E-BOOK
7.38
PLN
Słowo wśród nas Nr 10 (266) 2015 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 10 (266) 2015 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 7,38 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO PAŹDZIERNIKOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ

Październikowy numer „Słowa wśród nas” poświęcony jest Maryi – naszej Przewodniczce i Orędowniczce. W artykułach trzy kobiety opowiadają o własnej osobistej relacji z Matka Bożą: jedna z nich dzieli się tym, jak Maryja pomogła jej odnaleźć sens życia po śmierci męża, druga pisze o uporaniu się z rakiem rozpoznanym u córki, trzecia - o swej pracy z rodzinami więźniów skazanych na karę śmierci. Każda z tych historii w inny sposób ukazuje Maryję, która pociesza i prowadzi każdego, kto prosi Ją o pomoc. 

Jak w każdym numerze polecamy „Medytacje na każdy dzień” do jednego z czytań mszalnych. 
W Magazynie znajdują się świadectwa na temat życie we wspólnocie Arka, powołania do kapłaństwa, Bożego prowadzenia w życiu młodej studentki, a także odpowiedź na naszą ankietę „Bóg żyje i działa”. Ponadto krzyżówka biblijna i kalendarz.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Zdrowaś Maryjo, moja Siostro Wdowo!
Maryja była blisko mnie, gdy żegnałam się z moim mężem – Jean Engelman............................................ 4

Okazać serce ubogim i cierpiącym
Maryja otworzyła mi oczy na świat, którego wcześniej nie znałam – Felicia Difato........................ 9

Kontemplując Pietę
Od Maryi nauczyłam się pomagać ludziom w żałobie – Susan Recinella...................................... 14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 października..................................... 18

MAGAZYN

Życie wśród przyjaciół
Obrazki z życia wspólnoty Arka – James Archer..................................... 44

Wierny ojciec, wdzięczny syn
Bóg działał z mocą w moim życiu, chociaż ja tego nie widziałem – ks. Robert Blauvelt..................................... 49

Obca w obcym świecie
Jak odnalazłam drogę wśród wyzwań życia studenckiego – Lynne May................................ 53

Proszę Boga o wdzięczne serce – odpowiedź na ankietę „Bóg żyje i działa................. 58

Nasza ankieta........................................................... 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

ARTYKUŁY:

OKAZAĆ SERCE UBOGIM I CIERPIĄCYM
Maryja otworzyła mi oczy na świat, którego wcześniej nie znałam

Pewnego styczniowego wieczoru 1987 roku nasza trzyletnia wówczas córeczka, Christine, weszła do naszego pokoju. Chwilę później, wychodząc, wpadła na ścianę. Przestraszona zaczęła płakać i powiedziała nam, że nic nie widzi. Pomogłam jej dojść do łóżeczka, a następnego dnia rano zarejestrowałam ją na wizytę do okulisty.
Po badaniu lekarz poinformował mego męża Joego i mnie, że Christine cierpi na rzadką formę raka oka (siatkówczak) i zmiany są dość zaawansowane w obojgu oczach. Siatkówka w lewym oku była odklejona w pięćdziesięciu procentach, a w prawym oku całkowicie. Pocieszeniem było jedynie to, że zaledwie w około dziesięciu procentach przypadków choroba okazuje się śmiertelna.
Christine, dotąd otwarte i towarzyskie dziecko, zamknęła się w sobie, stając się zalęknioną i apatyczną introwertyczką. Pomimo młodego wieku rozumiała, że coś jest nie w porządku. Ja z kolei obawiałam się, że choroba zaatakowała również mózg, co najprawdopodobniej doprowadziłoby do jej śmierci. Kiedy przychodziły mi takie myśli, zwracałam się do Pana i modliłam się: „Jeśli to już koniec, to trudno. Jeśli muszę ją stracić, będę ze wszystkich sił próbowała Tobie zaufać. Jako chrześcijanka, wiem, że Ty czuwasz nad wszystkim. Ale jako matka, proszę Cię, byś pozwolił jej żyć”.
Radioterapia sprawiła, że guzy w obu oczach znacząco się skurczyły. Mimo to jednak, zgodnie z przewidywaniami lekarzy, prawe oko zostało całkowicie zniszczone przez raka i trzeba było je usunąć. Nieco ponad półtora roku później podczas kontroli okresowej stwierdzono, że guz w lewym oku zaczął ponownie rosnąć. Niestety, 28 grudnia 1988 roku nasza czteroletnia już córeczka straciła także lewe oko. Stała się niewidoma.

SERCEM PRZY SERCU MARYI
Może wydawać się to szalonym pomysłem, ale jednym z naszych pierwszych działań po wykryciu raka u Christine było coś, co nazwaliśmy „terapią Tobiasza”. Przypomnieliśmy sobie historię biblijną o tym, jak syn Tobiasza uzdrowił swego ojca ze ślepoty, smarując mu oczy maścią z rybiej żółci i wątroby (Tb 11,1-13). Poszłam więc do sklepu, kupiłam całą, niewypatroszoną rybę i przyrządziłam podobną maść. Modląc się wraz z kilkoma zaproszonymi osobami, przyłożyłam maść na oczy córki w nadziei na jej uzdrowienie. Byliśmy w stanie zrobić dla niej wszystko!
Terapia Tobiasza nie poskutkowała, kiedy jednak następnego dnia przeczytałam i przemodliłam całą historię Tobiasza oraz przeczytałam kilka komentarzy biblijnych, spojrzałam na sprawę jeszcze inaczej. W jednym z komentarzy wyczytałam, że żółć symbolizuje gorycz, która otwiera nam oczy wiary. Była tam też mowa o tym, że serce jest miejscem spotkania Boga z człowiekiem.
Komentarz ten nasunął mi skojarzenie z Maryją stojącą u stóp krzyża Jezusa. Przypomniałam sobie żółć (wino zaprawione gorzką mirrą) podaną przez żołnierzy Jezusowi przed Jego śmiercią. Podobnie jak ja cierpiałam z powodu Christine, Maryja cierpiała patrząc na Syna, który odmówił przyjęcia gorzkiego napoju (Mk 15,23). Odtąd powierzając Panu swój niepokój i łzy, myślałam, że tak samo czyniła Maryja. Patrząc na ciało Christine, pokłute igłami, przypominałam sobie Maryję patrzącą na ciało swego Syna przebite gwoździami i włócznią. Z czasem coraz bardziej czułam, jak moje serce spotyka się z sercem Maryi – dokładnie tak, jak wyjaśniał to komentarz.

RADOSNA I CHRONIONA
Podczas radioterapii Christine przez pięć tygodni musiałam codziennie jeździć do szpitala. Na szczęście jeździły tam ze mną moje siostry w Panu. Codziennie rano w drodze modliłyśmy się na różańcu. Ta prosta modlitwa pomagała mi z większym spokojem przeżywać to, co się działo. Pomagała mi uporać się z faktem, że moja córka po raz kolejny otrzyma intensywną dawkę promieniowania.
Tajemnice radosne, które odmawiałyśmy najczęściej, najbardziej podnosiły Christine na duchu. Lubiła zapowiadać każdą z tajemnic i opowiadać, co się w niej działo. Ja wówczas czułam się tak, jakby Maryja mówiła do mnie: „Wszystko, co do ciebie należy, to trwać w pokoju. Mój Syn dokona reszty. On zna całą sytuację i On ukoi twoje serce”. Było to bardzo pocieszające, zwłaszcza że jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, jak sprawy się potoczą.
Pewnego dnia w drodze do szpitala moja przyjaciółka nieopatrznie przejechała na czerwonym świetle i zderzyła się z drugim samochodem, powodując uszkodzenia obu pojazdów. Był to jej pierwszy wypadek w ciągu trzydziestu sześciu lat za kierownicą. Właściciel drugiego samochodu zdenerwował się nie na żarty. Biegając tam i z powrotem, krzyczał: „Co zrobiłyście z moim samochodem?”. Niemal natychmiast jedna z kobiet będąca świadkiem wypadku podeszła do niego i powiedziała: „No i czego pan się tak denerwuje? Nie jest pan zadowolony, że nikomu nic się nie stało? Zwłaszcza tej malej dziewczynce na tylnym siedzeniu?”. Mężczyzna uspokoił się natychmiast. Dwóch innych mężczyzn podeszło do nas i zaproponowało: „Może zmienimy wam koło?”.
Po przybyciu policji funkcjonariusz zapytał moją przyjaciółkę o jej dotychczasowy przebieg jazd i ku naszemu zdumieniu nawet nie wypisał mandatu. Wracałyśmy do domu poturbowanym samochodem, dziękując Panu i wychwalając Go przez całą drogę. Byłyśmy przekonane, że czuwała nad nami Maryja.

WELON MARYI
Na początku radioterapii Christine bardzo się bała. Próbowaliśmy przygotować ją, robiąc próby w domu. Tłumaczyliśmy, że musi leżeć całkowicie nieruchomo, aby promieniowanie dotarło dokładnie tam, gdzie powinno. Było to jednak dla niej bardzo trudne. Przez cały czas płakała. Myśl o tym, że ma leżeć zupełnie sama, z całym ciałem przykrytym formą z gipsu, podczas gdy zimna, bezduszna maszyna będzie wysyłać promienie w jej oko, budziła w niej przerażenie. Poprosiłam więc lekarza, żeby pozwolił nam zabrać formę do domu. Zaraz po powrocie pomalowałam ją maryjnymi kolorami – błękitem i bielą, aby wyglądała jak szata Matki Bożej – tak jak przedstawia się ją na obrazach. Na wierzchu udrapowałam niebieski materiał, nazywając go „welonem Maryi”. Powiedzieliśmy Christine, że forma ta upodabnia ją do Maryi, która była jej ulubioną świętą.
Od tej chwili na widok formy gipsowej Christine bez lęku szła do sali naświetlań. Wiedziała, że Maryja jest
z nią. Z dumą informowała wszystkich – lekarzy, pielęgniarki i pacjentów – „To jest mój welon Maryi”. Myślę, że nie zdawała sobie sprawy, ile osób zostało poruszonych jej świadectwem.
Kiedy zaczęłyśmy jeździć do szpitala, martwiłam się jedynie o moją córkę. Jednak siedząc całymi dniami na oddziale dziecięcym, widziałam setki maleństw dotkniętych różnymi chorobami: uszkodzeniami mózgu, wadami serca, rakiem, białaczką i wieloma innymi. Serce mi się krajało na widok tych dzieci, zmagających się dzielnie ze straszliwymi chorobami. Jedyne, co mogłam zrobić, to modlić się za nie. Prosiłam więc Maryję, naszą Matkę, o pociechę dla nich.
To samo zobaczyłam po rozpoczęciu radioterapii. Tym razem jeździłyśmy na oddział onkologiczny, gdzie leżało wielu starszych pacjentów, często mających niewielkie lub żadne wsparcie ze strony swoich rodzin. Christine była tam jedyną osobą poniżej pięćdziesiątki. Co najmniej dwudziestu pacjentów, przeważnie w terminalnym stanie raka, podeszło do mnie mówiąc: „Ofiaruję swoje cierpienie Bogu w intencji pani córeczki”. Tu znowu byłam poruszona do głębi ich bezinteresowną dobrocią.
Z czasem zaczęliśmy modlić się z niektórymi spośród nich, a Bóg napełniał ich swoją miłością i pokojem.
Gdzieś pomiędzy patrzeniem na chore dzieci i spotkaniem ze starszymi pacjentami moje oczy otworzyły się na świat ludzi cierpiących, którego istnienie wcześniej ledwo dopuszczałam do świadomości. Któregoś dnia w poczekalni radiologicznej poczułam, jak Maryja mówi do mnie: „Nie martw się o Christine. Ja się nią zajmę. Ale zobacz, co dzieje się z tobą. Twoje serce otwiera się dla moich cierpiących dzieci. Stajesz się bardziej współczującym człowiekiem i zbliżasz się do Boga”.

SERCE DLA UBOGICH
Christine ma dziś trzydzieści lat i pokonuje jak burza wszystkie przeszkody. Zrobiła doktorat i przez pewien czas wykładała na uniwersytecie, niedawno jednak postanowiła odłożyć karierę naukową i poświęcić się Panu. Obecnie służy ubogim i dzieli się Ewangelią ze studentami. Jest wspaniałą, doskonale radzącą sobie osobą, która żyje pełnią życia. A my jesteśmy z niej dumni.
Joemu i mnie pozostało już tylko kilka lat do emerytury. Teraz, gdy nasze dzieci dorosły i opuściły dom, rozmawiamy i rozważamy na modlitwie, czy nie spędzić reszty naszego życia służąc ludziom ubogim i wykluczonym społecznie. Myślimy o sprzedaży naszego domu na przedmieściach i przeniesieniu się do biedniejszej części miasta, gdzie moglibyśmy żyć wśród potrzebujących, a nie tylko pomagać im z pozycji bogatych krewnych. Bez wątpienia za tą decyzją stoi to wszystko, czego nauczyliśmy się, zmagając się z rakiem Christine. Przynajmniej tyle możemy zrobić dla naszej Matki Bolesnej, która tak bardzo pomogła nam w godzinie próby. ▐

 

KONTEMPLUJĄC PIETĘ
Od Maryi nauczyłam się pomagać ludziom w żałobie

Jest prawie17.30, godzina, o której rodzina przybywa do małego wiejskiego kościółka pod wezwaniem Maryi, Matki Miłosierdzia. Płomienie świec w prezbiterium rzucają łagodnie szarawe cienie na absolutnie ciche wnętrze. Nie dobiegają tu żadne dźwięki z zewnątrz, nawet z pięciopasmowej autostrady, która biegnie przed głównym wejściem kościoła. W małym miasteczku Macclenny na Florydzie trudno mówić o godzinach szczytu. Jego mieszkańcy, w liczbie zaledwie trzech tysięcy dziewięciuset, osiedlili się zaledwie pięć kilometrów od granicy z Georgią w powiecie niemającym nawet tuzina przejść ulicznych ze światłami – a i tak większość z nich wciąż mruga na żółto. Doświadczenie mojej dotychczasowej posługi podpowiada mi, że jedynymi dźwiękami zakłócającymi ciszę wieczoru będą krzyki bólu i poruszający do głębi szloch żalu i smutku, jaki może wydać jedynie zrozpaczona matka. Metaliczny szczęk wejścia zwiastuje przybycie rodziny. Właśnie teraz pewna matka przeżyje swoje osobiste doświadczenie Piety.
Witając się z matką, jej dorosłymi dziećmi i dalszymi krewnymi, czuję ulgę na myśl, że spędziliśmy już razem sporo czasu w tym tygodniu. Droga z kruchty do pierwszej ławki przypomina drogę rodziny idącej za trumną podczas pogrzebu – stawiają ciężkie, niepewne, nierówne kroki. Matka idzie prowadzona przez swego najmłodszego syna i zięcia, którzy pomagają jej utrzymać się na nogach. Ksiądz, jak zawsze delikatny i punktualny, stoi przed ołtarzem, gdzie czeka z modlitwą i krzepiącym uściskiem dla każdego członka rodziny. Nie włożył jeszcze szat liturgicznych. Nie wiadomo jeszcze na pewno, czy odbędzie się dziś Msza żałobna. Najstarszy syn tej matki jeszcze żyje. Jest teraz przypinany pasami i przygotowywany do uśmiercenia, ale czas jeszcze nie nadszedł.

AGONIA NIEPEWNOŚCI
Sadowiąca się w dwóch pierwszych ławkach rodzina ma przed sobą dwadzieścia pięć minut niepewności, której niewidzialna, nieokreślona chmura wisi nad nimi jak szare cienie rzucane przez świece w prezbiterium. Czy zadzwoni telefon z informacją o wstrzymaniu egzekucji? Czy matka modli się o cud? Czy o pocieszenie? Tego nie wie nikt.
Mój mąż, Dale, znajduje się teraz niespełna pięćdziesiąt kilometrów stąd, w sali straceń więzienia stanu Floryda. Dale towarzyszy duchowo jej synowi. Jeżeli w ostatniej chwili egzekucja zostanie wstrzymana, będzie głosem nadziei w komórce księdza. Jeśli nie, twarz Dale’a będzie znakiem miłości, na którym jej syn będzie mógł koncentrować się w chwili śmierci. Czy w ostatniej chwili rozlegnie się dźwięk telefonu i Dale oznajmi, że mężczyzna nie zostanie dzisiaj stracony? Czy też zadzwoni za godzinę, mówiąc: „Wykonało się!”? Ta niepewność jest częścią agonii.
Zajmuję miejsce w ławce kilka rzędów za rodziną. Dość daleko, aby nie zakłócać intymności ich żałoby, dość blisko, by moja obecność i modlitwa były dla nich namacalnym wsparciem. Byłam tu już wcześniej i powrócę znowu. Mój wzrok styka się z łagodnym, lecz zwycięskim wejrzeniem Maryi, Królowej nieba, wyobrażonej na wysokim witrażu za ołtarzem. Jej stopa kruszy głowę węża. Jej ramiona wyciągnięte są ku nam w matczynym geście. Jej płaszczem jest miłosierdzie.
Wierzę, że Jezus, który sam został stracony, wie dobrze, przez co przechodzi syn tej matki, gdy leży przypięty pasami do łóżka, na oczach świadków żądnych jego śmierci. Czuję też, że Matka Boża doskonale rozumie, co przeżywa ta matka, czuwając podczas egzekucji swego syna. Słowa modlitwy są bardziej w mojej głowie niż na wargach:
Maryjo, Matko Miłosierdzia, módl się za nami. Maryjo, Królowo nieba, przyczyń się za nami.

BOLESNY OBRAZ
Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że zaangażuję się w duszpasterstwo rodzin osób skazanych na karę śmierci oraz rodzin ofiar morderstw. Kiedy jednak pozwalamy prowadzić się Panu, On często kieruje nas do zupełnie niespodziewanych miejsc. Jest to także rzeczywistość doskonale znana Maryi.
Obraz Maryi, która przybywa do Betlejem, nosząc pod sercem naszego Zbawiciela, i nie znajduje miejsca w gospodzie, może budzić w nas dyskomfort. Jeszcze większy niepokój przeżywamy myśląc o tym, jak – aby ochronić Dziecię – przemierza wraz z Józefem pustynię, uciekając przed morderczą furią Heroda. Choć jednak już te sceny są trudne do wyobrażenia, nieskończenie trudniej jest przywołać obraz Maryi stojącej u stóp krzyża, na którym Jej Syn umiera okrutną, usankcjonowaną przez władze śmiercią. Kto jest w stanie pojąć Jej ból, gdy złożono w Jej ramiona Jego martwe ciało? Kto wytrzyma dramat Piety?
W tym momencie do pomieszczenia, w którym odbywa się egzekucja, wchodzą ludzie spełniający metodycznie ostatnie procedury, których celem jest zabicie jej syna. Nie patrzę na zegarek. Nie ma takiej potrzeby. Wprawdzie nasza maleńka parafia nie ma dzwonnicy, ale w kościele protestanckim naprzeciwko dzwony donośnie i długo wybijają godzinę szóstą. Już wiem. Ksiądz wie. Wie także matka. Wszyscy wiemy, że skoro przed godziną szóstą nie było telefonu od Dale’a, bicie dzwonów oznacza moment, w którym państwo przyciśnie guzik uwalniający truciznę, która zakończy życie jej syna.
Maryjo, Matko opłakująca śmierć Syna, módl się za nami i przytul tę matkę mocno do swego serca.

DZIELĄC BÓL
Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek usiądę z matką w jej mieszkaniu wkrótce po zamordowaniu jej syna na pobliskim parkingu. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym czuwać z inną matką w kościele w chwili egzekucji jej syna. Nie byłam przygotowana na to, że ból tych dwóch matek będzie tak bardzo podobny. Zaledwie kilka godzin wcześniej każda z nich pożegnała swego syna uściskiem. W pierwszym przypadku syn wychodził do pracy, w drugim siedział w celi śmierci. Obaj byli zdrowi. A następnie obaj stracili życie. Każdy z nich został zabity celowo, zabity przez inną osobę. Ból i smutek na twarzach tych dwóch matek był taki sam.
Teraz, w tym kościele, cisza, nieprzerwana dźwiękiem telefonu, wydaje się trwać wiecznie. Podczas gdy szybko mijają ostatnie sekundy życia skazanego mężczyzny, a ja klęczę towarzysząc modlitwą temu, co się dzieje, w moich myślach jak zwykle pojawia się wspomnienie Piety. Podczas moich pierwszych odwiedzin w bazylice św. Piotra, stojąc przed arcydziełem Michała Anioła ukazującym ogrom ludzkiego bólu, poczułam się całkowicie zaskoczona. Nie sądziłam, że tak głęboko dotknie mnie widok cierpienia Maryi, realistycznie przekutego w kamień, robiącego wrażenie tak prawdziwego, jakby działo się teraz.
Kunsztowne fałdy i gładkości ukształtowane w kamieniu przedziwnym sposobem oddają głębię cierpienia Maryi w chwili, gdy trzyma ciało Jezusa zdjęte właśnie z krzyża. Ból na twarzy Maryi, patrzącej w dół na udręczone ciało martwego Syna, nie daje się porównać z niczym. Byłam wręcz ogłuszona ponurym kontrastem pomiędzy Jego nieruchomym ciałem, a obrazem Jego dynamicznego działania zaledwie dzień wcześniej podczas Ostatniej Wieczerzy.
Kiedy ujrzałam Pietę po raz pierwszy, jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy towarzyszyć matkom, których synowie zostali zabici – legalnie czy nielegalnie. Teraz, gdy klęcząc w pogrążającym się w mroku kościele, modlę się o telefon przed biciem dzwonów, czuję, że mój pierwszy kontakt z Pietą miał miejsce już bardzo dawno. Obecnie, gdy patrzę na Pietę, na ból, smutek i agonię Maryi, zlewa się ono dla mnie z cierpieniem kobiet, którym towarzyszę.

WSPARCIE W CIERPIENIU
Z wewnętrznych rozmyślań wyrywa mnie nagle donośne bicie dzwonów z kościoła po przeciwległej stronie ulicy. Jest godzina szósta. Telefon nie zadzwonił. Wychodzę ze swojej ławki i staję za matką, której syn jest w tej chwili zabijany przez państwo. Kładę jej rękę na ramieniu i modlę się za nią, gdy cała drży i szlocha z bólu.
Chociaż nie widzę jej twarzy, znam ból, który wyraża. Widziałam go już wcześniej. Wiara mówi mi, że agonia Piety nie była końcem. Przyszło zmartwychwstanie, a z nim obietnica uzdrowienia i odkupienia tego cierpienia. Wierzę, że także Maryja złożyła nadzieję w tej obietnicy i trwała w tej nadziei aż do czasu jej wypełnienia. ▐
Święta Maryjo, trzymająca w ramionach ciało naszego ukrzyżowanego Zbawiciela, módl się za nami teraz i w godzinę naszej śmierci.

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:


Czwartek, 1 października
Ne 8,1-4a.5-6.7b-12
Radość w Panu jest waszą ostoją. (Ne 8,10)
Nadszedł dzień wielkiego święta! Po kilkudziesięciu latach wygnania lud izraelski usłyszał wreszcie Prawo Pańskie ogłoszone podczas świętej ceremonii. Ten doniosły moment poprzedziły specjalne przygotowania, od zatroszczenia się o świąteczne pokarmy aż po wzniesienie podwyższenia, z którego miał przemawiać kapłan Ezdrasz.
Dlaczego więc na głos Ezdrasza głoszącego słowo Boże lud zaczął płakać? Dlaczego lewici musieli wejść w tłum
i uspokajać zebranych? Ponieważ poczuli się zawstydzeni i przybici, widząc przepaść pomiędzy tym, co opisywał Ezdrasz, a swoim własnym życiem. Zobaczyli, jak bardzo oddalili się od Pana, i ogarnął ich smutek.
Dopiero po krzepiących słowach lewitów ludzie zaczęli dostrzegać w Prawie Bożym coś więcej niż przygniatający ciężar. Zobaczyli, że ten bezcenny dar odsłania nie tylko sprawiedliwość Boga, ale także Jego wierną miłość i miłosierdzie. Zrozumieli, że skoro Bóg dał im Prawo, to da również łaskę potrzebną do jego przestrzegania.
Czy nie tak właśnie działa Bóg? Pogrążamy się w poczuciu winy i wstydu, a On przychodzi, aby zdjąć z nas ciężar. Martwimy się, że nie damy sobie rady, a On przypomina nam, że w Nim możemy wszystko. Cierpimy z powodu dawnych grzechów, a On mówi, że odrzucił je tak daleko, jak wschód odległy jest od zachodu.
Niejeden raz ciężko ci było pójść na Mszę świętą czy do spowiedzi, ponieważ widziałeś, że w twoim życiu nie dzieje się tak, jak powinno. Niech cię to nie zraża! Przypomnij sobie słowa lewitów, skierowane do ludu Izraela. Uraduj się swoim zbawieniem i niech ta radość prowadzi cię ku mocy i wolności, których potrzebujesz!
„Ojcze, wiem, że jestem Twoim dzieckiem. Dziękuję Ci za to, że włączyłeś mnie do swojej rodziny.”
Ps 19,8-11
Łk 10,1-12

Piątek, 2 października
Świętych Aniołów Stróżów
Mt 18,1-5.10
Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych. (Mt 18,10)
W myśl popularnego poglądu teologicznego kością niezgody pomiędzy Bogiem a tą częścią aniołów, które stały się demonami, było wyznaczone im przez Boga zadanie służby człowiekowi. „Czy to naprawdę jest zadanie dla nas, szlachetnych stworzeń, przez swą duchową naturę podobnych do samego Boga? Służyć tym dziwnym hybrydom, ni to duchom, ni zwierzętom, które jedzą, piją, chorują i umierają? O nie! Do większych rzeczy jesteśmy stworzone” – zawołały duchy, i ta decyzja zmieniła je na zawsze. To do ich przywódcy, Lucyfera, stosowali Ojcowie Kościoła fragment z proroka Izajasza: „Jakże to spadłeś z niebios, Jaśniejący, Synu Jutrzenki? …Ty, który mówiłeś w swym sercu: Wstąpię na niebiosa; powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron… Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego” (Iz 14,12 13.14). Odrzucając Boże wezwanie, doprowadziły się do upadku.
Czy i my czasami nie przeżywamy podobnej pokusy? Mamy ochotę dokonać czegoś wielkiego, pojechać na wspaniałe rekolekcje, spełniać się w wymarzonej dziedzinie, podróżować po świecie. Tymczasem – zależnie od wieku i stanu – trzeba uczyć się tabliczki mnożenia, wynieść śmieci, dopilnować dziecko przy lekcjach, zająć się obłożnie chorą bliską osobą z rodziny, przełknąć po cichu uszczypliwą uwagę szefa i wstawać do nużącej pracy w ciemne i mgliste poranki. Wcale niełatwo jest czynić to wszystko z miłością i wiarą, że ten trud nie jest bez znaczenia.
Dzisiejsza Ewangelia uczy nas przyjmować od Boga to, co małe i niepozorne, z wiarą, że skoro On nam to daje, to widzi w tym sens. Ostrzega, że ryzykowną rzeczą jest odrzucenie woli Bożej, która przejawia się w wydarzeniach naszego życia, obowiązkach, naszym powołaniu. Uczy kochać szarą rzeczywistość, która wprawdzie ma to do siebie, że przeważnie rozmija się z marzeniami, ale jest pewną drogą do Boga.
A na tej drodze towarzyszą nam ci święci aniołowie, którzy odrzuciwszy pokusę wielkości wbrew Bogu, wiernie wypełniają powierzone im zadania. Oni nie utracili dobra ani piękna. Są szczęśliwi i radośni, wiedząc, że służą wielkiej sprawie – zbawieniu człowieka. Strzegąc nas i prowadząc po drogach życia, ukazują, że w wierności Bogu jest prawdziwie i ostateczne szczęście.
„Panie, ustrzeż mnie od wynoszenia się nad innych i spraw, abym z radością pełnił Twoją wolę.”
Wj 23,20-23 
Ps 91,1-6.10-11

Niedziela, 4 października
Mk 10,2-16
Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! (Mk 10,9)
Trudno wyobrazić sobie stosowniejsze czytania na dzisiejszy dzień! Dziś rano papież Franciszek otwiera długo wyczekiwany Synod o rodzinie. Przez następne trzy tygodnie będzie spotykał się z biskupami całego świata, aby rozmawiać o radościach i problemach współczesnych rodzin. Wspólnie z nimi będzie zastanawiał się, jak Kościół może najlepiej głosić Ewangelię i służyć wszystkim rodzinom, niezależnie od ich sytuacji. Tak więc dobrze się składa, że słyszymy dziś o mocy Boga, który łączy zaślubionych w jedno ciało (Rdz 2,24)!
Jednak dzisiejsza Ewangelia ma w sobie także nutę smutku, gdyż porusza problem rozwodów i powtórnych związków. Słowa Jezusa wydają się brzmieć twardo, zwłaszcza jeśli sami przeżyliśmy rozwód lub ktoś nam bliski cierpi z powodu rozpadu swojego małżeństwa.
Rozwiedzione pary przeżywają autentyczny ból. Relacja, w którą wchodzili pełni nadziei, została zniszczona, pozostawiając po sobie poczucie odrzucenia, krzywdy, winy, zawodu. To, co było „jednym ciałem”, zostało rozdarte. Czy Jezus naprawdę wydał wyrok potępienia? Nie. On nie koncentruje się na błędach naszej przeszłości, lecz wychodzi nam na spotkanie tam, gdzie jesteśmy, proponując uzdrowienie i odnowę.
Jeśli jesteś rozwiedziony, wiedz, że Jezus nie przestał cię kochać. On dzieli twój ból i cierpi wraz z tobą. Przypomnij sobie Jego spotkanie z kobietą przy studni (J 4,1-42). Nie potępił jej, chociaż miała pięciu mężów, a obecnie żyła z mężczyzną, który nie był jej mężem. Doprowadził ją do wiary, uzdrowił wewnętrznie i odesłał do domu, aby głosiła innym Dobrą Nowinę.
Bóg Ojciec pragnie leczyć nasze rany, które zdarzają się w każdej relacji. Chce nas jednać ze sobą, przemieniać
i posyłać do innych z Dobrą Nowiną o królestwie. Módlmy się więc w intencji Synodu, aby Duch Święty pomógł biskupom znaleźć właściwą drogę do głoszenia wszystkim rodzinom uzdrowienia oraz przemieniającej mocy Boga.
„Jezu, prowadź dalej swój Kościół. Wylewaj swoją łaskę na wszystkie rodziny. Niech Twoja miłość przepływa przez nas i czyni nas Twoimi świadkami.”
Rdz 2,18-24
Ps 128,1-6
Hbr 2,9-11

Niedziela, 11 października
Mk 10,17-30
Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego. (Mk 10,23)
Czy człowiek bogaty może wejść do nieba? Oczywiście. Ale jak mówi Księga Przysłów: „Kto ufa bogactwu – upadnie” (Prz 11,28). Nie dlatego, że pieniądze same w sobie są czymś złym, ale ponieważ łatwo się do nich przywiązujemy i pozwalamy im sobą rządzić. Bogaty młodzieniec z dzisiejszej Ewangelii przestrzegał Bożych przykazań. Jednak w oczach Jezusa był on zanadto przywiązany do swoich bogactw i to powstrzymywało go na drodze wiary.
Założyciel Kościoła metodystycznego, John Wesley, wygłosił kiedyś krótkie acz głębokie kazanie na temat korzystania
z pieniędzy. To, co napisał, może także nam pomóc czynić właściwy użytek z tego, co posiadamy. W swoim kazaniu John Wesley zawarł trzy proste zasady: „Zarabiaj, ile tylko możesz. Oszczędzaj, ile tylko możesz. Dawaj, ile tylko możesz”.
Zarabiaj, ile tylko możesz. Wesley uważał, że chrześcijanie powinni być zaradni, przedsiębiorczy i pracowici. Był zdania, że w zarabianiu pieniędzy nie ma nic złego, o ile czynimy to w sposób legalny i etyczny, nikomu przy tym nie szkodząc.
Oszczędzaj, ile tylko możesz. Wesley zachęcał swoich braci w wierze do oszczędności. Uważał, że powinni żyć w pro-
stocie i unikać rozrzutności. Dlaczego jednak mieliby się ograniczać i oszczędzać? Po to, by móc wypełnić trzeci punkt.
Dawaj, ile tylko możesz. Jeśli jesteśmy pracowici i oszczędni, mamy do dyspozycji więcej środków, którymi możemy dzielić się z innymi. Oczywiście pierwszeństwo mają nasi najbliżsi, jednak nasza hojność powinna rozciągać się także na Kościół oraz głodnych i potrzebujących, których mamy wokół siebie.
Oblicza się, że John Wesley zarabiał w jednym roku około miliona czterystu tysięcy dolarów w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze. Zużywał on jednak na własne utrzymanie zaledwie 2% tej sumy, a resztę rozdawał. Do śmierci zdążył rozdać wszystko, co w całym życiu zarobił. 
Obyśmy i my potrafili ograniczać swoje potrzeby po to, by przychodzić z pomocą innym!
„Panie, naucz mnie być hojnym, jak Ty jesteś hojny.”
Mdr 7,7-11
Ps 90,12-17
Hbr 4,12-13

Środa, 14 października
Rz 2,1-11
W jakiej bowiem sprawie sądzisz drugiego, w tej sam na siebie wydajesz wyrok, bo ty czynisz to samo, co osądzasz. (Rz 2,1)
Psycholodzy od dawna znają sposób zachowania, o którym pisze tu św. Paweł. Jest to mechanizm obronny, zwany „projekcją”, który stosujemy w celu ukrycia i „przygłaskania” naszych słabości. Zamiast zauważać – i pokonywać – swoje własne wady, „projektujemy” je na innych ludzi. Jeśli na przykład natychmiast zauważamy i ostro krytykujemy chciwość, lenistwo czy niecierpliwość u innych, to niewykluczone, że sami często ulegamy tym słabościom i staramy się odwrócić od nich uwagę. To, czego najbardziej nie lubimy u innych, często odsłania nam, czego tak naprawdę nie lubimy w sobie samych.
Jednakże tu drogi Pawła i współczesnej psychologii się rozchodzą. Paweł zachęcał swoich słuchaczy, by kierowali wzrok ku Bogu, a nie ku swemu własnemu wnętrzu. Uczył, że nikt nie ma moralnego prawa osądzać innych, ponieważ wszyscy jesteśmy winni. Mówił to z własnego doświadczenia. Niegdyś uważał się za sprawiedliwego, który przestrzega Prawa, jednak sam na sobie przekonał się, że „wszyscy… zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rz 3,23).
Jaki więc wniosek możemy wysnuć z Pawłowej „terapii prawdą”? Że wszyscy jesteśmy beznadziejnymi grzesznikami idącymi na zatracenie? Absolutnie nie! Paweł obnaża naszą kondycję jedynie po to, by przybliżyć nas do Chrystusa. Oprócz złej wiadomości o tym, że wszyscy jesteśmy grzeszni, ma dla nas również drugą, dobrą, a mianowicie taką, że nie musimy zmagać się z tym problemem sami. Mamy Zbawiciela, który jest wystarczająco potężny, by wydobyć nas z matni grzechu i wprowadzić w nowe życie łaski.
Kiedy więc następnym razem przyjdzie ci pokusa osądzania bliźniego, idź prosto do Jezusa i posłuchaj, co powie ci o twoim stanie. Czy nie pokazuje ci jakiegoś obszaru ciemności w twoim własnym sercu? Jeśli tak, to dobrze! Możesz teraz dopuścić tam Boże światło i doświadczyć miłosierdzia Pana.
A to miłosierdzie nie tylko uzdrowi twoje serce, ale też zmieni twój stosunek do innych. Zwróć się więc do Niego, a zobaczysz, jak przechodzi ci ochota na osądzanie innych!
„Panie, pomóż mi patrzeć na innych z łagodnością i miłością. Obym zawsze był gotów przyznać się do swoich słabości i przyjąć Twoje miłosierdzie.”
Ps 62,2-3.6-7.9
Łk 11,42-46

Niedziela, 25 października
Mk 10,46-52
Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię. (Mk 10,49)
Wszystkie dzisiejsze czytania mówią o Bożym wezwaniu. W pierwszym z nich Pan kieruje pełne pociechy zaproszenie do Izraelitów, swego ludu na wygnaniu, wzywając ich, by powrócili do ojczystej Jerozolimy. Obiecuje ich wyprowadzić
i towarzyszyć im przez całą drogę. Zależy mu na tym, aby nikogo nie zostawić. Przygotowuje nowe przymierze i pragnie zawrzeć je z całym swoim ludem.
W drugim czytaniu Bóg wzywa swego Syna, niepokalanego Baranka Bożego, do najwyższego kapłaństwa. Ma On być Tym, który przebacza i którego ofiara otwiera nam drogę do niebieskiej Jerozolimy.
Wreszcie w Ewangelii pojawia się kolejne, pełne nadziei wezwanie, które Jezus kieruje do Bartymeusza, niewidomego żebraka siedzącego przy drodze do Jerozolimy. Daje nam przez to jasno do zrozumienia, że chce zbawić wszystkich. Nie pozostawia nikogo, nawet niewidomego żebraka. Nawet nas! Nadeszła godzina. Jezus, najwyższy Kapłan, zmierza na miejsce swej paschalnej ofiary, gdzie zapoczątkuje Nowe Przymierze w swojej krwi. My mamy być tego radosnymi świadkami.
Uzdrowiony Bartymeusz zrzuca swój płaszcz i z radością idzie za Jezusem. Jest to przepiękny obraz! Idąc dziś do Komunii świętej, bądź jak Bartymeusz – ty także odrzuć wszystko, co mogłoby ograniczać twoją wizję i twoje oczekiwania. Bóg ma wspaniały plan dla twojego życia. Pozwól więc, by uzdrowił twoje serce i rozpalił je ogniem swojej miłości. 
Jako przybrani synowie i córki Boga, zostaliśmy obdarzeni królewskim dziedzictwem. Nie pozwól, by przeszkody i trudności zatarły w tobie pamięć o nim. Nieważne, skąd pochodzisz, ale dokąd zmierzasz. Bądź więc wytrwały, miej wiarę i nadzieję w Panu. Uwierz, że On usunie wszystko, co wymaga usunięcia, umocni wszystko, co wymaga umocnienia, oraz udzieli ci łaski do powstania
i dalszej drogi. Pamiętaj – On cię woła!
„Jezu, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Chcę przejrzeć.”
Jr 31,7-9
Ps 126,1-6
Hbr 5,1-6

Poniedziałek, 26 października
Rz 8,12-17
Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!» (Rz 8,15)
Zaraz, zaraz. Przeciwieństwo niewoli i bojaźni to wolność i odwaga, dlaczego więc Paweł zamiast o duchu wolności i od-
wagi mówi tu o duchu przybrania za synów? Dzisiejsze czytanie wychodzi od niewoli grzechu, a następnie ostrzega nas, żebyśmy nie poddawali się jej, pozwalając pogrążyć się w bojaźni. Co z tym wszystkim ma wspólnego przybranie za synów?
Otóż nasze wyzwolenie z niewoli nie dokona się przez nasze własne starania. Łańcuchy grzechu są zbyt mocne, byśmy mogli rozerwać je o własnych siłach. Podobnie odwaga nie płynie tylko z naszego wysiłku i determinacji, jakbyśmy mogli odegnać lęk jedynie siłą woli. Obie te łaski są owocem naszego zjednoczenia z Panem. Wiemy, że do Niego należymy, a ta świadomość uwalnia nas i dodaje nam odwagi. Tak więc przeciwstawienie ducha niewoli i bojaźni duchowi przybrania za synów jest jak najbardziej słuszne.
Widziałeś na pewno małe dziecko, które się potknęło lub przestraszyło na widok obcej osoby czy szczekającego psa. Instynktownie zaczyna ono wołać rodziców. Duch Święty rozbudza w naszych sercach podobny instynkt. Według Pawła mieszkający w nas Duch uświadamia nam, że nasz Ojciec rzeczywiście nas słucha. Jeśli więc jesteś czujny na głos Ducha, będziesz instynktownie wołał do Boga o pomoc, ilekroć poczujesz się zagrożony, przybity czy przestraszony.
Mając Stwórcę świata za Ojca, Zbawiciela wszystkich ludzi za Brata i duchową rodzinę rozsianą po całej kuli ziemskiej, możesz stawić czoło wszelkim lękom! Oczywiście nie znaczy to, że one natychmiast znikną bez śladu. Masz jednak w sobie Ducha Świętego, który wciąż przypomina ci, że jesteś synem lub córką Boga. Wsłuchuj się więc w to świadectwo Ducha, abyś codziennie coraz głębiej uświadamiał sobie, kim jesteś – oraz nabierał coraz większej odwagi i wolności wewnętrznej.
„Duchu Święty, dziękuję Ci za to, że dzięki Tobie mogę poczuć się dzieckiem Boga! Pomóż mi dziś żyć w ufności i wol-
ności dziecka Bożego.”
Ps 68,2.4.6-7.20-21
Łk 13,10-17


MAGAZYN:


ŻYCIE WŚRÓD PRZYJACIÓŁ
Obrazki z życia wspólnoty Arka


Jeff siedział u szczytu wielkiego stołu w kuchni Domu Pokoju. Nie mówił za dużo. Ściślej rzecz biorąc, nie mówił nic. Za to śmiał się i zabawiał gości graniem na organkach oraz pokazywaniem im swoich kolorowych, abstrakcyjnych dzieł sztuki. Dziś ponad pięćdziesięcioletni Jeff jest filarem wspólnoty Arki w Jacksonville na Florydzie. Mieszka tu od 1990 roku. Ma zespół Downa.
Poznałem Jeffa w zeszłym roku, gdy wprowadziłem się do Domu Pokoju po ukończeniu studiów. Mój starszy brat spędził kilka miesięcy jako wolontariusz w pierwszej wspólnocie Arki w Trosly-Breuil we Francji. Poruszyła mnie jego relacja o tym, jak czuł się jednocześnie pusty i napełniony, jak nauczył się kochać ludzi niepełnosprawnych intelektualnie i im służyć. Odwiedziłem wtedy pobliską wspólnotę Arki, ale nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że mógłbym prowadzić tego rodzaju życie. Jednak z czasem Bóg zaczął przebijać się do mojego serca i wreszcie postanowiłem zostać na rok czasu wolontariuszem Arki.

WSPÓLNOTA PRZYJACIÓŁ
Przeprowadzka do nowego domu w Jacksonville była dla mnie poważnym krokiem życiowym. Osobiście nie bawi mnie próbowanie nowych rzeczy, byłem więc trochę zdenerwowany. Jednak Jeff, wraz z innymi mieszkańcami Domu Pokoju, sprawił, że poczułem się u siebie. Ma wspaniałe poczucie humoru – jego miny rozśmieszają wszystkich! I chociaż wiele nie mówi, czasami gdy wchodzę, woła: „Cześć, James!”. Wprawia mnie to w dobry nastrój na cały dzień.
W Domu Pokoju, który jest jednym z kilku domów naszej wspólnoty, jest nas dziewięcioro. Mieszkam z trzema innymi asystentami i pięcioma członkami zwyczajnymi – Jeffem, Jackiem, Katriną, Vivą i Joy. Członkowie zwyczajni są niepełnosprawni intelektualnie (a niektórzy również fizycznie). Są oni sercem wspólnoty, podczas gdy asystenci przychodzą i odchodzą.
Niektórzy żartują, że czasami trudno jest odróżnić asystentów od członków zwyczajnych! Myślę, że jednym z powodów jest to, że asystenci przychodzą tu po to, by dzielić życie z ludźmi, którzy są przeważnie odrzucani przez społeczeństwo. Nie traktują tego jako kariery, lecz jako akt miłości i solidarności. Wielu asystentów, którzy przychodzą tu na dłużej, traktuje swoją służbę jako życiowe powołanie. Wszystko to budzi ducha jedności i wzajemnej miłości pomiędzy członkami wspólnoty. Nie ma tu praktycznie podziału na „my” i „oni”. Jest rodzina mieszkająca we wspólnym domu.

ŻYCIE CODZIENNE
Nasze życie jest bardzo proste. Każdy dzień powszedni zaczyna się modlitwą w jednym z naszych domów.
W piątki modlimy się w Domu Pokoju. Słuchamy nagrania przygotowanego przez Katrinę, która jest niewidoma i nosi aparaty słuchowe. Następnie wszyscy – zarówno członkowie zwyczajni, jak i asystenci – próbujemy rozmawiać na temat, jaki ono porusza. Zwykle jest to piosenka. Następnie podajemy sobie z rąk do rąk jakiś przedmiot, na przykład kamyk z wypisanym wersetem z Pisma Świętego, i wypowiadamy głośno nasze intencje. Niektórych członków zwyczajnych trudno jest zrozumieć, inni nie mówią wcale, ale poświęcamy im kilka chwil milczącej uwagi. Na koniec odmawiamy „Ojcze nasz”, ściskamy się nawzajem i mówimy: „Pokój z tobą”, tak jak na Mszy świętej.
Po modlitwie członkowie zwyczajni wychodzą do pracy. Niektórzy, jak Katrina, pracują na zlecenie, inni, na przykład, w barach szybkiej obsługi. Viva, która ma niewiarygodną pamięć do szczegółów, kilkakrotnie zdobyła w Pizza Hut tytuł pracownika miesiąca. Jeff i inni idą na warsztaty terapii zajęciowej, gdzie niepełnosprawni dorośli mogą w godnych warunkach odkrywać znaczenie pracy. Wytwarzają tam rozmaite przedmioty na sprzedaż: karty pocztowe, ceramikę, dekory do kafelków i ścian, biżuterię, a nawet meble.
Wieczorami często mamy różne spotkania towarzyskie, organizowane przez miejscowe grupy parafialne. Czasem fundują nam kolację lub gramy w różne gry. W niedzielne wieczory mieszkańcy Domu Pokoju z zachwytem włączają muzykę i organizują improwizowaną potańcówkę. Ponieważ nie jest to moja ulubiona rozrywka, z wdzięcznością przyjąłem to, że w niedzielę mam wolny wieczór!

LEKCJE MIŁOŚCI
Podczas naszych zwykłych, codziennych zajęć umacniają się więzi między nami i dokonuje się uzdrowienie. U mnie osobiście kontakt z członkami zwyczajnymi zdecydowanie zmienił sposób patrzenia na ludzi niepełnosprawnych.
Zauważyłem, na przykład, jak wielką troską nasi członkowie zwyczajni, tacy jak Jeff, otaczają się nawzajem. Ponieważ Jeff prawie nie mówi, można łatwo ulec wrażeniu, że nie zdaje sobie sprawy z tego, co się wokół niego dzieje. Jednak po śmierci Ryszarda, z którym przez wiele lat mieszkał w jednym pokoju, Jeff płakał przez wiele dni i widać było, jak bardzo to przeżywa. Jeszcze dziś czasem siada i patrzy na portret Ryszarda, który wisi u nas w sali wspólnej.
Jack, mieszkający w Domu Pokoju od niedawna, także nie mówi zbyt wiele. Ale to nie znaczy, że jest obojętny wobec swego otoczenia. Pewnego dnia, kiedy siadaliśmy do obiadu, zauważył, że Katrina nie ma łyżki, i poszedł, żeby ją przynieść. Chociaż nie nauczył się jeszcze nakrywać do stołu, jako pierwszy zauważył, że jej czegoś brakuje. Prosta rzecz, ale bardzo mnie poruszyła.
Joy, która trafiła tu z powodu uszkodzenia mózgu, nauczyła mnie, że miłość jest ważniejsza od skuteczności. Porusza się na wózku inwalidzkim, mówi niewyraźnie, ale jest silna duchowo. Siedzieliśmy razem po posiłku, gdy w pewnym momencie wstałem, żeby umyć naczynia. Joy zaproponowała mi pomoc. Zbyłem ją, wiedząc, że sam poradzę sobie szybciej. Jednak zmywając naczynia, nie mogłem zagłuszyć w sobie pytania: „Dlaczego nie pozwolisz jej pomóc?”.
W końcu ruszyło mnie sumienie. Wyciągnąłem jeszcze raz umyte przed chwilą naczynia i wymyliśmy je ponownie razem z Joy. Wydarzenie to otworzyło mi oczy. Oczywiście, że sam zrobiłbym to szybciej. Ale przyjęcie dobrowolnie ofiarowanej pomocy Joy było aktem budowania wzajemnej miłości.

PROSTE ŻYCIE Z PRZYJACIÓŁMI
Kiedy przybywamy do Arki jako wolontariusze, większość z nas ma ochotę dokonać czegoś wielkiego, co zmieni życie mieszkańców. Jednak nasi członkowie zwyczajni nie potrzebują niczego wielkiego! Są zadowoleni, żyjąc we wspólnocie, a my jesteśmy po to, by pomagać im w bardzo prostych rzeczach.
Nigdy nie sądziłem, że przyzwyczaję się pomagać innym w korzystaniu z toalety, opiekować się chorymi czy smarować maścią najrozmaitsze części ciała. Na początku było to dla mnie duże wyzwanie, ale teraz zupełnie mi to nie przeszkadza. Malowałem nawet paznokcie Joy na jaskrawe, błyszczące kolory!
Wykonując te proste czynności, my, asystenci, odkrywamy, że sami także potrzebujemy pomocy. Jak mawia założyciel wspólnot Arki, Jean Vanier, osoby niepełnosprawne pomagają nam dostrzec nasze własne wewnętrzne rozbicie. Większość członków zwyczajnych, których poznałem, potrafi zaakceptować swoje ograniczenia, cieszyć się życiem i chętnie pomagać sobie nawzajem. Nie próbują oni ukrywać swoich problemów. My, asystenci, także mamy swoje słabości i ograniczenia, tylko są one bardziej ukryte. Życie w naszej wspólnocie pomaga im wydostać się na powierzchnię, gdzie mogą zostać nazwane i uzdrowione. Dostrzegłem, na przykład, że starania, by kochać innych bezinteresownie, zmniejszyły moją tendencję do surowej krytyki wobec samego siebie.
W Arce nie chodzi jednak o to, by kogokolwiek „naprawiać”. Chodzi o to, by cenić każdego człowieka, z jego darami i słabościami, oraz doświadczać Bożej miłości przez siebie nawzajem. Po prostu żyjemy w przyjaźni. ▐

OBCA W OBCYM ŚWIECIE
Jak odnalazłam drogę wśród wyzwań życia studenckiego

Podczas pierwszego semestru na uczelni pewnego piątkowego wieczoru znalazłam się na imprezie wraz z innymi dziewczynami z mojego żeńskiego zespołu śpiewaczego. Stojąc tam w otoczeniu ludzi, którzy pili i bawili się, nagle zadałam sobie pytanie: „Co ja tu robię?”.
Zapisałam się do zespołu właśnie po to, by uchronić się przed imprezowym stylem życia studenckiego i poznać ludzi, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić. Szukałam oparcia w zdrowych relacjach z wierzącymi i skoncentrowanymi na studiach rówieśnikami, podobnymi do tych, których miałam w szkole średniej. Dziewczyny z zespołu były miłe, ale miały inne od moich priorytety. Wśród ogłuszającej muzyki czułam się samotna, zawiedziona i zagubiona.

DZIEWCZYNA Z MAŁEGO MIASTECZKA
Przed rozpoczęciem studiów najważniejsza w życiu była dla mnie moja wiara. Od przedszkola do szkoły średniej uczęszczałam do niewielkich katolickich placówek. W szkole średniej zaangażowałam się w duszpasterstwo i pomagałam w prowadzeniu grupy młodzieżowej. Śpiewałam w chórze kościelnym, codziennie uczestniczyłam we Mszy świętej, odmawiałam Różaniec, czytałam żywoty świętych, a moja Biblia rozpadała się już od ciągłego użytku. Ku mojemu zażenowaniu zwyciężyłam nawet w przeprowadzonym w naszej klasie głosowaniu na „najbardziej prawdopodobną kandydatkę na zakonnicę”!
W ostatniej klasie szkoły średniej zaczęłam modlić się w sprawie swojej dalszej edukacji. Na spotkaniu modlitewnym nabrałam pewności, że Pan Jezus skłania mnie ku uniwersytetowi w Michigan. „Nie bój się. Wyjdź ze swego bezpiecznego gniazdka i staw czoło wyzwaniom.” Klęcząc przed Najświętszym Sakramentem, wśród ludzi wznoszących ręce i głosy na modlitwie, podjęłam decyzję, idąc za Bożą sugestią.
Miałam przeczucie, że na świeckiej uczelni moja wiara będzie wystawiona na poważną próbę. Nie zastanawiałam się jednak za bardzo nad konkretnymi trudnościami, z którymi przyjdzie mi się zmagać – dopóki nie stanęłam przed nimi podczas najbliższej jesieni.

ROK WYZWAŃ
Wyzwania, które mnie czekały, wkrótce stały się rzeczywistością, a moja naiwność rozwiała się bardzo szybko. Zaledwie kilka tygodni po rozpoczęciu semestru moja współlokatorka zaczęła regularnie wracać do pokoju pijana. Dziewczyny
z mojego piętra w domu akademickim namawiały mnie do podjęcia niezdrowej relacji z chłopakiem, z którym znaliśmy się pobieżnie z zajęć. Nakłaniały mnie też do chodzenia z nimi na imprezy, aby tam się upijać i uprawiać seks z chłopakami.
Na niektórych zajęciach uczono mnie, że ideologia marksistowska jest wspaniałym sposobem myślenia o życiu. Nie wiedziałam nic o ideologii marksistowskiej – nie wiedziałam nawet, co dokładnie oznacza słowo „ideologia” – musiałam więc dużo i szybko się uczyć. Musiałam też znaleźć w sobie odwagę, by zabierać głos wobec profesorów i studentów, przedstawiając swoją wizję opartego na chrześcijaństwie światopoglądu i moralności. Mówiąc krótko, przeżyłam ten rok zepchnięta na pozycje obronne, głównie „gasząc pożary” we wszystkich dziedzinach mojego życia. Uczestniczyłam we Mszy świętej, kiedy tylko mogłam, w niedzielę zawsze, a także przyjmowałam sakramenty. Jednak wciąż przychodziły nowe wyzwania i pod koniec pierwszego roku czułam się wypalona. „Panie – modliłam się – nie chcę już nigdy przeżywać podobnego roku!”

POWRÓT DO NORMALNOŚCI
Bóg odpowiedział na moją modlitwę, przynaglając mnie do podjęcia konkretnego działania. Tego lata, podejmując pracę sezonową na terenie uczelni, postanowiłam odpowiedzieć na zaproszenie otrzymane od chrześcijańskiej grupy studenckiej. Ludzie ci zapraszali mnie już wcześniej w ciągu roku, choć przecież nawet mnie nie znali. Pomyślałam, że w końcu dam im szansę.
Chrześcijańskie duszpasterstwo akademickie stało się dla mnie liną, której się uchwyciłam. W tej grupie zawarłam głębokie przyjaźnie, w centrum których był Jezus. Wreszcie otrzymałam wsparcie i mogłam szczerze rozmawiać o napotykanych wyzwaniach i problemach. Moje życie duchowe rozwijało się – chodziłam na spotkania modlitewne, częściej czytałam Pismo Święte i, co najważniejsze, wspólnota pomodliła się o ożywienie we mnie darów Ducha Świętego. Znowu mogłam słyszeć głos Jezusa, jak wcześniej w dzieciństwie i w czasach szkoły średniej. Moje życie nie tylko wróciło do normy, ale posuwałam się dalej głębiej w mojej wierze, w sposób przekraczający wszelkie moje oczekiwania. Dziś, patrząc wstecz, gdy od wyczerpującego pierwszego roku studiów dzieli mnie już osiem lat, jestem szczerza wdzięczna Bogu za to, że był ze mną. Chociaż rozpoczynając studia byłam zaangażowaną katoliczką, wiem, że bez Jego opieki i prowadzenia nie zdołałabym zachować wiary.
Nie jest to tylko moja historia, ale jest to historia niezliczonych studentów wyższych uczelni. Nawet ci, którzy dorastali w wierzących rodzinach chrześcijańskich, potrzebują prowadzenia i wsparcia, by sprostać wyzwaniom, przed którymi nie stawali żyjąc w domach rodzinnych.

PO CO ŻYJĘ?
Lata studiów są krótkim, ale bardzo ważnym okresem w życiu. To właśnie wtedy młodzi ludzie podejmują ważne życiowe decyzje; wybór zawodu, współmałżonka, kształtowanie nawyków życia codziennego. Niektórzy zastanawiają się, po co żyją, inni stawiają sobie pytanie: „Czy moja wiara w Jezusa jest wystarczająco mocna, by praktykować ją dalej, chociaż nikt mnie już do tego nie zmusza?”. Trzeba im mówić o tym, że Jezus ich kocha, że ma najlepszy plan dla ich życia, i że idąc za Nim, nie są sami!
Dlatego wciąż jestem zaangażowania w ewangelizację na uniwersytecie.
Z wielką radością głoszę studentom Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie, ofiarując im wsparcie i prowadzenie, które kiedyś tak bardzo pomogły mnie samej. ▐

NASZA ANKIETA:
BÓG ŻYJE I DZIAŁA
Z pewnością każdy z nas doświadczył w swoim życiu pomocy, czasem bardzo zaskakującej, kiedy znajdował się w jakiejś trudnej sytuacji, naglącej potrzebie czy niebezpieczeństwie. Może najpierw myśleliśmy, że to przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności czy zwyczajna ludzka życzliwość, ale później odkryliśmy, że była w tym ręka Boga. Bywało i tak, że mieliśmy od razu jasną świadomość Bożej interwencji. Może także zdarzyło się, że sami zostaliśmy poprowadzeni przez Boga tak, że ktoś otrzymał pomoc za naszym pośrednictwem.
Wszyscy mamy za co dziękować Bogu. Napiszcie nam o tym, jak Pan działa w Waszym życiu, jak przyszedł Wam z pomocą w jakiejś konkretnej sprawie, jak doświadczyliście Jego miłosierdzia. 
Przez te świadectwa oddamy chwałę Bogu, a jednocześnie umocnimy się nawzajem w wierze.

Prosimy o nadsyłanie świadectw (2 do 5 stron)
w terminie do końca czerwca 2016 roku
za pomocą e-maila: sekretarzslowo@wydawnictwo.pl
lub pocztą: Redakcja „Słowa wśród nas”,
ul. Św. Bonifacego 9/1, 02-914 Warszawa

Wszyscy, którzy nadeślą do nas swoje świadectwo,
otrzymają książkę Wydawnictwa PROMIC.

Zostanie także rozlosowana NAGRODA GŁÓWNA
ufundowana przez Wydawnictwo PROMIC w postaci pakietu książek o wartości 150 zł
(tytuły do ustalenia).

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 10 (266) 2015 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO PAŹDZIERNIKOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ

Październikowy numer „Słowa wśród nas” poświęcony jest Maryi – naszej Przewodniczce i Orędowniczce. W artykułach trzy kobiety opowiadają o własnej osobistej relacji z Matka Bożą: jedna z nich dzieli się tym, jak Maryja pomogła jej odnaleźć sens życia po śmierci męża, druga pisze o uporaniu się z rakiem rozpoznanym u córki, trzecia - o swej pracy z rodzinami więźniów skazanych na karę śmierci. Każda z tych historii w inny sposób ukazuje Maryję, która pociesza i prowadzi każdego, kto prosi Ją o pomoc. 

Jak w każdym numerze polecamy „Medytacje na każdy dzień” do jednego z czytań mszalnych. 
W Magazynie znajdują się świadectwa na temat życie we wspólnocie Arka, powołania do kapłaństwa, Bożego prowadzenia w życiu młodej studentki, a także odpowiedź na naszą ankietę „Bóg żyje i działa”. Ponadto krzyżówka biblijna i kalendarz.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Zdrowaś Maryjo, moja Siostro Wdowo!
Maryja była blisko mnie, gdy żegnałam się z moim mężem – Jean Engelman............................................ 4

Okazać serce ubogim i cierpiącym
Maryja otworzyła mi oczy na świat, którego wcześniej nie znałam – Felicia Difato........................ 9

Kontemplując Pietę
Od Maryi nauczyłam się pomagać ludziom w żałobie – Susan Recinella...................................... 14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 października..................................... 18

MAGAZYN

Życie wśród przyjaciół
Obrazki z życia wspólnoty Arka – James Archer..................................... 44

Wierny ojciec, wdzięczny syn
Bóg działał z mocą w moim życiu, chociaż ja tego nie widziałem – ks. Robert Blauvelt..................................... 49

Obca w obcym świecie
Jak odnalazłam drogę wśród wyzwań życia studenckiego – Lynne May................................ 53

Proszę Boga o wdzięczne serce – odpowiedź na ankietę „Bóg żyje i działa................. 58

Nasza ankieta........................................................... 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

ARTYKUŁY:

OKAZAĆ SERCE UBOGIM I CIERPIĄCYM
Maryja otworzyła mi oczy na świat, którego wcześniej nie znałam

Pewnego styczniowego wieczoru 1987 roku nasza trzyletnia wówczas córeczka, Christine, weszła do naszego pokoju. Chwilę później, wychodząc, wpadła na ścianę. Przestraszona zaczęła płakać i powiedziała nam, że nic nie widzi. Pomogłam jej dojść do łóżeczka, a następnego dnia rano zarejestrowałam ją na wizytę do okulisty.
Po badaniu lekarz poinformował mego męża Joego i mnie, że Christine cierpi na rzadką formę raka oka (siatkówczak) i zmiany są dość zaawansowane w obojgu oczach. Siatkówka w lewym oku była odklejona w pięćdziesięciu procentach, a w prawym oku całkowicie. Pocieszeniem było jedynie to, że zaledwie w około dziesięciu procentach przypadków choroba okazuje się śmiertelna.
Christine, dotąd otwarte i towarzyskie dziecko, zamknęła się w sobie, stając się zalęknioną i apatyczną introwertyczką. Pomimo młodego wieku rozumiała, że coś jest nie w porządku. Ja z kolei obawiałam się, że choroba zaatakowała również mózg, co najprawdopodobniej doprowadziłoby do jej śmierci. Kiedy przychodziły mi takie myśli, zwracałam się do Pana i modliłam się: „Jeśli to już koniec, to trudno. Jeśli muszę ją stracić, będę ze wszystkich sił próbowała Tobie zaufać. Jako chrześcijanka, wiem, że Ty czuwasz nad wszystkim. Ale jako matka, proszę Cię, byś pozwolił jej żyć”.
Radioterapia sprawiła, że guzy w obu oczach znacząco się skurczyły. Mimo to jednak, zgodnie z przewidywaniami lekarzy, prawe oko zostało całkowicie zniszczone przez raka i trzeba było je usunąć. Nieco ponad półtora roku później podczas kontroli okresowej stwierdzono, że guz w lewym oku zaczął ponownie rosnąć. Niestety, 28 grudnia 1988 roku nasza czteroletnia już córeczka straciła także lewe oko. Stała się niewidoma.

SERCEM PRZY SERCU MARYI
Może wydawać się to szalonym pomysłem, ale jednym z naszych pierwszych działań po wykryciu raka u Christine było coś, co nazwaliśmy „terapią Tobiasza”. Przypomnieliśmy sobie historię biblijną o tym, jak syn Tobiasza uzdrowił swego ojca ze ślepoty, smarując mu oczy maścią z rybiej żółci i wątroby (Tb 11,1-13). Poszłam więc do sklepu, kupiłam całą, niewypatroszoną rybę i przyrządziłam podobną maść. Modląc się wraz z kilkoma zaproszonymi osobami, przyłożyłam maść na oczy córki w nadziei na jej uzdrowienie. Byliśmy w stanie zrobić dla niej wszystko!
Terapia Tobiasza nie poskutkowała, kiedy jednak następnego dnia przeczytałam i przemodliłam całą historię Tobiasza oraz przeczytałam kilka komentarzy biblijnych, spojrzałam na sprawę jeszcze inaczej. W jednym z komentarzy wyczytałam, że żółć symbolizuje gorycz, która otwiera nam oczy wiary. Była tam też mowa o tym, że serce jest miejscem spotkania Boga z człowiekiem.
Komentarz ten nasunął mi skojarzenie z Maryją stojącą u stóp krzyża Jezusa. Przypomniałam sobie żółć (wino zaprawione gorzką mirrą) podaną przez żołnierzy Jezusowi przed Jego śmiercią. Podobnie jak ja cierpiałam z powodu Christine, Maryja cierpiała patrząc na Syna, który odmówił przyjęcia gorzkiego napoju (Mk 15,23). Odtąd powierzając Panu swój niepokój i łzy, myślałam, że tak samo czyniła Maryja. Patrząc na ciało Christine, pokłute igłami, przypominałam sobie Maryję patrzącą na ciało swego Syna przebite gwoździami i włócznią. Z czasem coraz bardziej czułam, jak moje serce spotyka się z sercem Maryi – dokładnie tak, jak wyjaśniał to komentarz.

RADOSNA I CHRONIONA
Podczas radioterapii Christine przez pięć tygodni musiałam codziennie jeździć do szpitala. Na szczęście jeździły tam ze mną moje siostry w Panu. Codziennie rano w drodze modliłyśmy się na różańcu. Ta prosta modlitwa pomagała mi z większym spokojem przeżywać to, co się działo. Pomagała mi uporać się z faktem, że moja córka po raz kolejny otrzyma intensywną dawkę promieniowania.
Tajemnice radosne, które odmawiałyśmy najczęściej, najbardziej podnosiły Christine na duchu. Lubiła zapowiadać każdą z tajemnic i opowiadać, co się w niej działo. Ja wówczas czułam się tak, jakby Maryja mówiła do mnie: „Wszystko, co do ciebie należy, to trwać w pokoju. Mój Syn dokona reszty. On zna całą sytuację i On ukoi twoje serce”. Było to bardzo pocieszające, zwłaszcza że jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, jak sprawy się potoczą.
Pewnego dnia w drodze do szpitala moja przyjaciółka nieopatrznie przejechała na czerwonym świetle i zderzyła się z drugim samochodem, powodując uszkodzenia obu pojazdów. Był to jej pierwszy wypadek w ciągu trzydziestu sześciu lat za kierownicą. Właściciel drugiego samochodu zdenerwował się nie na żarty. Biegając tam i z powrotem, krzyczał: „Co zrobiłyście z moim samochodem?”. Niemal natychmiast jedna z kobiet będąca świadkiem wypadku podeszła do niego i powiedziała: „No i czego pan się tak denerwuje? Nie jest pan zadowolony, że nikomu nic się nie stało? Zwłaszcza tej malej dziewczynce na tylnym siedzeniu?”. Mężczyzna uspokoił się natychmiast. Dwóch innych mężczyzn podeszło do nas i zaproponowało: „Może zmienimy wam koło?”.
Po przybyciu policji funkcjonariusz zapytał moją przyjaciółkę o jej dotychczasowy przebieg jazd i ku naszemu zdumieniu nawet nie wypisał mandatu. Wracałyśmy do domu poturbowanym samochodem, dziękując Panu i wychwalając Go przez całą drogę. Byłyśmy przekonane, że czuwała nad nami Maryja.

WELON MARYI
Na początku radioterapii Christine bardzo się bała. Próbowaliśmy przygotować ją, robiąc próby w domu. Tłumaczyliśmy, że musi leżeć całkowicie nieruchomo, aby promieniowanie dotarło dokładnie tam, gdzie powinno. Było to jednak dla niej bardzo trudne. Przez cały czas płakała. Myśl o tym, że ma leżeć zupełnie sama, z całym ciałem przykrytym formą z gipsu, podczas gdy zimna, bezduszna maszyna będzie wysyłać promienie w jej oko, budziła w niej przerażenie. Poprosiłam więc lekarza, żeby pozwolił nam zabrać formę do domu. Zaraz po powrocie pomalowałam ją maryjnymi kolorami – błękitem i bielą, aby wyglądała jak szata Matki Bożej – tak jak przedstawia się ją na obrazach. Na wierzchu udrapowałam niebieski materiał, nazywając go „welonem Maryi”. Powiedzieliśmy Christine, że forma ta upodabnia ją do Maryi, która była jej ulubioną świętą.
Od tej chwili na widok formy gipsowej Christine bez lęku szła do sali naświetlań. Wiedziała, że Maryja jest
z nią. Z dumą informowała wszystkich – lekarzy, pielęgniarki i pacjentów – „To jest mój welon Maryi”. Myślę, że nie zdawała sobie sprawy, ile osób zostało poruszonych jej świadectwem.
Kiedy zaczęłyśmy jeździć do szpitala, martwiłam się jedynie o moją córkę. Jednak siedząc całymi dniami na oddziale dziecięcym, widziałam setki maleństw dotkniętych różnymi chorobami: uszkodzeniami mózgu, wadami serca, rakiem, białaczką i wieloma innymi. Serce mi się krajało na widok tych dzieci, zmagających się dzielnie ze straszliwymi chorobami. Jedyne, co mogłam zrobić, to modlić się za nie. Prosiłam więc Maryję, naszą Matkę, o pociechę dla nich.
To samo zobaczyłam po rozpoczęciu radioterapii. Tym razem jeździłyśmy na oddział onkologiczny, gdzie leżało wielu starszych pacjentów, często mających niewielkie lub żadne wsparcie ze strony swoich rodzin. Christine była tam jedyną osobą poniżej pięćdziesiątki. Co najmniej dwudziestu pacjentów, przeważnie w terminalnym stanie raka, podeszło do mnie mówiąc: „Ofiaruję swoje cierpienie Bogu w intencji pani córeczki”. Tu znowu byłam poruszona do głębi ich bezinteresowną dobrocią.
Z czasem zaczęliśmy modlić się z niektórymi spośród nich, a Bóg napełniał ich swoją miłością i pokojem.
Gdzieś pomiędzy patrzeniem na chore dzieci i spotkaniem ze starszymi pacjentami moje oczy otworzyły się na świat ludzi cierpiących, którego istnienie wcześniej ledwo dopuszczałam do świadomości. Któregoś dnia w poczekalni radiologicznej poczułam, jak Maryja mówi do mnie: „Nie martw się o Christine. Ja się nią zajmę. Ale zobacz, co dzieje się z tobą. Twoje serce otwiera się dla moich cierpiących dzieci. Stajesz się bardziej współczującym człowiekiem i zbliżasz się do Boga”.

SERCE DLA UBOGICH
Christine ma dziś trzydzieści lat i pokonuje jak burza wszystkie przeszkody. Zrobiła doktorat i przez pewien czas wykładała na uniwersytecie, niedawno jednak postanowiła odłożyć karierę naukową i poświęcić się Panu. Obecnie służy ubogim i dzieli się Ewangelią ze studentami. Jest wspaniałą, doskonale radzącą sobie osobą, która żyje pełnią życia. A my jesteśmy z niej dumni.
Joemu i mnie pozostało już tylko kilka lat do emerytury. Teraz, gdy nasze dzieci dorosły i opuściły dom, rozmawiamy i rozważamy na modlitwie, czy nie spędzić reszty naszego życia służąc ludziom ubogim i wykluczonym społecznie. Myślimy o sprzedaży naszego domu na przedmieściach i przeniesieniu się do biedniejszej części miasta, gdzie moglibyśmy żyć wśród potrzebujących, a nie tylko pomagać im z pozycji bogatych krewnych. Bez wątpienia za tą decyzją stoi to wszystko, czego nauczyliśmy się, zmagając się z rakiem Christine. Przynajmniej tyle możemy zrobić dla naszej Matki Bolesnej, która tak bardzo pomogła nam w godzinie próby. ▐

 

KONTEMPLUJĄC PIETĘ
Od Maryi nauczyłam się pomagać ludziom w żałobie

Jest prawie17.30, godzina, o której rodzina przybywa do małego wiejskiego kościółka pod wezwaniem Maryi, Matki Miłosierdzia. Płomienie świec w prezbiterium rzucają łagodnie szarawe cienie na absolutnie ciche wnętrze. Nie dobiegają tu żadne dźwięki z zewnątrz, nawet z pięciopasmowej autostrady, która biegnie przed głównym wejściem kościoła. W małym miasteczku Macclenny na Florydzie trudno mówić o godzinach szczytu. Jego mieszkańcy, w liczbie zaledwie trzech tysięcy dziewięciuset, osiedlili się zaledwie pięć kilometrów od granicy z Georgią w powiecie niemającym nawet tuzina przejść ulicznych ze światłami – a i tak większość z nich wciąż mruga na żółto. Doświadczenie mojej dotychczasowej posługi podpowiada mi, że jedynymi dźwiękami zakłócającymi ciszę wieczoru będą krzyki bólu i poruszający do głębi szloch żalu i smutku, jaki może wydać jedynie zrozpaczona matka. Metaliczny szczęk wejścia zwiastuje przybycie rodziny. Właśnie teraz pewna matka przeżyje swoje osobiste doświadczenie Piety.
Witając się z matką, jej dorosłymi dziećmi i dalszymi krewnymi, czuję ulgę na myśl, że spędziliśmy już razem sporo czasu w tym tygodniu. Droga z kruchty do pierwszej ławki przypomina drogę rodziny idącej za trumną podczas pogrzebu – stawiają ciężkie, niepewne, nierówne kroki. Matka idzie prowadzona przez swego najmłodszego syna i zięcia, którzy pomagają jej utrzymać się na nogach. Ksiądz, jak zawsze delikatny i punktualny, stoi przed ołtarzem, gdzie czeka z modlitwą i krzepiącym uściskiem dla każdego członka rodziny. Nie włożył jeszcze szat liturgicznych. Nie wiadomo jeszcze na pewno, czy odbędzie się dziś Msza żałobna. Najstarszy syn tej matki jeszcze żyje. Jest teraz przypinany pasami i przygotowywany do uśmiercenia, ale czas jeszcze nie nadszedł.

AGONIA NIEPEWNOŚCI
Sadowiąca się w dwóch pierwszych ławkach rodzina ma przed sobą dwadzieścia pięć minut niepewności, której niewidzialna, nieokreślona chmura wisi nad nimi jak szare cienie rzucane przez świece w prezbiterium. Czy zadzwoni telefon z informacją o wstrzymaniu egzekucji? Czy matka modli się o cud? Czy o pocieszenie? Tego nie wie nikt.
Mój mąż, Dale, znajduje się teraz niespełna pięćdziesiąt kilometrów stąd, w sali straceń więzienia stanu Floryda. Dale towarzyszy duchowo jej synowi. Jeżeli w ostatniej chwili egzekucja zostanie wstrzymana, będzie głosem nadziei w komórce księdza. Jeśli nie, twarz Dale’a będzie znakiem miłości, na którym jej syn będzie mógł koncentrować się w chwili śmierci. Czy w ostatniej chwili rozlegnie się dźwięk telefonu i Dale oznajmi, że mężczyzna nie zostanie dzisiaj stracony? Czy też zadzwoni za godzinę, mówiąc: „Wykonało się!”? Ta niepewność jest częścią agonii.
Zajmuję miejsce w ławce kilka rzędów za rodziną. Dość daleko, aby nie zakłócać intymności ich żałoby, dość blisko, by moja obecność i modlitwa były dla nich namacalnym wsparciem. Byłam tu już wcześniej i powrócę znowu. Mój wzrok styka się z łagodnym, lecz zwycięskim wejrzeniem Maryi, Królowej nieba, wyobrażonej na wysokim witrażu za ołtarzem. Jej stopa kruszy głowę węża. Jej ramiona wyciągnięte są ku nam w matczynym geście. Jej płaszczem jest miłosierdzie.
Wierzę, że Jezus, który sam został stracony, wie dobrze, przez co przechodzi syn tej matki, gdy leży przypięty pasami do łóżka, na oczach świadków żądnych jego śmierci. Czuję też, że Matka Boża doskonale rozumie, co przeżywa ta matka, czuwając podczas egzekucji swego syna. Słowa modlitwy są bardziej w mojej głowie niż na wargach:
Maryjo, Matko Miłosierdzia, módl się za nami. Maryjo, Królowo nieba, przyczyń się za nami.

BOLESNY OBRAZ
Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że zaangażuję się w duszpasterstwo rodzin osób skazanych na karę śmierci oraz rodzin ofiar morderstw. Kiedy jednak pozwalamy prowadzić się Panu, On często kieruje nas do zupełnie niespodziewanych miejsc. Jest to także rzeczywistość doskonale znana Maryi.
Obraz Maryi, która przybywa do Betlejem, nosząc pod sercem naszego Zbawiciela, i nie znajduje miejsca w gospodzie, może budzić w nas dyskomfort. Jeszcze większy niepokój przeżywamy myśląc o tym, jak – aby ochronić Dziecię – przemierza wraz z Józefem pustynię, uciekając przed morderczą furią Heroda. Choć jednak już te sceny są trudne do wyobrażenia, nieskończenie trudniej jest przywołać obraz Maryi stojącej u stóp krzyża, na którym Jej Syn umiera okrutną, usankcjonowaną przez władze śmiercią. Kto jest w stanie pojąć Jej ból, gdy złożono w Jej ramiona Jego martwe ciało? Kto wytrzyma dramat Piety?
W tym momencie do pomieszczenia, w którym odbywa się egzekucja, wchodzą ludzie spełniający metodycznie ostatnie procedury, których celem jest zabicie jej syna. Nie patrzę na zegarek. Nie ma takiej potrzeby. Wprawdzie nasza maleńka parafia nie ma dzwonnicy, ale w kościele protestanckim naprzeciwko dzwony donośnie i długo wybijają godzinę szóstą. Już wiem. Ksiądz wie. Wie także matka. Wszyscy wiemy, że skoro przed godziną szóstą nie było telefonu od Dale’a, bicie dzwonów oznacza moment, w którym państwo przyciśnie guzik uwalniający truciznę, która zakończy życie jej syna.
Maryjo, Matko opłakująca śmierć Syna, módl się za nami i przytul tę matkę mocno do swego serca.

DZIELĄC BÓL
Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek usiądę z matką w jej mieszkaniu wkrótce po zamordowaniu jej syna na pobliskim parkingu. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym czuwać z inną matką w kościele w chwili egzekucji jej syna. Nie byłam przygotowana na to, że ból tych dwóch matek będzie tak bardzo podobny. Zaledwie kilka godzin wcześniej każda z nich pożegnała swego syna uściskiem. W pierwszym przypadku syn wychodził do pracy, w drugim siedział w celi śmierci. Obaj byli zdrowi. A następnie obaj stracili życie. Każdy z nich został zabity celowo, zabity przez inną osobę. Ból i smutek na twarzach tych dwóch matek był taki sam.
Teraz, w tym kościele, cisza, nieprzerwana dźwiękiem telefonu, wydaje się trwać wiecznie. Podczas gdy szybko mijają ostatnie sekundy życia skazanego mężczyzny, a ja klęczę towarzysząc modlitwą temu, co się dzieje, w moich myślach jak zwykle pojawia się wspomnienie Piety. Podczas moich pierwszych odwiedzin w bazylice św. Piotra, stojąc przed arcydziełem Michała Anioła ukazującym ogrom ludzkiego bólu, poczułam się całkowicie zaskoczona. Nie sądziłam, że tak głęboko dotknie mnie widok cierpienia Maryi, realistycznie przekutego w kamień, robiącego wrażenie tak prawdziwego, jakby działo się teraz.
Kunsztowne fałdy i gładkości ukształtowane w kamieniu przedziwnym sposobem oddają głębię cierpienia Maryi w chwili, gdy trzyma ciało Jezusa zdjęte właśnie z krzyża. Ból na twarzy Maryi, patrzącej w dół na udręczone ciało martwego Syna, nie daje się porównać z niczym. Byłam wręcz ogłuszona ponurym kontrastem pomiędzy Jego nieruchomym ciałem, a obrazem Jego dynamicznego działania zaledwie dzień wcześniej podczas Ostatniej Wieczerzy.
Kiedy ujrzałam Pietę po raz pierwszy, jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy towarzyszyć matkom, których synowie zostali zabici – legalnie czy nielegalnie. Teraz, gdy klęcząc w pogrążającym się w mroku kościele, modlę się o telefon przed biciem dzwonów, czuję, że mój pierwszy kontakt z Pietą miał miejsce już bardzo dawno. Obecnie, gdy patrzę na Pietę, na ból, smutek i agonię Maryi, zlewa się ono dla mnie z cierpieniem kobiet, którym towarzyszę.

WSPARCIE W CIERPIENIU
Z wewnętrznych rozmyślań wyrywa mnie nagle donośne bicie dzwonów z kościoła po przeciwległej stronie ulicy. Jest godzina szósta. Telefon nie zadzwonił. Wychodzę ze swojej ławki i staję za matką, której syn jest w tej chwili zabijany przez państwo. Kładę jej rękę na ramieniu i modlę się za nią, gdy cała drży i szlocha z bólu.
Chociaż nie widzę jej twarzy, znam ból, który wyraża. Widziałam go już wcześniej. Wiara mówi mi, że agonia Piety nie była końcem. Przyszło zmartwychwstanie, a z nim obietnica uzdrowienia i odkupienia tego cierpienia. Wierzę, że także Maryja złożyła nadzieję w tej obietnicy i trwała w tej nadziei aż do czasu jej wypełnienia. ▐
Święta Maryjo, trzymająca w ramionach ciało naszego ukrzyżowanego Zbawiciela, módl się za nami teraz i w godzinę naszej śmierci.

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:


Czwartek, 1 października
Ne 8,1-4a.5-6.7b-12
Radość w Panu jest waszą ostoją. (Ne 8,10)
Nadszedł dzień wielkiego święta! Po kilkudziesięciu latach wygnania lud izraelski usłyszał wreszcie Prawo Pańskie ogłoszone podczas świętej ceremonii. Ten doniosły moment poprzedziły specjalne przygotowania, od zatroszczenia się o świąteczne pokarmy aż po wzniesienie podwyższenia, z którego miał przemawiać kapłan Ezdrasz.
Dlaczego więc na głos Ezdrasza głoszącego słowo Boże lud zaczął płakać? Dlaczego lewici musieli wejść w tłum
i uspokajać zebranych? Ponieważ poczuli się zawstydzeni i przybici, widząc przepaść pomiędzy tym, co opisywał Ezdrasz, a swoim własnym życiem. Zobaczyli, jak bardzo oddalili się od Pana, i ogarnął ich smutek.
Dopiero po krzepiących słowach lewitów ludzie zaczęli dostrzegać w Prawie Bożym coś więcej niż przygniatający ciężar. Zobaczyli, że ten bezcenny dar odsłania nie tylko sprawiedliwość Boga, ale także Jego wierną miłość i miłosierdzie. Zrozumieli, że skoro Bóg dał im Prawo, to da również łaskę potrzebną do jego przestrzegania.
Czy nie tak właśnie działa Bóg? Pogrążamy się w poczuciu winy i wstydu, a On przychodzi, aby zdjąć z nas ciężar. Martwimy się, że nie damy sobie rady, a On przypomina nam, że w Nim możemy wszystko. Cierpimy z powodu dawnych grzechów, a On mówi, że odrzucił je tak daleko, jak wschód odległy jest od zachodu.
Niejeden raz ciężko ci było pójść na Mszę świętą czy do spowiedzi, ponieważ widziałeś, że w twoim życiu nie dzieje się tak, jak powinno. Niech cię to nie zraża! Przypomnij sobie słowa lewitów, skierowane do ludu Izraela. Uraduj się swoim zbawieniem i niech ta radość prowadzi cię ku mocy i wolności, których potrzebujesz!
„Ojcze, wiem, że jestem Twoim dzieckiem. Dziękuję Ci za to, że włączyłeś mnie do swojej rodziny.”
Ps 19,8-11
Łk 10,1-12

Piątek, 2 października
Świętych Aniołów Stróżów
Mt 18,1-5.10
Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych. (Mt 18,10)
W myśl popularnego poglądu teologicznego kością niezgody pomiędzy Bogiem a tą częścią aniołów, które stały się demonami, było wyznaczone im przez Boga zadanie służby człowiekowi. „Czy to naprawdę jest zadanie dla nas, szlachetnych stworzeń, przez swą duchową naturę podobnych do samego Boga? Służyć tym dziwnym hybrydom, ni to duchom, ni zwierzętom, które jedzą, piją, chorują i umierają? O nie! Do większych rzeczy jesteśmy stworzone” – zawołały duchy, i ta decyzja zmieniła je na zawsze. To do ich przywódcy, Lucyfera, stosowali Ojcowie Kościoła fragment z proroka Izajasza: „Jakże to spadłeś z niebios, Jaśniejący, Synu Jutrzenki? …Ty, który mówiłeś w swym sercu: Wstąpię na niebiosa; powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron… Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego” (Iz 14,12 13.14). Odrzucając Boże wezwanie, doprowadziły się do upadku.
Czy i my czasami nie przeżywamy podobnej pokusy? Mamy ochotę dokonać czegoś wielkiego, pojechać na wspaniałe rekolekcje, spełniać się w wymarzonej dziedzinie, podróżować po świecie. Tymczasem – zależnie od wieku i stanu – trzeba uczyć się tabliczki mnożenia, wynieść śmieci, dopilnować dziecko przy lekcjach, zająć się obłożnie chorą bliską osobą z rodziny, przełknąć po cichu uszczypliwą uwagę szefa i wstawać do nużącej pracy w ciemne i mgliste poranki. Wcale niełatwo jest czynić to wszystko z miłością i wiarą, że ten trud nie jest bez znaczenia.
Dzisiejsza Ewangelia uczy nas przyjmować od Boga to, co małe i niepozorne, z wiarą, że skoro On nam to daje, to widzi w tym sens. Ostrzega, że ryzykowną rzeczą jest odrzucenie woli Bożej, która przejawia się w wydarzeniach naszego życia, obowiązkach, naszym powołaniu. Uczy kochać szarą rzeczywistość, która wprawdzie ma to do siebie, że przeważnie rozmija się z marzeniami, ale jest pewną drogą do Boga.
A na tej drodze towarzyszą nam ci święci aniołowie, którzy odrzuciwszy pokusę wielkości wbrew Bogu, wiernie wypełniają powierzone im zadania. Oni nie utracili dobra ani piękna. Są szczęśliwi i radośni, wiedząc, że służą wielkiej sprawie – zbawieniu człowieka. Strzegąc nas i prowadząc po drogach życia, ukazują, że w wierności Bogu jest prawdziwie i ostateczne szczęście.
„Panie, ustrzeż mnie od wynoszenia się nad innych i spraw, abym z radością pełnił Twoją wolę.”
Wj 23,20-23 
Ps 91,1-6.10-11

Niedziela, 4 października
Mk 10,2-16
Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! (Mk 10,9)
Trudno wyobrazić sobie stosowniejsze czytania na dzisiejszy dzień! Dziś rano papież Franciszek otwiera długo wyczekiwany Synod o rodzinie. Przez następne trzy tygodnie będzie spotykał się z biskupami całego świata, aby rozmawiać o radościach i problemach współczesnych rodzin. Wspólnie z nimi będzie zastanawiał się, jak Kościół może najlepiej głosić Ewangelię i służyć wszystkim rodzinom, niezależnie od ich sytuacji. Tak więc dobrze się składa, że słyszymy dziś o mocy Boga, który łączy zaślubionych w jedno ciało (Rdz 2,24)!
Jednak dzisiejsza Ewangelia ma w sobie także nutę smutku, gdyż porusza problem rozwodów i powtórnych związków. Słowa Jezusa wydają się brzmieć twardo, zwłaszcza jeśli sami przeżyliśmy rozwód lub ktoś nam bliski cierpi z powodu rozpadu swojego małżeństwa.
Rozwiedzione pary przeżywają autentyczny ból. Relacja, w którą wchodzili pełni nadziei, została zniszczona, pozostawiając po sobie poczucie odrzucenia, krzywdy, winy, zawodu. To, co było „jednym ciałem”, zostało rozdarte. Czy Jezus naprawdę wydał wyrok potępienia? Nie. On nie koncentruje się na błędach naszej przeszłości, lecz wychodzi nam na spotkanie tam, gdzie jesteśmy, proponując uzdrowienie i odnowę.
Jeśli jesteś rozwiedziony, wiedz, że Jezus nie przestał cię kochać. On dzieli twój ból i cierpi wraz z tobą. Przypomnij sobie Jego spotkanie z kobietą przy studni (J 4,1-42). Nie potępił jej, chociaż miała pięciu mężów, a obecnie żyła z mężczyzną, który nie był jej mężem. Doprowadził ją do wiary, uzdrowił wewnętrznie i odesłał do domu, aby głosiła innym Dobrą Nowinę.
Bóg Ojciec pragnie leczyć nasze rany, które zdarzają się w każdej relacji. Chce nas jednać ze sobą, przemieniać
i posyłać do innych z Dobrą Nowiną o królestwie. Módlmy się więc w intencji Synodu, aby Duch Święty pomógł biskupom znaleźć właściwą drogę do głoszenia wszystkim rodzinom uzdrowienia oraz przemieniającej mocy Boga.
„Jezu, prowadź dalej swój Kościół. Wylewaj swoją łaskę na wszystkie rodziny. Niech Twoja miłość przepływa przez nas i czyni nas Twoimi świadkami.”
Rdz 2,18-24
Ps 128,1-6
Hbr 2,9-11

Niedziela, 11 października
Mk 10,17-30
Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego. (Mk 10,23)
Czy człowiek bogaty może wejść do nieba? Oczywiście. Ale jak mówi Księga Przysłów: „Kto ufa bogactwu – upadnie” (Prz 11,28). Nie dlatego, że pieniądze same w sobie są czymś złym, ale ponieważ łatwo się do nich przywiązujemy i pozwalamy im sobą rządzić. Bogaty młodzieniec z dzisiejszej Ewangelii przestrzegał Bożych przykazań. Jednak w oczach Jezusa był on zanadto przywiązany do swoich bogactw i to powstrzymywało go na drodze wiary.
Założyciel Kościoła metodystycznego, John Wesley, wygłosił kiedyś krótkie acz głębokie kazanie na temat korzystania
z pieniędzy. To, co napisał, może także nam pomóc czynić właściwy użytek z tego, co posiadamy. W swoim kazaniu John Wesley zawarł trzy proste zasady: „Zarabiaj, ile tylko możesz. Oszczędzaj, ile tylko możesz. Dawaj, ile tylko możesz”.
Zarabiaj, ile tylko możesz. Wesley uważał, że chrześcijanie powinni być zaradni, przedsiębiorczy i pracowici. Był zdania, że w zarabianiu pieniędzy nie ma nic złego, o ile czynimy to w sposób legalny i etyczny, nikomu przy tym nie szkodząc.
Oszczędzaj, ile tylko możesz. Wesley zachęcał swoich braci w wierze do oszczędności. Uważał, że powinni żyć w pro-
stocie i unikać rozrzutności. Dlaczego jednak mieliby się ograniczać i oszczędzać? Po to, by móc wypełnić trzeci punkt.
Dawaj, ile tylko możesz. Jeśli jesteśmy pracowici i oszczędni, mamy do dyspozycji więcej środków, którymi możemy dzielić się z innymi. Oczywiście pierwszeństwo mają nasi najbliżsi, jednak nasza hojność powinna rozciągać się także na Kościół oraz głodnych i potrzebujących, których mamy wokół siebie.
Oblicza się, że John Wesley zarabiał w jednym roku około miliona czterystu tysięcy dolarów w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze. Zużywał on jednak na własne utrzymanie zaledwie 2% tej sumy, a resztę rozdawał. Do śmierci zdążył rozdać wszystko, co w całym życiu zarobił. 
Obyśmy i my potrafili ograniczać swoje potrzeby po to, by przychodzić z pomocą innym!
„Panie, naucz mnie być hojnym, jak Ty jesteś hojny.”
Mdr 7,7-11
Ps 90,12-17
Hbr 4,12-13

Środa, 14 października
Rz 2,1-11
W jakiej bowiem sprawie sądzisz drugiego, w tej sam na siebie wydajesz wyrok, bo ty czynisz to samo, co osądzasz. (Rz 2,1)
Psycholodzy od dawna znają sposób zachowania, o którym pisze tu św. Paweł. Jest to mechanizm obronny, zwany „projekcją”, który stosujemy w celu ukrycia i „przygłaskania” naszych słabości. Zamiast zauważać – i pokonywać – swoje własne wady, „projektujemy” je na innych ludzi. Jeśli na przykład natychmiast zauważamy i ostro krytykujemy chciwość, lenistwo czy niecierpliwość u innych, to niewykluczone, że sami często ulegamy tym słabościom i staramy się odwrócić od nich uwagę. To, czego najbardziej nie lubimy u innych, często odsłania nam, czego tak naprawdę nie lubimy w sobie samych.
Jednakże tu drogi Pawła i współczesnej psychologii się rozchodzą. Paweł zachęcał swoich słuchaczy, by kierowali wzrok ku Bogu, a nie ku swemu własnemu wnętrzu. Uczył, że nikt nie ma moralnego prawa osądzać innych, ponieważ wszyscy jesteśmy winni. Mówił to z własnego doświadczenia. Niegdyś uważał się za sprawiedliwego, który przestrzega Prawa, jednak sam na sobie przekonał się, że „wszyscy… zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rz 3,23).
Jaki więc wniosek możemy wysnuć z Pawłowej „terapii prawdą”? Że wszyscy jesteśmy beznadziejnymi grzesznikami idącymi na zatracenie? Absolutnie nie! Paweł obnaża naszą kondycję jedynie po to, by przybliżyć nas do Chrystusa. Oprócz złej wiadomości o tym, że wszyscy jesteśmy grzeszni, ma dla nas również drugą, dobrą, a mianowicie taką, że nie musimy zmagać się z tym problemem sami. Mamy Zbawiciela, który jest wystarczająco potężny, by wydobyć nas z matni grzechu i wprowadzić w nowe życie łaski.
Kiedy więc następnym razem przyjdzie ci pokusa osądzania bliźniego, idź prosto do Jezusa i posłuchaj, co powie ci o twoim stanie. Czy nie pokazuje ci jakiegoś obszaru ciemności w twoim własnym sercu? Jeśli tak, to dobrze! Możesz teraz dopuścić tam Boże światło i doświadczyć miłosierdzia Pana.
A to miłosierdzie nie tylko uzdrowi twoje serce, ale też zmieni twój stosunek do innych. Zwróć się więc do Niego, a zobaczysz, jak przechodzi ci ochota na osądzanie innych!
„Panie, pomóż mi patrzeć na innych z łagodnością i miłością. Obym zawsze był gotów przyznać się do swoich słabości i przyjąć Twoje miłosierdzie.”
Ps 62,2-3.6-7.9
Łk 11,42-46

Niedziela, 25 października
Mk 10,46-52
Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię. (Mk 10,49)
Wszystkie dzisiejsze czytania mówią o Bożym wezwaniu. W pierwszym z nich Pan kieruje pełne pociechy zaproszenie do Izraelitów, swego ludu na wygnaniu, wzywając ich, by powrócili do ojczystej Jerozolimy. Obiecuje ich wyprowadzić
i towarzyszyć im przez całą drogę. Zależy mu na tym, aby nikogo nie zostawić. Przygotowuje nowe przymierze i pragnie zawrzeć je z całym swoim ludem.
W drugim czytaniu Bóg wzywa swego Syna, niepokalanego Baranka Bożego, do najwyższego kapłaństwa. Ma On być Tym, który przebacza i którego ofiara otwiera nam drogę do niebieskiej Jerozolimy.
Wreszcie w Ewangelii pojawia się kolejne, pełne nadziei wezwanie, które Jezus kieruje do Bartymeusza, niewidomego żebraka siedzącego przy drodze do Jerozolimy. Daje nam przez to jasno do zrozumienia, że chce zbawić wszystkich. Nie pozostawia nikogo, nawet niewidomego żebraka. Nawet nas! Nadeszła godzina. Jezus, najwyższy Kapłan, zmierza na miejsce swej paschalnej ofiary, gdzie zapoczątkuje Nowe Przymierze w swojej krwi. My mamy być tego radosnymi świadkami.
Uzdrowiony Bartymeusz zrzuca swój płaszcz i z radością idzie za Jezusem. Jest to przepiękny obraz! Idąc dziś do Komunii świętej, bądź jak Bartymeusz – ty także odrzuć wszystko, co mogłoby ograniczać twoją wizję i twoje oczekiwania. Bóg ma wspaniały plan dla twojego życia. Pozwól więc, by uzdrowił twoje serce i rozpalił je ogniem swojej miłości. 
Jako przybrani synowie i córki Boga, zostaliśmy obdarzeni królewskim dziedzictwem. Nie pozwól, by przeszkody i trudności zatarły w tobie pamięć o nim. Nieważne, skąd pochodzisz, ale dokąd zmierzasz. Bądź więc wytrwały, miej wiarę i nadzieję w Panu. Uwierz, że On usunie wszystko, co wymaga usunięcia, umocni wszystko, co wymaga umocnienia, oraz udzieli ci łaski do powstania
i dalszej drogi. Pamiętaj – On cię woła!
„Jezu, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Chcę przejrzeć.”
Jr 31,7-9
Ps 126,1-6
Hbr 5,1-6

Poniedziałek, 26 października
Rz 8,12-17
Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!» (Rz 8,15)
Zaraz, zaraz. Przeciwieństwo niewoli i bojaźni to wolność i odwaga, dlaczego więc Paweł zamiast o duchu wolności i od-
wagi mówi tu o duchu przybrania za synów? Dzisiejsze czytanie wychodzi od niewoli grzechu, a następnie ostrzega nas, żebyśmy nie poddawali się jej, pozwalając pogrążyć się w bojaźni. Co z tym wszystkim ma wspólnego przybranie za synów?
Otóż nasze wyzwolenie z niewoli nie dokona się przez nasze własne starania. Łańcuchy grzechu są zbyt mocne, byśmy mogli rozerwać je o własnych siłach. Podobnie odwaga nie płynie tylko z naszego wysiłku i determinacji, jakbyśmy mogli odegnać lęk jedynie siłą woli. Obie te łaski są owocem naszego zjednoczenia z Panem. Wiemy, że do Niego należymy, a ta świadomość uwalnia nas i dodaje nam odwagi. Tak więc przeciwstawienie ducha niewoli i bojaźni duchowi przybrania za synów jest jak najbardziej słuszne.
Widziałeś na pewno małe dziecko, które się potknęło lub przestraszyło na widok obcej osoby czy szczekającego psa. Instynktownie zaczyna ono wołać rodziców. Duch Święty rozbudza w naszych sercach podobny instynkt. Według Pawła mieszkający w nas Duch uświadamia nam, że nasz Ojciec rzeczywiście nas słucha. Jeśli więc jesteś czujny na głos Ducha, będziesz instynktownie wołał do Boga o pomoc, ilekroć poczujesz się zagrożony, przybity czy przestraszony.
Mając Stwórcę świata za Ojca, Zbawiciela wszystkich ludzi za Brata i duchową rodzinę rozsianą po całej kuli ziemskiej, możesz stawić czoło wszelkim lękom! Oczywiście nie znaczy to, że one natychmiast znikną bez śladu. Masz jednak w sobie Ducha Świętego, który wciąż przypomina ci, że jesteś synem lub córką Boga. Wsłuchuj się więc w to świadectwo Ducha, abyś codziennie coraz głębiej uświadamiał sobie, kim jesteś – oraz nabierał coraz większej odwagi i wolności wewnętrznej.
„Duchu Święty, dziękuję Ci za to, że dzięki Tobie mogę poczuć się dzieckiem Boga! Pomóż mi dziś żyć w ufności i wol-
ności dziecka Bożego.”
Ps 68,2.4.6-7.20-21
Łk 13,10-17


MAGAZYN:


ŻYCIE WŚRÓD PRZYJACIÓŁ
Obrazki z życia wspólnoty Arka


Jeff siedział u szczytu wielkiego stołu w kuchni Domu Pokoju. Nie mówił za dużo. Ściślej rzecz biorąc, nie mówił nic. Za to śmiał się i zabawiał gości graniem na organkach oraz pokazywaniem im swoich kolorowych, abstrakcyjnych dzieł sztuki. Dziś ponad pięćdziesięcioletni Jeff jest filarem wspólnoty Arki w Jacksonville na Florydzie. Mieszka tu od 1990 roku. Ma zespół Downa.
Poznałem Jeffa w zeszłym roku, gdy wprowadziłem się do Domu Pokoju po ukończeniu studiów. Mój starszy brat spędził kilka miesięcy jako wolontariusz w pierwszej wspólnocie Arki w Trosly-Breuil we Francji. Poruszyła mnie jego relacja o tym, jak czuł się jednocześnie pusty i napełniony, jak nauczył się kochać ludzi niepełnosprawnych intelektualnie i im służyć. Odwiedziłem wtedy pobliską wspólnotę Arki, ale nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że mógłbym prowadzić tego rodzaju życie. Jednak z czasem Bóg zaczął przebijać się do mojego serca i wreszcie postanowiłem zostać na rok czasu wolontariuszem Arki.

WSPÓLNOTA PRZYJACIÓŁ
Przeprowadzka do nowego domu w Jacksonville była dla mnie poważnym krokiem życiowym. Osobiście nie bawi mnie próbowanie nowych rzeczy, byłem więc trochę zdenerwowany. Jednak Jeff, wraz z innymi mieszkańcami Domu Pokoju, sprawił, że poczułem się u siebie. Ma wspaniałe poczucie humoru – jego miny rozśmieszają wszystkich! I chociaż wiele nie mówi, czasami gdy wchodzę, woła: „Cześć, James!”. Wprawia mnie to w dobry nastrój na cały dzień.
W Domu Pokoju, który jest jednym z kilku domów naszej wspólnoty, jest nas dziewięcioro. Mieszkam z trzema innymi asystentami i pięcioma członkami zwyczajnymi – Jeffem, Jackiem, Katriną, Vivą i Joy. Członkowie zwyczajni są niepełnosprawni intelektualnie (a niektórzy również fizycznie). Są oni sercem wspólnoty, podczas gdy asystenci przychodzą i odchodzą.
Niektórzy żartują, że czasami trudno jest odróżnić asystentów od członków zwyczajnych! Myślę, że jednym z powodów jest to, że asystenci przychodzą tu po to, by dzielić życie z ludźmi, którzy są przeważnie odrzucani przez społeczeństwo. Nie traktują tego jako kariery, lecz jako akt miłości i solidarności. Wielu asystentów, którzy przychodzą tu na dłużej, traktuje swoją służbę jako życiowe powołanie. Wszystko to budzi ducha jedności i wzajemnej miłości pomiędzy członkami wspólnoty. Nie ma tu praktycznie podziału na „my” i „oni”. Jest rodzina mieszkająca we wspólnym domu.

ŻYCIE CODZIENNE
Nasze życie jest bardzo proste. Każdy dzień powszedni zaczyna się modlitwą w jednym z naszych domów.
W piątki modlimy się w Domu Pokoju. Słuchamy nagrania przygotowanego przez Katrinę, która jest niewidoma i nosi aparaty słuchowe. Następnie wszyscy – zarówno członkowie zwyczajni, jak i asystenci – próbujemy rozmawiać na temat, jaki ono porusza. Zwykle jest to piosenka. Następnie podajemy sobie z rąk do rąk jakiś przedmiot, na przykład kamyk z wypisanym wersetem z Pisma Świętego, i wypowiadamy głośno nasze intencje. Niektórych członków zwyczajnych trudno jest zrozumieć, inni nie mówią wcale, ale poświęcamy im kilka chwil milczącej uwagi. Na koniec odmawiamy „Ojcze nasz”, ściskamy się nawzajem i mówimy: „Pokój z tobą”, tak jak na Mszy świętej.
Po modlitwie członkowie zwyczajni wychodzą do pracy. Niektórzy, jak Katrina, pracują na zlecenie, inni, na przykład, w barach szybkiej obsługi. Viva, która ma niewiarygodną pamięć do szczegółów, kilkakrotnie zdobyła w Pizza Hut tytuł pracownika miesiąca. Jeff i inni idą na warsztaty terapii zajęciowej, gdzie niepełnosprawni dorośli mogą w godnych warunkach odkrywać znaczenie pracy. Wytwarzają tam rozmaite przedmioty na sprzedaż: karty pocztowe, ceramikę, dekory do kafelków i ścian, biżuterię, a nawet meble.
Wieczorami często mamy różne spotkania towarzyskie, organizowane przez miejscowe grupy parafialne. Czasem fundują nam kolację lub gramy w różne gry. W niedzielne wieczory mieszkańcy Domu Pokoju z zachwytem włączają muzykę i organizują improwizowaną potańcówkę. Ponieważ nie jest to moja ulubiona rozrywka, z wdzięcznością przyjąłem to, że w niedzielę mam wolny wieczór!

LEKCJE MIŁOŚCI
Podczas naszych zwykłych, codziennych zajęć umacniają się więzi między nami i dokonuje się uzdrowienie. U mnie osobiście kontakt z członkami zwyczajnymi zdecydowanie zmienił sposób patrzenia na ludzi niepełnosprawnych.
Zauważyłem, na przykład, jak wielką troską nasi członkowie zwyczajni, tacy jak Jeff, otaczają się nawzajem. Ponieważ Jeff prawie nie mówi, można łatwo ulec wrażeniu, że nie zdaje sobie sprawy z tego, co się wokół niego dzieje. Jednak po śmierci Ryszarda, z którym przez wiele lat mieszkał w jednym pokoju, Jeff płakał przez wiele dni i widać było, jak bardzo to przeżywa. Jeszcze dziś czasem siada i patrzy na portret Ryszarda, który wisi u nas w sali wspólnej.
Jack, mieszkający w Domu Pokoju od niedawna, także nie mówi zbyt wiele. Ale to nie znaczy, że jest obojętny wobec swego otoczenia. Pewnego dnia, kiedy siadaliśmy do obiadu, zauważył, że Katrina nie ma łyżki, i poszedł, żeby ją przynieść. Chociaż nie nauczył się jeszcze nakrywać do stołu, jako pierwszy zauważył, że jej czegoś brakuje. Prosta rzecz, ale bardzo mnie poruszyła.
Joy, która trafiła tu z powodu uszkodzenia mózgu, nauczyła mnie, że miłość jest ważniejsza od skuteczności. Porusza się na wózku inwalidzkim, mówi niewyraźnie, ale jest silna duchowo. Siedzieliśmy razem po posiłku, gdy w pewnym momencie wstałem, żeby umyć naczynia. Joy zaproponowała mi pomoc. Zbyłem ją, wiedząc, że sam poradzę sobie szybciej. Jednak zmywając naczynia, nie mogłem zagłuszyć w sobie pytania: „Dlaczego nie pozwolisz jej pomóc?”.
W końcu ruszyło mnie sumienie. Wyciągnąłem jeszcze raz umyte przed chwilą naczynia i wymyliśmy je ponownie razem z Joy. Wydarzenie to otworzyło mi oczy. Oczywiście, że sam zrobiłbym to szybciej. Ale przyjęcie dobrowolnie ofiarowanej pomocy Joy było aktem budowania wzajemnej miłości.

PROSTE ŻYCIE Z PRZYJACIÓŁMI
Kiedy przybywamy do Arki jako wolontariusze, większość z nas ma ochotę dokonać czegoś wielkiego, co zmieni życie mieszkańców. Jednak nasi członkowie zwyczajni nie potrzebują niczego wielkiego! Są zadowoleni, żyjąc we wspólnocie, a my jesteśmy po to, by pomagać im w bardzo prostych rzeczach.
Nigdy nie sądziłem, że przyzwyczaję się pomagać innym w korzystaniu z toalety, opiekować się chorymi czy smarować maścią najrozmaitsze części ciała. Na początku było to dla mnie duże wyzwanie, ale teraz zupełnie mi to nie przeszkadza. Malowałem nawet paznokcie Joy na jaskrawe, błyszczące kolory!
Wykonując te proste czynności, my, asystenci, odkrywamy, że sami także potrzebujemy pomocy. Jak mawia założyciel wspólnot Arki, Jean Vanier, osoby niepełnosprawne pomagają nam dostrzec nasze własne wewnętrzne rozbicie. Większość członków zwyczajnych, których poznałem, potrafi zaakceptować swoje ograniczenia, cieszyć się życiem i chętnie pomagać sobie nawzajem. Nie próbują oni ukrywać swoich problemów. My, asystenci, także mamy swoje słabości i ograniczenia, tylko są one bardziej ukryte. Życie w naszej wspólnocie pomaga im wydostać się na powierzchnię, gdzie mogą zostać nazwane i uzdrowione. Dostrzegłem, na przykład, że starania, by kochać innych bezinteresownie, zmniejszyły moją tendencję do surowej krytyki wobec samego siebie.
W Arce nie chodzi jednak o to, by kogokolwiek „naprawiać”. Chodzi o to, by cenić każdego człowieka, z jego darami i słabościami, oraz doświadczać Bożej miłości przez siebie nawzajem. Po prostu żyjemy w przyjaźni. ▐

OBCA W OBCYM ŚWIECIE
Jak odnalazłam drogę wśród wyzwań życia studenckiego

Podczas pierwszego semestru na uczelni pewnego piątkowego wieczoru znalazłam się na imprezie wraz z innymi dziewczynami z mojego żeńskiego zespołu śpiewaczego. Stojąc tam w otoczeniu ludzi, którzy pili i bawili się, nagle zadałam sobie pytanie: „Co ja tu robię?”.
Zapisałam się do zespołu właśnie po to, by uchronić się przed imprezowym stylem życia studenckiego i poznać ludzi, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić. Szukałam oparcia w zdrowych relacjach z wierzącymi i skoncentrowanymi na studiach rówieśnikami, podobnymi do tych, których miałam w szkole średniej. Dziewczyny z zespołu były miłe, ale miały inne od moich priorytety. Wśród ogłuszającej muzyki czułam się samotna, zawiedziona i zagubiona.

DZIEWCZYNA Z MAŁEGO MIASTECZKA
Przed rozpoczęciem studiów najważniejsza w życiu była dla mnie moja wiara. Od przedszkola do szkoły średniej uczęszczałam do niewielkich katolickich placówek. W szkole średniej zaangażowałam się w duszpasterstwo i pomagałam w prowadzeniu grupy młodzieżowej. Śpiewałam w chórze kościelnym, codziennie uczestniczyłam we Mszy świętej, odmawiałam Różaniec, czytałam żywoty świętych, a moja Biblia rozpadała się już od ciągłego użytku. Ku mojemu zażenowaniu zwyciężyłam nawet w przeprowadzonym w naszej klasie głosowaniu na „najbardziej prawdopodobną kandydatkę na zakonnicę”!
W ostatniej klasie szkoły średniej zaczęłam modlić się w sprawie swojej dalszej edukacji. Na spotkaniu modlitewnym nabrałam pewności, że Pan Jezus skłania mnie ku uniwersytetowi w Michigan. „Nie bój się. Wyjdź ze swego bezpiecznego gniazdka i staw czoło wyzwaniom.” Klęcząc przed Najświętszym Sakramentem, wśród ludzi wznoszących ręce i głosy na modlitwie, podjęłam decyzję, idąc za Bożą sugestią.
Miałam przeczucie, że na świeckiej uczelni moja wiara będzie wystawiona na poważną próbę. Nie zastanawiałam się jednak za bardzo nad konkretnymi trudnościami, z którymi przyjdzie mi się zmagać – dopóki nie stanęłam przed nimi podczas najbliższej jesieni.

ROK WYZWAŃ
Wyzwania, które mnie czekały, wkrótce stały się rzeczywistością, a moja naiwność rozwiała się bardzo szybko. Zaledwie kilka tygodni po rozpoczęciu semestru moja współlokatorka zaczęła regularnie wracać do pokoju pijana. Dziewczyny
z mojego piętra w domu akademickim namawiały mnie do podjęcia niezdrowej relacji z chłopakiem, z którym znaliśmy się pobieżnie z zajęć. Nakłaniały mnie też do chodzenia z nimi na imprezy, aby tam się upijać i uprawiać seks z chłopakami.
Na niektórych zajęciach uczono mnie, że ideologia marksistowska jest wspaniałym sposobem myślenia o życiu. Nie wiedziałam nic o ideologii marksistowskiej – nie wiedziałam nawet, co dokładnie oznacza słowo „ideologia” – musiałam więc dużo i szybko się uczyć. Musiałam też znaleźć w sobie odwagę, by zabierać głos wobec profesorów i studentów, przedstawiając swoją wizję opartego na chrześcijaństwie światopoglądu i moralności. Mówiąc krótko, przeżyłam ten rok zepchnięta na pozycje obronne, głównie „gasząc pożary” we wszystkich dziedzinach mojego życia. Uczestniczyłam we Mszy świętej, kiedy tylko mogłam, w niedzielę zawsze, a także przyjmowałam sakramenty. Jednak wciąż przychodziły nowe wyzwania i pod koniec pierwszego roku czułam się wypalona. „Panie – modliłam się – nie chcę już nigdy przeżywać podobnego roku!”

POWRÓT DO NORMALNOŚCI
Bóg odpowiedział na moją modlitwę, przynaglając mnie do podjęcia konkretnego działania. Tego lata, podejmując pracę sezonową na terenie uczelni, postanowiłam odpowiedzieć na zaproszenie otrzymane od chrześcijańskiej grupy studenckiej. Ludzie ci zapraszali mnie już wcześniej w ciągu roku, choć przecież nawet mnie nie znali. Pomyślałam, że w końcu dam im szansę.
Chrześcijańskie duszpasterstwo akademickie stało się dla mnie liną, której się uchwyciłam. W tej grupie zawarłam głębokie przyjaźnie, w centrum których był Jezus. Wreszcie otrzymałam wsparcie i mogłam szczerze rozmawiać o napotykanych wyzwaniach i problemach. Moje życie duchowe rozwijało się – chodziłam na spotkania modlitewne, częściej czytałam Pismo Święte i, co najważniejsze, wspólnota pomodliła się o ożywienie we mnie darów Ducha Świętego. Znowu mogłam słyszeć głos Jezusa, jak wcześniej w dzieciństwie i w czasach szkoły średniej. Moje życie nie tylko wróciło do normy, ale posuwałam się dalej głębiej w mojej wierze, w sposób przekraczający wszelkie moje oczekiwania. Dziś, patrząc wstecz, gdy od wyczerpującego pierwszego roku studiów dzieli mnie już osiem lat, jestem szczerza wdzięczna Bogu za to, że był ze mną. Chociaż rozpoczynając studia byłam zaangażowaną katoliczką, wiem, że bez Jego opieki i prowadzenia nie zdołałabym zachować wiary.
Nie jest to tylko moja historia, ale jest to historia niezliczonych studentów wyższych uczelni. Nawet ci, którzy dorastali w wierzących rodzinach chrześcijańskich, potrzebują prowadzenia i wsparcia, by sprostać wyzwaniom, przed którymi nie stawali żyjąc w domach rodzinnych.

PO CO ŻYJĘ?
Lata studiów są krótkim, ale bardzo ważnym okresem w życiu. To właśnie wtedy młodzi ludzie podejmują ważne życiowe decyzje; wybór zawodu, współmałżonka, kształtowanie nawyków życia codziennego. Niektórzy zastanawiają się, po co żyją, inni stawiają sobie pytanie: „Czy moja wiara w Jezusa jest wystarczająco mocna, by praktykować ją dalej, chociaż nikt mnie już do tego nie zmusza?”. Trzeba im mówić o tym, że Jezus ich kocha, że ma najlepszy plan dla ich życia, i że idąc za Nim, nie są sami!
Dlatego wciąż jestem zaangażowania w ewangelizację na uniwersytecie.
Z wielką radością głoszę studentom Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie, ofiarując im wsparcie i prowadzenie, które kiedyś tak bardzo pomogły mnie samej. ▐

NASZA ANKIETA:
BÓG ŻYJE I DZIAŁA
Z pewnością każdy z nas doświadczył w swoim życiu pomocy, czasem bardzo zaskakującej, kiedy znajdował się w jakiejś trudnej sytuacji, naglącej potrzebie czy niebezpieczeństwie. Może najpierw myśleliśmy, że to przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności czy zwyczajna ludzka życzliwość, ale później odkryliśmy, że była w tym ręka Boga. Bywało i tak, że mieliśmy od razu jasną świadomość Bożej interwencji. Może także zdarzyło się, że sami zostaliśmy poprowadzeni przez Boga tak, że ktoś otrzymał pomoc za naszym pośrednictwem.
Wszyscy mamy za co dziękować Bogu. Napiszcie nam o tym, jak Pan działa w Waszym życiu, jak przyszedł Wam z pomocą w jakiejś konkretnej sprawie, jak doświadczyliście Jego miłosierdzia. 
Przez te świadectwa oddamy chwałę Bogu, a jednocześnie umocnimy się nawzajem w wierze.

Prosimy o nadsyłanie świadectw (2 do 5 stron)
w terminie do końca czerwca 2016 roku
za pomocą e-maila: sekretarzslowo@wydawnictwo.pl
lub pocztą: Redakcja „Słowa wśród nas”,
ul. Św. Bonifacego 9/1, 02-914 Warszawa

Wszyscy, którzy nadeślą do nas swoje świadectwo,
otrzymają książkę Wydawnictwa PROMIC.

Zostanie także rozlosowana NAGRODA GŁÓWNA
ufundowana przez Wydawnictwo PROMIC w postaci pakietu książek o wartości 150 zł
(tytuły do ustalenia).

Sklep internetowy Shoper.pl