Książki
19.9
PLN
Cudem ocaleni. Historie niedokończone
Cudem ocaleni. Historie niedokończone
wydawnictwo: Promic
rok wyd.: 2019
ISBN: 978-83-7502-695-5
oprawa: miękka
format: 118 x 190 mm
liczba stron: 184
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 19,90 zł

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
rok wyd. 2019
ISBN 978-83-7502-695-5
oprawa miękka
format 118 x 190 mm
liczba stron 184

Osiem historii, skrawków ludzkiego życia, zaplanowanego, wytyczonego, które nagle po prostu się zmienia. Na lepsze, na gorsze... na inne. I trzeba to przyjąć, podjąć decyzje, przed którymi nie ma ucieczki, pogodzić się z brakiem po ludzku idealnych rozwiązań, doświadczyć, że niezależnie od okoliczności jest Ktoś, kto nas nigdy nie pozostawia samymi.

DRUKUJ OPIS

Architekt . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5
Dom pogodnej starości . . . . . . . . . . . . . . . 31
Bracia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 56
Czarna krew Kościoła . . . . . . . . . . . . . . . . 84
Ciasto u cioci Heleny . . . . . . . . . . . . . . . 106
Krople potu i łzy . . . . . . . . . . . . . . . . . . 133
Dramat na torach . . . . . . . . . . . . . . . . . . 147
Umowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 156

DOM POGODNEJ STAROŚCI
– Jestem Ala.
– Marcin, masażysta.
– Dziwne nazwisko – zażartowała dziewczyna.
– Nie, to jest ten, no, zawód mój – wydukał Marcin, czerwieniąc się na twarzy.
Alicja uśmiechnęła się przyjaźnie. Stała przed nim w całej swojej radosnej otwartości. Dziewczyna niewielkiej postury, wręcz filigranowa, ale emanująca niezwykłą energią i ciepłem. Miała koło trzydziestki. Już wyraz twarzy Ali budził zaufanie. Jej piękno tkwiło właśnie w tym obliczu, w przyjacielskim, pełnym akceptacji spojrzeniu. Jak przekonał
się Marcin, była też bardzo bezpośrednia, lubiła przejmować inicjatywę i troszkę sobie pożartować.
– Chodź, panie masażysto, pokażę ci mój gabinet, napijemy się kawy i powiem ci, co i jak – zaproponowała, a właściwie zarządziła Alicja, i nie czekając na odpowiedź, ruszyła przodem.
Weszli do niewielkiego pokoju z dość dużym oknem. W środku znajdował się stolik, trzy fotele i biurko z komputerem. Obok stała szafa z segregatorami pełnymi dokumentów.
– Kawę? – zagadnęła Alicja, podchodząc do czajnika.
– Poproszę – odparł Marcin. Był jakoś dziwnie spięty, czuł, że pocą mu się dłonie.
– No to powiedz, Marcinie, czemu zamiast rozmasowywać spięte mięśnie na karkach młodych niewiast i wyciskać cellulitis z ich bioder, trafiłeś akurat tutaj, do naszego domu?
– Czy ja wiem? Dziś trudno znaleźć pracę, więc nie ma co przebierać, nie ma co grymasić, no i tak wyszło... – wciąż dukał i sapał Marcin.
– Ale nie szukałeś niczego innego? – dopytywała Alicja, wlewając wodę do czajnika.
– Tego, no... Byłem tu i tam, ale... Jakoś daleko od domu miałem... No co?
Marcin przerwał, gdyż Alicja stanęła przed nim z podpartymi pod boki rękoma i z dobrotliwym uśmiechem spoglądała na swojego spiętego rozmówcę.
– Naprawdę, jakbym rozmawiała z panem Kazimierzem spod szóstki. Też się jąka, dyszy, sapie i zanim coś powie, wyleje wiadro potu. Tyle że pan Kazimierz ma osiemdziesiąt pięć lat i mocno zaawansowanego Alzheimera.
– Słucham?
– No, zrelaksuj się trochę, drogi przyjacielu, będziemy razem pracować i wolałabym, żebyśmy mogli swobodnie ze sobą rozmawiać. Chcę, żebyś czuł się dobrze w tej pracy, w tym miejscu i z ludźmi, którzy tutaj mieszkają. Inaczej się zamęczysz, a przy okazji także nas.
– Przepraszam, to pierwszy dzień, pierwsza praca, sam nie wiem, ale czuję, jakby to miejsce mnie paraliżowało. W końcu to jest dom starców, więc generalnie takie miejsce nie kojarzy się zbyt dobrze.
– Zależy pod jakim względem.
– No to taka umieralnia. Zajmujesz się dziadkami, porozmawiać nie można, bo albo chorzy, albo sklerotycy, albo jeszcze coś.
– Rzeczywiście, zapalony rozmówca się odezwał…
Marcinie, nie myśl tak źle o tym miejscu, bo inaczej nigdy nie poczujesz się tu dobrze, a w pewnym momencie odkryjesz, że gardzisz tymi ludźmi.
– Alicja podała kawę i zrobiła się zupełnie poważna.
– Ja nigdy nie nazywam tego miejsca domem starców.
Wiem, co się tu dzieje, znam osobiste dramaty każdej z tych osób, ale staram się mówić po prostu „dom” – myślę, że nie mogę naszym staruszkom dać więcej. Mogę po prostu próbować zamienić to miejsce w namiastkę domu, a jednocześnie wiem, że to jest wszystko, czego ode mnie oczekują. No, napij się kawy, pierwsza lekcja skończona – dodała już teraz z uśmiechem Alicja i zalała filiżankę Marcina.
Aromat kawy rozszedł się po pokoju. Marcin poczuł się trochę swobodniej, tak bardziej swojsko. Przypomniały mu się kawki studenckie, które pijał co dzień w akademiku, jeszcze zanim zaczynały się wykłady, i te rozmowy o wszystkim i o niczym. Usiadł głębiej w fotelu, czuł, że odzyskał rezon.
Tak, trafił tu trochę przypadkiem. Jego kolega z uczelni powiedział mu, że w Zalesiu jest taki dom pogodnej starości, w którym można się zaczepić na trzy lata, świetna okazja, zwłaszcza że Ministerstwo Zdrowia dorzuca spory dodatek finansowy dla pracowników. A po trzech latach ma się już doświadczenie albo wyższe stanowisko i człowiek jest jako tako ustawiony. Tak mu tłumaczył kolega. Dlatego nie wiązał z tym miejscem jakichś dalekosiężnych planów. Ot, robota, jak każda. Tyle, że z tą Alą będzie trochę problemów, bo on przyszedł do pracy, a ona mu prawi morały o jakiejś namiastce domu.
Dom, to ja mam... w domu – pomyślał i zaśmiał się w sobie, że taką okrągłą myśl udało mu się sklecić. Ale właściwie jaki miał dom? Rodzice daleko w Zielonej Górze, a tu w Warszawie mieszkał od miesiąca z dwoma kolegami w wynajmowanym mieszkaniu.
To była straszna klitka i jeszcze ten nieznośny Jarek tak chrapał, że nic nie pomagało, ani prośby, ani groźby, ani kubeł zimnej wody w środku nocy. Już lepiej mu się spało, gdy mieszkał w Ursusie, mimo że co chwila spokój zakłócały nisko przelatujące,
lądujące samoloty. Do tego jakoś się przyzwyczaił, ale do chrapania kolegi po prostu nie mógł. Poza tym każdy wracał, kiedy chciał, sprzątać nikomu się nie chciało, istne bezkrólewie. Z powodu ciasnoty wchodzili sobie na głowę. Ot, studenckie życie, bez
ładu i składu, jak oceny w indeksie.

Przeczytaj dłuższy fragment „Cudem ocaleni” »

[...] 

Sięgnęłam po książkę Cudem ocaleni. Historie niedokończone i to był strzał w dziesiątkę! Krótkie historie z głębią. Świadectwa tych, których zadziwiła Boża i ludzka miłość i dobroć. Z drugiej jednak strony – subtelność, nienachalność, prostota.
Nie są to raczej opowieści autentyczne, nie wiem czym inspirował się ks. Piotr Kaczmarek. Mimo to poruszyły mnie i dały chwile zadumy.

To zbiór ośmiu zupełnie niezwiązanych ze sobą opowieści. Każda z nich pokazuje człowieka, jego troski, bolączki i zaskoczenie Bożym działaniem, które przychodzi często przez drugiego człowieka.

Gdy czytałam te opowieści przyszło mi na myśl, że nie jest to literackie arcydzieło. Z drugiej jednak strony pewna prostota i przeciętność stanowiły dla mnie ich atut – stały mi się bliższe i mniej oderwane od mojej codzienności. Tak jakbym słuchała opowieści przy kawie…

Mężczyzna, który przewartościowuje swoje życie, gdy w wypadku ginie jego jedyne dziecko. Ciężko chora młoda kobieta i niespodziewana miłość. Odmienne patrzenie na świat i ideały, prowadzące do rozłamów w rodzinie. Historia kapłana i dziennikarza szkalującego Kościół, która dotknęła mnie do żywego. Znaczenie rodziny w korporacyjnym szale wyścigu szczurów. Pielgrzymka ojca, który okaleczył swoje dziecko w wypadku. Młoda wdowa, która chce odebrać sobie życie. Sens przebywania w ciszy i życia ideałami.

Banał… Weronika jednak szybko zrozumiała, że wydarzenia przestają być banałem, gdy zaczynają dotyczyć nas samych. Dla ludzi była to kolejna sensacyjna opowiastka, którą zaspokajali swoją żądzę wrażeń albo wypełniali pustkę, a dla niej… str. 149

Jeśli masz w sobie pragnienie wejścia w czyjąś historię zranień, rozterek, zajrzenia do jego poszukującej duszy – ta lektura cię nie zawiedzie. Nie jest to książka, która powali na kolana (choć może jednak?), ale nie przepuścisz jej przez siebie jak przez sito. Coś w tobie zostanie. Być może będzie to iskra, która pozwoli dojrzeć w codziennym życiu Bożą obecność. Polecam!

Magdalena Urbańska

 

Cudem ocaleni - historie niedokończone - to książka, która pozwala z jednej strony oderwać się od codzienności, a z drugiej spojrzeć na ową codzienność z innej perspektywy. Nie jest to poradnik, nie jest to życiorys nikogo konkretnego, nie jest to biografia czy podniosłe dzieło, a jednak sprawia, że otwierają się oczy. To 8 historii ludzkich, zupełnie ze sobą niezwiązanych, w dodatku rozpoczętych i niezakończonych. Takie jest życie, po trosze zależne od nas, po trosze od Siły Wyższej, nieznane są koleje naszego losu, nie wie nikt z nas, co przyniesie jutro... Ale to od nas zależy, co my z tym jutrem zrobimy, czy spojrzymy na nasze teraz, przez pryzmat miłości do siebie, do innych i wreszcie do Boga. Czy Mu zaufamy, czy pozwolimy Mu się prowadzić, czy otworzymy nasze oczy na prawdę.


Historie są krótkie, proste, czyta się je jednym tchem. Choć myślę, że mimo tej lekkości, warto się przy każdej z nich zatrzymać i ją rozważyć, aby wysączyć z niej to, co najważniejsze. Aby sedno i istota rzeczy nam nie umknęła. Nie wiem czy to opowieści oparte na faktach, czy zupełnie fikcyjne, jednak tak czy inaczej bardzo życiowe i wymowne. Skłaniają do refleksji. Choć być może to nie jest szczyt kunsztu literackiego, to chyba właśnie to sprawia, że tchnie z tej książki jakaś swojskość, codzienność, zwykła ludzka przeciętność. Książka nie powala na kolana, ale otwiera serce na Bożą obecność w życiu każdego z nas.

Są tu liczne emocje, strach, lęk, cierpienie, zagubienie, samotność, które powoli lub nagle i niespodziewanie są oswajane, leczone, kojne przez Boga, na dziesiątki Mu znanych sposobów, często ludzkimi dłońmi czy słowami. Banały, które wciąż słyszymy i oglądamy, dramaty spoglądające z nagłówków gazet, które kiedy nas nie dotyczą stają się nieistotne. Jednak kiedy dotkną nas osobiście, wypełniają żalem, bólem i niezrozumieniem. Ta lektura to po trosze taki plaster na nasze niedokończone historie.

Architekt, skrzętnie budujący swoją wieżę Babel, którego dopiero śmierć córeczki ściąga na ziemię i konfrontuje z Bogiem oraz własną żoną. Młoda kobieta, której choroba pozwoliła żyć każdym dniem na maksa, jakby to on był ostatnim. Zmiana w niej spowodowała również to, iż jej wewnętrzna siła i żar zostały pokochane, mimo tego iż przyszłość odsłania swoje mroki. Rozłam w rodzinie wywołany różnicą w ideałach, poglądach, życiowych priorytetach. Opowieść o księdzu i żyjącym nienawiścią do kościoła dziennikarzu, których drogi się skrzyżowały i to dwa razy.
Te oraz wiele innych opowieści. Wszystkie warte poznania.

Magdalena Kus

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Cudem ocaleni. Historie niedokończone

Piotr Kaczmarek

OPIS

Osiem historii, skrawków ludzkiego życia, zaplanowanego, wytyczonego, które nagle po prostu się zmienia. Na lepsze, na gorsze... na inne. I trzeba to przyjąć, podjąć decyzje, przed którymi nie ma ucieczki, pogodzić się z brakiem po ludzku idealnych rozwiązań, doświadczyć, że niezależnie od okoliczności jest Ktoś, kto nas nigdy nie pozostawia samymi.



SPIS TREŚCI

Architekt . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5
Dom pogodnej starości . . . . . . . . . . . . . . . 31
Bracia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 56
Czarna krew Kościoła . . . . . . . . . . . . . . . . 84
Ciasto u cioci Heleny . . . . . . . . . . . . . . . 106
Krople potu i łzy . . . . . . . . . . . . . . . . . . 133
Dramat na torach . . . . . . . . . . . . . . . . . . 147
Umowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 156

FRAGMENT KSIĄŻKI

DOM POGODNEJ STAROŚCI
– Jestem Ala.
– Marcin, masażysta.
– Dziwne nazwisko – zażartowała dziewczyna.
– Nie, to jest ten, no, zawód mój – wydukał Marcin, czerwieniąc się na twarzy.
Alicja uśmiechnęła się przyjaźnie. Stała przed nim w całej swojej radosnej otwartości. Dziewczyna niewielkiej postury, wręcz filigranowa, ale emanująca niezwykłą energią i ciepłem. Miała koło trzydziestki. Już wyraz twarzy Ali budził zaufanie. Jej piękno tkwiło właśnie w tym obliczu, w przyjacielskim, pełnym akceptacji spojrzeniu. Jak przekonał
się Marcin, była też bardzo bezpośrednia, lubiła przejmować inicjatywę i troszkę sobie pożartować.
– Chodź, panie masażysto, pokażę ci mój gabinet, napijemy się kawy i powiem ci, co i jak – zaproponowała, a właściwie zarządziła Alicja, i nie czekając na odpowiedź, ruszyła przodem.
Weszli do niewielkiego pokoju z dość dużym oknem. W środku znajdował się stolik, trzy fotele i biurko z komputerem. Obok stała szafa z segregatorami pełnymi dokumentów.
– Kawę? – zagadnęła Alicja, podchodząc do czajnika.
– Poproszę – odparł Marcin. Był jakoś dziwnie spięty, czuł, że pocą mu się dłonie.
– No to powiedz, Marcinie, czemu zamiast rozmasowywać spięte mięśnie na karkach młodych niewiast i wyciskać cellulitis z ich bioder, trafiłeś akurat tutaj, do naszego domu?
– Czy ja wiem? Dziś trudno znaleźć pracę, więc nie ma co przebierać, nie ma co grymasić, no i tak wyszło... – wciąż dukał i sapał Marcin.
– Ale nie szukałeś niczego innego? – dopytywała Alicja, wlewając wodę do czajnika.
– Tego, no... Byłem tu i tam, ale... Jakoś daleko od domu miałem... No co?
Marcin przerwał, gdyż Alicja stanęła przed nim z podpartymi pod boki rękoma i z dobrotliwym uśmiechem spoglądała na swojego spiętego rozmówcę.
– Naprawdę, jakbym rozmawiała z panem Kazimierzem spod szóstki. Też się jąka, dyszy, sapie i zanim coś powie, wyleje wiadro potu. Tyle że pan Kazimierz ma osiemdziesiąt pięć lat i mocno zaawansowanego Alzheimera.
– Słucham?
– No, zrelaksuj się trochę, drogi przyjacielu, będziemy razem pracować i wolałabym, żebyśmy mogli swobodnie ze sobą rozmawiać. Chcę, żebyś czuł się dobrze w tej pracy, w tym miejscu i z ludźmi, którzy tutaj mieszkają. Inaczej się zamęczysz, a przy okazji także nas.
– Przepraszam, to pierwszy dzień, pierwsza praca, sam nie wiem, ale czuję, jakby to miejsce mnie paraliżowało. W końcu to jest dom starców, więc generalnie takie miejsce nie kojarzy się zbyt dobrze.
– Zależy pod jakim względem.
– No to taka umieralnia. Zajmujesz się dziadkami, porozmawiać nie można, bo albo chorzy, albo sklerotycy, albo jeszcze coś.
– Rzeczywiście, zapalony rozmówca się odezwał…
Marcinie, nie myśl tak źle o tym miejscu, bo inaczej nigdy nie poczujesz się tu dobrze, a w pewnym momencie odkryjesz, że gardzisz tymi ludźmi.
– Alicja podała kawę i zrobiła się zupełnie poważna.
– Ja nigdy nie nazywam tego miejsca domem starców.
Wiem, co się tu dzieje, znam osobiste dramaty każdej z tych osób, ale staram się mówić po prostu „dom” – myślę, że nie mogę naszym staruszkom dać więcej. Mogę po prostu próbować zamienić to miejsce w namiastkę domu, a jednocześnie wiem, że to jest wszystko, czego ode mnie oczekują. No, napij się kawy, pierwsza lekcja skończona – dodała już teraz z uśmiechem Alicja i zalała filiżankę Marcina.
Aromat kawy rozszedł się po pokoju. Marcin poczuł się trochę swobodniej, tak bardziej swojsko. Przypomniały mu się kawki studenckie, które pijał co dzień w akademiku, jeszcze zanim zaczynały się wykłady, i te rozmowy o wszystkim i o niczym. Usiadł głębiej w fotelu, czuł, że odzyskał rezon.
Tak, trafił tu trochę przypadkiem. Jego kolega z uczelni powiedział mu, że w Zalesiu jest taki dom pogodnej starości, w którym można się zaczepić na trzy lata, świetna okazja, zwłaszcza że Ministerstwo Zdrowia dorzuca spory dodatek finansowy dla pracowników. A po trzech latach ma się już doświadczenie albo wyższe stanowisko i człowiek jest jako tako ustawiony. Tak mu tłumaczył kolega. Dlatego nie wiązał z tym miejscem jakichś dalekosiężnych planów. Ot, robota, jak każda. Tyle, że z tą Alą będzie trochę problemów, bo on przyszedł do pracy, a ona mu prawi morały o jakiejś namiastce domu.
Dom, to ja mam... w domu – pomyślał i zaśmiał się w sobie, że taką okrągłą myśl udało mu się sklecić. Ale właściwie jaki miał dom? Rodzice daleko w Zielonej Górze, a tu w Warszawie mieszkał od miesiąca z dwoma kolegami w wynajmowanym mieszkaniu.
To była straszna klitka i jeszcze ten nieznośny Jarek tak chrapał, że nic nie pomagało, ani prośby, ani groźby, ani kubeł zimnej wody w środku nocy. Już lepiej mu się spało, gdy mieszkał w Ursusie, mimo że co chwila spokój zakłócały nisko przelatujące,
lądujące samoloty. Do tego jakoś się przyzwyczaił, ale do chrapania kolegi po prostu nie mógł. Poza tym każdy wracał, kiedy chciał, sprzątać nikomu się nie chciało, istne bezkrólewie. Z powodu ciasnoty wchodzili sobie na głowę. Ot, studenckie życie, bez
ładu i składu, jak oceny w indeksie.

Przeczytaj dłuższy fragment „Cudem ocaleni” »

Sklep internetowy Shoper.pl