E-BOOK
7.38
PLN
Słowo wśród nas Nr 7 (263) 2015 - E-BOOK
Słowo wśród nas Nr 7 (263) 2015 - E-BOOK
WERSJA PAPIEROWA
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 7,38 zł

Lipcowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Po co to marnotrawstwo?”. „Po co to marnowanie olejku” (Mk 14,4) – oburzało się wielu na widok kobiety wylewającej na głowę Jezusa drogocenny olejek nardowy. A jednak oddawanie Jezusowi tego, co dla nas najcenniejsze – oddawanie Mu swojego zycia – nigdy nie jest stratą ani marnotrawstwem. Temu zagadnieniu poświęcone są nasze artykuły. Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych. W Magazynie umieściliśmy tekst o niezwykłym kapucynie, Solanusie Caseyu, artykuł o tym, czym jest adoracja oraz świadectwa ( w tym odpowiedź na ankietę „Bóg w mojej rodzinie”), krzyżówkę i notkę o lekturze – o książce „Adoracja i Eucharystia”.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY


Po co ta strata?
Jezus przekracza nasze schematy................................ 4


Drogocenny dar
Najbardziej liczy się intencja...................................... 9


Woń świętości
Boża łaska i nasze oddanie........................................ 14


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 31 lipca....................18


MAGAZYN


Przez klęski do sukcesu
Zaskakujący przypadek Solanusa Caseya –
Bob French........................45


„Możesz uratować więcej dusz niż ciał”
Zmiana pracy nadała nowy kierunek mojemu życiu
Angela Miller...................................50


Adoracja – modlitwa obecności
Dorota Szczerba........................................................ 54


Mam za co dziękować Bogu
odpowiedź na ankietę „Bóg w mojej rodzinie”....... 59


Nasze lektury ........................................................... 61


Krzyżówka ................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

SŁOWO WSRÓD NAS – lipiec 2015

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

W Ewangelii wielokrotnie spotykamy ludzi, którzy doświadczają w swoim życiu przełomu duchowego. Ich oczy zostają otwarte, a życie ulega przemianie. Dla niektórych spotkanie z Jezusem jest przejściem od grzechu do miłosierdzia, dla innych od marazmu do nowości życia. Co więcej, nie jest to zjawisko typowe jedynie dla początków życia z Bogiem. Także Apostołowie przeżywali przełomy wewnętrzne: Piotr został wyzwolony ze swojej zapalczywości, Jan z zadufania w sobie, Tomasz ze zwątpienia. Wszyscy też zostali uwolnieni od pragnienia bycia największym w gronie Apostołów.
Czterdzieści lat temu, w maju 1971 roku, ja sam przeżyłem dramatyczny przełom duchowy. Siedząc w tylnym rzędzie na pierwszym w moim życiu spotkaniu modlitewnym, zrozumiałem nagle, że Jezus jest kimś realnym i żywym. Do dziś uważam to za najcenniejszy moment mojego życia. Wcześniej byłem dobrym katolickim chłopcem, który chodził na Mszę świętą, starał się robić to, co słuszne, i nie chciał iść do piekła.
Podczas tego spotkania modlitewnego jedna z liderek powiedziała katechezę opartą na czterech słowach: „Po co to marnowanie?” (Mk 14,4). Mówiła o kobiecie z Ewangelii, która namaściła stopy Jezusa olejkiem z alabastrowego flakonika. Apostołowie uznali ten akt za niepotrzebną rozrzutność i stratę, Jezus jednak powiedział: „Dobry uczynek spełniła względem Mnie” (Mk 14,6).
„Oddanie życia Jezusowi nie jest marnowaniem go” – stwierdziła liderka, a jej słowa poruszyły mnie głęboko. W wyniku tego jednego spotkania modlitewnego, jednej katechezy i jednego momentu łaski z nieba, oddałem swoje życie Jezusowi. Postanowiłem stracić swoje życie dla Niego.
Liderka powiedziała wtedy również: „Apostołowie rozumowali w kategoriach zasad, ale Jezus jest osobą, nie zasadą”. Działanie w oparciu o zasady biblijne, nawet gdy są one słuszne, może także wyprowadzić nas na manowce. Być może chodzimy do kościoła, modlimy się, angażujemy w parafii czy wspieramy ubogich, ponieważ mamy takie zasady – i oczywiście jest to bardzo dobre. Jednak historia biblijna uświadamia nam, że najbardziej porusza Jezusa kult płynący z serca, od osoby do Osoby, wyrażający się w oddaniu i miłości. Kobieta dobrowolnie poświęciła dla Jezusa olejek nardowy wart rocznego zarobku, po prostu dlatego, że chciała Mu okazać swoją miłość.
Na każdej Mszy świętej marzę o tym, by Kościół został napełniony wonią naszego oddania, tak jak tamten dom został napełniony wonią olejku (J 12,3). Marzę o tym, by każdy – nie wyłączając mnie – wielbiąc Pana i słuchając Jego słowa, doświadczył duchowego przełomu.
Postarajmy się, by to marzenie stało się rzeczywistością. Przychodźmy na Mszę świętą z sercami wypełnionymi wonnym olejkiem naszego życia i wylejmy go dla Pana. Módlmy się, aby nasza postawa uwielbienia, adoracji i miłości przemieniała atmosferę naszych kościołów. A wtedy Jezus z pewnością zauważy nasz „dobry uczynek” i posłuży się nim dla dobra wszystkich, których mamy wokół siebie. Kto wie, może to właśnie dzięki twojej modlitwie i oddaniu ktoś w najbliższą niedzielę przeżyje głęboki przełom duchowy?
Mam nadzieję, że lektura naszych artykułów zachęci was do postawienia kolejnego kroku na drodze „marnowania” życia dla Jezusa.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY:

Art. 1:
Po co ta strata?
Jezus przekracza nasze schematy

Każdy z nas, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy też nie, posiada własny „system operacyjny”. Jest to nasz osobisty sposób przyjmowania informacji, selekcjonowania ich, wyciągania wniosków oraz decydowania o tym, jaki będą one miały wpływ na nasze postępowanie.
Ewangelia w kolejnych opowieściach ukazuje nam „systemy operacyjne” różnych ludzi stykających się z Jezusem. Wszyscy widzieli Go dokonującego tych samych cudów, słyszeli z Jego ust tę samą naukę, a mimo to jedni doszli do wniosku, że jest On Mesjaszem, i poszli za Nim, inni stwierdzili, że jest zwyczajnym człowiekiem, i po prostu Go zignorowali, a jeszcze inni dostrzegli w Nim zagrożenie i dlatego znienawidzili Go i odrzucili. Różne „systemy operacyjne” dały różne wyniki!
Przypomnijmy sobie fragment o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia (J 9,1-41). Wielu świadków tego uzdrowienia wpadło w podziw, jednak niektórzy przywódcy religijni uznali je za farsę. Podobnie, gdy Jezus nakarmił pięć tysięcy ludzi i nazwał siebie Chlebem życia, wielu odeszło od Niego, lecz Piotr i reszta Apostołów pozostali. Byli przekonani, że On ma „słowa życia wiecznego” (J 6,68), nawet jeśli słowa te wydają się tajemnicze i niejasne. Ewidentnie Jezus swoim postępowaniem kwestionował dotychczasowe schematy myślenia współczesnych mu ludzi – a dzisiaj kwestionuje nasze. Chce mieć wpływ na nasze myśli i postępowanie. Pragnie przekazywać nam swoje własne wartości i postawy, abyśmy przez nie mogli się do Niego upodobnić.
W tym miesiącu pragniemy rozważyć jeszcze inną historię, która stawia wyzwanie naszym schematom myślowym – historię kobiety, która namaściła Jezusa kosztownym olejkiem (por. Mt 26,1-13; Mk 14,3-9; J 12,1-8). Zastanowimy się, czy to, co na pozór wydaje się dobrym i logicznym sposobem myślenia, zawsze prowadzi do najlepszych rozwiązań. Okazuje się bowiem, że Jezus chce, abyśmy wznieśli się ponad to, co uważamy za dobre, ku dobru o wiele wyższemu.
Przyjrzyjmy się więc tej historii i zobaczmy, co takiego urzekło Jezusa w geście kobiety – i pozwólmy, aby jej uczynek odsłonił nasze osobiste „systemy operacyjne”.

▌CZEŚĆ DLA JEZUSA
Ewangelista Jan identyfikuje tę kobietę jako Marię, siostrę Łazarza i Marty, natomiast Mateusz i Marek pozostawiają ją bezimienną. Nie wiemy więc do końca, kim była naprawdę. Wiemy za to doskonale, co takiego uczyniła – namaściła Jezusa drogocennym olejkiem. Wyobraźmy sobie przez chwilę tę scenę. Zobaczmy klęczącą kobietę, wpatrzoną w Jezusa wzrokiem pełnym pokory i oddania.
Kobieta znała wartość swego olejku. Wiedziała, że może zachować go dla siebie lub sprzedać za dobrą cenę. Nie zależało jej jednak na tym. Dla niej cena olejku była niczym w porównaniu z Jezusem. Pragnęła poświęcić go dla Niego. Zamiast ubolewać nad stratą cennego olejku, prawdopodobnie zastanawiała się, co jeszcze mogłaby dla Niego uczynić!
Czy miała jakieś osobiste troski i obowiązki? Pewnie tak. Czy miała jakieś zobowiązania finansowe? Być może. Jednak w tym momencie nie liczyło się dla niej nic oprócz Jezusa. Pragnęła za wszelką cenę okazać Mu swoją miłość.
Czego uczy nas ta historia? Tego, że Jezus jest godzien naszego uwielbienia i naszej czci. Kobieta nie przyszła wstawić się za chorą przyjaciółką. Nie przyszła prosić o uzdrowienie dla siebie czy bliskiej osoby. Nie przyszła zabiegać o zaszczytne miejsce w niebie. Przyszła jedynie po to, by złożyć hołd Jezusowi.

▌GORSZĄCA ROZRZUTNOŚĆ
CZY DOBRY UCZYNEK?
Kiedy kobieta namaściła Jezusa, wszyscy, nie wyłączając Apostołów, zareagowali oburzeniem. Uznali ją za rozrzutną i nieodpowiedzialną. „Na co takie marnotrawstwo?” (Mt 26,8) – pytali. Ich reakcja była najzupełniej szczera. Sądzili, że z olejku można by zrobić lepszy użytek, a kobieta mogła wybrać sobie mniej kosztowny sposób okazania czci Jezusowi.
Jezus jednak widział tę sytuację w całkiem innym świetle. Dostrzegł w niej coś pięknego, co głęboko poruszyło Jego serce – i to właśnie ze względu na tę rzekomą rozrzutność. Dostrzegł miłość i oddanie kobiety. Określił nawet jej gest jako „dobry uczynek” i zapowiedział, że ta historia będzie opowiadana wszędzie, „gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię” (Mt 26,10.13).

▌LEKCJA DLA UCZNIÓW
Jezus kochał swoich uczniów i wiedział, że oni również Go kochają. Nie wystarczał Mu jednak fakt, że uczniowie żywią względem Niego przyjazne uczucia. Chciał uformować z nich sługi swego królestwa – podobnie jak czyni to z nami. Aby to się stało, musi od czasu do czasu zakwestionować i skorygować nasze „systemy operacyjne”. Gest kobiety był więc nie tylko dobrym uczynkiem w stosunku do Jezusa, lecz także wspaniałą lekcją dla oburzonych uczniów.
Jezus wiedział, że przy całej wierności, miłości i oddaniu uczniów, mają oni pewne wady, które należy im uświadomić. Byli to przecież ci sami Apostołowie, którzy woleli rozesłać głodne tłumy, niż zająć się nimi (Mt 14,15). Ci sami, którzy kłócili się, który z nich będzie największy w królestwie niebieskim (Łk 22,24). Ci sami, którzy uważali, że Bóg powinien zniszczyć tych, którzy odmówili gościny Jezusowi (Łk 9,54). Ci sami wreszcie, którzy oburzyli się, kiedy dwaj z nich zaczęli załatwiać sobie na boku zaszczytne miejsca w niebie – pragnąc ubiec w tym innych (Mt 20,24).
W jaki sposób Jezus uczynił z gestu kobiety lekcję dla Apostołów? Biorąc ją w obronę. Dał im jasno do zrozumienia, że nie myślała ona o sobie ani o tym, co może uzyskać, oddając cześć Jezusowi. Chodziło jej tylko o to, by obdarować Jezusa, by okazać Mu swoją miłość. To właśnie taka postawa – wyjaśnił Jezus – czyni człowieka „wielkim” w królestwie Bożym, a zarazem wielkim w Bożych oczach.
Po czym Jezus dodał: „Ubogich zawsze macie u siebie i kiedy zechcecie, możecie im dobrze czynić; lecz Mnie nie zawsze macie” (Mk 14,7). Apostołowie mieli wiele okazji do wspierania ubogich i wiele takich okazji czekało ich jeszcze w przyszłości. To był jednak moment święty, chwila spokoju przed burzą męki Jezusa, i dlatego oddając Mu tę przysługę, kobieta dokonała czegoś wielkiego.

▌PROROCZY GEST
Jezus powiedział następnie Apostołom, że poprzez to namaszczenie kobieta przygotowała Jego ciało na pogrzeb (Mt 26,12). Większość teologów wątpi, czy miała ona świadomość, że Jezus wkrótce zostanie pojmany i ukrzyżowany. Jednak Jezus, przyjmując jej gest dobroci, odebrał go jako akt miłości, który miał Go pocieszyć i umocnić w obliczu czekającej Go próby.
Uczynek kobiety kojarzy się również z obrzędem konsekracji króla czy kapłana poprzez namaszczenie świętym olejem. Oczywiście Jezus nie potrzebował takiej konsekracji. Należał już do Boga całkowicie. Był Królem stworzenia, a także doskonale wiedział, jaką misję powierzył Mu Ojciec. A mimo to zachwycił Go gest tej kobiety. Był dla Niego umocnieniem i pociechą, potwierdził też Jego słowa wypowiedziane przed kilkoma dniami do Apostołów, że „Syn Człowieczy będzie wydany na ukrzyżowanie” (Mt 26,2).
To prorocze namaszczenie stało się jedną z nielicznych sytuacji w Biblii, kiedy Jezus przyjmuje od kogoś dar, zamiast go udzielać. Przez lata swej działalności publicznej Jezus dawał siebie niezliczonym ludziom. Teraz, na koniec, na krótko przed Jego ostatecznym oddaniem siebie na krzyżu, przychodzi kobieta, która pragnie jedynie Go obdarować, służąc Mu z czułością i oddaniem.
Także i my możemy usłużyć Jezusowi na wzór tej kobiety. Już nie przez namaszczenie Go olejkiem, ale przez oddanie Mu swego życia w uwielbieniu i posłuszeństwie. Choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, za każdym razem, gdy mówimy „nie” pokusie, gdy poświęcamy choćby krótką chwilę na modlitwę czy pomagamy komuś w potrzebie, służymy Jezusowi. Przynosimy Mu pociechę i ochłodę, dostarczając Mu kolejnego dowodu, że Jego męka nie była daremna.

▌COŚ WIELKIEGO DLA JEZUSA
Nie jest to historia o olejku czy pieniądzach, ale o tym, że jesteśmy w stanie sprawiać radość Jezusowi. Uczy nas ona przełamywać swoje wewnętrzne schematy w konfrontacji z prawdą, że każdy z nas może uczynić wielkie rzeczy dla Jezusa.
Niech ta historia towarzyszy nam w tym miesiącu. Postawmy się na miejscu kobiety namaszczającej Pana. Wyobraźmy sobie spojrzenie Jezusa, który przyjmuje nasz dar. Oby ten opisany w Ewangelii akt ofiarnej miłości poruszył nasze serca i skłonił nas do głębszego oddania życia Jezusowi. ▐


Art. 2:
Woń Świętości
Boża łaska i nasze oddanie

Każdy z nas przechodził kiedyś lub przejeżdżał przez miejsce, gdzie panował straszny odór. Mogło to być wysypisko śmieci, zakład utylizacji ścieków czy przelewające się szambo. W takiej sytuacji marzymy jedynie o tym, by uciec stamtąd, jak najszybciej się da. Z kolei zapach świeżo upieczonego chleba czy bukietu kwiatów zawsze przyciąga. Robimy głęboki wdech i rozkoszujemy się aromatem.
Wyobraź sobie teraz, jaki zapach roznosił się w miejscu, gdzie kobieta namaściła Jezusa. Ewangelia Jana mówi nam, że „dom napełnił się wonią olejku” (J 12,3). Na poziomie dosłownym nie jest to nic zaskakującego. Zwykle używa się zaledwie kilku kropel perfum, tu natomiast został wylany cały flakonik pachnideł. Kiedy ich słodki zapach rozszedł się po domu, z pewnością wszyscy oddychali głęboko, delektując się miłą wonią i doznając relaksu – choćby tylko na chwilę.
Jednak na głębszym poziomie działo się tu coś jeszcze innego. Materialny aromat pachnideł był znakiem duchowego aromatu świętości, płynącego z gestu kobiety. Ten szczególny zapach był połączeniem jej miłości do Jezusa i miłości Boga do niej. Jej akt miłości i oddania miał tak wielki wpływ na duchową atmosferę domu, że Jezus zapowiedział uroczyście: „Gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię, będą również opowiadać na jej pamiątkę to, co uczyniła” (Mt 26,13).
Zachowując w pamięci ten obraz, spróbujmy zobaczyć, czego możemy nauczyć się z tej historii, aby roznosić zapach Bożej miłości w naszym otoczeniu.

▌ODDANIE I POŚWIĘCENIE
Jezus powiedział uczniom, że kobieta spełniła względem Niego „dobry uczynek” (Mk 14,6). Niektórzy tłumacze jeszcze bardziej podkreślają to sformułowanie, mówiąc: „Uczyniła dla Mnie coś pięknego”. Jezus nie powiedział tego z powodu pychy czy próżności. Uznał jej gest za piękny, gdyż odsłonił on tę samą żarliwość, którą płonęło Jego serce.
Nikt nie kazał Jezusowi umierać za nasze grzechy. Nikt Go do tego nie zmuszał. On sam zdecydował się na to z wielkiej miłości do nas. Jezus naprawdę uczynił dla nas „coś pięknego”. Podobnie działo się z tą kobietą. Nikt nie kazał jej namaścić Jezusa. Nikt jej do tego nie zmuszał. Ona sama chciała to zrobić, aby okazać Jezusowi swoją miłość. To właśnie dzięki temu jej czyn stał się piękny!
Jezus powiedział także coś podobnego o ubogiej wdowie, która wrzuciła swoje dwie ostatnie monety do skarbca świątyni (Łk 21,1-4). Jej dar nie był wprawdzie tak kosztowny jak flakonik olejku nardowego, ale dla niej oznaczał bardzo wiele. Jak widzimy, liczy się nie wielkość daru, ale ofiarna miłość, którą on wyraża. Dlatego Jezus pochwalił wdowę, mówiąc, że „wrzuciła więcej niż wszyscy inni” (Łk 21,3).
To samo odnosi się do nas. Jezus ceni sobie każdy otrzymany od nas dar, jeśli wypływa on z ofiarnej miłości. Liczy się nie cena daru czy wysokość ofiary pieniężnej, lecz nasze oddanie i poświęcenie. Mówiąc do Apostołów: „Zostawcie ją” (Mk 14,6), Jezus zwraca się również do nas. Prosi nas, byśmy pozostawili w spokoju tę część nas samych, która pragnie przebywać z Jezusem i Jemu samemu oddawać chwałę i cześć. Nie pozwólmy, by ta część naszego serca została zagłuszona przez różne rozproszenia – dotyczące spraw ważnych lub nieistotnych – które pochłaniają nasz czas i energię, a także osłabiają naszą miłość do Boga. Jeśli chcesz sprawić radość Jezusowi, „marnuj” dla Niego cenny olejek zawarty we flakoniku twego serca. Jezus pochwali twoją ofiarę, jak pochwalił ofiarę kobiety.

▌ZŁĄCZENIE Z JEZUSEM
Ale to jeszcze nie wszystko. Zapach wypełniający dom nie płynął jedynie z olejku. W tym szczególnym momencie oddanie kobiety złączyło się z miłością Jezusa do niej. Bóg przeniknął jej czyn mocą Ducha Świętego i cały dom napełnił się wonią świętości.
To samo widzimy w innych historiach biblijnych. Przypomnijmy sobie kobietę, która przez dwanaście lat cierpiała na krwotok (Mk 5,25-34). Dotknęła ona szaty Jezusa i została uzdrowiona. Jej wiara złączona z Jego mocą zaowocowała momentem łaski. Podobnie kobieta kananejska, która wytrwale wstawiała się do Jezusa za swoją córką, została za to wynagrodzona (Mt 15,21-28). Jej nieustępliwość złączyła się z miłością Jezusa i dziewczynka została uwolniona od złego ducha. Wciąż na nowo spotykamy na kartach Ewangelii osoby, które przychodzą do Jezusa z wiarą, by otrzymać łaskę i błogosławieństwo przekraczające – dzięki temu świętemu zjednoczeniu – wszystkie ich wysiłki.

▌ZŁĄCZENIE SAKRAMENTALNE
To złączenie naszego życia z łaską Bożą realizuje się w najbardziej spektakularny sposób w sakramencie Eucharystii. Kiedy przychodzimy na Mszę świętą z pragnieniem oddania czci Bogu, dzieje się coś wspaniałego. Nasze pragnienie uwielbienia Jezusa i oddania Mu swego serca zostaje przeniknięte mocą Bożą. Kościół zostaje wypełniony wonią miłości, pokoju i łaski. To tak, jakbyśmy przynieśli do kościoła swój własny alabastrowy flakonik z olejkiem i namaścili Jezusa.
W czasie Mszy świętej możemy zaobserwować to najwyraźniej w dwóch momentach. Podczas przygotowania darów ofiarujemy Panu chleb i wino, „owoc ziemi i pracy rąk ludzkich”. Czy nie przypomina to flakonika pachnącego olejku przyniesionego do Jezusa przez kobietę? Chleb i wino, podobnie jak flakonik, symbolizują nasze życie, naszą wiarę, owoce naszych wysiłków. Symbolizują to, czym jesteśmy, a także naszą miłość do Jezusa. Następnie dary te, złożone na ołtarzu, zostają przemienione w Ciało i Krew Chrystusa. To, co jest owocem rąk ludzkich, zostaje przemienione łaską Bożą. Bóg przyjmuje nasze dary i nadaje im zupełnie nowy „zapach”. Przenika je swoją mocą, aby stały się dla nas pokrzepiającym pokarmem. Choć wygląda on jak zwyczajne pożywienie i napój, daje nam o wiele więcej niż tylko podtrzymanie sił fizycznych.
Również podczas przygotowania darów możemy zaobserwować drugi przykład złączenia tego, co Boże, z tym, co ludzkie. Celebrans wlewa wino do kielicha, a następnie dodaje do niego kilka kropel wody, mówiąc: „Przez to misterium wody i wina daj nam, Boże, udział w bóstwie Chrystusa, który przyjął nasze człowieczeństwo”. Gest ten ukazuje nam, że Bóg pragnie zjednoczyć się z nami, aby móc podnieść nas do siebie.
Św. Cyprian napisał kiedyś: „Nie można więc przy święceniu kielicha Pana ofiarowywać tylko samą wodę ani też samo wino. Jeśli bowiem ktoś ofiarowuje samo wino, to krew Chrystusa pozostaje bez nas, jeżeli zaś ofiarowuje się samą tylko wodę, to lud jest bez Chrystusa. Skoro zaś oba się zmiesza i przez to wzajemnie się złączy, dopełnia się duchowa i niebiańska tajemnica”.
W głębi serca wszyscy tęsknimy za zjednoczeniem z Jezusem. Wszyscy pragniemy się z Nim złączyć. To właśnie dokonuje się, ilekroć sprawujemy Eucharystię.

▌NOWA ATMOSFERA
Mówiąc, że cały dom napełnił się wonią olejku, Jan daje nam do zrozumienia, że to życie tej kobiety – jej serce, jej postawa czci i oddania Panu – przemieniło panującą tam atmosferę. Nie była to tylko sprawa pachnidła, ale także jej czystego serca napełnionego Bożą łaską. Całe jej życie stało się jak wonny olejek i wszyscy mogli to dostrzec.
Św. Paweł napisał, że my sami jesteśmy „miłą Bogu wonnością Chrystusa”, niosącą „zapach ożywiający – na życie” (2 Kor 2,15.16). Kiedy oddajemy cześć Jezusowi wszystkim, co posiadamy i czym jesteśmy, stajemy się miłą wonią dla Boga, podobnie jak kobieta z nardowym olejkiem. Zostajemy przemienieni – jak chleb i wino podczas Mszy świętej. Nasze pragnienie przebywania z Jezusem wzrasta, wzmaga się też pragnienie upodobnienia się do Niego. Świadectwo naszego życia za przyczyną mocy Boga zaczyna przemieniać nasze otoczenie, podobnie jak woń olejku napełniła cały dom.

▌BĄDŹ MIŁĄ WONIĄ DLA BOGA
Uczmy się od tej anonimowej kobiety. Postanówmy sobie mocno w sercu przynieść Jezusowi dar naszego uwielbienia i ofiary. Zdobywajmy się dla Niego na poświęcenia, gdyż nasze poświęcenia otwierają Mu drogę i pozwalają wejść w nasze życie ze swoją łaską.
Jezus nigdy nie zachowuje naszej czci i wiary dla siebie. Pomnaża je, jak uczynił to z chlebem i rybą, a potem rozdaje ludziom, których mamy wokół siebie. Każdy z nas może stać się miłą wonnością dla Boga, której zapach roznosi się w naszym otoczeniu. Tak więc już dziś pójdźmy namaścić Jezusa, a potem czyńmy to codziennie, po wszystkie dni naszego życia. ▐

 

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
▌Środa, 1 lipca
Mt 8,28-34
Prosili, żeby odszedł z ich granic. (Mt 8,34)
Kiedy zostaje zażegnane jakieś poważne niebezpieczeństwo, ludzie żywiołowo wyrażają swoją radość, wychodząc na ulice, organizując pochody, wiece i inne spontaniczne demonstracje. Dlaczego więc Gadareńczycy nie tańczyli z radości i nie prosili Jezusa, aby pozostał wśród nich i dokonywał kolejnych cudów? Wyzwolił ich przecież od dwóch opętanych przez demony, którzy terroryzowali całą okolicę. Otóż mieszkańcy Gadary skupili się głównie na tym, co stało się z ich świniami, i wpadli w przerażenie.
Opętani zostali uwolnieni, demony wyrzucone, okolica znowu stała się bezpieczna. Świnie jednak przepadły. Mieszkańcy nie mogli tego przeboleć, dlatego poprosili Jezusa, aby odszedł z ich granic.
Zapytaj siebie: „A co będzie, jeśli poproszę Jezusa o uzdrowienie jakiejś dziedziny mojego życia, a On każe mi najpierw wyzbyć się jakiegoś nałogu?”. Albo: „A jeśli na modlitwie o uzdrowienie stanie się coś dziwnego, nieoczekiwanego?”.
Kiedy pojawia się Jezus, czasami dzieją się rzeczy zaskakujące. Pamiętajmy, że Jego moc jest poza naszą kontrolą. Ta moc, która ma władzę nad demonami, może także „wyrzucić” nas z naszych bezpiecznych kolein i schematów. Zawsze jednak możemy być pewni jednego: Bóg jest po naszej stronie! On stworzył każdego z nas z miłości i kocha nas zawsze, bez zastrzeżeń.
Uświadomienie sobie, czym jest moc Boża, bywa czasem przerażające. Jeśli jednak obawiasz się zaprosić Boga do jakiejś dziedziny swojego życia, przypomnij sobie, co już o Nim wiesz. Jest miłosierny. Choć nieugięty wobec grzechu, to pełen dobroci i łaskawości dla grzesznika. Nienawidzi zła, ale cieszy się tobą. Znajdź dzisiaj czas, by spokojnie usiąść przy Nim i poprosić, by pokazał ci, kim jest i kim ty jesteś dla Niego. A wtedy radość i nadzieja rozproszą wszystkie twoje lęki.
„Jezu, chcę, żebyś działał w moim życiu, ale boję się, co zrobisz z różnymi «świniami», na których mi zależy. Daj mi pewność Twojej miłości, abym umiał Tobie zaufać.”
Rdz 21,5.8-20
Ps 34,7-8.10-13

▌Piątek, 3 lipca
Św. Tomasza, Apostoła
Ef 2,19-22
Jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga. (Ef 2,19)
Wszyscy mamy szczególne miejsca czy instytucje, z którymi czujemy się związani, takie jak rodzinna miejscowość, szkolna drużyna sportowa czy partia polityczna. Jednak nasza lojalność wobec nich blednie w porównaniu z lojalnością wobec rodziny i bliskich przyjaciół. Kiedy więc Paweł mówi nam, że jesteśmy domownikami Boga i należymy do Jego rodziny, oznacza to coś bardzo wielkiego!
Przyjrzyjmy się zmaganiom Apostoła Tomasza z jego nową tożsamością. Kochał on Pana i z pewnością chciał, żeby doniesienia o Jego zmartwychwstaniu okazały się prawdą, jednak wciąż nie mógł wznieść się ponad zwykły ludzki sposób myślenia. Jezus wyszedł więc na spotkanie Tomasza tam, gdzie on się znajdował, i doprowadził go do wiary. Zauważmy jednak, co mu powiedział: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29). Innymi słowy, błogosławieni są ci, którym lojalność w stosunku do Jezusa pomaga przekraczać ich ludzkie ograniczenia i dotykać Go przez wiarę.
To ciekawe, że postawienie na pierwszym miejscu wierności wobec Jezusa pomaga nam dochować wierności innym ważnym osobom w naszym życiu. Pokładając w Nim wiarę, znajdujemy mądrość potrzebną do wychowywania dzieci i kochania współmałżonka. Życie dla Chrystusa otwiera nas na Ducha Świętego, który uzdalnia nas do rzetelnej pracy, a także napełnia pokojem, który daje świadectwo radości Ewangelii. Ludzka logika i zdrowy rozsądek mogą nam być w tym bardzo pomocne, wyobraźmy sobie jednak, o ileż więcej światła otrzymamy, gdy będziemy złączeni z Panem!
Czy zdarza ci się czasem rozumować jak Tomasz? „Kiedy Bóg przekona mnie, że jest tak, jak mówi, uczynię to, czego chce”. Jezus będzie z nami współpracował także w takich sytuacjach, podobnie jak współpracował z Tomaszem, ale pragnie byśmy w końcu przestali stawiać Mu warunki. Pragnie, byśmy uwierzyli, że naprawdę jesteśmy domownikami Boga, i aby ta wiara kierowała każdym naszym słowem i uczynkiem. Jezus chce być naszym pasterzem i przyjacielem, który wszystkim poddającym się Jego prowadzeniu mówi: „Pokój wam!”
(J 20,26).
„Panie, dziękuję Ci za to, że wprowadziłeś mnie do swojej rodziny.”
Ps 117,1-2
J 20,24-29

▌Niedziela, 5 lipca
Ez 2,2-5
Synu człowieczy, posyłam cię… (Ez 2,3)
Bezczelni buntownicy o zatwardziałych sercach. Dlaczego Bóg miałby zadawać sobie trud posyłania proroka Ezechiela z przesłaniem do ludzi, którzy w ogóle nie mieli ochoty go słuchać? Wydaje się to stratą czasu. Jednak nasz Bóg jest aż tak hojny w swojej miłości!
Bóg chce mówić do swojego ludu! W czasach Starego Testamentu posyłał proroków. Następnie posłał swego Syna. Dziś czyni swoimi wysłannikami nas wszystkich. W sposób oczywisty nasuwa się więc wniosek, że On rzeczywiście pragnie do nas mówić! Jego pragnienie łączności z nami jest tak wielkie, że nic nie może Go powstrzymać.
Dzisiejsze czytanie ukazuje nam również, że nasza postawa nie jest w stanie zmienić tego Bożego pragnienia. Bóg posłał Ezechiela ze swoim słowem do ludu, dobrze wiedząc, że jest to lud twardego serca. Nie powiedział prorokowi, że ma ich unikać. Nie posłał go jedynie do ludzi świętych, oczekujących, otwartych. Widzimy to także w Ewangelii – Jezus przemawiał do mieszkańców swego rodzinnego miasta, chociaż wielu z nich Go odrzuciło.
Dziękujmy Bogu za Jego nieustępliwość! Być może jesteś teraz na takim etapie, że czujesz się wyjątkowo otwarty na Boga. Wychwalaj Go za to! A może borykasz się z trudnościami? Może zostałeś zraniony i teraz przeżywasz opór przed słuchaniem słowa Bożego dotykającego jakiejś dziedziny twojego życia? Bóg się tym nie zraża. Wciąż próbuje dotrzeć do ciebie, by dać ci zakosztować swojej miłości i prowadzić cię przez życie.
Bądź pewien, że także i dziś Bóg posyła do ciebie swoich wysłanników. Miej więc uszy otwarte! Próbuj Go słuchać w dosyć oczywistych miejscach, jak Msza święta czy kontakty z bliskimi. Ale pozwól Mu też przemówić do ciebie w sposób bardziej nieoczekiwany – przez reklamę telewizyjną, znak drogowy czy jeszcze inny zaskakujący sposób. Pozwól, by Jego słowo dotknęło twego serca, by fala Jego tęsknoty za tobą zmyła wszystkie przeszkody. On posyła do ciebie swoje słowo. Przyjmij je, a ono cię podźwignie!
„Panie, jestem zdumiony, że nie przestajesz do mnie mówić także wtedy, gdy mam zły humor lub gdy izoluję się od wszystkich. Dziękuję Ci za Twoją nieustępliwą miłość.”
Ps 123,1-4
2 Kor 12,7-10
Mk 6,1-6

▌Sobota, 11 lipca
Św. Benedykta, opata, patrona Europy
Ps 34,2-4.6.9.12.14-15
Chcę błogosławić Pana w każdym czasie, na ustach moich zawsze Jego chwała. (Ps 34,2)
Ze św. Benedyktem kojarzy się powszechnie maksymę ora et labora – módl się i pracuj. Jednak rozmawiając z benedyktynem czy benedyktynką, dowiemy się szybko, że tych przypisywanych niekiedy św. Benedyktowi słów nie znajdziemy w jego słynnej Regule. Jej ducha o wiele lepiej wyraża formuła: „Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony”. We wszystkim, czyli i w modlitwie, i w pracy, i w odpoczynku, i w kontakcie z drugim człowiekiem. Taka postawa – choć niełatwa i praktycznie będąca zadaniem na całe życie – prowadzi do radości zjednoczenia z Bogiem. I jesteśmy do niej wezwani wszyscy.
To benedyktyńskie hasło, choć pięknie brzmiące, może budzić wiele pytań i obaw. Jak Bóg może być uwielbiony w moich banalnych zajęciach, w trudnych relacjach panujących w mojej rodzinie, w moich lękach i frustracjach, w codziennym chaosie tak dalekim od ciszy klasztoru, w środowisku pracy, gdzie niewielu podziela moje poglądy? Nawet tęskniąc za Bogiem i szczerze pragnąc Mu służyć, często wolimy szukać Go w przeżyciach związanych z rekolekcjami, pięknymi nabożeństwami niż w zwyczajnym życiu. I tu właśnie możemy skorzystać z kilku rad św. Benedykta.
W liście apostolskim, wydanym z okazji 1500. rocznicy urodzin Świętego, papież Jan Paweł II odnosi niektóre elementy duchowości benedyktyńskiej do życia każdego chrześcijanina. Papież pisze, że „św. Benedykt pokazuje drogę życia, której charakterystyczną cechą jest wielka równowaga. Tą drogą, łączącą samotność ze współżyciem z ludźmi, a modlitwę z pracą, powinien iść także człowiek świecki naszych czasów... aby w pełni zrealizować swoje powołanie”.
Nie da się jednak w ten sposób uporządkować życia o własnych siłach. Dlatego Papież pisze we wspomnianym liście również o „małej klauzurze” serca, gdzie będziemy mogli przestawać z Bogiem. Każdy z nas, obojętnie kim jest, potrzebuje pewnej dozy samotności, która pozwoli słuchać słowa Bożego. Ono bowiem da nam nowe zrozumienie spraw i wydarzeń, światło na konkretne sytuacje naszego życia, poczucie, że to Bóg, a nie my sami czy ślepy los, panuje nad wszystkim.
Praktyka dowodzi, że nie jest to kwestia czasu czy jego braku, lecz kwestia naszej decyzji – tego, czy zechcę otworzyć się przed Bogiem i pozwolić, by Jego słowo wyprowadzało życie z mojego chaosu.
„Panie, Ty widzisz moje życie – to, z czego jestem dumny, ale i to, czego się wstydzę. Przemień je swoim słowem, aby mogło przynieść Ci chwałę.”
Prz 2,1-9
Mt 19,27-29

▌Niedziela, 19 lipca
Mk 6,30-34
Zlitował się nad nimi. (Mk 6,34)
W dzisiejszej Ewangelii spotykamy Jezusa, który miał zarazem powód do smutku, jak i do radości. Powodem do smutku było to, że Jan, jego krewny i przyjaciel, został ścięty z rozkazu Heroda. Do radości, gdyż Apostołowie powrócili właśnie z bardzo udanej wyprawy misyjnej. Uzdrawiali chorych, wyrzucali złe duchy, doprowadzili wielu ludzi do nawrócenia.
Wysłuchawszy relacji Apostołów, Jezus udał się z nimi na miejsce pustynne, aby tam odpocząć, „tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu” (Mk 6,31). Kiedy jednak okazało się, że w ślad za nimi podąża tłum ludzi, zmienił swoje plany i zaczął ich nauczać.
Można powiedzieć, że w tym wypadku współczucie Jezusa wzięło górę nad rozsądkiem. Zamiast pozwolić odpocząć uczniom i sobie, Jezus skoncentrował się na potrzebach ludzi, którzy do Niego przyszli. Ulitował się nad nimi, widząc, że są „jak owce nie mające pasterza” Mk 6,34). Także Apostołowie zrezygnowali ze swojego odpoczynku, aby służyć ludziom.
Oczywiście rozsądek nie jest niczym złym. Jezus z pewnością pragnie, by w naszym życiu panował ład, byśmy stawiali sobie cele i je realizowali. Oczekuje od nas jednak także pewnej elastyczności, która pozwoli nam zmodyfikować nasze plany, gdy zajdzie taka potrzeba i gdy przynagli nas do tego Duch Święty.
Uczmy się więc odczytywać natchnienia Ducha, aby rozsądna i usystematyzowana część naszej natury nie przyćmiła całkowicie tej współczującej i spontanicznej. Możesz na przykład poczuć przynaglenie, by odezwać się do jakiejś osoby wychodzącej z kościoła po Mszy świętej lub spotkanej w sklepie spożywczym. Możesz poczuć, że Bóg pragnie, abyś właśnie w tej chwili przytuliła męża czy dziecko lub odłożyła to, co robisz, i na chwilę zatopiła się w modlitwie czy lekturze Biblii. Kiedy czujesz takie natchnienie, idź za nim! Nigdy nie wiesz, co się może wydarzyć!
„Duchu Święty, pomóż mi otworzyć się na Twoje natchnienia. Nie chcę być aż tak skupiony na swoich sprawach, by nie móc usłyszeć Twojego głosu. Panie, uczyń moje serce podatnym na Twoje słowo.”
Jr 23,1-6
Ps 23,1-6
Ef 2,13-18

▌Sobota, 25 lipca
Św. Jakuba, Apostoła
2 Kor 4,7-15
Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych. (2 Kor 4,7)
Czy pod koniec długiego, wyczerpującego dnia nie czujesz się czasami jak gliniane naczynie – i to w dodatku pęknięte? Gdyby ktoś poprosił, żebyś zajął się jeszcze choćby jedną drobną sprawą, cisnęłoby ci się na usta: „Nie jestem w stanie… Nie dam rady… To niemożliwe”.
Apostoł Jakub także był naczyniem glinianym. Jego zajęciem było łowienie ryb, ciężka fizyczna praca, którą zajmowali się ludzie prości. Miał wybuchowy charakter, czym podobnie jak jego brat, Jan, zasłużył sobie na przydomek „syn gromu”. Pamiętajmy, że to ci dwaj chcieli sprowadzić ogień z nieba i zdziesiątkować ludność miasta, które nie przyjęło Jezusa (Łk 9,54)!
Wydaje się, że Jakubowi trudno było zrozumieć posłannictwo Jezusa. Po tak długim przebywaniu z Nim i patrzeniu, jak poświęca się trosce o poranionych i nieszczęśliwych, zależało mu przede wszystkim na zapewnieniu sobie prestiżowego miejsca w nowym królestwie (Mt 20,20-28).
Jednak pomimo tych słabości Jakuba, Jezus zaprosił go do grona swoich najbliższych uczniów. Jakub był obecny podczas przemienienia Jezusa na górze Tabor, podczas wskrzeszenia z martwych dwunastoletniej dziewczynki, a także Jego zmagania w Ogrodzie Oliwnym, by zjednoczyć swoją wolę z wolą Ojca. Jakub obserwował z uwagą wszystkie te wydarzenia, próbując pogłębiać swoje zrozumienie i posłuszeństwo. Jego wysiłki nie były daremne.
Kiedy następnym razem poczujesz się jak naczynie gliniane: „znoszący cierpienia i niedostatek… prześladowany… obalany na ziemię” (por. 2 Kor 4,8-9), zwróć swą uwagę na skarb, który masz w tym naczyniu. Twoje własne siły są już może na wyczerpaniu, ale żyje i działa w tobie ta sama moc, która przemieniła Jakuba. Oby Jakub i wszyscy pozostali Apostołowie wstawiali się za nami i pomagali nam uczyć się polegania na łasce, której Bóg nam udziela!
„Jezu, Ty jesteś moim największym skarbem. Dziękuję Ci za to, że mnie wybrałeś, tak jak kiedyś wybrałeś Jakuba. Panie, składam me życie u Twoich stóp.”
Ps 126,1-6
Mt 20,20-28

 


MAGAZYN
Przez klęski do sukcesu
Zaskakujący przypadek Solanusa Caseya

O. Solanus Casey, furtian klasztoru św. Bonawentury w Detroit, tego ciepłego letniego dnia 1941 roku spotkał się już z wieloma ludźmi. Przychodzili do niego przyciągnięci sławą jego dobroci, mądrości – i cudów. Jednym z tych, którzy zatrzymali się przy jego furcie, był jego współbrat kapucyn, który szedł właśnie na pilną wizytę do dentysty. Pobłogosławiony przez Solanusa, natychmiast został uzdrowiony. Kiedy w drodze powrotnej pojawił się znowu, by powiadomić Solanusa, że dentysta stwierdził u niego doskonały stan uzębienia, spotkała go kolejna niespodzianka.
„Trzeba to uczcić!” – powiedział Solanus, otwierając szufladę biurka i wydobywając z niej otrzymane przed półgodziną rożki lodowe. Pomimo upału nie roztopiły się ani trochę.
Papież Franciszek zauważył kiedyś, że Bóg jest „Bogiem niespodzianek”. Z pewnością doświadczyły tego tysiące ludzi, którzy doznali uzdrowienia, duchowego wsparcia i innych łask poprzez posługę o. Solanusa Caseya. Największą z niespodzianek było jednak to, że łaski te przyszły za pośrednictwem człowieka, którego życie kapłańskie było pasmem niepowodzeń i któremu powierzano tylko najbardziej podrzędne zajęcia.

▌KRĘTA DROGA
DO KAPŁAŃSTWA
Ten skromny kapłan, posługujący wielkimi nadprzyrodzonymi darami, wychował się jako Barney Casey w wielodzietnej rodzinie irlandzkich imigrantów w Wisconsin. Był zwyczajnym chłopcem, który w czasie wolnym od pomocy rodzicom w gospodarstwie lubił polować, grać w baseball ze swoimi dziewięcioma braćmi, płatać figle i fałszować na skrzypcach.
Dzięki mocnej wierze rodziców młody Barney wcześnie nabrał nawyku modlitwy osobistej, a zwłaszcza codziennego różańca. Myślał nawet o tym, by zostać księdzem, zamiast jednak wstąpić do niższego seminarium, jak czyniło to wielu młodzieńców w jego czasach, poszedł do pracy, by pomóc w utrzymaniu rodziny. Imał się rozmaitych zajęć, będąc kolejno drwalem, złotą rączką, strażnikiem więziennym i wreszcie motorniczym tramwaju. W jakimś momencie zakochał się i nawet oświadczył swojej wybrance, jednak na przeszkodzie tym planom stanęła matka dziewczyny, która uznała, że jej córka jest jeszcze za młoda na małżeństwo.
Pewnego dnia w czasie pracy, wciąż niepewny co do swojej życiowej drogi, Barney był zmuszony gwałtownie zatrzymać swój tramwaj. Nieoczekiwanie wyrósł przed nim tłum ludzi otaczający leżącą na torach martwą kobietę i jej zabójcę stojącego nad nią z zakrwawionym nożem. Wstrząśnięty Barney całą noc modlił się za nich oboje i zastanawiał się, co może zrobić on sam, by powstrzymać przemoc i zło. Wkrótce doszedł do przekonania, że Bóg powołuje go do kapłaństwa.

▌SUKCES RACZEJ
MAŁO PRAWDOPODOBNY
Problemy Barneya miały się jednak dopiero zacząć. Początkowo wstąpił do seminarium diecezjalnego w Milwaukee, został jednak zwolniony z powodu słabych ocen. (Zdecydowanie nie pomogło mu to, że zajęcia odbywały się w języku niemieckim i korzystano z łacińskich podręczników!) Powrócił do domu z poczuciem zawodu. Jednak po odprawieniu nowenny usłyszał głos Matki Bożej, która wskazała mu franciszkański zakon kapucynów i ich seminarium w Detroit. Rozpoczynając tam postulat, przyjął imię Solanus.
Jednak i tu, pomimo szczerych wysiłków, nie zdołał osiągnąć zadowalających wyników w nauce. Jego przełożeni nabrali wątpliwości, czy ma on wystarczające możliwości intelektualne, by zostać kapłanem. Polecili mu więc podpisać oświadczenie, w którym wyznawał swoje „nikłe zdolności” i zdawał się na ich wolę w kwestii święceń.
Trzy lata później Solanus został wyświęcony – ale w trybie „prostym”. Oznaczało to, że mógł odprawiać Mszę świętą, ale nie wolno mu było słuchać spowiedzi i wygłaszać homilii. Ponieważ nie miał zwyczaju dzielić się swoimi uczuciami, możemy sobie jedynie wyobrazić, jaki zawód przeżywał, widząc, że dziesięć lat ciężkiej pracy przyniosło tak mizerny skutek.
Solanus mógł zakwestionować decyzje przełożonych lub zacząć użalać się nad swoją ciężką dolą. Mógł też z rezygnacją poddać się losowi, zgadzając się na to, że do końca życia będzie kapłanem „drugiej kategorii”. Tu jednak zaczynają się niespodzianki. Solanus przyjął werdykt z radością, widząc w nim autentyczne Boże wezwanie dla siebie. Zresztą zawołanie: „Deo gratias!”, czyli „Bogu niech będą dzięki!”, było jego charakterystyczną reakcją na wszelkiego rodzaju wydarzenia. Jak napisał później: „Gdybyśmy tylko potrafili docenić świętą wiarę i niezliczone błogosławieństwa z niej płynące… nigdy nie mielibyśmy czasu na to, by się czymkolwiek martwić”.
Być może właśnie w postawie wdzięczności leży sekret tego, co najbardziej zaskakujące w życiu o. Solanusa – fakt, że ktoś, kto miał wszelkie podstawy ku temu, by uważać się za nieudacznika, przekroczył oczekiwania wszystkich po prostu dlatego, że miał oczy utkwione w Bogu.

▌BOŻY ODŹWIERNY
Na początku nikt nie spodziewał się wiele po o. Caseyu. Przydzielony do klasztoru i parafii kapucynów w Yonkers, w stanie Nowy Jork, otrzymał tam skromne zadania: otwieranie drzwi i witanie gości. Nieoczekiwanie radosny furtian o szczupłej sylwetce, niebieskich oczach i cienkim głosie stał się wkrótce przyjacielem wszystkich odwiedzających klasztor.
Ludzie szybko odkryli, że o. Solanus ma niezwykłą intuicję duchową, krzepiącą osobowość i anielską cierpliwość. Poświęcał każdemu z gości tyle czasu, ile ten potrzebował. Wkrótce jego sława zaczęła zataczać coraz szersze kręgi – i to nie tylko dlatego, że potrafił cierpliwie słuchać.
Spośród osób zapisywanych przez niego do Stowarzyszenia Mszy Serafickich – co było formą prośby o modlitwę wstawienniczą ojców kapucynów – tak wielu dawało świadectwo otrzymanych łask, że przełożeni polecili Solanusowi prowadzić ich rejestr. Łaski nie ustawały także po przeniesieniu o. Solanusa do klasztoru w Detroit, gdzie był furtianem przez kolejne dwadzieścia jeden lat. Trwały nawet po jego „przejściu na emeryturę”, gdyż ludzie wciąż powierzali mu swoje intencje czy to osobiście, czy to drogą pocztową. Do końca życia o. Casey zapełnił siedem brulionów, odnotowując ponad sześć tysięcy wysłuchanych modlitw!

▌ŁASKI I SŁABOSTKI
Niektóre z tych „łask”, jak nazywał je o. Solanus, były uzdrowieniami fizycznymi. Kobieta, której dawano trzy dni życia, została uzdrowiona z zapalenia płuc. Chłopiec z nogami zesztywniałymi wskutek choroby Heinego-Medina zadziwił swoich rodziców schodząc ze schodów. Napływały świadectwa uzdrowienia ze ślepoty, gangreny, utraty pamięci, raka, głuchoty i chorób serca.
Miały też miejsce uzdrowienia emocjonalne i duchowe. Ludzie byli uwalniani od alkoholizmu i depresji. Niektórzy zostali zawróceni znad krawędzi samobójstwa. Zdarzały się też cudowne nawrócenia. Pewnego dnia zjawił się zagorzały komunista, który oznajmił, że nienawidzi księży i ma ochotę zabić o. Caseya. „Warto by to przedyskutować” – odpowiedział o. Solanus. Wystarczyło mu kilka minut, by doprowadzić tego człowieka do nawrócenia.
O. Solanus miał również dar proroctwa. Często czytał w sercach ludzi i mówił im, co stanie się z nimi lub ich bliskimi. Prawie od niechcenia wypowiadał zdania typu: „Tak, zostaniesz zakonnicą”, „Nie modlisz się ostatnio” lub „Nie martw się, do rana mu się poprawi”. Pewnego razu na pikniku parafialnym podeszła do niego kobieta zrozpaczona z powodu odejścia swego ojca od Kościoła. Wysłuchał jej, jedząc hot doga z musztardą i kiszoną kapustą, i przepowiedział – zgodnie z prawdą – że jej ojciec powróci do wiary. Mężczyźnie, którego żona była w przededniu operacji, powiedział, że operacja okaże się zbędna, i kobieta wkrótce powróci do domu, po czym, wciąż będąc kibicem baseballa, zagadnął: „A teraz powiedz mi, jak tam wyniki Tygrysów Detroit”.
Tysiące ludzi, którzy do niego przychodzili, z pewnością nie spodziewały się, że znany cudotwórca może być kimś tak zwyczajnym. „Dziwacznym” – dodaliby może niektórzy z jego braci kapucynów. Miał bowiem swoje oryginalne przyzwyczajenia, jak na przykład wkładanie wszystkich produktów żywnościowych – płatków, kawy, soku pomarańczowego, ziemniaków i lodów – do jednej miski przy posiłkach, czy uspokajanie pszczół z przyklasztornej pasieki przy pomocy gry na harmonijce ustnej. Zdarzało mu się też grywać na swych piskliwych skrzypcach przed Najświętszym Sakramentem!

▌DZIĘKUJ BOGU Z GÓRY
Inną niespodzianką dla odwiedzających było to, że o. Solanus miał wobec nich pewne oczekiwania. Zwykle po wysłuchaniu ich opowieści zachęcał do modlitwy i polecał z góry dziękować Bogu za wszystkie łaski, których im udzieli. „Miej wiarę! Ufaj Bogu!” – mawiał, niekiedy ze łzami w oczach. Następnie polecał im wyrazić swoją wiarę w jakiś konkretny sposób, na przykład wspierając ubogich czy podejmując lekturę duchową.
Nie było jednak bardziej wytrwałego i pełnego wiary „błagalnika” od samego o. Solanusa. Choć codziennie spędzał dwanaście lub więcej godzin służąc potrzebującym, wczesnym rankiem lub późnym wieczorem przebywał w kaplicy zatopiony w modlitwie.
Wreszcie, w wieku osiemdziesięciu sześciu lat, w wyniku poważnej przewlekłej choroby skóry, o. Solanusa zaczęły opuszczać siły. Bolesne rany zadawały mu nieznośny ból. „Boli mnie całe ciało” – przyznawał, przy czym jego rozpromieniona twarz nie wyrażała niczego poza wdzięcznością. To samo było treścią jego ostatnich słów wypowiedzianych na łożu śmierci, 31 lipca 1957 roku. Siadając nagle na łóżku, o. Solanus wyciągnął ręce i powiedział: „Oddaję swoją duszę Jezusowi Chrystusowi”.

▌ZASKOCZONY SOLANUS
W ciągu trzech dni po jego śmierci ponad dwadzieścia tysięcy ludzi złożyło hołd temu prostemu kapłanowi, który nigdy nie wysłuchał ani jednej spowiedzi, ale jako furtian otworzył wielu bramę wiodącą do Boga.
Ogłoszony sługą Bożym przez papieża Jana Pawła II w 1995 roku, o. Solanus do dziś nie przestaje otwierać drzwi. Wciąż napływają świadectwa wysłuchanych za jego pośrednictwem modlitw. Są ich już tysiące, jak mówi Richard Merling, dyrektor Bractwa Solanusa Caseya w Detroit. „Mamy już co najmniej osiem szuflad próśb i podziękowań za otrzymane łaski. Dokonuje się wiele przepięknych uzdrowień. On wciąż porusza ludzi”.
O. Solanus Casey, który reagował podziwem na każdy cud i nigdy nie przypisywał go sobie, byłby tym zaskoczony. Niewykluczone, że w ostatecznym rozrachunku człowiekiem najbardziej zdumionym tym, jakie owoce przyniosło jego życie, okazałby się właśnie sam Solanus. ▐

Adoracja – modlitwą obecności

Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Wiemy z potocznego doświadczenia, co to znaczy być obecnym lub nieobecnym. Mówimy, że ktoś przebywa tu wprawdzie fizycznie, ale duchem jest zupełnie nieobecny, albo że ktoś jest wprawdzie daleko, ale za to jest „obecny myślami”. Bóg w Najświętszym Sakramencie jest w sposób niepojęty obecny – cały skierowany ku temu, kto do Niego przychodzi. W kawałku chleba skupia się miłość Ojca, Syna i Ducha Świętego: „Oto moje Ciało za was wydane, oto moja Krew za was wylana” (por. Łk 22,19-20). To nie jest obecność kogoś, kto obserwuje, pozostając na zewnątrz. To jest pełna współczucia obecność kogoś, kto „wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” (Mt 8,17).
Pismo Święte porównuje miłość Bożą do pełnej uwagi, oddania i zachwytu miłości matki wobec niemowlęcia: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15) „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie” (Iz 54,10). Miłość Boża jest w nieporównanie większym stopniu bezinteresowna niż miłość matki. Przypowieści o zagubionej owcy i o synu marnotrawnym wprowadzają pojęcie Boga miłosiernego, który najbardziej kocha największego grzesznika. Chrystus idzie najdalej, gdy objawia, że utożsamia się z najbiedniejszymi. Mówi, odnosząc te słowa do siebie: „Bo byłem głodny, byłem spragniony, byłem nagi, byłem w więzieniu, byłem chory, byłem przybyszem” (por. Mt 25,35-45). To miłość posunięta „do końca” (J 13,1), do stania się Eucharystią.
W Eucharystii spotykamy najbardziej niepojętą obecność, rzeczywistą obecność. Jan Paweł II nazywa ją „obecnością zbawczą”. Obecność kogoś, kto jest nieskończenie inny, a jednocześnie nieskończenie bliski, jest wewnątrz, bliższy człowiekowi, niż człowiek może być samemu sobie. Jest w jego najtajniejszej głębi jako źródło życia i miłości, jako „imię nowe” (Ap 2,17). Z jednej strony adorujemy w Eucharystii Boga najwyższego, z drugiej powoli odkrywamy – przez wiarę – że jest obecny w naszych sercach. Dlatego nawet gdy zamykamy oczy, nie gubimy Go, nie tracimy z oczu, gdyż wtedy – nieraz jeszcze wyraźniej – możemy Go dostrzec oczami duszy.
Wobec tak niepojętej tajemnicy najlepszą rzeczą, jaką można zrobić w czasie adoracji, jest poddanie się promieniowaniu tej obecności, otwieranie się na nią. Przyzwolenie w sposób jak najbardziej bierny, by ona działała, nie my. Monstrancje najczęściej mają kształt słońca. Hostię otaczają złociste promienie. Ta starożytna symbolika może być pomocna w adoracji. Człowiek, który chce się opalić, pozwala działać słońcu i doskonale wie, że nie on działa, lecz słońce. On musi jedynie przez pewien czas „wystawić się na działanie” promieni słonecznych. Dlatego pierwszym warunkiem, by wejść w promieniowanie Eucharystii, jest cisza.
Tak jak w rozmowie, by usłyszeć, co ktoś chce powiedzieć, trzeba przerwać potok własnej wymowy, a najlepiej również – by faktycznie wsłuchać się w mówiącego – własnych myśli, tak i tu, trzeba się zatrzymać, zrezygnować choć na chwilę ze swojej aktywności, nie zasypywać Pana Boga słowami i prośbami, lecz otworzyć się na to, co On mówi. A Jego językiem w Eucharystii jest cisza. Jest to cisza Boża, inna od ludzkiej, cisza pulsująca miłością, osobowa, cisza, w której Bóg daje siebie. Trwanie w ciszy adoracji tworzy przestrzeń, w której można doświadczyć, że jest się kochanym. To doświadczenie dokonuje się na głębszym poziomie niż słowa.
„Wszystkie słowa, jakie Bóg wypowiedział, są dla nas tajemnicą, ale Tajemnicą samą w sobie jest Jezus, który daje nam swoje ciało, to znaczy swoje serce, na pokarm… i który pragnie, żebyśmy Go przyjmowali jako najgłębszą tajemnicę naszego życia. Dlatego daje siebie w ciszy. Chce zrodzić w nas ciszę, ciszę adoracji” – pisze o. Marie-Dominique Philippe, założyciel Wspólnoty św. Jana, w książce Iść za Barankiem (Warszawa 2007, s. 35).
Adoracja jest jedyną w swym rodzaju modlitwą obecności. Przychodzimy, gdyż Ktoś na nas czeka. Zostajemy, bo jest tu Ktoś, kto pragnie, byśmy z Nim pozostali. „Gdy kontemplujemy Go w świętym sakramencie ołtarza, Chrystus zbliża się do nas i wnika w nas głębiej niż my sami; przez przemieniające zjednoczenie z sobą daje nam udział w swoim Boskim życiu, a przez Ducha otwiera nam dostęp do Ojca” – napisał Jan Paweł II w Liście z okazji 750-lecia święta Bożego Ciała. W encyklice O Eucharystii w życiu Kościoła złożył bardzo osobiste świadectwo: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca (…) Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!” (25).
Adoracja uczy stawania się samemu obecnym, uważnym i cierpliwym wobec tych, którzy są wokół.

▌ADORACJA
– NAJWYŻSZA CZEŚĆ
Adorować znaczy dosłownie „upaść” na twarz czy do nóg. Taką postawę przyjmowano w starożytności wobec jakiegoś władcy czy pana. Abraham „padł na oblicze”, gdy Pan mu się ukazał. „Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz” – śpiewamy w liturgii. Głęboki pokłon – podobnie jak pokłon Trzech Króli przed Dzieciątkiem – wyraża najwyższą cześć. Mówimy o Najświętszym Sakramencie, gdyż w Nim jest ukryty sam Dawca łaski i wszystkich sakramentów. „Przed tą szczególną obecnością Kościół od wieków pochyla się w geście adoracji” – napisał Jan Paweł II w Liście do kapłanów na Wielki Czwartek 2002.
Upadając przed Nim, wyrażamy przekonanie, że jest jedynym Panem. „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz” (Mt 4,11) – odpowiada Chrystus demonowi na pokusę władzy. Św. Paweł stwierdza, że bez pomocy Ducha nie można powiedzieć z pełnym przekonaniem: „Panem jest Jezus” (1 Kor 12,3). Podobnie bez pomocy Ducha nie można Go adorować. Adoracja jest modlitwą w Duchu. Taką jak ta, o której Jezus mówił Samarytance: „Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec: Bóg jest duchem; potrzeba więc, aby czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu” (J 4,23-24).
Pozostawanie w adoracji w milczeniu wyraża cześć, której nie są w stanie wyrazić słowa. Słowa są za małe. Trwanie w ciszy pozwala wejść w najbardziej duchowy wymiar modlitwy. Najgłębszy kontakt z Bogiem dokonuje się bez słów, w spotkaniu serca z sercem. Patrzenie ze czcią na Hostię oczyszcza ludzkiego ducha z tego, co jest w nim skalane czczeniem bożków. Uznanie panowania jedynego Pana oznacza wyrzeczenie się innych bóstw. Zerwanie z kłanianiem się pieniądzom, wizerunkowi, karierze, wygodzie, wszelkim formom okultyzmu. Przede wszystkim jednak oznacza zgodę na przebaczenie i pojednanie.
Adoracja wymaga wiary. Bez wiary nie sposób wytrzymać na adoracji nawet pięciu minut. Dlatego też Kościół udziela odpustu cząstkowego wiernemu, który nawiedza Najświętszy Sakrament w celu adoracji. Jeżeli adoracja trwa co najmniej pół godziny, odpust będzie zupełny, pod zwykłymi warunkami. Adoracja daje też wiarę, tworzy klimat, w którym Duch Święty może działać.
Prorokiem adoracji naszych czasów nazywa się bł. Karola de Foucauld (1858-1916). W okresie gdy żył w Nazarecie, pisał do swego ojca duchowego, że właściwie nie potrafi już się modlić. Próbuje czytać, rozmyślać, rozważać, odmawiać gotowe modlitwy – nic mu nie wychodzi – to nie jest obecność. Jedyne, co może robić, to trwać godzinami przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. A kiedy już tam jest, pozostaje oschły, jałowy, bez jakiejkolwiek myśli. Pyta sam siebie, czy to jest jeszcze modlitwa, i coraz bardziej odkrywa, że tak. Właśnie ona stanie się jego modlitwą, a po jego śmierci, powstałych z jego inspiracji zgromadzeń Małych Braci i Małych Sióstr Jezusa.
Jeden z Małych Braci, Carlo Caretto, doskonale opisał w Listach z pustyni, co dzieje się z człowiekiem trwającym dłużej na adoracji. Odbywał nowicjat na pustyni, na Saharze. Miał spędzić tydzień w grocie sam na sam z Panem Jezusem eucharystycznym, wystawionym dzień i noc. Kapłan odprawił Mszę świętą na ołtarzu z kamieni i odszedł. „Cisza na pustyni, cisza w grocie, cisza w Najświętszym Sakramencie. Żadna modlitwa nie jest tak trudna jak adoracja Najświętszego Sakramentu. Natura ludzka buntuje się ze wszystkich sił. Wolałoby się raczej kamienie dźwigać w żarze słońca. Zmysły, umysł, wyobraźnia – to wszystko jest umartwione. Tylko wiara tryumfuje” (Warszawa 2006, s. 26). Wreszcie po pewnym czasie zmysły się uspokajają, a wtedy modlitwa staje się czymś rzeczywiście ważnym i „tak poważnym, że nie można się bez niej obejść”.
Moris Maurin, Mały Brat Jezusa, tak wprowadza ludzi w adorację w ciszy: „Staraj się jak najmniej mówić, jak najmniej wyrażać. Pozwalaj, żeby On na ciebie patrzył. Czekaj. aż powoli On zacznie przenikać cię całego”. W praktyce jest to bardzo trudne. Przychodzimy przed Najświętszy Sakrament – i nic się nie dzieje. Na początku cisza, najczęściej, nie jest pełna obecności. Trzeba stać się bardzo małym, by zgodzić się trwać w takiej pozornej pustce, by zrezygnować z własnej aktywności, nie być przede wszystkim kimś, kto patrzy, lecz kimś, kto pozwala, by Inny na niego patrzył. Trzeba wówczas zgodzić się na czekanie i tęsknotę. „Dusza moja oczekuje Pana bardziej niż strażnicy świtu” (Ps 130,6). „Ciebie pragnie moja dusza. Za Tobą tęskni moje ciało (Ps 63,2). Psalmy są pełne oczekiwania.

▌ADORACJA UZDRAWIA
Pan przychodzi. Czasem w pierwszej minucie, czasem w ostatniej. Jednak pewne jest to, że przyjdzie. Możemy nawet nie zauważyć, w którym momencie, a jednak w pewnej chwili Duch Boży ogarnia nas – jak Eliasza – w „szmerze łagodnego powiewu” (por. 1 Krl 19,12). Nie w wichurze, nie w trzęsieniu ziemi, nie w ogniu, lecz w łagodnym powiewie. „Panie, przenikasz i znasz mnie. Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję (…) nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem utkany w głębi ziemi” (Ps 139,2.15). Jezus dotyka serca w jego najtajniejszej głębi. Nie pozostaje na powierzchni zdarzeń, od razu przenika serce. Dotyka tego, co jest bólem, trudem, niezgodą, z czym sobie nie radzimy, trudnych relacji, rozdarcia z powodu choroby czy innej niemocy, wszystkiego, co nie pozwala nam pełnić tego, co jawi się jako Jego wola. Dotyka nieprzebaczenia, żalu, lęku, konfliktów, sytuacji, których nie możemy zmienić, naszej bezsilności. Dotyka też zmęczenia, zamętu i wypalenia.
Wchodzi w tę rzeczywistość od wewnątrz, przenikając ją swoim Świętym Duchem. „On odpuszcza wszystkie twoje winy, On leczy wszystkie twe niemoce” (Ps 103,3) – mówi psalmista. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest par excellence modlitwą uzdrowienia. W niej Bóg ma wreszcie dostęp do samych korzeni naszych chorób i zniewoleń. Dzięki ciszy dusza otwiera się, przestaje się bronić i może przyjmować Lekarza, który przyszedł nie do tych, co się mają dobrze, ale do tych, którzy się źle mają.
Wielu ludzi stwierdza, że po godzinie adoracji Najświętszego Sakramentu w ciszy są jak odrodzeni i trudno im wyobrazić sobie skuteczniejszy odpoczynek. Być może dzieje się tak dlatego, że Bóg leczy na „głębokościach” (por. Ps 130,1), do których nie mają dostępu inni lekarze ani my sami. „Spocznij jedynie w Bogu, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja” (Ps 62, 6) – modli się psalmista i w innym miejscu dodaje: „On twoje dni nasyca dobrami, odnawia się młodość twoja jak orła” (Ps 103,5).
Wyjątkowo leczące działanie może mieć adoracja, gdy następuje po sakramencie pojednania. Wówczas w sposób szczególny dusza jest przygotowana i otwarta, by przyjmować Boże miłosierdzie. Może ono przenikać ją i leczyć z grzechu. Siostra Faustyna widziała, jak promienie miłosierdzia przenikały do dusz, z Serca Jezusa i z Najświętszego Sakramentu. Pan Jezus zapraszał ją, by zanurzała dusze w Jego miłosierdziu.
W adoracji dokonuje się właśnie takie zanurzenie w miłosierdziu niczym w wodach chrztu, „rodzenie z wody i z Ducha”, o którym Chrystus mówił Nikodemowi (J 3,1-13). W duszy ożywają łaski, dary Ducha Świętego i charyzmaty, które były w niej złożone w chwili chrztu, ale zostały niejako zablokowane, nie mogły ujawnić swej mocy.
Jest szansa, że domownicy osoby chodzącej na adorację będą mogli docenić to uzdrawiające działanie. Być może z początku buntują się, że ktoś znowu wychodzi z domu, by „nic nie robić” w kościele. Jednak po pewnym czasie zauważają, że im również ten czas się „opłaca”, gdyż bardzo często z adoracji ludzie wracają odnowieni, spokojniejsi, a nieraz i w lepszym humorze.

Dorota Szczerba



DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 7 (263) 2015 - E-BOOK



OPIS

Lipcowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Po co to marnotrawstwo?”. „Po co to marnowanie olejku” (Mk 14,4) – oburzało się wielu na widok kobiety wylewającej na głowę Jezusa drogocenny olejek nardowy. A jednak oddawanie Jezusowi tego, co dla nas najcenniejsze – oddawanie Mu swojego zycia – nigdy nie jest stratą ani marnotrawstwem. Temu zagadnieniu poświęcone są nasze artykuły. Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych. W Magazynie umieściliśmy tekst o niezwykłym kapucynie, Solanusie Caseyu, artykuł o tym, czym jest adoracja oraz świadectwa ( w tym odpowiedź na ankietę „Bóg w mojej rodzinie”), krzyżówkę i notkę o lekturze – o książce „Adoracja i Eucharystia”.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

Zobacz jak kupić, pobrać i odczytać pliki elektroniczne »

Prawo odstąpienia od Umowy o Dostarczenie Treści Cyfrowych nie przysługuje, jeżeli Konsument pobierze plik przed upływem 14 dni od dnia zawarcia umowy.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY


Po co ta strata?
Jezus przekracza nasze schematy................................ 4


Drogocenny dar
Najbardziej liczy się intencja...................................... 9


Woń świętości
Boża łaska i nasze oddanie........................................ 14


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 31 lipca....................18


MAGAZYN


Przez klęski do sukcesu
Zaskakujący przypadek Solanusa Caseya –
Bob French........................45


„Możesz uratować więcej dusz niż ciał”
Zmiana pracy nadała nowy kierunek mojemu życiu
Angela Miller...................................50


Adoracja – modlitwa obecności
Dorota Szczerba........................................................ 54


Mam za co dziękować Bogu
odpowiedź na ankietę „Bóg w mojej rodzinie”....... 59


Nasze lektury ........................................................... 61


Krzyżówka ................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

SŁOWO WSRÓD NAS – lipiec 2015

LIST:

Drodzy Bracia i Siostry!

W Ewangelii wielokrotnie spotykamy ludzi, którzy doświadczają w swoim życiu przełomu duchowego. Ich oczy zostają otwarte, a życie ulega przemianie. Dla niektórych spotkanie z Jezusem jest przejściem od grzechu do miłosierdzia, dla innych od marazmu do nowości życia. Co więcej, nie jest to zjawisko typowe jedynie dla początków życia z Bogiem. Także Apostołowie przeżywali przełomy wewnętrzne: Piotr został wyzwolony ze swojej zapalczywości, Jan z zadufania w sobie, Tomasz ze zwątpienia. Wszyscy też zostali uwolnieni od pragnienia bycia największym w gronie Apostołów.
Czterdzieści lat temu, w maju 1971 roku, ja sam przeżyłem dramatyczny przełom duchowy. Siedząc w tylnym rzędzie na pierwszym w moim życiu spotkaniu modlitewnym, zrozumiałem nagle, że Jezus jest kimś realnym i żywym. Do dziś uważam to za najcenniejszy moment mojego życia. Wcześniej byłem dobrym katolickim chłopcem, który chodził na Mszę świętą, starał się robić to, co słuszne, i nie chciał iść do piekła.
Podczas tego spotkania modlitewnego jedna z liderek powiedziała katechezę opartą na czterech słowach: „Po co to marnowanie?” (Mk 14,4). Mówiła o kobiecie z Ewangelii, która namaściła stopy Jezusa olejkiem z alabastrowego flakonika. Apostołowie uznali ten akt za niepotrzebną rozrzutność i stratę, Jezus jednak powiedział: „Dobry uczynek spełniła względem Mnie” (Mk 14,6).
„Oddanie życia Jezusowi nie jest marnowaniem go” – stwierdziła liderka, a jej słowa poruszyły mnie głęboko. W wyniku tego jednego spotkania modlitewnego, jednej katechezy i jednego momentu łaski z nieba, oddałem swoje życie Jezusowi. Postanowiłem stracić swoje życie dla Niego.
Liderka powiedziała wtedy również: „Apostołowie rozumowali w kategoriach zasad, ale Jezus jest osobą, nie zasadą”. Działanie w oparciu o zasady biblijne, nawet gdy są one słuszne, może także wyprowadzić nas na manowce. Być może chodzimy do kościoła, modlimy się, angażujemy w parafii czy wspieramy ubogich, ponieważ mamy takie zasady – i oczywiście jest to bardzo dobre. Jednak historia biblijna uświadamia nam, że najbardziej porusza Jezusa kult płynący z serca, od osoby do Osoby, wyrażający się w oddaniu i miłości. Kobieta dobrowolnie poświęciła dla Jezusa olejek nardowy wart rocznego zarobku, po prostu dlatego, że chciała Mu okazać swoją miłość.
Na każdej Mszy świętej marzę o tym, by Kościół został napełniony wonią naszego oddania, tak jak tamten dom został napełniony wonią olejku (J 12,3). Marzę o tym, by każdy – nie wyłączając mnie – wielbiąc Pana i słuchając Jego słowa, doświadczył duchowego przełomu.
Postarajmy się, by to marzenie stało się rzeczywistością. Przychodźmy na Mszę świętą z sercami wypełnionymi wonnym olejkiem naszego życia i wylejmy go dla Pana. Módlmy się, aby nasza postawa uwielbienia, adoracji i miłości przemieniała atmosferę naszych kościołów. A wtedy Jezus z pewnością zauważy nasz „dobry uczynek” i posłuży się nim dla dobra wszystkich, których mamy wokół siebie. Kto wie, może to właśnie dzięki twojej modlitwie i oddaniu ktoś w najbliższą niedzielę przeżyje głęboki przełom duchowy?
Mam nadzieję, że lektura naszych artykułów zachęci was do postawienia kolejnego kroku na drodze „marnowania” życia dla Jezusa.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY:

Art. 1:
Po co ta strata?
Jezus przekracza nasze schematy

Każdy z nas, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy też nie, posiada własny „system operacyjny”. Jest to nasz osobisty sposób przyjmowania informacji, selekcjonowania ich, wyciągania wniosków oraz decydowania o tym, jaki będą one miały wpływ na nasze postępowanie.
Ewangelia w kolejnych opowieściach ukazuje nam „systemy operacyjne” różnych ludzi stykających się z Jezusem. Wszyscy widzieli Go dokonującego tych samych cudów, słyszeli z Jego ust tę samą naukę, a mimo to jedni doszli do wniosku, że jest On Mesjaszem, i poszli za Nim, inni stwierdzili, że jest zwyczajnym człowiekiem, i po prostu Go zignorowali, a jeszcze inni dostrzegli w Nim zagrożenie i dlatego znienawidzili Go i odrzucili. Różne „systemy operacyjne” dały różne wyniki!
Przypomnijmy sobie fragment o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia (J 9,1-41). Wielu świadków tego uzdrowienia wpadło w podziw, jednak niektórzy przywódcy religijni uznali je za farsę. Podobnie, gdy Jezus nakarmił pięć tysięcy ludzi i nazwał siebie Chlebem życia, wielu odeszło od Niego, lecz Piotr i reszta Apostołów pozostali. Byli przekonani, że On ma „słowa życia wiecznego” (J 6,68), nawet jeśli słowa te wydają się tajemnicze i niejasne. Ewidentnie Jezus swoim postępowaniem kwestionował dotychczasowe schematy myślenia współczesnych mu ludzi – a dzisiaj kwestionuje nasze. Chce mieć wpływ na nasze myśli i postępowanie. Pragnie przekazywać nam swoje własne wartości i postawy, abyśmy przez nie mogli się do Niego upodobnić.
W tym miesiącu pragniemy rozważyć jeszcze inną historię, która stawia wyzwanie naszym schematom myślowym – historię kobiety, która namaściła Jezusa kosztownym olejkiem (por. Mt 26,1-13; Mk 14,3-9; J 12,1-8). Zastanowimy się, czy to, co na pozór wydaje się dobrym i logicznym sposobem myślenia, zawsze prowadzi do najlepszych rozwiązań. Okazuje się bowiem, że Jezus chce, abyśmy wznieśli się ponad to, co uważamy za dobre, ku dobru o wiele wyższemu.
Przyjrzyjmy się więc tej historii i zobaczmy, co takiego urzekło Jezusa w geście kobiety – i pozwólmy, aby jej uczynek odsłonił nasze osobiste „systemy operacyjne”.

▌CZEŚĆ DLA JEZUSA
Ewangelista Jan identyfikuje tę kobietę jako Marię, siostrę Łazarza i Marty, natomiast Mateusz i Marek pozostawiają ją bezimienną. Nie wiemy więc do końca, kim była naprawdę. Wiemy za to doskonale, co takiego uczyniła – namaściła Jezusa drogocennym olejkiem. Wyobraźmy sobie przez chwilę tę scenę. Zobaczmy klęczącą kobietę, wpatrzoną w Jezusa wzrokiem pełnym pokory i oddania.
Kobieta znała wartość swego olejku. Wiedziała, że może zachować go dla siebie lub sprzedać za dobrą cenę. Nie zależało jej jednak na tym. Dla niej cena olejku była niczym w porównaniu z Jezusem. Pragnęła poświęcić go dla Niego. Zamiast ubolewać nad stratą cennego olejku, prawdopodobnie zastanawiała się, co jeszcze mogłaby dla Niego uczynić!
Czy miała jakieś osobiste troski i obowiązki? Pewnie tak. Czy miała jakieś zobowiązania finansowe? Być może. Jednak w tym momencie nie liczyło się dla niej nic oprócz Jezusa. Pragnęła za wszelką cenę okazać Mu swoją miłość.
Czego uczy nas ta historia? Tego, że Jezus jest godzien naszego uwielbienia i naszej czci. Kobieta nie przyszła wstawić się za chorą przyjaciółką. Nie przyszła prosić o uzdrowienie dla siebie czy bliskiej osoby. Nie przyszła zabiegać o zaszczytne miejsce w niebie. Przyszła jedynie po to, by złożyć hołd Jezusowi.

▌GORSZĄCA ROZRZUTNOŚĆ
CZY DOBRY UCZYNEK?
Kiedy kobieta namaściła Jezusa, wszyscy, nie wyłączając Apostołów, zareagowali oburzeniem. Uznali ją za rozrzutną i nieodpowiedzialną. „Na co takie marnotrawstwo?” (Mt 26,8) – pytali. Ich reakcja była najzupełniej szczera. Sądzili, że z olejku można by zrobić lepszy użytek, a kobieta mogła wybrać sobie mniej kosztowny sposób okazania czci Jezusowi.
Jezus jednak widział tę sytuację w całkiem innym świetle. Dostrzegł w niej coś pięknego, co głęboko poruszyło Jego serce – i to właśnie ze względu na tę rzekomą rozrzutność. Dostrzegł miłość i oddanie kobiety. Określił nawet jej gest jako „dobry uczynek” i zapowiedział, że ta historia będzie opowiadana wszędzie, „gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię” (Mt 26,10.13).

▌LEKCJA DLA UCZNIÓW
Jezus kochał swoich uczniów i wiedział, że oni również Go kochają. Nie wystarczał Mu jednak fakt, że uczniowie żywią względem Niego przyjazne uczucia. Chciał uformować z nich sługi swego królestwa – podobnie jak czyni to z nami. Aby to się stało, musi od czasu do czasu zakwestionować i skorygować nasze „systemy operacyjne”. Gest kobiety był więc nie tylko dobrym uczynkiem w stosunku do Jezusa, lecz także wspaniałą lekcją dla oburzonych uczniów.
Jezus wiedział, że przy całej wierności, miłości i oddaniu uczniów, mają oni pewne wady, które należy im uświadomić. Byli to przecież ci sami Apostołowie, którzy woleli rozesłać głodne tłumy, niż zająć się nimi (Mt 14,15). Ci sami, którzy kłócili się, który z nich będzie największy w królestwie niebieskim (Łk 22,24). Ci sami, którzy uważali, że Bóg powinien zniszczyć tych, którzy odmówili gościny Jezusowi (Łk 9,54). Ci sami wreszcie, którzy oburzyli się, kiedy dwaj z nich zaczęli załatwiać sobie na boku zaszczytne miejsca w niebie – pragnąc ubiec w tym innych (Mt 20,24).
W jaki sposób Jezus uczynił z gestu kobiety lekcję dla Apostołów? Biorąc ją w obronę. Dał im jasno do zrozumienia, że nie myślała ona o sobie ani o tym, co może uzyskać, oddając cześć Jezusowi. Chodziło jej tylko o to, by obdarować Jezusa, by okazać Mu swoją miłość. To właśnie taka postawa – wyjaśnił Jezus – czyni człowieka „wielkim” w królestwie Bożym, a zarazem wielkim w Bożych oczach.
Po czym Jezus dodał: „Ubogich zawsze macie u siebie i kiedy zechcecie, możecie im dobrze czynić; lecz Mnie nie zawsze macie” (Mk 14,7). Apostołowie mieli wiele okazji do wspierania ubogich i wiele takich okazji czekało ich jeszcze w przyszłości. To był jednak moment święty, chwila spokoju przed burzą męki Jezusa, i dlatego oddając Mu tę przysługę, kobieta dokonała czegoś wielkiego.

▌PROROCZY GEST
Jezus powiedział następnie Apostołom, że poprzez to namaszczenie kobieta przygotowała Jego ciało na pogrzeb (Mt 26,12). Większość teologów wątpi, czy miała ona świadomość, że Jezus wkrótce zostanie pojmany i ukrzyżowany. Jednak Jezus, przyjmując jej gest dobroci, odebrał go jako akt miłości, który miał Go pocieszyć i umocnić w obliczu czekającej Go próby.
Uczynek kobiety kojarzy się również z obrzędem konsekracji króla czy kapłana poprzez namaszczenie świętym olejem. Oczywiście Jezus nie potrzebował takiej konsekracji. Należał już do Boga całkowicie. Był Królem stworzenia, a także doskonale wiedział, jaką misję powierzył Mu Ojciec. A mimo to zachwycił Go gest tej kobiety. Był dla Niego umocnieniem i pociechą, potwierdził też Jego słowa wypowiedziane przed kilkoma dniami do Apostołów, że „Syn Człowieczy będzie wydany na ukrzyżowanie” (Mt 26,2).
To prorocze namaszczenie stało się jedną z nielicznych sytuacji w Biblii, kiedy Jezus przyjmuje od kogoś dar, zamiast go udzielać. Przez lata swej działalności publicznej Jezus dawał siebie niezliczonym ludziom. Teraz, na koniec, na krótko przed Jego ostatecznym oddaniem siebie na krzyżu, przychodzi kobieta, która pragnie jedynie Go obdarować, służąc Mu z czułością i oddaniem.
Także i my możemy usłużyć Jezusowi na wzór tej kobiety. Już nie przez namaszczenie Go olejkiem, ale przez oddanie Mu swego życia w uwielbieniu i posłuszeństwie. Choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, za każdym razem, gdy mówimy „nie” pokusie, gdy poświęcamy choćby krótką chwilę na modlitwę czy pomagamy komuś w potrzebie, służymy Jezusowi. Przynosimy Mu pociechę i ochłodę, dostarczając Mu kolejnego dowodu, że Jego męka nie była daremna.

▌COŚ WIELKIEGO DLA JEZUSA
Nie jest to historia o olejku czy pieniądzach, ale o tym, że jesteśmy w stanie sprawiać radość Jezusowi. Uczy nas ona przełamywać swoje wewnętrzne schematy w konfrontacji z prawdą, że każdy z nas może uczynić wielkie rzeczy dla Jezusa.
Niech ta historia towarzyszy nam w tym miesiącu. Postawmy się na miejscu kobiety namaszczającej Pana. Wyobraźmy sobie spojrzenie Jezusa, który przyjmuje nasz dar. Oby ten opisany w Ewangelii akt ofiarnej miłości poruszył nasze serca i skłonił nas do głębszego oddania życia Jezusowi. ▐


Art. 2:
Woń Świętości
Boża łaska i nasze oddanie

Każdy z nas przechodził kiedyś lub przejeżdżał przez miejsce, gdzie panował straszny odór. Mogło to być wysypisko śmieci, zakład utylizacji ścieków czy przelewające się szambo. W takiej sytuacji marzymy jedynie o tym, by uciec stamtąd, jak najszybciej się da. Z kolei zapach świeżo upieczonego chleba czy bukietu kwiatów zawsze przyciąga. Robimy głęboki wdech i rozkoszujemy się aromatem.
Wyobraź sobie teraz, jaki zapach roznosił się w miejscu, gdzie kobieta namaściła Jezusa. Ewangelia Jana mówi nam, że „dom napełnił się wonią olejku” (J 12,3). Na poziomie dosłownym nie jest to nic zaskakującego. Zwykle używa się zaledwie kilku kropel perfum, tu natomiast został wylany cały flakonik pachnideł. Kiedy ich słodki zapach rozszedł się po domu, z pewnością wszyscy oddychali głęboko, delektując się miłą wonią i doznając relaksu – choćby tylko na chwilę.
Jednak na głębszym poziomie działo się tu coś jeszcze innego. Materialny aromat pachnideł był znakiem duchowego aromatu świętości, płynącego z gestu kobiety. Ten szczególny zapach był połączeniem jej miłości do Jezusa i miłości Boga do niej. Jej akt miłości i oddania miał tak wielki wpływ na duchową atmosferę domu, że Jezus zapowiedział uroczyście: „Gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię, będą również opowiadać na jej pamiątkę to, co uczyniła” (Mt 26,13).
Zachowując w pamięci ten obraz, spróbujmy zobaczyć, czego możemy nauczyć się z tej historii, aby roznosić zapach Bożej miłości w naszym otoczeniu.

▌ODDANIE I POŚWIĘCENIE
Jezus powiedział uczniom, że kobieta spełniła względem Niego „dobry uczynek” (Mk 14,6). Niektórzy tłumacze jeszcze bardziej podkreślają to sformułowanie, mówiąc: „Uczyniła dla Mnie coś pięknego”. Jezus nie powiedział tego z powodu pychy czy próżności. Uznał jej gest za piękny, gdyż odsłonił on tę samą żarliwość, którą płonęło Jego serce.
Nikt nie kazał Jezusowi umierać za nasze grzechy. Nikt Go do tego nie zmuszał. On sam zdecydował się na to z wielkiej miłości do nas. Jezus naprawdę uczynił dla nas „coś pięknego”. Podobnie działo się z tą kobietą. Nikt nie kazał jej namaścić Jezusa. Nikt jej do tego nie zmuszał. Ona sama chciała to zrobić, aby okazać Jezusowi swoją miłość. To właśnie dzięki temu jej czyn stał się piękny!
Jezus powiedział także coś podobnego o ubogiej wdowie, która wrzuciła swoje dwie ostatnie monety do skarbca świątyni (Łk 21,1-4). Jej dar nie był wprawdzie tak kosztowny jak flakonik olejku nardowego, ale dla niej oznaczał bardzo wiele. Jak widzimy, liczy się nie wielkość daru, ale ofiarna miłość, którą on wyraża. Dlatego Jezus pochwalił wdowę, mówiąc, że „wrzuciła więcej niż wszyscy inni” (Łk 21,3).
To samo odnosi się do nas. Jezus ceni sobie każdy otrzymany od nas dar, jeśli wypływa on z ofiarnej miłości. Liczy się nie cena daru czy wysokość ofiary pieniężnej, lecz nasze oddanie i poświęcenie. Mówiąc do Apostołów: „Zostawcie ją” (Mk 14,6), Jezus zwraca się również do nas. Prosi nas, byśmy pozostawili w spokoju tę część nas samych, która pragnie przebywać z Jezusem i Jemu samemu oddawać chwałę i cześć. Nie pozwólmy, by ta część naszego serca została zagłuszona przez różne rozproszenia – dotyczące spraw ważnych lub nieistotnych – które pochłaniają nasz czas i energię, a także osłabiają naszą miłość do Boga. Jeśli chcesz sprawić radość Jezusowi, „marnuj” dla Niego cenny olejek zawarty we flakoniku twego serca. Jezus pochwali twoją ofiarę, jak pochwalił ofiarę kobiety.

▌ZŁĄCZENIE Z JEZUSEM
Ale to jeszcze nie wszystko. Zapach wypełniający dom nie płynął jedynie z olejku. W tym szczególnym momencie oddanie kobiety złączyło się z miłością Jezusa do niej. Bóg przeniknął jej czyn mocą Ducha Świętego i cały dom napełnił się wonią świętości.
To samo widzimy w innych historiach biblijnych. Przypomnijmy sobie kobietę, która przez dwanaście lat cierpiała na krwotok (Mk 5,25-34). Dotknęła ona szaty Jezusa i została uzdrowiona. Jej wiara złączona z Jego mocą zaowocowała momentem łaski. Podobnie kobieta kananejska, która wytrwale wstawiała się do Jezusa za swoją córką, została za to wynagrodzona (Mt 15,21-28). Jej nieustępliwość złączyła się z miłością Jezusa i dziewczynka została uwolniona od złego ducha. Wciąż na nowo spotykamy na kartach Ewangelii osoby, które przychodzą do Jezusa z wiarą, by otrzymać łaskę i błogosławieństwo przekraczające – dzięki temu świętemu zjednoczeniu – wszystkie ich wysiłki.

▌ZŁĄCZENIE SAKRAMENTALNE
To złączenie naszego życia z łaską Bożą realizuje się w najbardziej spektakularny sposób w sakramencie Eucharystii. Kiedy przychodzimy na Mszę świętą z pragnieniem oddania czci Bogu, dzieje się coś wspaniałego. Nasze pragnienie uwielbienia Jezusa i oddania Mu swego serca zostaje przeniknięte mocą Bożą. Kościół zostaje wypełniony wonią miłości, pokoju i łaski. To tak, jakbyśmy przynieśli do kościoła swój własny alabastrowy flakonik z olejkiem i namaścili Jezusa.
W czasie Mszy świętej możemy zaobserwować to najwyraźniej w dwóch momentach. Podczas przygotowania darów ofiarujemy Panu chleb i wino, „owoc ziemi i pracy rąk ludzkich”. Czy nie przypomina to flakonika pachnącego olejku przyniesionego do Jezusa przez kobietę? Chleb i wino, podobnie jak flakonik, symbolizują nasze życie, naszą wiarę, owoce naszych wysiłków. Symbolizują to, czym jesteśmy, a także naszą miłość do Jezusa. Następnie dary te, złożone na ołtarzu, zostają przemienione w Ciało i Krew Chrystusa. To, co jest owocem rąk ludzkich, zostaje przemienione łaską Bożą. Bóg przyjmuje nasze dary i nadaje im zupełnie nowy „zapach”. Przenika je swoją mocą, aby stały się dla nas pokrzepiającym pokarmem. Choć wygląda on jak zwyczajne pożywienie i napój, daje nam o wiele więcej niż tylko podtrzymanie sił fizycznych.
Również podczas przygotowania darów możemy zaobserwować drugi przykład złączenia tego, co Boże, z tym, co ludzkie. Celebrans wlewa wino do kielicha, a następnie dodaje do niego kilka kropel wody, mówiąc: „Przez to misterium wody i wina daj nam, Boże, udział w bóstwie Chrystusa, który przyjął nasze człowieczeństwo”. Gest ten ukazuje nam, że Bóg pragnie zjednoczyć się z nami, aby móc podnieść nas do siebie.
Św. Cyprian napisał kiedyś: „Nie można więc przy święceniu kielicha Pana ofiarowywać tylko samą wodę ani też samo wino. Jeśli bowiem ktoś ofiarowuje samo wino, to krew Chrystusa pozostaje bez nas, jeżeli zaś ofiarowuje się samą tylko wodę, to lud jest bez Chrystusa. Skoro zaś oba się zmiesza i przez to wzajemnie się złączy, dopełnia się duchowa i niebiańska tajemnica”.
W głębi serca wszyscy tęsknimy za zjednoczeniem z Jezusem. Wszyscy pragniemy się z Nim złączyć. To właśnie dokonuje się, ilekroć sprawujemy Eucharystię.

▌NOWA ATMOSFERA
Mówiąc, że cały dom napełnił się wonią olejku, Jan daje nam do zrozumienia, że to życie tej kobiety – jej serce, jej postawa czci i oddania Panu – przemieniło panującą tam atmosferę. Nie była to tylko sprawa pachnidła, ale także jej czystego serca napełnionego Bożą łaską. Całe jej życie stało się jak wonny olejek i wszyscy mogli to dostrzec.
Św. Paweł napisał, że my sami jesteśmy „miłą Bogu wonnością Chrystusa”, niosącą „zapach ożywiający – na życie” (2 Kor 2,15.16). Kiedy oddajemy cześć Jezusowi wszystkim, co posiadamy i czym jesteśmy, stajemy się miłą wonią dla Boga, podobnie jak kobieta z nardowym olejkiem. Zostajemy przemienieni – jak chleb i wino podczas Mszy świętej. Nasze pragnienie przebywania z Jezusem wzrasta, wzmaga się też pragnienie upodobnienia się do Niego. Świadectwo naszego życia za przyczyną mocy Boga zaczyna przemieniać nasze otoczenie, podobnie jak woń olejku napełniła cały dom.

▌BĄDŹ MIŁĄ WONIĄ DLA BOGA
Uczmy się od tej anonimowej kobiety. Postanówmy sobie mocno w sercu przynieść Jezusowi dar naszego uwielbienia i ofiary. Zdobywajmy się dla Niego na poświęcenia, gdyż nasze poświęcenia otwierają Mu drogę i pozwalają wejść w nasze życie ze swoją łaską.
Jezus nigdy nie zachowuje naszej czci i wiary dla siebie. Pomnaża je, jak uczynił to z chlebem i rybą, a potem rozdaje ludziom, których mamy wokół siebie. Każdy z nas może stać się miłą wonnością dla Boga, której zapach roznosi się w naszym otoczeniu. Tak więc już dziś pójdźmy namaścić Jezusa, a potem czyńmy to codziennie, po wszystkie dni naszego życia. ▐

 

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
▌Środa, 1 lipca
Mt 8,28-34
Prosili, żeby odszedł z ich granic. (Mt 8,34)
Kiedy zostaje zażegnane jakieś poważne niebezpieczeństwo, ludzie żywiołowo wyrażają swoją radość, wychodząc na ulice, organizując pochody, wiece i inne spontaniczne demonstracje. Dlaczego więc Gadareńczycy nie tańczyli z radości i nie prosili Jezusa, aby pozostał wśród nich i dokonywał kolejnych cudów? Wyzwolił ich przecież od dwóch opętanych przez demony, którzy terroryzowali całą okolicę. Otóż mieszkańcy Gadary skupili się głównie na tym, co stało się z ich świniami, i wpadli w przerażenie.
Opętani zostali uwolnieni, demony wyrzucone, okolica znowu stała się bezpieczna. Świnie jednak przepadły. Mieszkańcy nie mogli tego przeboleć, dlatego poprosili Jezusa, aby odszedł z ich granic.
Zapytaj siebie: „A co będzie, jeśli poproszę Jezusa o uzdrowienie jakiejś dziedziny mojego życia, a On każe mi najpierw wyzbyć się jakiegoś nałogu?”. Albo: „A jeśli na modlitwie o uzdrowienie stanie się coś dziwnego, nieoczekiwanego?”.
Kiedy pojawia się Jezus, czasami dzieją się rzeczy zaskakujące. Pamiętajmy, że Jego moc jest poza naszą kontrolą. Ta moc, która ma władzę nad demonami, może także „wyrzucić” nas z naszych bezpiecznych kolein i schematów. Zawsze jednak możemy być pewni jednego: Bóg jest po naszej stronie! On stworzył każdego z nas z miłości i kocha nas zawsze, bez zastrzeżeń.
Uświadomienie sobie, czym jest moc Boża, bywa czasem przerażające. Jeśli jednak obawiasz się zaprosić Boga do jakiejś dziedziny swojego życia, przypomnij sobie, co już o Nim wiesz. Jest miłosierny. Choć nieugięty wobec grzechu, to pełen dobroci i łaskawości dla grzesznika. Nienawidzi zła, ale cieszy się tobą. Znajdź dzisiaj czas, by spokojnie usiąść przy Nim i poprosić, by pokazał ci, kim jest i kim ty jesteś dla Niego. A wtedy radość i nadzieja rozproszą wszystkie twoje lęki.
„Jezu, chcę, żebyś działał w moim życiu, ale boję się, co zrobisz z różnymi «świniami», na których mi zależy. Daj mi pewność Twojej miłości, abym umiał Tobie zaufać.”
Rdz 21,5.8-20
Ps 34,7-8.10-13

▌Piątek, 3 lipca
Św. Tomasza, Apostoła
Ef 2,19-22
Jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga. (Ef 2,19)
Wszyscy mamy szczególne miejsca czy instytucje, z którymi czujemy się związani, takie jak rodzinna miejscowość, szkolna drużyna sportowa czy partia polityczna. Jednak nasza lojalność wobec nich blednie w porównaniu z lojalnością wobec rodziny i bliskich przyjaciół. Kiedy więc Paweł mówi nam, że jesteśmy domownikami Boga i należymy do Jego rodziny, oznacza to coś bardzo wielkiego!
Przyjrzyjmy się zmaganiom Apostoła Tomasza z jego nową tożsamością. Kochał on Pana i z pewnością chciał, żeby doniesienia o Jego zmartwychwstaniu okazały się prawdą, jednak wciąż nie mógł wznieść się ponad zwykły ludzki sposób myślenia. Jezus wyszedł więc na spotkanie Tomasza tam, gdzie on się znajdował, i doprowadził go do wiary. Zauważmy jednak, co mu powiedział: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29). Innymi słowy, błogosławieni są ci, którym lojalność w stosunku do Jezusa pomaga przekraczać ich ludzkie ograniczenia i dotykać Go przez wiarę.
To ciekawe, że postawienie na pierwszym miejscu wierności wobec Jezusa pomaga nam dochować wierności innym ważnym osobom w naszym życiu. Pokładając w Nim wiarę, znajdujemy mądrość potrzebną do wychowywania dzieci i kochania współmałżonka. Życie dla Chrystusa otwiera nas na Ducha Świętego, który uzdalnia nas do rzetelnej pracy, a także napełnia pokojem, który daje świadectwo radości Ewangelii. Ludzka logika i zdrowy rozsądek mogą nam być w tym bardzo pomocne, wyobraźmy sobie jednak, o ileż więcej światła otrzymamy, gdy będziemy złączeni z Panem!
Czy zdarza ci się czasem rozumować jak Tomasz? „Kiedy Bóg przekona mnie, że jest tak, jak mówi, uczynię to, czego chce”. Jezus będzie z nami współpracował także w takich sytuacjach, podobnie jak współpracował z Tomaszem, ale pragnie byśmy w końcu przestali stawiać Mu warunki. Pragnie, byśmy uwierzyli, że naprawdę jesteśmy domownikami Boga, i aby ta wiara kierowała każdym naszym słowem i uczynkiem. Jezus chce być naszym pasterzem i przyjacielem, który wszystkim poddającym się Jego prowadzeniu mówi: „Pokój wam!”
(J 20,26).
„Panie, dziękuję Ci za to, że wprowadziłeś mnie do swojej rodziny.”
Ps 117,1-2
J 20,24-29

▌Niedziela, 5 lipca
Ez 2,2-5
Synu człowieczy, posyłam cię… (Ez 2,3)
Bezczelni buntownicy o zatwardziałych sercach. Dlaczego Bóg miałby zadawać sobie trud posyłania proroka Ezechiela z przesłaniem do ludzi, którzy w ogóle nie mieli ochoty go słuchać? Wydaje się to stratą czasu. Jednak nasz Bóg jest aż tak hojny w swojej miłości!
Bóg chce mówić do swojego ludu! W czasach Starego Testamentu posyłał proroków. Następnie posłał swego Syna. Dziś czyni swoimi wysłannikami nas wszystkich. W sposób oczywisty nasuwa się więc wniosek, że On rzeczywiście pragnie do nas mówić! Jego pragnienie łączności z nami jest tak wielkie, że nic nie może Go powstrzymać.
Dzisiejsze czytanie ukazuje nam również, że nasza postawa nie jest w stanie zmienić tego Bożego pragnienia. Bóg posłał Ezechiela ze swoim słowem do ludu, dobrze wiedząc, że jest to lud twardego serca. Nie powiedział prorokowi, że ma ich unikać. Nie posłał go jedynie do ludzi świętych, oczekujących, otwartych. Widzimy to także w Ewangelii – Jezus przemawiał do mieszkańców swego rodzinnego miasta, chociaż wielu z nich Go odrzuciło.
Dziękujmy Bogu za Jego nieustępliwość! Być może jesteś teraz na takim etapie, że czujesz się wyjątkowo otwarty na Boga. Wychwalaj Go za to! A może borykasz się z trudnościami? Może zostałeś zraniony i teraz przeżywasz opór przed słuchaniem słowa Bożego dotykającego jakiejś dziedziny twojego życia? Bóg się tym nie zraża. Wciąż próbuje dotrzeć do ciebie, by dać ci zakosztować swojej miłości i prowadzić cię przez życie.
Bądź pewien, że także i dziś Bóg posyła do ciebie swoich wysłanników. Miej więc uszy otwarte! Próbuj Go słuchać w dosyć oczywistych miejscach, jak Msza święta czy kontakty z bliskimi. Ale pozwól Mu też przemówić do ciebie w sposób bardziej nieoczekiwany – przez reklamę telewizyjną, znak drogowy czy jeszcze inny zaskakujący sposób. Pozwól, by Jego słowo dotknęło twego serca, by fala Jego tęsknoty za tobą zmyła wszystkie przeszkody. On posyła do ciebie swoje słowo. Przyjmij je, a ono cię podźwignie!
„Panie, jestem zdumiony, że nie przestajesz do mnie mówić także wtedy, gdy mam zły humor lub gdy izoluję się od wszystkich. Dziękuję Ci za Twoją nieustępliwą miłość.”
Ps 123,1-4
2 Kor 12,7-10
Mk 6,1-6

▌Sobota, 11 lipca
Św. Benedykta, opata, patrona Europy
Ps 34,2-4.6.9.12.14-15
Chcę błogosławić Pana w każdym czasie, na ustach moich zawsze Jego chwała. (Ps 34,2)
Ze św. Benedyktem kojarzy się powszechnie maksymę ora et labora – módl się i pracuj. Jednak rozmawiając z benedyktynem czy benedyktynką, dowiemy się szybko, że tych przypisywanych niekiedy św. Benedyktowi słów nie znajdziemy w jego słynnej Regule. Jej ducha o wiele lepiej wyraża formuła: „Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony”. We wszystkim, czyli i w modlitwie, i w pracy, i w odpoczynku, i w kontakcie z drugim człowiekiem. Taka postawa – choć niełatwa i praktycznie będąca zadaniem na całe życie – prowadzi do radości zjednoczenia z Bogiem. I jesteśmy do niej wezwani wszyscy.
To benedyktyńskie hasło, choć pięknie brzmiące, może budzić wiele pytań i obaw. Jak Bóg może być uwielbiony w moich banalnych zajęciach, w trudnych relacjach panujących w mojej rodzinie, w moich lękach i frustracjach, w codziennym chaosie tak dalekim od ciszy klasztoru, w środowisku pracy, gdzie niewielu podziela moje poglądy? Nawet tęskniąc za Bogiem i szczerze pragnąc Mu służyć, często wolimy szukać Go w przeżyciach związanych z rekolekcjami, pięknymi nabożeństwami niż w zwyczajnym życiu. I tu właśnie możemy skorzystać z kilku rad św. Benedykta.
W liście apostolskim, wydanym z okazji 1500. rocznicy urodzin Świętego, papież Jan Paweł II odnosi niektóre elementy duchowości benedyktyńskiej do życia każdego chrześcijanina. Papież pisze, że „św. Benedykt pokazuje drogę życia, której charakterystyczną cechą jest wielka równowaga. Tą drogą, łączącą samotność ze współżyciem z ludźmi, a modlitwę z pracą, powinien iść także człowiek świecki naszych czasów... aby w pełni zrealizować swoje powołanie”.
Nie da się jednak w ten sposób uporządkować życia o własnych siłach. Dlatego Papież pisze we wspomnianym liście również o „małej klauzurze” serca, gdzie będziemy mogli przestawać z Bogiem. Każdy z nas, obojętnie kim jest, potrzebuje pewnej dozy samotności, która pozwoli słuchać słowa Bożego. Ono bowiem da nam nowe zrozumienie spraw i wydarzeń, światło na konkretne sytuacje naszego życia, poczucie, że to Bóg, a nie my sami czy ślepy los, panuje nad wszystkim.
Praktyka dowodzi, że nie jest to kwestia czasu czy jego braku, lecz kwestia naszej decyzji – tego, czy zechcę otworzyć się przed Bogiem i pozwolić, by Jego słowo wyprowadzało życie z mojego chaosu.
„Panie, Ty widzisz moje życie – to, z czego jestem dumny, ale i to, czego się wstydzę. Przemień je swoim słowem, aby mogło przynieść Ci chwałę.”
Prz 2,1-9
Mt 19,27-29

▌Niedziela, 19 lipca
Mk 6,30-34
Zlitował się nad nimi. (Mk 6,34)
W dzisiejszej Ewangelii spotykamy Jezusa, który miał zarazem powód do smutku, jak i do radości. Powodem do smutku było to, że Jan, jego krewny i przyjaciel, został ścięty z rozkazu Heroda. Do radości, gdyż Apostołowie powrócili właśnie z bardzo udanej wyprawy misyjnej. Uzdrawiali chorych, wyrzucali złe duchy, doprowadzili wielu ludzi do nawrócenia.
Wysłuchawszy relacji Apostołów, Jezus udał się z nimi na miejsce pustynne, aby tam odpocząć, „tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu” (Mk 6,31). Kiedy jednak okazało się, że w ślad za nimi podąża tłum ludzi, zmienił swoje plany i zaczął ich nauczać.
Można powiedzieć, że w tym wypadku współczucie Jezusa wzięło górę nad rozsądkiem. Zamiast pozwolić odpocząć uczniom i sobie, Jezus skoncentrował się na potrzebach ludzi, którzy do Niego przyszli. Ulitował się nad nimi, widząc, że są „jak owce nie mające pasterza” Mk 6,34). Także Apostołowie zrezygnowali ze swojego odpoczynku, aby służyć ludziom.
Oczywiście rozsądek nie jest niczym złym. Jezus z pewnością pragnie, by w naszym życiu panował ład, byśmy stawiali sobie cele i je realizowali. Oczekuje od nas jednak także pewnej elastyczności, która pozwoli nam zmodyfikować nasze plany, gdy zajdzie taka potrzeba i gdy przynagli nas do tego Duch Święty.
Uczmy się więc odczytywać natchnienia Ducha, aby rozsądna i usystematyzowana część naszej natury nie przyćmiła całkowicie tej współczującej i spontanicznej. Możesz na przykład poczuć przynaglenie, by odezwać się do jakiejś osoby wychodzącej z kościoła po Mszy świętej lub spotkanej w sklepie spożywczym. Możesz poczuć, że Bóg pragnie, abyś właśnie w tej chwili przytuliła męża czy dziecko lub odłożyła to, co robisz, i na chwilę zatopiła się w modlitwie czy lekturze Biblii. Kiedy czujesz takie natchnienie, idź za nim! Nigdy nie wiesz, co się może wydarzyć!
„Duchu Święty, pomóż mi otworzyć się na Twoje natchnienia. Nie chcę być aż tak skupiony na swoich sprawach, by nie móc usłyszeć Twojego głosu. Panie, uczyń moje serce podatnym na Twoje słowo.”
Jr 23,1-6
Ps 23,1-6
Ef 2,13-18

▌Sobota, 25 lipca
Św. Jakuba, Apostoła
2 Kor 4,7-15
Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych. (2 Kor 4,7)
Czy pod koniec długiego, wyczerpującego dnia nie czujesz się czasami jak gliniane naczynie – i to w dodatku pęknięte? Gdyby ktoś poprosił, żebyś zajął się jeszcze choćby jedną drobną sprawą, cisnęłoby ci się na usta: „Nie jestem w stanie… Nie dam rady… To niemożliwe”.
Apostoł Jakub także był naczyniem glinianym. Jego zajęciem było łowienie ryb, ciężka fizyczna praca, którą zajmowali się ludzie prości. Miał wybuchowy charakter, czym podobnie jak jego brat, Jan, zasłużył sobie na przydomek „syn gromu”. Pamiętajmy, że to ci dwaj chcieli sprowadzić ogień z nieba i zdziesiątkować ludność miasta, które nie przyjęło Jezusa (Łk 9,54)!
Wydaje się, że Jakubowi trudno było zrozumieć posłannictwo Jezusa. Po tak długim przebywaniu z Nim i patrzeniu, jak poświęca się trosce o poranionych i nieszczęśliwych, zależało mu przede wszystkim na zapewnieniu sobie prestiżowego miejsca w nowym królestwie (Mt 20,20-28).
Jednak pomimo tych słabości Jakuba, Jezus zaprosił go do grona swoich najbliższych uczniów. Jakub był obecny podczas przemienienia Jezusa na górze Tabor, podczas wskrzeszenia z martwych dwunastoletniej dziewczynki, a także Jego zmagania w Ogrodzie Oliwnym, by zjednoczyć swoją wolę z wolą Ojca. Jakub obserwował z uwagą wszystkie te wydarzenia, próbując pogłębiać swoje zrozumienie i posłuszeństwo. Jego wysiłki nie były daremne.
Kiedy następnym razem poczujesz się jak naczynie gliniane: „znoszący cierpienia i niedostatek… prześladowany… obalany na ziemię” (por. 2 Kor 4,8-9), zwróć swą uwagę na skarb, który masz w tym naczyniu. Twoje własne siły są już może na wyczerpaniu, ale żyje i działa w tobie ta sama moc, która przemieniła Jakuba. Oby Jakub i wszyscy pozostali Apostołowie wstawiali się za nami i pomagali nam uczyć się polegania na łasce, której Bóg nam udziela!
„Jezu, Ty jesteś moim największym skarbem. Dziękuję Ci za to, że mnie wybrałeś, tak jak kiedyś wybrałeś Jakuba. Panie, składam me życie u Twoich stóp.”
Ps 126,1-6
Mt 20,20-28

 


MAGAZYN
Przez klęski do sukcesu
Zaskakujący przypadek Solanusa Caseya

O. Solanus Casey, furtian klasztoru św. Bonawentury w Detroit, tego ciepłego letniego dnia 1941 roku spotkał się już z wieloma ludźmi. Przychodzili do niego przyciągnięci sławą jego dobroci, mądrości – i cudów. Jednym z tych, którzy zatrzymali się przy jego furcie, był jego współbrat kapucyn, który szedł właśnie na pilną wizytę do dentysty. Pobłogosławiony przez Solanusa, natychmiast został uzdrowiony. Kiedy w drodze powrotnej pojawił się znowu, by powiadomić Solanusa, że dentysta stwierdził u niego doskonały stan uzębienia, spotkała go kolejna niespodzianka.
„Trzeba to uczcić!” – powiedział Solanus, otwierając szufladę biurka i wydobywając z niej otrzymane przed półgodziną rożki lodowe. Pomimo upału nie roztopiły się ani trochę.
Papież Franciszek zauważył kiedyś, że Bóg jest „Bogiem niespodzianek”. Z pewnością doświadczyły tego tysiące ludzi, którzy doznali uzdrowienia, duchowego wsparcia i innych łask poprzez posługę o. Solanusa Caseya. Największą z niespodzianek było jednak to, że łaski te przyszły za pośrednictwem człowieka, którego życie kapłańskie było pasmem niepowodzeń i któremu powierzano tylko najbardziej podrzędne zajęcia.

▌KRĘTA DROGA
DO KAPŁAŃSTWA
Ten skromny kapłan, posługujący wielkimi nadprzyrodzonymi darami, wychował się jako Barney Casey w wielodzietnej rodzinie irlandzkich imigrantów w Wisconsin. Był zwyczajnym chłopcem, który w czasie wolnym od pomocy rodzicom w gospodarstwie lubił polować, grać w baseball ze swoimi dziewięcioma braćmi, płatać figle i fałszować na skrzypcach.
Dzięki mocnej wierze rodziców młody Barney wcześnie nabrał nawyku modlitwy osobistej, a zwłaszcza codziennego różańca. Myślał nawet o tym, by zostać księdzem, zamiast jednak wstąpić do niższego seminarium, jak czyniło to wielu młodzieńców w jego czasach, poszedł do pracy, by pomóc w utrzymaniu rodziny. Imał się rozmaitych zajęć, będąc kolejno drwalem, złotą rączką, strażnikiem więziennym i wreszcie motorniczym tramwaju. W jakimś momencie zakochał się i nawet oświadczył swojej wybrance, jednak na przeszkodzie tym planom stanęła matka dziewczyny, która uznała, że jej córka jest jeszcze za młoda na małżeństwo.
Pewnego dnia w czasie pracy, wciąż niepewny co do swojej życiowej drogi, Barney był zmuszony gwałtownie zatrzymać swój tramwaj. Nieoczekiwanie wyrósł przed nim tłum ludzi otaczający leżącą na torach martwą kobietę i jej zabójcę stojącego nad nią z zakrwawionym nożem. Wstrząśnięty Barney całą noc modlił się za nich oboje i zastanawiał się, co może zrobić on sam, by powstrzymać przemoc i zło. Wkrótce doszedł do przekonania, że Bóg powołuje go do kapłaństwa.

▌SUKCES RACZEJ
MAŁO PRAWDOPODOBNY
Problemy Barneya miały się jednak dopiero zacząć. Początkowo wstąpił do seminarium diecezjalnego w Milwaukee, został jednak zwolniony z powodu słabych ocen. (Zdecydowanie nie pomogło mu to, że zajęcia odbywały się w języku niemieckim i korzystano z łacińskich podręczników!) Powrócił do domu z poczuciem zawodu. Jednak po odprawieniu nowenny usłyszał głos Matki Bożej, która wskazała mu franciszkański zakon kapucynów i ich seminarium w Detroit. Rozpoczynając tam postulat, przyjął imię Solanus.
Jednak i tu, pomimo szczerych wysiłków, nie zdołał osiągnąć zadowalających wyników w nauce. Jego przełożeni nabrali wątpliwości, czy ma on wystarczające możliwości intelektualne, by zostać kapłanem. Polecili mu więc podpisać oświadczenie, w którym wyznawał swoje „nikłe zdolności” i zdawał się na ich wolę w kwestii święceń.
Trzy lata później Solanus został wyświęcony – ale w trybie „prostym”. Oznaczało to, że mógł odprawiać Mszę świętą, ale nie wolno mu było słuchać spowiedzi i wygłaszać homilii. Ponieważ nie miał zwyczaju dzielić się swoimi uczuciami, możemy sobie jedynie wyobrazić, jaki zawód przeżywał, widząc, że dziesięć lat ciężkiej pracy przyniosło tak mizerny skutek.
Solanus mógł zakwestionować decyzje przełożonych lub zacząć użalać się nad swoją ciężką dolą. Mógł też z rezygnacją poddać się losowi, zgadzając się na to, że do końca życia będzie kapłanem „drugiej kategorii”. Tu jednak zaczynają się niespodzianki. Solanus przyjął werdykt z radością, widząc w nim autentyczne Boże wezwanie dla siebie. Zresztą zawołanie: „Deo gratias!”, czyli „Bogu niech będą dzięki!”, było jego charakterystyczną reakcją na wszelkiego rodzaju wydarzenia. Jak napisał później: „Gdybyśmy tylko potrafili docenić świętą wiarę i niezliczone błogosławieństwa z niej płynące… nigdy nie mielibyśmy czasu na to, by się czymkolwiek martwić”.
Być może właśnie w postawie wdzięczności leży sekret tego, co najbardziej zaskakujące w życiu o. Solanusa – fakt, że ktoś, kto miał wszelkie podstawy ku temu, by uważać się za nieudacznika, przekroczył oczekiwania wszystkich po prostu dlatego, że miał oczy utkwione w Bogu.

▌BOŻY ODŹWIERNY
Na początku nikt nie spodziewał się wiele po o. Caseyu. Przydzielony do klasztoru i parafii kapucynów w Yonkers, w stanie Nowy Jork, otrzymał tam skromne zadania: otwieranie drzwi i witanie gości. Nieoczekiwanie radosny furtian o szczupłej sylwetce, niebieskich oczach i cienkim głosie stał się wkrótce przyjacielem wszystkich odwiedzających klasztor.
Ludzie szybko odkryli, że o. Solanus ma niezwykłą intuicję duchową, krzepiącą osobowość i anielską cierpliwość. Poświęcał każdemu z gości tyle czasu, ile ten potrzebował. Wkrótce jego sława zaczęła zataczać coraz szersze kręgi – i to nie tylko dlatego, że potrafił cierpliwie słuchać.
Spośród osób zapisywanych przez niego do Stowarzyszenia Mszy Serafickich – co było formą prośby o modlitwę wstawienniczą ojców kapucynów – tak wielu dawało świadectwo otrzymanych łask, że przełożeni polecili Solanusowi prowadzić ich rejestr. Łaski nie ustawały także po przeniesieniu o. Solanusa do klasztoru w Detroit, gdzie był furtianem przez kolejne dwadzieścia jeden lat. Trwały nawet po jego „przejściu na emeryturę”, gdyż ludzie wciąż powierzali mu swoje intencje czy to osobiście, czy to drogą pocztową. Do końca życia o. Casey zapełnił siedem brulionów, odnotowując ponad sześć tysięcy wysłuchanych modlitw!

▌ŁASKI I SŁABOSTKI
Niektóre z tych „łask”, jak nazywał je o. Solanus, były uzdrowieniami fizycznymi. Kobieta, której dawano trzy dni życia, została uzdrowiona z zapalenia płuc. Chłopiec z nogami zesztywniałymi wskutek choroby Heinego-Medina zadziwił swoich rodziców schodząc ze schodów. Napływały świadectwa uzdrowienia ze ślepoty, gangreny, utraty pamięci, raka, głuchoty i chorób serca.
Miały też miejsce uzdrowienia emocjonalne i duchowe. Ludzie byli uwalniani od alkoholizmu i depresji. Niektórzy zostali zawróceni znad krawędzi samobójstwa. Zdarzały się też cudowne nawrócenia. Pewnego dnia zjawił się zagorzały komunista, który oznajmił, że nienawidzi księży i ma ochotę zabić o. Caseya. „Warto by to przedyskutować” – odpowiedział o. Solanus. Wystarczyło mu kilka minut, by doprowadzić tego człowieka do nawrócenia.
O. Solanus miał również dar proroctwa. Często czytał w sercach ludzi i mówił im, co stanie się z nimi lub ich bliskimi. Prawie od niechcenia wypowiadał zdania typu: „Tak, zostaniesz zakonnicą”, „Nie modlisz się ostatnio” lub „Nie martw się, do rana mu się poprawi”. Pewnego razu na pikniku parafialnym podeszła do niego kobieta zrozpaczona z powodu odejścia swego ojca od Kościoła. Wysłuchał jej, jedząc hot doga z musztardą i kiszoną kapustą, i przepowiedział – zgodnie z prawdą – że jej ojciec powróci do wiary. Mężczyźnie, którego żona była w przededniu operacji, powiedział, że operacja okaże się zbędna, i kobieta wkrótce powróci do domu, po czym, wciąż będąc kibicem baseballa, zagadnął: „A teraz powiedz mi, jak tam wyniki Tygrysów Detroit”.
Tysiące ludzi, którzy do niego przychodzili, z pewnością nie spodziewały się, że znany cudotwórca może być kimś tak zwyczajnym. „Dziwacznym” – dodaliby może niektórzy z jego braci kapucynów. Miał bowiem swoje oryginalne przyzwyczajenia, jak na przykład wkładanie wszystkich produktów żywnościowych – płatków, kawy, soku pomarańczowego, ziemniaków i lodów – do jednej miski przy posiłkach, czy uspokajanie pszczół z przyklasztornej pasieki przy pomocy gry na harmonijce ustnej. Zdarzało mu się też grywać na swych piskliwych skrzypcach przed Najświętszym Sakramentem!

▌DZIĘKUJ BOGU Z GÓRY
Inną niespodzianką dla odwiedzających było to, że o. Solanus miał wobec nich pewne oczekiwania. Zwykle po wysłuchaniu ich opowieści zachęcał do modlitwy i polecał z góry dziękować Bogu za wszystkie łaski, których im udzieli. „Miej wiarę! Ufaj Bogu!” – mawiał, niekiedy ze łzami w oczach. Następnie polecał im wyrazić swoją wiarę w jakiś konkretny sposób, na przykład wspierając ubogich czy podejmując lekturę duchową.
Nie było jednak bardziej wytrwałego i pełnego wiary „błagalnika” od samego o. Solanusa. Choć codziennie spędzał dwanaście lub więcej godzin służąc potrzebującym, wczesnym rankiem lub późnym wieczorem przebywał w kaplicy zatopiony w modlitwie.
Wreszcie, w wieku osiemdziesięciu sześciu lat, w wyniku poważnej przewlekłej choroby skóry, o. Solanusa zaczęły opuszczać siły. Bolesne rany zadawały mu nieznośny ból. „Boli mnie całe ciało” – przyznawał, przy czym jego rozpromieniona twarz nie wyrażała niczego poza wdzięcznością. To samo było treścią jego ostatnich słów wypowiedzianych na łożu śmierci, 31 lipca 1957 roku. Siadając nagle na łóżku, o. Solanus wyciągnął ręce i powiedział: „Oddaję swoją duszę Jezusowi Chrystusowi”.

▌ZASKOCZONY SOLANUS
W ciągu trzech dni po jego śmierci ponad dwadzieścia tysięcy ludzi złożyło hołd temu prostemu kapłanowi, który nigdy nie wysłuchał ani jednej spowiedzi, ale jako furtian otworzył wielu bramę wiodącą do Boga.
Ogłoszony sługą Bożym przez papieża Jana Pawła II w 1995 roku, o. Solanus do dziś nie przestaje otwierać drzwi. Wciąż napływają świadectwa wysłuchanych za jego pośrednictwem modlitw. Są ich już tysiące, jak mówi Richard Merling, dyrektor Bractwa Solanusa Caseya w Detroit. „Mamy już co najmniej osiem szuflad próśb i podziękowań za otrzymane łaski. Dokonuje się wiele przepięknych uzdrowień. On wciąż porusza ludzi”.
O. Solanus Casey, który reagował podziwem na każdy cud i nigdy nie przypisywał go sobie, byłby tym zaskoczony. Niewykluczone, że w ostatecznym rozrachunku człowiekiem najbardziej zdumionym tym, jakie owoce przyniosło jego życie, okazałby się właśnie sam Solanus. ▐

Adoracja – modlitwą obecności

Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Wiemy z potocznego doświadczenia, co to znaczy być obecnym lub nieobecnym. Mówimy, że ktoś przebywa tu wprawdzie fizycznie, ale duchem jest zupełnie nieobecny, albo że ktoś jest wprawdzie daleko, ale za to jest „obecny myślami”. Bóg w Najświętszym Sakramencie jest w sposób niepojęty obecny – cały skierowany ku temu, kto do Niego przychodzi. W kawałku chleba skupia się miłość Ojca, Syna i Ducha Świętego: „Oto moje Ciało za was wydane, oto moja Krew za was wylana” (por. Łk 22,19-20). To nie jest obecność kogoś, kto obserwuje, pozostając na zewnątrz. To jest pełna współczucia obecność kogoś, kto „wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” (Mt 8,17).
Pismo Święte porównuje miłość Bożą do pełnej uwagi, oddania i zachwytu miłości matki wobec niemowlęcia: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15) „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie” (Iz 54,10). Miłość Boża jest w nieporównanie większym stopniu bezinteresowna niż miłość matki. Przypowieści o zagubionej owcy i o synu marnotrawnym wprowadzają pojęcie Boga miłosiernego, który najbardziej kocha największego grzesznika. Chrystus idzie najdalej, gdy objawia, że utożsamia się z najbiedniejszymi. Mówi, odnosząc te słowa do siebie: „Bo byłem głodny, byłem spragniony, byłem nagi, byłem w więzieniu, byłem chory, byłem przybyszem” (por. Mt 25,35-45). To miłość posunięta „do końca” (J 13,1), do stania się Eucharystią.
W Eucharystii spotykamy najbardziej niepojętą obecność, rzeczywistą obecność. Jan Paweł II nazywa ją „obecnością zbawczą”. Obecność kogoś, kto jest nieskończenie inny, a jednocześnie nieskończenie bliski, jest wewnątrz, bliższy człowiekowi, niż człowiek może być samemu sobie. Jest w jego najtajniejszej głębi jako źródło życia i miłości, jako „imię nowe” (Ap 2,17). Z jednej strony adorujemy w Eucharystii Boga najwyższego, z drugiej powoli odkrywamy – przez wiarę – że jest obecny w naszych sercach. Dlatego nawet gdy zamykamy oczy, nie gubimy Go, nie tracimy z oczu, gdyż wtedy – nieraz jeszcze wyraźniej – możemy Go dostrzec oczami duszy.
Wobec tak niepojętej tajemnicy najlepszą rzeczą, jaką można zrobić w czasie adoracji, jest poddanie się promieniowaniu tej obecności, otwieranie się na nią. Przyzwolenie w sposób jak najbardziej bierny, by ona działała, nie my. Monstrancje najczęściej mają kształt słońca. Hostię otaczają złociste promienie. Ta starożytna symbolika może być pomocna w adoracji. Człowiek, który chce się opalić, pozwala działać słońcu i doskonale wie, że nie on działa, lecz słońce. On musi jedynie przez pewien czas „wystawić się na działanie” promieni słonecznych. Dlatego pierwszym warunkiem, by wejść w promieniowanie Eucharystii, jest cisza.
Tak jak w rozmowie, by usłyszeć, co ktoś chce powiedzieć, trzeba przerwać potok własnej wymowy, a najlepiej również – by faktycznie wsłuchać się w mówiącego – własnych myśli, tak i tu, trzeba się zatrzymać, zrezygnować choć na chwilę ze swojej aktywności, nie zasypywać Pana Boga słowami i prośbami, lecz otworzyć się na to, co On mówi. A Jego językiem w Eucharystii jest cisza. Jest to cisza Boża, inna od ludzkiej, cisza pulsująca miłością, osobowa, cisza, w której Bóg daje siebie. Trwanie w ciszy adoracji tworzy przestrzeń, w której można doświadczyć, że jest się kochanym. To doświadczenie dokonuje się na głębszym poziomie niż słowa.
„Wszystkie słowa, jakie Bóg wypowiedział, są dla nas tajemnicą, ale Tajemnicą samą w sobie jest Jezus, który daje nam swoje ciało, to znaczy swoje serce, na pokarm… i który pragnie, żebyśmy Go przyjmowali jako najgłębszą tajemnicę naszego życia. Dlatego daje siebie w ciszy. Chce zrodzić w nas ciszę, ciszę adoracji” – pisze o. Marie-Dominique Philippe, założyciel Wspólnoty św. Jana, w książce Iść za Barankiem (Warszawa 2007, s. 35).
Adoracja jest jedyną w swym rodzaju modlitwą obecności. Przychodzimy, gdyż Ktoś na nas czeka. Zostajemy, bo jest tu Ktoś, kto pragnie, byśmy z Nim pozostali. „Gdy kontemplujemy Go w świętym sakramencie ołtarza, Chrystus zbliża się do nas i wnika w nas głębiej niż my sami; przez przemieniające zjednoczenie z sobą daje nam udział w swoim Boskim życiu, a przez Ducha otwiera nam dostęp do Ojca” – napisał Jan Paweł II w Liście z okazji 750-lecia święta Bożego Ciała. W encyklice O Eucharystii w życiu Kościoła złożył bardzo osobiste świadectwo: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca (…) Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!” (25).
Adoracja uczy stawania się samemu obecnym, uważnym i cierpliwym wobec tych, którzy są wokół.

▌ADORACJA
– NAJWYŻSZA CZEŚĆ
Adorować znaczy dosłownie „upaść” na twarz czy do nóg. Taką postawę przyjmowano w starożytności wobec jakiegoś władcy czy pana. Abraham „padł na oblicze”, gdy Pan mu się ukazał. „Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz” – śpiewamy w liturgii. Głęboki pokłon – podobnie jak pokłon Trzech Króli przed Dzieciątkiem – wyraża najwyższą cześć. Mówimy o Najświętszym Sakramencie, gdyż w Nim jest ukryty sam Dawca łaski i wszystkich sakramentów. „Przed tą szczególną obecnością Kościół od wieków pochyla się w geście adoracji” – napisał Jan Paweł II w Liście do kapłanów na Wielki Czwartek 2002.
Upadając przed Nim, wyrażamy przekonanie, że jest jedynym Panem. „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz” (Mt 4,11) – odpowiada Chrystus demonowi na pokusę władzy. Św. Paweł stwierdza, że bez pomocy Ducha nie można powiedzieć z pełnym przekonaniem: „Panem jest Jezus” (1 Kor 12,3). Podobnie bez pomocy Ducha nie można Go adorować. Adoracja jest modlitwą w Duchu. Taką jak ta, o której Jezus mówił Samarytance: „Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec: Bóg jest duchem; potrzeba więc, aby czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu” (J 4,23-24).
Pozostawanie w adoracji w milczeniu wyraża cześć, której nie są w stanie wyrazić słowa. Słowa są za małe. Trwanie w ciszy pozwala wejść w najbardziej duchowy wymiar modlitwy. Najgłębszy kontakt z Bogiem dokonuje się bez słów, w spotkaniu serca z sercem. Patrzenie ze czcią na Hostię oczyszcza ludzkiego ducha z tego, co jest w nim skalane czczeniem bożków. Uznanie panowania jedynego Pana oznacza wyrzeczenie się innych bóstw. Zerwanie z kłanianiem się pieniądzom, wizerunkowi, karierze, wygodzie, wszelkim formom okultyzmu. Przede wszystkim jednak oznacza zgodę na przebaczenie i pojednanie.
Adoracja wymaga wiary. Bez wiary nie sposób wytrzymać na adoracji nawet pięciu minut. Dlatego też Kościół udziela odpustu cząstkowego wiernemu, który nawiedza Najświętszy Sakrament w celu adoracji. Jeżeli adoracja trwa co najmniej pół godziny, odpust będzie zupełny, pod zwykłymi warunkami. Adoracja daje też wiarę, tworzy klimat, w którym Duch Święty może działać.
Prorokiem adoracji naszych czasów nazywa się bł. Karola de Foucauld (1858-1916). W okresie gdy żył w Nazarecie, pisał do swego ojca duchowego, że właściwie nie potrafi już się modlić. Próbuje czytać, rozmyślać, rozważać, odmawiać gotowe modlitwy – nic mu nie wychodzi – to nie jest obecność. Jedyne, co może robić, to trwać godzinami przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. A kiedy już tam jest, pozostaje oschły, jałowy, bez jakiejkolwiek myśli. Pyta sam siebie, czy to jest jeszcze modlitwa, i coraz bardziej odkrywa, że tak. Właśnie ona stanie się jego modlitwą, a po jego śmierci, powstałych z jego inspiracji zgromadzeń Małych Braci i Małych Sióstr Jezusa.
Jeden z Małych Braci, Carlo Caretto, doskonale opisał w Listach z pustyni, co dzieje się z człowiekiem trwającym dłużej na adoracji. Odbywał nowicjat na pustyni, na Saharze. Miał spędzić tydzień w grocie sam na sam z Panem Jezusem eucharystycznym, wystawionym dzień i noc. Kapłan odprawił Mszę świętą na ołtarzu z kamieni i odszedł. „Cisza na pustyni, cisza w grocie, cisza w Najświętszym Sakramencie. Żadna modlitwa nie jest tak trudna jak adoracja Najświętszego Sakramentu. Natura ludzka buntuje się ze wszystkich sił. Wolałoby się raczej kamienie dźwigać w żarze słońca. Zmysły, umysł, wyobraźnia – to wszystko jest umartwione. Tylko wiara tryumfuje” (Warszawa 2006, s. 26). Wreszcie po pewnym czasie zmysły się uspokajają, a wtedy modlitwa staje się czymś rzeczywiście ważnym i „tak poważnym, że nie można się bez niej obejść”.
Moris Maurin, Mały Brat Jezusa, tak wprowadza ludzi w adorację w ciszy: „Staraj się jak najmniej mówić, jak najmniej wyrażać. Pozwalaj, żeby On na ciebie patrzył. Czekaj. aż powoli On zacznie przenikać cię całego”. W praktyce jest to bardzo trudne. Przychodzimy przed Najświętszy Sakrament – i nic się nie dzieje. Na początku cisza, najczęściej, nie jest pełna obecności. Trzeba stać się bardzo małym, by zgodzić się trwać w takiej pozornej pustce, by zrezygnować z własnej aktywności, nie być przede wszystkim kimś, kto patrzy, lecz kimś, kto pozwala, by Inny na niego patrzył. Trzeba wówczas zgodzić się na czekanie i tęsknotę. „Dusza moja oczekuje Pana bardziej niż strażnicy świtu” (Ps 130,6). „Ciebie pragnie moja dusza. Za Tobą tęskni moje ciało (Ps 63,2). Psalmy są pełne oczekiwania.

▌ADORACJA UZDRAWIA
Pan przychodzi. Czasem w pierwszej minucie, czasem w ostatniej. Jednak pewne jest to, że przyjdzie. Możemy nawet nie zauważyć, w którym momencie, a jednak w pewnej chwili Duch Boży ogarnia nas – jak Eliasza – w „szmerze łagodnego powiewu” (por. 1 Krl 19,12). Nie w wichurze, nie w trzęsieniu ziemi, nie w ogniu, lecz w łagodnym powiewie. „Panie, przenikasz i znasz mnie. Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję (…) nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem utkany w głębi ziemi” (Ps 139,2.15). Jezus dotyka serca w jego najtajniejszej głębi. Nie pozostaje na powierzchni zdarzeń, od razu przenika serce. Dotyka tego, co jest bólem, trudem, niezgodą, z czym sobie nie radzimy, trudnych relacji, rozdarcia z powodu choroby czy innej niemocy, wszystkiego, co nie pozwala nam pełnić tego, co jawi się jako Jego wola. Dotyka nieprzebaczenia, żalu, lęku, konfliktów, sytuacji, których nie możemy zmienić, naszej bezsilności. Dotyka też zmęczenia, zamętu i wypalenia.
Wchodzi w tę rzeczywistość od wewnątrz, przenikając ją swoim Świętym Duchem. „On odpuszcza wszystkie twoje winy, On leczy wszystkie twe niemoce” (Ps 103,3) – mówi psalmista. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest par excellence modlitwą uzdrowienia. W niej Bóg ma wreszcie dostęp do samych korzeni naszych chorób i zniewoleń. Dzięki ciszy dusza otwiera się, przestaje się bronić i może przyjmować Lekarza, który przyszedł nie do tych, co się mają dobrze, ale do tych, którzy się źle mają.
Wielu ludzi stwierdza, że po godzinie adoracji Najświętszego Sakramentu w ciszy są jak odrodzeni i trudno im wyobrazić sobie skuteczniejszy odpoczynek. Być może dzieje się tak dlatego, że Bóg leczy na „głębokościach” (por. Ps 130,1), do których nie mają dostępu inni lekarze ani my sami. „Spocznij jedynie w Bogu, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja” (Ps 62, 6) – modli się psalmista i w innym miejscu dodaje: „On twoje dni nasyca dobrami, odnawia się młodość twoja jak orła” (Ps 103,5).
Wyjątkowo leczące działanie może mieć adoracja, gdy następuje po sakramencie pojednania. Wówczas w sposób szczególny dusza jest przygotowana i otwarta, by przyjmować Boże miłosierdzie. Może ono przenikać ją i leczyć z grzechu. Siostra Faustyna widziała, jak promienie miłosierdzia przenikały do dusz, z Serca Jezusa i z Najświętszego Sakramentu. Pan Jezus zapraszał ją, by zanurzała dusze w Jego miłosierdziu.
W adoracji dokonuje się właśnie takie zanurzenie w miłosierdziu niczym w wodach chrztu, „rodzenie z wody i z Ducha”, o którym Chrystus mówił Nikodemowi (J 3,1-13). W duszy ożywają łaski, dary Ducha Świętego i charyzmaty, które były w niej złożone w chwili chrztu, ale zostały niejako zablokowane, nie mogły ujawnić swej mocy.
Jest szansa, że domownicy osoby chodzącej na adorację będą mogli docenić to uzdrawiające działanie. Być może z początku buntują się, że ktoś znowu wychodzi z domu, by „nic nie robić” w kościele. Jednak po pewnym czasie zauważają, że im również ten czas się „opłaca”, gdyż bardzo często z adoracji ludzie wracają odnowieni, spokojniejsi, a nieraz i w lepszym humorze.

Dorota Szczerba



Sklep internetowy Shoper.pl