E-BOOK
6.7
PLN
Słowo wśród nas Nr 1 (317) 2020 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 1 (317) 2020 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 6,70 zł

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO STYCZNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

W styczniowym numerze „Słowa wśród nas” poruszamy temat jedności chrześcijan, tak ważny i wciąż aktualny, wart przypomnienia zwłaszcza w miesiącu, w którym, jak co roku, obchodzimy Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. O tę jedność swoich uczniów modlił się Jezus, dlatego przezwyciężanie tego, co nas, chrześcijan, dzieli, a szukanie tego, co nas łączy, jest zadaniem dla każdego z nas.
W numerze jak zawsze znajdują się Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, pomagające w codziennym życiu słowem Bożym.
Magazyn otwiera tekst o Grzegorzu z Nazjanzu, wielkim świętym z czasów formowania się nauki Kościoła na temat Trójcy Świętej. Ponadto zamieściliśmy w nim dwa świadectwa na temat modlitwy oraz świadectwo mówiące o tym, jak można znaleźć sens w cierpieniu spowodowanym rozbiciem małżeństwa i o wsparciu, jakiego w takich trudnych sytuacjach udziela wspólnota Sychar.
W związku z dorocznym Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan podajemy jego hasło oraz sigla czytań mszalnych na ten czas. Polecamy też lekturę – w tym numerze jest to książka Michaela O’Briena „Zimowe opowieści” – doskonała lektura nie tylko dla młodych czytelników. Ponadto w numerze krzyżówka biblijna oraz kalendarz liturgiczny.

 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Panie, uczyń z nas jedno!
Co Bóg myśli o podziałach w Kościele?.................... 4

Jedna rodzina dzieci Bożych
Czego uczy Kościół o jedności chrześcijan?............... 9

Zjednoczeni w miłości
Jak mogę przezwyciężać podziały
w podzielonym Kościele?............................................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 stycznia............................................19

MAGAZYN
Sfrustrowany kontemplatyk
Jak trud św. Grzegorza z Nazjanzu przyczynił się
do przyjęcia prawdy o Trójcy Świętej
– ks. Michael Kueber............................................47

Bóg i dzisiaj dokonuje cudów
Jak uczyłem się modlić z dziecięcą wiarą
– Steve Greco............................................................. 53

Bóg mówi w ciszy
Jak cicha modlitwa napełnia serce łaską
– Jim Cahill............................................................... 57

Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan............... 59

Rozbite małżeństwo
Odnaleźć sens cierpienia – Tomasz Kaczanowski...... 60

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST

Drodzy Bracia i Siostry!

Dorastałem w wielodzietnej rodzinie katolickiej – miałem ośmioro rodzeństwa! Także dziś, choć dzielą nas spore odległości, czuję się z nimi bardzo związany. Nie we wszystkim się zgadzamy, mamy też różne podejście do życia. Gdyby jednak któreś z nas znalazło się w poważnej potrzebie, ręczę, że pozostali zrobiliby wszystko, aby przyjść mu z pomocą.
Podobnie Pismo Święte i Kościół nauczają nas, że chociaż jesteśmy podzieleni na wiele różnych Kościołów i wyznań, wierzący w Chrystusa są dla siebie nawzajem braćmi i siostrami. Mimo że nasza jedność jest daleka od doskonałości, to przecież należymy do tej samej rodziny w Chrystusie.
Mówię o tym, ponieważ w tym miesiącu Kościół po raz kolejny zaprasza nas do uczestnictwa w Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan (18-25 stycznia). Jest to dla nas zachęta, by w ciągu tego tygodnia nie tylko zastanowić się nad smutnym faktem podziałów pomiędzy chrześcijanami – katolikami, protestantami i prawosławnymi – ale przede wszystkim modlić się o to, „aby wszyscy stanowili jedno” (J 17,21), jak modlił się Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy. Dlatego właśnie ten styczniowy numer naszego pisma poświęcamy sprawie jedności chrześcijan.
Jak przeczytacie w naszych artykułach, papieże – począwszy od Jana XXIII aż do Franciszka – mówili o potrzebie modlitwy o jedność chrześcijan i podejmowania wysiłków prowadzących do jedności z naszymi protestanckimi i prawosławnymi braćmi i siostrami. Być może najtrafniej wyraził to papież Jan Paweł II w encyklice Ut unum sint: „Ekumenizm, ruch na rzecz jedności chrześcijan, nie jest jakimś tylko „dodatkiem”, uzupełnieniem tradycyjnego działania Kościoła. Przeciwnie, należy on w sposób organiczny do całości jego życia i działania i w konsekwencji winien tę całość przenikać i z niej wyrastać, jak owoc ze zdrowego i kwitnącego drzewa, które osiąga pełnię życia” (20).
Niektórzy mogą powiedzieć: „Oczywiście, to ważne, ale tak naprawdę jest to zadanie papieża, biskupów i teologów. Ja niewiele tu mogę zdziałać”. Kościół podkreśla jednak, że „Odnowienie jedności powinno być przedmiotem troski całego Kościoła, zarówno wiernych, jak i pasterzy, każdego wedle jego własnych sił” (Sobór Watykański II, dekret Unitatis redintegratio, 5). Jest to zatem nasza wspólna troska, ponieważ każdy chrześcijanin, niezależnie od tego, z jakiego Kościoła pochodzi, jest naszym bratem lub siostrą.
Jestem wdzięczny za to, że mogę kroczyć w wierze razem z wieloma oddanymi katolikami, ale także chrześcijanami innych wyznań. W ciągu mojego życia nawiązałem głębokie przyjaźnie z braćmi i siostrami wyznania metodystycznego, luterańskiego i reformowanego. Byłem przynaglany do miłości Pana przez braci i siostry z Kościoła prawosławnego, zielonoświątkowego. Zdaję sobie sprawę, że podziały istnieją, toteż tęsknię za jednością i modlę się o nią. Ale to nie umniejsza łask, które otrzymałem za pośrednictwem tych braci i sióstr w Chrystusie.
W tym miesiącu módlmy się o jedność chrześcijan. Jak wzywał nas papież Benedykt XVI: „Trzeba się modlić nieustannie, usilnie prosząc Boga o wielki dar jedności wszystkich uczniów Chrystusa (…) abyśmy mogli wszyscy razem wyznawać, że Jezus jest jedynym Zbawicielem świata” (Audiencja, 16 stycznia 2008).
Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith

ARTYKUŁY:

Art. 1
PANIE, UCZYŃ Z NAS JEDNO
Co Bóg myśli o podziałach w Kościele?

Czy kiedykolwiek przydarzyło ci się coś takiego? Siedzisz w ławce w kościele, oczekując na rozpoczęcie Mszy świętej, kiedy wchodzi „on” i zajmuje miejsce zaraz za tobą. „On” (lub „ona”) to ktoś, z kim trudno ci wytrzymać – hałaśliwy sąsiad, rodzic dziecka, które w zeszłym miesiącu zachowało się tak okropnie wobec twojej córeczki, a może ktoś, kto za głośno śpiewa lub czyje poglądy polityczne doprowadzają cię do szału.
Przychodzi moment przekazywania znaku pokoju. Co zrobisz? Nie odwrócisz się? Bez entuzjazmu pospiesznie uściśniesz mu rękę lub, co gorsza, zmrozisz chłodnym spojrzeniem? Czy też spróbujesz wznieść się ponad dzielące was różnice i zdobyć się na serdeczny gest oraz szczere „Pokój z tobą”?
Ta prosta sytuacja może pomóc nam zobaczyć skutki podziału pomiędzy katolikami, protestantami i prawosławnymi. Od wieków istnieje między nami dystans, ale Kościół prosi nas, byśmy zwrócili się do siebie i szczerze przekazali sobie pokój Chrystusa. W tym miesiącu chcemy przyjrzeć się ruchowi na rzecz jedności chrześcijan, zwanemu także ekumenizmem. Chcemy zobaczyć, jak bardzo Ojciec pragnie, by wszyscy Jego wyznawcy przezwyciężyli dzielące ich różnice,
a przez to mogli stać się jedno, jak On jest jedno ze swoim Synem, Jezusem (J 17,26).

BÓL PODZIAŁÓW
Rodziców zasmucają kłótnie między dziećmi, zwłaszcza gdy te nieporozumienia są poważne lub długotrwałe. Ubolewają nad niezgodą panującą w rodzinie. Pomyśl więc, o ileż bardziej Bóg ubolewa nad rozłamem wśród swoich dzieci, które nie umieją miłować się wzajemnie ani ze sobą współpracować. Jak wielkim smutkiem napawa Go fakt, że lud Boży jest tak bardzo podzielony, zamiast stanowić jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół, któremu dał On początek w dzień zesłania Ducha Świętego.
Bóg ubolewa nad naszymi podziałami, ponieważ On sam żyje w jedności, która sięga samej istoty tego, kim On jest. Za każdym razem, gdy mówimy: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, głosimy, że nasz Bóg jest wspólnotą Osób Boskich. Bóg kocha jedność, ponieważ sam jest jednością i trwa we wspólnocie miłości. Bóg jest naszym Ojcem i jak każdy ojciec cieszy się, gdy Jego dzieci miłują się nawzajem i żyją w jedności. Dlatego właśnie dał nam dar rodziny. Dlatego wezwał nas do wspólnego przeżywania wiary w Kościele, a nie tylko indywidualnie. 
Chociaż Bóg pragnie, by Jego lud żył w jedności, to jednak trucizna podziałów wsącza się w każde pokolenie. Od chwili, w której Adam i Ewa zaczęli obwiniać się wzajemnie o pierwszy grzech, aż po dziś dzień, na przeszkodzie w budowaniu królestwa Bożego stają nieporozumienia, konflikty i podziały. Tak jak wąż w raju poróżnił naszych pierwszych rodziców z Bogiem i ze sobą nawzajem, tak diabeł – „oskarżyciel braci naszych” (Ap 12,10) – wciąż usiłuje podzielić Boże dzieci.
Już Kościół pierwotny przeżywał zmagania o jedność. Chociaż kultura, przekonania i mentalność wyznawców Chrystusa pochodzenia żydowskiego i pogańskiego różniły się w wielu punktach, to dzięki wierze w Chrystusa byli oni w stanie zobaczyć w sobie nawzajem braci i siostry. Niewolnicy i panowie stawali się członkami jednej rodziny w Chrystusie. Mężczyźni i kobiety byli teraz współdziedzicami w Chrystusie, równymi sobie w godności jako synowie i córki Boga. Ubodzy i bogaci uczyli się wzajemnej miłości.
Ale ta jedność bywała często zagrożona zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz. Zresztą wiele listów Nowego Testamentu – na przykład List do Galatów, do Rzymian i do Efezjan – zostało napisanych po to, żeby pomóc chrześcijanom zrozumieć Boże pragnienie jedności, a przez to dać im motywację do przezwyciężania podziałów. Kiedy Paweł pisał do wierzących w Efezie, że Bóg „nam oznajmił tajemnice swej woli (…) aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi” (Ef 1,9-10), nie był to tylko głęboki wywód teologiczny. Paweł mówił im, jak bardzo Bóg pragnie jedności, jak bardzo zależy Mu na tym, aby wszyscy Jego wyznawcy byli zjednoczeni!

ŚWIADECTWO
ZJEDNOCZONEGO KOŚCIOŁA
Czy możesz sobie wyobrazić, jak mógłby wyglądać dziś zjednoczony Kościół? Pomyśl, jak wielkim świadectwem byłby on dla świata. Zamiast podziałów i rozłamów, stalibyśmy się wzorem miłości, głosząc ramię w ramię dobrą nowinę o Chrystusie. Zamiast koncentrować się na sporach o różnice doktrynalne, moglibyśmy pokazać światu, co to znaczy troszczyć się o siebie nawzajem tak, jak Chrystus troszczy się o nas. Pomyśl, jak czytelne byłoby nasze świadectwo, gdybyśmy wspólnie wychodzili ku ubogim i opuszczonym, służąc im naszymi różnymi darami i umiejętnościami. Widząc naszą wzajemną miłość, świat uwierzyłby, że jesteśmy uczniami Jezusa (J 13,35).
Przede wszystkim jednak zjednoczony Kościół byłby żywym świadectwem mocy przebaczenia i pojednania. „Zobaczcie, jak oni umieją przezwyciężać podziały między sobą. Już samo to, że potrafili się pojednać po kilkuset latach rozłamów, jest żywym dowodem istnienia kochającego Boga” – mówiliby ludzie. Zamiast być zgorszeniem dla świata ze względu na nasze podziały, pociągalibyśmy wszystkich do poznania Boga i Jego miłości.

OJCZE, SPRAW,
ABY BYLI JEDNO!
Za dni swego ziemskiego życia Jezus zabiegał o jedność i gorliwie się o nią modlił. Był otwarty nie tylko na Żydów, ale i na pogan. Przyjmował wykształconych i niewykształconych, mężczyzn i kobiety, zelotów i celników. Poświęcał czas bogatym i ubogim. Nie robił różnic pomiędzy ludźmi, ale wzywał wszystkich do pójścia za Nim.
Jedność była dla Jezusa tak ważna, że modlił się o nią podczas Ostatniej Wieczerzy: „Proszę (…) aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno” (J 17,20). Ta modlitwa Jezusa była owocem Jego własnej jedności z Ojcem. Jezus wiedział, że Ojciec pragnie, abyśmy wszyscy uczestniczyli w jedności Trójcy i sam także tęsknił za tym, aby to się stało. Rozumiejąc Ojcowskie pragnienie jedności, wyraził je w błaganiu, które nie przestaje rozbrzmiewać aż po dziś dzień.
Także i nasze modlitwy o jedność są odbiciem głębokich pragnień Ojcowskiego serca Boga. Oznacza to, że modląc się o jedność, włączamy się w modlitwę Jezusa. Możemy być pewni, że Bóg słyszy naszą modlitwę i już teraz działa, aby ostatecznie doprowadzić nas do jedności.

PODZIELONE SERCA,
PODZIELONY KOŚCIÓŁ
Wiele cierpienia w dziejach ludzkości było skutkiem konfliktów i wojen religijnych, także między chrześcijanami. Te bolesne wydarzenia są nadal źródłem niechęci i głębokich podziałów. Ale Bóg nie chce, żeby nasza historia budziła w nas poczucie bezsilności i beznadziei. W gruncie rzeczy większość chrześcijan pragnie jedności. Widząc rozłamy wśród uczniów Jezusa i wzajemne uprzedzenia pomiędzy poszczególnymi wyznaniami, czujemy, że jest to nie w porządku. „Dlaczego jesteśmy tak podzieleni?” – pytamy.
To prawda, że pomiędzy poszczególnymi wyznaniami istnieją rzeczywiste różnice w doktrynie, praktyce kościelnej i liturgii, które nie są łatwe do przezwyciężenia. Możemy jednak zacząć od samych siebie. Wszystkim nam zdarzają się niesprawiedliwe osądy wobec chrześcijan innych wyznań, niemiłosierne myśli w stosunku do naszych własnych współwyznawców, nawet w naj-
bliższym otoczeniu. Nikomu raczej nie uda się przeżyć życia bez doświadczenia jakichkolwiek rozłamów, czy to
w rodzinie, czy wśród przyjaciół. Jesteśmy podejrzliwi wobec tych, którzy nas zranili. Pozwalamy sobie na złośliwe komentarze wobec nielubianych osób. Bardzo łatwo skupiamy się na jakiejś drobnej przykrości, powiedzianym nie w porę słowie czy odmówionej nam kiedyś przysłudze, pozwalając, by narastało w nas rozgoryczenie, zawziętość czy zazdrość.
Taka jest prawda – każdy z nas przez swoje grzechy przyczynia się do podziałów, jakie widzimy w Kościele
i w świecie. Ale Bóg nie porzucił nadziei. Także dziś zaprasza nas do naśladowania przykładu swojego Syna przez gorliwą modlitwę i wytrwałe zabieganie o jedność.

PRAGNIENIE JEDNOŚCI
Jak więc możemy zacząć obalać mury podziałów? Jak zawsze, naszym pierwszym krokiem powinna być skrucha i wiara. Kiedy łapiemy się na niemiłosiernych osądach, zwracajmy się do Pana i prośmy Go o przebaczenie. Czyńmy tak za każdym razem, nie zniechęcając się i pamiętając, że jedność jest możliwa, ponieważ sam Bóg jej pragnie. Wyraził to Jezus w swojej modlitwie arcykapłańskiej, prosząc: „Aby stanowili jedno” (J 17,22). 
Módlmy się więc o jedność. Włączmy tę intencję do naszych codziennych modlitw, błagając Pana, aby pomógł nam przezwyciężyć wszystkie podziały i zjednoczył swój Kościół. Im bardziej będziemy się o to modlić, tym większe będzie nasze pragnienie jedności – to samo pragnienie, które było w sercu Jezusa. ▐

ART. 2
JEDNA RODZINA DZIECI BOŻYCH
Czego uczy Kościół o jedności chrześcijan?

Wielu ludzi traktuje ekumenizm – ruch na rzecz zjednoczenia podzielonych chrześcijan – jako coś będącego nadprogramowym dodatkiem do wiary. Nie pochłania on naszej uwagi w takim stopniu, jak na przykład troska o ubogich czy o obronę życia poczętego. Czasami też mamy opory przed zbyt intensywnym zgłębianiem tego tematu z obawy, że doprowadzi nas to do oddalenia się od naszego własnego katolickiego dziedzictwa. Albo myślimy, że sprawa jedności chrześcijan jest po prostu zbyt trudna i odległa od naszej codzienności.
Chociaż są to uzasadnione zastrzeżenia, to jednak cel zawarty w modlitwie Jezusa: „Aby stanowili jedno” (J 17,22), pozostaje jednym z priorytetów Kościoła. Każdy z nas jest wezwany, aby uczynić wszystko, co w jego mocy, dla budowania jedności Kościoła. Przyjrzyjmy się więc, czego naucza na ten temat Kościół katolicki, abyśmy mogli jak najpełniej zrealizować to wezwanie.

PIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ LAT
I CO DALEJ?
W Dekrecie o ekumenizmie ojcowie soborowi stwierdzili, że „Jednym z głównych zamierzeń świętego Soboru powszechnego Watykańskiego II jest wzmożenie wysiłków w celu przywrócenia jedności wśród wszystkich chrześcijan” (Unitatis redintegratio, 1). Ten historyczny dokument podkreślał, że ekumenizm jest łaską Bożą i wezwaniem Pana dla całego Kościoła. Po raz pierwszy Kościół wezwał wszystkich swoich członków do odpowiedzi na tę łaskę. Nie możemy więc już traktować jej jako opcji dla duchowieństwa czy osób odczuwających szczególne powołanie w tym kierunku. Od zakończenia Soboru Watykańskiego II w 1965 roku kolejni papieże podejmują to wezwanie do jedności w swoim nauczaniu i działaniach.
Na przykład papież Paweł VI uczynił przełomowy gest, zamykając Sobór Watykański II zdjęciem ekskomuniki nałożonej w 1054 roku na Kościół prawosławny. Czyniąc to ostatnim aktem soboru, chciał dać jasno do zrozumienia, że Kościół zamierza poważnie zaangażować się w przezwyciężanie podziałów. Uznał, że chrześcijanie wyznania prawosławnego to bracia i siostry, których należy przyjąć, a nie schizmatycy, których należy potępić. Papież nadzorował ponadto nawiązanie oficjalnego dialogu z innymi Kościołami i tradycjami – m.in. z anglikanami, metodystami, luteranami i zielonoświątkowcami.
W opublikowanej w 1995 roku encyklice o działalności ekumenicznej Jan Paweł II potwierdził nauczanie Soboru Watykańskiego II, pisząc, że ekumenizm jest niezbędny, jeśli mamy zobaczyć „nową Pięćdziesiątnicę”. „Dobrze to rozumiał mój poprzednik, papież Jan XXIII, który zwołując Sobór nie dopuścił do oddzielenia odnowy od otwarcia ekumenicznego” (Ut unum sint, 27) – podkreślił Jan Paweł II.
Kolejny papież, Benedykt XVI, stwierdził jasno, że zależy mu na jedności chrześcijan równie mocno, jak jego poprzednikom. Przemawiając do zgromadzonych w Kolonii przedstawicieli Kościoła katolickiego, protestanckiego i prawosławnego, przypomniał swoje wypowiedziane zaraz po wyborze słowa: „Przywrócenie pełnej i widzialnej jedności chrześcijan będzie jednym z priorytetów mojego pontyfikatu (...) Podziały między nami są sprzeczne z wolą Jezusa i sprawiają, że jesteśmy dla ludzi niewiarygodni (…) powinniśmy dokładać wszelkich starań i nie szczędzić sił, aby dać wspólne świadectwo dotyczące wielkich etycznych wyzwań naszych czasów” (Spotkanie ekumeniczne w Kolonii, 19 sierpnia 2005). 
Obecnie papież Franciszek idzie dalej drogą wytyczoną przez swoich poprzedników. Wielokrotnie modlił się
o to, by „wszyscy chrześcijanie byli wierni nauce Pana, przyczyniając się przez modlitwę i braterską miłość bliźniego do przywrócenia pełnej komunii kościelnej, aby służyć wyzwaniom ludzkości”. Jak mówi Franciszek, dzieło ekumenizmu to zadanie dla „wszystkich chrześcijan”, nie tylko biskupów i teologów. Każdy z nas jest wezwany do modlitwy o jedność i pracy na rzecz jedności.

JEDNOŚĆ
W RÓŻNORODNOŚCI
Widzimy jasno, że Kościół wzywa cały lud Boży do współpracy na rzecz jedności chrześcijan. Ale czy nie istnieją uzasadnione obawy, że nacisk na ekumenizm grozi rozwodnieniem naszej katolickiej tożsamości i osłabieniem zaangażowania we własnym Kościele?
Wkrótce po zamknięciu soboru Watykan wydał dokument zawierający wskazówki, jak mamy wypełniać powołanie do budowania jedności chrześcijan. Czytamy tam, że: „Całość prawdy objawionej, sakramentów i posługi, które Chrystus przekazał dla budowania swego Kościoła i wypełnienia jego misji, znajduje się w katolickiej komunii Kościoła” (Dyrektorium ekumeniczne, 17). Zarazem jednak Kościół uznaje, że jedność nie musi oznaczać ujednolicenia. Jak powiedział papież Benedykt, „Ta jedność nie jest równoznaczna z ujednoliceniem wszystkich form wyrazu teologii i duchowości, form liturgicznych i dyscypliny. Jest to jedność
w różnorodności i różnorodność w jedności” (Spotkanie ekumeniczne w Kolonii, 19 sierpnia 2005).
Brzmi to nieco skomplikowanie. Chcielibyśmy może mieć wszystko wyjaśnione czarno na białym, ale problem jest rzeczywiście złożony. Prawdy wiary są proste i niewzruszone, jednak droga do jedności Kościołów zbudowanych na fundamencie tych prawd jest długa i pełna wyzwań. Ale czyż nie doświadczamy czegoś podobnego w naszych rodzinach? Każdy członek rodziny różni się od pozostałych – a czasami bardzo się różni. Jednak budując swoją jedność, zdrowa rodzina szanuje także odrębność każdej z osób. I tak właśnie spróbujmy spojrzeć na problem jedności chrześcijan.
Kościół precyzyjnie rozgranicza działania ekumeniczne od równie ważnej misji przyjmowania nowych członków do Kościoła katolickiego. I jedno, i drugie jest dziełem Ducha Świętego, ale nie są one tym samym: „Praca nad przygotowaniem kogoś, kto pragnie być włączony w pełną komunię Kościoła katolickiego, jest sama w sobie działalnością różną od działalności ekumenicznej” (Dyrektorium ekumeniczne, 99). Jeśli nasza działalność ekumeniczna miałaby na celu pozyskiwanie ludzi do Kościoła katolickiego, nie przezwyciężałaby podziałów, ale generowała nowe konflikty. Nic bowiem nie niszczy spotkań ekumenicznych bardziej skutecznie niż próby przeciągania innych na „naszą” stronę. Kościół naucza, że współpracując i modląc się z chrześcijanami innych wyznań, wspólnie wzrastamy w wierze. Uznajemy dary, jakie każdy z nas wnosi i pogłębiamy wspólne relacje. A bliższe relacje oznaczają głębszą jedność.

W JEDNEJ RODZINIE
Na czym więc polega jedność chrześcijan? Przede wszystkim opiera się ona na solidnym fundamencie naszego wspólnego chrztu. Jak naucza Sobór Watykański II, wszyscy ludzie, „którzy wierzą w Chrystusa i w sposób właściwy przyjęli chrzest, trwają w jakiejś, choć niedoskonałej, wspólnocie z Kościołem katolickim”. Dlatego „Kościół katolicki otacza ich braterskim szacunkiem i miłością” (Unitatis redintegratio, 3).
Tak więc wspólnota ta, choć „niedoskonała”, niepełna, jest jednak wspólnotą rzeczywistą i żywotną. Uznajemy, że występują między nami znaczące różnice „w dziedzinie doktryny, a niekiedy również w zakresie zasad dyscypliny”, i że te różnice mogą stanowić „poważne trudności”. Jednak pomimo tych różnic „usprawiedliwieni z wiary są przez chrzest włączeni w Chrystusa i dlatego w sposób uzasadniony zdobi ich imię chrześcijańskie, a synowie Kościoła katolickiego słusznie uważają ich za braci w Panu” (Unitatis redintegratio, 3).
Każdy chrześcijanin, niezależnie od wyznania, jest już częścią naszej rodziny. Wszyscy zostaliśmy ochrzczeni w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wszyscy zostaliśmy obmyci z grzechu pierworodnego. Wszyscy jesteśmy świątyniami Ducha Świętego. Wszyscy jesteśmy równie umiłowanymi i otaczanymi troską dziećmi Ojca niebieskiego. „Powszechne braterstwo” chrześcijan jest już faktem (Ut unum sint, 27). Kościół teraz prosi nas, abyśmy budowali na tym fundamencie, dążąc do pełnej komunii, której jeszcze nie osiągnęliśmy. Sam Bóg uczynił nas braćmi i siostrami przez chrzest, starajmy się więc przezwyciężać wszystkie podziały, które jeszcze istnieją.

SKARBIEC WSPÓLNYCH
DARÓW
Jedną z podstawowych zasad ekumenizmu w Kościele katolickim jest zasada szacunku wobec chrześcijan innych wyznań: „Konieczne jest, aby katolicy z radością rozpoznawali i cenili płynące ze wspólnego dziedzictwa prawdziwe chrześcijańskie dobra, które znajdują się u naszych braci odłączonych” (Unitatis redintegratio, 4). Warto wiedzieć, jak wiele nas łączy.
Te „prawdziwe chrześcijańskie dobra” to między innymi poczucie przynależności do Chrystusa, miłość do Pisma Świętego, gorliwość w ewangelizacji czy dążenie do prowadzenia prawego, moralnego życia. Kościół chce, abyśmy rozpoznawali to „bogactwo Chrystusa i cnotliwe uczynki w życiu innych, którzy świadczą o Chrystusie” (Unitatis redintegratio, 4).
W niektórych przypadkach chrześcijanie innych tradycji wykazują szczególne przywiązanie do tego bogactwa, przewyższając pobożnością wielu katolików. Na przykład luteranie mają za sobą długą historię wspierania wierzących w czytaniu i studiowaniu słowa Bożego. Chrześcijanie Kościołów ewangelikalnych mogą być przykładem zapału ewangelizacyjnego. Z kolei nasi prawosławni bracia i siostry dają świadectwo głębokiej czci dla Pana podczas swoich liturgii. Jak wiele możemy się od nich nauczyć!

OSOBISTE ZAANGAŻOWANIE
W SPRAWĘ JEDNOŚCI
Bóg kocha jedność. Chce, aby Jego dzieci przezwyciężały podziały, a ich światło świeciło jaśniej w ciemnościach świata. Mamy tyle wspólnych powodów do radości. Tak wiele możemy wspólnie zdziałać. A co najważniejsze, w dążeniu do jedności Ciała Chrystusowego możemy już teraz szanować i popierać to, co dobre w naszych różniących się między sobą tradycjach. Łaska, oddanie, wierność, pokora, nadzieja, wiara i miłość – te i wiele innych bogactw odnajdziemy w każdym wyznaniu chrześcijańskim.

Czego więc oczekuje od nas Kościół? Głosi on, że „wszyscy wierni winni się angażować w popieranie wzrastającej wciąż komunii z innymi chrześcijanami” (Dyrektorium ekumeniczne, 55). Takie jest nauczanie Kościoła. W następnym artykule zastanowimy się, jak możemy wcielić je w życie. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

▌Środa, 1 stycznia
Świętej Bożej
Rodzicielki Maryi
Łk 2,16-21
Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. (Łk 2,19)
Wyobraź sobie Maryję, która trzymając w ramionach nowo narodzonego Syna, dziękuje Bogu za swoje piękne Dziecko i zastanawia się, jak będzie wyglądało Jej życie jako młodej matki. Nagle zjawiają się pasterze z pobliskich pól, którzy opowiadają Jej i Józefowi o nawiedzinach aniołów radujących się z narodzenia Bożego Syna. Co mogła myśleć i czuć Maryja w tych pamiętnych chwilach?
Z pewnością radość, zachwyt i podziw, ale także lęk i niepewność. Mogła się obawiać, czy zdoła sprostać zadaniu, jakim jest wychowanie tak wyjątkowego Dziecka. Była świadoma, że życie każdej matki niesie ze sobą liczne wyzwania, a cóż dopiero Matki Bożego Syna! 
Jednak zamiast się niepokoić, pełna ufności do Boga, „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19).
Zastanawianie się i refleksja nad tym, co Ją spotykało, a także powierzanie wszystkiego Bogu na modlitwie dawały Maryi pokój i siłę do stawiania czoła nowym sytuacjom. Dzięki temu mogła zapewnić Jezusowi poczucie bezpieczeństwa, miłość i pokój, których potrzebował, aby przygotować się do wypełnienia swego zbawczego posłannictwa.
W nowym roku z pewnością czekają nas sytuacje i wyzwania, na które spontanicznie reagujemy lękiem, zwątpieniem we własne siły albo nawet złością. Jakże inne mogłyby być jednak nasze reakcje, gdybyśmy najpierw podejmowali refleksję nad tym, co nas spotyka! Bardzo możliwe, że wówczas byłoby w nas więcej łagodności i życzliwości w kontaktach z innymi, więcej cierpliwości w radzeniu sobie z trudnościami, więcej mądrości, którą moglibyśmy przekazywać innym.
Na początku nowego roku pójdźmy za przykładem Maryi. Prośmy Ją, by pomagała nam pomyśleć, zanim zareagujemy. Pamiętajmy, że Ona jest naszą Matką, która zawsze jest gotowa wspierać nas miłością i modlitwą.
„Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za mnie, abym stał się podobny do Ciebie”.
Lb 6,22-27
Ps 67,2-3.5.8
Ga 4,4-7
▌Czwartek, 2 stycznia
J 1,19-28
Kto ty jesteś? (J 1,19)
Czy słyszałeś już określenie „chwalibieda”, które robi furorę w czasach mediów społecznościowych. „Chwalibieda” to fałszywa skromnisia, która ukrywa swoje przechwałki pod płaszczykiem pokornych słówek. Przykładem może być matka, która informuje na Facebooku, że właśnie rozlała wino na dokumenty, które wypełniała, aby zgłosić swojego syna do programu edukacyjnego dla wybitnie zdolnych uczniów. Na pozór opowiada tu, jak bardzo jest niezdarna, ale w rzeczywistości przechwala się sukcesami swojego syna.
Chociaż słowo „chwalibieda” trafiło do słownika całkiem niedawno, samo zjawisko jest tak stare, jak ludzkość. Pokazuje ono, jak cienka jest granica pomiędzy prawdziwą a fałszywą pokorą i jak trudno odróżnić jedną od drugiej. Bo czy pokora oznacza lekceważenie swoich osiągnięć? Albo czy przechwałką jest opowiedzenie komuś o tym, co nas spotkało dobrego?
Spójrzmy na Jana Chrzciciela. Kiedy przybyli reprezentanci przywódców żydowskich, aby wypytać go o jego posługę, Jan nie uciekał się do żadnych gierek ani nie owijał słów w bawełnę. Jego odpowiedzi są świadectwem głębokiej pokory. Mimo że garnęły się do niego rzesze ludzi i miał własnych uczniów, przyznał, że nie jest Mesjaszem, Eliaszem ani nawet prorokiem, lecz „głosem wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską” (J 1,23). I dlatego, wierząc, że jest posłany przez Boga, śmiało – a nawet z pewną zuchwałością – wzywał do nawrócenia zarówno królów, jak i pospólstwo.
Na tym przykładzie widać, że prawdziwa pokora to świadomość tego, kim się jest, a kim się nie jest. Z pewnością Jan Chrzciciel nie miał zaniżonego poczucia własnej wartości. Wiedział, kim jest i po co przyszedł na świat. Jako Poprzednik Mesjasza, posłany, „aby zaświadczyć o światłości” (J 1,8), a także „przyjaciel oblubieńca” (J 3,29), żył dla Jego chwały. „Trzeba, by On wzrastał, a ja żebym się umniejszał” (J 3,30) – mówił. I dlatego Jezus nazwał go największym spośród narodzonych z niewiast (Mt 11,11).
My także nie powinniśmy ani umniejszać swoich zasług czy obnosić się z negatywnym obrazem siebie, ani też prze-
chwalać się czy wywyższać. A pamiętając, że nikt z nas nie jest doskonały, nie osądzajmy innych, kiedy upadają. 
Kimkolwiek jesteśmy – bądź nie jesteśmy – możemy być pewni jednego: zostaliśmy stworzeni na obraz Boga. Jesteśmy obdarowani niezliczonymi łaskami, a przede wszystkim darem Ducha Świętego. Bóg powierzył każdemu z nas wyjątkową misję. Już sama świadomość tego budzi w nas zdrową pewność siebie i wyzwala zdolność myślenia bardziej o innych niż o sobie.
A więc, kim jesteś?
„Panie, dziękuję Ci za to, kim jestem. Naucz mnie pełnić Twoją wolę”.
1 J 2,22-28
Ps 98,1-4
▌Piątek, 3 stycznia
1 J 2,29--3,6
Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni. (1 J 3,2)
Kiedy mówimy o maleńkim dziecku, że jest podobne do któregoś z rodziców, nie mamy na myśli tego, że przypomina ono dorosłą osobę. Jest dzieckiem i wygląda zupełnie inaczej niż jego ojciec i matka. Jedynie jakieś ledwie zauważalne cechy – wykrój ust, kształt głowy, rozstaw oczu – świadczą o tym, jak będzie mogło wyglądać w przyszłości.
Wiemy, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, ale na co dzień wcale nie tak łatwo jest dostrzec to podobieństwo. Trudno zobaczyć je w nas samych, trudno też w innych – zwłaszcza kiedy jedziemy zatłoczonym autobusem albo stoimy w kolejce na poczcie. Może się wtedy wydawać, że wcale nie przypominamy Boga, chociaż przez chrzest staliśmy się Jego dziećmi.
Św. Jan stwierdza, że chociaż naprawdę jesteśmy dziećmi Boga, to jeszcze się nie ujawniło, kim będziemy. Podobieństwo do Boga dane jest nam w zalążku, ale żeby mogło stać się naprawdę widoczne, musi dokonać się w nas nadprzyrodzona przemiana, której Autorem jest Duch Święty. Dokona się ona ostatecznie po zakończeniu naszego ziemskiego życia , gdy Bóg „się objawi” i „ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3,2). „Zostały nam udzielone drogocenne i największe obietnice, abyście się dzięki nim stali uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1,4) – przekonuje św. Piotr. A św. Augustyn stwierdza śmiało: „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem”.
Może wolelibyśmy, aby nasza godność nie była aż tak wielka. Może wyobrażamy sobie niebo jako cichy kącik, gdzie odpoczniemy po trudach życia, nie wchodząc za bardzo Bogu w paradę. Być dzieckiem Boga – to godność, ale i odpowiedzialność, zobowiązanie do życia w sprawiedliwości, do odrzucenia grzechu, a przede wszystkim do coraz głębszego poznawania Jezusa Chrystusa, naszego Zbawcy. Prośmy Go, aby już dziś rozwijały się w nas zalążki Bożego podobieństwa.
„Panie, naucz mnie żyć w sposób godny dziecka Bożego”.
Ps 98,1.3-6
J 1,29-34

▌Niedziela, 5 stycznia
J 1,1-18
W Nim było życie. (J 1,4)
Gdybyśmy zapytali przypadkowych przechodniów, z czym kojarzy im się Bóg, z pewnością znalazłoby się wiele osób, których skojarzenia wcale nie byłyby pozytywne. Słowo „Bóg” przywodziłoby im na myśl poruszający się groźnie palec ojca czy matki
i słowa: „Zobaczysz, Bóg cię skarze”. Albo nudę przedłużających się modlitw w kościele; poczucie, że wszystko, co przyjemne, jest grzechem; wreszcie pamięć o tym, jak modlili się w trudnej sytuacji, nie uzyskując od Boga upragnionej odpowiedzi. Ich postawę dobrze wyraża ateistyczny slogan, który pojawił się kiedyś na londyńskich autobusach: „Boga najprawdopodobniej nie ma – przestań się bać i ciesz się życiem”.
Jak wytłumaczyć komuś – a także samemu sobie, gdy ogarniają nas wątpliwości – że Bóg nie jest straszakiem na dzieci, bardziej wszechmocną wersją swoich najmniej sympatycznych wyznawców ani automatem, który ma nam wydać konkretny produkt za wrzuconą do otworu monetę modlitwy? Że jest Bogiem, który nas przerasta, którego nie potrafimy ogarnąć rozumem, a przy tym wszystkim jest po naszej stronie i kocha nas miłością wymykającą się ludzkiemu doświadczeniu?
Podobny dylemat odnajdujemy w dzisiejszej Ewangelii. Jezus – Słowo Ojca – przychodzi do stworzonego przez siebie świata, ale ten świat Go nie poznaje. Przychodzi do swojej własności, ale nie zostaje przyjęty. Jest pełen łaski i prawdy, ale tylko nieliczni są w stanie to zobaczyć. Przyszedł pouczyć nas o Ojcu, o którym jako jedyny z chodzących po ziemi mógł coś powiedzieć z pierwszej ręki – ale czy mogło to zainteresować tych, którzy wiedzieli lepiej, choć przecież sami nigdy Boga nie oglądali?
Jednak mimo że Jezus nie przekonał wszystkich, to z pewnością przykuł ich uwagę. Ci, którzy się z Nim stykali, wyczuwali, że jest w Nim prawdziwe życie – wolne od fałszu, zakłamania i lęku. Życie, którego podświadomie pragnęli, nawet jeśli nie byli jeszcze w stanie przyjąć prawdy o sobie i o zbawieniu, które przyniósł Jezus.
Kiedy nasza wiara staje się żywa, kiedy zabiegamy o kontakt z Jezusem, On udziela nam nowego życia – życia dzieci Bożych. Swoim postępowaniem, wewnętrznym pokojem, radością, postawą służby zaczynamy świadczyć o Nim. Zaczynamy nie tylko przekonywać innych
o Bogu, ale także ich do Niego pociągać.
„Panie Jezu, daj mi swego Ducha, abym mógł oglądać Twoją chwałę
i świadczyć o niej”.
Syr 24,1-2.8-12
Ps 147,12-15.19-20
Ef 1,3-6.15-18

▌Niedziela, 12 stycznia
Niedziela Chrztu Pańskiego
Iz 42,1-4.6-7
On przyniesie narodom Prawo. (Iz 42,1)
Dziś kończy się okres Bożego Narodzenia. Teksty Ewangelii o narodzinach i dzieciństwie Jezusa pozostały już za nami. Ochrzczony przez Jana i napełniony Duchem Świętym, Jezus jest już gotów do głoszenia Dobrej Nowiny. Przyjrzyjmy się więc jeszcze raz wydarzeniom, które do tego doprowadziły.
Na początku Adwentu czytaliśmy wspaniałą zapowiedź tego, że wszystkie narody popłyną do świętej góry Boga (Iz 2,1-5). Ale potem pojawiły się teksty mówiące o prostych, pokornych ludziach: starszym kapłanie Zachariaszu, pobożnym cieśli Józefie i jego młodej żonie Maryi. Czytaliśmy o ich podróży do Betlejem, o Dziecku owiniętym
w pieluszki, o pasterzach z gór. Najbardziej spektakularnym wydarzeniem były odwiedziny tajemniczych Mędrców ze Wschodu.
Gdzie więc są te „narody”, o których prorokował Izajasz?
Odpowiedzią jest dzisiejsza uroczystość. Jezus przyjmuje chrzest w wodach Jordanu z rąk Jana Chrzciciela, a następnie wyrusza, by „przynieść narodom Prawo” (Iz 42,2). Będzie to nowe Prawo, Prawo miłości. Napełniony Duchem Świętym, ustanowiony „przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów” (Iz 42,6), będzie przemierzał całą Palestynę, aby „otworzyć oczy niewidomym, aby z zamknięcia wypuścić jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności” (Iz 42,7).
Począwszy od dnia swojego chrztu, Jezus nie przestaje wychodzić do ludzi na całym świecie. Najpierw czynił to osobiście. Następnie posyłał Piotra i Apostołów, Pawła i kolejnych uczniów. A teraz posyła ciebie.
Nie martw się jednak, nie posyła cię samego. Dziś i każdego dnia napełnia cię tym samym Duchem, który spoczął na Nim w chwili Jego chrztu. Spróbuj więc w dzisiejszych czytaniach zobaczyć siebie. Jesteś dzieckiem Boga, w którym On ma upodobanie. Wzywa cię, byś „niósł Prawo” temu zakątkowi „narodów”, w którym mieszkasz – i jest gotów ci w tym pomagać.
„Oto jestem, Panie! Poślij mnie, abym głosił Dobrą Nowinę”.
Ps 29,1-4.9-10
Dz 10,34-38
Mt 3,13-17

▌Niedziela, 19 stycznia
J 1,29-34
Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. (J 1,29)
Słyszymy te słowa podczas każdej Mszy świętej, gdy kapłan podnosi i ukazuje wiernym Hostię. Są one dla nas tak znajome, że czasem nawet nie zwracamy na nie uwagi. Przyjrzyjmy się więc bliżej temu zaszczytnemu zaproszeniu, by patrzeć na Baranka Bożego.
Oto. Oto On. Patrz na Niego – nie przelotnym spojrzeniem, ale wpatruj się głęboko, uważnie, w skupieniu,
z nadzieją, że odkryjesz coś nowego. Uwierz, że Jezus pragnie ci się objawić.
Oto Baranek Boży. Uświadom sobie, na co patrzysz. Na największy dar Boga dla świata – i dla ciebie. Na Jezusa, jedyną prawdziwą Ofiarę zesłaną z nieba. On jest niewinnym Barankiem bez skazy, o cichym i łagodnym sercu. Jest wypełnieniem starożytnej Paschy Izraela. Przyszedł, aby przeprowadzić cię ze śmierci do życia, z niewoli do wolności.
Oto Baranek Boży, który gładzi grzech. Przyjrzyj się dokładnie. Zobacz w tej Hostii obietnicę przebaczenia. Zobacz Jezusa, który wydał za ciebie swoje ciało i krew na krzyżu. Zobacz Jezusa, który przyjął na siebie każdy twój grzech, aby złożyć go ze sobą do grobu, gdzie pozostaje do dziś, martwy i pogrzebany. Nie musisz już żyć w niewoli. Jezus zniszczył twój grzech i nie musisz do niego wracać. Możesz od niego odejść tym pewniejszym krokiem, im bardziej pokładasz nadzieję w Panu.
Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. Nie tylko twój grzech, ale grzech każdego bez wyjątku człowieka na ziemi, przeszły, teraźniejszy i przyszły. Nikt nie jest wyłączony. Nikt nie jest pozbawiony nadziei. Każdy może doznać przebaczenia i wolności. Nawet ci, którym tak trudno jest ci przebaczyć. Patrz na Niego z wiarą. On przynosi pojednanie i uzdrowienie wszystkim ludziom.
Oto Baranek Boży! Przyjmij Go z radością i otwartym sercem.
„Panie, nie jestem godzien. Ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”.
Iz 49,3.5-6
Ps 40,2.4.7-10
1 Kor 1,1-3

▌Niedziela, 26 stycznia
Niedziela Słowa Bożego
Iz 8,23b--9,3
Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką. (Iz 9,1)
30 września ubiegłego roku papież Franciszek ogłosił list apostolski ustanawiający Trzecią Niedzielę Okresu Zwykłego w ciągu roku Niedzielą Słowa Bożego. Ojciec Święty zachęcił proboszczów do uroczystego świętowania tego dnia poprzez głoszenie specjalnych homilii, podkreślenia w liturgii czci, jaką się oddaje słowu Pana, oraz przez zachęcanie wiernych do codziennej lektury Pisma Świętego i szukania w nim skarbów słowa Bożego dla naszego życia.
W liście papież Franciszek pisał, że nie możemy czytać Biblii tak jak każdej innej książki: „Ponieważ wiara rodzi się ze słuchania, a słuchanie jest skoncentrowane na słowie Chrystusa, zaproszenie, które rodzi się w tej relacji, staje się pilne i ważne, tak że wierzący muszą przeznaczyć czas na słuchanie Słowa Pana zarówno w działaniu liturgicznym, jak i modlitwie oraz refleksji osobistej” (Aperuit illis, 7).
To „słuchanie Słowa Pana” zawiera w sobie prośbę do Ducha Świętego, który natchnął Pismo Święte, aby tchnął życie w słowa, które czytamy. Oznacza uciszenie wszystkich innych głosów w naszych myślach, a także niepokoju naszego serca, aby otworzyć się na głos Boga, który do nas mówi. Jak pisał papież Franciszek, bez działania Ducha Świętego „ryzyko zamknięcia się w obrębie samego tekstu pisanego byłoby zawsze wysokie”. Jeśli natomiast rozważamy słowo Boże na modlitwie, „Duch Święty przekształca Pismo Święte w żywe Słowo Boże, przeżywane i przekazywane w wierze swego świętego ludu” (Aperuit illis, 9).
Bóg ma dziś dla ciebie osobiste przesłanie i niewykluczone, że usłyszysz je w czytaniach dzisiejszej Mszy świętej. Ma być ono inspiracją właśnie dla ciebie. Nikt ze słuchających dziś czytań nie usłyszy w nich dokładnie tego samego, co ty. Wsłuchaj się więc uważnie w proklamowane dziś słowo Boże, jak zachęca nas do tego papież Franciszek. Co Pan mówi do ciebie? Jak „wielka światłość” słowa Bożego może dziś rozbłysnąć w twoim sercu (Iz 9,1)?
„Przyjdź, Duchu Święty! Otwórz dziś moje uszy i serce na Twoje słowo”.
Ps 27,1.4.13-14
1 Kor 1,10-13.17
Mt 4,12-23


MAGAZYN:

SFRUSTROWANY KONTEMPLATYK
Jak trud św. Grzegorza z Nazjanzu przyczynił się do przyjęcia prawdy
o Trójcy Świętej

Wiek IV był czasem sporów teologicznych, w których klarowały się odpowiedzi na fundamentalne pytania chrześcijaństwa. Czy Jezus był w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem, czy też może w pełni Bogiem, a częściowo człowiekiem, bądź odwrotnie? Czy Ojciec i Syn są jednym bytem czy dwoma bytami? A co z Duchem Świętym – czy On także jest Bogiem? A jeśli tak, to jak to możliwe, że jest tylko jeden Bóg? Natura Trójcy była wówczas równie tajemnicza jak dzisiaj, toteż jedynie najlepiej ukształtowane umysły teologiczne miały szansę zaproponować starożytnemu światu spójne wyjaśnienie tego, kim jest Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.
Jednym z teologów, którzy poświęcili się badaniu tych kwestii, był św. Grzegorz z Nazjanzu. W dużej mierze to właśnie dzięki niemu w każdą niedzielę wypowiadamy słowa: „Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela”. Jest on dziś uznany za świętego zarówno w Kościele wschodnim, w którym nosi przydomek Teolog, jak i w zachodnim, z tytułem doktora Kościoła katolickiego. Jednak za dni swego życia był on kontemplatykiem, który przeżywał wiele napięć i frustracji. Wśród licznych burz realizował się
w cudowny sposób plan Boga wobec Kościoła. Zwracając się w swojej desperacji do Boga, Grzegorz trwał na drodze zbawienia i wprowadzał na nią wielu innych. 
Grzegorz urodził się około 329 roku w Kapadocji, rzymskiej prowincji leżącej na terenie dzisiejszej Turcji. Zaraz po narodzinach jego matka, Nonna, ofiarowała go na służbę Bożą. Jednak w młodych latach Grzegorz skupiał się bardziej na studiach klasycznych niż na życiu duchowym. Początkowe nauki pobierał w swym rodzinnym Nazjanzie, po czym podjął studia w Egipcie, w Aleksandrii, która była znanym ośrodkiem naukowym. Następnie, jeszcze przed ukończeniem dwudziestego roku życia, postanowił przeprawić się przez Morze Śródziemne, aby udać się do słynnej ateńskiej szkoły retoryki. W drodze rozszalał się straszliwy sztorm, stanowiący ogromne niebezpieczeństwo dla statku. Gdy fale zaczęły wdzierać się na pokład, towarzysze Grzegorza wołali o pomoc do swoich pogańskich bożków. Także Grzegorz wołał do Boga, błagając Go o ocalenie od śmierci: „Pozbawiony wszelkiej nadziei, zwracam się do Ciebie, Boże, moje życie, moje tchnienie, moje światło, moja mocy, moje zbawienie”. Obiecał wtedy Bogu, że jeśli ocali mu życie, będzie żył dla Niego. Wkrótce pojawił się przepływający obok statek handlowy, którego załoga zdołała ocalić ich przed utonięciem.
Był to dla Grzegorza początek głębokiego nawrócenia. Rozpoczął studia w Atenach z ożywionym zapałem do modlitwy. Wkrótce na uczelni pojawił się inny chrześcijanin rodem z Kapadocji, Bazyli z Cezarei, nazywany potem Wielkim. Dzięki pomocy Grzegorza Bazyli w ostatniej chwili zdołał uniknąć nieprzyjemnych „otrzęsin” ze strony kolegów. Po tym incydencie obaj zamieszkali w jednej izbie, razem też uczęszczali na wykłady i uczyli się. Wkrótce połączyła ich głęboka przyjaźń, wolna od zazdrości i rywalizacji.

POTRZEBNY W DOMU
Ukończywszy naukę, Grzegorz opuścił Ateny i powrócił do ojczyzny, aby pomagać starzejącym się rodzicom. Wciąż jednak rósł w nim głód ciszy i kontemplacji. Udał się więc na pewien czas do Pontu, rodzinnej posiadłości Bazylego, która została zamieniona na klasztor. Grzegorz rozkoszował się tą możliwością „ucieczki od świata” i jego trosk: „Mógłbym napełniać swój umysł wyłącznie Chrystusem. Mógłbym żyć w oddzieleniu od innych, wznosząc czystego ducha jedynie ku Bogu… Byłem jednak przytłoczony troską o moich drogich rodziców i przygięty do ziemi tym ciężarem”.
Oprócz pogarszającego się stanu zdrowia rodziców, „ciężarem”, o którym mówi tu Grzegorz, była praca duszpasterska jego ojca. Grzegorz Starszy był od dawna biskupem Nazjanzu, co nie sprzeciwiało się ówczesnym przepisom kościelnym. A ponieważ potrzebował pomocy w zarządzaniu diecezją, poprosił Grzegorza, by wrócił do domu. Ulegając prośbom mieszkańców Nazjanzu oraz widząc w swoim rozmodlonym synu odpowiedniego kandydata, nakłonił on Grzegorza do przyjęcia kapłaństwa. Grzegorz inaczej widział swoje powołanie i czego innego pragnęło jego serce, ale z drugiej strony rozumiał, jak wielkie są potrzeby. Tak więc z dużymi oporami zgodził się i w Boże Narodzenie 361 roku przyjął święcenia kapłańskie.

PRZYGOTOWANIE
PRZEZ MODLITWĘ
Grzegorz nadal jednak tęsknił do życia pustelniczego i po dwóch latach udał się do Pontu na kilkumiesięczne rekolekcje. Tam rozważał wady i zalety życia czynnego, porównując je z kontemplacyjnym, którego pragnął. Zdawał sobie sprawę, że jeśli nie będzie co jakiś czas oddalał się na dłuższą samotną modlitwę, padnie ofiarą lęków i wypali się wewnętrznie. Z drugiej jednak strony wiedział, że bez zaangażowania w posługę ludowi jego „droga do miłości” będzie niepełna.
Czas spędzony na odosobnieniu wzmocnił Grzegorza na tyle, że na Wielkanoc powrócił do Nazjanzu, gotów podjąć pracę. Już jego pierwsze kazania pokazały, że jedną z trosk najbardziej spędzających mu sen z oczu było wykładanie ludowi doktryny o Trójcy Świętej: „Stanowi to bardzo wielkie ryzyko dla tych, którym powierzono oświecanie innych (…) Gdyż musi zarówno być zachowana jedność Bóstwa, jak i wyznana Trójca Osób, każda ze swymi charakterystycznymi właściwościami (…) Jak trudno jest omawiać tak istotne kwestie, zwłaszcza wobec audytorium złożonego z ludzi każdego wieku i stanu!”.

UWIKŁANY W SPORY
Grzegorz miał rację – stawka była wysoka. Niemal czterdzieści lat po tym, jak Sobór Nicejski rozstrzygnął, że Syn jest współistotny Ojcu (są jednym Bogiem), wciąż trwała na ten temat gorąca debata. Postanowieniom soboru przeciwstawiali się arianie, uważając, że Syn jest stworzony, a nie zrodzony, i odrzucając naukę o Trójcy Świętej. Jeszcze inni twierdzili, że Bóg wykracza poza ludzkie zrozumienie. Niemal wszyscy jednak zgadzali się co do tego, że nie da się zapewnić ani stabilności politycznej w cesarstwie, ani spokoju w Kościele bez ostatecznego porozumienia w tak istotnej kwestii, jak prawda o Trójcy Świętej.
Przez kolejne dwadzieścia lat Grzegorz robił co mógł, aby w swoich kazaniach i pismach rozpowszechniać Credo nicejskie. Rozszerzył nawet – co okazało się prorocze – rozumienie prawdy o jedności Ojca i Syna także na Ducha Świętego. Jednak jego działalność kaznodziejska sytuowała go w centrum sporów w Kościele. Częstą reakcją Grzegorza było chronienie się w jakimś miejscu odosobnienia, gdzie mógł w samotności przebywać z Bogiem. Pisał wtedy głęboko przemyślane listy na temat najbardziej złożonych kwestii jego czasów – listy, które wciąż są cennym źródłem wiedzy dla studentów teologii – a także piękne utwory poetyckie. Z czasem, pomimo wysiłków, by trzymać się na uboczu, zasłynął jako wiodący głos cesarstwa w obronie „sprawy nicejskiej”. Czas spędzony w samotności nie został przez niego zmarnowany, ponieważ wkrótce Credo nicejskie miało zostać potraktowane
z należytą powagą.

SOBÓR
KONSTANTYNOPOLITAŃSKI
Jesienią 379 roku żona wpływowego polityka poprosiła Grzegorza o posługę kapelana wobec małej wspólnoty chrześcijan dochowującej wierności Soborowi Nicejskiemu i wierze w Trójcę Świętą. Wspólnota ta znajdowała się w Konstantynopolu, gdzie większość społeczeństwa stanowili w tym czasie zwolennicy arianizmu. W Konstantynopolu Grzegorz wygłosił pięć mów teologicznych, w których w przystępny sposób wyjaśniał wiarę w Trójcę Świętą. Pewnego dnia, gdy Grzegorz wygłaszał kazanie, do kościoła wtargnęła grupa arian, obrzucając kamieniami kaznodzieję i jego słuchaczy. Przebywanie w tak wrogim otoczeniu było dla niego trudnym doświadczeniem.
Debata nicejska zaczęła powodować tak wielkie podziały, że w 381 roku cesarz wezwał do siebie biskupów ze wszystkich regionów, aby ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię. Jeden z biskupów, Grzegorz z Nyssy, żartował, że już nikt nie jest w stanie uchylić się od debaty na temat Trójcy. Nawet jeśli rozmowa na początku dotyczy pieniędzy, jakości pożywienia czy higieny osobistej, to po jakimś czasie nieuchronnie przeradza się w spór na temat, czy Syn jest zrodzony czy niezrodzony!
W tej buzującej emocjami atmosferze schorowany i starzejący się Grzegorz został wybrany na biskupa Konstantynopola i przewodniczącego obrad zwołanego przez cesarza soboru. Z jego punktu widzenia była to klęska od momentu, gdy uzbrojeni strażnicy wprowadzili go na salę obrad. Miał nadzieję, że będzie pełnił funkcję kogoś w rodzaju dyrygenta orkiestry, nadającego jedność poszczególnym frakcjom, ale nie udało mu się doprowadzić do wypracowania wspólnego stanowiska. Wrogość ze strony przeciwników nauki o Trójcy Świętej stała się dla niego ciężarem ponad siły.
Rozczarowany i przekonany, że to on sam jest źródłem niezgody, Grzegorz zrezygnował z pełnionej funkcji i powrócił do Nazjanzu, aby tam w domowym zaciszu zająć się redakcją swoich pism. Na krótko przed wyjazdem z Konstantynopola wygłosił jeszcze płomienną mowę do uczestników soboru: „Podzieliliśmy Chrystusa, my, którzyśmy tak bardzo miłowali Boga i Chrystusa! Okłamywaliśmy jedni drugich z powodu Prawdy, żywiliśmy uczucia nienawiści z powodu Miłości, oddzieliliśmy się jedni od drugich (...) Dzieci moje, błagam was, strzeżcie depozytu wiary, który został wam powierzony”. Było to jego ostatnie błaganie o wiarę.
Grzegorz napominał swoich zwolenników, aby rozpowszechniali Credo nicejskie z łagodnością, nie próbując osiągnąć dobra za pomocą niegodziwych środków. Przepowiadał, że Bóg zapewni im sukces, podobnie jak sprawił, że wbrew wszelkim przewidywaniom w pogańskim cesarstwie zakorzeniło się umiłowanie Chrystusa. „Trzech zebranych w imię Pana znaczy więcej u Boga niż kilkadziesiąt tysięcy tych, którzy odrzucają Jego Bóstwo” – mówił z przekonaniem które, zważywszy na okoliczności, przekraczało wszelką logikę.

A JEDNAK SUKCES
Uczyniwszy wszystko, co było w jego mocy, Grzegorz pozostawił Konstantynopol i losy Kościoła prowadzeniu Ducha Świętego. Wbrew wszelkim przewidywaniom, sobór przyjął nicejską naukę o Trójcy Świętej, która do dziś jest akceptowana przez niemal wszystkich chrześcijan.
Do dziś podczas każdej niedzielnej Eucharystii odmawiamy Credo nicejsko-konstantynopolitańskie, które wtedy zostało sformułowane i przyjęte.
Sam Grzegorz prawdopodobnie nie uważał swego życia za udane, zresztą, obiektywnie rzecz biorąc, obfitowało ono w rozczarowania i trudności. Dochował jednak wierności swej złożonej na morzu obietnicy, że będzie żył dla Boga, a jego wytrwałość przyniosła nadzwyczajne owoce dla całego Kościoła na długie wieki. ▐


ROZBITE MAŁŻEŃSTWO
Odnaleźć sens cierpienia

Każdy człowiek doświadcza jakiegoś cierpienia (zarówno duchowego, jak i cielesnego). Dla wielu ludzi doświadczenie bólu i cierpienia pozostaje największym przekleństwem. Jednak osoba wierząca nawet w udręce potrafi uwielbić Boga: „Weselę się i cieszę z Twojej łaski, boś wejrzał na moją nędzę, poznałeś udręki mej duszy” (Ps 31,8). Dla chrześcijanina cierpienie ma ogromny sens. W Liście do Rzymian możemy przeczytać: „Skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale” (Rz 8,17). Cierpienie nie jest karą za grzechy, ale bardzo często staje się skutkiem jakiegoś zła, na przykład rozpadu małżeństwa. 
Małżeństwo dla ludzi wierzących jest nie tylko umową cywilno-prawną, ale przede wszystkim sakramentem, czyli widzialnym znakiem niewidzialnej łaski Bożej, źródłem życiodajnej mocy. Bóg widzi małżonków jako jedno ciało – nawet w przypadku separacji czy rozwodu. Łaska sakramentu małżeństwa działa nawet wtedy, gdy tylko jeden z małżonków się na nią otwiera, ponieważ Bóg pragnie, aby poślubieni sobie powrócili do pierwotnej miłości.
Kiedy w małżeństwie sakramentalnym dochodzi do zdrady, trwający przy Bogu małżonek, który pozostaje wierny, niesie ciężki krzyż. Jednak Jezus mówi: „Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Łk 9,23). Dobrowolnie przyjęte cierpienie, zwłaszcza w przypadku rozwodu, zdrady, znieważeń przymierza małżeńskiego, można ofiarować w intencji rodziny, a szczególnie współmałżonka. Jak mówi dr Mieczysław Guzewicz, osoba przeżywająca taką udrękę może „to wszystko, tę samotność, ten ból i to upokorzenie, i te wszystkie spowiedzi, i komunie, i modlitwy ofiarować za małżonka niewiernego... Trwamy w samotności do końca, to takie nieludzkie, głupie w oczach tego świata... I on się nie nawróci, i nigdy nie wróci, i będzie zbawiony”. Jakże ważna jest odpowiedzialność za zbawienie małżonka! Po wypowiedzeniu słów przysięgi małżeńskiej rozpoczyna się bowiem walka o wieczność, o zbawienie swoje, małżonka, a także dzieci. Nie ma gwarancji na doczesne szczęście, ale najważniejsze jest szczęście wieczne. „Wartość największa sakramentu małżeństwa jest właśnie ta, że daje nam on możliwość zbawienia zastępczego” – dodaje Guzewicz. Cierpienie i „umieranie” można ofiarować za swojego małżonka. Jest to wyższy rodzaj miłości, do jakiej zachęca nas Ewangelia cierpienia.
Ważne jest, aby podjąć decyzję o przebaczeniu. To jedyna właściwa droga prowadząca do pokoju ducha. Bóg chce, byśmy przebaczali sobie zdrady i wszelkie niewierności. Równie istotne jest to, by modlić się za niewiernego małżonka, a także za osobę trzecią, która wtargnęła w małżeńskie przymierze. 
Ja również doświadczyłem opuszczenia. Żona stwierdziła, że „miłość się wypaliła i nic już nas nie łączy”. Pozostała jednak przysięga małżeńska, a w szczególności słowa: „nie opuszczę Cię aż do śmierci”. Od dwóch lat choruję na depresję. Całe swoje cierpienie i ból ofiarowuję w intencji żony, aby była zbawiona. Siłę i wiarę czerpię od Boga poprzez udział we Wspólnocie Trudnych Małżeństw Sychar. Wiem, że nie jestem sam, że wiele osób podąża tą samą drogą co ja. Plaga rozwodów charakteryzuje nasze czasy, „gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20). Bardzo wielu porzuconych małżonków trwa w wierności i przysiędze małżeńskiej. Cieszę się, że mogę być jedną z tych osób, które walczą o zbawienie małżonki, o jej nawrócenie, o jej szczęście. Cierpienie nie jest dla mnie przekleństwem, ale darem. Bóg dopuszcza ból, aby w rezultacie wyprowadzić z tego wszystkiego jakieś większe dobro. Bardzo mocno wierzę, że tak właśnie jest.

Wspólnota Trudnych Małżeństw Sychar została utworzona w 2003 roku z myślą o mężach i żonach, których małżeństwa się rozpadły. Obecnie działa ponad 50 ognisk Wiernej Miłości Małżeńskiej, a także Ruch Wiernych Serc, którego członkowie dbają o zachowanie wierności sakramentalnemu małżonkowi, trwając w stanie łaski uświęcającej, modląc się wytrwale i studiując Pismo Święte. Poranionych małżonków umacniają warsztaty „Wreszcie żyć – 12 kroków ku pełni życia”.
Mimo różnych trudności, zdrady, rozłąki, opuszczenia warto trwać w wierności i akceptować zobowiązania wynikające z przysięgi małżeńskiej. Charyzmat Wspólnoty Sychar wyraża się w zdaniu: „Każde trudne sakramentalne małżeństwo jest do uratowania”, ponieważ dla Boga „nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,37). 

Informacje o Wspólnocie Trudnych Małżeństw Sychar można znaleźć na stronach:
www.sychar.org www.kryzys.org www.rekolekcje.sychar.org 
www.12krokow.sychar.org www.rws.sychar.org


18-25 STYCZNIA 2020
TYDZIEŃ MODLITW O JEDNOŚĆ CHRZEŚCIJAN

Hasło tegorocznego Tygodnia brzmi:
„Życzliwymi bądźmy” (por. Dz 28,2)

18 STYCZNIA
Pojednanie: wyrzuć ładunek za burtę
Dz 27,18-19.21
Ps 85 
Łk 1,9-14

19 STYCZNIA
Oświecenie: znajdź
i ukaż światło Chrystusa 
Dz 27,20
Ps 119,105-110 
Mk 4,35-41

20 STYCZNIA
Nadzieja: nikt z was nie zginie
Dz 27,22.34 
Ps 27 
Mt 11,28-30

21 STYCZNIA
Zaufanie: nie bój się, wierz
Dz 27,23-26
Ps 56 
Łk 12,22-34 
22 STYCZNIA
Pokrzepienie: połam chleb
na drogę
Dz 27,33-36
Ps 77 
Mk 6,30-44

23 STYCZNIA
Gościnność: okaż życzliwość
Dz 28,1-2.7
Ps 46 
Łk 14,12-24

24 STYCZNIA
Nawrócenie: przemień serce i umysł
Dz 28,3-6
Ps 119,137-144 
Mt 18,1-6

25 STYCZNIA
Hojność: przyjmij i daj
Dz 28,8-10
Ps 103,1-5 
Mt 10,7-8

 

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 1 (317) 2020 - E-BOOK



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO STYCZNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

W styczniowym numerze „Słowa wśród nas” poruszamy temat jedności chrześcijan, tak ważny i wciąż aktualny, wart przypomnienia zwłaszcza w miesiącu, w którym, jak co roku, obchodzimy Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. O tę jedność swoich uczniów modlił się Jezus, dlatego przezwyciężanie tego, co nas, chrześcijan, dzieli, a szukanie tego, co nas łączy, jest zadaniem dla każdego z nas.
W numerze jak zawsze znajdują się Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, pomagające w codziennym życiu słowem Bożym.
Magazyn otwiera tekst o Grzegorzu z Nazjanzu, wielkim świętym z czasów formowania się nauki Kościoła na temat Trójcy Świętej. Ponadto zamieściliśmy w nim dwa świadectwa na temat modlitwy oraz świadectwo mówiące o tym, jak można znaleźć sens w cierpieniu spowodowanym rozbiciem małżeństwa i o wsparciu, jakiego w takich trudnych sytuacjach udziela wspólnota Sychar.
W związku z dorocznym Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan podajemy jego hasło oraz sigla czytań mszalnych na ten czas. Polecamy też lekturę – w tym numerze jest to książka Michaela O’Briena „Zimowe opowieści” – doskonała lektura nie tylko dla młodych czytelników. Ponadto w numerze krzyżówka biblijna oraz kalendarz liturgiczny.

 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

 

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Panie, uczyń z nas jedno!
Co Bóg myśli o podziałach w Kościele?.................... 4

Jedna rodzina dzieci Bożych
Czego uczy Kościół o jedności chrześcijan?............... 9

Zjednoczeni w miłości
Jak mogę przezwyciężać podziały
w podzielonym Kościele?............................................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 31 stycznia............................................19

MAGAZYN
Sfrustrowany kontemplatyk
Jak trud św. Grzegorza z Nazjanzu przyczynił się
do przyjęcia prawdy o Trójcy Świętej
– ks. Michael Kueber............................................47

Bóg i dzisiaj dokonuje cudów
Jak uczyłem się modlić z dziecięcą wiarą
– Steve Greco............................................................. 53

Bóg mówi w ciszy
Jak cicha modlitwa napełnia serce łaską
– Jim Cahill............................................................... 57

Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan............... 59

Rozbite małżeństwo
Odnaleźć sens cierpienia – Tomasz Kaczanowski...... 60

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST

Drodzy Bracia i Siostry!

Dorastałem w wielodzietnej rodzinie katolickiej – miałem ośmioro rodzeństwa! Także dziś, choć dzielą nas spore odległości, czuję się z nimi bardzo związany. Nie we wszystkim się zgadzamy, mamy też różne podejście do życia. Gdyby jednak któreś z nas znalazło się w poważnej potrzebie, ręczę, że pozostali zrobiliby wszystko, aby przyjść mu z pomocą.
Podobnie Pismo Święte i Kościół nauczają nas, że chociaż jesteśmy podzieleni na wiele różnych Kościołów i wyznań, wierzący w Chrystusa są dla siebie nawzajem braćmi i siostrami. Mimo że nasza jedność jest daleka od doskonałości, to przecież należymy do tej samej rodziny w Chrystusie.
Mówię o tym, ponieważ w tym miesiącu Kościół po raz kolejny zaprasza nas do uczestnictwa w Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan (18-25 stycznia). Jest to dla nas zachęta, by w ciągu tego tygodnia nie tylko zastanowić się nad smutnym faktem podziałów pomiędzy chrześcijanami – katolikami, protestantami i prawosławnymi – ale przede wszystkim modlić się o to, „aby wszyscy stanowili jedno” (J 17,21), jak modlił się Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy. Dlatego właśnie ten styczniowy numer naszego pisma poświęcamy sprawie jedności chrześcijan.
Jak przeczytacie w naszych artykułach, papieże – począwszy od Jana XXIII aż do Franciszka – mówili o potrzebie modlitwy o jedność chrześcijan i podejmowania wysiłków prowadzących do jedności z naszymi protestanckimi i prawosławnymi braćmi i siostrami. Być może najtrafniej wyraził to papież Jan Paweł II w encyklice Ut unum sint: „Ekumenizm, ruch na rzecz jedności chrześcijan, nie jest jakimś tylko „dodatkiem”, uzupełnieniem tradycyjnego działania Kościoła. Przeciwnie, należy on w sposób organiczny do całości jego życia i działania i w konsekwencji winien tę całość przenikać i z niej wyrastać, jak owoc ze zdrowego i kwitnącego drzewa, które osiąga pełnię życia” (20).
Niektórzy mogą powiedzieć: „Oczywiście, to ważne, ale tak naprawdę jest to zadanie papieża, biskupów i teologów. Ja niewiele tu mogę zdziałać”. Kościół podkreśla jednak, że „Odnowienie jedności powinno być przedmiotem troski całego Kościoła, zarówno wiernych, jak i pasterzy, każdego wedle jego własnych sił” (Sobór Watykański II, dekret Unitatis redintegratio, 5). Jest to zatem nasza wspólna troska, ponieważ każdy chrześcijanin, niezależnie od tego, z jakiego Kościoła pochodzi, jest naszym bratem lub siostrą.
Jestem wdzięczny za to, że mogę kroczyć w wierze razem z wieloma oddanymi katolikami, ale także chrześcijanami innych wyznań. W ciągu mojego życia nawiązałem głębokie przyjaźnie z braćmi i siostrami wyznania metodystycznego, luterańskiego i reformowanego. Byłem przynaglany do miłości Pana przez braci i siostry z Kościoła prawosławnego, zielonoświątkowego. Zdaję sobie sprawę, że podziały istnieją, toteż tęsknię za jednością i modlę się o nią. Ale to nie umniejsza łask, które otrzymałem za pośrednictwem tych braci i sióstr w Chrystusie.
W tym miesiącu módlmy się o jedność chrześcijan. Jak wzywał nas papież Benedykt XVI: „Trzeba się modlić nieustannie, usilnie prosząc Boga o wielki dar jedności wszystkich uczniów Chrystusa (…) abyśmy mogli wszyscy razem wyznawać, że Jezus jest jedynym Zbawicielem świata” (Audiencja, 16 stycznia 2008).
Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith

ARTYKUŁY:

Art. 1
PANIE, UCZYŃ Z NAS JEDNO
Co Bóg myśli o podziałach w Kościele?

Czy kiedykolwiek przydarzyło ci się coś takiego? Siedzisz w ławce w kościele, oczekując na rozpoczęcie Mszy świętej, kiedy wchodzi „on” i zajmuje miejsce zaraz za tobą. „On” (lub „ona”) to ktoś, z kim trudno ci wytrzymać – hałaśliwy sąsiad, rodzic dziecka, które w zeszłym miesiącu zachowało się tak okropnie wobec twojej córeczki, a może ktoś, kto za głośno śpiewa lub czyje poglądy polityczne doprowadzają cię do szału.
Przychodzi moment przekazywania znaku pokoju. Co zrobisz? Nie odwrócisz się? Bez entuzjazmu pospiesznie uściśniesz mu rękę lub, co gorsza, zmrozisz chłodnym spojrzeniem? Czy też spróbujesz wznieść się ponad dzielące was różnice i zdobyć się na serdeczny gest oraz szczere „Pokój z tobą”?
Ta prosta sytuacja może pomóc nam zobaczyć skutki podziału pomiędzy katolikami, protestantami i prawosławnymi. Od wieków istnieje między nami dystans, ale Kościół prosi nas, byśmy zwrócili się do siebie i szczerze przekazali sobie pokój Chrystusa. W tym miesiącu chcemy przyjrzeć się ruchowi na rzecz jedności chrześcijan, zwanemu także ekumenizmem. Chcemy zobaczyć, jak bardzo Ojciec pragnie, by wszyscy Jego wyznawcy przezwyciężyli dzielące ich różnice,
a przez to mogli stać się jedno, jak On jest jedno ze swoim Synem, Jezusem (J 17,26).

BÓL PODZIAŁÓW
Rodziców zasmucają kłótnie między dziećmi, zwłaszcza gdy te nieporozumienia są poważne lub długotrwałe. Ubolewają nad niezgodą panującą w rodzinie. Pomyśl więc, o ileż bardziej Bóg ubolewa nad rozłamem wśród swoich dzieci, które nie umieją miłować się wzajemnie ani ze sobą współpracować. Jak wielkim smutkiem napawa Go fakt, że lud Boży jest tak bardzo podzielony, zamiast stanowić jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół, któremu dał On początek w dzień zesłania Ducha Świętego.
Bóg ubolewa nad naszymi podziałami, ponieważ On sam żyje w jedności, która sięga samej istoty tego, kim On jest. Za każdym razem, gdy mówimy: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, głosimy, że nasz Bóg jest wspólnotą Osób Boskich. Bóg kocha jedność, ponieważ sam jest jednością i trwa we wspólnocie miłości. Bóg jest naszym Ojcem i jak każdy ojciec cieszy się, gdy Jego dzieci miłują się nawzajem i żyją w jedności. Dlatego właśnie dał nam dar rodziny. Dlatego wezwał nas do wspólnego przeżywania wiary w Kościele, a nie tylko indywidualnie. 
Chociaż Bóg pragnie, by Jego lud żył w jedności, to jednak trucizna podziałów wsącza się w każde pokolenie. Od chwili, w której Adam i Ewa zaczęli obwiniać się wzajemnie o pierwszy grzech, aż po dziś dzień, na przeszkodzie w budowaniu królestwa Bożego stają nieporozumienia, konflikty i podziały. Tak jak wąż w raju poróżnił naszych pierwszych rodziców z Bogiem i ze sobą nawzajem, tak diabeł – „oskarżyciel braci naszych” (Ap 12,10) – wciąż usiłuje podzielić Boże dzieci.
Już Kościół pierwotny przeżywał zmagania o jedność. Chociaż kultura, przekonania i mentalność wyznawców Chrystusa pochodzenia żydowskiego i pogańskiego różniły się w wielu punktach, to dzięki wierze w Chrystusa byli oni w stanie zobaczyć w sobie nawzajem braci i siostry. Niewolnicy i panowie stawali się członkami jednej rodziny w Chrystusie. Mężczyźni i kobiety byli teraz współdziedzicami w Chrystusie, równymi sobie w godności jako synowie i córki Boga. Ubodzy i bogaci uczyli się wzajemnej miłości.
Ale ta jedność bywała często zagrożona zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz. Zresztą wiele listów Nowego Testamentu – na przykład List do Galatów, do Rzymian i do Efezjan – zostało napisanych po to, żeby pomóc chrześcijanom zrozumieć Boże pragnienie jedności, a przez to dać im motywację do przezwyciężania podziałów. Kiedy Paweł pisał do wierzących w Efezie, że Bóg „nam oznajmił tajemnice swej woli (…) aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi” (Ef 1,9-10), nie był to tylko głęboki wywód teologiczny. Paweł mówił im, jak bardzo Bóg pragnie jedności, jak bardzo zależy Mu na tym, aby wszyscy Jego wyznawcy byli zjednoczeni!

ŚWIADECTWO
ZJEDNOCZONEGO KOŚCIOŁA
Czy możesz sobie wyobrazić, jak mógłby wyglądać dziś zjednoczony Kościół? Pomyśl, jak wielkim świadectwem byłby on dla świata. Zamiast podziałów i rozłamów, stalibyśmy się wzorem miłości, głosząc ramię w ramię dobrą nowinę o Chrystusie. Zamiast koncentrować się na sporach o różnice doktrynalne, moglibyśmy pokazać światu, co to znaczy troszczyć się o siebie nawzajem tak, jak Chrystus troszczy się o nas. Pomyśl, jak czytelne byłoby nasze świadectwo, gdybyśmy wspólnie wychodzili ku ubogim i opuszczonym, służąc im naszymi różnymi darami i umiejętnościami. Widząc naszą wzajemną miłość, świat uwierzyłby, że jesteśmy uczniami Jezusa (J 13,35).
Przede wszystkim jednak zjednoczony Kościół byłby żywym świadectwem mocy przebaczenia i pojednania. „Zobaczcie, jak oni umieją przezwyciężać podziały między sobą. Już samo to, że potrafili się pojednać po kilkuset latach rozłamów, jest żywym dowodem istnienia kochającego Boga” – mówiliby ludzie. Zamiast być zgorszeniem dla świata ze względu na nasze podziały, pociągalibyśmy wszystkich do poznania Boga i Jego miłości.

OJCZE, SPRAW,
ABY BYLI JEDNO!
Za dni swego ziemskiego życia Jezus zabiegał o jedność i gorliwie się o nią modlił. Był otwarty nie tylko na Żydów, ale i na pogan. Przyjmował wykształconych i niewykształconych, mężczyzn i kobiety, zelotów i celników. Poświęcał czas bogatym i ubogim. Nie robił różnic pomiędzy ludźmi, ale wzywał wszystkich do pójścia za Nim.
Jedność była dla Jezusa tak ważna, że modlił się o nią podczas Ostatniej Wieczerzy: „Proszę (…) aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno” (J 17,20). Ta modlitwa Jezusa była owocem Jego własnej jedności z Ojcem. Jezus wiedział, że Ojciec pragnie, abyśmy wszyscy uczestniczyli w jedności Trójcy i sam także tęsknił za tym, aby to się stało. Rozumiejąc Ojcowskie pragnienie jedności, wyraził je w błaganiu, które nie przestaje rozbrzmiewać aż po dziś dzień.
Także i nasze modlitwy o jedność są odbiciem głębokich pragnień Ojcowskiego serca Boga. Oznacza to, że modląc się o jedność, włączamy się w modlitwę Jezusa. Możemy być pewni, że Bóg słyszy naszą modlitwę i już teraz działa, aby ostatecznie doprowadzić nas do jedności.

PODZIELONE SERCA,
PODZIELONY KOŚCIÓŁ
Wiele cierpienia w dziejach ludzkości było skutkiem konfliktów i wojen religijnych, także między chrześcijanami. Te bolesne wydarzenia są nadal źródłem niechęci i głębokich podziałów. Ale Bóg nie chce, żeby nasza historia budziła w nas poczucie bezsilności i beznadziei. W gruncie rzeczy większość chrześcijan pragnie jedności. Widząc rozłamy wśród uczniów Jezusa i wzajemne uprzedzenia pomiędzy poszczególnymi wyznaniami, czujemy, że jest to nie w porządku. „Dlaczego jesteśmy tak podzieleni?” – pytamy.
To prawda, że pomiędzy poszczególnymi wyznaniami istnieją rzeczywiste różnice w doktrynie, praktyce kościelnej i liturgii, które nie są łatwe do przezwyciężenia. Możemy jednak zacząć od samych siebie. Wszystkim nam zdarzają się niesprawiedliwe osądy wobec chrześcijan innych wyznań, niemiłosierne myśli w stosunku do naszych własnych współwyznawców, nawet w naj-
bliższym otoczeniu. Nikomu raczej nie uda się przeżyć życia bez doświadczenia jakichkolwiek rozłamów, czy to
w rodzinie, czy wśród przyjaciół. Jesteśmy podejrzliwi wobec tych, którzy nas zranili. Pozwalamy sobie na złośliwe komentarze wobec nielubianych osób. Bardzo łatwo skupiamy się na jakiejś drobnej przykrości, powiedzianym nie w porę słowie czy odmówionej nam kiedyś przysłudze, pozwalając, by narastało w nas rozgoryczenie, zawziętość czy zazdrość.
Taka jest prawda – każdy z nas przez swoje grzechy przyczynia się do podziałów, jakie widzimy w Kościele
i w świecie. Ale Bóg nie porzucił nadziei. Także dziś zaprasza nas do naśladowania przykładu swojego Syna przez gorliwą modlitwę i wytrwałe zabieganie o jedność.

PRAGNIENIE JEDNOŚCI
Jak więc możemy zacząć obalać mury podziałów? Jak zawsze, naszym pierwszym krokiem powinna być skrucha i wiara. Kiedy łapiemy się na niemiłosiernych osądach, zwracajmy się do Pana i prośmy Go o przebaczenie. Czyńmy tak za każdym razem, nie zniechęcając się i pamiętając, że jedność jest możliwa, ponieważ sam Bóg jej pragnie. Wyraził to Jezus w swojej modlitwie arcykapłańskiej, prosząc: „Aby stanowili jedno” (J 17,22). 
Módlmy się więc o jedność. Włączmy tę intencję do naszych codziennych modlitw, błagając Pana, aby pomógł nam przezwyciężyć wszystkie podziały i zjednoczył swój Kościół. Im bardziej będziemy się o to modlić, tym większe będzie nasze pragnienie jedności – to samo pragnienie, które było w sercu Jezusa. ▐

ART. 2
JEDNA RODZINA DZIECI BOŻYCH
Czego uczy Kościół o jedności chrześcijan?

Wielu ludzi traktuje ekumenizm – ruch na rzecz zjednoczenia podzielonych chrześcijan – jako coś będącego nadprogramowym dodatkiem do wiary. Nie pochłania on naszej uwagi w takim stopniu, jak na przykład troska o ubogich czy o obronę życia poczętego. Czasami też mamy opory przed zbyt intensywnym zgłębianiem tego tematu z obawy, że doprowadzi nas to do oddalenia się od naszego własnego katolickiego dziedzictwa. Albo myślimy, że sprawa jedności chrześcijan jest po prostu zbyt trudna i odległa od naszej codzienności.
Chociaż są to uzasadnione zastrzeżenia, to jednak cel zawarty w modlitwie Jezusa: „Aby stanowili jedno” (J 17,22), pozostaje jednym z priorytetów Kościoła. Każdy z nas jest wezwany, aby uczynić wszystko, co w jego mocy, dla budowania jedności Kościoła. Przyjrzyjmy się więc, czego naucza na ten temat Kościół katolicki, abyśmy mogli jak najpełniej zrealizować to wezwanie.

PIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ LAT
I CO DALEJ?
W Dekrecie o ekumenizmie ojcowie soborowi stwierdzili, że „Jednym z głównych zamierzeń świętego Soboru powszechnego Watykańskiego II jest wzmożenie wysiłków w celu przywrócenia jedności wśród wszystkich chrześcijan” (Unitatis redintegratio, 1). Ten historyczny dokument podkreślał, że ekumenizm jest łaską Bożą i wezwaniem Pana dla całego Kościoła. Po raz pierwszy Kościół wezwał wszystkich swoich członków do odpowiedzi na tę łaskę. Nie możemy więc już traktować jej jako opcji dla duchowieństwa czy osób odczuwających szczególne powołanie w tym kierunku. Od zakończenia Soboru Watykańskiego II w 1965 roku kolejni papieże podejmują to wezwanie do jedności w swoim nauczaniu i działaniach.
Na przykład papież Paweł VI uczynił przełomowy gest, zamykając Sobór Watykański II zdjęciem ekskomuniki nałożonej w 1054 roku na Kościół prawosławny. Czyniąc to ostatnim aktem soboru, chciał dać jasno do zrozumienia, że Kościół zamierza poważnie zaangażować się w przezwyciężanie podziałów. Uznał, że chrześcijanie wyznania prawosławnego to bracia i siostry, których należy przyjąć, a nie schizmatycy, których należy potępić. Papież nadzorował ponadto nawiązanie oficjalnego dialogu z innymi Kościołami i tradycjami – m.in. z anglikanami, metodystami, luteranami i zielonoświątkowcami.
W opublikowanej w 1995 roku encyklice o działalności ekumenicznej Jan Paweł II potwierdził nauczanie Soboru Watykańskiego II, pisząc, że ekumenizm jest niezbędny, jeśli mamy zobaczyć „nową Pięćdziesiątnicę”. „Dobrze to rozumiał mój poprzednik, papież Jan XXIII, który zwołując Sobór nie dopuścił do oddzielenia odnowy od otwarcia ekumenicznego” (Ut unum sint, 27) – podkreślił Jan Paweł II.
Kolejny papież, Benedykt XVI, stwierdził jasno, że zależy mu na jedności chrześcijan równie mocno, jak jego poprzednikom. Przemawiając do zgromadzonych w Kolonii przedstawicieli Kościoła katolickiego, protestanckiego i prawosławnego, przypomniał swoje wypowiedziane zaraz po wyborze słowa: „Przywrócenie pełnej i widzialnej jedności chrześcijan będzie jednym z priorytetów mojego pontyfikatu (...) Podziały między nami są sprzeczne z wolą Jezusa i sprawiają, że jesteśmy dla ludzi niewiarygodni (…) powinniśmy dokładać wszelkich starań i nie szczędzić sił, aby dać wspólne świadectwo dotyczące wielkich etycznych wyzwań naszych czasów” (Spotkanie ekumeniczne w Kolonii, 19 sierpnia 2005). 
Obecnie papież Franciszek idzie dalej drogą wytyczoną przez swoich poprzedników. Wielokrotnie modlił się
o to, by „wszyscy chrześcijanie byli wierni nauce Pana, przyczyniając się przez modlitwę i braterską miłość bliźniego do przywrócenia pełnej komunii kościelnej, aby służyć wyzwaniom ludzkości”. Jak mówi Franciszek, dzieło ekumenizmu to zadanie dla „wszystkich chrześcijan”, nie tylko biskupów i teologów. Każdy z nas jest wezwany do modlitwy o jedność i pracy na rzecz jedności.

JEDNOŚĆ
W RÓŻNORODNOŚCI
Widzimy jasno, że Kościół wzywa cały lud Boży do współpracy na rzecz jedności chrześcijan. Ale czy nie istnieją uzasadnione obawy, że nacisk na ekumenizm grozi rozwodnieniem naszej katolickiej tożsamości i osłabieniem zaangażowania we własnym Kościele?
Wkrótce po zamknięciu soboru Watykan wydał dokument zawierający wskazówki, jak mamy wypełniać powołanie do budowania jedności chrześcijan. Czytamy tam, że: „Całość prawdy objawionej, sakramentów i posługi, które Chrystus przekazał dla budowania swego Kościoła i wypełnienia jego misji, znajduje się w katolickiej komunii Kościoła” (Dyrektorium ekumeniczne, 17). Zarazem jednak Kościół uznaje, że jedność nie musi oznaczać ujednolicenia. Jak powiedział papież Benedykt, „Ta jedność nie jest równoznaczna z ujednoliceniem wszystkich form wyrazu teologii i duchowości, form liturgicznych i dyscypliny. Jest to jedność
w różnorodności i różnorodność w jedności” (Spotkanie ekumeniczne w Kolonii, 19 sierpnia 2005).
Brzmi to nieco skomplikowanie. Chcielibyśmy może mieć wszystko wyjaśnione czarno na białym, ale problem jest rzeczywiście złożony. Prawdy wiary są proste i niewzruszone, jednak droga do jedności Kościołów zbudowanych na fundamencie tych prawd jest długa i pełna wyzwań. Ale czyż nie doświadczamy czegoś podobnego w naszych rodzinach? Każdy członek rodziny różni się od pozostałych – a czasami bardzo się różni. Jednak budując swoją jedność, zdrowa rodzina szanuje także odrębność każdej z osób. I tak właśnie spróbujmy spojrzeć na problem jedności chrześcijan.
Kościół precyzyjnie rozgranicza działania ekumeniczne od równie ważnej misji przyjmowania nowych członków do Kościoła katolickiego. I jedno, i drugie jest dziełem Ducha Świętego, ale nie są one tym samym: „Praca nad przygotowaniem kogoś, kto pragnie być włączony w pełną komunię Kościoła katolickiego, jest sama w sobie działalnością różną od działalności ekumenicznej” (Dyrektorium ekumeniczne, 99). Jeśli nasza działalność ekumeniczna miałaby na celu pozyskiwanie ludzi do Kościoła katolickiego, nie przezwyciężałaby podziałów, ale generowała nowe konflikty. Nic bowiem nie niszczy spotkań ekumenicznych bardziej skutecznie niż próby przeciągania innych na „naszą” stronę. Kościół naucza, że współpracując i modląc się z chrześcijanami innych wyznań, wspólnie wzrastamy w wierze. Uznajemy dary, jakie każdy z nas wnosi i pogłębiamy wspólne relacje. A bliższe relacje oznaczają głębszą jedność.

W JEDNEJ RODZINIE
Na czym więc polega jedność chrześcijan? Przede wszystkim opiera się ona na solidnym fundamencie naszego wspólnego chrztu. Jak naucza Sobór Watykański II, wszyscy ludzie, „którzy wierzą w Chrystusa i w sposób właściwy przyjęli chrzest, trwają w jakiejś, choć niedoskonałej, wspólnocie z Kościołem katolickim”. Dlatego „Kościół katolicki otacza ich braterskim szacunkiem i miłością” (Unitatis redintegratio, 3).
Tak więc wspólnota ta, choć „niedoskonała”, niepełna, jest jednak wspólnotą rzeczywistą i żywotną. Uznajemy, że występują między nami znaczące różnice „w dziedzinie doktryny, a niekiedy również w zakresie zasad dyscypliny”, i że te różnice mogą stanowić „poważne trudności”. Jednak pomimo tych różnic „usprawiedliwieni z wiary są przez chrzest włączeni w Chrystusa i dlatego w sposób uzasadniony zdobi ich imię chrześcijańskie, a synowie Kościoła katolickiego słusznie uważają ich za braci w Panu” (Unitatis redintegratio, 3).
Każdy chrześcijanin, niezależnie od wyznania, jest już częścią naszej rodziny. Wszyscy zostaliśmy ochrzczeni w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wszyscy zostaliśmy obmyci z grzechu pierworodnego. Wszyscy jesteśmy świątyniami Ducha Świętego. Wszyscy jesteśmy równie umiłowanymi i otaczanymi troską dziećmi Ojca niebieskiego. „Powszechne braterstwo” chrześcijan jest już faktem (Ut unum sint, 27). Kościół teraz prosi nas, abyśmy budowali na tym fundamencie, dążąc do pełnej komunii, której jeszcze nie osiągnęliśmy. Sam Bóg uczynił nas braćmi i siostrami przez chrzest, starajmy się więc przezwyciężać wszystkie podziały, które jeszcze istnieją.

SKARBIEC WSPÓLNYCH
DARÓW
Jedną z podstawowych zasad ekumenizmu w Kościele katolickim jest zasada szacunku wobec chrześcijan innych wyznań: „Konieczne jest, aby katolicy z radością rozpoznawali i cenili płynące ze wspólnego dziedzictwa prawdziwe chrześcijańskie dobra, które znajdują się u naszych braci odłączonych” (Unitatis redintegratio, 4). Warto wiedzieć, jak wiele nas łączy.
Te „prawdziwe chrześcijańskie dobra” to między innymi poczucie przynależności do Chrystusa, miłość do Pisma Świętego, gorliwość w ewangelizacji czy dążenie do prowadzenia prawego, moralnego życia. Kościół chce, abyśmy rozpoznawali to „bogactwo Chrystusa i cnotliwe uczynki w życiu innych, którzy świadczą o Chrystusie” (Unitatis redintegratio, 4).
W niektórych przypadkach chrześcijanie innych tradycji wykazują szczególne przywiązanie do tego bogactwa, przewyższając pobożnością wielu katolików. Na przykład luteranie mają za sobą długą historię wspierania wierzących w czytaniu i studiowaniu słowa Bożego. Chrześcijanie Kościołów ewangelikalnych mogą być przykładem zapału ewangelizacyjnego. Z kolei nasi prawosławni bracia i siostry dają świadectwo głębokiej czci dla Pana podczas swoich liturgii. Jak wiele możemy się od nich nauczyć!

OSOBISTE ZAANGAŻOWANIE
W SPRAWĘ JEDNOŚCI
Bóg kocha jedność. Chce, aby Jego dzieci przezwyciężały podziały, a ich światło świeciło jaśniej w ciemnościach świata. Mamy tyle wspólnych powodów do radości. Tak wiele możemy wspólnie zdziałać. A co najważniejsze, w dążeniu do jedności Ciała Chrystusowego możemy już teraz szanować i popierać to, co dobre w naszych różniących się między sobą tradycjach. Łaska, oddanie, wierność, pokora, nadzieja, wiara i miłość – te i wiele innych bogactw odnajdziemy w każdym wyznaniu chrześcijańskim.

Czego więc oczekuje od nas Kościół? Głosi on, że „wszyscy wierni winni się angażować w popieranie wzrastającej wciąż komunii z innymi chrześcijanami” (Dyrektorium ekumeniczne, 55). Takie jest nauczanie Kościoła. W następnym artykule zastanowimy się, jak możemy wcielić je w życie. ▐


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

▌Środa, 1 stycznia
Świętej Bożej
Rodzicielki Maryi
Łk 2,16-21
Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. (Łk 2,19)
Wyobraź sobie Maryję, która trzymając w ramionach nowo narodzonego Syna, dziękuje Bogu za swoje piękne Dziecko i zastanawia się, jak będzie wyglądało Jej życie jako młodej matki. Nagle zjawiają się pasterze z pobliskich pól, którzy opowiadają Jej i Józefowi o nawiedzinach aniołów radujących się z narodzenia Bożego Syna. Co mogła myśleć i czuć Maryja w tych pamiętnych chwilach?
Z pewnością radość, zachwyt i podziw, ale także lęk i niepewność. Mogła się obawiać, czy zdoła sprostać zadaniu, jakim jest wychowanie tak wyjątkowego Dziecka. Była świadoma, że życie każdej matki niesie ze sobą liczne wyzwania, a cóż dopiero Matki Bożego Syna! 
Jednak zamiast się niepokoić, pełna ufności do Boga, „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19).
Zastanawianie się i refleksja nad tym, co Ją spotykało, a także powierzanie wszystkiego Bogu na modlitwie dawały Maryi pokój i siłę do stawiania czoła nowym sytuacjom. Dzięki temu mogła zapewnić Jezusowi poczucie bezpieczeństwa, miłość i pokój, których potrzebował, aby przygotować się do wypełnienia swego zbawczego posłannictwa.
W nowym roku z pewnością czekają nas sytuacje i wyzwania, na które spontanicznie reagujemy lękiem, zwątpieniem we własne siły albo nawet złością. Jakże inne mogłyby być jednak nasze reakcje, gdybyśmy najpierw podejmowali refleksję nad tym, co nas spotyka! Bardzo możliwe, że wówczas byłoby w nas więcej łagodności i życzliwości w kontaktach z innymi, więcej cierpliwości w radzeniu sobie z trudnościami, więcej mądrości, którą moglibyśmy przekazywać innym.
Na początku nowego roku pójdźmy za przykładem Maryi. Prośmy Ją, by pomagała nam pomyśleć, zanim zareagujemy. Pamiętajmy, że Ona jest naszą Matką, która zawsze jest gotowa wspierać nas miłością i modlitwą.
„Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za mnie, abym stał się podobny do Ciebie”.
Lb 6,22-27
Ps 67,2-3.5.8
Ga 4,4-7
▌Czwartek, 2 stycznia
J 1,19-28
Kto ty jesteś? (J 1,19)
Czy słyszałeś już określenie „chwalibieda”, które robi furorę w czasach mediów społecznościowych. „Chwalibieda” to fałszywa skromnisia, która ukrywa swoje przechwałki pod płaszczykiem pokornych słówek. Przykładem może być matka, która informuje na Facebooku, że właśnie rozlała wino na dokumenty, które wypełniała, aby zgłosić swojego syna do programu edukacyjnego dla wybitnie zdolnych uczniów. Na pozór opowiada tu, jak bardzo jest niezdarna, ale w rzeczywistości przechwala się sukcesami swojego syna.
Chociaż słowo „chwalibieda” trafiło do słownika całkiem niedawno, samo zjawisko jest tak stare, jak ludzkość. Pokazuje ono, jak cienka jest granica pomiędzy prawdziwą a fałszywą pokorą i jak trudno odróżnić jedną od drugiej. Bo czy pokora oznacza lekceważenie swoich osiągnięć? Albo czy przechwałką jest opowiedzenie komuś o tym, co nas spotkało dobrego?
Spójrzmy na Jana Chrzciciela. Kiedy przybyli reprezentanci przywódców żydowskich, aby wypytać go o jego posługę, Jan nie uciekał się do żadnych gierek ani nie owijał słów w bawełnę. Jego odpowiedzi są świadectwem głębokiej pokory. Mimo że garnęły się do niego rzesze ludzi i miał własnych uczniów, przyznał, że nie jest Mesjaszem, Eliaszem ani nawet prorokiem, lecz „głosem wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską” (J 1,23). I dlatego, wierząc, że jest posłany przez Boga, śmiało – a nawet z pewną zuchwałością – wzywał do nawrócenia zarówno królów, jak i pospólstwo.
Na tym przykładzie widać, że prawdziwa pokora to świadomość tego, kim się jest, a kim się nie jest. Z pewnością Jan Chrzciciel nie miał zaniżonego poczucia własnej wartości. Wiedział, kim jest i po co przyszedł na świat. Jako Poprzednik Mesjasza, posłany, „aby zaświadczyć o światłości” (J 1,8), a także „przyjaciel oblubieńca” (J 3,29), żył dla Jego chwały. „Trzeba, by On wzrastał, a ja żebym się umniejszał” (J 3,30) – mówił. I dlatego Jezus nazwał go największym spośród narodzonych z niewiast (Mt 11,11).
My także nie powinniśmy ani umniejszać swoich zasług czy obnosić się z negatywnym obrazem siebie, ani też prze-
chwalać się czy wywyższać. A pamiętając, że nikt z nas nie jest doskonały, nie osądzajmy innych, kiedy upadają. 
Kimkolwiek jesteśmy – bądź nie jesteśmy – możemy być pewni jednego: zostaliśmy stworzeni na obraz Boga. Jesteśmy obdarowani niezliczonymi łaskami, a przede wszystkim darem Ducha Świętego. Bóg powierzył każdemu z nas wyjątkową misję. Już sama świadomość tego budzi w nas zdrową pewność siebie i wyzwala zdolność myślenia bardziej o innych niż o sobie.
A więc, kim jesteś?
„Panie, dziękuję Ci za to, kim jestem. Naucz mnie pełnić Twoją wolę”.
1 J 2,22-28
Ps 98,1-4
▌Piątek, 3 stycznia
1 J 2,29--3,6
Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni. (1 J 3,2)
Kiedy mówimy o maleńkim dziecku, że jest podobne do któregoś z rodziców, nie mamy na myśli tego, że przypomina ono dorosłą osobę. Jest dzieckiem i wygląda zupełnie inaczej niż jego ojciec i matka. Jedynie jakieś ledwie zauważalne cechy – wykrój ust, kształt głowy, rozstaw oczu – świadczą o tym, jak będzie mogło wyglądać w przyszłości.
Wiemy, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, ale na co dzień wcale nie tak łatwo jest dostrzec to podobieństwo. Trudno zobaczyć je w nas samych, trudno też w innych – zwłaszcza kiedy jedziemy zatłoczonym autobusem albo stoimy w kolejce na poczcie. Może się wtedy wydawać, że wcale nie przypominamy Boga, chociaż przez chrzest staliśmy się Jego dziećmi.
Św. Jan stwierdza, że chociaż naprawdę jesteśmy dziećmi Boga, to jeszcze się nie ujawniło, kim będziemy. Podobieństwo do Boga dane jest nam w zalążku, ale żeby mogło stać się naprawdę widoczne, musi dokonać się w nas nadprzyrodzona przemiana, której Autorem jest Duch Święty. Dokona się ona ostatecznie po zakończeniu naszego ziemskiego życia , gdy Bóg „się objawi” i „ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3,2). „Zostały nam udzielone drogocenne i największe obietnice, abyście się dzięki nim stali uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1,4) – przekonuje św. Piotr. A św. Augustyn stwierdza śmiało: „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem”.
Może wolelibyśmy, aby nasza godność nie była aż tak wielka. Może wyobrażamy sobie niebo jako cichy kącik, gdzie odpoczniemy po trudach życia, nie wchodząc za bardzo Bogu w paradę. Być dzieckiem Boga – to godność, ale i odpowiedzialność, zobowiązanie do życia w sprawiedliwości, do odrzucenia grzechu, a przede wszystkim do coraz głębszego poznawania Jezusa Chrystusa, naszego Zbawcy. Prośmy Go, aby już dziś rozwijały się w nas zalążki Bożego podobieństwa.
„Panie, naucz mnie żyć w sposób godny dziecka Bożego”.
Ps 98,1.3-6
J 1,29-34

▌Niedziela, 5 stycznia
J 1,1-18
W Nim było życie. (J 1,4)
Gdybyśmy zapytali przypadkowych przechodniów, z czym kojarzy im się Bóg, z pewnością znalazłoby się wiele osób, których skojarzenia wcale nie byłyby pozytywne. Słowo „Bóg” przywodziłoby im na myśl poruszający się groźnie palec ojca czy matki
i słowa: „Zobaczysz, Bóg cię skarze”. Albo nudę przedłużających się modlitw w kościele; poczucie, że wszystko, co przyjemne, jest grzechem; wreszcie pamięć o tym, jak modlili się w trudnej sytuacji, nie uzyskując od Boga upragnionej odpowiedzi. Ich postawę dobrze wyraża ateistyczny slogan, który pojawił się kiedyś na londyńskich autobusach: „Boga najprawdopodobniej nie ma – przestań się bać i ciesz się życiem”.
Jak wytłumaczyć komuś – a także samemu sobie, gdy ogarniają nas wątpliwości – że Bóg nie jest straszakiem na dzieci, bardziej wszechmocną wersją swoich najmniej sympatycznych wyznawców ani automatem, który ma nam wydać konkretny produkt za wrzuconą do otworu monetę modlitwy? Że jest Bogiem, który nas przerasta, którego nie potrafimy ogarnąć rozumem, a przy tym wszystkim jest po naszej stronie i kocha nas miłością wymykającą się ludzkiemu doświadczeniu?
Podobny dylemat odnajdujemy w dzisiejszej Ewangelii. Jezus – Słowo Ojca – przychodzi do stworzonego przez siebie świata, ale ten świat Go nie poznaje. Przychodzi do swojej własności, ale nie zostaje przyjęty. Jest pełen łaski i prawdy, ale tylko nieliczni są w stanie to zobaczyć. Przyszedł pouczyć nas o Ojcu, o którym jako jedyny z chodzących po ziemi mógł coś powiedzieć z pierwszej ręki – ale czy mogło to zainteresować tych, którzy wiedzieli lepiej, choć przecież sami nigdy Boga nie oglądali?
Jednak mimo że Jezus nie przekonał wszystkich, to z pewnością przykuł ich uwagę. Ci, którzy się z Nim stykali, wyczuwali, że jest w Nim prawdziwe życie – wolne od fałszu, zakłamania i lęku. Życie, którego podświadomie pragnęli, nawet jeśli nie byli jeszcze w stanie przyjąć prawdy o sobie i o zbawieniu, które przyniósł Jezus.
Kiedy nasza wiara staje się żywa, kiedy zabiegamy o kontakt z Jezusem, On udziela nam nowego życia – życia dzieci Bożych. Swoim postępowaniem, wewnętrznym pokojem, radością, postawą służby zaczynamy świadczyć o Nim. Zaczynamy nie tylko przekonywać innych
o Bogu, ale także ich do Niego pociągać.
„Panie Jezu, daj mi swego Ducha, abym mógł oglądać Twoją chwałę
i świadczyć o niej”.
Syr 24,1-2.8-12
Ps 147,12-15.19-20
Ef 1,3-6.15-18

▌Niedziela, 12 stycznia
Niedziela Chrztu Pańskiego
Iz 42,1-4.6-7
On przyniesie narodom Prawo. (Iz 42,1)
Dziś kończy się okres Bożego Narodzenia. Teksty Ewangelii o narodzinach i dzieciństwie Jezusa pozostały już za nami. Ochrzczony przez Jana i napełniony Duchem Świętym, Jezus jest już gotów do głoszenia Dobrej Nowiny. Przyjrzyjmy się więc jeszcze raz wydarzeniom, które do tego doprowadziły.
Na początku Adwentu czytaliśmy wspaniałą zapowiedź tego, że wszystkie narody popłyną do świętej góry Boga (Iz 2,1-5). Ale potem pojawiły się teksty mówiące o prostych, pokornych ludziach: starszym kapłanie Zachariaszu, pobożnym cieśli Józefie i jego młodej żonie Maryi. Czytaliśmy o ich podróży do Betlejem, o Dziecku owiniętym
w pieluszki, o pasterzach z gór. Najbardziej spektakularnym wydarzeniem były odwiedziny tajemniczych Mędrców ze Wschodu.
Gdzie więc są te „narody”, o których prorokował Izajasz?
Odpowiedzią jest dzisiejsza uroczystość. Jezus przyjmuje chrzest w wodach Jordanu z rąk Jana Chrzciciela, a następnie wyrusza, by „przynieść narodom Prawo” (Iz 42,2). Będzie to nowe Prawo, Prawo miłości. Napełniony Duchem Świętym, ustanowiony „przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów” (Iz 42,6), będzie przemierzał całą Palestynę, aby „otworzyć oczy niewidomym, aby z zamknięcia wypuścić jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności” (Iz 42,7).
Począwszy od dnia swojego chrztu, Jezus nie przestaje wychodzić do ludzi na całym świecie. Najpierw czynił to osobiście. Następnie posyłał Piotra i Apostołów, Pawła i kolejnych uczniów. A teraz posyła ciebie.
Nie martw się jednak, nie posyła cię samego. Dziś i każdego dnia napełnia cię tym samym Duchem, który spoczął na Nim w chwili Jego chrztu. Spróbuj więc w dzisiejszych czytaniach zobaczyć siebie. Jesteś dzieckiem Boga, w którym On ma upodobanie. Wzywa cię, byś „niósł Prawo” temu zakątkowi „narodów”, w którym mieszkasz – i jest gotów ci w tym pomagać.
„Oto jestem, Panie! Poślij mnie, abym głosił Dobrą Nowinę”.
Ps 29,1-4.9-10
Dz 10,34-38
Mt 3,13-17

▌Niedziela, 19 stycznia
J 1,29-34
Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. (J 1,29)
Słyszymy te słowa podczas każdej Mszy świętej, gdy kapłan podnosi i ukazuje wiernym Hostię. Są one dla nas tak znajome, że czasem nawet nie zwracamy na nie uwagi. Przyjrzyjmy się więc bliżej temu zaszczytnemu zaproszeniu, by patrzeć na Baranka Bożego.
Oto. Oto On. Patrz na Niego – nie przelotnym spojrzeniem, ale wpatruj się głęboko, uważnie, w skupieniu,
z nadzieją, że odkryjesz coś nowego. Uwierz, że Jezus pragnie ci się objawić.
Oto Baranek Boży. Uświadom sobie, na co patrzysz. Na największy dar Boga dla świata – i dla ciebie. Na Jezusa, jedyną prawdziwą Ofiarę zesłaną z nieba. On jest niewinnym Barankiem bez skazy, o cichym i łagodnym sercu. Jest wypełnieniem starożytnej Paschy Izraela. Przyszedł, aby przeprowadzić cię ze śmierci do życia, z niewoli do wolności.
Oto Baranek Boży, który gładzi grzech. Przyjrzyj się dokładnie. Zobacz w tej Hostii obietnicę przebaczenia. Zobacz Jezusa, który wydał za ciebie swoje ciało i krew na krzyżu. Zobacz Jezusa, który przyjął na siebie każdy twój grzech, aby złożyć go ze sobą do grobu, gdzie pozostaje do dziś, martwy i pogrzebany. Nie musisz już żyć w niewoli. Jezus zniszczył twój grzech i nie musisz do niego wracać. Możesz od niego odejść tym pewniejszym krokiem, im bardziej pokładasz nadzieję w Panu.
Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. Nie tylko twój grzech, ale grzech każdego bez wyjątku człowieka na ziemi, przeszły, teraźniejszy i przyszły. Nikt nie jest wyłączony. Nikt nie jest pozbawiony nadziei. Każdy może doznać przebaczenia i wolności. Nawet ci, którym tak trudno jest ci przebaczyć. Patrz na Niego z wiarą. On przynosi pojednanie i uzdrowienie wszystkim ludziom.
Oto Baranek Boży! Przyjmij Go z radością i otwartym sercem.
„Panie, nie jestem godzien. Ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”.
Iz 49,3.5-6
Ps 40,2.4.7-10
1 Kor 1,1-3

▌Niedziela, 26 stycznia
Niedziela Słowa Bożego
Iz 8,23b--9,3
Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką. (Iz 9,1)
30 września ubiegłego roku papież Franciszek ogłosił list apostolski ustanawiający Trzecią Niedzielę Okresu Zwykłego w ciągu roku Niedzielą Słowa Bożego. Ojciec Święty zachęcił proboszczów do uroczystego świętowania tego dnia poprzez głoszenie specjalnych homilii, podkreślenia w liturgii czci, jaką się oddaje słowu Pana, oraz przez zachęcanie wiernych do codziennej lektury Pisma Świętego i szukania w nim skarbów słowa Bożego dla naszego życia.
W liście papież Franciszek pisał, że nie możemy czytać Biblii tak jak każdej innej książki: „Ponieważ wiara rodzi się ze słuchania, a słuchanie jest skoncentrowane na słowie Chrystusa, zaproszenie, które rodzi się w tej relacji, staje się pilne i ważne, tak że wierzący muszą przeznaczyć czas na słuchanie Słowa Pana zarówno w działaniu liturgicznym, jak i modlitwie oraz refleksji osobistej” (Aperuit illis, 7).
To „słuchanie Słowa Pana” zawiera w sobie prośbę do Ducha Świętego, który natchnął Pismo Święte, aby tchnął życie w słowa, które czytamy. Oznacza uciszenie wszystkich innych głosów w naszych myślach, a także niepokoju naszego serca, aby otworzyć się na głos Boga, który do nas mówi. Jak pisał papież Franciszek, bez działania Ducha Świętego „ryzyko zamknięcia się w obrębie samego tekstu pisanego byłoby zawsze wysokie”. Jeśli natomiast rozważamy słowo Boże na modlitwie, „Duch Święty przekształca Pismo Święte w żywe Słowo Boże, przeżywane i przekazywane w wierze swego świętego ludu” (Aperuit illis, 9).
Bóg ma dziś dla ciebie osobiste przesłanie i niewykluczone, że usłyszysz je w czytaniach dzisiejszej Mszy świętej. Ma być ono inspiracją właśnie dla ciebie. Nikt ze słuchających dziś czytań nie usłyszy w nich dokładnie tego samego, co ty. Wsłuchaj się więc uważnie w proklamowane dziś słowo Boże, jak zachęca nas do tego papież Franciszek. Co Pan mówi do ciebie? Jak „wielka światłość” słowa Bożego może dziś rozbłysnąć w twoim sercu (Iz 9,1)?
„Przyjdź, Duchu Święty! Otwórz dziś moje uszy i serce na Twoje słowo”.
Ps 27,1.4.13-14
1 Kor 1,10-13.17
Mt 4,12-23


MAGAZYN:

SFRUSTROWANY KONTEMPLATYK
Jak trud św. Grzegorza z Nazjanzu przyczynił się do przyjęcia prawdy
o Trójcy Świętej

Wiek IV był czasem sporów teologicznych, w których klarowały się odpowiedzi na fundamentalne pytania chrześcijaństwa. Czy Jezus był w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem, czy też może w pełni Bogiem, a częściowo człowiekiem, bądź odwrotnie? Czy Ojciec i Syn są jednym bytem czy dwoma bytami? A co z Duchem Świętym – czy On także jest Bogiem? A jeśli tak, to jak to możliwe, że jest tylko jeden Bóg? Natura Trójcy była wówczas równie tajemnicza jak dzisiaj, toteż jedynie najlepiej ukształtowane umysły teologiczne miały szansę zaproponować starożytnemu światu spójne wyjaśnienie tego, kim jest Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.
Jednym z teologów, którzy poświęcili się badaniu tych kwestii, był św. Grzegorz z Nazjanzu. W dużej mierze to właśnie dzięki niemu w każdą niedzielę wypowiadamy słowa: „Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela”. Jest on dziś uznany za świętego zarówno w Kościele wschodnim, w którym nosi przydomek Teolog, jak i w zachodnim, z tytułem doktora Kościoła katolickiego. Jednak za dni swego życia był on kontemplatykiem, który przeżywał wiele napięć i frustracji. Wśród licznych burz realizował się
w cudowny sposób plan Boga wobec Kościoła. Zwracając się w swojej desperacji do Boga, Grzegorz trwał na drodze zbawienia i wprowadzał na nią wielu innych. 
Grzegorz urodził się około 329 roku w Kapadocji, rzymskiej prowincji leżącej na terenie dzisiejszej Turcji. Zaraz po narodzinach jego matka, Nonna, ofiarowała go na służbę Bożą. Jednak w młodych latach Grzegorz skupiał się bardziej na studiach klasycznych niż na życiu duchowym. Początkowe nauki pobierał w swym rodzinnym Nazjanzie, po czym podjął studia w Egipcie, w Aleksandrii, która była znanym ośrodkiem naukowym. Następnie, jeszcze przed ukończeniem dwudziestego roku życia, postanowił przeprawić się przez Morze Śródziemne, aby udać się do słynnej ateńskiej szkoły retoryki. W drodze rozszalał się straszliwy sztorm, stanowiący ogromne niebezpieczeństwo dla statku. Gdy fale zaczęły wdzierać się na pokład, towarzysze Grzegorza wołali o pomoc do swoich pogańskich bożków. Także Grzegorz wołał do Boga, błagając Go o ocalenie od śmierci: „Pozbawiony wszelkiej nadziei, zwracam się do Ciebie, Boże, moje życie, moje tchnienie, moje światło, moja mocy, moje zbawienie”. Obiecał wtedy Bogu, że jeśli ocali mu życie, będzie żył dla Niego. Wkrótce pojawił się przepływający obok statek handlowy, którego załoga zdołała ocalić ich przed utonięciem.
Był to dla Grzegorza początek głębokiego nawrócenia. Rozpoczął studia w Atenach z ożywionym zapałem do modlitwy. Wkrótce na uczelni pojawił się inny chrześcijanin rodem z Kapadocji, Bazyli z Cezarei, nazywany potem Wielkim. Dzięki pomocy Grzegorza Bazyli w ostatniej chwili zdołał uniknąć nieprzyjemnych „otrzęsin” ze strony kolegów. Po tym incydencie obaj zamieszkali w jednej izbie, razem też uczęszczali na wykłady i uczyli się. Wkrótce połączyła ich głęboka przyjaźń, wolna od zazdrości i rywalizacji.

POTRZEBNY W DOMU
Ukończywszy naukę, Grzegorz opuścił Ateny i powrócił do ojczyzny, aby pomagać starzejącym się rodzicom. Wciąż jednak rósł w nim głód ciszy i kontemplacji. Udał się więc na pewien czas do Pontu, rodzinnej posiadłości Bazylego, która została zamieniona na klasztor. Grzegorz rozkoszował się tą możliwością „ucieczki od świata” i jego trosk: „Mógłbym napełniać swój umysł wyłącznie Chrystusem. Mógłbym żyć w oddzieleniu od innych, wznosząc czystego ducha jedynie ku Bogu… Byłem jednak przytłoczony troską o moich drogich rodziców i przygięty do ziemi tym ciężarem”.
Oprócz pogarszającego się stanu zdrowia rodziców, „ciężarem”, o którym mówi tu Grzegorz, była praca duszpasterska jego ojca. Grzegorz Starszy był od dawna biskupem Nazjanzu, co nie sprzeciwiało się ówczesnym przepisom kościelnym. A ponieważ potrzebował pomocy w zarządzaniu diecezją, poprosił Grzegorza, by wrócił do domu. Ulegając prośbom mieszkańców Nazjanzu oraz widząc w swoim rozmodlonym synu odpowiedniego kandydata, nakłonił on Grzegorza do przyjęcia kapłaństwa. Grzegorz inaczej widział swoje powołanie i czego innego pragnęło jego serce, ale z drugiej strony rozumiał, jak wielkie są potrzeby. Tak więc z dużymi oporami zgodził się i w Boże Narodzenie 361 roku przyjął święcenia kapłańskie.

PRZYGOTOWANIE
PRZEZ MODLITWĘ
Grzegorz nadal jednak tęsknił do życia pustelniczego i po dwóch latach udał się do Pontu na kilkumiesięczne rekolekcje. Tam rozważał wady i zalety życia czynnego, porównując je z kontemplacyjnym, którego pragnął. Zdawał sobie sprawę, że jeśli nie będzie co jakiś czas oddalał się na dłuższą samotną modlitwę, padnie ofiarą lęków i wypali się wewnętrznie. Z drugiej jednak strony wiedział, że bez zaangażowania w posługę ludowi jego „droga do miłości” będzie niepełna.
Czas spędzony na odosobnieniu wzmocnił Grzegorza na tyle, że na Wielkanoc powrócił do Nazjanzu, gotów podjąć pracę. Już jego pierwsze kazania pokazały, że jedną z trosk najbardziej spędzających mu sen z oczu było wykładanie ludowi doktryny o Trójcy Świętej: „Stanowi to bardzo wielkie ryzyko dla tych, którym powierzono oświecanie innych (…) Gdyż musi zarówno być zachowana jedność Bóstwa, jak i wyznana Trójca Osób, każda ze swymi charakterystycznymi właściwościami (…) Jak trudno jest omawiać tak istotne kwestie, zwłaszcza wobec audytorium złożonego z ludzi każdego wieku i stanu!”.

UWIKŁANY W SPORY
Grzegorz miał rację – stawka była wysoka. Niemal czterdzieści lat po tym, jak Sobór Nicejski rozstrzygnął, że Syn jest współistotny Ojcu (są jednym Bogiem), wciąż trwała na ten temat gorąca debata. Postanowieniom soboru przeciwstawiali się arianie, uważając, że Syn jest stworzony, a nie zrodzony, i odrzucając naukę o Trójcy Świętej. Jeszcze inni twierdzili, że Bóg wykracza poza ludzkie zrozumienie. Niemal wszyscy jednak zgadzali się co do tego, że nie da się zapewnić ani stabilności politycznej w cesarstwie, ani spokoju w Kościele bez ostatecznego porozumienia w tak istotnej kwestii, jak prawda o Trójcy Świętej.
Przez kolejne dwadzieścia lat Grzegorz robił co mógł, aby w swoich kazaniach i pismach rozpowszechniać Credo nicejskie. Rozszerzył nawet – co okazało się prorocze – rozumienie prawdy o jedności Ojca i Syna także na Ducha Świętego. Jednak jego działalność kaznodziejska sytuowała go w centrum sporów w Kościele. Częstą reakcją Grzegorza było chronienie się w jakimś miejscu odosobnienia, gdzie mógł w samotności przebywać z Bogiem. Pisał wtedy głęboko przemyślane listy na temat najbardziej złożonych kwestii jego czasów – listy, które wciąż są cennym źródłem wiedzy dla studentów teologii – a także piękne utwory poetyckie. Z czasem, pomimo wysiłków, by trzymać się na uboczu, zasłynął jako wiodący głos cesarstwa w obronie „sprawy nicejskiej”. Czas spędzony w samotności nie został przez niego zmarnowany, ponieważ wkrótce Credo nicejskie miało zostać potraktowane
z należytą powagą.

SOBÓR
KONSTANTYNOPOLITAŃSKI
Jesienią 379 roku żona wpływowego polityka poprosiła Grzegorza o posługę kapelana wobec małej wspólnoty chrześcijan dochowującej wierności Soborowi Nicejskiemu i wierze w Trójcę Świętą. Wspólnota ta znajdowała się w Konstantynopolu, gdzie większość społeczeństwa stanowili w tym czasie zwolennicy arianizmu. W Konstantynopolu Grzegorz wygłosił pięć mów teologicznych, w których w przystępny sposób wyjaśniał wiarę w Trójcę Świętą. Pewnego dnia, gdy Grzegorz wygłaszał kazanie, do kościoła wtargnęła grupa arian, obrzucając kamieniami kaznodzieję i jego słuchaczy. Przebywanie w tak wrogim otoczeniu było dla niego trudnym doświadczeniem.
Debata nicejska zaczęła powodować tak wielkie podziały, że w 381 roku cesarz wezwał do siebie biskupów ze wszystkich regionów, aby ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię. Jeden z biskupów, Grzegorz z Nyssy, żartował, że już nikt nie jest w stanie uchylić się od debaty na temat Trójcy. Nawet jeśli rozmowa na początku dotyczy pieniędzy, jakości pożywienia czy higieny osobistej, to po jakimś czasie nieuchronnie przeradza się w spór na temat, czy Syn jest zrodzony czy niezrodzony!
W tej buzującej emocjami atmosferze schorowany i starzejący się Grzegorz został wybrany na biskupa Konstantynopola i przewodniczącego obrad zwołanego przez cesarza soboru. Z jego punktu widzenia była to klęska od momentu, gdy uzbrojeni strażnicy wprowadzili go na salę obrad. Miał nadzieję, że będzie pełnił funkcję kogoś w rodzaju dyrygenta orkiestry, nadającego jedność poszczególnym frakcjom, ale nie udało mu się doprowadzić do wypracowania wspólnego stanowiska. Wrogość ze strony przeciwników nauki o Trójcy Świętej stała się dla niego ciężarem ponad siły.
Rozczarowany i przekonany, że to on sam jest źródłem niezgody, Grzegorz zrezygnował z pełnionej funkcji i powrócił do Nazjanzu, aby tam w domowym zaciszu zająć się redakcją swoich pism. Na krótko przed wyjazdem z Konstantynopola wygłosił jeszcze płomienną mowę do uczestników soboru: „Podzieliliśmy Chrystusa, my, którzyśmy tak bardzo miłowali Boga i Chrystusa! Okłamywaliśmy jedni drugich z powodu Prawdy, żywiliśmy uczucia nienawiści z powodu Miłości, oddzieliliśmy się jedni od drugich (...) Dzieci moje, błagam was, strzeżcie depozytu wiary, który został wam powierzony”. Było to jego ostatnie błaganie o wiarę.
Grzegorz napominał swoich zwolenników, aby rozpowszechniali Credo nicejskie z łagodnością, nie próbując osiągnąć dobra za pomocą niegodziwych środków. Przepowiadał, że Bóg zapewni im sukces, podobnie jak sprawił, że wbrew wszelkim przewidywaniom w pogańskim cesarstwie zakorzeniło się umiłowanie Chrystusa. „Trzech zebranych w imię Pana znaczy więcej u Boga niż kilkadziesiąt tysięcy tych, którzy odrzucają Jego Bóstwo” – mówił z przekonaniem które, zważywszy na okoliczności, przekraczało wszelką logikę.

A JEDNAK SUKCES
Uczyniwszy wszystko, co było w jego mocy, Grzegorz pozostawił Konstantynopol i losy Kościoła prowadzeniu Ducha Świętego. Wbrew wszelkim przewidywaniom, sobór przyjął nicejską naukę o Trójcy Świętej, która do dziś jest akceptowana przez niemal wszystkich chrześcijan.
Do dziś podczas każdej niedzielnej Eucharystii odmawiamy Credo nicejsko-konstantynopolitańskie, które wtedy zostało sformułowane i przyjęte.
Sam Grzegorz prawdopodobnie nie uważał swego życia za udane, zresztą, obiektywnie rzecz biorąc, obfitowało ono w rozczarowania i trudności. Dochował jednak wierności swej złożonej na morzu obietnicy, że będzie żył dla Boga, a jego wytrwałość przyniosła nadzwyczajne owoce dla całego Kościoła na długie wieki. ▐


ROZBITE MAŁŻEŃSTWO
Odnaleźć sens cierpienia

Każdy człowiek doświadcza jakiegoś cierpienia (zarówno duchowego, jak i cielesnego). Dla wielu ludzi doświadczenie bólu i cierpienia pozostaje największym przekleństwem. Jednak osoba wierząca nawet w udręce potrafi uwielbić Boga: „Weselę się i cieszę z Twojej łaski, boś wejrzał na moją nędzę, poznałeś udręki mej duszy” (Ps 31,8). Dla chrześcijanina cierpienie ma ogromny sens. W Liście do Rzymian możemy przeczytać: „Skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale” (Rz 8,17). Cierpienie nie jest karą za grzechy, ale bardzo często staje się skutkiem jakiegoś zła, na przykład rozpadu małżeństwa. 
Małżeństwo dla ludzi wierzących jest nie tylko umową cywilno-prawną, ale przede wszystkim sakramentem, czyli widzialnym znakiem niewidzialnej łaski Bożej, źródłem życiodajnej mocy. Bóg widzi małżonków jako jedno ciało – nawet w przypadku separacji czy rozwodu. Łaska sakramentu małżeństwa działa nawet wtedy, gdy tylko jeden z małżonków się na nią otwiera, ponieważ Bóg pragnie, aby poślubieni sobie powrócili do pierwotnej miłości.
Kiedy w małżeństwie sakramentalnym dochodzi do zdrady, trwający przy Bogu małżonek, który pozostaje wierny, niesie ciężki krzyż. Jednak Jezus mówi: „Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Łk 9,23). Dobrowolnie przyjęte cierpienie, zwłaszcza w przypadku rozwodu, zdrady, znieważeń przymierza małżeńskiego, można ofiarować w intencji rodziny, a szczególnie współmałżonka. Jak mówi dr Mieczysław Guzewicz, osoba przeżywająca taką udrękę może „to wszystko, tę samotność, ten ból i to upokorzenie, i te wszystkie spowiedzi, i komunie, i modlitwy ofiarować za małżonka niewiernego... Trwamy w samotności do końca, to takie nieludzkie, głupie w oczach tego świata... I on się nie nawróci, i nigdy nie wróci, i będzie zbawiony”. Jakże ważna jest odpowiedzialność za zbawienie małżonka! Po wypowiedzeniu słów przysięgi małżeńskiej rozpoczyna się bowiem walka o wieczność, o zbawienie swoje, małżonka, a także dzieci. Nie ma gwarancji na doczesne szczęście, ale najważniejsze jest szczęście wieczne. „Wartość największa sakramentu małżeństwa jest właśnie ta, że daje nam on możliwość zbawienia zastępczego” – dodaje Guzewicz. Cierpienie i „umieranie” można ofiarować za swojego małżonka. Jest to wyższy rodzaj miłości, do jakiej zachęca nas Ewangelia cierpienia.
Ważne jest, aby podjąć decyzję o przebaczeniu. To jedyna właściwa droga prowadząca do pokoju ducha. Bóg chce, byśmy przebaczali sobie zdrady i wszelkie niewierności. Równie istotne jest to, by modlić się za niewiernego małżonka, a także za osobę trzecią, która wtargnęła w małżeńskie przymierze. 
Ja również doświadczyłem opuszczenia. Żona stwierdziła, że „miłość się wypaliła i nic już nas nie łączy”. Pozostała jednak przysięga małżeńska, a w szczególności słowa: „nie opuszczę Cię aż do śmierci”. Od dwóch lat choruję na depresję. Całe swoje cierpienie i ból ofiarowuję w intencji żony, aby była zbawiona. Siłę i wiarę czerpię od Boga poprzez udział we Wspólnocie Trudnych Małżeństw Sychar. Wiem, że nie jestem sam, że wiele osób podąża tą samą drogą co ja. Plaga rozwodów charakteryzuje nasze czasy, „gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20). Bardzo wielu porzuconych małżonków trwa w wierności i przysiędze małżeńskiej. Cieszę się, że mogę być jedną z tych osób, które walczą o zbawienie małżonki, o jej nawrócenie, o jej szczęście. Cierpienie nie jest dla mnie przekleństwem, ale darem. Bóg dopuszcza ból, aby w rezultacie wyprowadzić z tego wszystkiego jakieś większe dobro. Bardzo mocno wierzę, że tak właśnie jest.

Wspólnota Trudnych Małżeństw Sychar została utworzona w 2003 roku z myślą o mężach i żonach, których małżeństwa się rozpadły. Obecnie działa ponad 50 ognisk Wiernej Miłości Małżeńskiej, a także Ruch Wiernych Serc, którego członkowie dbają o zachowanie wierności sakramentalnemu małżonkowi, trwając w stanie łaski uświęcającej, modląc się wytrwale i studiując Pismo Święte. Poranionych małżonków umacniają warsztaty „Wreszcie żyć – 12 kroków ku pełni życia”.
Mimo różnych trudności, zdrady, rozłąki, opuszczenia warto trwać w wierności i akceptować zobowiązania wynikające z przysięgi małżeńskiej. Charyzmat Wspólnoty Sychar wyraża się w zdaniu: „Każde trudne sakramentalne małżeństwo jest do uratowania”, ponieważ dla Boga „nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,37). 

Informacje o Wspólnocie Trudnych Małżeństw Sychar można znaleźć na stronach:
www.sychar.org www.kryzys.org www.rekolekcje.sychar.org 
www.12krokow.sychar.org www.rws.sychar.org


18-25 STYCZNIA 2020
TYDZIEŃ MODLITW O JEDNOŚĆ CHRZEŚCIJAN

Hasło tegorocznego Tygodnia brzmi:
„Życzliwymi bądźmy” (por. Dz 28,2)

18 STYCZNIA
Pojednanie: wyrzuć ładunek za burtę
Dz 27,18-19.21
Ps 85 
Łk 1,9-14

19 STYCZNIA
Oświecenie: znajdź
i ukaż światło Chrystusa 
Dz 27,20
Ps 119,105-110 
Mk 4,35-41

20 STYCZNIA
Nadzieja: nikt z was nie zginie
Dz 27,22.34 
Ps 27 
Mt 11,28-30

21 STYCZNIA
Zaufanie: nie bój się, wierz
Dz 27,23-26
Ps 56 
Łk 12,22-34 
22 STYCZNIA
Pokrzepienie: połam chleb
na drogę
Dz 27,33-36
Ps 77 
Mk 6,30-44

23 STYCZNIA
Gościnność: okaż życzliwość
Dz 28,1-2.7
Ps 46 
Łk 14,12-24

24 STYCZNIA
Nawrócenie: przemień serce i umysł
Dz 28,3-6
Ps 119,137-144 
Mt 18,1-6

25 STYCZNIA
Hojność: przyjmij i daj
Dz 28,8-10
Ps 103,1-5 
Mt 10,7-8

 

Sklep internetowy Shoper.pl