemu z nas tak wiernego przewodnika! W święto Aniołów Stróżów znajdźmy czas, by podziękować Ojcu niebieskiemu – a także swojemu Aniołowi Stróżowi – za ich troskliwą opiekę.
„Ojcze, pomóż mi częściej zauważać obecność mego Anioła Stróża”.
Wj 23,20-23
Ps 91,1-6.10-11

▌Niedziela, 6 października
Ha 1,2-3; 2,2-4
Jeśli się opóźnia, ty go oczekuj. (Ha 2,3)
Nikt nie lubi czekać. Kiedy stoimy na czerwonym świetle, przesiadujemy godzinami w kolejce do lekarza w przy-
chodni lub wyczekujemy narodzin dziecka, czas wlecze się nam w nieskończoność. Nawet jeśli tłumaczymy sobie, że czekanie wkrótce się skończy, najchętniej przyspieszylibyśmy to, co ma się wydarzyć.
Tak właśnie czuł się prorok Habakuk, patrząc na swoje umiłowane miasto, Jerozolimę. Wojska babilońskie pokonały już Egipt i mieszkańcy Jerozolimy zdawali sobie sprawę, że są następni na liście. Oprócz wiszącej nad krajem groźby wojny, Habakuka trapił niepokój o moralny i religijny stan miasta. Nieudolni królowie zawierali i łamali przymierza z pogańskimi narodami, kult obcych bogów zdobywał sobie coraz większą popularność, a bogaci i potężni wykorzystywali ubogich i słabych. „Jak długo, Panie, mam wzywać pomocy – a Ty nie wysłuchujesz? (...) Oto ucisk i przemoc przede mną, powstają spory, wybuchają waśnie” (Ha 1,2.3) – wołał Habakuk. Jednak Bóg wydawał się głuchy na jego słowa.
Czy i ty znasz to uczucie? Dziecko odeszło od Kościoła i tak bardzo wyczekujesz jego powrotu. Przyjaciółka nie odbiera telefonów i zastanawiasz się, co takiego jej zrobiłaś. Przemoc wobec słabych, nienarodzonych i cudzoziemców wciąż się nasila i zastanawiasz się, kiedy wreszcie Bóg położy temu kres. Czasami konieczność czekania na jakiekolwiek rozwiązanie problemu po prostu sprawia ból.
Jeśli odnajdujesz się w tym opisie, to wiedz, że Bóg ma dla ciebie słowo – to samo, które skierował do proroka Habakuka: „Jest to widzenie na czas oznaczony” (Ha 2,3). Boży plan jest wciąż w fazie realizacji. Nie znaczy to jednak, że Bóg stoi z boku, patrząc biernie na twoje zmagania. Staraj się trwać przy Nim, złóż swoją ufność w Jego miłości i miłosierdziu. Nie poddawaj się, nawet gdy wszystko wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Bóg wciąż cię kocha i będzie cię kochał zawsze.
Bóg powiedział Habakukowi, że „sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności” (Ha 2,4). Ta obietnica dotyczy również ciebie.
„Panie Jezu, wierzę w Twoją miłość i miłosierdzie. Przyjdź i naucz mnie oczekiwać z wiarą!”
Ps 95,1-2.6-9
2 Tm 1,6-8.13-14
Łk 17,5-10

▌Niedziela, 13 października
Łk 17,11-19
Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec? (Łk 17,18)
Dzisiejsze czytania ukazują dwóch cudzoziemców cierpiących na trąd: Naamana, wodza wojsk króla Aramu, oraz człowieka z Samarii. Obaj zostali w cudowny sposób uzdrowieni przez Boga Izraela – Naaman za pośrednictwem proroka Eliasza, a Samarytanin przez Jezusa. Obaj też uznali ten fakt – Naaman ślubował nie składać ofiar „innym bogom, jak tylko Panu” (2 Krl 5,17), a Samarytanin był jedynym z całej grupy uzdrowionych, który powrócił, by podziękować Jezusowi (Łk 17,15-16). W obu tekstach wiara tych cudzoziemców skontrastowana jest z postawą ludu Bożego.
Oba czytania podkreślają fakt, że Bóg jest Bogiem wszystkich narodów, a nie tylko Izraela. Nawet jeszcze w Starym Testamencie zdarzało się, że cudzoziemcy uznawali Boga Izraela za swego Boga. Nauczając w swoim rodzinnym Nazarecie, Jezus zaznaczył, że Bóg posłał Eliasza nie do „swoich”, ale do Syryjczyka Naamana i pogańskiej wdowy z Sarepty (Łk 4,25-27). Pochwalił też wiarę uzdrowionego z trądu Samarytanina, który powrócił, by Mu podziękować. Wygląda na to, że Bóg czasami posługuje się ludźmi z zewnątrz, aby potrzasnąć „swoimi”, którzy stali się obojętni w wierze.
Bóg także dziś posługuje się ludźmi będącymi daleko od Kościoła, aby poruszyć nasze sumienia. Na przykład ktoś, kto po raz pierwszy bierze udział we Mszy świętej, zwykle zadaje wiele pytań. Może to nam uświadomić, że uczestnicząc we Mszy świętej już od lat, wpadamy w rutynę, bezmyślnie powtarzamy gesty i słowa modlitw, nie pamiętając o ich głębokim sensie. Jest to sygnał, że warto dowiedzieć się czegoś więcej na temat liturgii.
Albo spotkanie z członkiem innego ruchu lub chrześcijaninem innego wyznania, kimś, kto nie ma oporów przed zaproponowaniem wspólnej modlitwy, może zmobilizować nas do odważniejszego wyznawania swojej wiary.
Każdemu z nas przyda się spojrzenie na sprawy wiary z innej perspektywy. Dlatego nie bójmy się kontaktów z ludźmi spoza naszego zwykłego kręgu znajomych. Być może Bóg ma nam przez nich coś ważnego do powiedzenia.
„Jezu, dziękuję ci za wszystkich, którzy pomagają mi wzrastać w wierze”.
2 Krl 5,14-17
Ps 98,1-4
2 Tm 2,8-13

▌Niedziela, 20 października
Wj 17,8-13
Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. (Wj 17,11)
Czy nie chciałbyś mieć jakiegoś sposobu na to, by zapewnić skuteczność swoim modlitwom? W przypadku Mojżesza było to idealnie proste – kiedy trzymał ręce wzniesione, Izrael zwyciężał, kiedy je opuszczał, Izrael zaczynał przegrywać. Jednak Mojżesz nie był w stanie sam wytrwać długo w pożądanej pozycji. Aby trzymać ręce w górze, potrzebował pomocy innych.
Historia ta uświadamia nam, że wszyscy czasami potrzebujemy wsparcia. Dlatego przemawia do nas obraz Aarona i Chura podtrzymujących ręce Mojżesza, który modli się o zwycięstwo Izraelitów w bitwie. Przyjaciele stają przy nim, aby pomóc mu uczynić to, czego nie był w stanie dokonać w pojedynkę.
Każdy z nas potrzebuje braci i sióstr w Chrystusie, którzy nas podtrzymują, którzy pomagają nam wytrwać. Z pewnością przypominasz sobie sytuacje, w których prosiłeś bliską osobę o modlitwę w ważnej dla ciebie intencji. Jej wsparcie wiele wtedy dla ciebie znaczyło.
Także wtedy, gdy nie widzisz natychmiastowej odpowiedzi na swoją modlitwę, twoi wierzący przyjaciele, jak towarzysze Mojżesza, mogą pomóc ci jaśniej zobaczyć „pole bitwy” i dostrzec na nim Boże działanie. Mogą przypomnieć ci konkretne sytuacje z przeszłości, w których Bóg wysłuchał twoją – lub ich – modlitwę. A kiedy czujesz się pogrążony w zupełnych ciemnościach, mogą wspierać cię swoją obecnością i modlitwą, abyś mógł iść dalej. Ty z kolei gotów jesteś zrobić dla nich to samo.
Nie działaj więc sam. Może już masz kogoś, kto wspiera cię modlitwą, przyjaciela, który wraz z tobą woła do Pana. A jeśli nie, proś Pana o taką osobę. On dobrze rozumie, co znaczy samotność, i jakim błogosławieństwem jest mieć przy sobie kogoś, kto nas podtrzyma.
„Dziękuję Ci, Panie, za dar przyjaźni, za to, że możemy wspierać się modlitwą”.
Ps 121,1-8
2 Tm 3,14--4,2
Łk 18,1-8


▌Niedziela, 27 października
Łk 18,9-14
Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie. (Łk 18,11)
Spróbuj wyobrazić sobie tę scenę. Zobacz najpierw faryzeusza, szanowanego członka społeczeństwa, przychodzącego do świątyni na modlitwę. Dramatycznym, wystudiowanym gestem wznosi ręce. Jego filakterie – zawieszone na głowie i lewym ramieniu skórzane pudełka z fragmentami Biblii Hebrajskiej wypisanymi na pergaminie – są tak pokaźne, że przysłaniają jego brwi. Frędzle jego modlitewnego szala – mające dyskretnie przypominać o Prawie Mojżesza – są również wyjątkowo długie i okazałe, co ma podkreślać jego gorliwość i pobożność (Mt 23,5). Swoją prezencją robi o wiele większe wrażenie niż „inni ludzie”.
A teraz wyobraź sobie celnika. Stoi z tyłu ze spuszczoną głową, by uniknąć pogardliwego spojrzenia faryzeusza. Jako dobrze opłacany przedstawiciel urzędników rzymskich ubrany jest przyzwoicie, ale nie pretensjonalnie. Po jego policzkach spływają łzy. Przyszedł do świątyni tylko z jednego powodu. Uświadomił sobie, jak wiele zła wkradło się w jego życie. Małe wymuszenia, podejrzane transakcje, łapówki – dzięki temu stał się zamożnym człowiekiem. Ale jakim kosztem? Wyzyskiwał ludzi, którzy ledwo wiązali koniec z końcem. Wysyłał ich do więzienia za długi, nie przejmując się losem ich rodzin. Widzi to teraz i jest głęboko skruszony. Nie jest w stanie odmawiać długich modlitw. Powtarza jedynie: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” (Łk 18,13).
Faryzeusz, zadowolony z dobrze odprawionej modlitwy, opuszcza świątynię w takim samym stanie, w jakim do niej przybył – zapatrzony we własną sprawiedliwość i mający w pogardzie innych (Łk 18,9). Natomiast celnik odchodzi wolny. Wraca do domu lekkim krokiem, z podniesioną głową i pogodną twarzą, z postanowieniem, że będzie postępował inaczej, że zwróci nieprawnie pobrane pieniądze.
W każdym z nas jest trochę z faryzeusza – pychy, samozadowolenia, wywyższania się nad innych, obłudy. I trochę z celnika – świadomości własnych grzechów, pragnienia odwrócenia się od zła i zadośćuczynienia za nie. Dziś na Mszy świętej wołajmy wraz z celnikiem:
„Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!”
Syr 35,12-14.16-18
Ps 34,2-3.17-19.23
2 Tm 4,6-9.16-18


MAGAZYN:

Serce złączone z Bogiem

Św. Joanna de Chantal i jej droga do duchowej wolności

Joanna przeżywała najdramatyczniejsze chwile swojego życia. W wieku dwudziestu dziewięciu lat została wdową z czwórką małych dzieci, które odtąd musiała wychowywać samodzielnie. Po śmierci męża, Krzysztofa, barona de Chantal, postrzelonego przypadkiem na polowaniu, na jej barki spadło zarządzanie wielką posiadłością oraz troska o przyszłość rodziny. Do tego dochodziły i inne problemy – apodyktyczny teść, presja społeczna na zawarcie powtórnego małżeństwa oraz jej własny paraliżujący smutek. Joanna rozpaczliwie pragnęła zostawić wszystko i wstąpić do klasztoru, co przy tylu obowiązkach rodzinnych oczywiście nie wchodziło w grę.
Jednak, co zastanawiające, właśnie w tym tragicznym dla niej okresie Joanna zaczęła odkrywać coraz większą wolność wewnętrzną. Pomimo trudnych okoliczności i natłoku negatywnych uczuć, starała się kochać Boga i innych, jak umiała najlepiej. Przy całej intensywności swoich niespełnionych pragnień, których daremność wciąż na nowo sobie uświadamiała, zwracała się na modlitwie do Pana, szukając Jego pomocy, by służyć i być Mu posłuszną. Wśród wszystkich zewnętrznych ograniczeń stała się „wolna” w swoim sercu – wolna, by rozkwitać, by kochać, by służyć Bogu w każdym kolejnym dniu.

UDRĘKA W MONTHELON
W 1601 roku Joanna karmiła jeszcze piersią swoją najmłodszą córeczkę, urodzoną na krótko przed wypadkiem męża. Przetrwała parę miesięcy głębokiej depresji, odrzuciła też kilka propozycji małżeńskich, wierząc mocno, że Bóg pragnie, by pozostała w stanie wolnym.
W międzyczasie w jej wdowim życiu pojawiły się dalsze komplikacje. Despotyczny teść zagroził wydziedziczeniem wnuków, jeśli Joanna wraz z nimi nie przeprowadzi się do jego posiadłości. Postawiona pod presją Joanna wyraziła zgodę. Teść dał jej do dyspozycji jedynie pokój na strychu. W dodatku wybuchowego barona Guya niełatwo było zadowolić, a jego kochanka nie cierpiała nowo przybyłej. Mimo to Joanna wkrótce zajęła się piątką jej dzieci i innymi młodocianymi krewnymi. Starała się też o medykamenty, aby leczyć chore sługi i sąsiadów. Nie był to dla niej szczęśliwy czas, ale działała z cierpliwością i dobrocią. Nie pozwalając sobie na zajmowanie się własnymi frustracjami, szukała okazji, by służyć innym, zaspokajając ich potrzeby. To pomagało jej odsuwać na bok wszelkie urazy, które się w niej pojawiały.

W POSZUKIWANIU
DORADCÓW
Jednak serce Joanny było niespokojne. Pragnęła odkryć wolę Boga w stosunku do siebie. Wydawało się jej mało prawdopodobne, by pełne udręki życie w Monthelon było jej „prawdziwym powołaniem”. Czując się zagubiona, poprosiła kapłana z pobliskiego sanktuarium, aby został jej kierownikiem duchowym. Kazał jej on uroczyście przysiąc, że wypełni każde jego polecenie i nie będzie szukała rady u nikogo innego. Następnie wyznaczył jej solidną dawkę codziennych modlitw i umartwień. Chociaż utrudniały jej one znacznie podejmowanie normalnych obowiązków domowych, Joanna skrupulatnie stosowała się do nakazów spowiednika. Mimo to w żaden sposób nie przybliżyła się do poznania woli Bożej względem siebie.
W marcu 1604 roku ojciec Joanny, Benigne, zaprosił ją do siebie do Dijon. Tam wybrali się, by wysłuchać wielkopostnego kazania Franciszka Salezego, młodego biskupa Genewy. Siedząc tuż pod amboną, Joanna słuchała z uwagą słów kaznodziei. Prawie natychmiast zdecydowała się poprosić Franciszka o poradę duchową, pomimo obiekcji związanych z przyrzeczeniem danym spowiednikowi.
Podczas krótkiego spotkania w Wielkim Tygodniu Franciszek powiedział jej, że rolą kierownika duchowego nie jest uzależnianie penitenta od siebie, ale udzielanie mu wsparcia, by mógł w wolności odkrywać to, co mówi do niego Bóg. Pierwszy raz od miesięcy Joanna poczuła, że może swobodnie oddychać. Wkrótce otrzymała kolejną dobrą wiadomość. Po modlitwie i rozeznaniu Franciszek zgodził się zostać jej kierownikiem duchowym. Przyszły św. Franciszek Salezy, autor klasycznej pozycji duchowej Wprowadzenie do życia pobożnego, pozostał przyjacielem i duchowym współpracownikiem Joanny na następne dwadzieścia lat, kontaktując się z nią głównie drogą korespondencyjną.
„O Panie, jak szczęśliwy był to dla mnie dzień! Czułam, jak moja dusza obraca się w drugą stronę i wydobywa ze swego wewnętrznego więzienia” – pisała Joanna. Wyzwolona od przesadnej dewocji, mogła wreszcie w wolności przedstawiać poruszenia swego serca Bogu i swojemu nowemu kierownikowi duchowemu.

„CZYŃ WSZYSTKO Z MIŁOŚCIĄ”
Zaraz na początku Joanna wyjawiła Franciszkowi swoje najbardziej palące pragnienie – chciała poświęcić się Bogu jako siostra zakonna. Podobnie jak wielu oddanych chrześcijan w jej epoce, Joanna uważała życie rodzinne za niższe powołanie. Ponieważ jednak dzieci wciąż jej potrzebowały, przewidywała, że upłyną jeszcze całe lata, zanim będzie mogła zacząć żyć swoim „prawdziwym” powołaniem.
Franciszek wysłuchał jej życzliwie, a następnie uśmiechnął się i powiedział, że rola matki i synowej nie jest czymś, co musi znosić, dopóki nie będzie mogła naprawdę wypełniać woli Bożej. Może przyjąć tę rolę jako wolę Boga w stosunku do niej na ten czas. Kiedy Joanna poprosiła go o „regułę życia” dla swego wdowieństwa, odpowiedział: „Czyń wszystko z miłością, a nic z przymusu… Chcę, aby twój duch czuł się wolny. Decyzje pozostawiam tobie”.
Joanna wzięła sobie te wskazania do serca. „Pozostawałam, tak jak mnie uczył, odpoczywając w Bożych ramionach… Przestałam zajmować się próżnymi obietnicami spokoju, atrakcyjności i oczywistych korzyści płynących z życia zakonnego. Zamiast tego starałam się ofiarować serce opróżnione ze wszystkich uczuć poza… miłością”. Świadomie przenosząc uwagę ze swoich niespełnionych pragnień na bieżącą rzeczywistość, Joanna otrzymała siłę, by w ludziach, których miała wokół siebie, zobaczyć tych, do miłowania których wzywa ją Bóg. Została wyzwolona od troski o przyszłość, a to pozwoliło jej radośnie i w pokoju serca służyć Bogu w teraźniejszości.

ŻYCIE ZAKONNE
Kiedy już wszystkie dzieci Joanny miały zapewnioną przyszłość w dobrej szkole, małżeństwie lub klasztorze, ona sama mogła wreszcie w wolności zastanowić się nad podjęciem życia zakonnego. W czerwcu 1607 roku spotkała się z Franciszkiem, aby porozmawiać o swojej przyszłości. Była zdecydowana wstąpić do zakonu, jaki poleci jej kierownik duchowy. Jednak Franciszek zaskoczył ją, proponując, by stała się współzałożycielką nowego zgromadzenia zakonnego.
Niemal wszystkie zakony w tych czasach miały charakter klauzurowy, a siostry żyły według ścisłej reguły nakazującej długotrwałe modlitwy, posty i ciężką pracę. Nowe zgromadzenie, o jakim myślał Franciszek, miało posyłać siostry na zewnątrz, aby troszczyły się o chorych i ubogich. Oczywiście miały one uczestniczyć we wspólnych modlitwach, ale także starać się trwać w obecności Boga podczas pełnienia obowiązków domowych i dzieł miłosierdzia. Zgromadzenie miało nosić nazwę Sióstr Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny (sióstr wizytek), ponieważ nawiedzenie przez Maryję św. Elżbiety miało charakter zarówno aktywny, jak
i kontemplacyjny. Joanna zaaprobowała ten pomysł i wraz z Franciszkiem zajęła się jego realizacją.
W Niedzielę Trójcy Przenajświętszej 1610 roku do domu w Annecy, niedaleko stolicy biskupiej Franciszka w Genewie, wprowadziły się pierwsze cztery siostry. Joannie zależało na tym, by klasztor był miejscem przyjaznym dla zakonnic, w którym bierze się pod uwagę temperament i zdolności każdej z nich. Pisała: „Od każdej osoby należy oczekiwać tylko tego, co można uzyskać łagodnością… W ten sposób nasze siostry zachowają tę świętą i pożądaną wolność ducha, która jest niezbędna dla ich wzrostu”. Joanna starała się być przykładem, wypełniając na równi z siostrami wszystkie obowiązki, jakie im przydzielała. Uczyła je też nie przywiązywać się do rzeczy i okoliczności. Zgromadzenie rozwijało się. Pod koniec pierwszego roku liczyło już dwanaście sióstr.

PRZYJĘCIE NOWEJ WIZJI
W 1617 roku, z okazji otwarcia klasztoru w Lyonie, siostry wizytki odwiedził kardynał de Marquemont. Zażyczył on sobie, aby wspólnota przyjęła status oficjalnego zakonu. Nalegał, by zamiast wychodzić na zewnątrz i służyć ubogim, siostry zachowywały klauzurę. Z początku Joanna nie była w stanie znieść myśli o porzuceniu pierwotnej koncepcji zgromadzenia. Błagała Franciszka, aby „napisał do arcybiskupa parę słów mocnym atramentem”. Franciszek zaczął jednak od długiej i intensywnej modlitwy. Jeszcze zanim rozeznał, że ta zmiana kierunku jest jednak wolą Bożą dla Zakonu Nawiedzenia, także Joanna odzyskała spokój ducha. Każde z nich z osobna doszło do tego samego wniosku. „Nagle odkryliśmy, że nasze nastawienie zmieniło się i mamy w sobie wielkie pragnienie klauzury” – pisała Joanna.
Ufając Chrystusowi i dochowując wierności modlitwie, Joanna przyjęła decyzję kardynała nie z rezygnacją, ale ze spokojem w sercu. Uznała, że jej pierwotna reakcja wypływała z jej własnej woli, a nie z modlitewnego poddania się Bogu.
Każdy klasztor nawiedzenia podlegał miejscowemu biskupowi. Pozostawały one jednak w ścisłym kontakcie między sobą, traktując dom macierzysty w Annecy jako szanowaną „starszą siostrę”. Nie będąc oficjalną przełożoną całego zakonu, Joanna także funkcjonowała jako „starsza siostra”, niestrudzenie wizytując kolejne klasztory, by delikatnie wskazywać im właściwy kierunek i uczestniczyć w życiu wspólnot. Jej ulubioną funkcją było budzenie dzwonkiem sióstr na poranną modlitwę.

ETAPY WOLNOŚCI
W 1641 roku Joanna ostatecznie zrezygnowała ze wszystkich odpowiedzialnych funkcji w zakonie. Na początku siostry usiłowały okazywać jej szczególne względy i przywileje, ona jednak domagała się skromniejszej roli. W ostatnim roku życia cieszyła się wyjątkową wolnością, doświadczając słodyczy Chrystusa, tak jak nie zdarzyło się jej już od lat.
W jaki sposób Joanna dorastała do pełni wolności dziecka Bożego? Działo się to przede wszystkim w ciszy jej serca. Joanna nie pozwalała, by trudne charaktery innych czy podejmowane przez nich niekorzystne dla niej decyzje rzutowały na jej własną relację z Bogiem. Nie lekceważąc swoich uczuć ani nie ignorując pragnień, szukała źródeł swojego niezadowolenia i uczciwie przedstawiała je Bogu na modlitwie. Wielokrotnie odkrywała, że jej najgłębsze pragnienia – miłowania Boga i służenia ludziom – mogą być spełnione nawet wtedy, gdy sprawy nie układają się po jej myśli. W każdych okolicznościach znajdowała w sobie dość wolności, by być radosną, życzliwą i wdzięczną – taka była ukryta droga Joanny, która doprowadziła ją do ostatecznego zwycięstwa. ▐

 

Odpowiedź na ankietę „Błogosławieństwo starości”:

Starość – czas na pielgrzymowanie

Mam na imię Maria. Dobiegam osiemdziesiątki. Piszę to świadectwo kilka dni po powrocie z Camino – drogi do Santiago de Compostela, sanktuarium św. Jakuba w Hiszpanii. Szłam z córką i małżeństwem Polaków mieszkających w Niemczech. Szliśmy z Porto 260 km. Duszę moją zalewa fala wielkiej radości, którą chciałabym się podzielić.
Moja starość zaczęła się od tego, że zaczęłam pielgrzymować. Z Pszczyny, gdzie mieszkam, już 26 razy szłam na Jasna Górę (130 km), 6 razy do Kalwarii Zebrzydowskiej (62 km). Gdy miałam 74 lata, koleżanka namówiła mnie na Camino. Wtedy nie wiedziałam nawet co to jest. Słyszałam tylko, że idzie się do św. Jakuba. Ale św. Jakub mnie zapraszał, więc wyruszyłam w tę drogę. Pojechałam autobusem sama do Francji, potem szłam około 1000 km. Opatrzność Bożą miałam cały czas „w zasięgu ręki”. Już po stronie hiszpańskiej, w Roncevales, spotkałam troje Polaków. Były to dwie nauczycielki z Mazur i Krzyś z Niemiec, młodsi ode mnie o 20 lat. „Przyssałam” się do nich i szliśmy razem do samego końca. Codziennie przed wyruszeniem wyznaczaliśmy sobie intencje. Przyjaźnimy się do tej pory. Jedna z nich, Danusia, już nie żyje.
Drugi raz pojechałam znów do Francji, a potem autobusem do Bilbao. Stamtąd do Santiago jest jeszcze 660 km.
W Bilbao dołączyłam do dwojga Niemców. Też się do nich „przyssałam”, choć oni nie znali polskiego a ja niemieckiego. Wędrowaliśmy razem do końca. W Santiago, przy ostatnim śniadaniu, Gisel (tak miała na imię Niemka – wspaniały człowiek) powiedziała mi, a raczej pokazała, że za dwa lata pójdziemy z Porto, bo to łatwiejsza trasa. Ja poszłam, ona już niestety nie, ponieważ złamała nogę w biodrze. Doszłam z trudem, a tu katedra w remoncie, św. Jakub osamotniony w ołtarzu, rusztowania w całym wnętrzu. Funkcję gospodarza przejęli na czas remontu sąsiedzi – franciszkanie. Wszystkie moje pielgrzymki do Santiago są udokumentowane – przechowuję paszporty i kompostelki.
W tym roku chcę zakończyć moje pielgrzymowanie. Jeszcze pójdę do Częstochowy, potem na Kalwarię i do sanktuarium Matki Bożej w Płokach – to już całkiem blisko, tylko 15 km w jedna stronę. A potem pewnie wybiorę się w moją ostatnią pielgrzymkę, z której się już nie wraca.
Św. Jakubie, a kiedy będę u kresu drogi,
i kiedy stanę już w Pana progi,
to mnie przywitaj. I w miłym geście
szepnij do ucha – nareszcie jesteś!
Maria


DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 10 (314) 2019



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO PAŹDZIERNIKOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Październikowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Dusza moja pragnie Ciebie”. Jest to fragment jednego z psalmów: „Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże!” (Ps 42,2). W artykułach początkowych mówimy o tym, że wszyscy, bardziej lub mniej świadomie, pragniemy Boga – Tego, który pierwszy nas umiłował. Pragniemy spotykać Boga dlatego, że On pierwszy zapragnął nas i spotkania z nami. Pokazujemy, jak można spotykać się z Bogiem poprzez modlitwę, adorację, Mszę świętą.
W Magazynie proponujemy artykuł o św. Joannie de Chantal i jej drodze do duchowej wolności, ponadto tekst o praktykowaniu modlitwy serca, świadectwo dotyczące gościnności w życiu chrześcijanina oraz odpowiedź na naszą ankietę „Błogosławieństwo starości” zatytułowaną „Starość – czas na pielgrzymowanie.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy dzieło św. Ludwika Marii Grignion de Montforta „Przedziwny sekret Różańca świętego”.

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

„Pragnę”
Modlitwa – spotkanie z Bogiem................................. 4

„Panie, naucz nas się modlić”
Nauka od Mistrza......................................................... 9

„Listy z domu”
Spotkanie z Bogiem w Piśmie Świętym.....................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 października...................................... 19

MAGAZYN

Serce złączone z Bogiem
Św. Joanna de Chantal j jej droga do duchowej wolności – Jill A. Boughton.................................. 47

Modlitwa serca
Starożytna metoda modlitwy i jej owoce – Joyce Venaglia............................ 53

Otworzyć drzwi
Jak Duch Święty pokazał mi nowe formy gościnności – Meagan Sullivan............................. 56

Starość – czas na pielgrzymowanieodpowiedź na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 60

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

Drodzy Bracia i Siostry!

Kiedy miałem dwadzieścia parę lat, wraz z ojcem poświęcaliśmy wiele czasu pielęgnowaniu trawnika. Przypominam sobie, jak pewnej niedzieli oglądaliśmy razem program sportowy i podczas przerwy tata zerwał się z krzesła, mówiąc: „Weźmy się za grabienie trawnika za domem”. Odpowiedziałem żartobliwie: „Tato, ale dzisiaj jest niedziela, a w niedzielę nie należy pracować”. „Praca jest modlitwą, Jeffrey!” – odpalił. Nie dając za wygraną, odpowiedziałem: „Nie, tato, to modlitwa jest pracą”.
Rzeczywiście modlitwa często wydaje się pracą. Wierność codziennej modlitwie wymaga bowiem pewnej dyscypliny. Już samo znalezienie czasu przeznaczonego tylko dla Boga w naszym zabieganym życiu nie jest łatwe. Jednak błogosławieństwo, jakie niesie modlitwa, aż nadto rekompensuje wszelki włożony wysiłek. W modlitwie łączymy się z aniołami i świętymi w uwielbieniu wszechmogącego Boga. Przynosimy Panu nasze największe troski i najbardziej leżące nam na sercu intencje, prosząc Go o pomoc. Doświadczamy pokoju i radości płynących z osobistego kontaktu z Bogiem. Czasem zdarza się, że słyszymy głos Boga, który do nas mówi!
Szczerze mówiąc, w ciągu czterdziestu lat szukania Pana w codziennej modlitwie ani razu nie usłyszałem fizycznie Jego głosu. Ale Jezus powiedział: „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną” (J 10,27). Jego głos możemy „usłyszeć” na modlitwie, w ciszy serca i umysłu. Czasami jest to głos pociechy. Kiedy indziej głos upomnienia, wskazujący, że w jakimś momencie odwróciliśmy się od Pana. Najczęściej jest to głos zachęty. Nigdy jednak – potępienia.
Głos Pana słyszymy także, kiedy czytamy Pismo Święte. Biblia to zbiór osobistych listów Boga do każdego z nas. Objawia ona najgłębsze myśli Boga; mówi, co sprawia Mu radość, a co smutek. Udziela mądrych wskazań, jak powinniśmy żyć i co to znaczy miłować się wzajemnie, jak On nas umiłował.
Bracia i siostry, codzienne stawanie przed Panem to wielki przywilej! Często na modlitwie powierzam Bogu różne osoby i sytuacje, które mnie czekają, zwłaszcza te trudne. Dzięki temu mam w sercu pokój, ufając, że Bóg będzie mnie prowadził. Błogosławieństwem jest też dla mnie to, że co rano mogę oddawać Bogu chwałę i uwielbiać Go jako Boga wiernego, miłującego i dobrego. Błogosławieństwem jest rozważanie tego wszystkiego, co uczynił dla nas Jezus, oddając swoje życie na krzyżu. A także dziękowanie Panu za to, że przyjął nas do swojej rodziny, Kościoła. Nawet gdyby jakieś nasze konkretne prośby nie zostały wysłuchane, samo trwanie przed Bogiem na modlitwie wystarczy, abyśmy napełnili się Bożym pokojem!
W tym miesiącu znajdź każdego ranka trochę czasu, choćby piętnaście minut, aby stanąć przed Bogiem na modlitwie. Oddaj Mu tę odrobinę twojego czasu, a On odpłaci ci trzydziestokrotnym, sześćdziesięciokrotnym i stukrotnym błogosławieństwem.

Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith


ARTYKUŁY:

„Pragnę”

Modlitwa – spotkanie z Bogiem

Eliza i Jan cieszyli się na powrót do domu z nowo narodzoną Amandą, swoją pierwszą córeczką. Jednak w szpitalu przyszła do nich pielęgniarka z niepokojącą nowiną: „Słuch Amandy nie mieści się w odpowiednich dla noworodków parametrach. Nie musi to od razu oznaczać, że ma niedosłuch, ale powinniście skonsultować się z waszym pediatrą”. Była to pierwsza z wielu trudnych rozmów medycznych, jakie ich czekały.
Okazało się, że Amanda ma poważny ubytek słuchu. Nie wzdrygała się na głośny hałas ani nie patrzyła w kierunku źródła dźwięku. Uśmiechała się na widok twarzy rodziców, ale nie odwracała głowy, kiedy mówili do niej stojąc poza zasięgiem jej wzroku. Rodzice szukali wszelkich możliwych sposobów, aby pomóc swojej córeczce. Konsultowali się z wieloma specjalistami, aż wreszcie Amanda otrzymała aparaty słuchowe.
Eliza trzymała Amandę na kolanach, podczas gdy lekarz zakładał jej aparaty. Jan stał przed Amandą, patrząc jej prosto w oczy. „Amanda, Amanda” – zawołała Eliza zza jej pleców.
„Amanda, gdzie jest mama?” – zapytał Jan. Zero reakcji.
„Amanda, tu jestem” – zawołała Eliza, połykając łzy. Cisza.
Nagle wyraz twarzy Amandy zmienił się i dziewczynka odwróciła się do matki wciąż powtarzającej: „Amanda, tu jestem!”. Na twarzy małej pojawił się uśmiech, a całe jej ciałko aż podskoczyło z przejęcia.
„Amanda!” – zawołał Jan. Amanda gwałtownie odwróciła się do ojca. Rodzice z wielką ulgą zaczęli śmiać się i płakać jednocześnie. Córeczka wreszcie ich usłyszała! Sama Amanda śmiała się i wierciła z zachwytem. Chociaż rodzice od chwili narodzin byli całym jej światem, teraz usłyszała ich po raz pierwszy.
My także możemy przeżyć podobną radość, kiedy po latach starań usłyszymy wreszcie na modlitwie głos Boga.

SPOTKANIE Z BOGIEM
Można się modlić na wiele sposobów. Wszyscy znamy tradycyjne modlitwy, których odmawiania uczyliśmy się w dzieciństwie. Możemy modlić się cicho albo głośno, własnymi słowami albo tekstami z brewiarza czy modlitewnika. Możemy zanosić do Boga gorące prośby, dziękować Mu albo Go uwielbiać. Wszystkie te sposoby modlitwy mają jeden i ten sam cel – spotkanie z Bogiem.
Oto jak opisała modlitwę św. Teresa z Lisieux, karmelitanka żyjąca w XIX wieku: „Dla mnie modlitwa to poryw serca, to proste spojrzenie ku Niebu, to okrzyk wdzięczności i miłości, tak w doświadczeniach, jak i w radości”. Przypomina to trochę doznanie Amandy, gdy po raz pierwszy usłyszała głos swoich rodziców. Jest to doświadczenie serca, które łączy się z samym Bogiem, swoim Ojcem niebieskim.
W tym miesiącu chcemy zastanowić się nad tym, w jaki sposób możemy głębiej doświadczyć obecności Boga na modlitwie, spotkać Go, tak jak św. Teresa, usłyszeć Jego głos, jak Amanda usłyszała swoich rodziców. A także jak odpowiedzieć na ten głos, tak by nasze życie mogło ulec przemianie.

MY PRAGNIEMY BOGA
Pismo Święte mówi, że Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo (Rdz 1,26-27). Naucza, że ukształtował nas tak, byśmy Go szukali i znaleźli. Oznacza to, że głęboko w sercu wszyscy pragniemy zjednoczyć się z Bogiem. Nawet będąc pogrążony w grzechu, człowiek pozostaje obrazem swego Stwórcy. „Zachowuje pragnienie Boga, który powołuje go do istnienia” (KKK, 2566). Jak powiada Kohelet, Bóg „dał (…) naszym sercom pragnienie wieczności” (Koh 3,11, przekł. paulistów), abyśmy przeczuwali, że należymy do wieczności i do wiecznego Boga.
Jednak tęskniąc za Bogiem, nie zawsze uświadamiamy sobie, że to właśnie za Nim tęsknimy. Często staramy się ugasić pragnienie wiecznego Boga za pomocą rzeczy ulotnych. Pociągają nas przyjemności, władza, prestiż i pieniądze, które jednak przynoszą zaspokojenie tylko na krótko. Pełnej satysfakcji nie dają nam nawet takie dobra, jak wykształcenie, osiągnięcia zawodowe, udane życie małżeńskie czy rodzinne. Tęsknimy za czymś więcej, gdyż, jak powiedział św. Augustyn, Bóg stworzył nas dla siebie i niespokojne jest nasze serce, dopóki w Nim nie spocznie.

BÓG PRAGNIE NAS
Ale nie tylko my tęsknimy. Także sam Bóg tęskni za nami! On od zawsze pragnął, abyśmy Go spotkali. Psalm 139 mówi nam, że Bóg wie, kiedy siadamy i kiedy wstajemy, widzi nasze działanie i nasz spoczynek. Nieustannie czuwa nad nami, gotów nam pomóc, abyśmy mogli odnaleźć drogę do Niego.
Od chwili kiedy nasi pierwsi rodzice popadli w grzech, aż po dziś dzień, nasz Bóg woła do każdego z nas: „Gdzie jesteś?” (Rdz 3,9), a także „Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem” (Jl 2,12): „Jeśli nawet człowiek zapomina o swoim Stwórcy lub ukrywa się daleko od Jego Oblicza, czy też – jak mówi Katechizm – „podąża za swoimi bożkami lub oskarża Boga, że go opuścił, to Bóg żywy i prawdziwy niestrudzenie wzywa każdego człowieka do tajemniczego spotkania z Nim na modlitwie” (KKK, 2567).
Tęsknota Jezusa za nami objawiła się najpełniej na krzyżu. Wołając: „Pragnę” (J 19,28), Jezus powiedział, jak bardzo zależy Mu na zjednoczeniu z nami. Dał nam również poznać, jak daleko jest w stanie się posunąć, aby przyprowadzić nas z powrotem do siebie. Także dziś, dwa tysiące lat po tamtych wydarzeniach, Jezus wciąż pragnie naszej miłości. Wciąż pragnie przygarnąć nas do siebie. Tęskni za nami. Jezus tęskni za tobą.

ŻYWA WODA
DLA SPRAGNIONYCH DUSZ
Czy pamiętasz rozmowę Jezusa z Samarytanką (J 4,5-42)? Kiedy odpoczywał przy studni w samarytańskim miasteczku Sychar, podeszła tam pewna kobieta, aby zaczerpnąć wody. Widząc ją, Jezus poprosił: „Daj mi pić!” (J 4,7). Jednak tymi słowami prosił ją
o coś więcej niż o kubek wody w upalny dzień. Jak mówi św. Augustyn: „Ten zaś, który szukał napoju, pragnął wiary samej niewiasty”. A św. Teresa z Lisieux dodaje: „Mówiąc: «Daj mi pić», Stwórca świata domagał się miłości od swego biednego stworzenia. On pragnął miłości”.
W dalszym ciągu dowiadujemy się, że Jezus znał przeszłość tej kobiety. Wiedział, że pięciokrotnie wychodziła za mąż, a człowiek, z którym żyła obecnie, nie był jej mężem. Wiedział, że przychodząc do studni w najgorętszej porze dnia, kiedy nikogo tam nie było, chciała uniknąć krytycznych spojrzeń i uwag. Ale Jezusa nie odstraszyły ani jej dawne grzechy, ani obecna sytuacja. „O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: «Daj Mi się napić» – powiedział – to prosiłabyś Go, a dałby ci wody żywej” (J 4,10). Jego słowa obnażyły pragnienie, które kobieta próbowała ugasić przez kolejne „miłości” swego życia.
Jezus przeprowadził Samarytankę od wstydu i izolacji do relacji miłości z Bogiem. Zapewnił ją, że nigdy nie będzie już musiała pragnąć. Ona natomiast skosztowała żywej wody obecności i miłości Jezusa. Była tym tak przejęta, że pobiegła do miasteczka, by opowiedzieć wszystkim o Jezusie i o żywej wodzie, którą chce im dać (J 4,39-42). Wreszcie odnalazła to, za czym tęskniła całe życie. I wreszcie tam, przy studni, również Bóg zaspokoił swoje pragnienie – pragnienie bycia kochanym przez nią.

MODLITWA – UGASZENIE
OBU PRAGNIEŃ
Jak więc możesz ugasić swoje pragnienie? Jak zaspokoić swoją najgłębszą tęsknotę? Spotykając się z Jezusem na modlitwie. I nie tylko raz, ale każdego dnia – w domu, na Mszy, na adoracji, odmawiając Różaniec i we wszelkich formach modlitwy, jakie praktykujesz. Pamiętaj, że Jezus również pragnie ciebie i dąży do tego spotkania. Możesz, jak Samarytanka, przyjść do Jezusa
i spędzić z Nim czas, możesz z Nim porozmawiać. Zasiadając dzień po dniu na modlitwie u Jego stóp, znajdujesz się w miejscu, gdzie możesz doświadczyć Jego niepojętej miłości do ciebie i „żywej wody” Jego obecności.
Nie znaczy to, że modlitwa zawsze będzie łatwa. Czasami przeżywamy posuchę, rozproszenia, niepokój. Czasami trudno nam znaleźć czas na modlitwę, a czasami ochotę. Może traktujesz modlitwę jako obowiązek religijny, wymaganie, jakie Bóg stawia przed tobą. Może czujesz się winny, że tak mało się modlisz, a może przychodzisz do Boga tylko wtedy, kiedy potrzebujesz od Niego pomocy. Oczywiście Bóg zawsze cieszy się, gdy do Niego przychodzisz, nawet jeśli jest to tylko pięć sekund wołania o pomoc. Ale pragnie o wiele więcej i chce, abyś i ty doświadczył o wiele więcej. Pragnie wymiany miłości, tego „porywu serca”, o którym pisała św. Teresa.
W jaki sposób możemy przychodzić do Ojca niebieskiego i głębiej doświadczać Jego miłości? Jak spotkanie z Nim zaspokaja naszą wewnętrzną tęsknotę i budzi pragnienie jeszcze głębszej relacji?

 

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Wtorek, 1 października
Łk 9,51-56
Weszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by przygotować Mu pobyt. (Łk 9,52)
Kiedy do jakiegoś miasta czy wioski przybywa ważny dygnitarz, władze – a także mieszkańcy – dokładają wszelkich starań, aby wszystko zostało należycie przygotowane na jego przyjazd. Trawniki mają być skoszone, żywopłoty przycięte, ulice zamiecione, a elewacje budynków odnowione. Wszyscy chcą zrobić jak najlepsze wrażenie na dostojnym gościu, nawet jeśli ta „odświętna wersja” miałaby znacznie odbiegać od zwyczajnej codzienności. Także sam dygnitarz prawdopodobnie poczułby się urażony, gdyby uznał, że jego przyjazd nie został odpowiednio przygotowany.
Jezus, przybywając do kolejnych miejscowości, nie miał tego typu wymagań. Pragnął autentycznego spotkania z ludźmi w ich zwyczajnych warunkach. Był gotów iść do każdego. Oczekiwał, że także Jego uczniowie, których wysyłał przed sobą, nie będą patrzeć na nikogo z góry, lecz głosić mieszkańcom dobrą nowinę o Jego przybyciu do nich.
Jednak w dzisiejszej Ewangelii, kiedy mieszkańcy samarytańskiego miasteczka – ze względu na niechęć żywioną do Żydów – odmówili przyjęcia Jezusa, Jakub i Jan wpadli w gniew. Chcieli surowo ukarać niegościnnych Samarytan, sprowadzając na nich ogień z nieba. Spotkało ich za to surowe upomnienie Jezusa.
Teraz Jezus posyła przed sobą ciebie, jak uczniów z dzisiejszej Ewangelii. Twoim zadaniem jest pomóc innym przygotować się na Jego przyjęcie. Wcale nie jest to takie trudne, jak sądzisz.
Po pierwsze, przyjmuj i kochaj innych takimi, jakimi są. Nie czekaj, aż zmienią swoje życie. Nie wywieraj presji ani nie zrzędź. Zaufaj, że Jezus wykorzysta twoje drobne akty życzliwości i miłości, aby doprowadzić ich do głębszej relacji ze sobą.
Po drugie, głoś Dobrą Nowinę. Kiedy nadarzy się sposobność, podziel się tym, co Jezus uczynił w twoim życiu.
Wreszcie, nie oburzaj się, jeśli ktoś nie jest gotów słuchać o Jezusie. Zauważ, że Jezus nie obraził się na Samarytan. Uzdrowił trędowatego Samarytanina (Łk 17,16)! A po swoim zmartwychwstaniu kiedy polecił uczniom iść „na cały świat” (Mk 16,15) i głosić Ewangelię, Apostołowie, wypełniając ten nakaz Jezusa, zanieśli Dobrą Nowinę także do Samarii (Dz 8,25).
Zasiewaj więc ziarna miłości wśród ludzi, których masz wokół siebie. I módl się o żniwo!
„Panie, proszę, posłuż się moimi drobnymi aktami miłości, aby przygotować sobie drogę do ludzkich serc”.
Za 8,20-23
Ps 87,1-7

▌Środa, 2 października
Świętych Aniołów Stróżów
Mt 18,1-5.10
Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego. (Mt 18,10)
Czy pamiętasz Clarence’a? Tak miał na imię Anioł Stróż w klasycznym gwiazdkowym filmie To wspaniałe życie. Kiedy główny bohater, George Bailey, pogrążony w rozpaczy zamierza popełnić samobójstwo, Clarence interweniuje, ocalając mu życie.
Popularność tego filmu może częściowo wynikać z faktu, że nawiązuje on do dwóch ważnych prawd naszej wiary – że Aniołowie Stróże istnieją i że odgrywają ważną rolę w naszym życiu. Wielu ludzi opowiada zadziwiające, a nawet graniczące z cudem historie o tym, jak przyszedł im z pomocą ich Anioł Stróż.
Ci obrońcy i przewodnicy są naszymi stałymi towarzyszami. Od samego początku aż do śmierci nasze życie „jest otoczone opieką i wstawiennictwem aniołów” (KKK, 336). Dlatego chcąc przypomnieć o istnieniu i uczcić tych naszych opiekunów, Kościół co roku obchodzi ich święto.
Św. Bernard z Clairvaux (1090-1153) określał Aniołów Stróżów mianem, które wydaje się wyjątkowo odpowiednie – nazywał ich naszymi protektorami. Pisał: „Wystarczy podążać za nimi, trwać w ich bliskości, a będziemy cieszyć się opieką Najwyższego Boga. Ilekroć więc poczujesz, że nadciąga ciężka pokusa lub wisi nad tobą przygniatający smutek, wzywaj swego protektora, swego przewodnika, swego wspomożyciela” (Kazanie 12 na temat Psalmu 91).
Na pewno należy wzywać swego Anioła Stróża, gdy znajdujemy się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia. Ale możemy iść za radą św. Bernarda także w mniej dramatycznych okolicznościach – kiedy na przykład tracimy panowanie nad sobą w domu czy w pracy i mamy ochotę powiedzieć coś przykrego komuś, kto nas zdenerwował. Nasz Anioł Stróż usłyszy nas, gdy go wezwiemy, i pomoże nam zareagować z miłością. Ten opiekun, jak mówi św. Bernard, „zaniesie nasze prośby do Boga w niebie i powróci do nas z naręczem łask”.
Jak wielka jest miłość Boga do nas, skoro daje każdemu z nas tak wiernego przewodnika! W święto Aniołów Stróżów znajdźmy czas, by podziękować Ojcu niebieskiemu – a także swojemu Aniołowi Stróżowi – za ich troskliwą opiekę.
„Ojcze, pomóż mi częściej zauważać obecność mego Anioła Stróża”.
Wj 23,20-23
Ps 91,1-6.10-11

▌Niedziela, 6 października
Ha 1,2-3; 2,2-4
Jeśli się opóźnia, ty go oczekuj. (Ha 2,3)
Nikt nie lubi czekać. Kiedy stoimy na czerwonym świetle, przesiadujemy godzinami w kolejce do lekarza w przy-
chodni lub wyczekujemy narodzin dziecka, czas wlecze się nam w nieskończoność. Nawet jeśli tłumaczymy sobie, że czekanie wkrótce się skończy, najchętniej przyspieszylibyśmy to, co ma się wydarzyć.
Tak właśnie czuł się prorok Habakuk, patrząc na swoje umiłowane miasto, Jerozolimę. Wojska babilońskie pokonały już Egipt i mieszkańcy Jerozolimy zdawali sobie sprawę, że są następni na liście. Oprócz wiszącej nad krajem groźby wojny, Habakuka trapił niepokój o moralny i religijny stan miasta. Nieudolni królowie zawierali i łamali przymierza z pogańskimi narodami, kult obcych bogów zdobywał sobie coraz większą popularność, a bogaci i potężni wykorzystywali ubogich i słabych. „Jak długo, Panie, mam wzywać pomocy – a Ty nie wysłuchujesz? (...) Oto ucisk i przemoc przede mną, powstają spory, wybuchają waśnie” (Ha 1,2.3) – wołał Habakuk. Jednak Bóg wydawał się głuchy na jego słowa.
Czy i ty znasz to uczucie? Dziecko odeszło od Kościoła i tak bardzo wyczekujesz jego powrotu. Przyjaciółka nie odbiera telefonów i zastanawiasz się, co takiego jej zrobiłaś. Przemoc wobec słabych, nienarodzonych i cudzoziemców wciąż się nasila i zastanawiasz się, kiedy wreszcie Bóg położy temu kres. Czasami konieczność czekania na jakiekolwiek rozwiązanie problemu po prostu sprawia ból.
Jeśli odnajdujesz się w tym opisie, to wiedz, że Bóg ma dla ciebie słowo – to samo, które skierował do proroka Habakuka: „Jest to widzenie na czas oznaczony” (Ha 2,3). Boży plan jest wciąż w fazie realizacji. Nie znaczy to jednak, że Bóg stoi z boku, patrząc biernie na twoje zmagania. Staraj się trwać przy Nim, złóż swoją ufność w Jego miłości i miłosierdziu. Nie poddawaj się, nawet gdy wszystko wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Bóg wciąż cię kocha i będzie cię kochał zawsze.
Bóg powiedział Habakukowi, że „sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności” (Ha 2,4). Ta obietnica dotyczy również ciebie.
„Panie Jezu, wierzę w Twoją miłość i miłosierdzie. Przyjdź i naucz mnie oczekiwać z wiarą!”
Ps 95,1-2.6-9
2 Tm 1,6-8.13-14
Łk 17,5-10

▌Niedziela, 13 października
Łk 17,11-19
Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec? (Łk 17,18)
Dzisiejsze czytania ukazują dwóch cudzoziemców cierpiących na trąd: Naamana, wodza wojsk króla Aramu, oraz człowieka z Samarii. Obaj zostali w cudowny sposób uzdrowieni przez Boga Izraela – Naaman za pośrednictwem proroka Eliasza, a Samarytanin przez Jezusa. Obaj też uznali ten fakt – Naaman ślubował nie składać ofiar „innym bogom, jak tylko Panu” (2 Krl 5,17), a Samarytanin był jedynym z całej grupy uzdrowionych, który powrócił, by podziękować Jezusowi (Łk 17,15-16). W obu tekstach wiara tych cudzoziemców skontrastowana jest z postawą ludu Bożego.
Oba czytania podkreślają fakt, że Bóg jest Bogiem wszystkich narodów, a nie tylko Izraela. Nawet jeszcze w Starym Testamencie zdarzało się, że cudzoziemcy uznawali Boga Izraela za swego Boga. Nauczając w swoim rodzinnym Nazarecie, Jezus zaznaczył, że Bóg posłał Eliasza nie do „swoich”, ale do Syryjczyka Naamana i pogańskiej wdowy z Sarepty (Łk 4,25-27). Pochwalił też wiarę uzdrowionego z trądu Samarytanina, który powrócił, by Mu podziękować. Wygląda na to, że Bóg czasami posługuje się ludźmi z zewnątrz, aby potrzasnąć „swoimi”, którzy stali się obojętni w wierze.
Bóg także dziś posługuje się ludźmi będącymi daleko od Kościoła, aby poruszyć nasze sumienia. Na przykład ktoś, kto po raz pierwszy bierze udział we Mszy świętej, zwykle zadaje wiele pytań. Może to nam uświadomić, że uczestnicząc we Mszy świętej już od lat, wpadamy w rutynę, bezmyślnie powtarzamy gesty i słowa modlitw, nie pamiętając o ich głębokim sensie. Jest to sygnał, że warto dowiedzieć się czegoś więcej na temat liturgii.
Albo spotkanie z członkiem innego ruchu lub chrześcijaninem innego wyznania, kimś, kto nie ma oporów przed zaproponowaniem wspólnej modlitwy, może zmobilizować nas do odważniejszego wyznawania swojej wiary.
Każdemu z nas przyda się spojrzenie na sprawy wiary z innej perspektywy. Dlatego nie bójmy się kontaktów z ludźmi spoza naszego zwykłego kręgu znajomych. Być może Bóg ma nam przez nich coś ważnego do powiedzenia.
„Jezu, dziękuję ci za wszystkich, którzy pomagają mi wzrastać w wierze”.
2 Krl 5,14-17
Ps 98,1-4
2 Tm 2,8-13

▌Niedziela, 20 października
Wj 17,8-13
Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. (Wj 17,11)
Czy nie chciałbyś mieć jakiegoś sposobu na to, by zapewnić skuteczność swoim modlitwom? W przypadku Mojżesza było to idealnie proste – kiedy trzymał ręce wzniesione, Izrael zwyciężał, kiedy je opuszczał, Izrael zaczynał przegrywać. Jednak Mojżesz nie był w stanie sam wytrwać długo w pożądanej pozycji. Aby trzymać ręce w górze, potrzebował pomocy innych.
Historia ta uświadamia nam, że wszyscy czasami potrzebujemy wsparcia. Dlatego przemawia do nas obraz Aarona i Chura podtrzymujących ręce Mojżesza, który modli się o zwycięstwo Izraelitów w bitwie. Przyjaciele stają przy nim, aby pomóc mu uczynić to, czego nie był w stanie dokonać w pojedynkę.
Każdy z nas potrzebuje braci i sióstr w Chrystusie, którzy nas podtrzymują, którzy pomagają nam wytrwać. Z pewnością przypominasz sobie sytuacje, w których prosiłeś bliską osobę o modlitwę w ważnej dla ciebie intencji. Jej wsparcie wiele wtedy dla ciebie znaczyło.
Także wtedy, gdy nie widzisz natychmiastowej odpowiedzi na swoją modlitwę, twoi wierzący przyjaciele, jak towarzysze Mojżesza, mogą pomóc ci jaśniej zobaczyć „pole bitwy” i dostrzec na nim Boże działanie. Mogą przypomnieć ci konkretne sytuacje z przeszłości, w których Bóg wysłuchał twoją – lub ich – modlitwę. A kiedy czujesz się pogrążony w zupełnych ciemnościach, mogą wspierać cię swoją obecnością i modlitwą, abyś mógł iść dalej. Ty z kolei gotów jesteś zrobić dla nich to samo.
Nie działaj więc sam. Może już masz kogoś, kto wspiera cię modlitwą, przyjaciela, który wraz z tobą woła do Pana. A jeśli nie, proś Pana o taką osobę. On dobrze rozumie, co znaczy samotność, i jakim błogosławieństwem jest mieć przy sobie kogoś, kto nas podtrzyma.
„Dziękuję Ci, Panie, za dar przyjaźni, za to, że możemy wspierać się modlitwą”.
Ps 121,1-8
2 Tm 3,14--4,2
Łk 18,1-8


▌Niedziela, 27 października
Łk 18,9-14
Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie. (Łk 18,11)
Spróbuj wyobrazić sobie tę scenę. Zobacz najpierw faryzeusza, szanowanego członka społeczeństwa, przychodzącego do świątyni na modlitwę. Dramatycznym, wystudiowanym gestem wznosi ręce. Jego filakterie – zawieszone na głowie i lewym ramieniu skórzane pudełka z fragmentami Biblii Hebrajskiej wypisanymi na pergaminie – są tak pokaźne, że przysłaniają jego brwi. Frędzle jego modlitewnego szala – mające dyskretnie przypominać o Prawie Mojżesza – są również wyjątkowo długie i okazałe, co ma podkreślać jego gorliwość i pobożność (Mt 23,5). Swoją prezencją robi o wiele większe wrażenie niż „inni ludzie”.
A teraz wyobraź sobie celnika. Stoi z tyłu ze spuszczoną głową, by uniknąć pogardliwego spojrzenia faryzeusza. Jako dobrze opłacany przedstawiciel urzędników rzymskich ubrany jest przyzwoicie, ale nie pretensjonalnie. Po jego policzkach spływają łzy. Przyszedł do świątyni tylko z jednego powodu. Uświadomił sobie, jak wiele zła wkradło się w jego życie. Małe wymuszenia, podejrzane transakcje, łapówki – dzięki temu stał się zamożnym człowiekiem. Ale jakim kosztem? Wyzyskiwał ludzi, którzy ledwo wiązali koniec z końcem. Wysyłał ich do więzienia za długi, nie przejmując się losem ich rodzin. Widzi to teraz i jest głęboko skruszony. Nie jest w stanie odmawiać długich modlitw. Powtarza jedynie: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” (Łk 18,13).
Faryzeusz, zadowolony z dobrze odprawionej modlitwy, opuszcza świątynię w takim samym stanie, w jakim do niej przybył – zapatrzony we własną sprawiedliwość i mający w pogardzie innych (Łk 18,9). Natomiast celnik odchodzi wolny. Wraca do domu lekkim krokiem, z podniesioną głową i pogodną twarzą, z postanowieniem, że będzie postępował inaczej, że zwróci nieprawnie pobrane pieniądze.
W każdym z nas jest trochę z faryzeusza – pychy, samozadowolenia, wywyższania się nad innych, obłudy. I trochę z celnika – świadomości własnych grzechów, pragnienia odwrócenia się od zła i zadośćuczynienia za nie. Dziś na Mszy świętej wołajmy wraz z celnikiem:
„Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!”
Syr 35,12-14.16-18
Ps 34,2-3.17-19.23
2 Tm 4,6-9.16-18


MAGAZYN:

Serce złączone z Bogiem

Św. Joanna de Chantal i jej droga do duchowej wolności

Joanna przeżywała najdramatyczniejsze chwile swojego życia. W wieku dwudziestu dziewięciu lat została wdową z czwórką małych dzieci, które odtąd musiała wychowywać samodzielnie. Po śmierci męża, Krzysztofa, barona de Chantal, postrzelonego przypadkiem na polowaniu, na jej barki spadło zarządzanie wielką posiadłością oraz troska o przyszłość rodziny. Do tego dochodziły i inne problemy – apodyktyczny teść, presja społeczna na zawarcie powtórnego małżeństwa oraz jej własny paraliżujący smutek. Joanna rozpaczliwie pragnęła zostawić wszystko i wstąpić do klasztoru, co przy tylu obowiązkach rodzinnych oczywiście nie wchodziło w grę.
Jednak, co zastanawiające, właśnie w tym tragicznym dla niej okresie Joanna zaczęła odkrywać coraz większą wolność wewnętrzną. Pomimo trudnych okoliczności i natłoku negatywnych uczuć, starała się kochać Boga i innych, jak umiała najlepiej. Przy całej intensywności swoich niespełnionych pragnień, których daremność wciąż na nowo sobie uświadamiała, zwracała się na modlitwie do Pana, szukając Jego pomocy, by służyć i być Mu posłuszną. Wśród wszystkich zewnętrznych ograniczeń stała się „wolna” w swoim sercu – wolna, by rozkwitać, by kochać, by służyć Bogu w każdym kolejnym dniu.

UDRĘKA W MONTHELON
W 1601 roku Joanna karmiła jeszcze piersią swoją najmłodszą córeczkę, urodzoną na krótko przed wypadkiem męża. Przetrwała parę miesięcy głębokiej depresji, odrzuciła też kilka propozycji małżeńskich, wierząc mocno, że Bóg pragnie, by pozostała w stanie wolnym.
W międzyczasie w jej wdowim życiu pojawiły się dalsze komplikacje. Despotyczny teść zagroził wydziedziczeniem wnuków, jeśli Joanna wraz z nimi nie przeprowadzi się do jego posiadłości. Postawiona pod presją Joanna wyraziła zgodę. Teść dał jej do dyspozycji jedynie pokój na strychu. W dodatku wybuchowego barona Guya niełatwo było zadowolić, a jego kochanka nie cierpiała nowo przybyłej. Mimo to Joanna wkrótce zajęła się piątką jej dzieci i innymi młodocianymi krewnymi. Starała się też o medykamenty, aby leczyć chore sługi i sąsiadów. Nie był to dla niej szczęśliwy czas, ale działała z cierpliwością i dobrocią. Nie pozwalając sobie na zajmowanie się własnymi frustracjami, szukała okazji, by służyć innym, zaspokajając ich potrzeby. To pomagało jej odsuwać na bok wszelkie urazy, które się w niej pojawiały.

W POSZUKIWANIU
DORADCÓW
Jednak serce Joanny było niespokojne. Pragnęła odkryć wolę Boga w stosunku do siebie. Wydawało się jej mało prawdopodobne, by pełne udręki życie w Monthelon było jej „prawdziwym powołaniem”. Czując się zagubiona, poprosiła kapłana z pobliskiego sanktuarium, aby został jej kierownikiem duchowym. Kazał jej on uroczyście przysiąc, że wypełni każde jego polecenie i nie będzie szukała rady u nikogo innego. Następnie wyznaczył jej solidną dawkę codziennych modlitw i umartwień. Chociaż utrudniały jej one znacznie podejmowanie normalnych obowiązków domowych, Joanna skrupulatnie stosowała się do nakazów spowiednika. Mimo to w żaden sposób nie przybliżyła się do poznania woli Bożej względem siebie.
W marcu 1604 roku ojciec Joanny, Benigne, zaprosił ją do siebie do Dijon. Tam wybrali się, by wysłuchać wielkopostnego kazania Franciszka Salezego, młodego biskupa Genewy. Siedząc tuż pod amboną, Joanna słuchała z uwagą słów kaznodziei. Prawie natychmiast zdecydowała się poprosić Franciszka o poradę duchową, pomimo obiekcji związanych z przyrzeczeniem danym spowiednikowi.
Podczas krótkiego spotkania w Wielkim Tygodniu Franciszek powiedział jej, że rolą kierownika duchowego nie jest uzależnianie penitenta od siebie, ale udzielanie mu wsparcia, by mógł w wolności odkrywać to, co mówi do niego Bóg. Pierwszy raz od miesięcy Joanna poczuła, że może swobodnie oddychać. Wkrótce otrzymała kolejną dobrą wiadomość. Po modlitwie i rozeznaniu Franciszek zgodził się zostać jej kierownikiem duchowym. Przyszły św. Franciszek Salezy, autor klasycznej pozycji duchowej Wprowadzenie do życia pobożnego, pozostał przyjacielem i duchowym współpracownikiem Joanny na następne dwadzieścia lat, kontaktując się z nią głównie drogą korespondencyjną.
„O Panie, jak szczęśliwy był to dla mnie dzień! Czułam, jak moja dusza obraca się w drugą stronę i wydobywa ze swego wewnętrznego więzienia” – pisała Joanna. Wyzwolona od przesadnej dewocji, mogła wreszcie w wolności przedstawiać poruszenia swego serca Bogu i swojemu nowemu kierownikowi duchowemu.

„CZYŃ WSZYSTKO Z MIŁOŚCIĄ”
Zaraz na początku Joanna wyjawiła Franciszkowi swoje najbardziej palące pragnienie – chciała poświęcić się Bogu jako siostra zakonna. Podobnie jak wielu oddanych chrześcijan w jej epoce, Joanna uważała życie rodzinne za niższe powołanie. Ponieważ jednak dzieci wciąż jej potrzebowały, przewidywała, że upłyną jeszcze całe lata, zanim będzie mogła zacząć żyć swoim „prawdziwym” powołaniem.
Franciszek wysłuchał jej życzliwie, a następnie uśmiechnął się i powiedział, że rola matki i synowej nie jest czymś, co musi znosić, dopóki nie będzie mogła naprawdę wypełniać woli Bożej. Może przyjąć tę rolę jako wolę Boga w stosunku do niej na ten czas. Kiedy Joanna poprosiła go o „regułę życia” dla swego wdowieństwa, odpowiedział: „Czyń wszystko z miłością, a nic z przymusu… Chcę, aby twój duch czuł się wolny. Decyzje pozostawiam tobie”.
Joanna wzięła sobie te wskazania do serca. „Pozostawałam, tak jak mnie uczył, odpoczywając w Bożych ramionach… Przestałam zajmować się próżnymi obietnicami spokoju, atrakcyjności i oczywistych korzyści płynących z życia zakonnego. Zamiast tego starałam się ofiarować serce opróżnione ze wszystkich uczuć poza… miłością”. Świadomie przenosząc uwagę ze swoich niespełnionych pragnień na bieżącą rzeczywistość, Joanna otrzymała siłę, by w ludziach, których miała wokół siebie, zobaczyć tych, do miłowania których wzywa ją Bóg. Została wyzwolona od troski o przyszłość, a to pozwoliło jej radośnie i w pokoju serca służyć Bogu w teraźniejszości.

ŻYCIE ZAKONNE
Kiedy już wszystkie dzieci Joanny miały zapewnioną przyszłość w dobrej szkole, małżeństwie lub klasztorze, ona sama mogła wreszcie w wolności zastanowić się nad podjęciem życia zakonnego. W czerwcu 1607 roku spotkała się z Franciszkiem, aby porozmawiać o swojej przyszłości. Była zdecydowana wstąpić do zakonu, jaki poleci jej kierownik duchowy. Jednak Franciszek zaskoczył ją, proponując, by stała się współzałożycielką nowego zgromadzenia zakonnego.
Niemal wszystkie zakony w tych czasach miały charakter klauzurowy, a siostry żyły według ścisłej reguły nakazującej długotrwałe modlitwy, posty i ciężką pracę. Nowe zgromadzenie, o jakim myślał Franciszek, miało posyłać siostry na zewnątrz, aby troszczyły się o chorych i ubogich. Oczywiście miały one uczestniczyć we wspólnych modlitwach, ale także starać się trwać w obecności Boga podczas pełnienia obowiązków domowych i dzieł miłosierdzia. Zgromadzenie miało nosić nazwę Sióstr Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny (sióstr wizytek), ponieważ nawiedzenie przez Maryję św. Elżbiety miało charakter zarówno aktywny, jak
i kontemplacyjny. Joanna zaaprobowała ten pomysł i wraz z Franciszkiem zajęła się jego realizacją.
W Niedzielę Trójcy Przenajświętszej 1610 roku do domu w Annecy, niedaleko stolicy biskupiej Franciszka w Genewie, wprowadziły się pierwsze cztery siostry. Joannie zależało na tym, by klasztor był miejscem przyjaznym dla zakonnic, w którym bierze się pod uwagę temperament i zdolności każdej z nich. Pisała: „Od każdej osoby należy oczekiwać tylko tego, co można uzyskać łagodnością… W ten sposób nasze siostry zachowają tę świętą i pożądaną wolność ducha, która jest niezbędna dla ich wzrostu”. Joanna starała się być przykładem, wypełniając na równi z siostrami wszystkie obowiązki, jakie im przydzielała. Uczyła je też nie przywiązywać się do rzeczy i okoliczności. Zgromadzenie rozwijało się. Pod koniec pierwszego roku liczyło już dwanaście sióstr.

PRZYJĘCIE NOWEJ WIZJI
W 1617 roku, z okazji otwarcia klasztoru w Lyonie, siostry wizytki odwiedził kardynał de Marquemont. Zażyczył on sobie, aby wspólnota przyjęła status oficjalnego zakonu. Nalegał, by zamiast wychodzić na zewnątrz i służyć ubogim, siostry zachowywały klauzurę. Z początku Joanna nie była w stanie znieść myśli o porzuceniu pierwotnej koncepcji zgromadzenia. Błagała Franciszka, aby „napisał do arcybiskupa parę słów mocnym atramentem”. Franciszek zaczął jednak od długiej i intensywnej modlitwy. Jeszcze zanim rozeznał, że ta zmiana kierunku jest jednak wolą Bożą dla Zakonu Nawiedzenia, także Joanna odzyskała spokój ducha. Każde z nich z osobna doszło do tego samego wniosku. „Nagle odkryliśmy, że nasze nastawienie zmieniło się i mamy w sobie wielkie pragnienie klauzury” – pisała Joanna.
Ufając Chrystusowi i dochowując wierności modlitwie, Joanna przyjęła decyzję kardynała nie z rezygnacją, ale ze spokojem w sercu. Uznała, że jej pierwotna reakcja wypływała z jej własnej woli, a nie z modlitewnego poddania się Bogu.
Każdy klasztor nawiedzenia podlegał miejscowemu biskupowi. Pozostawały one jednak w ścisłym kontakcie między sobą, traktując dom macierzysty w Annecy jako szanowaną „starszą siostrę”. Nie będąc oficjalną przełożoną całego zakonu, Joanna także funkcjonowała jako „starsza siostra”, niestrudzenie wizytując kolejne klasztory, by delikatnie wskazywać im właściwy kierunek i uczestniczyć w życiu wspólnot. Jej ulubioną funkcją było budzenie dzwonkiem sióstr na poranną modlitwę.

ETAPY WOLNOŚCI
W 1641 roku Joanna ostatecznie zrezygnowała ze wszystkich odpowiedzialnych funkcji w zakonie. Na początku siostry usiłowały okazywać jej szczególne względy i przywileje, ona jednak domagała się skromniejszej roli. W ostatnim roku życia cieszyła się wyjątkową wolnością, doświadczając słodyczy Chrystusa, tak jak nie zdarzyło się jej już od lat.
W jaki sposób Joanna dorastała do pełni wolności dziecka Bożego? Działo się to przede wszystkim w ciszy jej serca. Joanna nie pozwalała, by trudne charaktery innych czy podejmowane przez nich niekorzystne dla niej decyzje rzutowały na jej własną relację z Bogiem. Nie lekceważąc swoich uczuć ani nie ignorując pragnień, szukała źródeł swojego niezadowolenia i uczciwie przedstawiała je Bogu na modlitwie. Wielokrotnie odkrywała, że jej najgłębsze pragnienia – miłowania Boga i służenia ludziom – mogą być spełnione nawet wtedy, gdy sprawy nie układają się po jej myśli. W każdych okolicznościach znajdowała w sobie dość wolności, by być radosną, życzliwą i wdzięczną – taka była ukryta droga Joanny, która doprowadziła ją do ostatecznego zwycięstwa. ▐

 

Odpowiedź na ankietę „Błogosławieństwo starości”:

Starość – czas na pielgrzymowanie

Mam na imię Maria. Dobiegam osiemdziesiątki. Piszę to świadectwo kilka dni po powrocie z Camino – drogi do Santiago de Compostela, sanktuarium św. Jakuba w Hiszpanii. Szłam z córką i małżeństwem Polaków mieszkających w Niemczech. Szliśmy z Porto 260 km. Duszę moją zalewa fala wielkiej radości, którą chciałabym się podzielić.
Moja starość zaczęła się od tego, że zaczęłam pielgrzymować. Z Pszczyny, gdzie mieszkam, już 26 razy szłam na Jasna Górę (130 km), 6 razy do Kalwarii Zebrzydowskiej (62 km). Gdy miałam 74 lata, koleżanka namówiła mnie na Camino. Wtedy nie wiedziałam nawet co to jest. Słyszałam tylko, że idzie się do św. Jakuba. Ale św. Jakub mnie zapraszał, więc wyruszyłam w tę drogę. Pojechałam autobusem sama do Francji, potem szłam około 1000 km. Opatrzność Bożą miałam cały czas „w zasięgu ręki”. Już po stronie hiszpańskiej, w Roncevales, spotkałam troje Polaków. Były to dwie nauczycielki z Mazur i Krzyś z Niemiec, młodsi ode mnie o 20 lat. „Przyssałam” się do nich i szliśmy razem do samego końca. Codziennie przed wyruszeniem wyznaczaliśmy sobie intencje. Przyjaźnimy się do tej pory. Jedna z nich, Danusia, już nie żyje.
Drugi raz pojechałam znów do Francji, a potem autobusem do Bilbao. Stamtąd do Santiago jest jeszcze 660 km.
W Bilbao dołączyłam do dwojga Niemców. Też się do nich „przyssałam”, choć oni nie znali polskiego a ja niemieckiego. Wędrowaliśmy razem do końca. W Santiago, przy ostatnim śniadaniu, Gisel (tak miała na imię Niemka – wspaniały człowiek) powiedziała mi, a raczej pokazała, że za dwa lata pójdziemy z Porto, bo to łatwiejsza trasa. Ja poszłam, ona już niestety nie, ponieważ złamała nogę w biodrze. Doszłam z trudem, a tu katedra w remoncie, św. Jakub osamotniony w ołtarzu, rusztowania w całym wnętrzu. Funkcję gospodarza przejęli na czas remontu sąsiedzi – franciszkanie. Wszystkie moje pielgrzymki do Santiago są udokumentowane – przechowuję paszporty i kompostelki.
W tym roku chcę zakończyć moje pielgrzymowanie. Jeszcze pójdę do Częstochowy, potem na Kalwarię i do sanktuarium Matki Bożej w Płokach – to już całkiem blisko, tylko 15 km w jedna stronę. A potem pewnie wybiorę się w moją ostatnią pielgrzymkę, z której się już nie wraca.
Św. Jakubie, a kiedy będę u kresu drogi,
i kiedy stanę już w Pana progi,
to mnie przywitaj. I w miłym geście
szepnij do ucha – nareszcie jesteś!
Maria


Sklep internetowy Shoper.pl